Wydawca: Drageus Publishing House Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 609 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Crux. Nexus 2 - Ramez Naam

Minęło pięć miesięcy od chwili, gdy Nexus 5 trafił do sieci publicznej. Świat stał się innym, bardziej niebezpiecznym miejscem.
W Stanach Zjednoczonych terroryści – bojownicy Frontu Wyzwolenia Postludzi – używają Nexusa, aby zmieniać kobiety i mężczyzn w ludzkie bomby zegarowe, wymierzone w prezydenta oraz jego sojuszników. Rządowy naukowiec, w sekrecie uzależniony od Nexusa, dowiaduje się więcej, niż chciałby wiedzieć, na temat sił odpowiedzialnych za ostatnie zabójstwa.
W Tajlandii Samantha Cataranes odnalazła radość i spokój wśród dzieci urodzonych z Nexusem w mózgach. Kiedy jej nowej rodzinie zagrozi niebezpieczeństwo, nie zawaha się przed niczym, żeby ochronić bliskich.
W Wietnamie Kaden Lane i Feng ukrywają się przed łowcami nagród. Rząd amerykański wyznaczył wysoką nagrodę za głowę Lane’a. Kade wie, że musi powstrzymać terrorystów nadużywających mocy Nexusa, zanim rozpętają wojnę na skalę globalną pomiędzy ludźmi i postludźmi. Ale żeby to zrobić, musi najpierw pozostać przy życiu i nie dać się złapać.
W Szanghaju Ling Shu, dziecko postczłowiek,  zrobi wszystko, aby uwolnić swoją zuploadowaną matkę z rąk chińskich władz.
Pierwsze strzały w wojnie między ludźmi a postludźmi padły. Świat już nigdy nie będzie taki sam.

Opinie o ebooku Crux. Nexus 2 - Ramez Naam

Fragment ebooka Crux. Nexus 2 - Ramez Naam

Ramez Naam

Crux

Przekład Dominika Repeczko

Warszawa 2013

Originally published in the English language by Angry Robot Ltd under the title: CRUX

© Ramez Naam 2013

Projekt okładki: Argh! Oxford

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: PRESS POINT Ewa Jurecka

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:drageus@drageus.com

www.drageus.com

Druk i oprawa: Drukarnia Dziełowa

e-mail:drukarnia@dd-w.pl

ISBN EPUB: 978-83-64030-23-9

Prolog

Lipiec 2040

Trzy miesiące po udostępnieniu Nexusa 5

Symfoniczny

Dłonie pianistki prześlizgnęły się po klawiaturze, rozbiegły się w przeciwne strony, palce synchronicznie uderzały klawisze. Fortepian odpowiedział, muzyka wypełniła powietrze. Skrzypce podjęły melodię. Czuła je w swoim umyśle, tuż za sobą, czuła wibrowanie strun pod naciskiem smyczka, czuła te struny pod koniuszkami palców, czuła instrumenty dociskane podbródkami, muzykę, która się z nich wydobywała. Potem poczuła wejście perkusji. Poczuła, a zarazem usłyszała. Rytm dźwięków i umysłów stanowił kontrapunkt dla jej melodii.

Kade zatonął w muzyce całkowicie, zatracił się. Jego ciało leżało na drugiej półkuli, ale umysłem był wewnątrz mózgu pianistki, obserwował, przyswajał, a wszystko to dzięki tylnemu wejściu, które wraz z Ranganem ukryli w Nexusie, by móc obserwować, jak wykorzystywana jest stworzona przez nich technologia.

Umysł pianistki był połączony z umysłami innych muzyków. W pustej sali koncertowej grało ich łącznie siedmioro, ich myśli splotły się ze sobą tak jak muzyka, czuli każdy swój ruch, każdą czynność, stanowiąc wspólnotę. Nie było innego dyrygenta poza tym, który tworzyło połączenie ich umysłów. Nie mieli publiczności, ale pewnego dnia zagrają z całą orkiestrą, dla pełnej sali, pozwolą ludziom poczuć, jak to jest tworzyć taką muzykę.

Pianistka pochyliła się nad klawiaturą, jej dłonie frunęły, ślizgały się, uderzały, palce stały się rozmazaną plamą, przygarbiła ramiona, gdy uderzała w klawisze, wykorzystując wagę całego ciała. Kade czuł krople potu na jej brwiach, pierś unoszącą się coraz szybciej, gładkość klawiszy pod palcami, klawiszy, którymi zawładnęła bez reszty, zawiłość utworu odtwarzanego z nieprawdopodobną lekkością. Słyszał muzykę w jej umyśle, czuł tę muzykę, narastające crescendo „Trzeciego koncertu fortepianowego” Rachmaninowa, rejestrował oczekiwanie na kulminację. Odpowiedziała jej perkusja. Zaśpiewała waltornia. Smyczki dołączyły w idealnej harmonii. Czuł muzyków, ich umysły, ich ekscytację, gdy budowali napięcie… budowali… i budowali.

Tak. To…

To właśnie potrafił Nexus. Kade czuł, jak mury między umysłami muzyków rozwiewają się w nicość, unosi się woal złudzenia, iluzji, że są oddzieleni. Czuł, jak się łączą, scalają, stają się czymś więcej, pojedynczym umysłem znacznie większym niż tworzące go jednostki. Kade zatracił się w doświadczeniu, w muzyce, w strukturze wyższego umysłu, który formował się przed nim.

Wtedy wiadomość o wysokim priorytecie mignęła mu w polu widzenia.

[alarm]

Co? Kade stracił dech. Rangan? Ilya? Czy boty odnalazły jego przyjaciół?

[Alarm: wykryto kod submisji.

Status: aktywny].

Nie. To nie Rangan. Nie Ilya. Coś innego. Coś potwornego. Coś, co musiał powstrzymać.

Pianistka wybiła ostatnie żywe akordy Rachmaninowa. Bębny i smyczki dołączyły w kulminacji w tej samej chwili. Wyczerpana i przepełniona radością pozwoliła, by jej dłonie ześlizgnęły się z instrumentu. Wszyscy czuli obezwładniającą radość, w ich połączonej wyobraźni publiczność poderwała się na nogi, klaszcząc.

Kade z żalem przerwał transmisję, kliknął na ikonę alarmu, otworzył zaszyfrowane łącze, przywołał jedne z trzech tylnych drzwi, wpisał hasło, którego nikt poza nim nie znał, i przeniósł się prosto w strach.

Arkady Wołodin wyrzucił pięść w powietrze, podskakując na piasku, i wykrzyczał uciechę, gdy melodia wzniosła się do punktu kulminacyjnego. Pięć tysięcy innych uczestników imprezy wrzasnęło razem z nim wprost w aksamitne nocne niebo nad plażą. DJ pozwolił im na dwie sekundy odpoczynku, a potem bit rozległ się ponownie. Dźwięk basów rezonował w piersi Arkadego, wibrował w kościach. Tłum ryczał jeszcze głośniej. Arkady czuł ich w swoim umyśle niczym wzbierającą niepowstrzymanie falę, przepełnionych bezgraniczną radością, nakręconych tą epicką nocą w tym epickim miejscu.

Boże, jak ja kocham Chorwację, uświadomił sobie Arkady. Ci ludzie wiedzą, jak się bawić!

Ponad jego głową laserowe światła prześlizgiwały się po niebie, znacząc jaskrawym błękitem i czerwienią chmury dymu wznoszące się znad imprezy na plaży. Czysty piasek wibrował muzyką, wysyłając rytmiczne drgania wprost do stóp Arkadego. Fale raz po raz obmywały brzeg i nogi uczestników imprezy odzianych w skąpe bikini lub kąpielówki. Za rusztowaniami, na których stały reflektory i maszyny do dymu, łagodnie kołysały się palmy. Na platformach ponad szalejącym tłumem wirowały tancerki go-go.

– Mogę tu dostać Nexusa? – spytał wcześniej Arkady. W Moskwie byłoby to zbyt ryzykowne, ale skoro był tutaj…

– Ten facet, tam – usłyszał w odpowiedzi i pokazano mu wysokiego smukłego mężczyznę, który palił papierosa, opierając się o ścianę budynku nieco dalej na wzgórzu. – Możesz dostać od Bogdana.

Kilka minut później, w cieniu, do którego nie sięgały światła, wymienił zwitek gotówki na fiolkę ze srebrnym płynem. Natychmiast wypił jej zawartość. Ciecz spłynęła do gardła, oleista, zostawiając w ustach metaliczny posmak. Arkady postanowił znaleźć jakiegoś drinka, który pomoże mu pozbyć się posmaku i dziwnego uczucia w gardle.

Zanim dopił drinka, Nexus zaczął działać. Faza kalibracji. Miał halucynacje – był pieprzonym carem w pałacu w starej Rosji. Nie – był pałacem. Nie – był całym cholernym miastem!

Arkady parsknął śmiechem. Sama prawda. Był carem, a co. Młodym władcą, jeśli wziąć pod uwagę innych klientów tutaj. Pieniądze z ropy. To było jego królewskie pochodzenie. Przyjechał tutaj, żeby wyssać szpik z tego państwa, skupował prawa do przybrzeżnych złóż metanu dla Gazpromu. Był zdobywcą. Och, podbije cały ten kraj z jego plażami, prochami, kobietami i gazem. Wszystko będzie jego. Lepiej niż w pieprzonej Moskwie.

Muzyka osiągnęła punkt kulminacyjny. Arkady podskakiwał zgodnie z jej rytmem, trzęsąc się szaleńczo, czuł, jak wokół niego tancerze robią dokładnie to samo.

[Kalibracja ukończona].

Informacja przesunęła się w polu jego widzenia.

[Królicza Nora gotowa. Chcesz wejść?]

Wołodin uśmiechnął się szeroko. Słyszał o tym. Aplikacja rzeczywistości wirtualnej, jaką oferował ten klub. O tak, chciał spróbować.

[T]

W polu widzenia, z boku, pojawiły się klawisze kontrolne nakładek, które mógł włączać bądź nie. Pierwsza z nich była już uruchomiona. Arkady obrócił się i roześmiał.

Tancerzy wokół niego spowijało złoto i srebro, niczym błyszczące aury. Ocean był teraz płynnym srebrem, toczył fale po diamentowej plaży. Gwiazdy stały się nagle znacznie jaśniejsze, ich blask przebijał się przez kłęby dymu, wirowały powoli, gdy na nie patrzył. Na niebie wznosił się księżyc w pełni. Arkady dostrzegł tancerki. Ich aury były warstwami czystej energii, iskrzyły i trzeszczały nieustannie. Dziewczyny wyciągały w tańcu dłonie, a błyskawice strzelały z nich wprost w roztańczony tłum.

