Cry baby - Ginger Scott - ebook
lub
Opis

Wypełniona emocjami piękna opowieść autorki bestsellera "Chłopak taki jak ty" o dorastaniu i trudnej miłości

Siedemnastoletni Tristan Lopez jest wierny członkom gangu, który założył jego ojciec wraz z przyjacielem. Nie ma wyboru – kiedyś to on stanie na jego czele. Czy tego chce, czy nie.

Riley Rojas nigdy nie pasowała do świata Tristana. Przez problemy rodzinne musiała przeprowadzić się do najgorszej dzielnicy miasteczka. Poznała nie tylko, co to strach, ale też smak pierwszej miłości. To ona przypomniała Tristanowi, że ma szansę na inną przyszłość niż życie w gangu lub śmierć.

Kiedy oboje wylądowali w tej samej klasie, a potem spotykali się na boisku do koszykówki, było jasne, że wpadli po uszy. Nawet kiedy ją od siebie odpychał, ona zawsze wracała. Była jego marzeniem, testem lojalności. Czy stanie się też przyczyną jego zguby?

__

O autorce

Ginger Scott – autorka wielu książek Young adult i New adult, będąca jedną z najpopularniejszych na Amazonie. Oprócz pisania wciągających romansów uwielbia sport, który chętnie wplata w swoje powieści. Od zawsze operowała słowem, współpracując przy edycji magazynów i prowadząc bloga. Chętnie opowiada historie olimpijczyków, polityków, aktorów, przestępców i naukowców. Prywatnie mama, zawodowo urodzona pisarka. Debiutowała w 2013 roku, a jej książka Zapadnij w serce zdobyła pierwsze miejsce w rankingu Amazona w kategorii młodzieżowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 394

Popularność


Dla Tima Bo wierzysz we mnie tak mocno. To

Prolog

Ludzie nigdy nie podejrzewają dzieciaka. A nawet jeśli, to nie mnie się obawiają. Obawiają się kolesi z dziarami na twarzy i wściekłym wzrokiem. Co najśmieszniejsze, w tych okolicach ci goście to ostatnie, czego powinni się bać. Tak naprawdę powinni się obawiać uśmiechów. Widziałem już kolesiów, którzy zaśmiewali się do rozpuku, podczas gdy kopali kogoś z całej siły w twarz i kradli temu komuś wóz.

W ostatni weekend niemal sam wpadłem. Jakaś starsza babka usiadła obok mnie na ławce w kinie, czekając, aż jej mąż wróci z toalety. Zapytała mnie, czy lubię chodzić do kina, ale ja w odpowiedzi tylko wzruszyłem ramionami – Dub nie lubi, jak za dużo gadam.

A jednak powinienem był się do niej odezwać… Powiedzieć coś, co by ją wystraszyło. Może wtedy nie popatrywałaby na mnie co chwilę. Gdy Dub zapukał, nadal siedziała obok mnie, i kiedy wstałem, by otworzyć drzwi wyjściowe, poczułem, jak próbuje mnie zatrzymać. Jedno spojrzenie na szefa i ekipę i zabrała rękę. Kiedy nie odsunęła się wystarczająco szybko, Dub zmierzył ją srogim wzrokiem, więc zaczęła się szybko wycofywać w swoich brzydkich butach. Ha, prawie wlazła na ślepo do męskiego kibla. Wszyscy się z tego śmialiśmy w drodze do kina, lecz później tego wieczoru Dub zaciągnął mnie w ciemny kąt tuż przed centrum handlowym i chwycił za przód koszulki. Skręcił ją tak, że kołnierzyk zaczął mnie lekko podduszać, i powiedział, żebym następnym razem uważał, czy nikt nie patrzy, kiedy pracuję.

Dub zachowuje się trochę tak, jakby był moim ojcem, choć nim nie jest. Mój ojciec siedzi w więzieniu. Dub mówi, że zrobił coś głupiego i dał się złapać, dlatego wszystko, co on mi przekazuje, jest po to, żebym nie skończył jak ojciec. Nie popełniam za wiele błędów – nie to, co mój kumpel Paul, który często ładuje się w tarapaty, więc nikt nie daje mu już poważnych robót. Ostatnim razem, kiedy stał ze mną na drzwiach do kina, dał się złapać na kradzieży w sklepie. Wziął słodycze, bo był głodny. Mówiłem mu, żeby tego nie robił, ale on mnie nigdy nie słucha. Następnego dnia Dub przypalił mu wierzch dłoni papierosem, żeby miał nauczkę. Paul śmiał się przez cały czas, gdy jego skóra się topiła. Popłakał się dopiero później, gdy schował się po wszystkim w moim pokoju. To wtedy wszyscy zaczęli mówić na niego Śmieszek, bo wszystko go śmieszy. A przynajmniej chce, żeby każdy tak myślał.

Czasem biorę Paula do pomocy, bo mi go żal i widzę, że chciałby udowodnić wszystkim, że potrafi wykonać robotę bez potknięć. Zabieram go jednak tylko na małe robótki, takie jak obserwacja domów albo upewnianie się, że goście z Plemienia nie handlują na naszym boisku do kosza. Terytorium Plemienia znajduje się po drugiej stronie Sześćdziesiątej Pierwszej Ulicy, ale nie mają tam ani parku, ani żadnego innego miejsca do przesiadywania. To jednak ich problem, nie nasz.

Dub zawsze mówi, że jestem stworzony do przejęcia kiedyś jego ekipy. Gdy to się już stanie, dam Paulowi jakąś ważną funkcję. On nigdy nie wbiłby mi noża w plecy, ufam mu jak bratu. Tak samo Dub ufał mojemu ojcu. Mówi, że tata jest dobry w trzymaniu gęby na kłódkę. Zapytałem go raz, co to znaczy, a on odpowiedział, że mój tato jest za kratkami, bo ktoś chce rozbić nasz gang, ale nie może, dopóki ojciec nie powie, jak to zrobić. Z powodu swojej miłości do nas wszystkich ojciec już nigdy nie wróci do domu. Prędzej oddałby życie, niż wpędził nas w jakiekolwiek tarapaty.

Jestem taki sam jak on. Też bym prędzej oddał życie.

Przy mojej ławce kręciło się dziś wieczór trochę ludzi, więc złapałem się za brzuch i zacząłem jęczeć, jakbym miał zaraz zwymiotować. Dookoła było pełno par na randkach, czekających, aż zacznie się ich film – bogatych białych dzieciaków z własnymi brykami i tak dalej. Z planami na przyszłość. Brązowoskóry dziesięciolatek w starych ciuchach nie był dla nich wart funta kłaków. Rozeszli się więc, udając, że mnie nie widzą. Mój plan zadziałał, od pięciu minut nikt nawet się nie zbliżył do mojej ławki.

Położyłem dłoń na klamce drzwi do wyjścia awaryjnego i sprawdziłem godzinę na telefonie. Nigdy nie wysyłamy esemesów – nie zostawiamy po sobie żadnych śladów. Dub wybiera film i daje nam czas na wykonanie roboty. Jeśli ktoś jej nie wykona, wylatuje. A nikt nie chce wylecieć z Pięćdziesiątek Siódemek. A przynajmniej nikt z naszej okolicy. Ludzie, którzy wylatują, umierają młodo i w biedzie. Dobrze jest wiedzieć, że będąc w gangu, ma się braci za plecami.

Odliczam sekundy – sześć, pięć, cztery…

Powoli naciskam klamkę i otwieram drzwi tylko na tyle, żeby Dub mógł wcisnąć palce w szczelinę i prześliznąć się do środka. Dziś jesteśmy we dwóch. Nie rozmawiamy ze sobą. Dub kładzie mi dłoń na głowie, wciskając mi czapkę aż do samych brwi. Uśmiecham się lekko, poprawiając czapkę, i spoglądam mu w oczy. W ten sposób Dub przekazuje mi, że wykonałem dobrą robotę.

Nazywam się Tristan Lopez, ale Dub nazywa mnie „Beksą”. Uważa, że to zabawne, bo ja nigdy nie płaczę. Co zresztą jest prawdą. Gdy zaczął tak na mnie mówić w zeszłym roku, trochę się wystraszyłem, że inni będą się ze mnie nabijać, ale Paul powiedział, że nikt by się nie odważył, bo to Dub nadał mi tę ksywę. Miał rację.

