Cud - Emma Donoghue - ebook
Opis

Tajemnica, która nosi znamiona cudu, czy próba morderstwa? W 1850 roku mieszkańców małej wioski w Irlandii zadziwia osobliwy post Anny O’Donnell, który rozpoczyna się jako dobrowolne i żarliwe wyznanie wiary. Po kilku tygodniach spożywania wyłącznie tego, co O’Donnell określa jako „mannę z nieba”, zainteresowanie historią „cudu” sięga zenitu. Do skromnej chaty rodziny O’Donnellów ustawiają się kolejki głodnych duchowych przeżyć turystów, a zagraniczna gazeta przysyła dziennikarza, który ma opisać tę niebywałą sensację. Lib, angielska pielęgniarka i uczennica Florence Nightingale, przez dwa tygodnie ma obserwować sytuację i ocenić, czy Anna jest oszustką. Gdy stan głodującej się pogarsza, do obowiązków Lib, poza opieką nad dzieckiem, dochodzi ustalenie, dlaczego dziewczynka może być ofiarą rozciągniętego w czasie morderstwa. „Proza Donoghue zawiera elementy liryczne, ale pisarka chce przede wszystkim opowiadać, opowiadać i jeszcze raz opowiadać i niech Bóg ją za to błogosławi. Cud to doskonała, oparta na prawdziwych wydarzeniach powieść historyczna, od której nie można się oderwać. Donoghue ukazuje, jaką szkodę może wyrządzić religijność granicząca z zabobonnością. Przewrotnie, powaga tematu dodaje narracji lekkości”. Stephen King

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 377

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

THE WONDER

Copyright © This edition published by arrangement with Little, Brown and Company, New York, New York, USA.

All rights reserved.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Edyta Antoniak-Kiedos, Maria Zając, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-152-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla naszej córki, Uny, stare irlandzkie błogosławieństwo:

Nár mille an sioc do chuid prátaí,

Go raibh duilleoga do chabáiste slán ó chnuimheanna.

Oby ci ziemniaki nie przemarzły,

a kapusta nie zrobaczywiała.

Rozdział 1Pielęgniarka

nurse (ang.)

karmić piersią niemowlę

wychowywać dziecko

pielęgnować chorego

Podróż okazała się nie gorsza, niż przypuszczała. Pociąg z Londynu do Liverpoolu, nocny rejs parowcem do Dublina, powolny niedzielny pociąg na zachód do miasteczka o nazwie Athlone.

Woźnica już czekał.

– Pani Wright?

Lib znała wielu Irlandczyków, żołnierzy. Ale to było przed laty, musiała więc teraz wytężyć słuch, by wychwycić sens słów woźnicy.

Zaniósł zaraz jej kufer do – jak to ujął – powozu wycieczkowego. Typowy irlandzki błąd; toż to zwykła odkryta dwukółka. Lib usadowiła się pośrodku bocznej ławy, z trzewikami dyndającymi niebezpiecznie blisko prawego koła. Zaczęło mżyć, więc rozłożyła swoją parasolkę. Lepsze to niż duszny wagon.

Woźnica siedzący po drugiej stronie ławy i skulony tak, że niemal dotykał jej plecami, strzelił z bata.

– Wiśta, wio!

Kudłaty kuc ruszył z kopyta.

Nieliczni ludzie napotkani na szutrowej drodze wyjazdowej z Athlone sprawiali wrażenie wymizerowanych, ale Lib złożyła to na karb niesławnej diety składającej się wyłącznie z ziemniaków. Być może z tego samego powodu woźnica cierpiał na braki w uzębieniu.

Teraz wspomniał coś o martwych.

– Słucham pana?

– Martwy punkt, proszę pani.

Lib czekała, podpierając się dłońmi na trzęsącej się bryczce.

Woźnica wskazał ręką.

– Znajdujemy się w samiutkim środku kraju.

Płaskie pola z pręgami ciemnego listowia. Połacie czerwonawobrązowego torfu; czy rozległe mokradła nie są siedliskiem zarazków? Gdzieniegdzie szare pozostałości kamiennej chałupy, porośniętej prawie po stropy. Z perspektywy Lib nic uderzająco malowniczego. Najwyraźniej środkowa część Irlandii to obniżenie, w którym zbiera się wilgoć, małe okrągłe zagłębienie w spodku.

Bryczka skręciła w węższą, żwirową drogę. Stukot kropli na tkaninie parasolki zmienił się w monotonne bębnienie. Pojedyncze chaty bez okien; Lib wyobraziła sobie, jak w każdej z nich kuli się przed deszczem jakaś rodzina wraz ze swym inwentarzem.

Od czasu do czasu droga wiodła ku widocznemu z oddali skupisku chałup tworzących prawdopodobnie wieś. Ale nie tę właściwą. Należało zapytać woźnicę, jak długo może potrwać ta podróż. Nie zada mu teraz tego pytania z obawy, że usłyszy: „Jeszcze szmat drogi”.

W szpitalu przełożona powiedziała jej tylko, że ktoś chce zatrudnić na wyłączność doświadczoną pielęgniarkę, na dwa tygodnie. Pokryte zostaną jej koszty podróży oraz utrzymania, a do tego otrzyma dniówkę. Lib nie wiedziała nic o O’Donnellach, domyśliła się tylko, że to rodzina raczej dobrze sytuowana i światowa, skoro posyła aż do Anglii po lepiej wykwalifikowaną pielęgniarkę. Dopiero teraz zaczęła się zastanawiać, skąd wiedzieli, że pacjent będzie potrzebował jej usług tylko przez dwa tygodnie. Może Lib przyjeżdża tylko w zastępstwie za inną opiekunkę.

W każdym razie jej wysiłki miały zostać sowicie wynagrodzone, a samo zajęcie jako pewna odmiana wydało jej się interesujące. W szpitalu kwalifikacje Lib były z jednej strony cenione, a z drugiej niepożądane, i oczekiwano od niej tylko podstawowych umiejętności: karmienia, przewijania, przebierania i ścielenia.

Powstrzymała odruch sięgnięcia pod pelerynę i wyjęcia zegarka; to nie przyspieszy czasu, do mechanizmu zaś może przedostać się deszcz.

A oto kolejna chata bez dachu, odwrócona od drogi, o ścianach szczytowych wymierzonych oskarżycielsko w niebo. Tej ruiny nie przykryły jeszcze chwasty. Przez otwór w kształcie drzwi Lib wypatrzyła czarne zgliszcza; czyli niedawno wybuchł tu pożar (ale jak w tym rozmokłym kraju cokolwiek zdołało się zająć?). Nikt nie zadał sobie trudu, by usunąć zwęglone krokwie, a co dopiero odbudować dach i strzechę. Czyżby prawdą było, że Irlandczycy są odporni na postęp?

Na poboczu ustawiła się kobieta w brudnym czepcu, a za nią, przy żywopłocie, gromadka dzieci. Turkot kół przywiódł ich bliżej i wszyscy unieśli wysoko złączone dłonie, jakby chcieli złapać deszcz. Lib odwróciła z zakłopotaniem wzrok.

– Przednówek – mruknął woźnica.

Przecież była pełnia lata. Jak to możliwe, że akurat teraz brakuje jedzenia?

Jej trzewiki ubrudziły się błotem i żwirem rozchlapywanym przez koła wozu. Bryczka wpadała od czasu do czasu w burą kałużę na tyle głęboką, że Lib musiała chwytać się ławki, by nie wypaść.

I następne chałupy, niektóre z trzema czy czterema oknami. Stodoły, szopy. Piętrowy wiejski dom, po chwili drugi. Dwóch mężczyzn odwracających się od na wpół załadowanej furmanki i wymieniających jakąś uwagę. Lib spojrzała na siebie: czyżby w jej stroju podróżnym było coś nietypowego? Może miejscowi są tak gnuśni, że wybałuszają oczy na każdego przybysza, byle oderwać się od pracy.

Wysoko przed nimi zaświeciła bielona wieża budynku o spiczastym dachu zwieńczonym krzyżem; ani chybi kaplicy rzymskokatolickiej. Dopiero gdy woźnica ściągnął cugle, zdała sobie sprawę, że oto dotarli do wioski, chociaż według standardów angielskich była to ledwie godna pożałowania zbieranina budynków.

Teraz już spojrzała na zegarek: prawie dziewiąta, a słońce jeszcze nie zaszło. Kuc zwiesił łeb i zaczął przeżuwać kępę trawy. To chyba jedyna ulica we wsi.

– Ma się pani zatrzymać w sklepie ze spirytualiami.

– Słucham?

– U Ryana. – Woźnica skinął głową w lewo, w stronę budynku bez szyldu.

To chyba jakaś pomyłka. Lib, odrętwiała po podróży, pozwoliła woźnicy sprowadzić się z bryczki. Wyprostowaną ręką strząsnęła wodę z parasolki, zwinęła przesiąkniętą tkaninę i spięła ją starannie. Osuszyła dłoń podszewką peleryny i weszła do pomieszczenia z odsłoniętymi dźwigarami.

