Wydawca: Pascal Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Cud grudniowej nocy ebook

Magdalena Majcher  

4.27692307692308 (65)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 317 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cud grudniowej nocy - Magdalena Majcher

Dwa pokolenia.

Pięć kobiet.

Jedna noc, która może wszystko zmienić.

Magdalena nienawidzi świąt i próbuje uciec w pracę przed bolesnymi wspomnieniami. Teresa marzy tylko o jednym – by na chwilę przestać się martwić wszystkimi dookoła i móc zająć się sobą. Kamila musi poradzić sobie z nową rolą – partnerki i przyszłej matki. Kinga prowadzi szczęśliwe życie, które idealne okazuje się tylko na Instagramie. Maria pragnie tylko jednego – zgromadzić znów całą rodzinę przy wigilijnym stole.

Czy grudniowa noc sprawi, że stanie się cud?

 

Opinie o ebooku Cud grudniowej nocy - Magdalena Majcher

Fragment ebooka Cud grudniowej nocy - Magdalena Majcher

Au­tor: Mag­da­le­na Maj­cher

Re­dak­cja: Mag­da­le­na Bin­kow­ska

Ko­rek­ta: Zu­zan­na Wie­rus

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Skład: IMK

Zdję­cia na okład­ce: Shut­ter­stock (gra­phu­va­rov.ai, ka­ra­kot­sya.ai, Kon­stant­tin, Ro­mo­lo Ta­va­ni, Yuliya Kim); We­ro­ni­ka Smie­szek (zdję­cie Au­tor­ki)

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Gó­rec­ka

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Mag­da­le­na Maj­cher

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wyda­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-381-7

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Mo­jej Ro­dzi­nie, któ­ra spra­wia, że za­wsze z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kam na tych kil­ka gru­dnio­wych dni

ROZ­ŚWIE­TLO­NY FE­ERIĄ BARW RY­NEK ZA SPRA­WĄ ŚWIĄ­TECZ­NE­GO JAR­MAR­KU PRZE­MIE­NIŁ SIĘ W ZI­MO­WĄ WIO­SKĘ, któ­ra przy­cią­ga­ła przy­chod­niów za­pa­chem pier­ni­ków i grza­ne­go wina oraz skrzą­cy­mi się w mro­ku świa­teł­ka­mi. W cen­tral­nym miej­scu po­sta­wio­no ogrom­ną cho­in­kę, wo­kół któ­rej z za­chwy­tem bie­ga­ły dzie­ci, pod­czas gdy ich ro­dzi­ce ze smart­fo­na­mi w dło­niach pró­bo­wa­li uwiecz­nić swo­je po­cie­chy na fo­to­gra­fii.

Wro­cław, War­sza­wa, Kra­ków, a te­raz Ka­to­wi­ce. Zna­na i po­pu­lar­na w Eu­ro­pie tra­dy­cja, od lat kul­ty­wo­wa­na cho­ciaż­by w Wied­niu, Ber­li­nie czy Stras­bur­gu, z roku na rok zdo­by­wa­ła co­raz wię­cej zwo­len­ni­ków rów­nież na Ślą­sku.

Mag­da­le­na Wi­śniew­ska była praw­do­po­dob­nie jed­ną z nie­wie­lu osób, któ­rej nie udzie­li­ła się świą­tecz­na at­mos­fe­ra. Po­pra­wi­ła koł­nierz i wsu­nę­ła zmar­z­nię­te dło­nie do kie­sze­ni kurt­ki. Od­wró­ci­ła wzrok, ale i tak ze­wsząd ata­ko­wał ją świą­tecz­ny kli­mat. Za­mie­rza­ła uda­wać, że świę­ta wca­le nie zbli­ża­ją się wiel­ki­mi kro­ka­mi, jed­nak świat naj­wi­docz­niej nie za­mie­rzał jej w tym po­ma­gać.

Kie­dyś, daw­no temu, okres świą­tecz­ny roz­po­czy­nał się wraz z po­ja­wie­niem się na nie­bie pierw­szej gwiazd­ki. Mo­gła­by prze­spać te dwa i pół dnia, ewen­tu­al­nie, tra­dy­cyj­nie już, prze­pra­co­wać. Ale jak wy­rzu­cić z ka­len­da­rza cały mie­siąc?

Wy­szła ze szpi­ta­la kil­ka mi­nut po dzie­więt­na­stej. Mia­ła za sobą na­praw­dę dłu­gi i wy­czer­pu­ją­cy dzień. Prze­łom li­sto­pa­da i grud­nia przy­niósł przy­mroz­ki i opa­dy śnie­gu, dla­te­go przez SOR prze­wi­nę­ło się wie­lu pa­cjen­tów, głów­nie star­szych, ze stłu­cze­nia­mi i zła­ma­nia­mi. W szpi­ta­lu, w któ­rym pra­co­wa­ła od dzie­wię­ciu lat, bra­ko­wa­ło per­so­ne­lu. Trzy pie­lę­gniar­ki na izbę przy­jęć tak du­że­go ośrod­ka?!

Była wy­czer­pa­na i ma­rzy­ła już tyl­ko o tym, żeby po­ło­żyć się pod cie­płą koł­drą, za­mknąć oczy i za­snąć. Da­niel miał wró­cić ze służ­by póź­nym wie­czo­rem, więc w miesz­ka­niu cze­ka­ła na nią tyl­ko ci­sza, ale w tej chwi­li nie za­przą­ta­ła so­bie tym gło­wy. Chcia­ła jak naj­szyb­ciej opu­ścić cen­trum mia­sta i zna­leźć się w domu. Bez ko­lo­ro­wych świa­te­łek, bez cho­in­ki, bez oświe­tlo­nej, cią­gnię­tej przez re­ni­fe­ry ka­ro­cy, któ­ra jak co roku sta­nę­ła przed bu­dyn­kiem Te­atru Ślą­skie­go, i bez świą­tecz­nych szla­gie­rów, któ­re do­bie­ga­ły z usta­wio­nych na ryn­ku gło­śni­ków. Nie­ste­ty, na wy­so­ko­ści Ga­le­rii Skar­bek tram­waj się ze­psuł i wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że resz­tę dro­gi do domu bę­dzie mu­sia­ła po­ko­nać pie­szo.

Przy­spie­szy­ła i skie­ro­wa­ła się w stro­nę alei Kor­fan­te­go, rzu­ca­jąc okiem na przy­mo­co­wa­ne do la­tar­ni świe­cą­ce cho­in­ki, któ­re cią­gnę­ły się w stro­nę Spodka. Na ron­dzie usta­wio­no roz­świe­tlo­ną kon­struk­cję. Dla­cze­go wszy­scy, do­słow­nie wszy­scy upar­li się na to, by ob­wie­ścić świa­tu swo­ją ra­dość ze zbli­ża­ją­cych się świąt? Czy ce­le­bro­wa­nie tych kil­ku gru­dnio­wych dni prze­sta­ło być przy­wi­le­jem, a sta­ło się obo­wiąz­kiem?

Szła ze spusz­czo­ną gło­wą, pa­trząc pod nogi. Sta­wia­ła kro­ki po­wo­li, żeby się nie po­tknąć. Kie­dy we­szła do przej­ścia pod­ziem­ne­go, ode­tchnę­ła z ulgą. Od­dy­cha­ła szyb­ciej, by­naj­mniej nie z po­wo­du wy­sił­ku, bo prze­cież prze­szła le­d­wie kil­ka­set me­trów. Czu­ła się osa­czo­na szczę­ściem i ra­do­ścią.

Nie po­tra­fi­ła od­na­leźć ma­gii świąt, któ­re od ja­kie­goś cza­su ko­ja­rzy­ły jej się tyl­ko ze stra­tą. Mia­ła ocho­tę za­trzy­mać się i wy­krzy­czeć w twarz ro­ze­śmia­nym prze­chod­niom, że kom­plet­nie nie li­czą się z uczu­cia­mi in­nych, na od­chod­ne ży­cząc im, żeby się po­rzy­ga­li tym swo­im szczę­ściem, ale tyl­ko sku­li­ła się w so­bie i szyb­kim kro­kiem wspię­ła się po scho­dach.

Do blo­ku przy pla­cu Grun­waldz­kim, w któ­rym miesz­ka­ła z Da­nie­lem od dwóch lat, wbie­gła zdy­sza­na po szyb­kim mar­szu. Dłu­go nie mo­gła się przy­zwy­cza­ić do od­gło­sów cen­trum mia­sta, ale do­pie­ro tu­taj każ­dy kąt prze­stał jej bo­le­śnie przy­po­mi­nać o tym, co stra­ci­ła. Wcze­śniej miesz­ka­li w prze­stron­nym miesz­ka­niu w Pa­new­ni­kach, ale cały dom był prze­siąk­nię­ty obec­no­ścią tej, któ­ra ode­szła.

Mag­da­le­na uni­ka­ła miejsc, w któ­rych by­wa­ły ra­zem. Wie­dzia­ła, że ta ża­ło­ba ni­g­dy się nie skoń­czy, dla­te­go ro­bi­ła wszyst­ko, żeby nie do­da­wać so­bie bólu. To wła­śnie dla­te­go w każ­dą Wi­gi­lię bra­ła dy­żur w pra­cy. Cał­kiem moż­li­we, że gdy­by pra­co­wa­ła na od­dzia­le, świę­ta i tak by ją do­pa­dły, ale w te gru­dnio­we dni cie­szy­ła się, że jej miej­scem pra­cy jest izba przy­jęć. Na od­dzia­le do tych pa­cjen­tów, któ­rzy nie do­sta­wa­li prze­pust­ki na świę­ta, przy­cho­dzi­ła ro­dzi­na, żeby po­dzie­lić się opłat­kiem i stwo­rzyć cho­ciaż na­miast­kę świą­tecz­nej at­mos­fe­ry. Na SOR-ze ni­ko­mu na­wet nie prze­szło­by przez myśl, żeby or­ga­ni­zo­wać wi­gi­lię. Nie było na to cza­su. W taki wie­czór przy­wo­żo­no tyl­ko tych naj­bar­dziej po­trze­bu­ją­cych: ofia­ry wy­pad­ków, pa­cjen­tów z za­wa­ła­mi ser­ca czy uda­ra­mi mó­zgu. Nie­ustan­nie od­pę­dza­ła od sie­bie na­tręt­ną myśl, że ona też zo­sta­ła prze­trans­por­to­wa­na do szpi­ta­la w po­dob­ny gru­dnio­wy wie­czór, że inna pie­lę­gniar­ka nie­cier­pli­wie kle­pa­ła ją po ręce, szu­ka­jąc od­po­wied­niej żyły, że inny ze­spół ją re­ani­mo­wał, bez­sku­tecz­nie wal­cząc z tym, co mia­ło na­dejść…

Rzu­ci­ła klu­cze na szaf­kę i z wes­tchnie­niem ulgi zdję­ła ko­za­ki. Od­wie­si­ła kurt­kę na wie­szak i uda­ła się w głąb miesz­ka­nia. Naj­pierw opu­ści­ła ro­le­ty. Lu­bi­ła my­śleć, że w ten spo­sób od­gra­dza się od świa­ta. Roz­ma­so­wa­ła obo­la­łe skro­nie i włą­czy­ła wie­żę. Nie­wie­lu jej zna­jo­mych ko­rzy­sta­ło jesz­cze ze sprzę­tu gra­ją­ce­go, więk­szość z nich słu­cha­ła mu­zy­ki z YouTu­be’a, ale Mag­da­le­na wciąż ku­po­wa­ła pły­ty CD i nie po­tra­fi­ła się prze­ko­nać do od­twa­rza­nia pio­se­nek z apli­ka­cji. Z gło­śni­ków po­pły­nę­ły ko­ją­ce nuty The Walls of the World Ka­tie Me­luy. Uwiel­bia­ła głos tej wo­ka­list­ki, jej gru­ziń­ski ak­cent i ta­jem­ni­cę, jaką od­naj­do­wa­ła w jej utwo­rach. Ja­kież było jej zdu­mie­nie, kie­dy od­kry­ła, że pio­sen­kar­ka ob­cho­dzi uro­dzi­ny w tym sa­mym dniu co ona.

Lu­bi­ła pio­sen­ki Ka­tie chy­ba na­wet bar­dziej niż utwo­ry No­rah Jo­nes. W jej ży­łach pły­nął blu­es, cze­go nie ro­zu­miał Da­niel, wy­cho­wa­ny na ka­wał­kach Pak­to­fo­ni­ki. Z dumą opo­wia­dał, że po­cho­dzi z Bo­gu­cic, dziel­ni­cy Ka­to­wic, w któ­rej uro­dził się i wy­cho­wał le­gen­dar­ny „Ma­gik”.

Da­nie­la i jego spodnie z kro­kiem w ko­la­nach ko­ja­rzy­ła jesz­cze z li­ceum. Był ty­pem bun­tow­ni­ka: i w szko­le było gło­śno o jego wy­sko­kach. Kie­dy spo­tka­ła go po la­tach i do­wie­dzia­ła się, że zo­stał po­li­cjan­tem, nie mo­gła w to uwie­rzyć!

– Wiesz, naj­lep­szym gli­nia­rzem jest ten, kto kie­dyś był po tej dru­giej stro­nie – tłu­ma­czył jej wów­czas z szel­mow­skim uśmie­chem.

Nie pa­so­wa­li do sie­bie. Ona wraż­li­wa, em­pa­tycz­na, o roz­bu­do­wa­nym zmy­śle ob­ser­wa­cji. Ni­g­dy nie po­strze­ga­ła świa­ta w czar­no-bia­łych bar­wach, po­tra­fi­ła do­strzec ty­sią­ce od­cie­ni sza­ro­ści. Za­wsze czu­ła wię­cej. I on, jej kom­plet­ne prze­ci­wień­stwo. Do bólu prag­ma­tycz­ny, oschły, za­mknię­ty w so­bie, nie­oka­zu­ją­cy uczuć, któ­rych ona tak bar­dzo po­trze­bo­wa­ła. Świat był dla nie­go zero-je­dyn­ko­wy.

Byli zu­peł­nie róż­ni, a jed­nak w pew­nym mo­men­cie coś za­iskrzy­ło. Kie­dy przy­pad­kiem spo­tka­li się w szpi­ta­lu, od razu za­czę­li ze sobą roz­ma­wiać. Mag­da­le­na była w pra­cy, a Da­niel aku­rat przy­wiózł jed­ne­go z za­trzy­ma­nych na ba­da­nie. Kie­dy za­pro­sił ją na kawę, po­my­śla­ła, że to zwy­kłe spo­tka­nie sta­rych zna­jo­mych. Ow­szem, była sa­mot­na, przed kil­ko­ma mie­sią­ca­mi roz­sta­ła się z na­rze­czo­nym, ale nie trak­to­wa­ła Da­nie­la w ka­te­go­riach po­ten­cjal­ne­go part­ne­ra. Ot, ko­le­ga. A jed­nak za­iskrzy­ło.