Podążam za nim w kierunku kina, ot, dzieciak idący na film ze starszym bratem. Taki właśnie obrazek staramy się sobą prezentować – uśmiechy, kontakt wzrokowy z mijanymi ludźmi, jakbyśmy tak jak oni zapłacili za wejście. Obaj mamy luźne dżinsy, ale podczas gdy jego ramiona pokrywają wytatuowane cyfry i litery, moje są zakryte rękawami starej flanelowej koszuli ojca. Jej mankiety zwisają mi poniżej knykci, zakrywając palce. Z kieszonki na piersi zieje dziura wypalona papierosem, jak ślad po kuli.

Zatrzymujemy się na chwilę z tyłu kina, za siedzeniami, by Dub mógł zlokalizować właściwy rząd. Wypatruje mniej zatłoczonych miejsc, aby uniknąć niepożądanych spojrzeń, gdy będzie pracować, jednak na tyle wystawionych na wzrok publiki, że jeśli ktokolwiek coś zobaczy, to i tak nie uwierzy w to, co widział.

Handel narkotykami nie może się odbywać tak otwarcie. Nie w Brookfield.

Pieniądze wpływają, plastikowe torebki wypływają. Ludzie dostają to, za co zapłacili, a jeśli nie płacą wystarczająco, inni ziomkowie z ekipy znajdą sposób, żeby zapłacili inaczej.

Dużo się uczę, obserwując Duba.

Ekran rozświetlają błyski z luf, leci trailer kolejnego filmu z Jasonem Foremanem.

– Tylko spójrz, jak ten debil trzyma spluwę, jakby wiedział, jak się nią posłużyć – szepcze Dub, pochylając się w moją stronę.

W jego oddechu czuć alkohol. Zapach jest lekki, jakby wczorajszy. Śmieję się i patrzę, jak na ekranie dwa samochody pędzą uliczką. Z jednego przez okno wychyla się koleś i strzela w opony drugiego pojazdu. Następnie pojawia się scena, gdzie Jason Foreman – który gra tu jakiegoś mafijnego bossa-twardziela w Nowym Jorku albo Bostonie – darowuje życie jakiemuś detektywowi, wijącemu się przed nim na ziemi. Kopie gościa i puszcza go wolno, po czym celuje ze spluwy w jego stopy, gdy tamten ucieka do swojego auta.

Prawdziwy facet nie pozwoliłby mu odejść. Nie celowałby też w ziemię. Pokazałby typowi, kto jest szefem, i zmusił go, by popatrzył w mroczny wylot gnata na tyle długo, żeby gość zaczął sobie wyobrażać smużkę dymu, która uniesie się z lufy za jednym małym pociągnięciem spustu.

Dub trąca mnie łokciem, a ja obracam się ku niemu. Unosi powoli ramię, a jego usta rozciągają się w prostą linię. Palcem celuje w milionera na ekranie i mruży jedno oko. Gdyby miał teraz w dłoni spluwę, Jason Foreman już by nie żył. Głupi bufon. Nigdy nie będzie takim gangsterem jak Dub Lewis.

Rozdział 1

Siedem lat później

Śmieszek już od dwudziestu minut rzuca w drzwi naszego garażu swoją głupią piłką do squasha. Jest wkurzony, bo nie pozwalam mu tutaj palić, ale mama i tak niewiele od nas wymaga, a poza tym ten syf mu szkodzi.

Powtarzający się odgłos uderzeń piłki wprawił nas jakby w trans. Co najmniej trzy samochody przejechały obok mojego domu, a ja nie mam nawet pojęcia, jakiego były koloru. Niedostrzeganie detali jest bardzo niebezpieczne. Wyrywam się z otumanienia i łapię piłkę w locie, zanim wgniecie kolejny raz moje już i tak sfatygowane drzwi od garażu.

– Daj spokój, stary, ten szajs już i tak jest popsuty, nawet się nie zamyka do końca. – Paul przewraca oczami i wydaje językiem odgłos wylatującego korka od szampana.

– Ten odgłos jest dobijający – odpowiadam z pokerową miną i wyrzucam piłkę za ogrodzenie sąsiadów. Paul wykrzywia twarz.

– Jesteś dupkiem.

Nic na to nie odpowiadam. Tyłek mi zdrętwiał od siedzenia na metalowym krześle. Dub powiedział nam, żebyśmy na niego poczekali od frontu, ale miał się zjawić już prawie godzinę temu. Zaczynam myśleć, że nie przyjedzie.

– Weź, napisz do niego – rzucam, pochylając się do przodu i opierając łokcie o kolana. Śmieszek wyciąga telefon i zaczyna nerwowo stukać w ekran.

Niedługo skończy osiemnaście lat, co oznacza łomot[1] i oficjalne przyjęcie do gangu. Nie musi się to odbyć konkretnie w dniu jego urodzin – wystarczy jakoś w ich pobliżu. Kiedy zjawił się u mnie, widziałem po jego minie, że myślał, iż to może być dziś. Jednak Dub nie zjawiłby się tutaj z załogą. Mama jest zbyt spostrzegawcza i nie ufa mu.

Zresztą nie powinna. Narkotyki, przez które skończyła na odwyku, kiedy miałem jedenaście lat, pochodziły od jego ekipy. Była od nich uzależniona przez większość mojego życia, całe lata zajęło jej wyrwanie się z nałogu. Kiedy ojciec zmarł w więzieniu, odnalazła Boga. Mieszkałem z wujkiem Alonzem, dopóki nie wróciła z odwyku. Jest czysta już od sześciu lat. Codziennie chodzi do kościoła. Nawet tam pracuje. Wiem, że jakaś część jej chce mnie uratować, ale nie jest w stanie. Wpadłem w to życie po uszy jako dzieciak, zauroczony legendą kryminalistów, którzy mnie otaczali, i ich historiami o moim ojcu. Jedynym sposobem, w jaki mogę ją chronić przed tą stroną mojego życia, jest utrzymywanie luźnej granicy pomiędzy domem a resztą świata – czasem wydaje się to niemal niemożliwe.

Do osiemnastki zostało mi pięć miesięcy, jednak dla mnie łomot jest czystą formalnością. Oddałbym wszystko, żeby zamienić się miejscami ze Śmieszkiem. Nie dlatego że mi się spieszy na spotkanie z losem, tylko dlatego że on ma jeszcze wybór. Może niewielki, ale to i tak więcej, niż ja kiedykolwiek będę miał. Jeśli zaparagnie odejść, będzie musiał przejść przez piekło i do końca życia pozostanie naznaczony. Moim jedynym wyjściem jest śmierć. Jednak są gorsze sposoby na życie niż mój, więc mówi się trudno i żyje się dalej.

Słyszymy samochód Duba, zanim wyłoni się zza rogu. Dostrzegam ulgę na twarzy Śmieszka, że nie musiał wysłać esemesa. Wszystkie jego tiki nerwowe są widoczne, dopóki nie orientuje się, że w aucie jest tylko dwóch ziomków. Na ten widok się wyluzowuje. W przypadku łomotu musi być obecnych minimum siedmiu członków gangu. Takie są zasady i koniec. Widocznie w dawnych czasach wymyślono je, żeby udowadniać, czy ktoś jest twardy. Nikt ich nie kwestionuje. A gdyby komuś się zachciało, to dostałby manto.

Okno od strony pasażera w camaro Duba otwiera się, gdy samochód zwalnia. Dub wychyla się nad centralną konsolą, nad kolesiem, którego nie kojarzę. To musi być ktoś ważny, skoro wozi się z Dubem. Ma pełno dziar, niektóre wytatuowane jedne na drugich, jakby historie z jego życia walczyły na nim o pierwszeństwo. Gość jest naćpany, to widać od razu. Znam historie takich typów, są tragiczne i nudne.

– Co tam, cipeczki? – Gość siedzący obok niego parska śmiechem i dymem z marychy. Wciągam ten zapach. Sam nie palę, ale ten aromat zawsze mnie jakoś uspokaja. Pewnie czułem go, już kiedy leżałem w kołysce.