Od razu uderzył ją swąd palonego torfu. Pomieszczenie poza tlącym się pod ogromnym kominem ogniem rozświetlało tylko kilka lamp, a pod ścianą jakaś dziewczyna dokładała kolejną puszkę do rzędu pojemników stojących na wysokiej półce.

– Dobry wieczór – odezwała się Lib. – Zdaje się, że błędnie mnie pokierowano.

– Pani to pewnie ta Angielka – odpowiedziała dziewczyna nieco zbyt głośno, jakby Lib była głucha. – Zaszłaby pani na zaplecze na małą kolację?

Lib pohamowała gniew. Jeśli nie ma tu prawdziwej gospody i jeśli rodzina O’Donnellów nie może albo nie chce przyjąć pod swój dach zatrudnionej przez siebie pielęgniarki, to skargi na nic się tu nie zdadzą.

Przeszła przez drzwi obok komina i znalazła się w małym, pozbawionym okien pomieszczeniu z dwoma stołami. Jeden z nich zajmowała zakonnica, której twarz była prawie niewidoczna pod nakrochmalonymi warstwami kornetu. Jeśli Lib wzdrygnęła się na ten widok, to dlatego, że od lat nie widziała niczego podobnego; w Anglii siostry zakonne nie chodziły w takich strojach z obawy przed wywołaniem antykatolickich nastrojów.

– Dobry wieczór – przywitała się uprzejmie.

Zakonnica odpowiedziała niskim ukłonem. Może członkiniom jej zakonu odradza się rozmowy z innowiercami, a może nawet złożyła śluby milczenia?

Lib zasiadła przy drugim stole, tyłem do zakonnicy, i czekała. Zaburczało jej w brzuchu; oby nie dość głośno, żeby było to słyszalne. Doszedł ją cichy stukot dobywający się najwyraźniej spod czarnych fałd habitu sąsiadki: to te słynne paciorki różańca.

Gdy dziewczyna przyniosła w końcu tacę, zakonnica skłoniła głowę i coś wyszeptała; odmawiała modlitwę przed jedzeniem. Liczyła sobie ze czterdzieści parę albo pięćdziesiąt parę lat i miała nieco wyłupiaste oczy oraz umięśnione dłonie chłopki.

Podano przypadkową zbieraninę potraw: chleb owsiany, kapustę, jakąś rybę.

– Spodziewałam się raczej ziemniaków – powiedziała dziewczynie Lib.

– To trzeba poczekać jeszcze z miesiąc.

A, właśnie teraz Lib zrozumiała, dlaczego w Irlandii trwa ciągle przednówek – wykopki dopiero jesienią.

Jedzenie miało posmak torfu, ale zabrała się do opróżniania talerza. Odkąd wróciła ze Scutari, gdzie pielęgniarkom przydzielano równie skromne porcje jak żołnierzom, nie była w stanie zmarnować ani kęsa.

Ze sklepu dobiegł hałas i do jadalni wcisnęła się czteroosobowa grupka.

– Szczęść Boże wszystkim – powiedział pierwszy mężczyzna.

Nie wiedząc, co należy odpowiedzieć, Lib tylko skinęła głową.

– Szczęść i wam.

To wyszeptała siostra zakonna, kreśląc znak krzyża na czole, piersi i lewym oraz prawym ramieniu. Zaraz po tym opuściła jadalnię i Lib nie wiedziała, czy to dlatego, że zaspokoiła głód mizerną porcją, czy chciała zwolnić stół dla nowo przybyłych.

Ci rolnicy i ich żony narobili rumoru. Czyżby popijali gdzie indziej przez całe niedzielne popołudnie? „Sklep ze spirytualiami”; dopiero teraz pojęła użyte przez woźnicę określenie. Nie nawiedzony sklep, tylko taki, w którym podaje się trunki.

Na podstawie rozmowy dotyczącej jakiegoś „dziwu nad dziwy”, w który nie mogli uwierzyć, choć widzieli go na własne oczy, Lib wywnioskowała, że wracają z jarmarku.

– Na mój rozum to te one za tym stoją – oznajmił brodaty mężczyzna. Żona trąciła go łokciem, ale to go nie zraziło. – Tylko się nią wysługują!

– Pani Wright?

Lib odwróciła głowę.

Stojący w drzwiach nieznajomy zabębnił palcami wystającymi z kieszeni kamizelki.

– Doktor McBrearty.

Lib przypomniała sobie, że tak brzmi nazwisko lekarza O’Donnellów. Wstała i uścisnęła mu dłoń. Krzaczaste białe bokobrody, krok od łysiny. Wytarta marynarka, ramiona obsypane łupieżem i laska zakończona gałką. Około siedemdziesiątki?

Rolnicy i ich żony przyglądali im się z zaciekawieniem.

– Zacnie z pani strony, że przyjechała pani z tak daleka – zauważył lekarz, jakby Lib składała wizytę, a nie podejmowała pracę. – Czy rejs był uciążliwy? Skończyła już pani? – ciągnął, nie dając jej szansy na odpowiedź.

Podążyła za nim do sklepu. Dziewczyna podniosła lampę i wskazała im wąskie schody na górę.

Sypialnia okazała się ciasna. Kufer Lib zajął znaczną część podłogi. Czyżby miała odbyć tête-à-tête z doktorem McBreartym właśnie tutaj? Czy w tym przybytku nie ma innego wolnego pokoju, czy dziewczyna jest zbyt nieokrzesana, by załatwić to bardziej kulturalnie?

– Bardzo dobrze, Maggie – pochwalił dziewczynę doktor. – Jak tam kaszel ojca?

– Już trochę lepiej.

– No dobrze, pani Wright – zaczął, gdy tylko dziewczyna wyszła, i zaprosił Lib, żeby usiadła na plecionym krześle, jedynym w pokoju.

Lib dałaby wiele za dziesięć minut samotności, żeby skorzystać wpierw z nocnika i miednicy. Cóż, wiadomo, że Irlandczycy nie dbają o maniery.

Lekarz oparł się na lasce.

– Pani ma ile lat, jeśli wolno spytać?

A więc czeka ją jeszcze rozmowa na miejscu, chociaż dano jej do zrozumienia, że dostała już posadę.

– Niespełna trzydzieści, panie doktorze.

– Wdowa, tak? Zajęła się pani pielęgniarstwem, gdy okazało się, że jest, hm, zdana na siebie?

Czyżby McBrearty weryfikował opis jej osoby podany przez przełożoną? Lib skinęła głową.

– Niecały rok po ślubie.

Trafiła na artykuł o tysiącach żołnierzy cierpiących z powodu ran postrzałowych i cholery i pozbawionych opieki. „The Times” obwieścił, że zebrano siedem tysięcy funtów, by wysłać na Krym grupę angielskich pielęgniarek. To chyba coś dla mnie, pomyślała wtedy Lib, z przerażeniem, ale i przypływem śmiałości. Tak wiele już straciła, że mogła sobie pozwolić na brawurę.

Ale lekarzowi odpowiedziała tylko:

– Miałam dwadzieścia pięć lat.

– Słowiczek1! – zapiał z zachwytu.

Ach, czyli przełożona powiedziała mu aż tyle. Lib zawsze niechętnie wspominała w rozmowach nazwisko mistrzyni i nie znosiła przydomka, który nadano kobietom szkolonym przez pannę N., jakby były laleczkami ulepionymi z tej samej bohaterskiej gliny.

– Tak, miałam zaszczyt pracować pod jej przewodnictwem w Scutari.

– Szlachetna służba.

Zaprzeczenie zabrzmiałoby kokieteryjnie, a potwierdzenie arogancko. Lib przyszło do głowy, że to za sprawą nazwiska Nightingale O’Donnellowie zadali sobie trud, żeby sprowadzić pielęgniarkę aż zza Morza Irlandzkiego. Widziała wyraźnie, że stary Irlandczyk posłuchałby chętnie o urodzie, surowości i świętym oburzeniu jej nauczycielki.

– Pracowałam jako pielęgniarka – odpowiedziała wymijająco.

– Wolontaryjnie?

Już chciała wyjaśnić, ale trafił w czułą strunę i poczuła, jak płonie jej twarz. Doprawdy, dlaczego miałaby czuć choć cień zażenowania? Panna N. stale im przypominała, że pobieranie wynagrodzenia za pracę nie ujmuje im altruizmu.

– Nie, chciałam powiedzieć, że należałam do wykwalifikowanych pielęgniarek, a nie zwyczajnych sanitariuszek. Mój ojciec wywodził się z wyższych sfer – dodała trochę niemądrze. – Nie był bardzo zamożny, ale jednak.

– A, doskonale. Od jak dawna pracuje pani w szpitalu?

– We wrześniu miną trzy lata.