Pierw­sze mie­sią­ce były bar­dzo uda­ne, ko­lej­ne nie­co mniej, ale prze­cież ni­g­dy nie jest ide­al­nie. Etap fa­scy­na­cji dru­gą oso­bą mija i przy­cho­dzi pro­za ży­cia. Było zwy­czaj­nie, może nie do­brze, ale nor­mal­nie. Nie mie­li już po osiem­na­ście lat, obo­je wie­dzie­li, że wiel­ka mi­łość i na­mięt­ność zda­rza­ją się głów­nie w fil­mach, zde­cy­do­wa­li się więc za­ło­żyć ro­dzi­nę, bo taka była ko­lej rze­czy.

Przez ja­kiś czas coś ich łą­czy­ło, na­wet cza­sem my­śle­li, że są szczę­śli­wi, speł­nie­ni, że wła­śnie o to im w ży­ciu cho­dzi­ło. Ale po­tem za­bra­kło spo­iwa, i nie wia­do­mo kie­dy od­da­li­li się od sie­bie. Naj­pierw byli dwo­ma nie­za­leż­ny­mi by­ta­mi, po­tem ro­dzi­ną, a te­raz znów wró­ci­li do punk­tu wyj­ścia. Uwa­ża­ła, że ro­dzi­na to mąż, żona i dziec­ko. Ko­niec krop­ka.

Na­la­ła so­bie kie­li­szek wina. Nie prze­pa­da­ła za słod­kim, lu­bi­ła czuć go­rycz na ję­zy­ku. Nie zwy­kła okła­my­wać sa­mej sie­bie, po co więc oszu­ki­wać kub­ki sma­ko­we, je­śli ży­cie jest jed­ną wiel­ką cza­rą go­ry­czy?

Po­gło­śni­ła mu­zy­kę. Tak, Ka­tie Me­lua była nie­za­wod­na na­wet w taki dzień jak ten, kie­dy nad­cho­dzą­ce świę­ta bo­le­śnie przy­po­mi­na­ły o tym, co naj­trud­niej­sze.

Kie­dy od­po­czy­wa­ła na ka­na­pie z kie­lisz­kiem wina, za­dzwo­nił te­le­fon. Pod­nio­sła się dość nie­chęt­nie, ale kie­dy zo­ba­czy­ła, kto pró­bu­je się z nią skon­tak­to­wać, uśmiech­nę­ła się sama do sie­bie.

Po­dob­no z ro­dzi­ną do­brze wy­cho­dzi się tyl­ko na zdję­ciach, ale nie w każ­dym przy­pad­ku. Mag­da­le­na da­rzy­ła Ka­mi­lę, swo­ją ku­zyn­kę, ogrom­ną sym­pa­tią. Żal ści­skał jej ser­ce na myśl o tym, że dziew­czy­na do­ra­sta­ła w prze­ko­na­niu, że jest gor­sza od swo­jej przy­rod­niej sio­stry Kin­gi. Mag­da­le­na sta­ra­ła się nie war­to­ścio­wać lu­dzi, ale gdy­by mia­ła oce­nić, któ­ra z ku­zy­nek jest po pro­stu lep­szym czło­wie­kiem, zde­cy­do­wa­nie wska­za­ła­by na Ka­mi­lę. Wciąż nie mo­gła zro­zu­mieć, dla­cze­go ciot­ka Te­re­sa nie po­tra­fi tego do­strzec. Czy nie­na­wiść do ojca Ka­mi­li aż tak ją za­śle­pi­ła?

– Cześć! My­śla­łam dziś o to­bie. Jak się czu­jesz? By­łaś u le­ka­rza?

W słu­chaw­ce usły­sza­ła prze­cią­głe wes­tchnie­nie.

– Wła­śnie od nie­go wró­ci­łam – przy­zna­ła Ka­mi­la. – Mu­szę po­roz­ma­wiać z kimś, kto nie jest moją mamą lub Kin­gą.

Mag­da­le­na nie mo­gła po­wstrzy­mać chi­cho­tu.

– Ro­zu­miem, że do­sta­łaś od nich mnó­stwo rad i wska­zó­wek?

– Oczy­wi­ście – prych­nę­ła Ka­mi­la. – Obie uwa­ża­ją, że sko­ro za­szłam w cią­żę, po­win­nam jak naj­szyb­ciej wyjść za Ada­ma i na­wet nie chcą sły­szeć o tym, że po­sta­no­wi­li­śmy naj­pierw się prze­ko­nać, jak nam ze sobą bę­dzie, po pro­stu po­być ra­zem, a po­tem ewen­tu­al­nie… – urwa­ła. – Po co mam się spie­szyć ze ślu­bem? Żeby po­tem rów­nie szyb­ko się roz­wieść? To nie jest dzie­więt­na­sty wiek, do cho­le­ry, a lu­dzie nie wy­ty­ka­ją pal­ca­mi pa­nien z dzieć­mi już od daw­na!

Mag­da­le­na po­ło­ży­ła się na ka­na­pie z te­le­fo­nem w dło­ni i z wy­so­ko unie­sio­ny­mi no­ga­mi. Po dwu­na­sto­go­dzin­nym dy­żu­rze czu­ła ból w łyd­kach.

– Nie przej­muj się, to two­je ży­cie i nikt go za cie­bie nie prze­ży­je – pod­su­mo­wa­ła wy­wód Ka­mi­li. Wie­dzia­ła, że za­brzmia­ło to pa­te­tycz­nie, ale nic lep­sze­go nie przy­szło jej do gło­wy.

– Wiem, ale zda­jesz so­bie chy­ba spra­wę z tego, że to ich glę­dze­nie jest tro­chę wku­rza­ją­ce. Chcia­ła­bym żyć po swo­je­mu, ale jak mam to zro­bić, sko­ro za­wsze je­stem po­rów­ny­wa­na do ide­al­nej sio­stry? Kie­dy po­in­for­mo­wa­łam mamę o cią­ży, od razu za­czę­ła bia­do­lić, że skoń­czę jak ona, i oczy­wi­ście wy­po­mnia­ła mi, że Kin­ga uro­dzi­ła Mi­ło­sza dzie­sięć mie­się­cy po ślu­bie, jak Pan Bóg przy­ka­zał… Od kie­dy ona jest taka kon­ser­wa­tyw­na? Za­po­mniał wół, jak cie­lę­ciem był! – Ka­mi­la naj­wi­docz­niej do­pie­ro się roz­krę­ca­ła. – Sama jest po roz­wo­dzie, a ja nie za­mie­rzam pójść w jej śla­dy! Je­śli mia­ła­bym wyjść za mąż, to tyl­ko z wiel­kiej mi­ło­ści i we­wnętrz­nej po­trze­by, a nie dla­te­go, że je­stem w cią­ży…

Mag­da­le­na nie chcia­ła opo­wia­dać się po żad­nej ze stron. Wie­dzia­ła, że Te­re­sa, Ka­mi­la i Kin­ga w koń­cu się do­ga­da­ją, a po jej in­ter­wen­cji mógł­by po­zo­stać tyl­ko nie­smak, dla­te­go się nie wtrą­ca­ła. Zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, że wina ni­g­dy nie leży tyl­ko po jed­nej stro­nie, i cho­ciaż ser­cem była z Ka­mi­lą, to jed­nak ro­zum pod­po­wia­dał jej coś in­ne­go.

– Daj cio­ci tro­chę wię­cej cza­su – po­wie­dzia­ła. – Musi się oswo­ić z nową sy­tu­acją.

Lu­bi­ła Ka­mi­lę za to, że jako jed­na z nie­licz­nych w tej ro­dzi­nie nie ob­cho­dzi­ła się z nią jak z jaj­kiem. Ma­ria, mama Mag­da­le­ny, przez dwa ty­go­dnie za­sta­na­wia­ła się, jak po­in­for­mo­wać cór­kę o cią­ży ulu­bio­nej ku­zyn­ki. Bała się jej re­ak­cji. Jak ognia uni­ka­ła roz­mów na te­ma­ty zwią­za­ne z ma­cie­rzyń­stwem. Tym­cza­sem Mag­da­le­na już o wszyst­kim daw­no wie­dzia­ła, wła­śnie od Ka­mi­li. Praw­dę mó­wiąc, była pierw­szą oso­bą, z któ­rą ku­zyn­ka po­dzie­li­ła się tą no­wi­ną. To do niej przy­szła w pierw­szej ko­lej­no­ści, jesz­cze przed roz­mo­wą z przy­szłym oj­cem. Sta­nę­ła w pro­gu i wy­buch­nę­ła pła­czem, po czym ob­wie­ści­ła, że spo­dzie­wa się dziec­ka. Mag­da­le­na jej nie zru­ga­ła, nie zwy­zy­wa­ła od idio­tek, któ­re nie po­tra­fią do­ce­nić tego bło­go­sła­wień­stwa, tyl­ko wpu­ści­ła do domu i cier­pli­wie po­cze­ka­ła, aż doj­dzie do sie­bie.

– Mnie się wy­da­je, że już za­wsze będą czar­ną owcą. Taką przy­pi­sa­no mi rolę w tej ro­dzi­nie i tak już zo­sta­nie – pod­su­mo­wa­ła Ka­mi­la.

– A jak Adam? Oswo­ił się już z my­ślą, że zo­sta­nie oj­cem? – Mag­da­le­na dość zręcz­nie zmie­ni­ła te­mat.

– Nie spo­dzie­wa­łam się, że to po­wiem, ale… jest do­brze – rzu­ci­ła ta­jem­ni­czo ku­zyn­ka. – Wiesz, kie­dy zo­ba­czy­łam dwie kre­ski na te­ście cią­żo­wym, po­my­śla­łam, że cze­ka mnie sa­mot­ne ma­cie­rzyń­stwo, a tym­cza­sem on na­praw­dę się sta­ra.

– Zo­ba­czysz, bę­dzie do­brze, a cio­cią się nie przej­muj! Po­ga­da tro­chę i jej przej­dzie!

Ma­ria otar­ła łzę. Czas nie był jej sprzy­mie­rzeń­cem. Im była star­sza, tym chęt­niej wra­ca­ła my­śla­mi do prze­szło­ści. Nie po­do­ba­ły jej się te wszyst­kie zmia­ny.

Wła­śnie oglą­da­ła zdję­cia z cza­sów, kie­dy Mag­da­le­na i Ka­mi­la były jesz­cze ma­lut­kie. O Kin­dze wów­czas na­wet pta­ki nie ćwier­ka­ły. Od wie­lu lat w tej ro­dzi­nie ro­dzi­ły się tyl­ko dziew­czyn­ki, do­pie­ro Kin­ga prze­ła­ma­ła tę bab­ską pas­sę, wy­da­jąc na świat dwóch sy­nów.

Ma­ria z no­stal­gią spo­glą­da­ła na fo­to­gra­fie, śle­dząc uchwy­co­ne na nich uśmie­chy, gry­ma­sy i wy­bu­chy ra­do­ści i smut­ku. Ile by dała, aby choć na chwi­lę wró­cić do cza­sów, kie­dy los tak okrut­nie nie do­świad­czał ich ro­dzi­ny i kie­dy wraz z sio­strą pa­trzy­ły w przy­szłość z na­dzie­ją… To były ostat­nie na­praw­dę szczę­śli­we mie­sią­ce w ich ro­dzi­nie. Nie­dłu­go póź­niej się za­czę­ło. Mąż Te­re­sy od­szedł do in­nej, zo­sta­wia­jąc ją bez środ­ków do ży­cia. Ro­bił wszyst­ko, żeby wy­mi­gać się od pła­ce­nia ali­men­tów. Przez wie­le lat pra­co­wał na czar­no, żeby ko­mor­nik nie mógł ścią­gnąć za­le­gło­ści z jego pen­sji. Nie in­te­re­so­wał się ani cór­ką, ani tym bar­dziej byłą żoną. Te­re­sa wpraw­dzie uło­ży­ła so­bie ży­cie, ale jej roz­wód był po­cząt­kiem pa­sma nie­szczęść. Póź­niej już ni­g­dy nic nie było ta­kie samo.

– A ty zno­wu oglą­dasz sta­re zdję­cia? – Ce­za­ry wszedł do po­ko­ju i po­ru­szył nie­spo­koj­nie wą­sem, któ­ry no­sił od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Wąs stał się jego zna­kiem roz­po­znaw­czym. – Ko­bie­to, za­drę­czysz się! Prze­stań ślę­czeć nad tymi al­bu­ma­mi i roz­pa­mię­ty­wać prze­szłość. Było, mi­nę­ło!

Ma­ria spoj­rza­ła na męża za­czep­nie.

– A co mi in­ne­go na sta­rość zo­sta­ło? Tyl­ko wspo­mnie­nia. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Za­ję­ła­bym się przy­go­to­wa­nia­mi do świąt, ale nie ma dla kogo, więc co mam ro­bić?

Ce­za­ry mach­nął ręką, usiadł na fo­te­lu i się­gnął po pi­lo­ta od te­le­wi­zo­ra, któ­re­go za­wsze miał w za­się­gu wzro­ku.

– Jest pierw­szy grud­nia – uświa­do­mił żonę. – Niby co mia­ła­byś przy­go­to­wy­wać? Pie­ro­gi le­pić czy barszcz go­to­wać?

Ma­ria zi­gno­ro­wa­ła uwa­gę męża. Co on tam mógł wie­dzieć! Za­pa­trzy­ła się w okno. W świe­tle ulicz­nych la­tar­ni wi­ro­wa­ły po­je­dyn­cze płat­ki śnie­gu, wpra­wia­ne w ruch przez po­dmu­chy wia­tru. Mo­gło­by już tak zo­stać przy­naj­mniej do koń­ca grud­nia, bo świę­ta po­win­ny być bia­łe, ale po­dej­rze­wa­ła, że na to, tak jak w po­przed­nich la­tach, nie ma więk­szych szans.

Po po­łu­dniu po­je­cha­ła do ap­te­ki w cen­trum. Ku­po­wa­ła w niej od lat, bo była naj­tań­sza, a wia­do­mo, że w pew­nym wie­ku czło­wiek zo­sta­wia w ap­te­kach po­ło­wę eme­ry­tu­ry. Jej uwa­gę przy­cią­gnę­ły cu­dow­ne ozdo­by świą­tecz­ne. Ilu­mi­na­cje w po­sta­ci cho­inek, bom­bek czy re­ni­fe­rów w po­łą­cze­niu z le­ni­wie sy­pią­cym śnie­giem przy­wo­dzi­ły jej na myśl ba­śnie An­der­se­na.

Ma­ria po­czu­ła się jak dziec­ko, kie­dy prze­cho­dzi­ła przez pod­świe­tlo­ną bra­mę usta­wio­ną przy urzę­dzie mia­sta, któ­ra przy­po­mi­na­ła jej ta­jem­ne przej­ście do świa­ta ma­gii. Każ­de­go roku z po­cząt­kiem grud­nia jej ser­ce prze­peł­nia­ła na­dzie­ja, że tym ra­zem bę­dzie ina­czej, że uda jej się po­now­nie ze­brać całą ro­dzi­nę przy świą­tecz­nym sto­le, ale szyb­ko oka­zy­wa­ło się, że po raz ko­lej­ny wi­gi­lij­ny wie­czór spę­dzi tyl­ko z Ce­za­rym.