– Czekamy na twoje łaskawe przybycie, ziom, tyle w temacie – odpowiadam buńczucznym tonem. Śmieszek nie cierpi, kiedy tak się zwracam do Duba, i znów się spina.

Górna warga Duba wygina się w grymasie. Oczy ma ukryte za ciemnymi okularami. Zza ich oprawek wyziera kawałek krzyża, który ma wytatuowany pod okiem. Jest ode mnie starszy o dziewiętnaście lat, ale nadal udaje, że jest w moim wieku. Jakbyśmy się zamienili osobowościami. On wciąż nosi takie same luźne ciuchy, jakie wkładał, kiedy mnie nieoficjalnie adoptował, gdy mój tato trafił do więzienia. Ma obsesję na punkcie czapek, zawsze z płaskim daszkiem i noszonych na bakier. Dziś założył białą ze złotymi literami DL – jego inicjałami – wyszytymi po prawej stronie. Na jej froncie jest wyhaftowany diament, który sam zaprojektował. Dub twierdzi, że to symbol bogactwa, co jest zabawne, bo sam jest zawsze spłukany i potrzebuje kasy na wczoraj.

– Jak tam szkoła, kujonku? – Drażni się ze mną, rzucając mi torebkę zioła.

Łapię ją niezręcznie i szybko chowam do przedniej kieszeni bluzy.

– Jak zawsze. – Wzruszam ramionami.

Choć tak naprawdę – wcale nie. Gdzieś po drodze w ciągu dnia zachowywałem się za dobrze i zostałem zauważony. O dziesiątej siedziałem już w biurze mojego doradcy – nie miałem pojęcia, że w ogóle mam doradcę. Sheryl Beaumont jest na pewno jedną z tych nauczycielek, które widywałem w filmach, przyjmujących posady w gównianych szkołach jak moja, żeby wyciągać dzieciaki z dna i motywować, by coś ze sobą zrobiły. Jest ładną, białą, blondwłosą kobietą pracującą w placówce, do której uczęszczają uczniowie o każdym kolorze skóry, wszyscy biedni. Szkoła słynie z najbrutalniejszych bójek w całym mieście.

Wezwała mnie do siebie, żeby pogadać ze mną o koledżu. Podobno się nadaję. Nie mam pojęcia, jakim cudem ktoś jej jeszcze nie podwędził samochodu.

– Myślisz, że dasz radę opchnąć ten szajs do piątku? – Dub musi naprawdę potrzebować hajsu. Nie wyznacza mi nigdy konkretnych terminów, chyba że sam czegoś potrzebuje.

– Sam nie wiem, może – odpowiadam, odwracając wzrok.

Śmieszek wpatruje się we mnie. Gdyby to jego Dub zapytał, odpowiedziałby natychmiast „tak”, niezależnie od sytuacji. Skłamałby. Nie możemy już dilować w szkole, wszędzie są kamery, zostały zainstalowane po tym, jak ktoś wystrzelił na korytarzu z broni palnej. Zabrali nam też szafki, więc musimy targać swoje rzeczy ze sobą. Regularnie trzepią nam też plecaki. Sprzedajemy na boiskach, ale poważni kupcy nie pojawiają się aż do piątku i soboty. Łatwiej się ukryć w tłumie.

– Potrzebuję połowy do piątku. Dasz radę? – Dub musi być zdesperowany.

– Jasne, ogarniemy to – odzywa się Śmieszek, nie dając mi szansy na udzielenie realnej odpowiedzi. Nie cierpię, gdy odzywa się niepytany, a on doskonale o tym wie. Odsuwa się ode mnie na bezpieczną odległość.

– Super. Do zobaczenia po godzinach. – Dub kiwa głową, jakby sprawa była załatwiona, i odjeżdża.

Sekundę po tym, jak znika za rogiem, sprzedaję Paulowi liścia w potylicę.

– Co? Muszę udowodnić swoją wartość, ziom. Nie chcę tego robić w jakiś inny sposób. – Pociera tył głowy i znów odsuwa się ode mnie. Kręcę głową i spluwam na ziemię.

– Kurwa – mamroczę pod nosem i ruszam w kierunku domu.

Paul myśli, że jeśli zarobi dla Duba parę tysi na trawie w cztery dni, to nie będzie musiał robić innych rzeczy, które robią świeżaki, żeby udowodnić lojalność, takich jak dźganie rywali lub kapusiów nożami i zostawianie ich na ulicy, by musieli walczyć o życie. Nie mówiłem mu nigdy, ile razy siedziałem na tylnym siedzeniu wozu Duba, gdy ktoś inny zdawał egzamin. I wiem, że Śmieszek nie da rady udźwignąć rzeczywistości, w której nic nie idzie zgodnie z planem. On lubi fantazjować o byciu gangsterem. Jednak gdy tylko będzie musiał pomóc pogrzebać jakiegoś ziomka, który się wykrwawił, zanim ekipa zdążyła go podrzucić na jakąś konkretną ulicę, otworzą mu się oczy. A ja nie mogę go ostrzec. Sam musi zobaczyć, jak wygląda ten świat, ale wtedy będzie już za późno.

Ja jestem wyjątkiem, mój ojciec i jego najlepszy kumpel założyli ten gang. Dorastałem z oczami szeroko otwartymi. Czasem różnica pomiędzy darem a przekleństwem nie jest zbyt wielka.

– Daj spokój, po prostu będziemy co wieczór chodzić na boisko. Po lunchu też możemy się urywać. – Paul brzmi jak dziecko namawiające rodzica na pójście do cyrku. Nie ma bladego pojęcia, czym są zobowiązania i konsekwencje.

– Jasne, wtedy szkoła nas zgłosi i Larry będzie nam wpadał na chatę – odpowiadam automatycznie.

Larry jest szkolnym wychowawcą. Z powodu problemów w naszej budzie ma szeroki wachlarz uprawnień i możliwości.

– Co ty, to tylko ten raz. Nie urwaliśmy się od dwóch miesięcy. – Śmieszek nie daje za wygraną, idąc za mną do mojego pokoju na tyłach domu.

Nie odpowiadam mu od razu. Wiem, że przez to robi się nerwowy. I dobrze. Powinien był się zastanowić, zanim otworzył durną gębę. Może nie obiecałby czegoś, na co ja teraz będę musiał harować jak wół.

Chwytam swój plecak-worek i wpycham do niego piłkę do kosza, potykając się o burdel na podłodze w poszukiwaniu swoich jordanów[2]. Skoro mamy skołować dwa tysie dla Duba do piątku, musimy się streszczać. Będziemy siedzieć na boisku, aż pogasną światła.

W końcu udaje mi się znaleźć buty pod wczorajszymi ciuchami. Ściągam z nóg vansy[3] i spoglądam w podekscytowane oblicze kumpla.

Dobrze, Śmieszku, tatuś zabierze cię do cyrku, ale nie na twoich warunkach.

– Nie będę urywać się z lekcji – rzucam, a jego uśmiech nieco przygasa. – Inaczej ci nie pomogę, a wiesz, że to ty masz przerąbane, jakby co. To ty mu obiecałeś, nie ja, i to ty odpowiadasz teraz przed nim.

Śmieszek kiwa głową z otwartymi ustami. Widzę, że chce mnie błagać, żebyśmy jeszcze ten jeden raz urwali się ze szkoły, ale wie też, kiedy nie powinien przeginać. Zdaje sobie również sprawę, że beze mnie nie da rady.

Wyciągam do niego dłoń zaciśniętą w pięść, żeby przybił żółwika. Jestem na niego wkurzony, ale i tak go kocham jak brata. Przybijamy, a ja wsuwam stopę w niezawiązany but do kosza.

– Spotkamy się na miejscu. – Kiwam mu głową, a on wycofuje się z mojego pokoju. Idzie do siebie, żeby się przebrać i dołączyć do mnie na boisku.