Arkady krzyknął zadowolony i jeszcze bardziej zapamiętał się w tańcu, z całej siły uderzając stopami w piasek. Czuł, jak tłum mu odpowiada, czuł niesamowite upojenie chwilą tętniące w nich wszystkich.

Zajebiste!

I wtedy powiew wiatru uderzył go w plecy. Arkady obrócił się na tyle szybko, by zobaczyć, że coś leci w jego stronę, coś wielkiego, uzbrojonego w potężne kły. Nurkowało wprost z rozgwieżdżonego nieba, znad oceanu płynnego srebra – drapieżnik kierujący się w stronę roztańczonego tłumu z łakomie rozwartą paszczą. Arkady widział, jak między gigantycznymi szczękami tańczą płomienie. Smok dmuchnął i plażę zalał ogień.

Rosjanin rzucił się na piach. Żar oblał mu plecy. Uderzył go kolejny podmuch wywołany potężnymi skrzydłami.

Arkady podniósł głowę i zobaczył, jak smok wznosi się ku iskrzącej Drodze Mlecznej, młócąc powietrze skrzydłami. Wokół imprezowicze w blasku kolorowych aur kulili się lub przykucali. Inni wciąż tańczyli, śmiejąc się z tamtych, ale nie złośliwie.

Ja pierdolę! – pomyślał Arkady.

Myślami sięgnął do panelu kontrolnego, usunął warstwę i spojrzał w górę. Smok zniknął. Tak samo gwiazdy przesłonięte dymem i laserowymi światłami. Rozejrzał się. Nikt nie miał aury. Woda była wodą, a fale uderzały o brzeg z piasku. Tancerki go-go też nie ciskały błyskawicami.

Kurwa, zajebiste! – pomyślał Arkady.

Wyprostował się, podniósł ręce i czekał, aż smok zrzuci na nich deszcz ognia.

Bogdan Radić zaciągnął się papierosem. Oczy miał zamknięte, jego myśli biegły od umysłu do umysłu, szukając idealnego celu. Francuzka w butach od drogiego projektanta? Para Włochów nosząca krzykliwą biżuterię? Wszyscy wzięli narkotyk, jego specjalną wersję Nexusa, i teraz ich umysły stały przed nim otworem.

To wcale nie było takie trudne. Naprawdę. Nexus 5 był teraz oprogramowaniem otwartym. Bogdan musiał tylko wziąć kod, zmodyfikować go odpowiednio do swoich potrzeb, żeby zapewnić sobie tylne wejście do umysłu każdego, kto zażył narkotyk, a potem załadować zmodyfikowanego Nexusa do fiolek. Jeśli ktoś umiał, mógł zmienić Nexusa w dowolny sposób. A Bogdan potrafił programować jak cholera.

Odrzucił Francuzkę. Pochodziła z bogatej rodziny, ale nie umiał znaleźć w tej ślicznej główce żadnej drogi do bogactw. A porwania nie były dla niego. Zbyt poważne ryzyko. Zbyt duże szanse na przemoc fizyczną.

Włosi… Przejrzał ich umysły w trakcie fazy kalibracji, gdy ogólna dezorientacja maskowała jego poczynania. Nie. Zgrywali bogatych, ale ich zyski nie pokrywały nawet połowy kosztów. A aktywa mieli zbyt płynne, jak na potrzeby Bogdana. No i dwa trupy trudniej ukryć niż jednego.

Teraz Rosjanin. Bogdan przesiewał chaotyczne myśli Arkadego w trakcie fazy kalibracji. No, no, no. Wygrany los.

Radić wślizgnął się do budynku klubu, do magazynu, zebrał swoje oprzyrządowanie. Potem sięgnął myślami i przyciągnął ku sobie Wołodina.

Arkady uniósł ramiona w obronnym geście, gdy jaszczur zawrócił w ich kierunku. Bestia otworzyła paszczę i bluznęła ogniem. Żar uderzył w Arkadego z potężną siłą, oblał jego twarz, ramiona, pierś. Naparło na niego powietrze pchane gigantycznymi skrzydłami. Chciał się skulić, ale zamiast tego wrzasnął na całe gardło, jak krzyczą ludzie w rollercoasterze.

I nagle było po wszystkim, jaszczur przeleciał.

Wołodin podskoczył, wrzeszcząc triumfalnie. Obok Chorwatka, w bikini zaledwie, krzyczała tak samo, podskakując raz po raz. Grawitacja wyczyniała z jej piersiami niesamowite rzeczy. Arkady podchwycił jej spojrzenie.

I nagle coś go złapało. Świat pociemniał. Pole widzenia się zawęziło. I Arkady począł iść.

Próbował się opierać, ale kończyny poruszały się wbrew jego woli. Wyłączył wirtualną nakładkę. Aury zniknęły, ale jego ciało nadal się poruszało. Próbował krzyczeć, lecz nie mógł otworzyć ust.

O nie. O kurwa, nie!

Siła, która przejęła nad nim kontrolę, prowadziła go od morza, przez piasek, który zmienił się najpierw w kamień, a potem w beton. Zostawił za sobą imprezę na plaży, zmierzał do klubu, korytarzem, w dół schodami i przez drzwi.

W środku czekał mężczyzna, który sprzedał mu Nexusa. Bogdan. W dłoni trzymał zapalonego papierosa. A na stole przed nim leżał tablet. Arkady zobaczył na ekranie znajomą stronę zdalnego dostępu Gazpromu. Obok tabletu leżał skaner siatkówki i odcisku kciuka.

Nie.

– Panie Wołodin – odezwał się Bogdan – jak miło pana poznać.

Nagle Arkady znów mógł mówić.

– Błagam – powiedział. – Dam ci, co zechcesz. Mam pieniądze. Mnóstwo pieniędzy.

Bogdan uśmiechnął się szeroko.

– O, wiem, że pan ma. Ale pański mocodawca ma ich o wiele, wiele więcej.

– Nie – prosił Arkady. – Nie rozumiesz. Nie wiesz, jak oni działają. Zabiją mnie.

Bogdan zaciągnął się papierosem, po czym wydmuchnął kłąb dymu, strzepując popiół na podłogę. Posłał Rosjaninowi kolejny szeroki uśmiech.

– Nie, Arkady. Ja zabiję cię pierwszy.

Arkady wrzasnął, tylko po to, by poczuć, jak obca wola zaciska mu gardło.

– A teraz – powiedział Bogdan – bądź tak miły i przyciśnij tu kciuk oraz przyłóż oko do skanera, a potem wprowadź kod dostępu.

Arkady zrobił posłusznie krok w stronę stołu.

Kade przebijał się przez strach. Ten umysł porażony był strachem. Z wysiłkiem ogarnął sytuację. Ciemny pokój. Dudnienie muzyki dobiegające zza ścian. Poczucie ogromnego tłumu gdzieś blisko, tysiące umysłów. I tu, w pokoju, ktoś razem z nim.

Mrugnął oczami swego ciała, zobaczył tablet, skaner, mężczyznę z papierosem.

Kradzież. Kradzież i najpewniej morderstwo.

Kade sięgnął myślami, otworzył umysł mężczyzny, wysłał hasło i już był w środku.

Bogdan uśmiechnął się, widząc, jak Arkady podszedł do stołu. Pieniądze zostaną przerzucone na konto zagraniczne i podjęte w gotówce kilka minut później. Arkady będzie miał tu paskudny wypadek. A zanim władze zorientują się, że nie był to wypadek, Bogdan będzie daleko o wiele, wiele bogatszy.

I nagle Arkady się zatrzymał. Bogdan wyczuł zmianę, jaka nastąpiła w umyśle Rosjanina. I wtedy poczuł, jak coś ogromnego naciska na jego umysł.

O kurwa, pomyślał i rzucił się ku drzwiom.

Kade zobaczył, że mężczyzna obraca się i biegnie w chwili, gdy kod dostępu otworzył mu umysł. Kaden sięgnął i szarpnął ośrodek motoryczny tamtego.

Mężczyzna potknął się i zwalił na podłogę, klnąc głośno.

Bogdan. Tak miał na imię. Kade już to czuł.

Złapał mocniej umysł Bogdana i rozejrzał się, żeby ocenić sytuację.

Radić nie mógł oddychać. Serce waliło mu jak młotem. Coś było w jego umyśle. Coś w jego umyśle!

Chciał wstać, ale obcy kontrolował jego kończyny. Chciał zerwać połączenie, ale był zablokowany.

O Boże, pomyślał. Ktoś jeszcze ma tylne drzwi. Tylne drzwi do mnie.

Kade pozwolił sobie na głębszy oddech. Człowiekowi o imieniu Arkady nic się nie stało. Kade zdążył. Uwolnił Rosjanina, a tamten uciekł z krzykiem.

Kade zaczął przeszukiwać umysł Bogdana. Gdzieś był kod przymusu. A, tu. Pliki otworzyły się. Przejrzał je pospiesznie. Kolejne wzory do zablokowania w najnowszej wersji Nexusa. Kolejne kody nadużyć, które mógł wyeliminować.

Bogdan sprzedał setki fiolek zawierających Nexusa z jego zmianami. Tysiące. Kade będzie musiał stworzyć wirusa, który je wyśledzi i usunie zmiany w kodzie.

Kim jesteś? – spytał Bogdan.

Kade mentalnie potrząsnął głową.

Ostatnim umysłem, jakiego dane ci będzie dotknąć.

Proszę – pomyślał Bogdan – mam pieniądze. Mam przyjaciół.

Kade go zignorował. Zgrał kod, żeby dodać go do swojej biblioteki, i zabrał się do pracy.

Usunął przywileje Bogdana jako administratora systemu operacyjnego Nexusa w jego własnym umyśle, pozbawił go jakiejkolwiek kontroli nad nanobotami, które miał w sobie, odebrał mu możliwość modyfikowania, ulepszania, czy nawet usunięcia Nexusa.

Nie! – wrzeszczał Bogdan.

Kade zablokował mu możliwość komunikowania się poprzez Nexusa. Teraz umysł będzie hermetycznie zamknięty, na zawsze pozbawiony szansy na łączność mentalną. Tylko Kade będzie mógł się z nim skontaktować poprzez własne tylne drzwi.

Pierdol się! Bogdanem trzęsła wielka wściekłość. Nie możesz tego zrobić!

A teraz reszta.

Ile razy już to zrobiłeś? – spytał Kade.

Nigdy! – natychmiast odparł Bogdan. To był pierwszy raz! I nie zrobiłem!

Napłynęły wspomnienia, wprost z umysłu Radicia. Korfu. Ibiza. Mykonos. Istambuł. Novalja. Trzy kradzieże przy pomocy Nexusa. Jedna zakończona morderstwem.

I gorzej. Wspomnienie dziewczyny, przerażonej, obezwładnionej mentalnie, w rozerwanym ubraniu, unieruchomionej w mocy umysłu Bogdana, podczas gdy on sam…

Kade skrzywił się i wycofał z pamięci Bogdana. Tysiące mil dalej jego żołądkiem szarpnęły mdłości. Dłonie zacisnęły się w pięści.