– Roz­ma­wia­łam dzi­siaj z Mag­da­le­ną – ode­zwa­ła się nie­śmia­ło do męża.

Cór­ka przed laty po­pro­si­ła ro­dzi­ców, aby nie uży­wa­li skró­co­nej wer­sji jej imie­nia. Była wów­czas na­sto­lat­ką i upar­ła się, że ma na imię Mag­da­le­na, nie Mag­da. Uwa­ża­ła, że Mag­da­le­na brzmi bar­dziej doj­rza­le, a ona bar­dzo pra­gnę­ła być do­ro­sła. Po­bud­ki się zmie­ni­ły, jed­nak w świa­do­mo­ści ca­łej ro­dzi­ny Mag­da­le­na była dziś Mag­da­le­ną, nie Mag­dą.

Ce­za­ry cze­kał, aż żona po­now­nie po­dej­mie te­mat, jed­nak ona wbi­ła w nie­go znie­cier­pli­wio­ne spoj­rze­nie, cze­ka­jąc na ja­ką­kol­wiek re­ak­cję.

– I? – za­chę­cił ją.

– Oczy­wi­ście, za­mie­rza ten wie­czór spę­dzić w pra­cy – prych­nę­ła z iry­ta­cją Ma­ria. – Tak nie moż­na! Pró­bo­wa­łam ją prze­ko­nać, ale upar­ła się i zda­je się, że się na­wet zgło­si­ła się na ochot­ni­ka na dy­żur… Py­ta­łam, czy Da­niel też bę­dzie w pra­cy, ale po­wie­dzia­ła, że jesz­cze z nim o tym nie roz­ma­wia­ła. Ro­zu­miesz, nie roz­ma­wia­ła z nim o tym, jak za­mie­rza spę­dzić Wi­gi­lię! – Za­ci­snę­ła usta. – Co to za mał­żeń­stwo, no sam po­wiedz? Żyją ra­zem, a jak­by osob­no.

Za­pa­dła ci­sza. Ce­za­ry cze­kał w na­pię­ciu, ale w koń­cu zro­zu­miał, że żona wy­ma­ga od nie­go, żeby za­an­ga­żo­wał się w roz­mo­wę. Dla świę­te­go spo­ko­ju po­ki­wał ze zro­zu­mie­niem gło­wą. Byli mał­żeń­stwem od trzy­dzie­stu sied­miu lat. Miał wy­star­cza­ją­co dużo cza­su, aby zro­zu­mieć, że dla do­bra ro­dzi­ny cza­sem trze­ba przy­naj­mniej spra­wiać wra­że­nie, że słu­cha się z uwa­gą dru­giej po­łów­ki.

– Nie ma co się wtrą­cać – pod­su­mo­wał, li­cząc na to, że od­gadł, co przed chwi­lą za­ko­mu­ni­ko­wa­ła jego żona.

Wie­dział, że szan­se na po­mył­kę są nie­wiel­kie. Ma­ria mó­wi­ła dużo i mar­twi­ła się jesz­cze wię­cej, a po­wo­dem jej zmar­twień naj­czę­ściej była Mag­da­le­na. Tra­fił bez­błęd­nie, od­ga­du­jąc sens wy­gło­szo­ne­go przez żonę mo­no­lo­gu. Uda­ło się: Ma­ria na­dal tkwi­ła w prze­ko­na­niu, że mąż jej słu­cha.

– Ale jak to: nie ma co się wtrą­cać? Ja wiem, że ona jest do­ro­sła i ma swo­je ży­cie, ale po­peł­nia błąd! Tra­ge­dia, któ­ra ją spo­tka­ła… – Prze­łknę­ła gło­śno śli­nę. – Któ­ra spo­tka­ła nas wszyst­kich – po­pra­wi­ła się – spra­wi­ła, że prze­sta­ła być sobą. Mi­nę­ło już tyle lat. To zro­zu­mia­łe, że już ni­g­dy nic nie bę­dzie ta­kie samo, ale na­sza cór­ka musi zro­zu­mieć, że jesz­cze może być pięk­nie! Ina­czej, ale pięk­nie.

Ce­za­ry w koń­cu po­sta­no­wił włą­czyć się do roz­mo­wy. Za­mru­gał i spoj­rzał na żonę.

– Prze­cież nie zmu­sisz jej, żeby przy­szła do nas na świę­ta – rzu­cił, zmie­nia­jąc ka­nał. – Po­patrz, tyle pie­nię­dzy pła­ci­my za ka­blów­kę, a nie ma nic sen­sow­ne­go…

– A co mnie te­raz ob­cho­dzi ka­blów­ka!? – zi­ry­to­wa­ła się Ma­ria i z hu­kiem za­mknę­ła al­bum ze zdję­cia­mi. – Czy to ta­kie dziw­ne, że chcę, żeby cór­ka i zięć spę­dzi­li z nami świę­ta? Chcia­ła­bym, żeby było tak jak w in­nych ro­dzi­nach… Że­by­śmy wszy­scy usie­dli przy sto­le, po­dzie­li­li się opłat­kiem, wspól­nie po­śpie­wa­li ko­lę­dy. Są­siad­ka opo­wia­da­ła mi wczo­raj, że ma już pre­zen­ty dla wnu­ków i nie może się do­cze­kać, aż przy­ja­dą do niej na świę­ta. Na­wet so­bie nie wy­obra­żasz, jak jej za­zdro­ści­łam!

– Naj­wi­docz­niej na­sza ro­dzi­na nie jest taka jak inne – mruk­nął Ce­za­ry, strze­pu­jąc z ko­szu­li nie­wi­docz­ny pył.

Ma­ria i Te­re­sa za­wsze po ci­chu się z nie­go pod­śmie­wa­ły. Co­dzien­nie rano za­kła­dał czy­stą ko­szu­lę i de­ner­wo­wał się, kie­dy żona mu jej nie wy­pra­so­wa­ła. Było to o tyle za­baw­ne, że od kil­ku lat był na eme­ry­tu­rze i zda­rza­ły się dni, kie­dy w ogó­le nie wy­cho­dził z domu.

– No co ty nie po­wiesz! – fuk­nę­ła ze zło­ścią Ma­ria. – Po­żyt­ku z cie­bie żad­ne­go, wca­le a wca­le! Chcia­łam z tobą po­roz­ma­wiać, po­ra­dzić się, a tym­cza­sem cie­bie in­te­re­su­je tyl­ko te­le­wi­zor! Mru­czysz pod no­sem, uda­jąc, że mnie słu­chasz, że­bym dała ci spo­kój, a spra­wa jest na­praw­dę po­waż­na! Nie mamy już po dwa­dzie­ścia lat, nie chcę wię­cej tra­cić cza­su. Jaką mogę mieć pew­ność, że to nie bę­dzie moja ostat­nia Wi­gi­lia? Skąd mogę wie­dzieć, czy do­ży­ję ko­lej­nej?

Ce­za­ry, dość nie­sto­sow­nie do oko­licz­no­ści, za­chi­cho­tał pod no­sem.

– Mó­wisz tak każ­de­go roku – pod­su­mo­wał ze śmie­chem – a tym­cza­sem żad­ne z nas jesz­cze się na tam­ten świat nie wy­bie­ra. Nie wiesz, ko­cha­nie, że złe­go li­cho nie bie­rze? – Spoj­rzał na nią z czu­ło­ścią.

Iry­to­wa­ła go, to oczy­wi­ste. Od­kąd obo­je prze­szli na eme­ry­tu­rę, de­ner­wo­wa­ła go jesz­cze bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Byli na sie­bie ska­za­ni. Jed­no osa­cza­ło dru­gie. Po­trze­bo­wa­li dłuż­sze­go cza­su, żeby od­na­leźć się w eme­ry­tal­nej rze­czy­wi­sto­ści, ale ni­g­dy nie prze­stał jej ko­chać. Kłó­ci­li się, do­gry­za­li so­bie, ale nie po­tra­fi­li bez sie­bie żyć.

– A daj ty mi spo­kój! Z roku na rok je­stem słab­sza, dla­te­go albo te­raz zgro­ma­dzę całą ro­dzi­nę przy wi­gi­lij­nym sto­le, albo ni­g­dy! – po­wie­dzia­ła sta­now­czo Ma­ria, po czym nie­co słab­szym gło­sem do­da­ła: – Tym ra­zem na­praw­dę czu­ję, że to moja ostat­nia Wi­gi­lia…

Kin­ga ostat­kiem sił po­wstrzy­ma­ła się przed wy­rzu­ce­niem z sie­bie kil­ku prze­kleństw. Gdy­by mia­ła po­dać trzy rze­czy, któ­rych nie­na­wi­dzi­ła, bez za­sta­no­wie­nia wy­mie­ni­ła­by plot­ki na swój te­mat, nie­spo­dzie­wa­ne, wy­my­ka­ją­ce się pla­nom wy­da­rze­nia i bez­myśl­ni kie­row­cy.

Z mie­sią­ca na mie­siąc co­raz moc­niej utwier­dza­ła się w prze­ko­na­niu, że ko­bie­ty za­słu­ży­ły so­bie na mia­no naj­gor­szych kie­row­ców. Kie­dy wi­dzia­ła, że na dro­dze ktoś do­pusz­cza się głu­pich lub wręcz nie­bez­piecz­nych ma­new­rów, w dzie­wię­ciu na dzie­sięć przy­pad­ków oka­zy­wa­ło się, że za kie­row­ni­cą sie­dzi ko­bie­ta. Nie ina­czej było i tym ra­zem. Za­trą­bi­ła z wście­kło­ścią. Lewy pas to nie kół­ko ró­żań­co­we, na li­tość bo­ską!

Kin­ga cier­pia­ła na no­to­rycz­ny brak cza­su. Nic dziw­ne­go, była ko­bie­tą pra­cu­ją­cą, ko­bie­tą suk­ce­su, na­le­ży do­dać, a na do­da­tek mia­ła na gło­wie dwo­je dzie­ci i dom. No i była per­fek­cjo­nist­ką. Mo­gła się po­szczy­cić ide­al­nym ży­ciem, dzię­ki Bogu, nie to, co jej sio­stra.

Pra­co­wa­ła w kor­po­ra­cji, jed­nej z wie­lu w Ka­to­wi­cach. Zaj­mo­wa­ła sta­no­wi­sko hu­man re­so­ur­ces ma­na­ge­ra. Na po­trze­by jej mat­ki – kie­row­ni­ka dzia­łu per­so­nal­ne­go, bo Te­re­sa ni­g­dy nie uczy­ła się an­giel­skie­go i nie ro­zu­mia­ła wy­ma­gań współ­cze­sne­go świa­ta, aby na­zwę za­wo­du po­da­wać w tym ję­zy­ku. Zaj­mo­wa­ła się re­kru­to­wa­niem pra­cow­ni­ków i trze­ba przy­znać, że mia­ła nosa do lu­dzi. Za­zwy­czaj uda­wa­ło jej się traf­nie oce­nić kan­dy­da­ta już po pierw­szej roz­mo­wie. Rzad­ko się my­li­ła, dla­te­go już od ja­kie­goś cza­su do­sta­wa­ła ofer­ty pra­cy od kon­ku­ren­cyj­nych firm. Pod­kra­da­nie so­bie pra­cow­ni­ków wca­le nie na­le­ża­ło do rzad­ko­ści w kor­po­ra­cyj­nym świat­ku. Kin­ga wie­dzia­ła, że w koń­cu się ugnie i za­cznie pra­co­wać pod szyl­dem in­nej fir­my, ale cze­ka­ła na bar­dziej sprzy­ja­ją­cy czas. Li­czy­ła na wyż­szą pen­sję i wie­dzia­ła, że je­śli wy­star­cza­ją­co dłu­go po­trzy­ma po­ten­cjal­ne­go pra­co­daw­cę w nie­pew­no­ści, ten bę­dzie jadł jej z ręki.

Żyła w wiecz­nym pę­dzie, łą­cząc ka­rie­rę za­wo­do­wą z ma­cie­rzyń­stwem. Pra­ca, dom, szko­ła, przed­szko­le, do­dat­ko­we za­ję­cia chłop­ców. Bar­dzo am­bit­nie pod­cho­dzi­ła do wy­cho­wy­wa­nia dzie­ci. Ow­szem, po­ma­ga­ła jej mama, ale nie prze­sa­dzaj­my: wkład Te­re­sy w wy­cho­wa­nie Mi­ło­sza i Le­ona był ogra­ni­czo­ny. Nie mie­li nia­ni, bo mia­ła wra­że­nie, że jej obec­ność wy­sła­ła­by dość ja­sny sy­gnał: nie ra­dzę so­bie. A prze­cież ra­dzi­ła so­bie zna­ko­mi­cie, o czym bez­u­stan­nie in­for­mo­wa­ła resz­tę świa­ta przez me­dia spo­łecz­no­ścio­we.

Świe­tli­ca była otwar­ta tyl­ko do szes­na­stej trzy­dzie­ści, więc od razu po pra­cy je­cha­ła po Mi­ło­sza. Po­tem pę­dzi­ła do mat­ki, u któ­rej cze­kał na nią młod­szy Leon. Wpraw­dzie tuż obok szko­ły Mi­ło­sza, oczy­wi­ście nie­przy­pad­ko­wej, było przed­szko­le, ale Kin­ga po­sta­wi­ła na pla­ców­kę ar­ty­stycz­ną, któ­ra edu­ko­wa­ła po­przez sztu­kę, co sta­no­wi­ło wy­zwa­nie lo­gi­stycz­ne, bo to przed­szko­le znaj­do­wa­ło się po dru­giej stro­nie mia­sta. Na szczę­ście na tyle bli­sko osie­dla, na któ­rym miesz­ka­li ro­dzi­ce Kin­gi, że Te­re­sa zgo­dzi­ła się od­bie­rać młod­sze­go wnu­ka.

Po tym, jak Kin­ga od­bie­ra­ła Mi­ło­sza ze szko­ły i Le­ona od bab­ci, wspól­nie pę­dzi­li na do­dat­ko­we za­ję­cia któ­re­goś z sy­nów. Wpraw­dzie młod­szy cho­dził tyl­ko na an­giel­ski, bo miał do­pie­ro czte­ry lata, ale star­szy oprócz za­jęć ję­zy­ko­wych miał jesz­cze spor­to­we i mu­zycz­ne. Gra­fik był na­praw­dę na­pię­ty. Dzie­ci czę­sto za­sy­pia­ły w sa­mo­cho­dzie w dro­dze po­wrot­nej do domu, ale nie było jej ich żal. Wie­dzia­ła, że tak trze­ba. Chcia­ła przy­go­to­wać sy­nów na wy­ma­ga­nia, ja­kie sta­wia współ­cze­sny świat. Mu­sie­li być sil­ni. I ide­al­ni, tak jak mat­ka i oj­ciec.