Czasem się zastanawiam, czy Paul nie chciałby się z tego wszystkiego wycofać. Czy nie żałuje, że mnie poznał w trzeciej klasie. Jednak Pięćdziesiątki Siódemki i tak pewnie by go zrekrutowały. Ma dwie pożądane cechy – mieszka tu, w Hrabstwie Miller, i ma na nazwisko Contreras. Nasz gang nie uznaje otwartej dyskryminacji – oprócz tego, że przyjmuje jedynie mężczyzn – jednak, jeśli ktoś jest Latynosem, w naszym gangu ma większe szanse na awans i bycie kimś w dzielnicy, głównie z szacunku dla mojego ojca, Dominica Lopeza, który został tu w dzieciństwie przysłany z Hondurasu, aby uniknąć kontaktu z tamtejszymi gangami. Tymczasem dorósł tu i założył własny gang. Prztyczek w nos moim dziadkom, którzy próbowali go przed tym uchronić.

Matka Duba była biała, urodziła się w Miller, tak jak moja. Jego ojciec pochodził ze wschodniej części Chicago. Mając zaledwie piętnaście lat, dowodził tam już jednym z najbardziej niesławnych czarnych gangów Hrabstwa Cook. Został zastrzelony podczas nieudanego napadu na bank, więc jego matka wróciła do Miller przekonana, że przedmieścia na środkowym zachodzie Stanów będą bezpieczniejsze. Miasto było w miarę spokojne, dopóki nie zamknięto fabryki i ceny nieruchomości nie poleciały na pysk. Nasz gang aż się prosił o założenie. Odpowiednie warunki ekonomiczne i dwóch wściekłych na wszystko nastolatków wystarczyło, żeby wprawić maszynę w ruch.

Handel narkotykami zaczął się dopiero po jakimś roku działania. Nigdy nie chodziło o bogactwo – celem była władza. Na takiej ulicy jak nasza, gdzie miasto nie zadaje sobie trudu, żeby łatać dziury w nawierzchni, władza liczy się najbardziej.

Nawet obecnie zarabiamy dla Duba wystarczająco dużo pieniędzy, by opłacić rachunki, utrzymać jego i nas na ulicach, a innych trzymać z dala od tego, co nasze. Próbuję o tym nie myśleć, bo kiedy zaczynam się zastanawiać, to uświadamiam sobie, jakie to wszystko jest pozbawione znaczenia. Gdzieś, za tymi wszystkimi niewidzialnymi ścianami, jest olbrzymi, szeroki świat, w którym ludzie wynajdują leki na śmiertelne choroby, podczas gdy inni grożą bombami mogącymi unicestwić całe kontynenty. My tymczasem bawimy się nożami i pakujemy kulki w samochody i ściany. I po co?

Piłka leży mi w dłoniach, jakbym się z nią urodził. Nasza szkolna drużyna totalnie ssie – nie żebym kiedykolwiek miał szansę podejść do testów do jakiegokolwiek sportu drużynowego. Czasem, gdy pozwalam sobie na głębszą refleksję, stwierdzam, że w zasadzie to już jestem w więzieniu. Jest tyle rzeczy, na które to życie mi nie pozwala. Ledwo powstrzymałem się od wybuchnięcia śmiechem, gdy szkolna doradczyni powiedziała mi, że mógłbym iść do koledżu.

Jasne.

Mój koledż jest tu, pod skrzydłami profesora Lewisa, z jego nożami i karabinami, i płytkimi grobami w lesie, w których gniją ciała jakimś cudem nadal nieodnalezione przez poszukujące ich organy władzy.

– Już wychodzisz? Dopiero co wszedłeś do domu. – Słowa mamy przeplatane są brzękami naczyń, które wyciąga z szafki w kuchni.

– Mamo, byłem w domu już od jakiegoś czasu. Paul wpadł, więc siedzieliśmy na zewnątrz. – Żałuję, że nie mam na czym skupić uwagi, by nie musieć patrzeć jej teraz w oczy, które widzą przeze mnie na wylot.

– Powinieneś był go zaprosić na kolację – odpowiada mama zachrypłym głosem. Na twarzy ma wypisane zmartwienie.

– Zje coś u siebie. Mamo, muszę lecieć, spotykamy się za pięć minut na boisku. – Chwytam jabłko z misy owoców stojącej na kontuarze. Matka łapie mnie za nadgarstek.

– Co?

Nienawidzę swojego tonu głosu, brzmię jak humorzasty nastolatek przyłapany na kłamstwie. Czyli dokładnie tak, jak powinienem w tej chwili. To wszystko to jeden wielki teatrzyk – mama dokładnie wie, po co chodzę wieczorami na boisko, a ja wiem, dlaczego ona chce, bym zapraszał Paula do siebie. Nigdy nie przestanie próbować nas ocalić.

Dziś jest wieczór studiów biblijnych. W przeciągu godziny nasz gówniany salon – pełen żółci bijącej od niedopasowanych lamp i jasnopomarańczowego dywanu – zapełni się mamami z sąsiedztwa, pełnymi nadziei, że uda im się uprosić Boga o wybaczenie grzechów ich mężów i synów. Nie nabijam się z ich wiary. Zazdroszczę im dobra, które w tej wierze żyje. Na pewno uratowała ona życie mojej mamie. Po prostu nie mogę na to patrzeć. To jak polewanie szatana święconą wodą.

– Poczekaj, zrobię ci chociaż kanapkę – mówi mama, zabierając rękę. Widzę w jej oczach wszystko, czego nie powiedziała, i czuję znajome poczucie winy. Zawodzę ją za każdym razem, gdy wychodzę z domu.

– Nie trzeba, mamo. A poza tym ja uwielbiam jabłka. – Wbijam zęby w owoc, a sok tryska mi na brodę. Wycieram go przedramieniem i daję mamie całusa w policzek. Czuję, jak się trzęsie. Nigdy nie jestem pewien, czy tylko sobie to wyobrażam, czy tak jest naprawdę. Może to po prostu manifestacja moich i jej nerwów.

Chwytam piłkę pod pachę, zawieszam słuchawki wokół szyi i wsadzam klucze od domu do prawej kieszeni, razem z portfelem i komórką. Frontowe drzwi zamykają się za mną z hukiem. Domykam zabezpieczającą je kratę, aż słyszę cichy „klik”.

Wpycham do ust niemal połowę jabłka i odgryzam potężny kawałek, skręcając za róg domu. Kucam za klimatyzatorem. Cholerstwo trzęsie się tak, że połowa śrub na panelach jest niemal całkowicie poodkręcana. Powinienem znaleźć nową skrytkę na spluwę, zanim mama wezwie kogoś do naprawy. Robię w głowie notatkę, żeby dziś schować broń w innym miejscu. Jednak na razie zatykam ją na plecach za gumkę od szortów.

Cztery kolejne kęsy i z jabłka zostaje ogryzek, który wyrzucam do otwartego śmietnika na końcu ulicy. Wkładam słuchawki do uszu. Odruchowo zaczynam kozłować, nie zwalniając kroku, w rytm muzyki. Słowa rapowych kawałków idealnie oddają moje własne lęki.

Puste ulice zawsze powodują, że się denerwuję, a dziś jest cicho i nikogo nie ma. Mijam rzędy zamkniętych garaży, świat wygląda jak po apokalipsie dokonanej przez zombie. Słońce zachodzi, my, ludzie, zamykamy się w domach!

Mój cień na ulicy jest wydłużony. Czasem zastanawiam się, czy nie próbuje ode mnie uciec. Jestem zagubiony w rytmie własnych kroków i uderzeniach piłki o chodnik. Nie dostrzegam jej. To zapewne ją przede mną ratuje. Muszę się ogarnąć, nie mogę nie widzieć, jak ktoś nadchodzi. To niebezpieczne.

Otwieram usta ze zdziwienia, czując jednocześnie, jak w żołądku płonie mi wściekłość, wrodzona i wzmocniona przez wychowanie. Na jej szczęście najpierw obejmuję wzrokiem jej ciało, aż do wysokości piersi, gdzie obecnie znajduje się w jej dłoniach moja piłka. Z jednego ramienia zwisa jej znoszona koszulka, a drugie zakrywają ciemne, gęste włosy. Jej usta ruszają się, coś mówi. W jej oczach – o kurwa, te niebieskie oczy… – widzę, że oczekuje, aż coś odpowiem.

