Cress. Saga Księżycowa tom 3 - Marissa Meyer - ebook

Cress. Saga Księżycowa tom 3 ebook

Marissa Meyer

4,6

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Saga Księżycowato hit, który zachwycił czytelników na całym świecie!

Baśniowo-futurystyczna opowieść, w której Kopciuszek spotyka Czerwonego Kapturka, a Roszpunka Kapitana Hana Solo!

Po raz pierwszy w Polsce – pełne wydanie w oryginalnej szacie graficznej.

 

W trzeciej części bestsellerowej Sagi Księżycowej, Cinder, Scarlet, Wilk i Kapitan Thorne łączą swoje siły, aby obalić rządy okrutnej królowej Levany. Chcą uratować świat i obsadzić na tronie Luny jego prawowitą księżniczkę.

Ich nadzieją staje się Cress, lunarska skorupa, zamknięta od siedmiu lat w satelicie, niczym Roszpunka w swojej wieży. Czas w odosobnieniu sprawił, że Cress jest świetnym hakerem. Niestety, została zmuszona do pracy dla Królowej Levany i właśnie otrzymała rozkaz wyśledzenia Cinder i jej przystojnego wspólnika. Roszpunka z przyszłości nie czeka na ratunek, lecz sama go znajduje. Na bieżąco śledzi bowiem losy poszukiwanych uciekinierów: Cinder, Scarlet oraz Kapitana Thorne'a. Kiedy udaje się jej nawiązać kontakt i poprosić o pomoc w ucieczce, wszystko idzie zupełnie nie tak jak powinno. Upadek z gwiazd na Ziemię nie mógł być bardziej bolesny jak i dosłowny.

 

Bez wątpienia szykuje się w świecie bohaterów wojna między Ziemią a Księżycem. Jaką rolę w tym wszystkim odegra Cress?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 599

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




KSIĘGA PIERWSZA

Kiedy była zaledwie dzieckiem,czarownica zamknęła ją w wieży bez drzwi i schodów.

1

W ciągu szesnastu godzin jej satelita wykonywał jedno pełne okrążenie wokół Ziemi. Stanowił więzienie o zapierającym dech w piersiach widoku na rozległe, niebieskie oceany, kłębiące się chmury i wschody słońca rozpalające połowę świata.

Podczas pierwszych tygodni niewoli najbardziej lubiła układać poduszki na wbudowanym w ścianę biurku i rozwieszać prześcieradła na ekranach, moszcząc dla siebie wygodną alkowę. Udawała, że wcale nie znajduje się w satelicie, tylko w statku kapsułowym zmierzającym na niebieską planetę. Wyobrażała sobie, że niedługo wyląduje i wyjdzie na prawdziwą ziemię, poczuje prawdziwe promienie słońca, powącha prawdziwe powietrze.

Godzinami wpatrywała się w kontynenty, wyobrażając sobie, jak tam może być.

Zawsze jednak unikała widoku Księżyca. Czasem jej satelita przelatywał tak blisko, że Księżyc zasłaniał całe pole widzenia, a ona była w stanie dojrzeć na jego powierzchni wielkie, lśniące kopuły i połyskliwe miasta, w których mieszkali Księżycowi. Takie jak to, w którym ona też kiedyś mieszkała. Lata temu. Przed wygnaniem.

Jako dziecko Cress ukrywała się przed Księżycem na boleśnie długie godziny. Czasem uciekała do małej łazienki i zajmowała się misternym splataniem swoich włosów. Albo wpełzała pod biurko i śpiewała kołysanki, aż zasnęła. Albo wyobrażała sobie matkę i ojca. Wymyślała, jak opowiadają jej bajki i czytają powieści przygodowe, jak z miłością odgarniają jej włosy z czoła, aż wreszcie – wreszcie – Księżyc znikał za Ziemią i znowu była bezpieczna.

Nawet teraz Cress wpełzała na te godziny pod łóżko i ucinała sobie drzemkę, czytała, pisała w myślach piosenki albo pracowała nad skomplikowanym kodem. Nadal nie lubiła patrzeć na Księżycowe miasta. Miała paranoiczne wrażenie, że jeśli ona jest w stanie dojrzeć Księżycowych, to oni z pewnością mogą wyjrzeć poza swoje sztuczne niebo i dostrzec ją.

To był jej koszmar od ponad siedmiu lat.

Ale teraz srebrny horyzont Księżyca wysuwał się zza krawędzi okna, a Cress nie zwracała na niego najmniejszej uwagi, ponieważ ściana niewid-ekranów ukazywała całkiem nowy koszmar. Kanały wiadomości nadawały okrutne słowa, zdjęcia i nagrania, które zamazywały się jej w oczach, kiedy przeglądała jedne wiadomości za drugimi. Nie była w stanie czytać wystarczająco szybko.

 

ZAATAKOWANO 14 MIAST NA CAŁYM ŚWIECIE

DWIE GODZINY RZEZI I 16 000 ZAMORDOWANYCH ZIEMIAN

NAJWIĘKSZA MASAKRA TRZECIEJ ERY

Net wypełniała groza. Na ulicach ciała ofiar z rozprutymi brzuchami i krwią ściekającą do rynsztoka. Zdziczałe hybrydy zwierząt i ludzi z juchą na brodach, pod paznokciami i na koszulach. Patrzyła na to wszystko z dłonią przyciśniętą do ust. Oddychanie stawało się coraz trudniejsze wraz z docierającą do niej prawdą.