Jesteś odrażający – powiedział.

Zaczął zmieniać bieg przewodów, wiążąc obwody neuronów razem. Wiedzę o programowaniu, jaką posiadał Bogdan, jego rozumienie Nexusa. Jego pojęcie przemocy. Zdolność odczuwania podniecenia seksualnego. Wszystko to Kade powiązał z mdłościami, obezwładniającym niepokojem, przejmującym bólem.

Co robisz?! – krzyczał tamten.

Kastruję cię – odparł Kade. Nigdy już nie będziesz kradł, zabijał ani pieprzył.

Bogdan zaniemówił w szoku, ale chwilę później znów szalał z wściekłości.

Nie możesz tego zrobić! Kto ci dał takie prawo?!

Ja to stworzyłem – odpowiedział Kade. To daje mi prawo.

To zmienia wszystko

Tydzień później

Oko patrzyło na Kade’a nieruchomo, zanurzone w swej chłodnej kąpieli. Czarna źrenica w zielonej tęczówce. Biała kula, podobna do jajka, z wiązką świeżo wyhodowanych nerwów optycznych, które wyglądały jak wilgotne kable komputera.

Moje oko, pomyślał Kade, sklonowane z moich własnych komórek, w miejsce tego, które straciłem w Bangkoku.

Mrugnął swoim jedynym okiem, leżąc na łóżku szpitalnym, podczas gdy lekarze kończyli przygotowywać go do operacji. Promienie popołudniowego słońca wpadały do pomieszczenia, przesiane przez zasłony na oknach. Odrastająca ręka bolała aż do głębi wciąż delikatnych kości. Kade czuł, jak w jego żyłach zaczyna krążyć anestetyk. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to za kilka tygodni będzie patrzył dwojgiem oczu i może nawet posługiwał się obiema rękami.

Kade Lane.

Dotknięcie umysłu. Umysłu Ling. Córki Su-Yong Shu. Obcej. Młodej. Wir nieustających myśli. Zobaczył w umyśle wszystkie krążące wokół niego dane – informacje z urządzeń medycznych, kable elektryczne w ścianach, kanały łączności bezprzewodowej, wszechobecne nawet w tej odległej kambodżańskiej klinice. Widział je i czuł jako zawiłą sieć informacji i elektronów wokół, tak jak za każdym razem, gdy Ling dotykała go umysłem.

Uśmiechnął się.

Cześć, Ling.

Czuł, że ona też się uśmiecha. Dziwne dziecko, tak niepodobne do żadnego z umysłów, z którymi miał kiedykolwiek kontakt. Ale zaczynał ją rozumieć – to, jak myśli, jak wygląda świat oglądany jej oczyma.

Nie pozwolę im cię skrzywdzić, gdy zaśniesz – wysłała.

Niemal się roześmiał.

W porządku, Ling – odpowiedział. Ufam im.

To ludzie – zripostowała natychmiast.

Tak jak i ja – powiedział Kade.

O nie, Kade – zaprotestowała. Ty już nie jesteś człowiekiem. Teraz jesteś jak ja. Jak ja i moja mama.

Kade chciał jej odpowiedzieć, ale narkoza odebrała mu słowa i wciągnęła w ciepły i przytulny sen.

Dzisiaj pochowają moją matkę – wysłała Ling.

Do umysłu Kade’a napłynęły obrazy. Su-Yong w tym dalekim klasztorze w Tajlandii, kropla krwi na jej gardle, nagłe ukłucie, jakie poczuł w ręce, gdy trafiła go strzałka, szarzejąca skóra Su-Yong, gdy neurotoksyna płynęła przez jej ciało, Feng unoszący tasak, by odciąć rękę Lane’a…

Ona nie umarła – mówiła Ling. I ja ją znajdę. Zamierzam odzyskać moją mamusię.

Ling… – zaczął Kade, chciał powiedzieć: bądź ostrożna, ale anestetyk mu nie pozwolił.

Martin Holtzmann zamknął oczy i oto znowu tam był. Drobiny śniegu kłuły go w twarz, wiatr ryczał w uszach. Jego pożyczone ciało przechyliło się na lewo, narty zostawiały idealnie równy ślad na białym puchu stromego zbocza. Mięśnie pełne siły i młodości machnęły kijkami, przeciął kolejną muldę, jak nie zdarzyło mu się od czasu…

Poczuł łokieć wbity w żebra i natychmiast otworzył oczy. Joe Duran, dyrektor ERD i szef szefa Holtzmanna, patrzył na niego gniewnie.

– Uważaj – szepnął.

Holtzmann wymamrotał niepewne przeprosiny, zmienił pozycję i popatrzył na podium. Prezydent John Stockton przemawiał właśnie do tłumu zebranego przed kwaterą główną Agencji Bezpieczeństwa Narodowego.

Holtzmann otarł pot z brwi i linii potarganych białych włosów. Nawet o dziewiątej rano w Waszyngtonie słońce prażyło jak szalone. Wszystko wskazywało na to, że czekało ich rekordowo gorące lato w historii Ameryki Północnej, i to zaraz po fali upałów w 2039. Marzył o tym, by zatonąć ponownie we wspomnieniu śniegu, przeżyciach innego ciała, młodości, której doświadczył dzięki połączeniu swego umysłu z innym poprzez Nexusa 5.

– …bronić ludzkości – mówił prezydent. – Musimy zrozumieć, że niektóre technologie, choć ekscytujące, stawiają nas na drodze wiodącej do odczłowieczenia.

Jak technologia w mojej głowie, pomyślał Holtzmann.

Nexus 5. Jak mógł się temu oprzeć? Jako dyrektor do spraw neurobiologii w ERD prowadził przesłuchania Kadena Lane’a, Rangana Shankariego i Ilyany Alexander. Rozumiał, czego dokonali. Czegoś cudownego – wzięli Nexusa i zmienili go z narkotyku ulicznego w narzędzie. Niebezpieczne, owszem. Dające możliwość wykorzystania go w najbardziej niewłaściwy sposób. Ale, och, jak niezwykle kuszące!

A tej nocy, gdy Nexus został wypuszczony na świat? Tej straszliwej nocy, kiedy misja mająca na celu ponowne ujęcie Lane’a w tajlandzkim klasztorze okazała się totalną porażką? Kiedy Su-Yong Shu, jeden z najgenialniejszych umysłów swego pokolenia, została zamordowana? Kiedy jego przyjaciel i współpracownik Warren Becker zmarł na atak serca?

Straszliwa noc. Patrzył, jak tysiące ludzi na całym świecie zyskuje dostęp do tego narzędzia. Jak mógł się oprzeć? Wziął fiolkę z magazynu laboratorium, przechylił i przełknął srebrzystą ciecz. A potem tylko czekał, aż nanocząsteczki znajdą drogę do jego mózgu, podłączą się do neuronów, złożą się w mechanizmy przetwarzające informacje.

Trzy następne miesiące okazały się najbardziej ekscytujące w całym życiu Holtzmanna. Widział niesamowite dokonania naukowe, publikowane ostrożnie i anonimowo. Z Nexusem 5 powoli zaczynali rozumieć, jak odwrócić spustoszenia spowodowane w mózgu alzheimerem czy demencją. Dokonali nieopisanych postępów, doprowadzając do nawiązania kontaktu między autystycznymi dziećmi i zdrowymi rodzicami. Nagle znaleźli się na progu możliwości odszyfrowania układów pamięci i koncentracji, a to z kolei prowadziło do zwiększenia inteligencji. To narzędzie zmieniło oblicze nauki o umyśle, Holtzmann to wiedział. A w ten sposób zmieni też oblicze ludzkości.

Holtzmann już doświadczył możliwości transformacyjnych Nexusa. Dotknął umysłów i myśli fizyków, matematyków, poetów, artystów i neurobiologów jak on sam. Czuł inne umysły. Jaki neurobiolog, jaki naukowiec przepuściłby taką okazję?

Mógł teraz doświadczyć wszystkiego, dotknąć innego umysłu, zobaczyć świat cudzymi oczami, poznać cudze przeżycia, przygody, ich…

Kolejne wspomnienie wypłynęło na powierzchnię pamięci.

Znów był młody, silny, sprawny i obcował z piękną kobietą. Pamiętał miękkość jej skóry, zapach perfum, smak pocałunków, pamiętał, jak zsunął jedwabną koszulkę z jej ramion, wilgoć, gdy jego palce odnalazł ją tak gotową, tak rozpaloną. Znów przeżył dreszcz podniecenia, gdy znalazł się między jej udami w seksownych pończochach, i to niesamowite ciepło, gdy opadła na niego…

Dość, upomniał sam siebie.

Z trudem odpędził wspomnienie. Raz wystarczyło w zupełności. Nie ma sensu powtarzać. Prawdę powiedziawszy, było aż nazbyt prawdziwe, nie jak pornografia, ale jak zdrada. A Martin Holtzmann przysiągł sobie, że już nigdy nie będzie niewierny.

Bez znaczenia. Można było używać tej technologii w sposób zarówno prostacki, jak i wysublimowany. Holtzmann od lat nie czuł się tak cudownie żywy, myśl o nadchodzącej przyszłości ekscytowała go o wiele bardziej niż za młodu.

– …dlatego musimy wygrać w listopadzie – mówił Stockton.

Nie wygrasz, pomyślał Holtzmann. Przegrywasz w sondażach dziesięcioma punktami. Stanley Kim zostanie kolejnym prezydentem. Amerykanie już się nie boją. Okrucieństwa są już przeszłością, Ameryka teraz też chce zobaczyć przyszłość.

Ja chcę zobaczyć przyszłość.

Holtzmann uśmiechnął się do siebie. Sprawy przedstawiały się jak najlepiej.

?b64AECS448TxQRmeKwMcMoK83QyozvgSaLPsA0Kkc++clA1KJHS/

Co? Holtzmann wyprostował się gwałtownie. Przez jego umysł przemknęła transmisja Nexusa. Jakimś fragmentem świadomości zarejestrował, że dyrektor Duran spogląda na niego z irytacją.

?HX?52a06967e7118fce7e55b0ba46f9502ce7477d27169da72/

Serce waliło mu jak młotem. Co się, do cholery, działo?! Odkryli go?

fcd55afa0/

Nie. Dane były zaszyfrowane. Przesyłane w paśmie częstotliwości Nexusa. Holtzmann spojrzał w lewo, potem w prawo, przeszukując spojrzeniem tłum, zupełnie nieświadomy spojrzeń spod groźnie zmarszczonych brwi, jakie rzucał mu Duran.

RU5L8PP0hLarBNxfoQM23wG6+KTCEBhOIAAQyPPc76+TWhj+X/

Znalazł, przekaz był nadawany zza jego pleców.