„Musisz wystrzelać kapusiów albo będziesz następny, matkojeb…” – wyciągam z uszu słuchawki i nie słyszę reszty słów, niepasujących zupełnie do twarzy, którą mam przed oczami.

Gapię się na nią jak debil.

– Potrzebuję. Twojej. Pomocy. – Domyślam się, że próbowała do mnie mówić już kilka razy, podczas gdy byłem w transie i miałem słuchawki w uszach. Jednak to, jak się ze mnie teraz nabija, mówiąc powoli jak do przygłupa… No cóż, ma jaja. I jest urocza.

Spoglądam na piłkę, a potem znów na jej twarz.

– Emm… Mogę ją odzyskać? – Nie unoszę rąk, chcę, by sama mi ją wręczyła. Może jakaś część mnie jest trochę wnerwiona sposobem, w jaki poprosiła o pomoc.

Dziewczyna bawi się piłką, przetaczając ją z ręki do ręki i wypychając policzek językiem. W końcu przyciska mi piłkę do piersi i trzyma, póki jej nie chwycę. Nie wiem, kim jest ta laska, ale jeśli nadal będzie tak traktować ludzi w tej okolicy, napyta sobie biedy.

– Pomoc? Teraz? – Unosi brew i odsuwa się o krok lub dwa.

Nadal się na nią gapię, nieco rozbawiony. Teraz, gdy odsunęła się trochę, mogę ocenić jej kształty. Czarne dżinsy opinają długie, zgrabne nogi, a szara koszulka odsłania opaloną skórę i srebrny kolczyk w pępku.

– Podobają mi się twoje buty – rzuca, wskazując ruchem głowy na moje niezawiązane jordany, po czym odwraca się, pewna, że za nią pójdę.

Nie odpowiadam „dzięki”, ale w myślach jestem jej wdzięczny za komplement. Podążam za nią w kierunku starego pikapa zawalonego pudłami. Połowę landary pomalowano zielonym gruntem, a druga jest szara. Albo jest w trakcie malowania, albo to po prostu szmelc kupiony za niewielkie pieniądze. Mama ma podobny wóz – dziewiętnastoletni ford, którego miałem odpicować z wujkiem. Do tej pory tylko raz zmieniliśmy w nim olej.

– Obiecałam ojcu, że rozpakuję większość z tego, zanim wróci do domu, ale ta ławka zagradza mi drogę, a jest cięższa, niż myślałam. – Wchodzi z cichym stęknięciem na pakę. Jest nieźle rozciągnięta. Wkładam piłkę pomiędzy dwa pudła stojące na ziemi i biorę krótki rozbieg, by wskoczyć na pakę obok niej. Uśmiecha się kpiąco, po czym skupia uwagę na zestawie ciężarów i ławce do ćwiczeń, umieszczonych pod prawą burtą.

– Dam radę się tu wcisnąć, tylko pomóż mi wyjąć ten kawałek. – Czekam, aż dostanie się na tył paki i chwyci jedną z nóżek ławki. – Jest dużo cięższa, niż mogłoby się wydawać, więc nie musisz…

Zeskakuję z paki, zanim kończy zdanie, i unoszę bliższy koniec ławki na wysokość piersi. Miała rację – faktycznie jest dużo cięższa, niż myślałem, ale w życiu tego nie przyznam.

Wzrusza ramionami, może jej nieco zaimponowałem. Cofam się, biorąc na siebie większość ciężaru, aż kończy jej się paka pod nogami. Opiera swój koniec ławeczki o pakę i zeskakuje, po czym oboje stawiamy ławeczkę na ziemi kawałek dalej.

Dziewczyna jest nieco zdyszana, za to moje przedramiona pieką żywym ogniem. Oboje łapiemy oddech. Pikap nadal jest zawalony ciężkimi gratami. To daje mi pretekst, żeby z nią zostać. Wyjmuję komórkę, żeby sprawdzić godzinę. Wkurza mnie, że muszę gdzieś być. Że mam ograniczony czas z winy kumpla, chcącego zaimponować typowi, którego gówno obchodzi.

Dub najpóźniej do wtorku zapomni o fakcie, że szybko skołowaliśmy mu forsę. Albo i szybciej, jak będzie nas potrzebował do czegoś innego.

– Wprowadzasz się? – Mrużę lekko oczy i przechylam głowę, żeby móc na nią spojrzeć pod słońce. Dziewczyna wydyma usta, a ja śmieję się cicho.

– No tak, oczywiście – rzucam, kręcąc głową.

Wspina się z powrotem na ciężarówkę i unosi dwa talerze do sztangi, po jednym w dłoni. Każdy z nich waży dziesięć kilo. Nie mogę jej zostawić samej z tym wszystkim, więc biorę je od niej i ruszam w kierunku zaplamionego olejem podjazdu.

– Pewnie mają być w garażu? – pytam.

– Tak, połóż je gdziekolwiek – odpowiada, opierając kolejne dwa talerze przy brzegu paki. Przenosimy w ten sposób ponad dwanaście odważników, a potem zabieramy się za pudła. Pracujemy, dopóki wszystkie nie stoją w garażu. Dziewczyna zamyka klapę paki pikapa i staje przede mną z moją piłką opartą na biodrze.

– Fiuuu! – Wyciera pot z czoła i znów spogląda mi w oczy.

Widzę, że kąciki jej ust unoszą się, ale jestem tak skupiony na jej oczach, że nie rejestruję za bardzo, jak wygląda jej uśmiech. Znów się śmieję, tym razem z nerwów, bo wpatrujemy się w siebie bez słowa nieco za długo.

– Lubisz grać? – Pierwsza przerywa kontakt wzrokowy, nerwowo bawiąc się piłką. Nadal nie wiem nawet, jak ma na imię ani skąd jest. Wiem tylko, że przybyła do piekła, do którego nie przynależy.

– Tak, ale tylko na lokalnym boisku dwie przecznice dalej, tuż przy placu zabaw. Nie gram w żadnej drużynie ani nic takiego. – Wzruszam ramionami i wędruję wzrokiem od jej dłoni do twarzy a ona w tym samym czasie znów patrzy na mnie. Piłka zamiera jej w dłoniach.

– Znaczy, że jesteś tylko amatorem? – Zaczyna obracać piłkę na dłoni, znów patrząc na swoje ręce. Po jej ustach błądzi złośliwy uśmieszek, myślę, że wie, że nazwanie mnie amatorem ubodzie moje męskie ego. Nie myli się. Przestępuję z nogi na nogę i wydymam pierś, by wyglądać na większego, niż jestem w rzeczywistości.

– Chyba tak… Znaczy wszyscy jesteśmy. W sensie ja i moim kumple. Ale jesteśmy dobrzy, nie jak amatorzy. – Chociaż się jąkam, to i tak wydymam klatę jak jakiś pierdolony paw, jakbym miał coś do udowodnienia. Jednak im dłużej dziewczyna bawi się piłką z ustami zaciśniętymi w kreskę, żeby ukryć uśmiech, tym bardziej czuję się jak idiota.

– OK, kumam – mówi w końcu, a ja spuszczam nieco powietrza.

Nadal patrzy na swoje dłonie i piłkę, po czym znów ją obraca, tym razem na czubku środkowego palca, podrzuca ją i pozwala jej spaść na ziemię. Piłka odbija się dwa razy, a ona popycha ją do mnie. Sama też na pewno grywa.

– Tristan – rzucam, kiwając głową dla formalności.

Kilka sekund – boleśnie długich – zajmuje jej, zanim odpowiada, a mnie znów nachodzi to dziwne uczucie. Wytrzymuję jednak jej wzrok.

– Riley – odpowiada. – Nowa dziewczyna na dzielni.

Porusza przy tym głową w zabawny sposób, a ja wreszcie mam okazję ujrzeć w pełni jej uśmiech. Usta ma pomalowane błyszczykiem i żuje gumę, z której bezwiednie puszcza balona. Kiedy znów spogląda mi w oczy, rumieni się lekko. Zanim ja także zdążę się zarumienić, nagle czuję w kieszeni wibracje telefonu. Unoszę palec i odbieram połączenie od Śmieszka, porzucając tu, na tym podjeździe, wszelkie fantazje na temat choćby zakumplowania się z taką dziewczyną jak ona.