To było samo w sobie niezwykłe, ponieważ większość pielęgniarek zostawała zaledwie na kilka miesięcy; nieodpowiedzialne dziwki, zasiedziałe panie Gamp2, skomlące o swoją dolę portera. Nie żeby Lib tam szczególnie ceniono. Słyszała kiedyś, jak przełożona mówiła, że weteranki kampanii krymskiej zadzierają nosa.

– Po powrocie ze Scutari pracowałam w kilku rodzinach – dodała. – I doglądałam do końca schorowanych rodziców.

– Czy opiekowała się pani kiedyś dzieckiem, pani Wright?

Lib zawahała się, ale tylko na chwilę.

– Spodziewam się, że zasady pozostają niezmienione. Czy mój pacjent to dziecko?

– Uhm, Anna O’Donnell.

– Nie mam żadnej wiedzy na temat jej dolegliwości.

Doktor westchnął.

Czyli coś nieuleczalnego, domyśliła się Lib. Ale nie nazbyt gwałtownego, skoro dziecko jeszcze żyje. Zapewne suchoty, zważywszy na ten wilgotny klimat.

– Ona właściwie nie jest chora. Ma pani tylko za zadanie jej pilnować.

Osobliwy czasownik. Ta okropna pielęgniarka z Dziwnych losów Jane Eyre, którą oskarżono o przetrzymywanie na strychu obłąkanej podopiecznej.

– Mam zostać jej strażniczką?

– Nie, nie, tylko ją obserwować.

Ale obserwacja to zaledwie pierwszy element układanki. Panna N. nauczyła swoje następczynie, że chorego należy bacznie obserwować, żeby zrozumieć, czego mu potrzeba, i móc to zapewnić. Nie lekarstwa – to już domena medyków – ale to, co w jej przekonaniu jest równie konieczne do wyzdrowienia: światło, powietrze, ciepło, czystość, odpoczynek, wygoda, pożywienie i rozmowa.

– Jeśli dobrze rozumiem…

– Wątpię, żeby pani już rozumiała, i to z mojej winy. – McBrearty oparł się o krawędź toaletki, jakby tracił siły.

Lib chętnie zaoferowałaby staruszkowi krzesło, gdyby mogła to zrobić w sposób taktowny.

– Nie chciałbym, żeby pani się w jakiś sposób uprzedziła – ciągnął – ale mogę stwierdzić tylko, że to nadzwyczaj rzadki przypadek. Anna O’Donnell utrzymuje, czy raczej utrzymują tak jej rodzice, że od ukończenia jedenastego roku życia nie przyjęła żadnego pokarmu.

Lib zmarszczyła brwi.

– Wobec tego musi być chora.

– Na pewno nie jest chora na żadną ze znanych chorób. Znanych mnie, ma się rozumieć – poprawił się McBrearty. – Po prostu przestała jeść.

– Czyli nie przyjmuje żadnych stałych pokarmów? – Lib słyszała o tych fanaberiach wytwornych nowoczesnych panien, które całymi dniami żywią się wyłącznie wywarem z kłączy marenty albo bulionem wołowym.

– Żadnych składników odżywczych – poprawił ją lekarz. – Nie może przełknąć niczego poza wodą.

Dla chcącego nic trudnego, jak głosi powiedzenie. Chyba że…

– A może biedaczka cierpi na niedrożność przewodu pokarmowego?

– Niczego takiego nie stwierdziłem.

Lib nie wiedziała, co o tym sądzić.

– A może silne nudności? – Znała ciężarne, które nie były w stanie przełknąć jedzenia.

Doktor pokręcił głową.

– Melancholiczka?

– Nie powiedziałbym. Spokojna, pobożna dziewczynka.

Ach, więc chodzi być może o gorliwość religijną, a nie o kwestie medyczne.

– Katoliczka?

Pstryknięcie palców, jakby doktor chciał powiedzieć: „A jakżeby inaczej?”.

Uznała, że tutaj, tak daleko od Dublina, żyją pewnie sami katolicy. Może lekarz sam jest jednym z nich.

– Z całą pewnością uświadomił jej pan zagrożenia, które niesie za sobą post – powiedziała Lib.

– Naturalnie. Podobnie jak jej rodzice, już na samym początku. Ale Anna jest niezłomna.

Czyżby Lib sprowadzono zza morza z powodu czegoś tak błahego jak dziecięcy kaprys? O’Donnellowie widocznie wpadli w panikę, gdy ich córka po raz pierwszy wzgardziła śniadaniem, i posłali telegram do Londynu, domagając się nie zwykłej pielęgniarki, ale takiej z nowego, wzorowego gatunku: „Przyślijcie Słowiczka!”.

– Ile czasu minęło od jej urodzin? – spytała.

McBrearty zaczął skubać bokobrody.

– To było w kwietniu. Dzisiaj mijają cztery miesiące!

Lib byłaby parsknęła głośnym śmiechem, gdyby nie stosowne przygotowanie zawodowe.

– Panie doktorze, dziecko powinno już nie żyć.

Czekała na jakiś znak potwierdzający, że zgadzają się co do absurdalności sytuacji: porozumiewawcze mrugnięcie, dotknięcie palcem nosa.

Ale lekarz skinął tylko głową.

– To wielka zagadka.

Takiego określenia Lib by nie użyła.

– Czy ona… chociaż leży?

Pokręcił głową.

– Anna chodzi jak każda inna dziewczynka.

– Wychudła?

– Zawsze była z niej kruszyna, ale nie, nie wygląda, żeby od kwietnia coś się zmieniło.

Mówił szczerze, ale to zakrawało na groteskę. Czyżby te jego kaprawe oczy były na wpół ślepe?

– I do tego jest w pełni władz umysłowych – dodał McBrearty. – I do tego tak energiczna, że O’Donnellowie nabrali przekonania, że może żyć bez strawy.

– Niewiarygodne. – Powiedziała to nieco zbyt zjadliwie.

– Wcale mnie nie dziwi pani sceptycyzm. Sam go podzielałem.

Podzielał?

– Chce pan mi najzupełniej poważnie powiedzieć, że…

Przerwał jej, wyrzucając w górę pergaminowe ręce.

– Najbardziej oczywiste wytłumaczenie to mistyfikacja.

– Tak – odparła z ulgą Lib.

– Ale to dziecko… ono nie przypomina innych dzieci.

Czekała w milczeniu na ciąg dalszy.

– Coś pani powiem, pani Wright. Mam same wątpliwości. Od czterech miesięcy trawi mnie ciekawość, z pewnością tak jak teraz panią.

Nie, Lib trawiło pragnienie ucięcia tej rozmowy i wyprowadzenia jegomościa z pokoju.

– Panie doktorze, nauka głosi, że nie sposób przetrwać bez pożywienia.

– Ale czyż nie jest tak, że większość wynalazków w dziejach cywilizacji sprawiała początkowo wrażenie niesamowitych, wręcz pozaziemskich? – Głos zadrżał mu lekko z podniecenia. – Od Archimedesa do Newtona wszyscy wielcy ludzie dochodzili do swoich przełomowych odkryć dzięki temu, że bez uprzedzeń badali dane zmysłowe. Proszę więc tylko o to, by przy jutrzejszym spotkaniu z Anną O’Donnell zechciała pani zachować otwarty umysł.

Lib spuściła wzrok, zażenowana postawą McBrearty’ego. Jak medyk mógł dać się nabrać na gierki małej dziewczynki i w efekcie postawić się na równi z wielkimi ludźmi?

– Mogę zapytać, czy dziecko pozostaje pod pańską wyłączną opieką?

– Owszem – odpowiedział uspokajającym tonem McBrearty. – Właściwie to ja wpadłem na pomysł, by sporządzić opis przypadku i przesłać go do „Irish Timesa”.

Lib nic o tym nie słyszała.

– Dziennika ogólnokrajowego?

– Uhm, założonego całkiem niedawno, stąd moja nadzieja, że wydawcy nie są jeszcze tak zaślepieni przez sekciarskie uprzedzenia – dodał ze smutkiem. – Bardziej otwarci na to, co nowatorskie i niezwykłe, bez względu na miejsce pochodzenia. Pomyślałem, że warto podzielić się faktami z opinią publiczną, wie pani… z nadzieją, że ktoś zdoła je wyjaśnić.

– A to się komuś udało?

Stłumione westchnienie.

– Nadesłano kilka żarliwych w tonie listów, których autorzy twierdzili, że przypadek Anny to absolutny cud. A także parę intrygujących sugestii, że Anna być może czerpie siły z jakichś dotąd nieodkrytych źródeł wartości odżywczych, na przykład z sił magnetycznych albo z zapachu.

Zapachu? Lib zassała policzki, żeby powściągnąć uśmiech.

– Pewien czytelnik wysunął śmiałą teorię, że mamy być może do czynienia z przerabianiem światła słonecznego na energię, jak u roślin. Albo z życiem samym powietrzem, co u roślin też się zdarza – dodał, a jego pomarszczona twarz rozjaśniła się. – Pamięta pani tę załogę rozbitego statku, która podobno przeżyła kilka miesięcy na tytoniu?