– Ma­mu­siu, je­steś zła? – za­py­tał Mi­łosz, z za­in­te­re­so­wa­niem przy­pa­tru­jąc się mat­ce. – Kie­dy bę­dzie­my w domu? Je­stem głod­ny.

– Za­raz bę­dzie­my na miej­scu, nie jęcz! – zi­ry­to­wa­ła się.

Rzad­ko zda­rza­ło jej się krzy­czeć na dzie­ci, ale dziś mia­ła na­praw­dę okrop­ny dzień. Kon­ku­ren­cja sprząt­nę­ła jej sprzed nosa spe­cja­li­stę, któ­re­go pla­no­wa­ła za­trud­nić, a na do­da­tek mia­ła pa­skud­ną mi­gre­nę. Chcia­ła już tyl­ko zna­leźć się w domu, po­ło­żyć dzie­ci do łó­żek i może po­czy­tać książ­kę, ale od kil­ku mi­nut wlo­kła się za srebr­ną fie­stą, któ­ra blo­ko­wa­ła lewy pas.

– Nie krzycz na mnie – bąk­nął pod no­sem Mi­łosz.

– Prze­pra­szam – wes­tchnę­ła z re­zy­gna­cją Kin­ga. – Leon śpi?

– Tak, śpi – po­twier­dził sy­nek. – A, mamo, za­po­mnia­łem… Na ju­tro mamy przy­nieść do szko­ły pa­ste­le olej­ne.

– Niech to szlag! – Kin­ga ude­rzy­ła dło­nią w kie­row­ni­cę. – I do­pie­ro te­raz mi o tym mó­wisz?! Bę­dzie­my mu­sie­li jesz­cze pod­je­chać do skle­pu… Albo cze­kaj, za­dzwo­nię do taty i po­pro­szę, żeby on to za­ła­twił.

Za­czę­ła wy­bie­rać nu­mer Tom­ka, co chwi­la zer­ka­jąc na to­czą­cą się przed nią fie­stę. Nie ufa­ła ko­bie­cie, któ­ra pro­wa­dzi­ła sa­mo­chód, i bar­dzo słusz­nie, gdyż po chwi­li ostro za­ha­mo­wa­ła. Kin­ga uwa­ża­ła, że do­bre­go kie­row­cę po­zna­je się po tym, jak za­cho­wu­je się w nie­zbyt sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach at­mos­fe­rycz­nych. Każ­dy głu­pi po­tra­fi pro­wa­dzić, kie­dy na­wierzch­nia jest su­cha, a śnieg, deszcz czy gę­sta mgła nie utrud­nia­ją wi­docz­no­ści. Zima we­ry­fi­ku­je umie­jęt­no­ści kie­row­ców.

Na pra­wym pa­sie w koń­cu się roz­luź­ni­ło, dla­te­go Kin­ga zde­cy­do­wa­ła się na wy­ko­na­nie ma­new­ru wy­prze­dza­nia. Kie­dy zrów­na­ła się z ko­bie­tą w fieś­cie, za­trą­bi­ła, po­sła­ła jej nie­na­wist­ne spoj­rze­nie i wci­snę­ła pe­dał gazu.

Kie­dy wy­bra­ła nu­mer męża, na­tych­miast ode­zwa­ła się pocz­ta gło­so­wa: „Dzień do­bry, tu To­masz Smo­liń­ski. Nie mogę te­raz ode­brać te­le­fo­nu, pro­szę zo­sta­wić wia­do­mość”. Roz­łą­czy­ła się i ze zło­ścią ci­snę­ła te­le­fon na miej­sce pa­sa­że­ra.

– Cóż, chy­ba jed­nak bę­dzie­my mu­sie­li pod­je­chać do skle­pu sami… Po­trze­bu­jesz cze­goś oprócz tych pa­ste­li olej­nych? – Zmu­si­ła się do sztucz­ne­go uśmie­chu i zła­pa­ła w lu­ster­ku spoj­rze­nie syna.

– Nie, wszyst­ko inne mam – za­pew­nił.

Za­ła­twie­nie spra­wun­ków za­ję­ło jej nie­wie­le po­nad kwa­drans, co moż­na było uznać za duże osią­gnię­cie, bio­rąc pod uwa­gę, że za­ku­py ro­bi­ła w to­wa­rzy­stwie dwoj­ga dzie­ci, z któ­rych młod­sze mia­ło wy­raź­ne pre­ten­sje o to, że zo­sta­ło wy­rwa­ne ze snu.

Kin­ga cza­sem ła­pa­ła się na my­śli, że jej co­dzien­ność to praw­dzi­wy dzień świ­ra, ale tłu­ma­czy­ła so­bie, że nie jest w tym sama. Licz­ba jej obo­wiąz­ków do­wo­dzi­ła tego, że jest do­brą mamą dla swo­ich sy­nów. Nie za­nie­dby­wa­ła ich, nie po­zwa­la­ła zbyt dłu­go bez­pro­duk­tyw­nie bie­gać po pla­cu za­baw, tak jak inne mat­ki, któ­re go­dzi­na­mi prze­sia­dy­wa­ły w par­kach. Za bar­dzo ko­cha­ła swo­ich sy­nów, żeby im na to po­zwo­lić. Za­le­ża­ło jej, żeby byli kimś, żeby coś w ży­ciu osią­gnę­li, a prze­cież cha­rak­ter kształ­tu­je się od naj­młod­szych lat.

Ona sama czę­sto mu­sia­ła wal­czyć ze swo­imi sła­bo­ścia­mi. Do­brze wspo­mi­na­ła dzie­ciń­stwo, uwa­ża­ła, że ma wspa­nia­łych ro­dzi­ców, ale w głę­bi ser­ca czu­ła żal. Moż­na było zro­bić wię­cej. Mat­ka i oj­ciec nie za­dba­li o jej edu­ka­cję, nie wy­sy­ła­li jej na lek­cje an­giel­skie­go, przez co już jako do­ro­sła ko­bie­ta mia­ła kom­plek­sy i sta­ra­ła się szyb­ko nad­ra­biać za­le­gło­ści. Rze­czy­wiś­cie, an­giel­skie­go na­uczy­ła się nie­mal per­fek­cyj­nie, co po­dob­no nie było ta­kie ła­twe w jej wie­ku, ale uda­ło się. Wy­pra­co­wa­ła so­bie na­wy­ki zdro­we­go od­ży­wia­nia, wciąż wal­czy­ła z wro­dzo­nym le­ni­stwem z cał­kiem nie­złym skut­kiem. Było do­brze, ale uwa­ża­ła, że mo­gło­by być le­piej, gdy­by ro­dzi­ce od­po­wied­nio wcze­śnie za­czę­li sty­mu­lo­wać jej roz­wój.

W domu przy­wi­ta­ła ją mar­twa ci­sza. Ni­g­dy by się do tego nie przy­zna­ła, ale To­mek ją iry­to­wał. De­ner­wo­wał ją, kie­dy pra­co­wał za dużo, bo wte­dy nie było go z ro­dzi­ną, ale draż­nił ją rów­nież wte­dy, kie­dy za dłu­go sie­dział w domu, bo prze­cież mu­siał za­ra­biać. Sta­ra­ła się nie oka­zy­wać emo­cji. Ani tych do­brych, ani tych złych.

Za­nio­sła śpią­ce­go Le­ona do łóż­ka. Na­wet się nie obu­dził, kie­dy ścią­ga­ła mu czap­kę, rę­ka­wicz­ki, sza­lik, kurt­kę i ko­lej­ne war­stwy ubrań. Spoj­rza­ła na nie­go i po­czu­ła roz­le­wa­ją­cą się po ca­łym cie­le falę cie­pła. Wi­dok śpią­cych dzie­ci, jej dzie­ci, ją roz­czu­lał. Cza­sem mia­ła wszyst­kie­go dość, czu­ła zmę­cze­nie i znie­chę­ce­nie, mia­ła ocho­tę za­dzwo­nić do pra­cy i oznaj­mić, że dzi­siaj nie przyj­dzie, bo nie ma siły, by wstać z łóż­ka, ale wte­dy po ci­chut­ku, na pal­cach, wcho­dzi­ła do po­ko­ju sy­nów, któ­rzy naj­czę­ściej jesz­cze spa­li, i za­po­mi­na­ła o wszyst­kich wąt­pli­wo­ściach. Zer­ka­ła na nich i przy­po­mi­na­ła so­bie, dla kogo to wszyst­ko robi. Dla nich. I dla sie­bie tro­chę też. Chcia­ła mieć ide­al­ne ży­cie. Czy to coś złe­go?

– Mi­łosz­ku, idź się, pro­szę, ką­pać, bo ju­tro nie wsta­niesz – po­wie­dzia­ła do star­sze­go syna.

– Ale mamo… – za­czął nie­pew­nie chło­piec.

– Tak?

– Pra­ca do­mo­wa – przy­po­mniał jej.

No tak. Pra­ca do­mo­wa.

Spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Dwu­dzie­sta pięt­na­ście. Kie­dyś o tej po­rze do­pie­ro za­czy­na­ła funk­cjo­no­wać, ale to było daw­no temu, w po­przed­nim ży­ciu, za­nim na świe­cie po­ja­wi­ły się dzie­ci. Te­raz naj­chęt­niej koń­czy­ła­by swój dzień już o dwu­dzie­stej.

To­mek wró­cił do domu, kie­dy już upo­ra­li się z Mi­ło­szem z pra­cą do­mo­wą i chło­piec brał prysz­nic. Jako geo­de­ta pro­wa­dzą­cy z dwo­ma ko­le­ga­mi spół­kę cy­wil­ną To­masz miał nie­nor­mo­wa­ne go­dzi­ny pra­cy. Zda­rza­ło mu się wra­cać do domu za­rów­no o czter­na­stej, jak i o dwu­dzie­stej dru­giej. Kin­ga przy­zwy­cza­iła się już do try­bu pra­cy męża, cho­ciaż cza­sem ła­pa­ła się na my­śli, że wo­la­ła­by, żeby wra­cał do ro­dzi­ny po ośmiu go­dzi­nach, jak zwy­kły czło­wiek. Szyb­ko jed­nak się za to ru­ga­ła. Oni nie byli zwy­kli.

– Jak w pra­cy? – za­py­ta­ła, szo­ru­jąc blat.

To­mek zer­k­nął do kuch­ni i jęk­nął, kie­dy zro­zu­miał, że w domu nie ma nic do je­dze­nia.

– Je­stem głod­ny – rzu­cił, igno­ru­jąc jej py­ta­nie.

– To so­bie coś zrób – oznaj­mi­ła z uśmie­chem Kin­ga.

– Nie­daw­no wró­ci­łam z dzieć­mi do domu, a mu­sia­łam jesz­cze od­ro­bić z Mi­ło­szem lek­cje. Chy­ba że… może coś za­mó­wi­my? Sama je­stem głod­na.

– Do­bry po­mysł. Na co masz ocho­tę?

Zmarsz­czy­ła nos, za­sta­na­wia­jąc się przez chwi­lę.

– Może ja­kiś ma­ka­ron? Coś wło­skie­go? – za­su­ge­ro­wa­ła, igno­ru­jąc upo­rczy­wy gło­sik w gło­wie, któ­ry pod­szep­ty­wał, że wło­ska pa­sta nie jest naj­lep­szym po­my­słem o tak póź­nej po­rze.

To­mek ski­nął gło­wą i wy­co­fał się do sa­lo­nu, gdzie le­żał ich wspól­ny lap­top. Kin­ga szczy­ci­ła się tym, że nie mają przed sobą żad­nych ta­jem­nic.

Kie­dy kuch­nia błysz­cza­ła, a Mi­łosz słod­ko spał, do­łą­czy­ła do Tom­ka, któ­ry zdą­żył się roz­siąść na ka­na­pie. Od­ru­cho­wo wy­gła­dzi­ła koc. Ścią­ga­ła go z sofy za każ­dym ra­zem, kie­dy spo­dzie­wa­li się goś­ci. Uwiel­bia­ła słu­chać po­chlebstw: „Ale wy ma­cie czy­sto! To nie­wia­ry­god­ne, przy dwój­ce dzie­ci taki po­rzą­dek…”.

Po­zo­ry. Ko­cha­ła pła­wić się w ich bla­sku. To nic, że ca­ły­mi dnia­mi prze­by­wa­li poza do­mem, a w miesz­ka­niu tyl­ko sy­pia­li. Nie­waż­ne, że więk­szość me­bli – wszyst­kie łóż­ka, ka­na­py, fo­te­le – przy­kry­wa­ła na co dzień ko­ca­mi, żeby się nie bru­dzi­ły. Naj­waż­niej­sze, że inni my­śle­li, że jest ide­al­na i ma per­fek­cyj­nie wy­sprzą­ta­ny dom.

– Wy­czer­pu­ją­cy dzień? – za­py­ta­ła, ze­zu­jąc na męża.

– Yhm – po­twier­dził.

– Może chciał­byś, że­bym zro­bi­ła ci ma­saż? – za­su­ge­ro­wa­ła, za­lot­nie okrę­ca­jąc ko­smyk wło­sów wo­kół pal­ca.

Nie, nie mia­ła ocho­ty na seks, była zbyt zmę­czo­na, ale chcia­ła zo­ba­czyć w oczach męża błysk za­in­te­re­so­wa­nia. Nie po­tra­fi­ła za­ak­cep­to­wać upły­wu cza­su. Pierw­sze zmarszcz­ki, wor­ki pod ocza­mi, wol­niej­sza prze­mia­na ma­te­rii – to wszyst­ko spra­wia­ło, że czu­ła się co­raz go­rzej w swo­jej skó­rze, a prze­cież chcia­ła być za­wsze pięk­na, za­wsze ide­al­na. Przy­wią­zy­wa­ła ogrom­ną wagę do swo­je­go wy­glą­du i jesz­cze więk­szą do zda­nia in­nych. Chcia­ła, żeby jej za­zdro­ści­li, żeby my­śle­li, że jej się uda­ło.

W oczach Tom­ka zo­ba­czy­ła tyl­ko wiel­kie znu­że­nie, więc szyb­ko się wy­co­fa­ła.

– My­śla­łeś już o Wi­gi­lii? Gdzie ją spę­dzi­my?

– Pew­nie naj­pierw po­je­dzie­my do two­ich ro­dzi­ców, a po­tem do mo­ich, jak za­wsze – pod­su­mo­wał, nie si­ląc się na en­tu­zjazm.

Kin­ga nie zdą­ży­ła mu od­po­wie­dzieć, bo ktoś za­dzwo­nił do drzwi. Do­staw­ca przy­wiózł je­dze­nie.