– Ta, wiem. Już idę – rzucam w słuchawkę, rozłączając się, zanim Paul dojdzie do słowa.

Gdy znów na nią patrzę, w żołądku czuję dziwne sensacje, jak na kolejce górskiej w wesołym miasteczku. Czasami chciałbym po prostu…

– Muszę już lecieć. – Wzruszam jednym ramieniem. Zaczynam iść tyłem, trudno mi się odwrócić i odejść bez… sam nie wiem, czegoś.

– Do zobaczenia zatem. – Ułatwia mi zadanie.

Kiwam głową i czuję, jak żal ściska mi gardło. Odwracam się i zaczynam znów kozłować, idąc przed siebie.

– Hej, Tristan!

Zaciskam wargi i krzywię się, żałując, że nie mogę po prostu cieszyć się dźwiękiem swojego imienia w jej ustach. Nie zatrzymuję się, ale odwracam się do niej, idąc znów tyłem. Powinienem był udać, że jej nie słyszę.

– Grywacie co wieczór?

Nie przystaję. Jestem od niej na tyle daleko, że chyba nie widzi wyrazu wahania na mojej twarzy, ale nie potrafię na to nic poradzić. Chce przyjść popatrzeć, jednak boisko nie jest dla niej odpowiednim miejscem. Ani dla nikogo innego, oprócz mnie i regularnych graczy oraz ziomków, którzy wpadają tam w interesach. Powinienem teraz powiedzieć coś, co ją zniechęci.

Zamiast tego nie odpowiadam nic. Wzruszam ramionami i kiwam głową, jakimś cudem przekonując sam siebie, że skoro nic nie powiedziałem, to nie spierdoliłem właśnie soczyście sprawy. A jednak. Zaprosiłem ofiarę do jaskini lwa. I to z uśmiechem na twarzy.

[1] W wielu gangach w USA inicjacja polega na biciu i kopaniu przez kolegów z gangu przez konkretną ilość czasu, bez możliwości bronienia się (przyp. tłum.).

[2] Buty do koszykówki marki Nike, sygnowane nazwiskiem koszykarza Michaela Jordana (przyp. tłum.).

[3] Trampki znanej także w Polsce firmy (przyp. tłum.).

Rozdział 2

Jedyne krzesło, które mogę wynieść na zewnątrz, to biurowy fotel na kółkach należący do mojego taty.

Wynoszę je przez tylne drzwi i wpycham kółka głęboko w ziemię, żeby móc stanąć na nim i spojrzeć ponad ceglanym ogrodzeniem.

– I ty śmiesz twierdzić, że to ja zawsze mam głupie pomysły.

Śmieję się sama do siebie i macham dłonią za plecami do ojca.

– Dopiero wróciłam ze szkoły. Cały czas umierałam z ciekawości, jakiego psa mają sąsiedzi – odpowiadam, stając na palcach, żeby dojrzeć bestię szczekającą tuż pod ogrodzeniem. Pies ujadał niemal non stop od momentu, gdy podjechaliśmy po raz pierwszy pod dom cztery dni temu. – Chodź, podsadź mnie. – Odbijam się od krzesła, zanim ojciec zdąży wybić mi to z głowy, i zawieszam się na łokciach na krawędzi ogrodzenia.

– I kto tu jest uparty? – odpowiada ojciec i splata dłonie pod moją prawą stopą, żeby mnie podsadzić.

– Dzięki – stękam, wysuwając się za krawędź płotu. Moim oczom ukazuje się ufajdany błotem pudel.

– Hm – komentuję.

– Cujo?[4] – pyta ojciec.

Odwracam głowę i przez ramię daję mu znak, że może mnie opuścić.

– Niespecjalnie. To pudel, który koniecznie musi odwiedzić psie spa – odpowiadam, unosząc brwi.

– Serio? – Ojciec ma zaskoczoną minę. Wyciąga nóżki krzesła z piachu i potrząsa nim, by pozbyć się ziemi z kółek. Przetacza je po kamienno-betonowym patio i przez próg, z powrotem do swojego biurka.

Biorę papierowy ręcznik i sprzątam bałagan, którego narobiłam pod zlewem. Ojciec w tym czasie wyciąga czystą koszulę z kosza na pranie.

– Nie musisz tego wszystkiego składać za każdym razem – komentuje, wskazując wzrokiem na kosz.

Ojciec zawsze lubił żyć jak kawaler. To mama była dorosłym w naszym domu – poskładane pranie, rachunki zapłacone na czas, naczynia myte zaraz po posiłku i łóżko pościelone po nocy. Gdy jej zabrakło, ja przejęłam tę rolę, bo mi tego brakowało. Ojciec jednak nie cierpi tego, tak samo jak nie cierpi jej, od kiedy odeszła od nas dwa lata temu.

– Jak poszło wczoraj? – pytam, biorąc z kuchennej szafki pudełko płatków i siadając na krześle, które dopiero co odkurzyłam. Kręcę się, dopóki nie przyjmuję pozycji zbliżonej do kształtu precla.

– Praca jak praca, podobna do poprzedniej. – Ojciec pochyla się ku mnie, bym mu ułożyła kołnierzyk koszuli. Wyciąga przy tym garść płatków z pudełka, a ja poprawiam mu przy okazji plakietkę z nazwiskiem na piersi, która głosi „MICHAEL ROJAS”.

– A jak w szkole? – sepleni ustami pełnymi suchych płatków.

Wzruszam ramionami.

– Większość dnia spędziłam w sekretariacie, a potem u doradcy szkolnego. Proponowali mi dojeżdżanie autobusem na niektóre z zajęć, ale nie mogłabym wtedy grać, nie wyrabiałabym się z czasem.

Ojciec patrzy na mnie z milczącą dezaprobatą. Nie komentuje, ale wiem, że nie podoba mu się, że przedkładam koszykówkę nad oceny. Odwracam szybko jego uwagę, zanim zacznie robić mi wykłady.

– Czy wziąłeś z lodówki jedzenie, które ci zapakowałam?

W jego oczach pojawia się błysk, a jego cieniutki wąsik unosi się w uśmiechu. To chyba jedyny obowiązek, jaki przejęłam po matce, który on lubi – gotowanie. Kiedy nie mogę zasnąć do późna w nocy, eksperymentuję w kuchni. Nic wymyślnego i zawsze budżetowo, ale posiłki, które przyrządzam, są sute i pożywne i zawsze staram się używać jego ulubionych składników. Zeszłej nocy zrobiłam klopsiki.

– O mój dobry Boże, Riles. – Słowa ojca są zniekształcone, gdyż żuje właśnie kęs klopsika, który odgryzł na zimno. Wymachuje widelcem nad pojemnikiem Tupperware i przełyka. – To najlepsze, co dotychczas zrobiłaś. Możesz to robić codziennie!

– Mówisz tak o wszystkim, co ugotuję. – Śmiejemy się oboje. Ojciec zamyka pokrywkę pudełka i wrzuca brudny widelec do zlewu. Zerka na zegar na ścianie i całuje mnie w czubek głowy.

– Spróbuję nie narobić hałasu, kiedy będę wracał – mówi, puszczając do mnie oko.

Kiwam głową, a on wypada przez drzwi. Mam nadzieję, że jednak będzie hałasował. Tata pracuje jako nocny stróż w głównym budynku szkolnym, a także jako dozorca w apartamentowcu po drugiej stronie miasta. Widujemy się niemal wyłącznie w niewielkim okienku czasowym, gdy ja wracam ze szkoły, a on budzi się po przespanym dniu. Czasem udaje mi się go złapać, gdy wraca do domu rano lub przy bardzo rzadkich okazjach, gdy ma wolne. Nie mówiłam mu nigdy o tym, ale niemal każdej nocy nastawiam budzik, żeby się z nim zobaczyć.