Lib spuściła wzrok, żeby doktor nie wyczytał z jej oczu pogardy.

McBrearty wrócił do głównego wątku.

– Ale zdecydowana większość respondentów zareagowała osobistymi zniewagami.

– Pod adresem dziecka?

– Dziecka, rodziny i moim. Komentarze ukazały się nie tylko w „Irish Timesie”, ale i w rozmaitych brytyjskich publikacjach, które najwyraźniej wykorzystały ten przypadek wyłącznie w celach satyrycznych.

Teraz Lib już wszystko pojęła. Przebyła taką długą drogę, żeby podjąć pracę niańki strażniczki, a to wszystko tylko z powodu urażonej dumy prowincjonalnego lekarza. Dlaczego przed przyjęciem propozycji nie domagała się od przełożonej szczegółów?

– Większość korespondentów zakłada, że O’Donnellowie to oszuści, którzy zmówili się, żeby ukradkiem dokarmiać córkę i wystrychnąć świat na dudka. – Głos McBrearty’ego rozbrzmiał teraz ostro. – Nazwa naszej wioski stała się synonimem ciemnoty i zacofania. Niektórzy ważni ludzie z okolicy mają wrażenie, że gra idzie o honor hrabstwa, a może i całego narodu irlandzkiego.

Czyżby naiwność doktora rozpleniła się jak zaraza wśród tych „ważnych ludzi”?

– Powołano więc komisję i zapadła decyzja o przeprowadzeniu obserwacji.

Ach, czyli to w ogóle nie O’Donnellowie posłali po Lib.

– W celu dowiedzenia, że dziecko utrzymuje się przy życiu za sprawą jakichś nadzwyczajnych metod?

Starała się, by w jej tonie nie zabrzmiała zgryźliwa nuta.

– Nie, nie – zapewnił ją McBrearty. – Żeby wyciągnąć prawdę na światło dzienne, bez względu na to, jaka by była. Przez dwa tygodnie, dniem i nocą przy Annie będą czuwać na zmianę dwie skrupulatne opiekunki.

Zatem wezwano ją tu nie z uwagi na jej doświadczenie z rannymi i zakaźnie chorymi, lecz z powodu rygorystycznego przeszkolenia. Sprowadzając jedną z rzetelnych, nowoczesnych pielęgniarek, członkowie komisji liczyli najwidoczniej, że w jakiś sposób uwiarygodnią szaloną historię O’Donnellów. Przekształcą ten prymitywny zaścianek w cud świata. Ze złości aż zadygotała jej szczęka.

I ogarnęło ją współczucie dla drugiej kobiety wciągniętej w to bagno.

– A drugiej pielęgniarki chyba nie znam?

Doktor zmarszczył brwi.

– Nie poznała pani przy kolacji siostry Michaeli?

Prawie niema zakonnica… że też Lib się nie domyśliła. Dziwny ten zwyczaj przejmowania męskich imion świętych; to jak wyrzekanie się kobiecości. Ale dlaczego zakonnica nie przedstawiła się należycie? Czy właśnie to miał oznaczać ów głęboki ukłon – że ona i Angielka jadą na tym samym wózku?

– Czy i ona szkoliła się na Krymie?

– Nie, nie, sprowadziłem ją właśnie z Domu Miłosierdzia w Tullamore.

Jedna z sióstr miłosierdzia. W Scutari Lib miała okazję pracować u boku kobiet z tego zakonu. Wiadomo przynajmniej, że to sumienne pielęgniarki.

– Rodzice zażyczyli sobie, żeby przynajmniej jedna z opiekunek była swoja…

A więc O’Donnellowie poprosili o katoliczkę.

– Kwestia wyznania.

– I narodowości – uzupełnił, jakby dla złagodzenia.

– Zdaję sobie sprawę, że w tym kraju Anglików się nie kocha – powiedziała z wymuszonym uśmiechem Lib.

– Nie ująłbym tego aż tak dosadnie – zaoponował McBrearty.

Co z głowami, które odwróciły się na widok bryczki, gdy Lib jechała wiejską drogą? Zrozumiała teraz, że ci mężczyźni rozmawiali o niej, ponieważ się jej spodziewano. Nie była pierwszą lepszą Angielką; to ją wysłano, by pilnowała pupilki ich pana.

– Dzięki obecności siostry Michaeli dziecko poczuje się bardziej swojsko, to wszystko – wyjaśnił McBrearty.

Tak jakby swojskość była pożądaną, a wręcz pomocną cechą strażnika! Ale jeśli chodzi o drugą pielęgniarkę, to wybrał członkinię słynnej brygady panny N., żeby nadzór wydał się dostatecznie skrupulatny, szczególnie w oczach brytyjskich dziennikarzy.

Lib miała ochotę odezwać się bardzo spokojnym głosem: „Panie doktorze, rozumiem, że sprowadzono mnie tu z nadzieją, że moje powiązania z bardzo znaną damą nadadzą pozornej powagi skandalicznemu oszustwu. Nie będę w tym brała udziału”. Jeśli wyruszy rano, za dwa dni może się znaleźć z powrotem w szpitalu.

Ta perspektywa wprawiła ją w przygnębienie. Wyobraziła sobie, jak usiłuje wyjaśnić, że praca w Irlandii okazała się nie do przyjęcia z przyczyn moralnych. I jak przełożona prycha drwiąco.

Stłumiła więc na razie swoje odczucia i skupiła się na stronie praktycznej. „Tylko obserwować” – powiedział McBrearty.

– Jeśli w dowolnym momencie nasza podopieczna zażyczy sobie, nawet w zawoalowany sposób, czegoś do jedzenia… – zaczęła.

– To proszę jej to podać. – W głosie doktora dało się słyszeć oburzenie. – Nie zajmujemy się tu głodzeniem dzieci.

Lib skinęła głową.

– Czyli my, pielęgniarki, mamy panu zdać sprawozdanie za dwa tygodnie?

McBrearty pokręcił głową.

– Jako że jestem lekarzem Anny, i skoro spotkały mnie takie nieprzyjemności w prasie, ktoś mógłby uznać mnie za stronę zainteresowaną. Zbierze się zatem komisja, przed którą będzie pani zeznawać pod przysięgą.

Lib już się nie mogła doczekać.

– Pani i siostra Michaela osobno – dodał McBrearty, unosząc sękaty palec. – Bez wcześniejszej narady. Chcemy usłyszeć wasze końcowe opinie, jedną niezależną od drugiej.

– Doskonale. Czy mogę zapytać, dlaczego ta obserwacja nie przebiega w miejscowym szpitalu?

Chyba że w tym całkowicie martwym punkcie wyspy w ogóle nie ma takiej placówki.

– Och, państwo O’Donnellowie wzdragają się na samą myśl, że ich maleństwo miałoby być zabrane do miejscowego szpitala.

Lib uznała, że to przesądza sprawę; panisko i jego żona chcieli zatrzymać córkę w domu, żeby móc dalej przemycać jej jedzenie. Przyłapanie ich na gorącym uczynku nie zajmie nawet dwóch tygodni.

Starała się taktownie dobierać słowa, bo lekarz najwyraźniej darzył sympatią małą pozorantkę.

– A jeśli przed upływem dwóch tygodni znajdę dowody wskazujące na to, że Anna ukradkiem przyjmuje pożywienie, to czy powinnam bezzwłocznie powiadomić o tym komisję?

Pokryte bokobrodami policzki obwisły.

– Sądzę, że w takim przypadku kontynuowanie obserwacji byłoby dla wszystkich stratą czasu i pieniędzy.

Czyli możliwe, że Lib już za kilka dni znajdzie się z powrotem na statku do Anglii, a ten ekscentryczny epizod zakończy się po jej myśli.

Co więcej, jeśli gazety w całym królestwie potwierdzą, że to pielęgniarka Elizabeth Wright dokonała demistyfikacji, cały personel szpitala będzie musiał otrzeźwieć. Kto się wtedy odważy nazwać ją bezczelną? Może ta sprawa obróci się na jej korzyść; może zaowocuje ciekawszą, lepiej odpowiadającą jej talentom posadą. Może otworzą się przed nią nowe perspektywy.

Uniosła gwałtownie rękę, żeby ukryć nieoczekiwane ziewnięcie.

– Czas na mnie – powiedział McBrearty. – Pewnie dochodzi już dziesiąta.

Lib sięgnęła do łańcuszka przy pasku i obróciła tarczę zegarka.

– U mnie jest osiemnaście po.

– A, u nas jest dwadzieścia pięć minut wcześniej. Pani zegarek pokazuje jeszcze czas angielski.

Lib spała nawet dobrze, zważywszy na okoliczności.

Słońce wzeszło tuż przed szóstą. Do tego czasu zdążyła już włożyć swój szpitalny uniform: szarą tweedową suknię, wełniany żakiet i biały czepek. (Strój przynajmniej pasował. Do licznych niedogodności służby w Scutari zaliczała się konieczność noszenia uniformu w standardowym rozmiarze; niższe pielęgniarki się w nim topiły, a Lib z przykrótkimi rękawami wyglądała jak nędzarka).