KA­MI­LA UBO­LE­WA­ŁA NAD TYM, ŻE TRA­DY­CJA WY­SY­ŁA­NIA KAR­TEK ŚWIĄ­TECZ­NYCH ZA­NI­KA. Pa­mię­ta­ła, że kie­dy były z Kin­gą dzieć­mi, wy­sy­ła­ły z mamą ży­cze­nia do ro­dzi­ny i przy­ja­ciół. Same też do­sta­wa­ły mnó­stwo kar­tek. Sio­stra ra­czej ni­g­dy nie przy­wią­zy­wa­ła do tego więk­szej wagi, ale Ka­mi­li nie umknął fakt, że z roku na rok do­cie­ra­ło do niej co­raz mniej świą­tecz­nych ży­czeń. W ich miej­sce po­ja­wi­ły się roz­sy­ła­ne naj­pierw w SMS-ach, a po­tem przez Mes­sen­ger iden­tycz­ne wier­szy­ki. Ni­ko­mu nie chcia­ło się na­wet per­so­na­li­zo­wać ży­czeń.

Ka­mi­la cią­gle kul­ty­wo­wa­ła ro­dzin­ną tra­dy­cję wy­sy­ła­nia kar­tek świą­tecz­nych. Mało tego: co roku przy­go­to­wy­wa­ła je wła­sno­ręcz­nie. Mia­ła swój ulu­bio­ny sklep, w któ­rym za­opa­try­wa­ła się w nie­zbęd­ne ma­te­ria­ły: scrap­ki, drew­nia­ne ozdo­by, ce­ki­ny, bro­kat, ta­siem­ki.

Taka pra­ca ją od­prę­ża­ła. Za­po­mi­na­ła wte­dy o wszyst­kich pro­ble­mach, a cała jej uwa­ga była sku­pio­na na cu­dach, któ­re wy­cho­dzi­ły spod jej rąk. Każ­da kart­ka była ma­lut­kim dzie­łem sztu­ki. Wy­ko­rzy­sty­wa­ła głów­nie kla­sycz­ne mo­ty­wy, ta­kie jak cho­in­ka, świę­ty mi­ko­łaj czy pre­zen­ty, ale ro­bi­ła to w nie­kon­wen­cjo­nal­ny spo­sób – cho­in­ka na kart­ce była geo­me­trycz­na, a świę­ty zgo­lił bro­dę i wąsy.

Ka­mi­la prze­ko­na­ła się, że do­bro wra­ca. Wcze­śniej w okre­sie przed­świą­tecz­nym na próż­no wy­pa­try­wa­ła li­sto­no­sza, a od­kąd sama za­czę­ła wy­sy­łać kart­ki, z roku na rok znaj­do­wa­ła w skrzyn­ce pocz­to­wej co­raz wię­cej ko­lo­ro­wych ko­pert. Cie­szy­ły ją wszyst­kie ży­cze­nia, nie­waż­ne, czy spi­sa­ne na zwy­kłej pocz­tów­ce, bo­ga­to ozdo­bio­nej kart­ce, czy spi­sa­ne na skraw­ku pa­pie­ru. Uzna­wa­ła je za swój mały suk­ces – w koń­cu zmo­ty­wo­wa­ła ro­dzi­nę i zna­jo­mych. W ubie­głym roku do­sta­ła rów­nież kil­ka kar­tek z wy­mia­ny zor­ga­ni­zo­wa­nej przez ad­mi­ni­stra­to­rów jed­nej z grup na Fa­ce­bo­oku. Uwa­ża­ła, że to bar­dzo miłe – ni­g­dy nie wi­dzia­ła tych lu­dzi na oczy, a jed­nak wło­ży­li w ży­cze­nia mnó­stwo ser­ca.

Te drob­ne od­ru­chy życz­li­wo­ści były jej bar­dzo po­trzeb­ne, szcze­gól­nie te­raz, w tym trud­nym mo­men­cie ży­cia.

De­li­kat­nie, aby nie uszko­dzić ozdo­by, przy­kle­iła ko­ron­ko­wą śnie­żyn­kę na błę­kit­nym pa­pie­rze. Uśmiech­nę­ła się do swo­ich my­śli. Tę kart­kę po­sta­no­wi­ła wy­słać do Na­ta­lii, przy­ja­ciół­ki, któ­ra przed pię­cio­ma laty wy­emi­gro­wa­ła do Szko­cji. Na­ta­lia uwiel­bia­ła sub­tel­ne do­dat­ki.

Wła­śnie przy­go­to­wy­wa­ła ostat­nią kart­kę, kie­dy w zam­ku za­zgrzy­tał klucz. Wciąż nie mo­gła się przy­zwy­cza­ić do tego, że dzie­li z kimś miesz­ka­nie. I to nie z byle kim, bo ze swo­im męż­czy­zną.

Mia­ła swo­je przy­zwy­cza­je­nia, na­wy­ki, któ­re te­raz mu­sia­ła do­pa­so­wać do jego zwy­cza­jów. Dłu­go miesz­ka­ła sama, i lu­bi­ła tę swo­ją sa­mot­nię. A te­raz wszyst­ko sta­nę­ło na gło­wie.

Bar­dzo wcze­śnie wy­pro­wa­dzi­ła się z ro­dzin­ne­go domu. Nie czu­ła się w nim ak­cep­to­wa­na. Wie­dzia­ła, że za każ­dym ra­zem, kie­dy mat­ka na nią pa­trzy, przy­po­mi­na się jej męż­czy­zna, któ­ry tak bar­dzo ją skrzyw­dził, oj­ciec Ka­mi­li. Ale to prze­cież to nie była jej wina, że była tak do nie­go po­dob­na!

Te­re­sa za­ło­ży­ła nową ro­dzi­nę, a Ka­mi­la prak­tycz­nie od za­wsze czu­ła, że do niej nie pa­su­je. Oj­czym sta­rał się trak­to­wać obie cór­ki na rów­ni, ale nie po­tra­fił oszu­kać bio­lo­gii. Kin­ga za­wsze mo­gła li­czyć na bar­dziej ulgo­we trak­to­wa­nie nie tyl­ko ze stro­ny taty, ale tak­że mamy. Te­re­sa pod­świa­do­mie prze­no­si­ła nie­chęć do ojca Ka­mi­li na star­szą cór­kę.

– Po­szedł do in­nej i na­wet o to­bie nie pa­mię­ta! Nie łoży na two­je utrzy­ma­nie, wszyst­ko jest na mo­jej gło­wie! – po­wta­rza­ła, a z każ­dym jej sło­wem Ka­mi­la utwier­dza­ła się w prze­ko­na­niu, że coś musi być z nią nie w po­rząd­ku, sko­ro za­po­mniał o niej na­wet ro­dzo­ny oj­ciec.

Mia­ła za­le­d­wie kil­ka lat, kie­dy do­szła do wnio­sku, że to ona jest win­na wszel­kim nie­szczę­ściom, któ­re spo­tka­ły jej mat­kę. Do­ra­sta­ła w po­czu­ciu winy. Za­zdro­ści­ła Kin­dze, że o niej ta­tuś nie za­po­mniał, że nie zo­sta­wił jej w spad­ku tyl­ko nie­chę­ci mamy.

Te­re­sa ni­g­dy nie przy­zna­ła­by się do tego gło­śno, ale obec­ność cór­ki przy­po­mi­na­ła jej o naj­więk­szej po­mył­ce w ży­ciu. Da­riusz był jej zgu­bą. Od po­cząt­ku zda­wa­ła so­bie spra­wę, że ten zwią­zek nie ma przy­szło­ści, ale bar­dzo chcia­ła, żeby było ina­czej. Uda­wa­ła, że nie wi­dzi bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia w jego spoj­rze­niu, nie chcia­ła przy­znać, że wo­dzi wzro­kiem za jej ko­le­żan­ką. Była wte­dy w trze­ciej kla­sie li­ceum, on w ma­tu­ral­nej. Ma­rzy­ła o tym wy­so­kim, pew­nym sie­bie, po­pu­lar­nym wśród dziew­cząt chło­pa­ku i za­sta­na­wia­ła się, co zro­bić, żeby wy­brał wła­śnie ją.

Oka­zja nada­rzy­ła się na jed­nej z pry­wa­tek. Da­rek był bar­dzo pi­ja­ny, więc za­cią­gnię­cie go do łóż­ka nie spra­wi­ło jej żad­ne­go pro­ble­mu. Nie, nie mia­ła tego w zwy­cza­ju, on był jej pierw­szym męż­czy­zną. Wie­dzia­ła, że nie tak po­wi­nien wy­glą­dać jej pierw­szy raz, ale była bez­na­dziej­nie za­ko­cha­na i uzna­ła, że za­pła­ci każ­dą cenę, byle tyl­ko ten fa­cet był jej. Li­czy­ła na to, że zmie­ni swój sto­su­nek do niej, ale nie zmie­nił. Na­dal jej nie za­uwa­żał. Je­dy­na róż­ni­ca po­le­ga­ła na tym, że za­czął jej mó­wić „cześć”.

Czu­ła się po­ni­żo­na: była za­ła­ma­na, ale wie­dzia­ła, że nie może się pod­dać, a wiel­ka mi­łość wy­ma­ga wy­rze­czeń. Nie po­tra­fi­ła, a może nie chcia­ła zro­zu­mieć, że on nie jest dla niej. Prze­ły­ka­ła łzy go­ry­czy, kie­dy się do­wie­dzia­ła, że nie jest je­dy­ną, któ­rą tak po­trak­to­wał. Że sy­pia­nie na pry­wat­kach z przy­pad­ko­wy­mi dziew­czy­na­mi nie jest dla nie­go ni­czym no­wym. Trud­no, nie była pierw­sza, ale po­sta­no­wi­ła być ostat­nia. Chcia­ła być tą je­dy­ną. Oka­zja po­ja­wi­ła się dość szyb­ko.

Dla Dar­ka ży­cie było nie­koń­czą­cą się pry­wat­ką. Na jed­nej z nich upił się do nie­przy­tom­no­ści, a ko­le­dzy go zo­sta­wi­li. Mu­sia­ła mu po­móc, ura­to­wać go. Wie­dzia­ła, gdzie miesz­ka. Po­pro­si­ła przy­pad­ko­we­go chło­pa­ka o po­moc i we dwo­je do­tar­ga­li Dar­ka do domu.

– Twój chło­pak chy­ba dzi­siaj tro­chę prze­sa­dził – sko­men­to­wał jej to­wa­rzysz.

Te­re­sa uśmiech­nę­ła się pod no­sem. Ktoś na­zwał Dar­ka jej chło­pa­kiem!

Po­dzię­ko­wa­ła za po­moc i za­dzwo­ni­ła do drzwi, ale nie ode­szła. Cze­ka­ła, aż mat­ka Dar­ka otwo­rzy. Za­mie­rza­ła uświa­do­mić tej ko­bie­cie, jak wie­le Da­rek jej za­wdzię­cza.

– Ko­le­dzy zo­sta­wi­li go w ta­kim sta­nie. Ba­łam się, że coś może mu się stać, dla­te­go go przy­pro­wa­dzi­łam. Tak nie może być, trze­ba ja­koś na nie­go wpły­nąć, za chwi­lę ma­tu­ra, a on, za­miast się uczyć, ba­lu­je bez koń­ca… – bia­do­li­ła, z każ­dym sło­wem zy­sku­jąc sym­pa­tię po­ten­cjal­nej te­ścio­wej.

Chcia­ła mieć w niej sprzy­mie­rzeń­ca, chcia­ła, żeby mat­ka otwo­rzy­ła Dar­ko­wi oczy, uświa­do­mi­ła go, jaki skarb ma w za­się­gu ręki.

Ko­bie­ta zła­pa­ła przy­nę­tę.

– Zna­cie się z Dar­kiem? Ni­g­dy o to­bie nie opo­wia­dał – za­wa­ha­ła się. – Cho­dzi­cie ra­zem do kla­sy?

– Nie, je­stem o rok młod­sza, ale bar­dzo go lu­bię i wiem, że stać go na wię­cej – wy­tłu­ma­czy­ła jej Te­re­sa, zer­ka­jąc po­dejrz­li­wie na pół­przy­tom­ne­go chło­pa­ka.

Na szczę­ście nie był w sta­nie uczest­ni­czyć w tej roz­mo­wie i za­prze­czyć jej sło­wom.

Na­stęp­ne­go dnia pod­szedł do niej w szko­le. Po­dzię­ko­wał i prze­ka­zał po­zdro­wie­nia od mamy. Tak to się za­czę­ło. Te­re­sie trud­no było uwie­rzyć, że jest pod tak sil­nym wpły­wem mat­ki. Wi­dzia­ła w nim bun­tow­ni­ka, a tym­cza­sem on za­czął się z nią uma­wiać, bo po­lu­bi­ła ją mama. A może w koń­cu przej­rzał na oczy? Nie­waż­ne. Te­re­sa kuła że­la­zo, póki go­rą­ce. Była za­chwy­co­na, że Da­rek wy­brał wła­śnie ją i z za­do­wo­le­niem od­no­to­wy­wa­ła za­zdro­sne spoj­rze­nia ko­le­ża­nek.

Ale on szyb­ko za­czął się jej wy­my­kać. Sy­pia­ła z nim re­gu­lar­nie, więc re­ali­za­cja pla­nu nie spra­wi­ła jej pro­ble­mu. Cią­ża nie była wy­ni­kiem wpad­ki, była ra­czej sta­ran­nie za­pla­no­wa­nym przed­się­wzię­ciem. Wie­dzia­ła, że je­śli w nią zaj­dzie, Da­rek bę­dzie mu­siał się z nią oże­nić. Tak też się sta­ło.

Ka­mi­lę uro­dzi­ła dwa mie­sią­ce po ma­tu­rze. Ro­dzi­ce jej i Dar­ka tro­chę ma­ru­dzi­li, że to za szyb­ko, że mło­dzi nie mają środ­ków do ży­cia, ale kie­dy wnucz­ka przy­szła na świat, osza­le­li na jej punk­cie. Nie­ste­ty, nie moż­na było tego sa­me­go po­wie­dzieć o świe­żo upie­czo­nym ta­tu­siu.

Da­rek zdra­dzał Te­re­sę i na­wet spe­cjal­nie się z tym nie krył. Tak jak i z tym, że do ślu­bu zo­stał po­nie­kąd zmu­szo­ny. Wiel­ka mi­łość po­wo­li za­mie­nia­ła się w wiel­ką nie­na­wiść. Te­re­sa nie mo­gła uwie­rzyć, że była taka głu­pia, ale otrzeź­wie­nie nie­ste­ty przy­szło za póź­no. Jesz­cze mia­ła na­dzie­ję, że on do­ro­śnie, że się zmie­ni, ale każ­da ko­lej­na nie­prze­spa­na noc, kie­dy on nie wra­cał do domu, a ona cho­dzi­ła od okna do okna, utwier­dza­ła ją w prze­ko­na­niu, że zmar­no­wa­ła so­bie ży­cie. Gdy­by nie Ka­mi­la…

– Głu­pia je­steś, na­wet tak nie ga­daj. Dziec­ko się samo nie pcha­ło na ten świat – ru­ga­ła ją star­sza sio­stra Ma­ria, któ­ra sama była już mat­ką. – Po­goń Dar­ka, po­ra­dzisz so­bie sama. Na co ci taki chłop?