To była jej wina.

Od miesięcy maskowała Księżycowe statki przed Ziemskimi radarami, wykonując wszystkie polecenia Mistrzyni Sybil i nie zadając pytań – niczym najlepszy sługa.

A teraz dokładnie wiedziała, jakie potwory znajdowały się na tych statkach. Dopiero teraz zrozumiała, co od dawna planowała Jej Wysokość. Ale było o wiele za późno.

 

16 000 ZAMORDOWANYCH ZIEMIAN

Ziemia została wzięta z zaskoczenia wyłącznie dlatego, że ona nie była w stanie odmówić rozkazom Mistrzyni. Wykonała swoją pracę i udawała, że nie widzi potencjalnych konsekwencji.

Odwróciła wzrok od zdjęć pełnych śmierci i jatki, skupiając się na następnej wiadomości, która sugerowała nadejście kolejnych potworności.

Cesarz Wschodniej Wspólnoty Kaito położył kres atakom, zgadzając się poślubić królową Księżyca Levanę.

Królowa Levana miała zostać nową cesarzową Wspólnoty.

Zszokowani Ziemscy dziennikarze próbowali zdecydować, jak podchodzić do tej dyplomatycznej, chociaż kontrowersyjnej ugody. Niektórzy z oburzeniem krzyczeli, że Wspólnota i reszta Ziemskiej Unii powinny przygotowywać się do wojny, a nie wesela, podczas gdy inni pospiesznie próbowali usprawiedliwić ten sojusz.

Cress przesunęła palcami po cienkim, przezroczystym ekranie, pogłaśniając głos mężczyzny rozprawiającego właśnie o możliwych korzyściach. Koniec z atakami oraz spekulacjami, kiedy mogą one nastąpić. Ziemia lepiej zrozumie Księżycową kulturę. Ziemia i Księżyc podzielą się swoimi technologicznymi nowinkami. Staną się sojusznikami.

Poza tym Levana chciała tylko rządzić Wschodnią Wspólnotą. Z pewnością zostawi w spokoju resztę Ziemskiej Unii.

Ale Cress wiedziała, że byliby głupi, wierząc w coś takiego. Królowa Levana zostanie cesarzową, potem zleci morderstwo cesarza Kaito, przejmie kontrolę nad krajem i wykorzysta go jako punkt startowy do zebrania armii, zanim najedzie resztę Unii. I nie zatrzyma się, póki cała planeta nie znajdzie się pod jej kontrolą. Ten drobny atak, te szesnaście tysięcy ofiar… To był dopiero początek.

Cress wyciszyła wiadomości, oparła łokcie o biurko i zanurzyła dłonie w jasnych włosach. Nagle zrobiło jej się zimno, mimo że w satelicie utrzymywała się stała temperatura. Jeden z ekranów za jej plecami odczytywał treść dziecięcym głosem. Nagrała go i zaprogramowała podczas czterech miesięcy nudy, która niemal doprowadziła ją do szaleństwa. Miała wtedy dziesięć lat. Głos był zbyt radosny jak na przekazywane informacje – blog medyczny z Republiki Amerykańskiej ogłosił wyniki autopsji przeprowadzonej na jednym z Księżycowych żołnierzy.

Kości zostały wzmocnione bogatą wwapń biotkanką, natomiast chrząstki głównych stawów zanurzono wroztworze soli, by dodać im giętkości ielastyczności. Implanty ortodontyczne zastąpiły kły isiekacze zębami przypominającymi wilcze, awokół szczęki widzimy podobne wzmocnienia kostne pozwalające miażdżyć materiał, taki jak kości itkanki. Przyczyną nieokiełznanej agresji obiektu była wyraźna ingerencja wcentralny układ nerwowy iszeroka gama dostosowań psychologicznych. Doktor Edelstein wysunął teorię, że zaawansowane techniki manipulacji falami bioelektrycznymi mózgu mogły także mieć znaczenie dla…

– Wycisz.

Słodki głos dziesięciolatki umilkł, pozostawiając tylko szum dźwięków satelity, który już dawno temu został zepchnięty na pogranicze świadomości Cress. Warkot wentylatorów. Buczenie systemów podtrzymywania życia. Bulgotanie zbiornika odzyskiwania wody.

Cress zebrała gęste pasma włosów z karku i przerzuciła je sobie przez ramię. Jeśli nie była wystarczająco ostrożna, to kosmyki wkręcały się w kółka fotela. Ekrany przed nią zamigotały i obraz przesunął się, ukazując kolejne Ziemskie wiadomości. Informacje napływały także z Księżyca, głównie o „dzielnych żołnierzach” i „wywalczonym zwycięstwie”; oczywiście w całości brednie i propaganda. Cress przestała zwracać uwagę na wiadomości z Księżyca, kiedy miała dwanaście lat.

Bezmyślnie okręcała kucyk wokół lewego ramienia, owijając się nim od łokcia po nadgarstek i nie zauważając włosów plączących się jej na kolanach.

– Och, Cress – wymamrotała. – I co my z tym zrobimy?