Śniadanie zjadła samotnie w jadalni za sklepem. Jajka były świeże, w środku żółte jak słońce.

Córka Ryanów – Mary? Meg? – miała na sobie ten sam poplamiony fartuch co poprzedniego wieczora. Gdy wróciła sprzątnąć ze stołu, oznajmiła, że pan Thaddeus już czeka. Zanim Lib zdążyła jej powiedzieć, że nie zna nikogo o takim imieniu, dziewczyny w jadalni nie było.

Lib weszła do sklepu.

– Czy życzył sobie pan ze mną rozmawiać? – spytała stojącego tam mężczyznę. Nie była pewna, czy nie należało powiedzieć „szanowny pan”.

– Dzień dobry, pani Wright, mam nadzieję, że dobrze pani spała.

Ten pan Thaddeus okazał się bardziej obyty, niż wskazywałby na to jego wyblakły płaszcz. Różowa, już nie młodzieńcza twarz o zadartym nosie; gdy uchylił kapelusza, wysypała się spod niego czarna czupryna.

– Poproszono mnie o zaprowadzenie pani do państwa O’Donnellów, jeśli jest już pani gotowa.

– Właściwie jestem.

Musiał jednak dosłyszeć wątpliwość w jej głosie, bo dodał:

– Drogi doktor uznał, że prezentacji dokonać powinien być może zaufany przyjaciel rodziny.

To stwierdzenie zbiło Lib z tropu.

– Odniosłam wrażenie, że właśnie doktor McBrearty jest takim przyjacielem.

– A i owszem – odparł pan Thaddeus. – Ale przypuszczam, że państwo O’Donnellowie pokładają szczególne zaufanie w swoim duszpasterzu.

Ksiądz? Przecież jest ubrany po cywilnemu.

– Przepraszam najmocniej. Czy mam się zwracać: ojcze Thaddeusie?

Wzruszenie ramion.

– No, taka jest nowa moda, ale my w tych stronach nieszczególnie zawracamy sobie głowę takimi sprawami.

Trudno było sobie wyobrazić tego przyjemnego człowieka jako spowiednika całej wioski, powiernika tajemnic.

– Ale nie nosi pan koloratki ani… – Lib wskazała jego tułów, ponieważ nie znała nazwy czarnej, zapinanej na guziki szaty.

– W kufrze przechowuję oczywiście cały strój na okoliczność dnia świętego – odrzekł z uśmiechem pan Thaddeus.

Dziewczyna wróciła pospiesznie do sklepu, ocierając dłonie o fartuch.

– Tytoń już gotowy – powiedziała, skręcając krawędzie papierowego pakunku i przesuwając go po ladzie.

– Bóg zapłać, Maggie, i daj mi jeszcze paczkę zapałek. Komu w drogę, siostro?

Patrzył gdzieś za plecami Lib. Odwróciła się i ujrzała za sobą zakonnicę. A ta kiedy się tu zakradła?

Siostra Michaela skinęła głową, najpierw księdzu, potem Lib, a wargi zadrgały jej na podobieństwo uśmiechu. Ani chybi dotknięta nieśmiałością.

Skoro McBrearty już się tym zajął, to dlaczego nie mógł sprowadzić dwóch Słowiczków? Lib dopiero teraz pomyślała, że może żadna z pięćdziesięciu kilku pozostałych pielęgniarek – świeckich czy zakonnic – nie była dostępna z tak niewielkim wyprzedzeniem. Czyżby Lib jako jedyna spośród krymskich pielęgniarek po pięciu latach nie zdołała odnaleźć swojej niszy? Czyżby tylko ona do tego stopnia nie wiedziała, co z sobą począć, że łyknęła zatrutą przynętę w postaci tej posady?

Cała trójka skręciła w lewo i ruszyła ulicą w rozwodnionym świetle słońca. Lib, skrępowana pomiędzy księdzem i zakonnicą, ścisnęła mocniej swoją skórzaną torbę.

Budynki stały zwrócone w różnych kierunkach, oziębłe wobec siebie nawzajem. W oknie kobieta przy stole zarzuconym stertą koszyków – przekupka handlująca swoimi wyrobami we frontowym pokoju? Na ulicy nie widać było typowego dla poniedziałkowego poranka rozgardiaszu, jakiego można by się spodziewać w Anglii. Minęli objuczonego workiem mężczyznę, który pozdrowił pobożnie pana Thaddeusa i siostrę Michaelę.

– Pani Wright pracowała z panną Nightingale – napomknął zakonnicy ksiądz.

– Tak też słyszałam.

Po chwili siostra Michaela odezwała się do Lib:

– Z pewnością ma pani dar doświadczenia w dziedzinie chirurgii.

Lib przytaknęła tak skromnie, jak tylko się dało.

– Mieliśmy też często do czynienia z cholerą, czerwonką i malarią. A zimą oczywiście z odmrożeniami.

W rzeczywistości angielskie sanitariuszki poświęcały sporo czasu na wypychanie materaców, mieszanie kleików i stanie przy baliach, ale Lib nie chciała, żeby zakonnica wzięła ją za jakąś ciemną posługaczkę. Tego nie rozumiał nikt: ratowanie życia często sprowadza się do czyszczenia latryny.

Ani śladu rynku czy zielonego skweru, obecnych w każdym angielskim miasteczku. Jedynym odnowionym budynkiem była oślepiająco biała kaplica. Tuż przed nią pan Thaddeus skręcił w prawo w błotnistą dróżkę prowadzącą wokół cmentarza. Omszałe, pokrzywione nagrobki ustawiono najwyraźniej nie w rzędach, ale gdzie popadnie.

– Czy dom państwa O’Donnellów stoi poza wsią? – dopytywała Lib, ciekawa, dlaczego rodzina nie jest dość uprzejma, by posłać woźnicę, nie wspominając o przyjęciu pielęgniarek pod swój dach.

– Kawałeczek drogi – odpowiedziała zniżonym niemal do szeptu głosem siostra Michaela.

– Malachy hoduje shorthorny – dodał ksiądz.

To słabowite słońce grzało zaskakująco mocno; Lib zaczęła się już pocić pod peleryną.

– Ile mają dzieci w gospodarstwie?

– Teraz tylko dziewczynkę, bo Pat jest na drugim brzegu, niech Bóg ma go w swojej opiece – powiedział pan Thaddeus.

Na drugim brzegu? Prawdopodobnie w Ameryce, pomyślała Lib, w Brytanii albo w którejś z kolonii. Irlandia, niegospodarna matka, wysłała chyba z połowę swojego skąpego przychówku za granicę. Czyli u O’Donnellów była tylko dwójka dzieci; zdawało jej się, że to śmiesznie mała liczba.

Minęli nędzną chałupę z dymiącym kominem. Od dróżki odchodziła ukośnie ścieżka wiodąca do innej chaty. Lib błądziła wzrokiem po moczarach w poszukiwaniu śladów posiadłości O’Donnellów. Czy wolno jej zapytać księdza o coś więcej poza nagimi faktami? Pielęgniarki zatrudniono po to, by każda wyrobiła sobie własne zdanie. Nagle jednak Lib przyszło na myśl, że ta przechadzka może być jedyną okazją do rozmowy z „zaufanym przyjacielem rodziny”.

– Panie Thaddeusie, pozwolę sobie zapytać… czy może pan potwierdzić uczciwość państwa O’Donnellów?

Chwila ciszy.

– Z pewnością nie mam powodu, by podawać ją w wątpliwość.

Lib nigdy wcześniej nie rozmawiała z księdzem katolickim i nie umiała rozszyfrować dyplomatycznego tonu duchownego.

Zakonnica nie odrywała wzroku od zielonego horyzontu.

– Malachy to człowiek małomówny – ciągnął pan Thaddeus. – Abstynent.

To zaskoczyło Lib.

– Po tym jak złożył śluby przed narodzeniem się dzieci, nie wziął do ust ani kropli. Jego żona to ważna figura w naszej parafii, działa bardzo aktywnie w sodalicji mariańskiej.

Te szczegóły nic jej nie mówiły, ale uchwyciła ogólny sens.

– A Anna O’Donnell?

– Wspaniała dziewczynka.

W jakim sensie? Cnotliwa? Czy w jakiś sposób wyjątkowa? Najwidoczniej smarkata oczarowała tu wszystkich. Lib spojrzała surowo na garbaty profil księdza.

– Czy doradzał jej pan kiedyś rezygnację z jedzenia, na przykład w formie ćwiczenia duchowego?

Rozpostarł ręce w geście protestu.

– Pani Wright. Zdaje się, że pani nie jest naszego wyznania?

Uważnie dobierając słowa, Lib powiedziała:

– Odebrałam chrzest w Kościele anglikańskim.

Zakonnica śledziła wzrokiem lecącą wronę.