Ale Te­re­sa nie po­tra­fi­ła z nie­go zre­zy­gno­wać. Ko­cha­ła go i nie­na­wi­dzi­ła jed­no­cze­śnie. Wie­dzia­ła, że mu­siał­by stać się cud, żeby on się zmie­nił, ale ona wie­rzy­ła w cuda. On tyl­ko mu­siał zro­zu­mieć, że ją ko­cha i że ona i Ka­mi­la są dla nie­go naj­waż­niej­sze…

Gro­zi­ła, pła­ka­ła, pro­si­ła, tłu­ma­czy­ła. Kłót­niom mię­dzy mło­dy­mi mał­żon­ka­mi nie było koń­ca. Da­rek w koń­cu od­szedł. Po­wie­dział, że ma dość i nie o ta­kim ży­ciu dla sie­bie ma­rzył.

Ka­mi­la pa­mię­ta­ła ojca jak przez mgłę. Mia­ła za­le­d­wie czte­ry lata, kie­dy znik­nął z jej ży­cia, i już ni­g­dy wię­cej go nie zo­ba­czy­ła. Te­raz już sama nie wie­dzia­ła, czy rze­czy­wi­ście pa­mię­ta twarz ojca, czy ją so­bie po pro­stu wy­my­śli­ła. Te­re­sa wy­rzu­ci­ła wszyst­kie zdję­cia. Wpraw­dzie u ciot­ki Ma­rii za­cho­wa­ło się kil­ka fo­to­gra­fii ze ślu­bu Te­re­sy i Dar­ka czy chrzcin Ka­mi­li, ale mat­ka nie po­zwa­la­ła jej ich oglą­dać.

– Po co? – iry­to­wa­ła się, kie­dy cór­ka py­ta­ła o ojca. – Po co chcesz roz­dra­py­wać sta­re rany? Te­raz mamy nową ro­dzi­nę, jest do­brze, po co to zmie­niać?

Nie ro­zu­mia­ła po­trze­by Ka­mi­li, żeby po­znać swo­je ko­rze­nie. Li­czy­ła, że cór­ka, tak jak i ona, bę­dzie nie­na­wi­dzić Da­riu­sza. Bo na to za­słu­żył. Na nie­na­wiść i po­gar­dę. Ale Ka­mi­la wciąż upar­cie o nie­go do­py­ty­wa­ła.

W koń­cu dziew­czyn­ka zro­zu­mia­ła, że nie po­win­na drą­żyć. Roz­mo­wy pro­wa­dzo­ne szep­tem przez mamę i cio­cię tyl­ko utwier­dza­ły ją w prze­ko­na­niu, że jej oj­ciec był po pro­stu złym czło­wie­kiem. Czu­ła wstyd, bo Kin­ga mia­ła ta­kie­go wspa­nia­łe­go ojca. Cio­cia Ma­ria czę­sto mó­wi­ła, że tyl­ko wy­jąt­ko­wy męż­czy­zna może zwią­zać się z ko­bie­tą, któ­ra ma dziec­ko, i po­ko­chać je jak swo­je. Ka­mi­la mia­ła wra­że­nie, że to nie do koń­ca tak – w koń­cu do­strze­ga­ła ogrom­ną róż­ni­cę w trak­to­wa­niu jej i Kin­gi – ale i tak za­zdro­ści­ła sio­strze. O jej ta­cie nikt nie mó­wił, że jest wy­jąt­ko­wy. Cała ro­dzi­na go nie­na­wi­dzi­ła.

Ka­mi­la opu­ści­ła ro­dzin­ny dom już moc­no po­kie­re­szo­wa­na przez ży­cie. Ro­dzi­na wca­le nie ko­ja­rzy­ła jej się ze sta­bi­li­za­cją i bez­pie­czeń­stwem, a ra­czej z nie­chę­cią i wsty­dem. Mia­ła ni­skie po­czu­cie wła­snej war­to­ści, w koń­cu za­wsze była tą gor­szą. Mat­ka za­szcze­pi­ła w niej nie­na­wiść do ojca, a ona sama roz­bu­do­wa­ła ją do nie­chę­ci wo­bec wszyst­kich męż­czyzn. Ja­cek, jej oj­czym, też nie był taki ide­al­ny. Miał od­mie­nić ich ży­cie, a nie­świa­do­mie nisz­czył Ka­mi­lę drob­ny­mi ge­sta­mi, fa­wo­ry­zo­wa­niem swo­jej bio­lo­gicz­nej cór­ki i wy­no­sze­niem jej na pie­de­stał, pod­czas gdy Ka­mi­la za­wsze po­zo­sta­wa­ła w cie­niu. Pod­czas imie­ni­no­wych przy­jęć chwa­lił się osią­gnię­cia­mi Kin­gi, po­mi­ja­jąc prze­cięt­ne oce­ny Ka­mi­li. Wia­do­mo, tyl­ko młod­sza z có­rek mo­gła być ide­al­na. Star­sza mia­ła wa­dli­we geny po ojcu.

Do­ro­sła Ka­mi­la dość nie­chęt­nie pod­cho­dzi­ła nie tyl­ko do in­sty­tu­cji mał­żeń­stwa, ale i sa­mej ro­dzi­ny. Nie za­mie­rza­ła jej za­kła­dać. Nie chcia­ła się wią­zać z ni­kim na sta­łe: nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce zna­jo­mo­ści były tym, cze­go chcia­ła od ży­cia. Bała się wcho­dzić w głęb­sze re­la­cje, a uczu­cia ta­kie jak mi­łość i przy­wią­za­nie bu­dzi­ły w niej lęk. Wo­la­ła uni­kać roz­cza­ro­wań.

Adam był dla niej part­ne­rem ide­al­nym. Sam nie chciał się an­ga­żo­wać, tłu­ma­czył, że nie ma do tego gło­wy, ale pew­nie jak każ­dy miał w so­bie de­mo­ny, któ­re nie po­zwa­la­ły mu wejść w zwią­zek ca­łym sobą. Cza­sem wy­ska­ki­wa­li ra­zem do kina czy re­stau­ra­cji, ale zde­cy­do­wa­nie naj­wię­cej cza­su spę­dza­li w łóż­ku. Ka­mi­la lu­bi­ła my­śleć, że ma z nim ro­mans. Po­do­ba­ło jej się to sło­wo. Ko­ja­rzy­ło się z na­mięt­no­ścią, oce­anem emo­cji i do­znań. Było do­brze. Nie czu­ła po­trze­by, aby co­kol­wiek zmie­niać. Wy­łą­czy­ła uczu­cia, bo tak było ła­twiej. I wca­le nie uwa­ża­ła, że w jej ży­ciu cze­goś bra­ku­je. Oczy­wi­ście wie­dzia­ła, skąd się bio­rą dzie­ci. Za­bez­pie­cza­li się z Ada­mem, ale naj­wy­raź­niej nie dość sku­tecz­nie, bo w li­sto­pa­dzie zro­bi­ła test cią­żo­wy i prze­ży­ła szok, kie­dy zo­ba­czy­ła dwie kre­ski. Naj­pierw za­czę­ła się gło­śno śmiać, a po­tem pła­kać. Co ona zro­bi? A Adam? Jak za­re­agu­je?

Od razu po­je­cha­ła do Mag­da­le­ny, je­dy­nej oso­by w ro­dzi­nie, na któ­rej dys­kre­cję mo­gła li­czyć. Bar­dzo lu­bi­ła ku­zyn­kę i uwa­ża­ła za nie­spra­wie­dli­we, że tak do­brą i cie­płą oso­bę los do­świad­czył w tak pa­skud­ny spo­sób. Wie­dzia­ła, że może na niej po­le­gać, i nie po­my­li­ła się. Póź­niej o cią­ży do­wie­dział się Adam. Kie­dy szła na spo­tka­nie z ko­chan­kiem, bała się, że za­kwe­stio­nu­je swo­je oj­co­stwo. Nie uma­wia­li się na wy­łącz­ność, nie obie­cy­wa­li so­bie wier­no­ści, Ka­mi­la jed­nak nie po­tra­fi­ła so­bie wy­obra­zić, że mia­ła­by sy­piać z in­ny­mi męż­czy­zna­mi. Ow­szem, nie wią­za­ła się na sta­łe, nie przy­się­ga­ła wier­no­ści, uczci­wo­ści i mi­ło­ści aż po grób, ale uwa­ża­ła, że wy­ma­ga tego zwy­kła przy­zwo­itość. Gdy­by Adam jej nie uwie­rzył, by­ło­by to dla niej cio­sem pro­sto w ser­ce.

Kie­dy po­wie­dzia­ła mu, w czym rzecz, prze­łknął gło­śno śli­nę i po­wo­li pod­niósł wzrok, któ­ry wcześ­niej za­trzy­mał na fi­li­żan­ce kawy.

– No cóż – mruk­nął. – Je­ste­śmy do­ro­sły­mi ludź­mi, więc chy­ba mo­gli­śmy się spo­dzie­wać, że tak to się może skoń­czyć.

Po jego sło­wach za­pa­dła ci­sza. Ka­mi­la nie wie­dzia­ła, jak ma to ro­zu­mieć. Ruga ją za to, że za­bez­pie­cze­nie za­wio­dło? A może po pro­stu chce odejść?

– Co za­mie­rzasz? – Adam w koń­cu prze­rwał prze­dłu­ża­ją­cą się ci­szę i spoj­rzał na nią uważ­nie.

Pró­bo­wa­ła ukryć emo­cje, ale strach i nie­pew­ność mia­ła wy­pi­sa­ne na twa­rzy.

– Nie wiem – bąk­nę­ła, ba­wiąc się bran­so­let­ką. Nie chcia­ła na nie­go pa­trzeć. Jesz­cze nie te­raz. – To zna­czy… abor­cja nie wcho­dzi w grę, je­śli o tym my­ślisz. Chcę uro­dzić to dziec­ko. Uwa­żam, że ko­bie­ta po­win­na mieć pra­wo wy­bo­ru, ale mój wy­bór w tej kwe­stii jest ja­sny…

– Na­wet o tym nie po­my­śla­łem – wszedł jej w sło­wo. – Py­ta­łem ra­czej, czy… no wiesz. Czy chcesz wy­cho­wy­wać to dziec­ko sama, czy ze mną?

Unio­sła wy­so­ko brwi i w koń­cu zmu­si­ła się do tego, aby na nie­go spoj­rzeć. Nie przy­pusz­cza­ła, że po­zo­sta­wi jej wy­bór.

Lu­bi­ła go. Miał pięk­ną twarz i moc­no za­ry­so­wa­ną szczę­kę. W łóż­ku po­tra­fił ro­bić cuda. Był jed­nym z lep­szym ko­chan­ków, ja­kich mia­ła, cho­ciaż nie było ich zno­wu aż tak wie­lu. Ale czy to wy­star­czy, aby zbu­do­wać zwią­zek, za­ło­żyć ro­dzi­nę?

– A ty cze­go chcesz? – za­py­ta­ła za­chryp­nię­tym z emo­cji gło­sem.

Chcia­ła unik­nąć sy­tu­acji, w któ­rej to ona po­wie: „Bądź ze mną”. Jej mat­ka zmu­si­ła ojca do związ­ku, i co z tego wy­szło? Nie za­mie­rza­ła po­wta­rzać jej błę­dów. Ale z dru­giej stro­ny… Prze­cież było dziec­ko. Może war­to cho­ciaż spró­bo­wać? Ono za­słu­ży­ło na peł­ną ro­dzi­nę.

– Na pew­no nie chcę, żeby moje dziec­ko na­wet nie wie­dzia­ło, kim je­stem. Za­mie­rzam być obec­ny w jego ży­ciu – za­de­kla­ro­wał Adam.

– Nie wiem, na­praw­dę… Może mo­gli­by­śmy spró­bo­wać? Tyl­ko spró­bo­wać – za­su­ge­ro­wa­ła nie­pew­nie.

I wła­śnie to „tyl­ko spró­bo­wać” sta­ło się pod­wa­li­ną ich wspól­ne­go ży­cia. Zgod­nie uzna­li, że le­piej bę­dzie, je­śli on wpro­wa­dzi się do jej odzie­dzi­czo­ne­go po bab­ci miesz­ka­nia w blo­ku przy Ście­gien­ne­go. Było bar­dziej prze­stron­ne od jego ka­wa­ler­ki na Ty­siąc­le­ciu. Ka­wa­ler­ki, któ­rą po­sta­no­wił wy­na­jąć, a nie sprze­dać, bo na ra­zie prze­cież „tyl­ko pró­bo­wa­li”.

Ży­cie sta­nę­ło na gło­wie. Ka­mi­la nie po­go­dzi­ła się jesz­cze z my­ślą, że zo­sta­nie mat­ką, a już mu­sia­ła za­ak­cep­to­wać ko­lej­ną zmia­nę – po­ja­wie­nie się w jej miesz­ka­niu męż­czy­zny. Sama nie po­tra­fi­ła okre­ślić swo­ich uczuć do Ada­ma. Cie­szy­ła się, że był, ale de­ner­wo­wał ją cha­os, któ­ry wpro­wa­dzał. Na­uczy­ła się sa­mot­no­ści, udo­mo­wi­ła ją. Po­dej­rze­wa­ła, że oswo­je­nie męż­czy­zny może być o wie­le trud­niej­sze.

– Co ro­bisz? – Adam z za­in­te­re­so­wa­niem zer­k­nął jej przez ra­mię.

– Kart­ki świą­tecz­ne.

Aż gwizd­nął z po­dzi­wem.

– Ra­czej małe ar­cy­dzie­ła, a nie kart­ki świą­tecz­ne! To jest bar­dzo do­bre – rzu­cił, bez py­ta­nia sia­da­jąc obok niej. – Nie my­śla­łaś, żeby za­cząć je sprze­da­wać?

– Praw­dę mó­wiąc, zna­jo­mi mnie o to py­ta­li – przy­zna­ła – ale nie je­stem prze­ko­na­na, czy ktoś by je ku­pił… Poza tym przy­go­to­wy­wa­nie ich jest bar­dzo cza­so­chłon­ne, a nie­dłu­go będę mia­ła o wie­le mniej cza­su.

Adam wziął do ręki pierw­szą z brze­gu kart­kę.

– Są na tyle do­bre, żeby sprze­da­wać je lu­dziom – za­wy­ro­ko­wał – ale to twój wy­bór, do ni­cze­go cię nie zmu­szam. Słu­chaj… – za­wa­hał się, krę­cąc się nie­spo­koj­nie na krze­śle.

Spoj­rza­ła na nie­go z za­in­te­re­so­wa­niem. Ostat­nio co­raz czę­ściej ła­pa­ła się na tym, że lubi mu się przy­glą­dać.

– Tak?

Odło­żył de­li­kat­nie kart­kę, żeby jej nie znisz­czyć.

– Wiem, że je­stem bez­na­dziej­ny i po­wi­nie­nem sam wy­brać dla cie­bie pre­zent pod cho­in­kę, ale może byś mnie cho­ciaż na­pro­wa­dzi­ła? – po­pro­sił, po­sy­ła­jąc jej bła­gal­ne spoj­rze­nie.