– Wydaj jaśniejsze instrukcje, siostrzyczko – zapiszczało w odpowiedzi jej dziesięcioletnie ja.

Cress zamknęła oczy, by ochronić je przed blaskiem ekranu.

– Rozumiem, że cesarz Kai tylko próbuje powstrzymać wojnę, ale przecież musi wiedzieć, że Jej Wysokości to nie powstrzyma. Zabije go, gdy tylko dostanie, czego chce. I co wtedy stanie się z Ziemią? – Poczuła pulsujący ból w skroniach. – Byłam pewna, że Linh Cinder powiedziała mu to na balu, ale może się myliłam? Co jeśli on wciąż nie ma pojęcia, w jakim niebezpieczeństwie się znajduje?

Okręciła się na fotelu i przesunęła palcami po wyciszonych wiadomościach. Wbiła kod i wywołała ukryte okno, które sprawdzała ze sto razy dziennie. Okienko B-KOM ukazało się na wierzchu ekranu niczym czarna dziura, porzucone i ciche. Linh Cinder nie próbowała się z nią skontaktować. Być może czip został skonfiskowany lub zniszczony. Może Linh Cinder już dawno go nie miała.

Cress westchnęła, ukryła okno kilkoma pośpiesznymi uderzeniami opuszków palców i wywołała w jego miejsce tuzin innych okien. Wszystkie były połączone z pajęczą siecią powiadomień bezustannie monitorującą net w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji o Księżycowym cyborgu, którego pojmano zaledwie tydzień wcześniej. O Linh Cinder.

Dziewczynie, która uciekła z więzienia w Nowym Pekinie. Dziewczynie, która stanowiła jedyną szansę Cress na przekazanie cesarzowi Kaito prawdy o intencjach królowej Levany względem sojuszniczego małżeństwa.

Główny kanał wiadomości nie pokazał nic nowego od jedenastu godzin. W całej tej histerii związanej z najazdem Księżyca, Ziemia jakoś zapomniała o swoim najbardziej poszukiwanym zbiegu.

– Siostrzyczko?

Cress z podwyższonym pulsem złapała za podłokietniki fotela.

– Tak, Mała Cress?

– Wykryto statek Mistrzyni. Przewidywany czas przybycia: dwadzieścia dwie sekundy.

Cress poderwała się z fotela już na słowo mistrzyni, które nawet po tych wszystkich latach wywoływało w niej mdlący niepokój.

Jej ruchy stanowiły dokładnie wyćwiczony taniec, który po tylu latach praktyki opanowała do perfekcji. We własnych wyobrażeniach stawała się baleriną z drugiej ery, tańczącą na skrytej w półmroku scenie, podczas gdy Mała Cress odliczała kolejne sekundy.

00:21. Cress przycisnęła kciukiem guzik aktywujący materac.

00:20. Odwróciła się z powrotem do ekranów, ukrywając wszystkie wiadomości o Linh Cinder pod warstwą Księżycowej propagandy.

00:19. Materac z plaśnięciem wylądował na podłodze, z poduszkami i kocami wyściełającymi go dokładnie tak, jak je zostawiła.

00:18. 17. 16. Palce zatańczyły po ekranach, ukrywając Ziemskie wiadomości i grupy.

00:15. Cress obróciła się i odnalazła dwa rogi koca.

00:14. Szybkim ruchem nadgarstków poderwała koc do góry, jakby łapała wiatr w żagiel.

00:13. 12. 11. Wygładziła koc i pociągnęła go w stronę drugiej części łóżka, gdy odwracała się do ekranów po przeciwnej stronie pokoju.

00:10. 9. Poukrywała wszystkie Ziemskie seriale, muzykę i literaturę z drugiej ery.

00:08. Obróciła się z powrotem w stronę łóżka i z gracją odgięła kawałek koca.

00:07. Dwie poduszki oparła symetrycznie o wezgłowie i wykonała teatralny gest ramieniem, żeby wydostać włosy, które zostały pod kocem.

00:06. Prześlizgnęła się po podłodze, w skłonach i obrotach, zbierając wszystkie porzucone skarpetki i wstążki do włosów, a potem wrzuciła je do zsypu odświeżającego.

00:04. 3. Następnie szybka kontrola biurka, w wyniku której zabrała z blatu jedyną miskę, jedyną łyżkę, jedyną szklankę oraz garść rysików i schowała je do kredensu.

00:02. Obróciła się po raz ostatni, by ocenić efekty.

00:01. Z zadowoleniem wypuściła powietrze i zakończyła pełnym gracji ukłonem.

– Mistrzyni przybyła – powiedziała Mała Cress. – Prosi o otwarcie zacisku dokującego.

Scena, cienie, muzyka – wszystko to opuściło myśli Cress, choć na ustach pozostał wyćwiczony uśmiech.

– Oczywiście – zaszczebiotała, ruszając w stronę rampy głównego wejścia. W jej satelicie znajdowały się dwie rampy, ale tylko jedna z nich była używana. Cress nie była nawet pewna, czy drugie wejście działa. Każde z szerokich, metalowych drzwi prowadziły do komory dokującej, a potem bezpośrednio w kosmos.

Chyba że był do nich doczepiony statek. Statek Mistrzyni.