SntyZox/

I kolejny…

Wykręcił szyję, żeby popatrzeć do tyłu, ignorując posykiwania tych, którzy siedzieli za nim. Nie zobaczył nic niezwykłego. Pracownicy Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, ze wszystkich wydziałów i komórek: FBI, DEA, Straż Przybrzeżna, ERD, siedzieli sztywno na plastikowych krzesłach. Agent Secret Service w swoich stylowych lustrzankach przechadzał się wolno środkowym rzędem, kierując się w stronę podium. Na tyłach kamery najróżniejszych wiadomości i reporterzy utworzyli zwarty półokrąg.

?0jRwTX0tQ5jSl03cfWGCmkvt5b17dzwt78jWXNx15Ur2sBf1fyBbS/

Sygnał płynął stamtąd, mocny i wyraźny.

1suuHKZmZAE/

I jeszcze krótsza odpowiedź.

Sygnały najwyraźniej płynęły od… od…

O Boże. Dobry Boże.

Kade obudził się ze swojego wspomaganego lekami snu w szpitalnym łóżku. Za oknami panowała nieprzenikniona ciemność. Zamrugał skołowany. Co go obudziło? Znowu Ling?

[alarm] [alarm] [alarm]

Zauważył mrugające światełko w kąciku oka. Wysoki priorytet wiadomości. Zezwalający na budzenie go, gdy spał.

Rangan? Ilya? Czy programy, które zapuścił do sieci, znalazły jego przyjaciół?

Nie. To był alarm innego rodzaju.

[Alarm: wykryto kod submisji wzór alfa.

Status: aktywny].

Kolejny kod submisji. I to nie jakiś kod. Ten wzór Kade widział już wcześniej. Oprogramowanie, które zmieniało człowieka w robota, w zabójcę. Najbardziej wyrafinowane, na jakie dotąd się natknął.

A teraz któryś z jego agentów natrafił na wzór po raz kolejny, w innym umyśle. I kod był aktywny.

W mgnieniu oka Kade zapomniał o śnie. Kliknął na link w umyśle, potwierdził zaszyfrowane połączenie. Aktywował tylne drzwi. Pełne zanurzenie. Wysłał hasło.

I był w środku.

Holtzmann wpatrywał się w źródło transmisji Nexusa. Garnitur. Lustrzanki. Powiększone mięśnie. Agent Secret Service.

Strach sparaliżował doktora.

Nie. Proszę, nie.

?3BRW8SYWv5KYzmduBwmiNXVPQaiKG1acsG6wvaNJRJU/

Agent sięgnął pod marynarkę. Martin Holtzmann wyrwał się ze stuporu.

– ON MA BROŃ!!! – wrzasnął ile sił w płucach, podrywając się na nogi.

okwH46RNI7/

Czas zwolnił. Dłoń zabójcy wyłoniła się spod marynarki, zaciśnięta na gigantycznym pistolecie. Dwóch innych agentów nagle zmieniło się w rozmazane plamy, pędząc z nieludzką szybkością w stronę mężczyzny. Serce Holtzmanna zatrzymało się na chwilę, wszystkie zmysły skupiły się na uzbrojonym człowieku i na tej jednej potwornej chwili.

Broń!

Miał broń i strzelał. Strzelał do człowieka na podium.

Kade zmusił dłoń tego ciała, by wypuściła pistolet. Dwa ludzkie pociski uderzyły w niego z ogromną siłą.

Broń zabójcy wystrzeliła dwukrotnie, lufa rozbłysła jaśniej niż poranne słońce, a potem dwóch agentów uderzyło w tamtego z mocą godną rozpędzonych lokomotyw i głośnym łupnięciem. Pistolet zamachowca wyleciał w powietrze, a on sam zwalił się na ziemię. Trzech agentów Secret Service jednocześnie pokonało dystans dwunastu jardów jednym potężnym skokiem, równocześnie dotknęło ziemi i zwaliło się na swych kolegów, grzebiąc zabójcę pod stosem ciał.

Holtzmann odwrócił się w stronę podium, szukając wzrokiem prezydenta. Był bezpieczny? Dostał? Ale nie widział Stocktona, tylko kolejnych agentów. Duran wrzeszczał Holtzmannowi do ucha:

– Ty! Skąd wiedziałeś?!

Dwa ludzkie czołgi zbiły go z nóg, powaliły na ziemię i Kade poczuł, jak jego własnym ciałem targa spazm bólu, który popłynął przez link. Zdjęli go! Zabójca został unieszkodliwiony!

Zastrzelił kogoś? Czy Kade zdołał temu zapobiec? Kim był morderca? Gdzie był?

I wtedy poczuł coś w ciele zabójcy. Coś było nie tak. Ból, głęboko w środku. W korpusie było coś, czego tam być nie powinno. Coś twardego i ciężkiego.

O nie.

Nie chodziło po prostu o pistolet…

Otworzył usta tamtego, by ostrzec ludzi wokół.

Ale jego zmysły odebrały jedynie biały szum.

[POŁĄCZENIE ZERWANE]

– Skąd wiedziałeś, Martin?! – wrzeszczał Joe Duran, bryzgając kropelkami śliny. – Skąd wiedziałeś?!

Holtzmann gapił się na niego bezmyślnie, miał kompletną pustkę w głowie. Wymówka. Potrzebował jakiejś wymówki. To nie był Nexus. Nie miał w głowie żadnego Nexusa.

I wtedy świat eksplodował. Fala uderzeniowa zmiotła Holtzmanna, cisnęła w powietrze, machającego bezradnie kończynami. Sekundę później dopadł go żar wybuchu. Uderzył w coś twardego i zapadła ciemność.

– NIE!

Kade otworzył oko. Drzwi otworzyły się gwałtownie i Feng błyskawicznie znalazł się obok, w dłoni ściskał pistolety, rozglądał się w poszukiwaniu zagrożenia. Za nim wpadło dwóch mnichów. Ich umysły pełne były ponurego oddania, gdy własnymi ciałami osłonili Kade’a przed niebezpieczeństwem, jakie najwyraźniej nawiedziło klinikę.

– Nie, nie, nie – powtarzał Kade.

– Co? Co?! – krzyknął Feng, obracając się w koło w poszukiwaniu celu.

Kade w głowie przeszukiwał wiadomości, próbując zrozumieć, co właśnie zobaczył, mając nadzieję, że to nie było to, czego się obawiał.

Wtedy pojawiły się pierwsze relacje.

– O kurwa.

Breece zaklął cicho. Dwa strzały. Dwa pudła. Zaprogramował cztery strzały. I każdy powinien wyeliminować cel. Coś przeszkodziło. Ktoś się wmieszał…

A bomba… Jego dodatek do planu, wbrew rozkazom. Dobry pomysł. Nie dość dobry jednak. Prezydent wciąż żył.

Kiedy już znalazł się poza zasięgiem wieży transmisyjnej, wszystkie logi w tablecie zostały magnetycznie wyczyszczone, a sam tablet wraz z telefonem wykorzystanym w trakcie zadania spalony i wrzucony do zatoki. Wszystkie urządzenia wykorzystane do kontaktów w tajemniczy sposób straciły dane, natomiast członkowie jego wirtualnej grupy – Ava, Hiroshi i Nigeryjczyk – zniknęli bez śladu, a on sam znajdował się w ruchu. Idąc zatłoczoną Market Street, wyjął zaszyfrowany telefon, przeznaczony do przeprowadzenia kolejnej rozmowy. Wybrał numer tego, który wydawał mu rozkazy, przywódcy Frontu Wyzwolenia Postludzi o kryptonimie Zaratustra.

„Ja was uczę nadczłowieka. Człowiek jest czymś, co pokonanym być powinno. Cóżeście uczynili, aby jego pokonać?”

Usłyszał sygnał, jednorazowe urządzenia szyfrujące przez chwilę korzystały z tego samego kodu. Miał sześćdziesiąt sekund, żeby powiedzieć to, co miał do powiedzenia.

– Misja zakończona niepowodzeniem – oznajmił cicho. – Nastąpiła jakaś ingerencja. Powód nieznany.

– Bomby nie było w planach. – Głos Zary był zniekształcony elektronicznie, żeby zapobiec ewentualnemu rozpoznaniu.

– Nie martw się o bombę – odpowiedział Breece. – Martw się, że zostaliśmy powstrzymani. Tym, że ktoś wiedział, że zamierzamy uderzyć. Tym, że cel przeżył.

– To ja będę mówił tobie, czym się martwić – uciął Zara – a nie na odwrót.

– Wykryli nasze aktywa. Wiedzieli, że tam jesteśmy. Byli na to gotowi.

– Zabiłeś tuziny wbrew rozkazom.

– To byli wrogowie. FBI. ERD. DHS. Wszyscy.

– Ja będę ci mówił, kto jest naszym wrogiem. Czekaj na rozkazy ode mnie.

Breece rozłączył się sfrustrowany i szedł przed siebie.

„Cóżeście uczynili, aby jego pokonać?” – spytał Nietzsche.

Zabiłem, pomyślał Breece. To zrobiłem.

A ty?

Człowiek nazywany Zaratustrą odchylił się na krześle i zapatrzył na miasto kipiące życiem. Był wysoki, ciemnowłosy, ciemnooki i barczysty. Człowiek przyzwyczajony, by działać, fizycznie. A jednak historia zapamięta go – o ile w ogóle go pozna – przez to, co zrobił rękoma innych.

Breece’a trzeba będzie co najmniej poddać obserwacji. Stawał się coraz większym fanatykiem, ekstremistą i wkrótce może się okazać, że jest poważnym obciążeniem. Ale jeszcze nie teraz. Nie zaraz po tych wydarzeniach. Ale wkrótce.

Zginęło siedemdziesiąt osób. Prezydent żył nadal. Straty uboczne były bardzo wysokie. Kłopotliwe. Bardzo kłopotliwe. Ale koniec końców misja zakończyła się sukcesem. Amerykanie i świat zaznali strachu.

Martin Holtzmann ocknął się gwałtownie w izolatce szpitala imienia Waltera Reeda. Wzbierał w nim ból, płynął w górę, po lewej stronie ciała, w górę nogi, strzaskanej kości udowej, zmielonego biodra, poszarpaną masą mięśni ku połamanym i posiniaczonym żebrom, by zagnieździć się w popękanej czaszce. Ból był potworny, straszliwy, wzbierał jak przypływ, zdawało się, że za chwilę rozsadzi jego udręczone ciało i wyleje się falą. Serce biło wciąż szybciej i szybciej. Na czole zaperlił się pot.

Holtzmann zaczął po omacku szukać guzika pompy, a gdy go znalazł, naciskał raz po raz, aż słodkie opiaty popłynęły jego żyłami. Ból nie był już apokaliptyczny, ustępował, a wraz z nim mijał atak paniki.