Dużo naszych rzeczy nadal jest w pudłach, w tym co najmniej połowa moich ciuchów. Nasz poprzedni dom był większy niż obecny i kiedy bank go nam odebrał, zachowaliśmy wszystkie nasze szpargały w nadziei, że kiedyś znów staniemy na nogi i odłożymy wszystko na miejsce.

Od tego czasu minęły dwa lata, w ciągu których cztery razy zmienialiśmy miejsce zamieszkania. Nadal mieliśmy znaczną część naszych rzeczy – pomijając kilka większych mebli, które sprzedaliśmy, aby odchudzić nasz dobytek. Chcieliśmy, by mieścił się w jednej ciężarówce do przeprowadzek i na pace pikapa.

Zajmuje mi chwilę, zanim trafiam na właściwy karton, w którym zamieszkują moje spodenki do kosza. Szperam w nim w poszukiwaniu mojej ulubionej czarnej pary, po czym przebieram się. Robiąc kilka szybkich kroków i zatrzymań, sprawdzam miejsce, w którym ojciec podkleił mi podeszwę buta. Klej trzyma bez zarzutu. Wkładam klucz od domu za osłonę komórki i idę do garażu po piłkę – sprzęt do ćwiczeń nadal nie jest całkowicie rozstawiony. Wychodzę i wciskam guzik zamykania bramy, pochylając głowę i robiąc krok nad wiązką czujnika.

Odgłos kozłowania rozbrzmiewa samotnie na naszym podjeździe. Zatrzymuję się na chwilę, rozglądając się po ulicy. Patrzę w stronę, z której nadszedł Tristan. Łudzę się, że może usłyszy odbijanie piłki i zadziała to jak w dzieciństwie, gdy ludzie zbiegali się na ten odgłos. W ten sposób szybko nawiązywało się znajomości i przyjaźnie. Jednak to przestało działać, od kiedy zostaliśmy eksmitowani. Chłopaki, których znałam, dorastali razem ze mną. Nie było konieczne pokonywanie granicy niezręczności i nieśmiałości. Nie jestem już dzieckiem i chłopcy patrzą na mnie inaczej, nie jak na kolejnego gracza. Nie chcą się ze mną zadawać i nie chcą mnie na swoim boisku.

Tristan chyba patrzył na mnie inaczej. Był… miły. Powiedział mi, gdzie można pograć. Mam nadzieję, że tam będzie. Zawsze jest łatwiej, gdy już się kogoś zna. To chyba działa zarówno w przypadku chłopców, jak i dziewcząt. Tyle że laskom jest trudniej zyskać akceptację. Nie widziałam w okolicy wielu dziewcząt w moim wieku. W sumie to nie widziałam zbyt wielu osób. Może wszyscy są na boisku?

Głęboko wciągam powietrze i włączam na komórce swoją playlistę. Pogłaśniam na maksa tak, by słyszeć muzykę z kieszeni. Przed przeprowadzką niechcący wyprałam swoje słuchawki, były nie do odratowania. Zresztą lubię słyszeć, co się dzieje naokoło mnie. Ojciec pozwala mi chodzić, gdzie zechcę, ufa mojemu rozsądkowi. Co oznacza, że muszę słyszeć ewentualne zagrożenia.

Ta okolica jest nieco bardziej niebezpieczna niż ostatnie miejsce, gdzie mieszkaliśmy. Widać to po graffiti. To nie są jakieś bzdury czy bluzgi napisane przez dzieciaki dla zabawy. Tu na ścianach widać inicjały i cyfry. To terytorium gangów. Ale w końcu ja też tu mieszkam, więc walić to.

Staję na pierwszym skrzyżowaniu i mrużę oczy, spoglądając w dół ulicy. Domy przechodzą w witryny sklepowe, a za nimi widać ogrodzenie. Idę kilka kroków w tym kierunku, żeby mieć lepszy widok. Siatka otacza pusty parking, więc kieruję się dalej swoją ulicą aż do kolejnego skrzyżowania. Domy kończą się tu na podobnej wysokości, jednak tym razem dostrzegam trawę i kosz do koszykówki za ogrodzeniem. Instynktownie przyspieszam kroku. Im bliżej jestem, tym mniej samotnie brzmi moje kozłowanie. Dobiegają mnie znajome odgłosy przekleństw. Uśmiecham się, gdy ktoś odcina się hejterom po rzucie, który brzmiał jak za trzy punkty. Nie widzę jeszcze linii na boisku, ale strzelec jest gdzieś daleko od kosza. Boisko jest coraz bliżej, po chwili dzieli mnie od niego jedynie dwupasmowa ulica.

Wyciągam telefon i wyłączam muzykę, zwalniając kroku, gdy napotykam wzrok Tristana. Unoszę dłoń na powitanie i uśmiecham się, ale on odwraca się do mnie tyłem i przybija piątkę z jakimś gościem, po czym ściąga koszulkę przez głowę.

W płocie dostrzegam niewielką dziurę. Przechodzę przez nią i siadam na trybunach. Odkładam telefon na ławkę i kładę piłkę tak, by się nie stoczyła, po czym stawiam stopy na ławce przed sobą i porządnie zawiązuję sznurowadła. Serce bije mi coraz szybciej. Wywołują to mieszane emocje – jestem tu nowa, Tristan nie przyznaje się do mnie, Tristan zdjął koszulkę, co było bardzo seksowne, niedaleko mnie siedzi grupa dziewczyn, które mierzą mnie wzrokiem jak „tę nową”.

– Hej – rzucam bez zająknienia, stawiając stopy na ziemi.

Trzy pary oczu wpatrują się we mnie oceniająco, a trzy pary zaciśniętych warg świadczą o niewypowiedzianych myślach.

– Kim, do chuja, jest ta laska? – Dobiega nieco zbyt głośno od strony trzeciej panny z rzędu. Zabolało, ale olać to.

– Riley. Dopiero się tu wprowadziłam – odzywam się, wspinając się po trybunach, by usiąść obok nich.

Widzę, że oczy im się nieco rozszerzają ze zdziwienia. Dlatego właśnie zmuszam się często, by wyjść ze strefy komfortu. Ludzie uwielbiają oceniać innych, niezależnie od tego, kim są. A kiedy ktoś odrzuca ich etykiety i przełamuje stereotypy, nieodmiennie są bardzo zszokowani. Dla mnie to świetna zabawa.

Wychylam się przez dwie siedzące najbliżej i wyciągam rękę do ostatniej z nich, która pewnie teraz żałuje, że się odezwała. Jest ubrana jak laski, które pracują w centrum handlowym. Jej włosy karmelowego koloru opadają na ramiona w idealnych, błyszczących spiralach. Spogląda na moją dłoń i parska śmiechem, po czym przygryza wnętrze policzka i kręci głową.

– Lauren – rzuca po chwili, mrużąc oczy i wydymając jasnoczerwone usta. Rozbawiłam ją. Nie pasuję do jej wyobrażeń.

– Chodzisz do ogólniaka? – skupiam się na Lauren, ale kątem oka widzę, że dwie pozostałe popatrują na siebie. Miały swoją szansę, ale to Lauren była pierwsza i to ona będzie teraz moją koleżanką.

– Czasem – odpowiada. Jej usta powoli rozciągają się w szerokim uśmiechu, który odwzajemniam.

– Rozumie się. Cóż, miło mi cię poznać, Lauren. Może kiedyś spotkamy się w szkole, jak akurat wpadniesz. Pokażesz mi jakieś skróty i opowiesz, kogo lepiej nie wkurzać, spóźniając się na lekcje.

Lauren śmieje się w głos, a moje serce pomału zwalnia do normalnego tempa.

– Dziewczyno, w naszej szkole nie ma skrótów, tylko kolejne bloki cel więziennych z tablicami. A co do wkurzania ludzi, w tej budzie wszyscy są wkurzeni, więc i tak masz przesrane. Nauczyciele są wkurzeni, że ich tam przydzielono, a uczniowie, że muszą tam być. Nawet ci mądrzejsi, którzy mają jakieś plany po zakończeniu ogólniaka, są wkurzeni, że nie ma innej szkoły w okolicy.

Lauren wzdycha. Jestem pewna, że to ostatnie zdanie było osobistym żalem. Lauren jest jedną z tych mądrzejszych i jest wkurzona. Już ją lubię.