Cress wpisała komendę. Schemat na ekranie pokazał, jak otwiera się zacisk, a Cress usłyszała trzask, z jakim zaczepił się o statek. Ściany wokół niej zadrżały.

Następne chwile pamiętała tak dobrze, że była w stanie odliczać uderzenia serca pomiędzy kolejnymi znajomymi dźwiękami. Wizg zwalniających silników małego kosmicznego statku. Brzęk komory przyczepiającej się i zamykającej szczelnie wokół statku kapsułowego. Syk próżni, gdy przestrzeń wypełnił tlen. Pisk informujący, że przejście pomiędzy obydwoma modułami było już bezpieczne. Otwieranie się statku. Echo kroków w korytarzu. Szum otwierającego się wejścia do satelity.

Był czas, kiedy Cress oczekiwała od swojej Mistrzyni ciepła i życzliwości. Kiedy myślała, że być może Sybil spojrzy na nią i powie: „Moja droga, słodka Crescent, zasłużyłaś sobie na zaufanie i szacunek Jej Wysokości. Możesz powrócić wraz ze mną na Księżyc i zostać przyjęta jako jedna z nas”.

Te czasy już dawno minęły, ale wyćwiczony uśmiech twardo tkwił na ustach Cress nawet w obliczu chłodu Mistrzyni Sybil.

– Dzień dobry, Mistrzyni.

Sybil pociągnęła nosem. Wyszywane rękawy jej białej kurtki falowały, gdy niosła sporą walizkę wypełnioną zwyczajowym ładunkiem: jedzeniem, świeżą wodą do kwater Cress oraz, oczywiście, apteczką.

– A więc ją odnalazłaś, co?

Cress drgnęła z zastygłym na twarzy uśmiechu.

– Znalazłam, Mistrzyni?

– Jeśli to naprawdę dobry dzień, to musiałaś przecież wypełnić proste zadanie, które ci powierzyłam. Czy tak właśnie jest, Crescent? Odnalazłaś tego cyborga?

Cress spuściła wzrok i wbiła paznokcie we wnętrza dłoni.

– Nie, Mistrzyni. Nie odnalazłam jej.

– Rozumiem. Więc to wcale nie jest taki dobry dzień, nieprawdaż?

– Miałam na myśli… Twoje towarzystwo zawsze… – Zamilkła. Zmusiła palce do rozprostowania i odważyła się odwzajemnić gniewne spojrzenie Sybil. – Właśnie czytałam wiadomości, Mistrzyni. Myślałam, że być może odczuwamy satysfakcję z zaręczyn Jej Wysokości.

Sybil upuściła walizkę na idealnie zasłane łóżko.

– Będziemy odczuwać satysfakcję, kiedy Ziemia znajdzie się pod kontrolą Księżyca. Do tego czasu mamy do wykonania pracę, a ty nie powinnaś tracić czasu na czytanie wiadomości i plotek.

Sybil zbliżyła się do monitora, który zawierał ukryte okno z komunikatorem B-KOM i dowodami na to, że Cress zdradziła koronę Księżyca. Dziewczyna zesztywniała. Na szczęście Sybil sięgnęła dalej, do ekranu wyświetlającego wid Cesarza Kaito przemawiającego na tle flagi Wschodniej Wspólnoty. Ekran opustoszał pod jej dotykiem, odsłaniając metalową ścianę i plątaninę rurek systemu ogrzewania.

Cress powoli wypuściła powietrze.

– Mam chociaż nadzieję, że znalazłaś cokolwiek.

Wyprostowała się.

– Linh Cinder widziano w Federacji Europejskiej, w małym miasteczku południowej Francji, około godziny 18:00 lokalnego cza…

– Doskonale o tym wiem. A potem podążyła do Paryża, gdzie zabiła taumaturga i kilku bezużytecznych szeregowców. Coś jeszcze, Crescent?

Cress przełknęła ślinę i zaczęła zwijać włosy wokół nadgarstków, tworząc wielokrotną ósemkę.

– O godzinie 17:48 w Rieux we Francji sprzedawca w sklepie z częściami do statków i pojazdów dokonał aktualizacji stanu magazynowego, usuwając z zapisów jeden akumulator kompatybilny ze statkiem typu Rampion 214, klasa 11.3, ale nie odnotował żadnej płatności. Pomyślałam, że być może Linh Cinder ukradła… Lub użyła uroku… – Zawahała się. Sybil lubiła utrzymywać, że ten cyborg był tylko skorupką, mimo że obie wiedziały, iż to nieprawda. Linh Cinder miała dar Księżycowych, w odróżnieniu od Cress, która naprawdę była skorupką. Może i informacja o darze była starannie ukrywana, ale zdecydowanie ujawniła się na dorocznym balu we Wspólnocie.

– Akumulator? – odezwała się Sybil, ignorując niezdecydowanie Cress.

– Przetwarza sprężony wodór w energię, by zasilić…

– Wiem, co to jest – przerwała jej Sybil. – Mówisz mi, że jedyne, co udało ci się stwierdzić, to to, że ona naprawia swój własny statek? Że przez to jeszcze trudniej będzie ją znaleźć, podczas gdy nie udało ci się to nawet wtedy, kiedy znajdowała się na Ziemi?