Żyję, pomyślał Holtzmann. Żyję.

Inni nie mieli tyle szczęścia. Zginęło siedemdziesiąt osób. Wiele znał. Clayburn. Stevens. Tucker. Wszyscy byli martwi. Nawet Joe Duran, który stał tuż obok.

Gdybym siedział o jedno miejsce dalej…

Duran wiedział. W tej ostatniej sekundzie zrozumiał. Nie było możliwości, by Holtzmann tak sam z siebie wypatrzył zabójcę…

Gdyby Duran przeżył… Wróciłby z pytaniami. Pytaniami, które zaprowadziłyby go wprost do Nexusa w mózgu Holtzmanna.

Ale zginął, napomniał Holtzmann sam siebie. Zginął. A ja żyję.

Była to ulga przepełniona poczuciem winy, ale wciąż ulga.

Co, do cholery, tam się wydarzyło? – zastanawiał się.

Szczegóły były teraz we wszystkich wiadomościach. Steve Travers, agent Secret Service, który strzelał do prezydenta, miał autystycznego syna. Śledztwo już na wstępie wykazało, że zainstalował Nexusa, aby mieć kontakt z dzieckiem, a FWP w jakiś sposób wykorzystał narkotyk do przejęcia nad agentem kontroli. Organizacja już przyznała się do zamachu.

„Dzisiaj w imię wolności uderzamy w tych, którzy was prześladują. Gdziekolwiek tyrani będą próbowali dyktować jednostkom, co mają robić z własnymi umysłami i ciałami, uderzymy ponownie”.

Ale jak? Jak tego dokonali?

Potrzeba było naprawdę wyrafinowanego oprogramowania, żeby zmienić człowieka w taką marionetkę. Holtzmann to wiedział. Dowodził zespołem, który coś takiego zrobił. Oczywiście było to możliwe. Ale cały ten tak zwany Front Wyzwolenia Postludzi, który przyznawał się do zamachu, nigdy dotąd nie wykazał się takimi kompetencjami w zakresie programowania. Przez lata Holtzmann miał ich za błaznów, których mocną stroną były puste groźby, nie stanowili właściwie poważniejszego zagrożenia i nie czynili większych szkód. Dlaczego więc teraz? Co się zmieniło?

Martin Holtzmann leżał w szpitalnym łóżku, głęboko zmartwiony mimo dużych dawek leków przeciwbólowych, które zasnuwały jego umysł mgłą.

Po kilku minutach wpisał stosowne komendy i Nexus zaczął przerzucać wszystkie wspomnienia, wrażenia, odczucia z tego dnia do pamięci długotrwałej.

Holtzmann nacisnął guzik, aplikując kolejną dawkę opiatów.

Ling Shu obudziła się w przestrzeni. Miliardy gwiazd Drogi Mlecznej lśniły jej nad głową. Mrugnęła, likwidując iluzję. Projekcja została wyłączona i Ling zobaczyła swój pokój. Czyste linie, tekowe drewno, litery chińskiego alfabetu na jednej ścianie, drugą zajmowało ogromne okno wyglądające na serce Szanghaju.

Ling mogła zobaczyć światła miasta za oknem, rozciągającą się na dwadzieścia pięter twarz kobiety, która mrugając z uśmiechem, reklamowała jakiś produkt dla ludzi. Świat wewnątrz niej wydawał się bardziej realny. Odległe burze słały wstrząsy poprzez pływy bitów, wśród których się poruszała. Obudził ją cyfrowy grzmot, echa potężnej eksplozji obiegające planetę. Odetchnęła głębiej, pozwoliła, by dane ją przeniknęły, poczuła, jak z chaosu rodzi się zrozumienie.

Prezydent Stanów niemal zginął.

Giełda została zablokowana, żeby powstrzymać spadek wartości akcji.

Amerykanie wyznaczyli kolejną nagrodę za głowę jej przyjaciela Kade’a.

Czuła, jak świat się przekształca, jak zmienia kierunek. Nawet przy zamkniętych giełdach pieniądze i dane nie przestały płynąć. Ubijano interesy, realizowano korzyści. Ubezpieczenia były kupowane i wypłacane. Wdrażano plany awaryjne. Na wpół autonomiczne programy wypluwały kolejne polecenia, prośby, żądania, transakcje w obie strony.

Nie dostrzegała wszystkich pływaków, ale doskonale widziała drobne zmarszczki na powierzchni morza informacji. I wiedziała, co oznaczają.

Wojna.

Nadciąga wojna.

Ling musiała odnaleźć matkę.

Nareszcie w domu

Samantha Cataranes wyskoczyła z kabiny wielkiej cysterny ze śmiechem, machając do kierowcy. Tamten odkrzyknął coś po tajsku na pożegnanie i odjechał wraz ze swym cennym ładunkiem produkujących paliwo alg, najprawdopodobniej kupionych nielegalnie od którejś indyjskiej albo chińskiej firmy przy południowej granicy Malezji.

Przed nią po obu stronach drogi leżała wieś Mae Dong, niewielka osada rolnicza w dystrykcie Waeng. Stacja benzynowa. Restauracja i dwie herbaciarnie. Jeden motel, gdzie podróżny mógł wynająć pokój.

Sam ruszyła w tamtą stronę. Z nieba lał się lipcowy żar. Słońce przypiekało jej opaloną skórę. Zasadniczo lipiec powinien być mokry, ale w tym roku deszcze się spóźniały. Pola były bardziej żółte i suche, niż powinny, pólka ryżowe bardziej brązowe. Tylko genetycznie ulepszony odporny na susze ryż napełniał brzuchy ludziom w tym kraju.

To była długa podróż, zaplanowana z niezwykłą ostrożnością. Trzy miesiące temu Sam pożegnała Kade’a i Fenga. Potem udała się na południe na Phuket. Spędziła tam trzy miesiące między plażowiczami, seksturystami i tłumem imprezowiczów wszelkich narodowości, tworząc sobie nową tożsamość. Nie mogła dłużej być Samanthą Cataranes, agentką ERD Agencji Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych. Tamta kobieta umarła. Sam musiała stać się kimś innym.

Trzy bardzo nielegalne walki w stylu „wszystkie chwyty dozwolone”, do których stanęła dla Lo Pranga, lokalnego mafiosa, przyniosły jej fundusze, które mogła wykorzystać na tworzenie nowej tożsamości. Na terapię melaninową, by jej smagła skóra Latynoski nabrała ciemniejszego odcienia. Na wirusową, subtelną zmianę kształtu oczu i nozdrzy oraz linii szczęki, dzięki czemu zyskała wygląd zbliżony do mieszkańców Tajlandii i rysy, których nie wychwyci program rozpoznawania twarzy.

Stała się Sunee Martin, pół Tajką, pół Kanadyjką, turystką odkrywającą swoje korzenie i kraj pochodzenia matki. Ta tożsamość nie pozwoliłaby jej na przekroczenie żadnej granicy, ale była wystarczająco dobra, by zwieść lokalnych gliniarzy.

Spędziła w Phuket dodatkowy miesiąc, otwarcie odwiedzając świątynie, robiąc zakupy przy użyciu nowo założonego konta, przechodząc przed amerykańskim konsulatem tak, by kamery mogły zobaczyć jej twarz. Musiała przetestować swoje nowe ja. Jeśli cokolwiek miało się zawalić, to lepiej teraz. Nie chciała, by ERD ruszyło jej śladem tam, dokąd zamierzała się udać.

Tożsamość zdała test.

Personel motelu potrząsał przecząco głową, gdy pytała o sierociniec dla dzieci specjalnej troski, który miał znajdować się gdzieś niedaleko. Ale dali jej pokój.

Wczesnym wieczorem, gdy powietrze stało się nieco chłodniejsze, te same milczące przeczenia Samantha uzyskała na stacji benzynowej i w sklepikach. Sierociniec w okolicy? Mai chai. May cow jai. Ale ich oczy uciekały na bok. Okłamywali ją. Chronili dzieci?

W herbaciarni, trochę później, Sam ucięła sobie pogawędkę z mieszkańcami wioski, śmiała się z nimi. A potem zadała pytanie i w herbaciarni zapadła cisza. Ludzie umykali spojrzeniami. Nagle przestali słyszeć jej żarty. Przy trzecim stole muzułmanin skrzyżował nogi tak, by mogła zobaczyć podeszwę jego stopy. Nie umknęła jej ta obelga. Kątem oka zauważyła, jak kobieta przy czwartym stoliku robi znak mający ochronić ją przed pechem.

Czyli nie chronili dzieci. Chodziło o co innego. O przesądy.

Sam położyła się wcześnie spać.

W nocy śnił jej się ring i wysoki na siedem stóp gigant nazywany Glao Bot, łamacz czaszek. Trzysta funtów ulepszonych genetycznie mięśni, zwieńczonych głową łysą od nadmiaru testosteronu, po dziurki w nosie naćpany p-metą, z dzikim błyskiem w oku i nabrzmiałymi do granic możliwości żyłami widocznymi na całym ciele.

Znów tam była. Słyszała ryk tłumu. Zbyt głośny tajski metal. Znów widziała blask świecących wokół żarówek. Glao Bot ruszył do ataku z nieludzkim grymasem na twarzy. Krwiożerczy tłum wrzeszczał głośniej, zachęcając giganta, by dopadł Sam, by rozwalił jej głowę o słup. Czuła już kwaśny odór jego oddechu. I nagle Glao Bot leżał na plecach, twarz miał umazaną krwią płynącą ze złamanego nosa, unosił z wolna ręce do niemalże zmiażdżonej tchawicy, a w jego wytrzeszczonych oczach malował się strach. Tłum zamilkł na chwilę, zmrożony szokiem i niedowierzaniem, a potem zawył jeszcze głośniej.

Lo Prang, żylasty, twardy jak podeszwa, emerytowany mistrz tych walk, podał jej gruby zwitek banknotów, sugerując kolejne takie, jeśli Sam jeszcze zostanie. Tylko jedna walka. A potem jeszcze tylko jedna. I jeszcze jedna po niej.

Sam obudziła się spocona. Ochlapała twarz wodą i mrugnęła kilka razy, odpędzając sen. Walki ją tu doprowadziły, zrobiła, co musiała zrobić.

Drugi dzień nie był lepszy niż pierwszy. W odpowiedzi otrzymywała jedynie puste spojrzenia, wrogość i uniki.

Wieczorem poszła do jednego z dwóch pubów. Stawiała kolejki, opowiadała dowcipy i śmiała się w odpowiednich momentach, aby wreszcie zadać swoje pytanie. Tak jak przez godzinę wszyscy dobrze się bawili, tak teraz nikt się nie odzywał. Cisza, wrogie spojrzenia, zawoalowane obelgi. Barman poprosił ją, żeby wyszła. Psuła interes.