Szcze­rze się za­śmia­ła. Od­kąd za­czę­ła so­bie po­zwa­lać na odro­bi­nę swo­bo­dy w jego to­wa­rzy­stwie, cał­kiem nie­źle się do­ga­dy­wa­li. Na­dal nie była prze­ko­na­na, czy to na tyle moc­ny fun­da­ment, aby zbu­do­wać na nim ro­dzi­nę, ale nie pod­da­wa­ła się. Chcia­ła dla swo­je­go dziec­ka lep­sze­go dzie­ciń­stwa niż jej wła­sne.

– Mó­wi­łam, że nie pój­dzie ci ze mną tak ła­two – po­wie­dzia­ła ta­jem­ni­czo i jak gdy­by ni­g­dy nic wró­ci­ła do przy­go­to­wy­wa­nia kar­tek.

– Zro­bisz jed­ną dla mnie? – za­py­tał dość nie­spo­dzie­wa­nie.

Zmarsz­czy­ła brwi i za­trzy­ma­ła wzrok na jego twa­rzy. Nie żar­to­wał.

– Kart­kę?

– Tak, kart­kę.

– Ale… po co? Niby co mia­ła­bym w niej na­pi­sać?

– Nie wiem, ale li­czę, że przy­go­tu­jesz coś spe­cjal­nie dla mnie i na­pi­szesz mi coś… oso­bi­ste­go. – Za­to­pił spoj­rze­nie w jej oczach, aż prze­szedł ją dreszcz. – To jak bę­dzie?

– Coś wy­my­ślę – wy­szep­ta­ła.

Te­re­sa nie­na­wi­dzi­ła kil­ku­pię­tro­wych ga­le­rii han­dlo­wych. Ni­g­dy nie po­tra­fi­ła za­pa­mię­tać, na któ­rym pię­trze znaj­du­je się dany sklep, przez co tra­ci­ła dużo cza­su na błą­ka­nie się mię­dzy po­zio­ma­mi. Mimo że był do­pie­ro dru­gi grud­nia, w Ga­le­rii Ka­to­wic­kiej czuć było już przed­świą­tecz­ny szał za­ku­po­wy. Zresz­tą co się dzi­wić – jesz­cze w paź­dzier­ni­ku w jed­nym z mar­ke­tów Te­re­sa ze zdu­mie­niem od­kry­ła świą­tecz­ne ozdo­by i sło­dy­cze. Przed dniem Wszyst­kich Świę­tych! Świat sta­nął na gło­wie.

Co ci wszy­scy lu­dzie tak ku­pu­ją? A po­dob­no Po­la­cy nie mają pie­nię­dzy! Za­mie­rza­ła już te­raz po­szu­kać pre­zen­tów, żeby po­tem unik­nąć sta­nia w ko­lej­kach, ale naj­wy­raź­niej nie ona jed­na wpa­dła na taki po­mysł. Do skle­pu z za­baw­ka­mi na­wet nie było po co wcho­dzić. Wia­do­mo, za czte­ry dni mi­ko­łaj­ki. Po­sta­no­wi­ła, że ro­zej­rzy się za pre­zen­ta­mi dla có­rek, ale osta­tecz­nie, jak co roku, nie po­tra­fi­ła się zde­cy­do­wać. Za­wsze za­czy­na­ła świą­tecz­ne za­ku­py w oko­li­cach li­sto­pa­da, a ko­niec koń­ców wszyst­ko i tak ku­po­wa­ła dzień przed Wi­gi­lią.

Wy­szła ze skle­pu nie­za­do­wo­lo­na. Na­cią­gnę­ła czap­kę na uszy i owi­nę­ła się sta­ran­nie sza­li­kiem. Mróz szczy­pał ją w po­licz­ki. Ze znaj­du­ją­ce­go się nie­opo­dal ryn­ku do­bie­ga­ły tak­ty pio­sen­ki Ade­le One and Only, któ­rą śpie­wa­ła mło­da pio­sen­kar­ka z obie­cu­ją­cym gło­sem. Jar­mark bo­żo­na­ro­dze­nio­wy trwał w naj­lep­sze, przy­cią­ga­jąc tłu­my miesz­kań­ców i przy­jezd­nych.

Z roku na rok czer­pa­ła co­raz mniej­szą przy­jem­ność ze świąt. Ko­ja­rzy­ły jej się z przy­krym obo­wiąz­kiem, a nie z ra­do­ścią. Nie mia­ła naj­mniej­szej ocho­ty na pu­co­wa­nie miesz­ka­nia na błysk tyl­ko po to, żeby po wi­zy­cie wnu­ków wy­glą­da­ło tak, jak­by prze­szedł przez nie taj­fun, ubie­ra­nie dwu­me­tro­wej cho­in­ki, pa­ko­wa­nie w ozdob­ny pa­pier pre­zen­tów, za któ­ry­mi wcze­śniej trze­ba się nie­źle na­cho­dzić, przy­go­to­wy­wa­nie ko­la­cji dla ca­łej ro­dzi­ny… Barszcz z uszka­mi, karp, pie­ro­gi z ka­pu­stą i grzy­ba­mi, ka­pu­sta z gro­chem, ma­ków­ki, kom­pot z su­szu, a po­tem i tak się oka­zu­je, że nie ma kto tego zjeść.

Chcia­ła cho­ciaż raz spę­dzić świę­ta ina­czej. Po pro­stu od­po­cząć, na­cie­szyć się bli­sko­ścią uko­cha­nej oso­by, za­miast stać przy ga­rach i de­ner­wo­wać się, czy po­sił­ki będą sma­ko­wać go­ściom. Per­spek­ty­wa prze­ży­wa­nia ko­lej­nych świąt w ten spo­sób wca­le jej nie od­po­wia­da­ła.

Roz­my­śla­ła o tym w dro­dze po­wrot­nej do domu. Tram­waj su­nął po szy­nach, a ona ob­ser­wo­wa­ła mia­sto przez szy­bę. Po­kry­te kil­ku­cen­ty­me­tro­wą war­stwą śnie­gu, roz­świe­tlo­ne bla­skiem ulicz­nych lamp i świą­tecz­nych świa­te­łek, przy­cią­ga­ło wzrok.

To nie były Ka­to­wi­ce z lat jej mło­do­ści. Te­raz mia­sto pre­zen­to­wa­ło się no­wo­cze­śnie, szy­kow­nie i ele­ganc­ko. Ale wy­star­czy­ło zje­chać z głów­nej dro­gi, aby od­kryć sza­re od­cie­nie co­dzien­no­ści. Ta­kie wła­śnie było jej ży­cie.

Nie pa­mię­ta­ła, kie­dy po raz ostat­ni zro­bi­li z Jac­kiem coś tyl­ko dla sie­bie. Naj­pierw po­chło­nę­ły ich obo­wiąz­ki ro­dzi­ciel­skie i pra­ca, póź­niej dzie­ci do­ro­sły, a na świe­cie po­ja­wi­ły się wnu­ki i bra­ko­wa­ło cza­su na speł­nia­nie ma­rzeń i re­ali­za­cję pla­nów.

Czu­ła znu­że­nie. Kie­dy uro­dzi­ła Ka­mi­lę, nie mia­ła na­wet dwu­dzie­stu lat. Nie zdą­ży­ła się wy­sza­leć, na­cie­szyć mło­do­ścią. My­śla­ła, że za­cznie żyć peł­nią ży­cia, gdy dzie­ci do­ro­sną, ale oka­za­ło się, że jest już za póź­no, że siły już nie te i w pew­nym wie­ku po pro­stu nie wy­pa­da już my­śleć o głu­po­tach. Tę­sk­ni­ła za bez­tro­ską i swo­bo­dą, któ­rych tak na­praw­dę nie do­świad­czy­ła. Za ten stan rze­czy mo­gła wi­nić tyl­ko sie­bie, w koń­cu nie za­szła w cią­żę przy­pad­kiem. Wszyst­ko so­bie sta­ran­nie za­pla­no­wa­ła, na­wet to, że uro­dzi już po ma­tu­rze.

Ja­cek przy­wi­tał ją w pro­gu miesz­ka­nia. Spoj­rzał na jej pu­ste ręce i na­wet się spe­cjal­nie nie zdzi­wił. Znał ją na tyle, że wie­dział, iż z za­ku­pów wró­ci bez pre­zen­tów, ale za to w kiep­skim hu­mo­rze. Te­re­sa nie była ty­pem ko­bie­ty, któ­ra od­naj­du­je ra­dość w bie­ga­niu po skle­pach.

– Nie było nic cie­ka­we­go?

Mach­nę­ła ręką, su­ge­ru­jąc, że nie ma co strzę­pić ję­zy­ka.

– Kie­dyś lu­dzie mie­li pro­blem, bo w skle­pach ni­cze­go nie było. Te­raz też mają pro­blem, bo wy­bór jest za duży i nie wia­do­mo, na co się zde­cy­do­wać – stwier­dzi­ła, wal­cząc z ko­za­ka­mi. – Znasz mnie. – Prze­wró­ci­ła ocza­mi. – Za­wsze mu­szę się za­sta­no­wić, za­nim coś ku­pię.

– Na pew­no zdą­żysz z pre­zen­ta­mi, do świąt zo­stał pra­wie mie­siąc – po­wie­dział Ja­cek, bio­rąc od niej płaszcz i od­wie­sza­jąc go na wie­szak.

Te­re­sa po­szła pro­sto do kuch­ni, żeby wsta­wić wodę na her­ba­tę. Nie czu­ła pal­ców i po­trze­bo­wa­ła cze­goś, co ją roz­grze­je. Zi­mo­wa her­ba­ta z im­bi­rem i so­kiem ma­li­no­wym wy­da­ła się jej do­brym roz­wią­za­niem.

– Wi­dzia­łaś coś, co cię za­in­te­re­so­wa­ło? – za­py­tał Ja­cek, wcho­dząc za żoną do kuch­ni.

– Chłop­com pew­nie ku­pię kloc­ki Lego – po­wie­dzia­ła, wrzu­ca­jąc to­reb­kę her­ba­ty do kub­ka z re­ni­fe­rem. – Wiem, że to nic ory­gi­nal­ne­go, ale znasz ich, naj­bar­dziej ucie­szą się z kloc­ków. Mi­łosz wzno­si na­praw­dę im­po­nu­ją­ce bu­dow­le, a Leon chce we wszyst­kim na­śla­do­wać bra­ta! – Uśmiech­nę­ła się do swo­ich my­śli. – Kin­dze chcia­ła­bym ku­pić ja­kiś mod­ny sza­lik, wiesz, jak ona lubi ta­kie do­dat­ki, Tom­ko­wi pla­nu­ję po­da­ro­wać książ­kę, a Ka­mi­li… – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Z nią jak za­wsze mam pro­blem. Ona jest taka… – Zmarsz­czy­ła nos, szu­ka­jąc od­po­wied­nie­go sło­wa. – Al­ter­na­tyw­na. Ni­g­dy nie wiem, co mam jej ku­pić. Nie wspo­mi­na­jąc o tym jej fa­ce­cie, któ­re­go tyl­ko raz wi­dzia­łam na oczy!

– Przy­je­dzie z nim na ko­la­cję wi­gi­lij­ną? – za­in­te­re­so­wał się Ja­cek. – No tak, w koń­cu ra­zem miesz­ka­ją…

Te­re­sa za­la­ła her­ba­tę wrząt­kiem.

– Wła­śnie chcia­łam z tobą po­roz­ma­wiać o Wi­gi­lii – oświad­czy­ła.

Ja­cek roz­siadł się wy­god­nie przy sto­le, nie spusz­cza­jąc oczu z żony.

– Co masz na my­śli?

– Nie wiem, czy chce mi się po raz ko­lej­ny przy­go­to­wy­wać wi­gi­lię – przy­zna­ła, sia­da­jąc z kub­kiem her­ba­ty na­prze­ciw męża. – Je­stem po pro­stu zmę­czo­na. Myśl o spę­dza­niu ko­lej­nych świąt w ten sam spo­sób prze­ra­ża mnie, za­miast cie­szyć.

– Mogę ci po­móc.

– To nie o to cho­dzi – wy­ja­śni­ła Te­re­sa. – Za­uważ, że ni­g­dy nie spę­dzi­li­śmy tego dnia tak jak chcie­li­śmy, na­wet jak by­li­śmy mło­dzi. Go­ni­twa od mat­ki do te­ścio­wej, wy­rzu­ty su­mie­nia, wy­słu­chi­wa­nie wy­mó­wek, bo u ko­goś dłu­żej… Te­raz nie jest le­piej, bo za­miast od­po­cząć, na­cie­szyć się sobą, uwi­ja­my się jak w ukro­pie, żeby wszyst­kich za­do­wo­lić, żeby je­dze­nie sma­ko­wa­ło, a miesz­ka­nie lśni­ło czy­sto­ścią. Wy­da­je mi się, że nie tędy dro­ga – Te­re­sa gło­śno wes­tchnę­ła i po­pa­trzy­ła na męża.

Ja­cek po­wo­li ski­nął gło­wą.

– Co za­tem pro­po­nu­jesz?

– Pa­mię­tasz, jak by­li­śmy mło­dzi i ma­rzy­li­śmy, żeby za­mknąć się w świę­ta w domu, nie wy­słu­chi­wać żali i pre­ten­sji, że za krót­ko, że za szyb­ko, że nie zje­dli­śmy wszyst­kie­go?

Ką­ci­ki jego ust drgnę­ły.

– Ja­sne, że pa­mię­tam. Każ­de­go roku obie­cy­wa­liś­my so­bie, że na­stęp­nym ra­zem bę­dzie ina­czej, ale kie­dy nad­cho­dził gru­dzień, bra­ko­wa­ło nam od­wa­gi – po­wie­dział.

– Otóż to! Je­stem zmę­czo­na za­spo­ka­ja­niem ocze­ki­wań in­nych. Może dla od­mia­ny spę­dzi­li­by­śmy Wi­gi­lię, jak chce­my? Nie wiem, jak ty, ale ja do peł­ni szczę­ścia wca­le nie po­trze­bu­ję dwu­na­stu po­traw, dwu­me­tro­wej cho­in­ki i góry pre­zen­tów. Wy­star­czy barszcz z uszka­mi, a naj­lep­szym po­da­run­kiem bę­dzie dla mnie wie­czór w spo­ko­ju, tyl­ko we dwo­je, bez żad­nych zmar­twień. Pre­zen­ty mo­że­my dać dzie­ciom i wnu­kom w pierw­szy dzień świąt. Nic się nie sta­nie, je­śli do­sta­ną je dzień póź­niej – za­su­ge­ro­wa­ła. – Co ty na to?

Ja­cek po­dra­pał się po bro­dzie, za­sta­na­wia­jąc się na jej sło­wa­mi.

– Praw­dę mó­wiąc, po­do­ba mi się ten po­mysł. Je­ste­śmy mał­żeń­stwem od pra­wie trzy­dzie­stu lat, a ni­g­dy nie spę­dzi­li­śmy Wi­gi­lii tyl­ko we dwo­je. Może naj­wyż­szy czas, żeby to zmie­nić?