– Przykro mi, Mistrzyni. Próbuję. Po prostu…

– Nie interesują mnie twoje wymówki. Przez wszystkie te lata przekonywałam Jej Wysokość, by pozwoliła ci żyć, argumentując, że masz coś do zaoferowania, coś cenniejszego niż krew. Czy popełniłam błąd, chroniąc cię, Crescent?

Cress przygryzła wargę, powstrzymując się przed przypomnieniem, ile faktycznie zrobiła dla Jej Wysokości podczas swojego uwięzienia. Zaprojektowała niezliczone systemy szpiegowskie, żeby obserwować Ziemskich przywódców, włamywała się do połączeń dyplomatycznych rozmów i tłumiła sygnały satelitów, umożliwiając żołnierzom najechanie Ziemi bez ryzyka wykrycia, przez co teraz miała na rękach krew szesnastu tysięcy Ziemian. To nie miało znaczenia. Sybil obchodziły tylko jej porażki, a niepowodzenie w odnalezieniu Linh Cinder było aktualnie największą z nich.

– Przykro mi, Mistrzyni. Będę się bardziej starać.

Oczy Sybil zwęziły się.

– Będę bardzo niezadowolona, jeśli szybko nie znajdziesz mi tej dziewczyny.

Cress czuła się pod spojrzeniem Sybil jak ćma przyszpilona do podkładki.

– Rozumiem, Mistrzyni.

– Dobrze. – Sybil wyciągnęła rękę i pogłaskała ją po policzku. Gest kojarzył się trochę z matczyną aprobatą, jednak nie miał z nią nic wspólnego. Po chwili Mistrzyni odwróciła się i otworzyła zapięcie walizki.

– A teraz – odezwała się, wyciągając z apteczki strzykawkę z igłą – daj ramię.

2

Wilk odepchnął się od skrzyni i pognał w jej stronę. Cinder oparła się instynktownej panice. Spięła wszystkie mięśnie, spodziewając się kolejnego uderzenia, mimo że mężczyzna nadal traktował ją całkiem łagodnie.

Zacisnęła powieki chwilę przed zderzeniem i skupiła się.

Ból, który przeszył jej głowę, był jak dźgnięcie dłutem prosto w mózg. Zazgrzytała zębami, próbując znieczulić się na nadchodzące mdłości.

Zderzenie nie nastąpiło.

– Przestań. Ciągle. Zamykać. Oczy.

Z nadal zaciśniętymi szczękami Cinder zmusiła się do otwarcia jednego oka, a potem drugiego. Wilk stał przed nią z ręką zastygłą w połowie drogi do jej ucha. Ciało miał nieruchome jak głaz, co znaczyło, że się udało. Jego energia była rozgrzana i wyczuwalna, ale znajdowała się tuż poza zasięgiem, bo siła jej Księżycowego daru trzymała go w ryzach.

– Ale z zamkniętymi jest łatwiej – wysyczała w odpowiedzi. Nawet tych kilka słów obciążyło jej umysł, więc Wilk nieznacznie poruszył palcami. Walczył z narzuconymi przez nią więzami kontroli.

Nagle spojrzał na coś znajdującego z boku, a uderzenie wyprowadzone między łopatki posłało Cinder do przodu, przez co uderzyła głową w klatkę piersiową Wilka. Jego ciało wyswobodziło się akurat na czas, by pomóc jej odzyskać równowagę.

Thorne zachichotał za plecami dziewczyny.

– A ludziom jest łatwiej się do ciebie podkraść.

Cinder odwróciła się i odepchnęła go.

– To nie jest zabawa!

– Thorne ma rację – odezwał się Wilk. Słyszała wyczerpanie w jego głosie, choć nie wiedziała, co było jego powodem: powtarzające się konfrontacje czy raczej frustracja wynikająca z konieczności trenowania takiej amatorki. – Kiedy zamykasz oczy, to się narażasz. Musisz nauczyć się używać daru, w dalszym ciągu będąc świadomą otoczenia. Musisz pozostać aktywna.

– Aktywna?

Wilk rozciągnął szyję, przechylając ją na zmianę w lewą i prawą stronę, aż wydała kilka trzasków, po czym potrząsnął głową.

– Tak, aktywna. Być może będziemy musieli zmierzyć się z dziesiątkami szeregowców jednocześnie. Przy odrobinie szczęścia będziesz w stanie kontrolować dziewięciu albo dziecięciu… Choć na ten moment to bardzo optymistyczne założenie.

W odpowiedzi zmarszczyła nos.

– A to oznacza, że narażasz się na atak pozostałych wrogów. Powinnaś móc mnie kontrolować i pozostawać skupiona zarówno umysłowo, jak i fizycznie. – Zrobił krok do tyłu, przeczesując rozczochrane włosy. – Jeśli nawet Thorne jest w stanie się do ciebie podkraść, to mamy poważne kłopoty.

Thorne zapiął spinki mankietów.

– Nigdy nie lekceważ zdolności mistrza zbrodni.

Scarlet roześmiała się ze swojego miejsca na plastikowej skrzyni. Do tej pory siedziała cicho ze skrzyżowanymi nogami i jadła owsiankę.