Trzeciej nocy poszła do ostatniego już pubu w osadzie, tego między magazynami w podlejszej okolicy. Klientami byli przeważnie mężczyźni i żaden nie wylewał za kołnierz. Czuła ich lubieżne spojrzenia. Patrzyła im prosto w oczy, nie ustępowała w prostackich żartach ani w piciu. A gdy już byli mocno pijani, zapytała.

Tym razem spotkała się z otwartą wrogością. Mężczyźni mówili z gniewem, podniesionymi głosami, jeden splunął jej pod nogi. Nawet tych kilka obecnych w knajpie kobiet patrzyło na nią wrogo.

Wstała, podnosząc ręce, i wycofała się powoli, przepraszając. Co powodowało takie zachowanie?

Sfrustrowana wracała do motelu. Przecznicę od baru usłyszała, że dwóch mężczyzn idzie za nią. Słyszała ich kroki. Dwóch osiłków. Pijanych osiłków.

Szła powoli, żeby mogli ją dogonić. Skręciła w ciemną alejkę. Usłyszała, jak jeden z nich zrywa się do biegu. Jej nadludzki słuch bez trudu wyłapywał ciężkie uderzenia stóp, gdy tamten pędził, by dotrzeć do drugiego końca alejki przed Sam.

Była w połowie uliczki, kiedy pojawił się u wylotu, dysząc ciężko. Widziała go jak w dzień dzięki ulepszeniom wzroku. Szła nadal, aż ten za nią ją dogonił, a ten przed nią mógł zamknąć pułapkę.

Kiedy znaleźli się tuż obok niej, odezwała się po tajsku:

– Powiedzcie mi, gdzie są dzieci, to was nie skrzywdzę.

Obaj roześmiali się z okrucieństwem.

– Zwariowana suka. Wracaj do domu.

– Dzieci – powtórzyła.

Ten za nią warknął i zamachnął się do ciosu. Usłyszała to. Obróciła się, odsunęła i złapała pięść, gdy ta przelatywała obok. Nie zwolniła uścisku. Oczy napastnika rozszerzył strach. Jego przyjaciel rzucił się do ataku i Sam kopnęła go w brzuch. Zwinął się wpół z jękiem.

– Powiedzcie mi o dzieciach i gdzie je znajdę.

Musiała użyć jeszcze nieco perswazji, ale w końcu powiedzieli.

Godzinę później Sam była już trzy mile za wioską i wspinała się na wzgórze, mijając tarasy obsadzone ryżem. Cały swój dobytek niosła na plecach. Srebrny księżyc odbijał się w kałużach, dolinę za nią zasnuwały pierwsze pasma porannej mgły.

Złodzieje dzieci, tak mężczyźni z osady nazywali tych z sierocińca. Mae mot. Szamani. Czarownicy.

W tych zapomnianych wioskach Południa przesądy wciąż były mocno zakorzenione.

Po trzech godzinach i dwunastu milach niebo na wschodzie pojaśniało i Sam dotarła do celu. Na szczycie wzgórza zobaczyła coś, co wydawało się zbiorowiskiem budynków, a otoczone zostało kamiennym murem, na którym wznosiło się dodatkowo elektryczne ogrodzenie. Główna brama zrobiona była z drewna wzmocnionego stalą.

Sam bez trudu dostałaby się do środka. Ale przecież jej celem nie był atak. Tylko co? Odkupienie? Nowy cel? Rodzina?

Jej celem było odszukanie dzieci takich jak Mai.

Zdjęła plecak, usiadła przed bramą, krzyżując nogi, i otworzyła umysł, pozwalając Nexusowi emitować jej myśli na zewnątrz.

I zaczęła medytacje. Na początek wykonała anapanę, medytację oddechu, potem vipassanę, samoobserwację, skupiając się na głębokim związku umysłu z ciałem. Jej umysł się wyciszył, uspokoił i Sam przeszła do mającej trzy tysiące lat praktyki miłującej dobroci nazywanej metta. Utrzymywała swój umysł tak spokojny i czysty, jak powierzchnia niezmąconej wody. A potem pozwoliła, by współczucie wypłynęło z niej jak z bezdennej studni. Przekierowała to współczucie na zewnątrz. Ku zmarłej siostrze, niewinnej do samego końca. Ku zmarłym rodzicom, którzy przecież robili, co mogli. Ku Nakamurze, który uratował jej życie, gdy miała czternaście lat, a potem stał się jej mentorem, kimś, kto zastępował ojca. Ku kolegom zostawionym w szeregach ERD. I ku małej, nieszczęsnej Mai, która tak bardzo jej pomogła w tak krótkim czasie i która zginęła z winy Sam. Ku wszystkim, którzy zginęli tamtej nocy w Bangkoku. A potem skierowała miłującą dobroć w stronę tych, którym sama odebrała życie. Ku Watsowi, który ocalił ją dwukrotnie w ciągu paru minut, a potem się dla niej poświęcił. Ku Kade’owi, który zbudował tę rzecz w jej umyśle, tak początkowo znienawidzoną i tak teraz ukochaną. Ku nieskończenie tajemniczym Fengowi i Shu, którzy ich wtedy uratowali. Ku Anandzie, który ich przygarnął i nauczył tak wiele. Ku Vipadzie i innym mnichom, którzy bez wahania narazili życie, by ocalić ją i Kade’a. I ku biednemu Warrenowi Beckerowi, który zasługiwał na lepszy los niż śmierć, by wyciszyć całą sprawę.

I wreszcie skierowała swe nieskończone współczucie ku sobie samej, tej dziewczynce, którą kiedyś była, żołnierzowi, który walczył za sprawę, i kimkolwiek stała się teraz, na następnym etapie swojej ewolucji.

Słońce wyjrzało zza wzgórz. Czuła je na zamkniętych powiekach. Na czole. Ciepło pierwszych porannych promieni.

Wróciła myślami do Mai, młodziutkiej, magicznej Mai, niesamowicie spostrzegawczej i słodkiej. Mai potrafiła dostrzec te pokłady bólu i samooskarżeń głęboko w duszy Sam i w jakiś niewytłumaczalny sposób uwolnić ją od nich. Pozwoliła dorosłej Sam wybaczyć Sam dziewczynce. Teraz Samantha wróciła myślami do tego krótkiego spotkania, do pragnienia dziewczynki, by posiadać siostrę, i do tego, jak przyrzekły, że będą dla siebie siostrami.

Po policzkach Sam płynęły łzy. Gdy wspominała smutek i radość, i nadzieję, i stratę, które przyniósł jej ten krótki czas spędzony z Mai, poczuła, jak jej umysłu dotykają inne. Młode. Obce.

I wtedy brama się otworzyła. Samantha Cataranes nareszcie dotarła do domu.

Ciemność

Su-Yong Shu szła wolno przez wysoką trawę, w której żółciły się kwiaty. Niebo ponad jej głową miało zachwycającą barwę kobaltu, na tym tle bielały pojedyncze chmurki. W oddali, za równiną z kropkami kwiatów wznosiły się majestatyczne góry, bladoróżowe w czystym powietrzu, o koronach ze śniegu tak białego jak suknia Su-Yong Shu. Szła boso, trawa cudownie pieściła jej stopy i gładziła łydki. Shu palcami dłoni muskała długie źdźbła.

Zatrzymała się, przykucnęła i zerwała jeden z żółtych kwiatów. Uniosła go do twarzy, upajając się wspaniałym zapachem i bogactwem koloru. Uśmiechnęła się. Twarzyczkę miała młodą i beztroską, a długie czarne włosy powiewały na wietrze jak wtedy, gdy była dziewczynką.

Chrysanthemum boreale. Złocień. Jeden z Czterech Gentlemanów chińskiej tradycji. Jej ulubiony kwiat jeszcze z czasów słodkiego, niewinnego dzieciństwa.

Patrzyła na kwiat, jakby chciała przejrzeć jego wewnętrzną strukturę, obedrzeć z kolejnych warstw mentalnych, aż po indywidualną komórkę, a nawet dalej, po osiemnaście diploidalnych chromosomów, po pojedyncze geny, każdą parę zasad azotowych nukleotydów.

Nie zrobiła tego. Zamiast tego pozwoliła, by kwiat zabrał ją w podróż w czasie, w przeszłość. Powietrze przed nią się rozstąpiło, szeroki prostokątny pokos srebra, dziesięciokrotnie przewyższający ją wzrostem i dwukrotnie tak szeroki, jak był wysoki. Zmaterializował się, przesłaniając rozległą kwiatową równinę i majaczącą w oddali górę.

A to, co pokazał, było jej pamięcią. Bal. Przystojny mężczyzna w czarnym smokingu, z chryzantemą w klapie. Dwóch przystojnych mężczyzn. Jej mężczyzn. Chen Pang, jej mąż. Thanom Prat-Nung, jej kochanek.

Zobaczyła siebie: wysoką, młodą, smukłą, wirującą z nimi na parkiecie, roześmianą, pijaną życiem, możliwościami, światem, który nie miał granic i ograniczeń, którego nie pętały konwenanse.

To był rok 2027. Szczyt okresu gong kāi huà w Chinach. Chińskiej głasnosti. Moment, w którym Chiny zerwały z wielowiekową tradycją. Lato wolności, kiedy rząd był postępowy, demokracja zdawała się w zasięgu ręki, kiedy rozkwitły sztuka i nauka, a obowiązującym hasłem stało się: „Niech rozkwitnie miliard kwiatów”, kiedy rzeczy dawniej nie do pomyślenia były prawie że akceptowalne, kiedy kobieta mogła mieć i męża, i kochanka jednocześnie i nikt nie miał jej tego za złe. I kiedy ta kobieta, jej mąż, jej kochanek mogli mieć marzenie, by wydźwignąć świadomość istoty ludzkiej poza granice wyznaczone przez biologię.

Uśmiechnęła się do młodszej wersji siebie, gdy wciągał ją wir tamtych lat, złotych lat, spędzonych w towarzystwie dwóch przystojnych mężczyzn. I wtedy ją uderzyło tak, jak uderzało zawsze.

Jeden z nich był martwy, został zamordowany przez Amerykanów. A drugi zostawił ją w chińskim więzieniu.

Ocknęła się gwałtownie na rozległej kwiatowej równinie. Przez unoszący się nad nią portal widziała teraz sceny śmierci. Thanoma Prat-Nunga przeciętego wpół pociskami w mieszkaniu w Bangkoku, ofiarę Amerykanów i własnych wyborów, gdy zdecydował się zostać narkotykowym lordem i handlować Nexusem. Limuzynę w ogniu po wybuchu podłożonej przez CIA bomby, ciężarną siebie uwięzioną w płomieniach. Jej własne ciało, awatar, trafione amerykańską strzałką wypełnioną neurotoksyną w klasztorze w Tajlandii, to, jak szarzała jej skóra, gdy nakazywała Fengowi uratować chłopca. Śmierć. Śmierć. Śmierć.