Te­re­sa aż kla­snę­ła w dło­nie. W jed­nej chwi­li zrzu­ci­ła z bar­ków ogrom­ny cię­żar. Już od dłuż­sze­go cza­su za­sta­na­wia­ła się, jak zor­ga­ni­zo­wać te­go­rocz­ne świę­ta, i czu­ła nie­chęć na myśl o tym, że bę­dzie tak jak za­wsze.

– Wspa­nia­le! Na­wet nie wiesz, jak bar­dzo się cie­szę! – Wsta­ła z krze­sła, obe­szła stół i moc­no po­ca­ło­wa­ła męża. – Bę­dzie cu­dow­nie, zo­ba­czysz!

Ja­cek ob­jął ją w ta­lii i skrzy­żo­wał dło­nie za jej ple­ca­mi. Spoj­rzał na żonę. Te­re­sa nie na­le­ża­ła do osób, któ­re ukry­wa­ją przed świa­tem swo­je praw­dzi­we sa­mo­po­czu­cie, wręcz prze­ciw­nie – ma­ru­dzi­ła dużo i czę­sto, więc zda­wał so­bie spra­wę, że żona już od dłuż­sze­go cza­su od­czu­wa­ła znu­że­nie, ale wie­dział też, że jest szczę­śli­wa i nie za­mie­ni­ła­by swo­je­go ży­cia na żad­ne inne. On czuł tak samo. Cie­szył się, że wła­śnie tę ko­bie­tę spo­tkał na swej dro­dze. Jego mi­łość do niej nie osła­bła przez te wszyst­kie lata. Ow­szem, prze­szła wie­le trans­for­ma­cji, od za­uro­cze­nia i na­mięt­no­ści po­przez za­ko­cha­nie i sta­bi­li­za­cję, aż po doj­rza­łe uczu­cie, ale nie osła­bła. Nie, dziś ko­chał ją jesz­cze bar­dziej niż wte­dy, kie­dy pro­sił ją o rękę, jesz­cze bar­dziej niż wte­dy, kie­dy skła­da­li przy­się­gę mał­żeń­ską, jesz­cze bar­dziej niż wte­dy, kie­dy na świat przy­szła ich cór­ka. Każ­dy dzień spę­dzo­ny ra­zem po­tę­go­wał to uczu­cie.

– A co z dziew­czy­na­mi? Jak so­bie po­ra­dzą?

– To już do­ro­słe ko­bie­ty. Kin­ga ma ro­dzi­nę, a Ka­mi­la… Cóż, Ka­mi­la też naj­wy­raź­niej za­kła­da swo­ją. Je­stem prze­ko­na­na, że da­dzą so­bie radę bez kar­pia i barsz­czu u ma­mu­si – po­wie­dzia­ła ze śmie­chem Te­re­sa.

KIN­GA MIA­ŁA WIE­LE DO­BRYCH WSPO­MNIEŃ ZWIĄ­ZA­NYCH Z WRO­CŁA­WIEM. W cza­sach stu­denc­kich przy­jeż­dża­ła do sto­li­cy Dol­ne­go Ślą­ska do ko­le­żan­ki, któ­ra wy­naj­mo­wa­ła ka­wa­ler­kę w blo­ku przy Le­gnic­kiej. Czu­ła żal na myśl o tym, że tam­te sza­lo­ne im­pre­zy i nie­prze­spa­ne noce już nie wró­cą. Mia­ła ogrom­ny sen­ty­ment do Wro­cła­wia, zwłasz­cza że to wła­śnie w mie­ście stu mo­stów prze­ży­ła swo­ją pierw­szą mi­łość. Kon­takt z chło­pa­kiem się urwał, ale sym­pa­tia do miej­sca zo­sta­ła. Nic więc dziw­ne­go, że kie­dy ana­li­zo­wa­ła opcje week­en­du z ro­dzi­ną, jej wy­bór padł wła­śnie na Wro­cław.

Su­nę­li au­to­stra­dą w stro­nę sto­li­cy Dol­ne­go Ślą­ska, a z każ­dym prze­by­tym ki­lo­me­trem kra­jo­braz się zmie­niał. Zo­sta­wi­li za sobą za­sy­pa­ne śnie­giem Ka­to­wi­ce. Za Opo­lem po bia­łym pu­chu nie zo­stał już na­wet ślad, a Wro­cław przy­wi­tał ich do­dat­nią tem­pe­ra­tu­rą.

Kin­ga w mil­cze­niu ob­ser­wo­wa­ła pro­wa­dzą­ce­go Tom­ka. Nie lu­bi­ła, kie­dy to on sia­dał za kół­kiem. Twier­dzi­ła, że jeź­dzi jak eme­ryt, a on od­gry­zał się, że w prze­ci­wień­stwie do niej nie za­mie­rza zo­sta­wać daw­cą or­ga­nów. Cza­sy, kie­dy ro­zu­mie­li się bez słów, ode­szły w za­po­mnie­nie, a jed­nak Kin­ga nie wy­obra­ża­ła so­bie bez nie­go ży­cia. Czy to już tyl­ko przy­wią­za­nie, czy jesz­cze mi­łość? A może kło­pot z przy­zna­niem się do po­raż­ki?

To­mek wy­czuł, że jest ob­ser­wo­wa­ny. Ode­rwał na chwi­lę wzrok od dro­gi i spoj­rzał py­ta­ją­cym wzro­kiem na żonę.

– Dla­cze­go mi się przy­glą­dasz? – za­py­tał.

Kin­ga wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Co mia­ła mu od­po­wie­dzieć? Że za­sta­na­wia się, dla­cze­go w ogó­le z nim jest?

– Po pro­stu, bez po­wo­du – pod­su­mo­wa­ła.

Mi­łosz i Leon kłó­ci­li się w naj­lep­sze na tyl­nej ka­na­pie. Star­szy z chłop­ców był obu­rzo­ny, że brat za­brał mu ta­blet. Kin­ga rzad­ko po­zwa­la­ła ko­rzy­stać sy­nom ze smart­fo­na czy ta­ble­tu, ale w po­dró­ży chcia­ła mieć po pro­stu świę­ty spo­kój.

Od­wró­ci­ła się z gło­śnym wes­tchnie­niem.

– Daj mu ten ta­blet – po­pro­si­ła. – Niech te­raz on przez chwi­lę po­gra.

– To nie­spra­wie­dli­we! – obu­rzył się Mi­łosz. – On ma swój ta­blet!

To­mek moc­niej za­ci­snął dło­nie na kie­row­ni­cy. Miał dość ha­ła­sów. Wca­le nie miał ocho­ty na ten wy­jazd, ale Kin­ga się upar­ła. Obie­ca­ła, że przy­pil­nu­je, żeby chłop­cy byli grzecz­ni i mu nie prze­szka­dza­li.

– Ale mój się roz­ła­do­wał! – za­wył Leon, wy­ry­wa­jąc bra­tu sprzęt.

– To moje! – Mi­łosz nie zwykł ła­two od­pusz­czać.

W in­nej sy­tu­acji Kin­ga za­pew­ne by­ła­by dum­na z syna.

– Mi­łosz­ku, pro­szę cię, je­steś star­szy, mą­drzej­szy… – Uży­ła ar­gu­men­tu, któ­re­go mia­ła ni­g­dy nie wy­ko­rzy­sty­wać. Zresz­tą zro­bi­ła to nie po raz pierw­szy.

Kie­dy za­szła w dru­gą cią­żę, obie­ca­ła so­bie, że bę­dzie spra­wie­dli­wie trak­to­wać dzie­ci. Mia­ła nie fa­wo­ry­zo­wać żad­ne­go z nich, ale ży­cie zwe­ry­fi­ko­wa­ło to po­sta­no­wie­nie. Nie, nie mia­ła ulu­bio­ne­go dziec­ka, broń Boże. Po pro­stu z Mi­ło­szem moż­na było wię­cej za­ła­twić. Leon był młod­szy i mniej ro­zu­miał, a ra­czej po­tra­fił umie­jęt­nie wy­ko­rzy­stać swo­ją po­zy­cję w ro­dzi­nie, ale Kin­ga nie mia­ła już sił, żeby roz­trzą­sać tę kwe­stię.

– To nie fair! – upie­rał się Mi­łosz. – Za­wsze mu­szę mu ustę­po­wać!

– Ży­cie nie za­wsze jest fair – mruk­nął To­masz pod no­sem.

Po jego sło­wach w sa­mo­cho­dzie za­pa­dła ci­sza. Suv z ro­dzi­ną Smo­liń­skich na po­kła­dzie wje­chał na par­king Ga­le­rii Do­mi­ni­kań­skiej. Wy­glą­da­ło na to, że nie tyl­ko Kin­ga i To­mek do­szli do wnio­sku, że cen­trum han­dlo­we bę­dzie naj­lep­szą bazą wy­pa­do­wą.

Jar­mark we Wro­cła­wiu na­le­żał do naj­po­pu­lar­niej­szych i naj­bar­dziej lu­bia­nych nie tyl­ko w Pol­sce, ale tak­że w Eu­ro­pie, więc każ­de­go roku przy­cią­gał tłu­my. Miał nie­po­wta­rzal­ną at­mos­fe­rę. Nie po­trze­ba było śnie­gu i mro­zu, aby po­czuć kli­mat zbli­ża­ją­cych się świąt.

Dzie­ci nie­mal na­tych­miast rzu­ci­ły się na ka­ru­ze­le i opa­no­wa­ły Po­lar­ny Eks­pres. Kin­ga ob­ser­wo­wa­ła sy­nów z uśmie­chem. Chcia­ła im stwo­rzyć bez­piecz­ną, szczę­śli­wą ro­dzi­nę. To dla nich ro­bi­ła to wszyst­ko, mu­sia­ła o tym pa­mię­tać.

– Chy­ba im się po­do­ba – ode­zwa­ła się.

Od dłuż­sze­go cza­su się za­sta­na­wia­ła, co po­wie­dzieć, żeby prze­rwać tę nie­zno­śną ci­szę. Nie­sa­mo­wi­te. W któ­rym mo­men­cie zwy­kła roz­mo­wa z mę­żem za­czę­ła spra­wiać jej trud­ność? Nie wie­dzia­ła. Nie za­uwa­ży­ła, że nie ma z nim o czym roz­ma­wiać, że bra­ku­je im wspól­nych te­ma­tów.

– Na to wy­glą­da – bąk­nął, roz­glą­da­jąc się wo­kół.

Spoj­rza­ła na nie­go i nie­mal na­tych­miast po­czu­ła wście­kłość. Dla­cze­go tak wszyst­ko utrud­niał? Dla­cze­go był wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­ny? Czy na­praw­dę tak dużo od nie­go wy­ma­ga­ła? Chcia­ła po pro­stu, żeby ko­chał ją i dzie­ci. Żeby był za­an­ga­żo­wa­nym, ko­cha­ją­cym mę­żem, bo tak przed­sta­wia­ła go świa­tu. Dla­cze­go za cho­le­rę nie po­tra­fił się do­sto­so­wać?

– A to­bie? – za­py­ta­ła, mru­żąc oczy.

Mi­łosz i Leon zsie­dli z ka­ru­ze­li, bła­ga­jąc mat­kę, żeby ku­pi­ła im jesz­cze po że­to­nie. Bez sło­wa sta­nę­ła we wca­le nie­ma­łej ko­lej­ce. Jar­mark był oku­po­wa­ny od go­dzin po­ran­nych, a Kin­ga po­dej­rze­wa­ła, że naj­więk­sze ob­lę­że­nie prze­ży­je o zmro­ku.

Ku­pi­ła sy­nom jesz­cze po dwa że­to­ny na prze­jazd ko­lej­ką i wrę­czy­ła je Mi­ło­szo­wi.

– Masz, pil­nuj bra­ta – na­ka­za­ła.

Ro­zej­rza­ła się, żeby na­mie­rzyć Tom­ka. Stał w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym go zo­sta­wi­ła. Znu­dzo­ny prze­su­wał pal­cem po ekra­nie smart­fo­na.

– Tak ci się nu­dzi? – rzu­ci­ła do nie­go ze zło­ścią.

– I po co te ner­wy? – Po­krę­cił gło­wą. – Scho­dzę ci z dro­gi od rana, że­byś na mnie nie war­cza­ła, a ty i tak znaj­dziesz po­wód do kłót­ni…

Wy­pu­ści­ła gło­śno po­wie­trze.

– To ra­czej ty od rana je­steś ob­ra­żo­ny – za­uwa­ży­ła. – Nie chcia­łeś tu­taj z nami przy­jeż­dżać?

– Mo­głaś za­py­tać mnie o zda­nie, za­nim pod­ję­łaś de­cy­zję. – Osten­ta­cyj­nie od­wró­cił wzrok.

Kin­ga za­ci­snę­ła wsu­nię­te do kie­sze­ni płasz­cza dło­nie w pię­ści.

– Chcia­łam, żeby dzie­ci mia­ły ja­kąś roz­ryw­kę – bąk­nę­ła na­bur­mu­szo­na.

– I mają – skwi­to­wał, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

– Dla­cze­go ty mnie tak nie­na­wi­dzisz?

Eks­pres Po­lar­ny za­trzy­mał się, ale Mi­łosz i Leon nie wy­sie­dli. Star­szy z chłop­ców po­dał męż­czyź­nie ob­słu­gu­ją­ce­mu ka­ru­ze­lę dwa że­to­ny.

– Nie­na­wi­dzę cię? Skąd ci to przy­szło do gło­wy? – To­masz uniósł brwi.

– Trak­tu­jesz mnie obo­jęt­nie…

– Od obo­jęt­no­ści do nie­na­wi­ści da­le­ka dro­ga – stwier­dził, od­wra­ca­jąc wzrok. – Wła­śnie tego chcia­łaś, praw­da? Ide­al­nej ro­dzi­ny, pięk­nych, zdro­wych dzie­ci, męża speł­nia­ją­ce­go każ­dą two­ją za­chcian­kę… O co ci cho­dzi? Czy nie za­pew­niam ci wszyst­kie­go, o czym ma­rzy­łaś?

Kin­ga przy­gry­zła dol­ną war­gę. Nie, nie mo­gła się te­raz roz­pła­kać. Szko­da tu­szu na tego kre­ty­na. Nie jest tego wart.

– Czy ty mnie jesz­cze ko­chasz?

– Od kie­dy to cię in­te­re­su­je? – prych­nął. – Ni­g­dy nie przej­mo­wa­łaś się uczu­cia­mi.

– Idą świę­ta – bąk­nę­ła pod no­sem. – Chcia­ła­bym usiąść przy ro­dzin­nym sto­le z męż­czy­zną, któ­ry da­rzy mnie mi­ło­ścią i sza­cun­kiem.

– Prze­cież przy lu­dziach ci je oka­zu­ję, a tyl­ko o to ci cho­dzi. – To­mek prze­stą­pił z nogi na nogę. – Wrzu­ci­łaś już zdję­cie z Wro­cła­wia na In­sta­gram?