– Mistrza zbrodni? Od tygodnia próbujemy wymyślić, jak dostać się na cesarski ślub i do tej pory twoim jedynym wkładem w plan było określenie, który z pałacowych dachów ma najwięcej miejsca, żeby twój cenny statek przypadkiem nie porysował się podczas lądowania.

Wzdłuż sufitu rozbłysło kilka świetlnych paneli.

– W pełni zgadzam się z priorytetami kapitana Thorne’a – oznajmiła Iko przez wbudowane głośniki statku. – To może być mój wielki debiut netowy, więc chciałabym wyglądać jak najlepiej, dziękuję bardzo.

– Dobrze powiedziane, ślicznotko. – Thorne mrugnął w stronę głośników, mimo że czujniki Iko nie były wystarczająco dokładne, by to wykryć. – Chciałbym też, żebyście zauważyli, że Iko używa słowa kapitan, kiedy się do mnie zwraca. Moglibyście się czegoś od niej nauczyć.

Scarlet znowu się zaśmiała, Wilk obojętnie uniósł brew, a temperatura w ładowni podniosła się o kilka stopni, kiedy Iko zaczerwieniła się od komplementu.

Za to Cinder zignorowała ich wszystkich. Wypiła szklankę letniej wody, obracając w głowie zarzuty Wilka. Wiedziała, że ma rację. Utrzymywanie nad nim kontroli nadwyrężało wszystkie jej zdolności, mimo że kontrolowanie Ziemian, takich jak Thorne czy Scarlet, zwykle było dla niej równie proste, jak wymiana przepalonego czujnika w androidzie.

W tej chwili powinna już umieć obie te rzeczy.

– Spróbujmy jeszcze raz – oznajmiła, poprawiając kucyk.

Wilk ponownie przeniósł na nią uwagę.

– Może powinnaś zrobić sobie przerwę.

– Nie będzie czasu na przerwę, kiedy będą mnie gonić szeregowcy królowej, prawda? – Poruszyła ramionami, próbując dodać sobie energii. Ból w jej głowie zelżał, ale tył koszulki był przesiąknięty potem, a każdy mięsień drżał z wysiłku po dwugodzinnej walce z Wilkiem.

Wilk potarł czoło.

– Miejmy nadzieję, że nigdy nie będziesz musiała zmierzyć się z prawdziwymi żołnierzami królowej. Myślę, że mamy szanse przeciwko jej taumaturgom i szeregowcom, ale zaawansowani żołnierze to coś innego. To bardziej zwierzęta niż ludzie i niezbyt dobrze reagują na manipulacje mózgiem.

– A większość ludzi niby reaguje dobrze? – zapytała Scarlet, skrobiąc łyżką o miskę.

Wilk na chwilę skupił na niej uwagę, a jego spojrzenie złagodniało. Cinder widziała tę reakcję już ze sto razy, odkąd dołączyli do załogi Rampiona, a jednak nadal sprawiała, że czuła, jakby przeszkadzała w czymś bardzo osobistym.

– Mam na myśli, że są bardzo nieprzewidywalni, nawet pod kontrolą taumaturga. – Ponownie zwrócił się do Cinder. – Czy jakiegokolwiek innego Księżycowego. Zmiany genetyczne, jakim są poddawani podczas wojskowego treningu, wpływają na ich mózgi w równym stopniu, co na ciała. Są chaotyczni, dzicy… i niebezpieczni.

Thorne oparł się o skrzynię Scarlet.

– On zdaje sobie sprawę, że sam jest byłym pięściarzem o przezwisku Wilk, prawda? – wyszeptał teatralnie.

Cinder przygryzła wnętrze policzka, tłumiąc śmiech.

– To kolejne powody, które przekonują mnie, że powinnam się jak najlepiej przygotować. Chciałabym uniknąć takiego ryzyka jak w Paryżu.

– Nie tylko ty. – Wilk ponownie zaczął balansować całym ciałem. Do niedawna Cinder myślała, że to oznacza gotowość do kolejnego starcia, ale ostatnio zaczęła podejrzewać, że po prostu tak miał. Zawsze w ruchu, zawsze niespokojny.

– To mi przypomniało – kontynuowała – że kiedy wylądujemy, chcę dostać jeszcze trochę tych strzałek usypiających. Im mniej szeregowców do walki czy prania mózgu, tym lepiej.

– Strzałki usypiające, zapisałam – przytaknęła Iko. – Pozwoliłam sobie też zaprogramować przydatny zegar odliczający czas, który nam pozostał. Aktualnie pozostało piętnaście dni i dziewięć godzin do cesarskiego ślubu. – Ekranet na ścianie obudził się do życia, wyświetlając wielki, elektroniczny zegar odliczający z dokładnością do dziesiątej części sekundy.

Wystarczyły trzy sekundy wpatrywania się w ten zegar, aby Cinder zalała fala niepokoju. Oderwała od niego wzrok, skupiając się na reszcie ekranetu i ich cudownym planie powstrzymania ślubu Kaia i królowej Levany. Lista potrzebnych rzeczy ciągnęła się po lewej stronie: broń, narzędzia, przebrania, a teraz także strzałki usypiające.

Pośrodku ekranu znajdował się plan pałacu w Nowym Pekinie.

Po prawej idiotycznie długa lista przygotowań. Żaden z punktów nie został jeszcze zrealizowany, chociaż planowali i knuli od wielu dni.