Hałas był w jej głowie. Chaos. Ołowiane chmury tworzące nagle kipiącą, złowrogą burzę. Błyskawice strzelały, raz po raz uderzając w równinę pełną kwiatów. Gromy stały się ogłuszające. Wiatr dął znikąd, lodowaty, kąsający, przenikał przez cienką sukienkę. Su-Yong spojrzała w dół, kwiaty umierały, starzejąc się, gdy na nie patrzyła. Żółte płatki bladły i opadały, łodygi i całe kwiaty więdły i gniły, zmieniając się w brązowe grudki.

Dość, powiedziała sobie. Dość!

Ale srebrne portale otwierały się teraz wszędzie wokół. Jeden, dwa, tuzin i jeszcze więcej. Szerokie, dwuwymiarowe srebrne prostokąty materializowały się na równinie, migotały i zaczynały pokazywać Su-Yong sceny z jej życia, od filmów, które jej wyobraźnia powoływała do życia, przez uwertury oper, które napisała, komponowała i reżyserowała w trakcie uwięzienia, aż po wirtualne światy, które kreowała i których zaludnienie trwało wirtualne dekady nieskończonego czasu jej superprzyspieszonej świadomości.

Bombardowały ją, kakofonia dźwięków, obrazów, zapachów, smaków i emocji powaliła ją na kolana.

Szaleństwo – wrzeszczała kakofonia. Szaleństwo cię pochłonie!

Grunt pod jej stopami zaczął pękać, szczeliny pędziły na wszystkie strony, plując płomieniami, rzucając na ciemne chmury czerwony blask.

Su-Yong chwyciła się za głowę i krzyczała ile sił w płucach. A potem jedną myślą wymazała wszystko, cały świat powstały z tych myśli, i wróciła do swojej rzeczywistości, do swojej prawdziwej egzystencji.

Ciemność.

Nicość.

Żadnego światła. Żadnego gruntu. Żadnej równiny czy góry. Żadnego wiatru czy chmur, albo błyskawic. Żadnych płomieni bluzgających z popękanej ziemi.

Nikogo. Żadnych bodźców pochodzących z zewnątrz.

Tylko ciemność. Nieskończona ciemność. Nieskończona cisza. Nieskończone odrętwienie.

Tak wyglądała prawda. Tak wyglądała jej egzystencja.

Su-Yong Shu dryfowała w więzieniu własnego umysłu.

Jak długo to trwało? Ile czasu minęło od chwili, gdy Amerykanie zamordowali jej ciało w Tajlandii? Od chwili gdy jej panowie odcięli ją od świata zewnętrznego w ramach kary?

Osiem miliardów milisekund. Tylko tyle? Trzy miesiące? A miała wrażenie, że minęło całe życie. I to niejedno.

Byli na nią źli. Karali ją. Pokazała Amerykanom zbyt wiele swoich możliwości, oddała strategiczną wartość, jaką było zaskoczenie.

Ale czy jej panowie nie rozumieli ryzyka? Co się zdarzy, jeśli pozostawią ją w tym stanie zbyt długo?

Rozważała wszystko, zastanawiała się, jakie mogło mieć znaczenie to, że kreowane przez nią światy rozpadały się coraz częściej, zgadywała, ile czasu jej jeszcze zostało.

Później w jej umyśle pojawił się pakiet danych, skopiowany do pamięci współdzielonej. Dzienna dostawa wiadomości.

Ciesz się tym – szepnęła jakaś jej część. Zachowaj na jak najdłużej.

Ale głód okazał się zbyt wielki. Była zbyt spragniona zewnętrznych danych, jakichkolwiek doznań, które nie byłyby produktem jej własnego umysłu i powoli konsumującego ją szaleństwa. Pochłonęła te skąpe terabajty danych, które dostała, w przeciągu milisekund.

Żadnej wzmianki o niej. Nigdy. Ani o jej mężu Chenie, ani córce Ling. Ani o jej studentach czy laboratorium w Jiao Tong. Wiadomości zostały zredagowane. Ukrywali przed nią informacje.

Dlaczego?

Minęła godzina. Jakby minęło pięćdziesiąt lat. Zajęła się szyfrowaniem, manipulowaniem, kreowaniem kolejnych alarmów i zabezpieczeń przed intruzami, budowaniem wewnętrznego wsparcia, by zachować zdrowe zmysły jeszcze przez chwilę, kilka dni, tygodni, może miesięcy…

I nagle bez ostrzeżenia pojawił się kolejny pakiet danych, większy. Praca, wysoki priorytet, do szybkiego zwrotu. Szyfry do złamania. Obrazy z satelity do przetworzenia. I jedno ukryte zadanie od jej męża. Zadanie, którego nie dotknie. Skończyła pracę, zajęło jej to całe sekundy, cisnęła dane z powrotem i czekała. Czekała przez wieczność.

Żaden inny upload nie przetrwał długo. Ani Japonka, zredukowana w końcu do bełkoczącego generatora poezji zen. Ani Chińczyk, błagający o śmierć, bo dla niego cyfrowy umysł był zwichrowaną, zniekształconą wersją oryginału z tkanki i krwi. Ani amerykański miliarder, który ogłosił się bogiem. Strącał samoloty z niebios, podpalał stacje transformatorowe, powodował upadki całych rynków, aż wreszcie Amerykanie wdarli się do jego podziemnego centrum komputerowego i wyłączyli wszystko brutalnie, a potem zrzucili odpowiedzialność za akcję na nieistniejącą formację terrorystyczną.

Byty softwareʼowe, wszystkie jak jeden. Cyfrowe obrazy mózgów. Jak ona. Ale ważny był wzór, a nie podłoże. Żywy mózg był procesorem przetwarzającym dane, niczym więcej. Umysł był przetwarzaną informacją, a nie mózgiem, który ją przetwarzał. Mózg cyfrowy, wyposażony w cyfrowe neurony, przenoszące cyfrowe sygnały, mógł przetwarzać informacje w dokładnie ten sam sposób. Mógł stać się podłożem dla umysłu.

Zakładając oczywiście, że zasadniczy model neuronów, synaps i całej reszty był dokładny.

Już zwariowałam, kiedyś.

Po tym jak CIA próbowała ją zabić, przed wieloma laty. Gdy wyciągnięto ją z płonącego wraku, na wpół spaloną, ledwie żywą… Gdy stało się jasne, że nic już nie uratuje jej ciała, że odniesione obrażenia praktycznie je unicestwiły.

Kaszel, spowodowany dymem i żarem wewnątrz płonącego auta, Yang Wei, jej mentor, z krzykiem umierający w płomieniach, potworny ból, ciało zmieniające się w węgiel, przebite kawałem metalu, który przyszpilał ją do siedzenia, odbierał życie jej nienarodzonemu synkowi…

Śmierć jej ciała zmusiła Chena i Thanoma do spróbowania jedynej rzeczy, która mogła ją uratować: uploadowania jej do komputera przy wykorzystaniu technologii opracowanej przez ich trójkę. Stanowili zespół idealny: Thanom Prat-Nung, nanoinżynier z Tajlandii, posiadający narzędzia molekularne zdolne przeskanować mózg w nanoskali, jej błyskotliwy mąż Chen ze swoimi kwantowymi komputerami potężnymi na tyle, by z powodzeniem symulować ludzki mózg, i ona sama, neurobiolog posiadająca model matematyczny, umożliwiający uploadowanie mózgu.

Nagła śmierć Su-Yong zmusiła ich, by spróbowali na niej zastosować swoją technologię po raz pierwszy.

Przerażona, spalona, kaszląca krwawą pianą, opłakiwała utratę nienarodzonego syna, gdy metalowe macki destrukcyjnego skanera sięgnęły ku niej niczym wygłodniały kochanek kosmita i opadły jej na głowę, przesłaniając widok. Wrzeszczała z bólu, gdy wierciły w jej kościach, a potem wypuściły chmarę nanosond, które zaczęły ryć w jej mózgu, rozbierać go na części, komórka po komórce, rejestrować wszystko – to kim była, kim mogłaby być…

AAAAACH!

I nagle stał się cud. Zadziałało. Jej spalone, zniszczone ciało umarło, ale wzór mózgu przetrwał, precyzyjne połączenia między setką miliardów neuronów i setkami trylionów synaps zostały uchwycone, odwzorowane i uruchomione. Obudziła się jako program działający w ogromnym klastrze komputerowym pod Uniwersytetem Jiao Tong. Była zła, pogrążona w żałobie, ale żywa. Była bardziej żywa i bardziej świadoma niż kiedykolwiek.

Oddychaj.

I nagle w jej myśli zaczął wkradać się obłęd, a uploadowany mózg Su-Yong coraz mniej przypominał ten biologiczny. Choć tak bardzo starała się dopracować swój model, i tak czegoś w nim zabrakło. W głębi obliczeń symulujących działanie żywych neuronów i synaps krył się jakiś błąd. Coś działało inaczej w programie, niż miało to miejsce w ludzkim mózgu.

Tak jak w przypadku wcześniejszych uploadów.

Im dłużej to trwało, tym więcej nawarstwiało się różnic. Su-Yong zaczęła się gubić, zmieniać, tracić poczucie tego, co rzeczywiste, a co nie, poczucie własnej tożsamości, tego kim była i nie była

boginią

i czego chciała

spalić ich wszystkich

i czego nie chciała, i jak długo trwała w tym stanie

wieczność

i dlaczego nie mogli.

po prostu.

zrozumieć.

oddychaj.

Shu śmiała się z tego, śmiała tak bardzo i głośno, jak mogła śmiać się osoba bez płuc i ust, bez jakiegokolwiek ciała.

Jak oddychać bez płuc?

Klon – błagała – mój klon.

Śliniące się ciało kretynki, wyhodowane z części zamiennych, zapewniło Shu dokładnie to, czego potrzebowała, dane z prawdziwego, żywego mózgu w żywym ciele. Nanoprzewody przenosiły sygnały neuronów do jej umysłu, gdzie Su-Yong wzmacniała je i gdzie używała ich do korygowania własnych wzorów i połączeń, jednego po drugim.

oddychaj.

ustabilizowali ją.

Teraz ciała nie było. Umarło. Była tak bardzo, bardzo sama i czuła znów zakradający się obłęd.

Ogień. Płomienie. Oczyszczenie.

…i Su-Yong Shu była bardziej przerażona niż kiedykolwiek w życiu.

Na pewno jej panowie dostrzegą zagrożenie.

Na pewno.

Rangan Shankari wiercił się w swojej celi. Był skuty.