– Cóż – zaczął pan Thaddeus – pozwolę sobie panią zapewnić, że od katolików wymaga się całkowitego postu tylko przez kilka godzin, na przykład od północy do przyjęcia komunii świętej nazajutrz rano. Powstrzymujemy się także od spożywania mięsa w środy, piątki i przez okres Wielkiego Postu. Widzi pani, umiarkowany post służy poskromieniu żądz cielesnych – dodał tak swobodnie, jakby gawędzili o pogodzie.

– Czyli apetytu?

– Między innymi.

Lib spuściła wzrok na błotnistą ziemię pod trzewikami.

– W ten sposób wyrażamy także smutek z powodu męki Pańskiej, biorąc na siebie choćby jej namiastkę – ciągnął. – Post może być więc pożyteczną odmianą pokuty.

– Chodzi o to, że jeśli człowiek nakłada na siebie karę, to zostaną mu odpuszczone grzechy? – spytała Lib.

– Jemu lub komuś innemu – mruknęła pod nosem zakonnica.

– Siostra ma słuszność – odpowiedział ksiądz. – Tak się dzieje, kiedy w duchu szlachetności ofiarowujemy swoje cierpienie na rzecz innej osoby.

Lib wyobraziła sobie gigantyczną księgę z wypełnionymi atramentem rubrykami „winien” i „ma”.

– Ale, co najważniejsze, postu nie należy doprowadzać do skrajności albo do etapu, w którym zagraża zdrowiu.

Niełatwo przygwoździć tę śliską rybę.

– To dlaczego pańskim zdaniem Anna O’Donnell sprzeciwiła się nakazom własnego Kościoła?

Szerokie ramiona księdza uniosły się i opadły.

– W ciągu kilku ostatnich miesięcy wielokrotnie ją przekonywałem, prosiłem, żeby wzięła coś do ust. Ale ona jest głucha na wszelkie argumenty.

Co takiego ma w sobie ta rozpieszczona panienka, że udało jej się wciągnąć w komedię wszystkich dorosłych ze swego otoczenia?

– Jesteśmy – szepnęła siostra Michaela, wskazując koniec niewyraźnej ścieżki.

Ale to chyba nie może być cel wędrówki? Chałupę przydałoby się pobielić; nad trzema małymi taflami szkła wisiała spadzista strzecha. Na końcu budynku, pod tym samym dachem, znajdowała się zapadnięta obórka.

Naraz Lib przekonała się, jak niemądre były jej założenia. Skoro to komisja najęła pielęgniarki, to Malachy O’Donnell wcale nie musi być majętny. Najwyraźniej jedyne, co odróżnia tę rodzinę od innych tutejszych ledwo wiążących koniec z końcem wieśniaków, to twierdzenie, że ich córeczka umie się żywić powietrzem.

Wpatrując się w milczeniu w niski dach chaty O’Donnellów, pojęła, że gdyby doktor McBrearty nie powiadomił tak pochopnie „Irish Timesa”, to wieści rozniosłyby się nie dalej niż po tych mokradłach. Ilu spośród jego możnych znajomych zainwestowało ciężkie pieniądze, jak i dobre imię w to dziwaczne przedsięwzięcie? Czy liczą na to, że po dwóch tygodniach obie pielęgniarki będą się posłusznie zarzekać, że to cud, i uczynią z tej lichej osady dziwo chrześcijańskiego świata? Czy sądzą, że uda im się kupić aprobatę siostry miłosierdzia i Słowiczka, podeprzeć się ich podwójnym autorytetem?

Cała trójka ruszyła ścieżką – tuż obok gnojownika, jak zauważyła Lib, wzdrygając się z obrzydzenia. Grube ściany chałupy chyliły się ku ziemi. Pękniętą szybę w najbliższym oknie zabezpieczono kawałkiem szmaty. Górna część dzielonych drzwi była rozdziawiona szeroko jak w stajni. Pan Thaddeus pchnął pozostałą część, która otworzyła się z głuchym zgrzytem, i gestem zaprosił Lib do środka.

Weszła prosto w ciemność. Jakaś kobieta wykrzyknęła coś w nieznanym jej języku.

Wzrok zaczął jej się powoli przyzwyczajać. Pod podeszwami trzewików klepisko. Dwie kobiety w czepcach, chyba typowym nakryciu głowy Irlandek, odsuwają rozstawioną przy ogniu suszarkę do bielizny. Przełożywszy stos odzieży na ręce młodszej, drobniejszej kobiety, starsza podbiegła wymienić z księdzem uścisk dłoni.

Odpowiedział jej w tym samym języku – najpewniej gaelickim – po czym przeszedł na angielski.

– Rosaleen O’Donnell, wiem, że poznałaś wczoraj siostrę Michaelę.

– Dzień dobry siostrze. – Kobieta ścisnęła oburącz dłonie zakonnicy.

– A to jest pani Wright, jedna ze słynnych pielęgniarek z Krymu.

– Oj! – Pani O’Donnell miała szerokie, kościste ramiona, szare jak skała oczy i ziejący czernią uśmiech. – Niech pani niebiosa sprzyjają, że zechciała pani przybyć z tak daleka.

Czyżby była taką ignorantką, żeby sądzić, że na półwyspie szaleje jeszcze wojna i że Lib przyjechała tu zakrwawiona prosto z frontu?

– Ugościłabym państwa w odświętnym pokoju – Rosaleen O’Donnell skinęła głową w stronę drzwi położonych na prawo od paleniska. – Tylko mamy gości.

Gdy Lib wytężyła słuch, dobiegł ją stłumiony śpiew.

– Tu nam wystarczy – zapewnił ją pan Thaddeus.

– To spocznijcie chociaż, herbaty zaparzę – nalegała pani O’Donnell. – Wszystkie krzesła są w środku, mam tu tylko stołki. Pana męża nie ma, wykopuje torf dla Séamusa O’Lalora.

Mówiąc o stołkach, kobieta miała widocznie na myśli pieńki, które podsuwała teraz gościom niemal w płomienie. Lib wybrała jeden z nich i starała się go powoli odsunąć od paleniska. Ale matka wyglądała na urażoną; miejsce tuż przy ogniu uznawano najwyraźniej za honorowe. Wobec tego Lib usiadła, odkładając torbę po chłodniejszej stronie, żeby jej maści nie rozpłynęły się w bajorka.

Siadając, Rosaleen O’Donnell przeżegnała się, a ksiądz i zakonnica poszli w jej ślady. Lib zastanawiała się, czy nie postąpić podobnie. Ale nie, próby małpowania miejscowych byłyby niedorzeczne.

Śpiew dobiegający z tak zwanego odświętnego pokoju zdawał się narastać. Lib zauważyła, że palenisko jest otwarte na obie strony, dlatego dźwięk się tu przedostawał.

Podczas gdy posługaczka zdejmowała znad ognia świszczący czajnik, pani O’Donnell i ksiądz gawędzili o wczorajszym kapuśniaczku i o tym, jak nadzwyczaj ciepłe okazało się w sumie to lato. Zakonnica słuchała i od czasu do czasu pomrukiwała z aprobatą. Ani słowa o córce.

Uniform Lib zaczął jej się lepić do boków. Dla uważnej pielęgniarki – przypomniała sobie – nie ma czegoś takiego jak stracony czas. Zwróciła uwagę na prosty stół dosunięty do pozbawionej okien tylnej ściany. Na malowany kredens z zakratowaną jak w klatce dolną częścią. Jakieś małe drzwiczki wbudowane w ściany – szafki wnękowe? Zasłona z czterech rozwieszonych worków po mące. Wszystko dość prymitywne, ale przynajmniej schludne, niezbyt zapuszczone. Poczerniały okap upleciono z witek. Po obu stronach paleniska widniało w ścianie prostokątne wgłębienie, a powyżej, jak się domyśliła, zawieszono solnicę. Na gzymsie nad ogniem stały dwa mosiężne lichtarze, krucyfiks i coś, co wyglądało na mały dagerotyp w czarnej lakierowanej kasecie z przeszklonym wiekiem.

– A jak się dziś miewa Anna? – zapytał w końcu pan Thaddeus, gdy wszyscy, włącznie z posługaczką, sączyli już mocną herbatę.

– Niczego sobie, Bogu niech będą dzięki. – Pani O’Donnell znów rzuciła niespokojne spojrzenie w stronę odświętnego pokoju.

Czyżby dziewczynka śpiewała z tymi gośćmi hymny?

– Może powinnaś opowiedzieć pielęgniarkom jej historię – podsunął pan Thaddeus.

Kobieta wyglądała na skonsternowaną.

– A jakąż to historię może mieć dziecko?

Lib przechwyciła spojrzenie siostry Michaeli i wzięła sprawy w swoje ręce.

– Pani O’Donnell, jak by pani opisała stan zdrowia córki do tego roku?

Mrugnięcie powiek.

– Zawsze był z niej wątły kwiatuszek, ale nie beksa ani grymaśnica. Jak jej się zdarzyło zadrapanie czy jęczmień, to zawsze uważała je za drobną ofiarę dla niebios.