Na pierwszym miejscu listy znajdowało się przygotowanie Cinder do ponownego spotkania twarzą w twarz z królową Levaną i jej świtą. Wilk nie powiedział tego głośno, ale Cinder wiedziała, że nie rozwija swojego daru wystarczająco szybko. Zaczynała myśleć, że ten punkt może jej zająć lata, a oni mieli zaledwie dwa tygodnie.

Ogólny plan był taki, żeby w dniu ślubu dokonać dywersji, która pozwoli im wkraść się do pałacu podczas ceremonii i ogłosić światu, że Cinder jest zaginioną księżniczką Selene. A potem, kiedy już wszystkie wiadomości świata będę zwrócone na nią, Cinder zażąda, by Levana przekazała jej koronę, kończąc jednocześnie zarówno ślub, jak i całe jej rządy.

Wszystko to, co miało wydarzyć się po ślubie, w głowie Cinder było całkiem zamazane. Ciągle wyobrażała sobie reakcje Księżycowych, kiedy odkryją, że ich zaginiona księżniczka jest nie tylko cyborgiem, ale także kompletnie nic nie wie o ich świecie, kulturze, tradycjach i polityce. Jedynym, co sprawiało, że nie czuła się tym wszystkim przytłoczona, była świadomość, że niezależnie od wszystkiego z pewnością nie będzie gorszą władczynią niż Levana.

Miała nadzieję, że oni też to zobaczą.

Poczuła, jak wypita woda bulgocze jej w żołądku. Po raz tysięczny dała się zawładnąć fantazji, w której wpełza pod koce na swojej koi i ukrywa się tam do czasu, aż świat całkiem zapomni o Księżycowej księżniczce.

Zamiast tego odwróciła się od ekranów i napięła mięśnie.

– No dobra, jestem gotowa spróbować jeszcze raz – oznajmiła, przyjmując pozycję bojową, której nauczył ją Wilk.

Ale Wilk siedział już obok Scarlet i kończył jej owsiankę. Miał usta pełne jedzenia, więc wskazał wzrokiem ziemię i przełknął.

– Pompki.

Cinder opuściła ramiona.

– Co?

Wskazał na nią łyżką.

– Walka to nie jedyny sposób ćwiczeń. Możemy jednocześnie trenować twoje ciało i umysł. Po prostu bądź świadoma otoczenia. Skup się.

Wpatrywała się w niego gniewnie przez całe pięć sekund, po czym opadła na podłogę.

Doliczyła do jedenastu, kiedy usłyszała, jak Thorne odpycha się od skrzyni.

– Wiesz, kiedy byłem dzieckiem, wmawiano mi, że księżniczki noszą diademy i wyprawiają przyjęcia. A teraz spotkałem prawdziwą księżniczkę i muszę przyznać, że jestem nieco rozczarowany.

Nie wiedziała, czy to miała być obelga, ale ostatnio słowo księżniczka natychmiast działało jej na nerwy.

Ostry wydech, tak jak uczył ją Wilk. Skupiła się, bez problemu wyczuwając energię Thorne’a, kiedy mijał ją w drodze do kokpitu.

Robiła właśnie czternastą pompkę, kiedy sprawiła, że jego stopy zastygły w miejscu.

– Co…

Cinder odepchnęła się i zamachnęła jedną nogą z półokręgu. Trafiła kostką w łydki Thorne’a. Mężczyzna krzyknął i upadł, lądując na tyłku z głośnym jęknięciem.

Rozpromieniona Cinder spojrzała na Wilka w poszukiwaniu aprobaty, ale oboje ze Scarlet byli całkowicie pochłonięci śmiechem. Widziała nawet ostre końce kłów Wilka, które zwykle ostrożnie ukrywał.

Cinder wstała i podała Thorne’owi rękę. Nawet on się uśmiechał, choć jednocześnie się krzywił i rozmasowywał sobie biodro.

– Możesz pomóc mi wybrać diadem, jak już uratujemy świat.

3

Satelita zadrżał, kiedy statek kapsułowy Sybil odłączył się od zacisku, a Cress ponownie została sama w galaktyce. Niezależnie od tego, jak bardzo brakowało jej towarzystwa, odlot Sybil zawsze wywoływał ulgę, tym razem nawet większą niż zazwyczaj. Zwykle Mistrzyni przylatywała raz na trzy czy cztery tygodnie – na tyle często, by móc pobrać kolejną próbkę krwi – ale od czasu ataku wilczych hybryd była tu już trzeci raz. Cress nigdy nie widziała jej takiej niespokojnej. Królowa Levana musiała być coraz bardziej zdesperowana, by odnaleźć tę cyborgiczną dziewczynę.

– Statek Mistrzyni odłączył się – powiedziała Mała Cress. – Zagramy w coś?

Gdyby Cress nie była tak zdenerwowana kolejną wizytą, to pewnie by się uśmiechnęła, jak to zwykle miała w zwyczaju, kiedy Mała Cress zadawała to pytanie. Przypominało jej, że wcale nie była zupełnie samotna.

Lata temu nauczyła się, że słowo satelita pochodziło z łaciny i oznaczało towarzysza, sługę albo pochlebcę. Wszystkie trzy znaczenia wydawały się jej ironiczne, wziąwszy pod uwagę samotność, jakiej doświadczała, przynajmniej do czasu, gdy zaprogramowała Małą Cress. Wtedy zrozumiała.