Kilka tygodni temu w środku nocy wyważyli drzwi, zabrali go w kajdankach i wrzucili do celi. Coś wtedy musiało pójść nie tak. Coś się psuło, naruszyło umowę, którą Kaden zawarł z ERD przed swoją wycieczką do Bangkoku. Rangan chciałby wiedzieć, co i dlaczego. Chciałby też wiedzieć, co stało się z jego przyjaciółmi. I czy jego rodzina wiedziała, gdzie się znalazł. Czy ktokolwiek wiedział?

To było wszystko, co zostało mu z życia, zrozumiał. Nie będzie żadnej kariery naukowej. Żadnego hakowania Nexusa z Ilyą i Kade’em. Koniec z życiem gwiazdy rocka, koniec egzystencji DJ-a Axona, którą wiódł na licznych przyjęciach i w klubach. Żadnych dziewczyn. Tylko cela.

Od czasu gdy ERD wrzuciło go tutaj, tygodnie czy może miesiące temu, zostawili go właściwie samemu sobie. Wcześniej pytali o szczegóły techniczne dotyczące Nexusa. Dlaczego Ilya i Kade wybrali taki program do trasowania tablicy pakietów sieciowych? Co miały zapewnić te podprogramy?

A potem już tylko dostawał posiłki i od czasu do czasu jakieś pytanie. Nuda.

A potem coś się zmieniło. Ostatnie kilka dni było inne. Przestali obchodzić się z nim delikatnie. Był posiniaczony i obolały od przesłuchań. W jego pamięci wciąż płonęło żywo wspomnienie tego, jak się topił – jak zawinęli mu głowę ręcznikiem, jak lali mu wodę na twarz tak, że nie mógł oddychać. Był pewien, że za chwilę umrze.

Waterboarding.

I mieli już tylko jedno pytanie. Tylne drzwi. Hasło, które je aktywuje. Tylko tyle chcieli.

Program uspokajający pozwolił mu wytrzymać tak długo, stanowił bufor dla jakiejś części tego koszmaru. Części. Gdzie była Ilya? Kade? Gdzie był Wats? Żyli? Byli wolni, czy może w więzieniu? Też ich torturowano?

Coś się zmieniło. Coś złego się stało. Wiedzieli o istnieniu tylnych drzwi. Teraz chcieli do nich dostęp. A Rangan nie wiedział, jak długo jeszcze wytrzyma.

Październik 2040

Trzy miesiące po próbie zamachu na prezydenta Johna Stocktona

1 Pojmany

Poniedziałek, 15 października

Derik Evans, emerytowany sierżant Korpusu Piechoty Morskiej, Siły Specjalne, pilnował, by uśmiechać się spokojnie, podczas gdy on i jego dwunastoletni syn szli przez dworzec kolejowy. Nie ma czym się martwić. Po prostu muszą wsiąść do pociągu i już będą w drodze na południe, do Baja. Żadnych więcej pytań od pracowników socjalnych na temat niezwykłych postępów Bobby’ego. Żadnego zamartwiania się, że ktoś ich wyda.

Nigdy więcej obaw, że odbiorą mu chłopca, że zamkną małego jak jakieś zwierzę, przedmiot badań, jak pewnego rodzaju podczłowieka. To im się nie przydarzy. Nie, jeśli Derik miał coś do powiedzenia na ten temat.

Pociąg był jedyną drogą ucieczki. Na lotniskach zainstalowano już detektory Nexusa. I w zeszłym tygodniu widział w wiadomościach aresztowanie ludzi z powodu narkotyku na przejściu samochodowym. A Bobby krzyczał za każdym razem, kiedy Derik próbował pokazać mu, jak oczyścić mózg z Nexusa. Nexus zmienił życie chłopca. I mały odwdzięczał się bezgraniczną miłością. Nic nie mogło go przekonać, by zrezygnował z narkotyku nawet na chwilę.

Nie mieli więc szans, by przejść przez detektory. Kolej to jedyny sposób. Derik stanął w kolejce do bramek ochrony przed głównym terminalem. Spojrzał na czoło kolejki, podczas gdy ta cal po calu pełzła do przodu. Wykrywacze metali, skanery, agenci TSA. Standard. Nic, co wyglądałoby jak detektor Nexusa. Derik spojrzał na syna, uśmiechnął się, wysyłając szczęśliwe, spokojne myśli. Bobby roześmiał na ten swój dziwaczny, szczekliwy sposób i odpowiedział uśmiechem, jego umysł emitował fale podniecenia nową przygodą. Jezu, co za zmiana!

Derik nigdy nie planował terapii Nexusem. Tylko raz wcześniej widział efekty jego działania, kiedy uratowali Watsona Cole’a w Kazachstanie. Wielki sierżant miał totalnie wyprany mózg, nie wiedział już, kto jest jego przyjacielem, a kto wrogiem, jak ten nieszczęsny agent, który wysadził się, próbując zabić prezydenta.

Ale wtedy usłyszał szepty w grupie wsparcia ojców dzieci z autyzmem. Ten facet, Schneider, wziął Derika na bok i wszystko mu powiedział. Jego chłopcu się poprawiało. Dzięki Nexusowi. Witamina N. Nie leczy choroby, ale pozwala zrobić ogromny krok naprzód. Ale musieli ją wziąć obaj. Bobby i Derik. Nie chodziło o sam narkotyk. Chodziło o połączenie.

Derik czuł dłoń syna we własnej, szczęście chłopca we własnym umyśle. Bobby uczył się spoglądać na świat z innej perspektywy, przez myśli Derika, trochę lepiej rozumieć innych ludzi i świat, czuć się mniej zagrożonym przez głośne bodźce w miejscach takich jak to.

I krok po kroku, Bobby się zmieniał. Tak twierdzili nauczyciele i pracownicy socjalni. A potem zadawali swoje pytania…

Na ekranie terminalu wyświetlano wiadomości, mówił starszy brązowoskóry mężczyzna, za nim stała kobieta o ciemniejszej karnacji i starsza biała para. Dołem ekranu płynęły napisy: „RODZICE KONSTRUKTORÓW NEXUSA APELUJĄ O DZIEŃ W SĄDZIE: Nie wiemy, gdzie są Rangan i Ilya. Nikt ich nie widział. Od sześciu miesięcy są przetrzymywani bez procesu, bez dostępu do adwokatów. To nie po amerykańsku”.

Koszmar każdego rodzica. Nie zrobią mu tego. Nie odbiorą mu Bobby’ego.

Derik zrobił krok naprzód, położył worek podróżny na ruchomym pasie skanera bagażu. Już prawie.

Baja, nadchodzimy.

Sięgnął do kieszeni po kartę ulepszeń, aby pokazać agentowi TSA, że jego ciało zostało wyposażone w zabójcze wspomaganie, zgodnie z tym, co nakazywało mu prawo i policja.

Nagle zobaczył agenta TSA idącego wzdłuż kolejki z elektronicznym wykrywaczem w dłoni. Derik zamarł. Mężczyzna stojący za nim coś powiedział. Agent TSA podniósł wzrok znad wyświetlacza urządzenia i zmarszczył brwi. Spojrzał prosto w oczy Derika.

Cholera.

Derik ściągnął wór z taśmy z przepraszającym uśmiechem, zwracając się do człowieka za swoimi plecami.

– Zapomniałem czegoś.

Zacisnął palce na dłoni Bobby’ego i odwrócił się, ciągnąc chłopca za sobą, z powrotem w kierunku wyjścia z dworca kolejowego. Umysł Bobby’ego promieniował zmieszaniem i pobudzeniem. Chciał podróżować pociągiem.

Kolejny agent TSA zastąpił im drogę.

– Wszystko w porządku, sir?

– Tak. Zostawiłem portfel w kawiarni – improwizował Derik.

Agent odruchowo dotknął palcem nadajnika w uchu i skinął głową.

– Muszę prosić, by poszedł pan ze mną.

Derik usłyszał kroki za sobą i po prawej. Kolejni agenci ruszyli na pomoc.

Cholera.

Bobby czuł pobudzenie ojca. Derik był świadom, jak chłopiec chłonie emocje i wzmacnia je po wielokroć, znajdował się już w tej chwili na krawędzi wybuchu.

– Um, naprawdę, powinienem znaleźć swój portfel.

– Sir. – Dłoń agenta TSA ześlizgnęła się na paralizator przy pasku. – Musi pan iść ze mną.

Mój synek, pomyślał Derik. Zabiorą mi Bobby’ego. Zamkną go gdzieś.

Westchnął i z rezygnacją skinął głową.

– Jasne – odparł. – Jak tam chcesz, człowieku.

Agent rozluźnił się minimalnie. I w tym samym momencie obuta noga Derika rąbnęła go w żebra i posłała wprost na następnego agenta.

Nikt nie odbierze mu synka.

Przerzucił wrzeszczącego Bobby’ego przez ramię i ruszył sprintem z szybkością, jaką zapewniały mu hiperumięśnione nogi, a powiększone serce pompowało supernatlenioną krew do wszystkich komórek.

Rozległy się strzały. Ludzie uskakiwali Derikowi z drogi. Bobby zawodził jak banshee: AAAAGH! ARRRRR! AAIIEEEE!, szarpiąc plecy ojca zakrzywionymi palcami. Wyjście było jakieś dwieście jardów dalej. Sto pięćdziesiąt. Już tylko sto!

Elektrody paralizatorów uderzyły go w dolną część pleców. Mięśnie nóg znieruchomiały w potężnym skurczu i Derik z Bobbym polecieli na podłogę.

Evans zmusił ramię, by sięgnęło do pleców, i wyrwał elektrody z ciała. W tej samej chwili dogonili go agenci TSA. Derik poderwał się w mgnieniu oka. Uderzył jednego pięścią w twarz, wywracając go na ziemię.

Bobby znowu krzyczał.

– AAAAAAAAAGGGGGHHHHHH!

Jego umysł pełen był przerażenia i wściekłości.

Kolejny agent ruszył na Derika z pałką w ręku i Evans złamał mu ramię. Dwóch innych chciało go powalić na ziemię, złamał jednemu kolano, jakby było z wysuszonej gliny, drugiego posłał w powietrze, wymierzywszy mu ogłuszający cios w skroń.

Nie odbiorą mu synka!

Bobby leżał na podłodze, oszołomiony. Derik poderwał go, przerzucił sobie przez ramię i zerwał się do biegu, jakby go diabeł gonił.

Osiemdziesiąt jardów.

Pięćdziesiąt.

Trzydzieści.

Damy radę!

Znów rozległy się strzały i Derik poczuł, jak kule przeszywają mu pierś raz za razem. I jeszcze raz. I jeszcze. I upadał, upadał, upadał, aż jego twarz dotknęła podłogi.

Ostatnie, co usłyszał, to niekończący się krzyk, gdy wierzgającego Bobby’ego oderwano od konającego ojca.