– A co z jej apetytem? – zapytała Lib.

– Oj, nigdy nie była łasa na smakołyki i nie domagała się ich głośno. Złote dziecko.

– A jej nastrój? – spytała zakonnica.

– Nie było na co narzekać – odparła pani O’Donnell.

Te wieloznaczne odpowiedzi nie zadowoliły Lib.

– Czy Anna chodzi do szkoły?

– Och, pan O’Flaherty za nią szaleje.

– Zdobyła chyba ten medal, prawda? – Posługaczka wskazała gzyms paleniska tak gwałtownym ruchem, że zachlupotała jej herbata w kubku.

– Tak było, Kitty – potwierdziła matka, kiwając głową jak kura dziobiąca ziemię.

Lib rozejrzała się za medalem i znalazła go, mały dysk z brązu wyeksponowany w ozdobnym puzderku za fotografią.

– Ale jak w ubiegłym roku zaczęła się zanosić kaszlem, który szerzył się po szkole – ciągnęła pani O’Donnell – to uznaliśmy, że przytrzymamy naszą dzieweczkę w domu, szczególnie że tam brudno i przeciąg wpada przez okna, co je ciągle wybijają.

„Dzieweczka”. Tak chyba Irlandczycy określają każdą młodą kobietę.

– Czy nie uczy się równie pilnie w domu, otoczona tymi wszystkimi książkami? Jak powiadają: własnego gniazda pewniejsze kurczątko.

Lib nie znała tej maksymy. Nie ustępowała, ponieważ przyszło jej do głowy, że niedorzeczne kłamstwo Anny może mieć racjonalne podstawy.

– Czy odkąd zachorowała, cierpi na jakieś dolegliwości żołądkowe?

Zastanawiała się, czy gwałtowny kaszel nie uszkodził dziecku wnętrzności.

Ale pani O’Donnell z nieruchomym uśmiechem pokręciła głową.

– Wymioty, zaparcia, luźne stolce?

– Nie więcej niż raz w całym normalnym toku rozwoju.

– Czyli powiedziałaby pani, że do jedenastego roku życia córka była wątła i nic poza tym?

Kobieta zacisnęła spierzchnięte usta.

– Do siódmego kwietnia, wczoraj minęły cztery miesiące. Z dnia na dzień Anna przestała jeść i pić, poza wodą, co ją Bóg dał.

Lib poczuła falę niechęci. Jeśli to prawda, to która matka donosiłaby o tym z takim podnieceniem?

Ale to oczywiście nieprawda, napomniała samą siebie. Rosaleen O’Donnell albo przyłożyła rękę do oszustwa, albo jej córka zdołała zamydlić jej oczy, ale w każdym z tych przypadków – cynizmu czy naiwności – kobieta nie miała powodu obawiać się o swoje dziecko.

– Czy przed urodzinami nie zdarzyło jej się zadławić kęsem jedzenia? Zjeść czegoś zjełczałego?

Pani O’Donnell się najeżyła.

– W tej kuchni nic zjełczałego nie ma.

– Czy apelowała pani do niej, żeby coś zjadła?

– To gadanie po próżnicy.

– I Anna nie podała żadnej przyczyny postu?

Kobieta pochyliła się nieco w jej stronę, jakby przekazywała tajemnicę.

– Nie potrzeba.

– Nie potrzeba podawać powodu? – spytała Lib.

– Jej nie potrzeba – powiedziała Rosaleen O’Donnell, odsłaniając w uśmiechu braki w uzębieniu.

– Nie potrzeba jedzenia? – spytała ledwie słyszalnie zakonnica.

– Ani okruszka. To żywy cud.

To musiało być dobrze przećwiczone przedstawienie. Tylko że błysk w oczach kobiety świadczył według Lib o całkowitej pewności.

– I twierdzi pani, że od czterech miesięcy córka pozostaje w dobrym zdrowiu?

Rosaleen O’Donnell wyprostowała się i zatrzepotała rzadkimi rzęsami.

– W tym domu nie znajdzie pani żadnych kłamliwych twierdzeń, żadnego krętactwa. Dom nasz skromny, ale i stajenka taką była.

Lib nie zrozumiała, przyszły jej na myśl konie, dopiero po chwili pojęła, o co kobiecie chodzi: o Betlejem.

– My prości ludzie, on i ja – ciągnęła Rosaleen O’Donnell. – Wyjaśnić tego nie umiemy, ale nasza córcia pięknie się rozwija dzięki specjalnemu zrządzeniu Opatrzności. Czyż dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych? – zwróciła się do zakonnicy.

Siostra Michaela skinęła głową.

– Niezbadane są ścieżki Pana – powiedziała cicho.

Czyli dlatego O’Donnellowie poprosili o zakonnicę, Lib była tego prawie pewna. I dlatego lekarz przystał na ich prośbę. Wszyscy uznali, że stara panna, która poświęciła się Chrystusowi, uwierzy w cud prędzej niż większość ludzi. Bo jest bardziej ograniczona przesądami, jak podsumowałaby to Lib.

Pan Thaddeus spojrzał uważnie na gospodynię.

– Ale ty i Malachy chętnie zgadzacie się, by te zacne pielęgniarki siedziały z Anną przez pełne dwa tygodnie i potem zeznawały przed komisją, prawda, Rosaleen?

Pani O’Donnell rozrzuciła chude ramiona tak szeroko, że niemal spadła jej kraciasta chusta.

– Chętnie, nawet bardzo chętnie, żeby odzyskać nasze dobre imię wszędzie, od Cork po Belfast.

Lib niemal się zaśmiała. Przejmować się reputacją w tej mizernej chałupie jak w jakiejś posiadłości…

– Co my mamy do ukrycia? – ciągnęła kobieta. – Czyż nie otworzyliśmy już szeroko drzwi przed ludźmi dobrej woli ze wszystkich stron świata?

Jej górnolotny ton z jakiegoś powodu rozdrażnił Lib.

– Skoro o tym mowa – zaczął ksiądz – zdaje się, że wasi goście już wychodzą.

Lib nawet nie zauważyła, kiedy zamilkł śpiew. Drzwi między pomieszczeniami uchyliły się odrobinę pod wpływem przeciągu. Podeszła do nich i zajrzała przez szczelinę.

Odświętną izbę odróżniała od kuchni głównie skąpość umeblowania. Poza kredensem z kilkoma talerzami i dzbanami za szybą oraz skupiskiem plecionych krzeseł pomieszczenie było puste. Przodem do niewidocznego dla Lib rogu pokoju stało z pół tuzina ludzi, wszyscy z szeroko otwartymi oczami, rozpromienieni, jakby oglądali jakiś olśniewający eksponat. Lib wytężyła słuch, żeby wychwycić ich pomruki.

– Dziękujemy, panienko.

– Kilka świętych obrazków do twojej kolekcji.

– Zostawię ci tę fiolkę z olejem, który poświęcił naszej kuzynce Jego Świątobliwość w Rzymie.

– Ja mam tylko kilka kwiatków, ściętych rano z mojego ogródka.

– Stokrotne dzięki, i czy zechciałaby panienka ucałować dziecko, zanim odejdziemy? – Ostatnia kobieta pospieszyła w stronę zakamarka ze swoim zawiniątkiem.

Lib nęciło, by natychmiast obejrzeć ten „dziw nad dziwy” – czyż nie takiego określenia użyli poprzedniego wieczora wieśniacy ze sklepu? Tak, to na pewno tym się tak zachwycali – nie jakimś dwugłowym cielęciem, lecz Anną O’Donnell, „żywym cudem”. Najwidoczniej co dzień wpuszczano tu hordy ludzi, którzy płaszczyli się u stóp dziecka; cóż to za prostactwo!

A jeden z rolników mówił coś niepochlebnego o „tych onych”, którzy „tylko się nią wysługują”. Z pewnością chodziło mu o odwiedzających, którzy tak ochoczo rozpieszczali dziecko. Co oni sobie wyobrażali? Pomogli dziecku upozować się na świętą, bo wydawało im się, że to dziecko wzniosło się ponad przyziemne ludzkie potrzeby? To przypominało Lib parady na kontynencie europejskim, postacie w wymyślnych przebraniach prowadzane cuchnącymi uliczkami.

Po głosach sądząc, Lib odniosła wrażenie, że wszyscy goście są Irlandczykami; pani O’Donnell musiała przesadzić z tymi „wszystkimi stronami świata”. Drzwi otworzyły się na oścież, więc Lib się cofnęła.

Goście wyszli noga za nogą.

– Za pani fatygę. – Mężczyzna w kapeluszu z okrągłym rondem podawał Rosaleen O’Donnell monetę.

Aha. Źródło wszelkiego zła. Jak ci zamożni turyści, którzy płacą wieśniakowi, by pozował w progu lepianki ze zdezelowanymi skrzypkami w ręce. O’Donnellowie to z całą pewnością strona tego oszukańczego przedsięwzięcia, i to z najbardziej przewidywalnego powodu: dla pieniędzy.