Biorę piłkę spomiędzy ławek i zaczynam toczyć ją przed sobą koniuszkami palców, z jednej strony na drugą. Przypatruję się grze, która nie jest zbyt zorganizowana, ale na dobrym poziomie. Graczy jest pięciu na czterech, więc znajdzie się dla mnie miejsce. Muszę tylko poczekać na właściwy moment.

Tristan rzuca parę razy i co jakiś czas popatruje w moim kierunku. Za pierwszym i drugim razem kiwam mu głową i uśmiecham się, unosząc nawet dłoń. Jednak im dłużej udaje, że mnie nie zna, tym mniej reaguję na jego obecność. W końcu czuję, jakbym go nigdy nie poznała. Po jakiejś półgodzinie siedzenia na tyłku i przypatrywania się, jak chłopaki wymieniają słabe podania i pociski, zaczynam nawet go trochę nienawidzić. Nie nienawidzę oczywiście jego półnagiej, muskularnej sylwetki z nisko opuszczonymi szortami i wystającą zza nich gumką majtek. Ani jego ciemnych włosów wpadających mu do oczu. Wyglądają na miękkie i lekko pofalowane. Dołeczki w jego policzkach, widoczne, gdy się uśmiecha, też nie wzbudzają mojej nienawiści. Jednak ta jego część, która nie jest w stanie zdobyć się na powiedzenie choćby „cześć”… ta część zaczyna mnie wpieniać.

Kiedy zaczynam odbijać piłkę od metalowej podłogi trybun, Lauren i jej dwie koleżanki schodzą na dół, na boisko. Powoduje to przerwę w grze, co daje mi moją szansę. Wstaję i parę razy kozłuję między nogami, po czym staję z piłką opartą o biodro. Tristan stoi na przeciwnym końcu boiska i rozmawia z jakimś ogolonym na łyso typem, którego buty wyglądają na starsze i bardziej sfatygowane od moich.

Podczas gdy wszyscy piją, z butelek albo z poidełka, przysuwając usta blisko kraniku, ja kozłuję do linii rzutu za trzy, z której Tristan niedawno rzucał do kosza. Zatrzymuję się tam na dłuższą chwilę, kozłuję spokojnie i czekam, aż znów na mnie spojrzy. Udaję, że tego nie zauważyłam, skupiając się na obręczy i siatce zrobionej z łańcucha.

Moje rzuty zawsze są gładkie. Ojciec uczył mnie wyczucia piłki, od kiedy miałam siłę podrzucić ją nad głowę. Czuję rytm i pływ, nie spinam się ani nie panikuję. Wyskakuję tylko tyle, ile trzeba, i trafiam idealnie w obręcz, bez łomotu, który rozlegał się co chwilę, podczas gdy grali chłopacy. Mam ochotę się uśmiechnąć, ale udaję obojętność, podbiegając do piłki. Jestem pewna, że wszyscy na mnie patrzą i są pod wrażeniem.

Jednak gdy spoglądam w ich kierunku, kozłując z powrotem ku linii, jedynie Lauren na mnie patrzy. Tristan celowo obrócił się do mnie plecami, co powoduje ukłucie… czegoś. Złości? Na szyi ma wytatuowane jakieś słowo, wypisane ozdobną czcionką, nie jest to jednak profesjonalny tatuaż, litery są nierówne. Zaczyna się na D, więc pewnie to „Dupek”.

Tym razem ustawiam się szybciej i nie czekam z rzutem. Piłka znów trafia idealnie w obręcz, a łańcuch podzwania delikatnie. Taki ładny strzał i znów żaden z tych ciulów nawet nie spojrzy. Schodzą się z powrotem na środek boiska, a ja dołączam – jakbym była jedną z nich.

– Zmieniamy składy. Tristan... Paul, Mikey i DJ są z wami. – Gość, który dyryguje, jest najwyższy z zebranych, jednak widziałam wcześniej, jak rzucał chyba z dziesięć razy i ani razu nie trafił.

– O nie, Paul ssie! – wykrzykuje jeden z chłopaków, wskazując na tego z ogoloną głową, z którym gadał wcześniej Tristan.

– Pierdol się, DJ – odszczekuje się Paul, pokazując mu środkowy palec.

Tristan nadal stoi plecami do mnie, ale na tyle blisko, że mogę postukać go palcem w ramię. Już unoszę dłoń, jednak intuicja ostrzega mnie, żebym tego nie robiła. Znów czuję to przykre ukłucie w żołądku. Na pewno uda, że nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy. Co za żenada. Zbieram się na odwagę i odzywam:

– Składy są nierówne, zagram z wami.

Chłopacy zaczynają ruszać się po boisku, docinając sobie i żartując. Paul ściąga koszulkę, widzę, że na plecach ma wytatuowane słowo „Śmieszek”. A przynajmniej tak mi się wydaje, bo litery są równie pokręcone, co u Tristana.

– Ej, mówiłam, że gram z wami! – Unoszę głos.

Jednak oni omijają mnie, jakbym nie istniała. W pewnym momencie ten wysoki kładzie mi dłoń na ramieniu i delikatnie spycha mnie z boiska.

– O, przepraszam – rzuca, jakby wpadł na mnie przypadkiem.

Strącam jego dłoń z ramienia. I nagle, pierwszy raz od godziny, wszyscy na mnie patrzą. Pieczenie w żołądku zamienia się w pożar.

– Czekam tu od ponad godziny. Chcę zagrać.

Zęby mi szczękają i cała aż trzęsę się ze złości. Adrenalina dodaje odwagi. I powoduje, że robi się głupoty.

Patrzę na ich twarze. Większość z nich ma podobny wyraz, jak tych trzech dziewczyn, kiedy do nich podeszłam. Ale w końcu udało mi się przekonać do siebie Lauren. Pora na resztę.

Biorę głęboki wdech. Czuję ciepło na skórze, wywołane emocjami. Wodzę spojrzeniem od jednej pary obojętnych oczu do kolejnej, ignorując śmiech tego wysokiego, który myślał, że może mnie ot tak dotykać.

– To wejdziesz na następną grę, już zaczęliśmy.

Mrugam, lekko zszokowana. Odwracam się tak, by spojrzeć na Tristana. Jego twarz jest jak maska. Jest kimś zupełnie innym niż chłopak, który pomógł mi rozładować graty trzy dni temu.

Jego oczy mówią „daj spokój”. Odwraca ode mnie wzrok, gdy tylko ktoś podaje mu piłkę. Jednak ja nadal wpatruję się w niego wzrokiem, który mógłby zabić. Skoro pokazuje mi, gdzie moje miejsce, ja pokażę mu, gdzie jego. Odbijam piłkę kilka razy i przyglądam się, jak gra, próbując mnie z całych sił olewać. Wiem, że czuje na sobie mój wzrok, bo widzę, jak szczęka mu chodzi.

Obracam się powoli, podążając za nim wzrokiem. Kiedy spostrzegam, że rusza na kosz, przytrzymuję swoją piłkę i czekam na nieuniknione. Testosteron ogłupia. Tristan robi za dużo kroków, jego podejście pod kosz jest niezgrane, choć wyskakuje ponad obręcz. Próbuje wsadu do kosza, ale piłka odbija się od obręczy. Śmieje się, usiłując zamaskować zażenowanie, ale mnie nie nabierze.

Czas się postawić. Czekam, aż znów na mnie spojrzy. Uśmiecha się lekko i przewraca oczami, jakby chciał mi przypomnieć, że gra się już zaczęła albo coś w tym stylu. Jednak ja już sobie idę, jeszcze tylko jedna rzecz na odchodne:

– Pierdolony amator.

Widzę, jak twarz mu się zapada, a uśmiech znika. Zastępuje go ten zimny wyraz opanowania, który faceci zawsze przybierają, żeby uratować twarz przed kumplami. Kilku z jego kumpli rechocze, a jeden nawet wykrzykuje:

– Ale cię pocisnęła!

Przewracam oczami tak samo jak przed chwilą Tristan, po czym biorę telefon z ławki i odchodzę, kozłując, ku dziurze w siatce.