Ale matka zamaszystym gestem schowała ręce za plecami.

– Gościnność to chyba żaden kłopot.

– Dla uroczej panienki – powiedział gość.

Rosaleen O’Donnell tylko kręciła głową.

– Nalegam – powiedział.

– Skoro pan musi, to niech pan to włoży do skarbonki na biednych. – Wskazała głową metalową skrzynkę ustawioną na stołku przy drzwiach.

Lib zganiła samą siebie za to, że jej wcześniej nie zauważyła.

Wychodząc, każdy z odwiedzających wsunął do szczeliny monetę. Niektóre monety zdawały się Lib dość ciężkie. Widocznie mała kokietka okazała się równie wartościową atrakcją jak krzyż z inskrypcjami albo megalit. Angielka poważnie wątpiła, czy O’Donnellowie przekażą choć pensa komuś jeszcze uboższemu niż oni sami.

Czekając na przerzedzenie tłumu, Lib przysunęła się dostatecznie blisko gzymsu paleniska, by przyjrzeć się dagerotypowi. Fotografia rodzinna była ciemna i zrobiona jeszcze przed wyjazdem syna. Rosaleen O’Donnell niczym imponujący totem. Chudy nastolatek dość osobliwie rozparty na jej kolanach. Mała dziewczynka siedząca prosto na kolanach ojca. Lib zajrzała przez przymrużone powieki pod lśniącą szybkę. Anna O’Donnell z włosami do ramion, równie ciemnymi jak jej własne. Nic jej nie odróżniało od żadnego innego dziecka.

– Siostra pozwoli do jej pokoju, a ja ją zaraz przyprowadzę – powiedziała Rosaleen O’Donnell do siostry Michaeli.

Lib zesztywniała. W jaki sposób kobieta zamierza przygotować córkę do zmierzenia się z ich badawczym wzrokiem?

Nieoczekiwanie poczuła, że nie zniesie już swędu torfu. Wymamrotała coś o potrzebie zaczerpnięcia świeżego powietrza i wyszła na podwórko.

Ściągnęła łopatki, wzięła wdech i poczuła woń obornika. Gdyby została, oznaczałoby to podjęcie wyzwania: obnażenie tego żałosnego oszustwa. W chacie są z pewnością najwyżej cztery pomieszczenia; wątpiła, by trzeba było więcej niż jednej nocy, by przyłapać dziewczynkę na przemycaniu jedzenia, bez względu na to, czy Anna robi to sama, czy z czyjąś pomocą (pani O’Donnell? Jej męża? Posługaczki, która jest tu chyba jedyną pomocnicą? Albo, rzecz jasna, wszystkich naraz). W takiej sytuacji za tę całą podróż przysługiwałaby jej tylko jedna dniówka. Oczywiście mniej uczciwa pielęgniarka nie pisnęłaby słowa przed upływem dwóch tygodni, żeby zagwarantować sobie pełne wynagrodzenie. Nagrodą Lib byłoby zaś zdemaskowanie kłamstwa, dopilnowanie zwycięstwa rozumu nad absurdem.

– Lepiej już doglądnę reszty swojej trzódki – odezwał się za jej plecami różowolicy ksiądz. – Siostra Michaela zaproponowała, że obejmie pierwszą wartę, jako że pani odczuwa pewnie jeszcze skutki podróży.

– Nie – odparła Lib. – Mogę śmiało zacząć.

Prawdę mówiąc, nie mogła się doczekać poznania dziewczynki.

– Jak pani woli, pani Wright – wyszeptała zza pleców księdza zakonnica.

– Czyli wróci tu siostra za osiem godzin, tak? – spytał pan Thaddeus.

– Za dwanaście – sprostowała Lib.

– Zdaje się, że McBrearty zaproponował ośmiogodzinne zmiany jako mniej męczące – odpowiedział.

– To wtedy siostra i ja musiałybyśmy się kłaść i wstawać o nieregularnych godzinach – zauważyła Lib. – Ze swojego doświadczenia pielęgniarki oddziałowej wiem, że dwie zmiany lepiej sprzyjają snowi niż trzy.

– Ale jeśli mają zostać spełnione warunki obserwacji, będziecie zobowiązane do czuwania u boku Anny minuta w minutę – powiedział pan Thaddeus. – Zdaje się, że osiem godzin to dostatecznie długo.

I wtedy do Lib dotarło coś jeszcze: jeśli będą pracować po dwanaście godzin, a ona zacznie, to siostra Michaela będzie zawsze pełnić dyżur nocny, kiedy to dziewczynka będzie miała więcej okazji do wykradania jedzenia. Jakże Lib mogłaby liczyć, że zakonnica, która spędziła większość życia w jakimś prowincjonalnym klasztorze, będzie równie dbała jak ona?

– Dobrze więc, osiem godzin. – Dokonała szybkich obliczeń. – Możemy się zmieniać, powiedzmy, o dziewiątej wieczorem, piątej rano i pierwszej po południu, dobrze, siostro? Takie pory raczej nie zakłócałyby nadto spokoju domostwa.

– Czyli do zobaczenia o pierwszej? – spytała zakonnica.

– Och, już prawie południe, a my dopiero zaczynamy, dzisiaj chętnie zostanę z dziewczynką do dziewiątej – powiedziała jej Lib. Długi pierwszy dzień pozwoliłby jej przygotować pokój i ustanowić zasady nadzoru według własnego upodobania.

Siostra Michaela skinęła głową i odpłynęła ścieżką z powrotem w stronę wioski. Jak zakonnice uczą się tego charakterystycznego kroku? Może to tylko złudzenie stworzone przez czarne szaty muskające trawę.

– Powodzenia, pani Wright – powiedział pan Thaddeus, uchylając kapelusza.

Powodzenia? Jakby ruszała na zawody.

Lib zebrała siły i weszła z powrotem do domu, gdzie pani O’Donnell i posługaczka podnosiły i wieszały na haku przedmiot, który wyglądał jak potężny szary gnom. Wzrok Lib wyodrębnił kształt żeliwnego sagana.

Matka obróciła gar nad ogniem i skinęła głową w stronę na wpół otwartych drzwi pod lewej stronie Lib.

– Wszystko Annie o pani opowiedziałam.

Co jej powiedziała? Że pani Wright to zamorski szpieg? Przeszkoliła bachora, jak najlepiej przechytrzyć Angielkę, tak jak jej się to udało z wieloma innymi dorosłymi?

Sypialnia była kwadratowa i goła. Między oknem a łóżkiem, na krześle o prostym oparciu, siedziała ubrana na szaro drobna dziewczynka; wyglądała, jakby słuchała jakiejś sobie tylko znanej muzyki. Włosy ciemnorude, czego nie było widać na fotografii. Na odgłos skrzypiących drzwi uniosła głowę i jej twarz rozdzielił uśmiech.

Blagierstwo, przypomniała sobie Lib.

Dziewczynka wstała i wyciągnęła rękę.

Lib ją uścisnęła. Pulchne palce chłodne w dotyku.

– Jak się dziś czujesz, Anno?

– Bardzo dobrze, proszę pani – odpowiedziała dziewczynka cichym, czystym głosem.

– Siostro – poprawiła ją Lib. – Albo pani Wright, albo proszę pani, jak wolisz.

Zabrakło jej słów. Sięgnęła do torby po mały notatnik i miarkę. Przystąpiła do sporządzania notatek, żeby nadać tej osobliwej sytuacji pozory systematyczności.

Poniedziałek, 8 sierpnia 1859, 10:07

Wzrost: 46 cali

Rozpiętość ramion: 47 cali

Obwód czaszki mierzony nad brwiami: 22 cale

Długość głowy od czubka do brody: 8 cali

Anna O’Donnell współpracowała bez zarzutu. Stała bardzo prosto w swojej skromnej sukience i dziwacznie wielkich trzewikach i utrzymywała każdą wymaganą przez Lib pozycję, jakby uczyła się kroków obcego tańca. Jej twarz można było opisać jako niemal pucołowatą, co od razu wykluczyło historię o poście. Wielkie orzechowe oczy, odrobinę wyłupiaste i otoczone obrzmiałymi powiekami. Białka jak porcelana, źrenice rozszerzone, choć to można wyjaśnić niewielką ilością wpadającego tu światła. (Tu małe okienko było przynajmniej otwarte i wpuszczało trochę letniego powietrza. W szpitalu, cokolwiek by Lib mówiła, przełożona upierała się, że okna muszą być zamknięte dla ochrony przed trującymi wyziewami).

Dziewczynka była bardzo blada, ale z drugiej strony Irlandczycy, szczególnie rudowłosi, na ogół mają taką właśnie cerę, dopóki nie zepsuje jej pogoda. O, znalazło się coś niezwykłego: bardzo drobny, bezbarwny meszek na policzkach. W końcu kłamstwo dziewczynki o poszczeniu wcale nie wyklucza, że dziecko faktycznie cierpi na jakąś chorobę. Lib wszystko drobiazgowo zapisała.

Panna