Jej satelita dotrzymywał jej towarzystwa. Jej satelita wykonywał za nią zadania. Jej satelita nigdy w nią nie wątpił ani się z nią nie spierał, ani też nie miał własnych irytujących przemyśleń.

– Może później – odezwała się Cress. – Najpierw sprawdźmy pliki.

– Jasne, siostrzyczko.

Oczekiwana odpowiedź. Zaprogramowana.

Cress często zastanawiała się, czy tak właśnie wyglądałoby jej życie, gdyby była prawdziwą Księżycową i miała kontrolę nad innymi istotami ludzkimi. Fantazjowała, że zaprogramowałaby Mistrzynię Sybil tak samo łatwo, jak głos swojej satelity. Rozmyślała, jak wszystko by się zmieniło, gdyby choć raz to Mistrzyni musiała słuchać jej rozkazów zamiast odwrotnie.

– Włącz wszystkie ekrany.

Cress stanęła przed swoją panoramą niewid-ekranów: dużych i małych, umieszczonych na biurku albo wprawionych w ściany satelity i ustawionych tak, by można było na nie patrzeć z dowolnego miejsca w okrągłym pomieszczeniu.

– Wyczyść wiadomości.

Ekrany opustoszały, więc mogła spojrzeć przez nie na pozbawione ozdób ściany.

– Wyświetl zawartość folderów: Linh Cinder, Rampion 214 klasy 11.3, Cesarz Kaito ze Wschodniej Wspólnoty. I… – Zamilkła na chwilę, ciesząc się nadchodzącą falą ekscytacji. – Carswell Thorne.

Cztery ekrany wypełniły się informacjami, które nazbierała. Usiadła, by jeszcze raz przejrzeć dokumenty, które właściwie znała już na pamięć.

O poranku 29 sierpnia Linh Cinder i Carswell Thorne uciekli z więzienia w Nowym Pekinie. Cztery godziny później Sybil wydała jej rozkaz – znajdź ich. Rozkaz ten, co Cress odkryła później, pochodził od samej królowej Levany.

Zebranie informacji o Linh Cinder zajęło jej najwyżej trzy minuty. Ale prawie wszystko, co znalazła, było fałszywe. Fałszywa Ziemska tożsamość napisana dla Księżycowej dziewczyny. Cress nie wiedziała nawet, jak długo Linh Cinder przebywała na Ziemi. Pojawiła się nagle pięć lat temu, kiedy miała (podobno) jedenaście lat. Jej biografia uwzględniała rodzinę oraz szkolne zapisy sprzed „wypadku autolotem”, który zabił jej „rodziców” i doprowadził do cyborgicznej operacji. Ale to też nie było prawdą. Wystarczyło prześledzić pochodzenie Linh Cinder zaledwie dwa pokolenia wstecz, by natrafić na ślepy zaułek. Te zapisy powstały tylko dla zmyłki.

Cress spojrzała na folder, który nadal pobierał informacje o cesarzu Kaito. Jego pliki były nieporównywalnie większe niż innych, bo każda chwila jego życia została zapisana i zachowana – od fanowskich grup netowych do oficjalnych dokumentów rządowych. Cały czas pojawiały się nowe informacje, a od chwili ogłoszenia zaręczyn z Księżycową królową nastąpiła istna eksplozja komunikatów. Nic przydatnego. Cress zamknęła to okno.

Folder Carswella Thorne’a wymagał nieco więcej wysiłku. Cress spędziła czterdzieści cztery minuty na włamywaniu się do rządowych akt w bazie danych Republiki Amerykańskiej i do pięciu innych agencji, które miały z nim styczność. Zbierała zapisy procesów i artykuły, historię wojskową i szkolne raporty, licencje i oświadczenia podatkowe, przy okazji tworząc oś czasu, która zaczynała się aktem urodzenia i ciągnęła przez zaszczyty oraz nagrody zdobyte w okresie dorastania, aż docierała do przyjęcia do wojska Republiki Amerykańskiej w wieku siedemnastu lat. Oś znikała na jakiś czas po jego dziewiętnastych urodzinach, kiedy to usunął sobie czip, ukradł statek kosmiczny i zdezerterował z wojska. To był dzień jego zdrady.

Pojawiała się ponownie osiemnaście miesięcy później, kiedy został odnaleziony i aresztowany we Wschodniej Wspólnocie.

Dodatek do oficjalnych raportów stanowiła spora ilość zachwytów i plotek z wielu fanowskich grup powstałych wraz z jego nowo uzyskanym statusem celebryty. Oczywiście nie miał ich tyle, co cesarz Kaito, ale wydawało się, że wiele Ziemskich dziewcząt wyjątkowo mocno pociągała idea tego przystojnego rozpustnika uciekającego przed prawem. Cress niezbyt się tym przejmowała. Wiedziała, że wszyscy niewłaściwie go oceniają.

Na wierzchu jego pliku znajdował się trójwymiarowy hologram z chwili ukończenia szkolenia wojskowego. Cress wolała go od znanego i rozpowszechnianego więziennego zdjęcia, na którym mrugał do kamery. Na hologramie miał na sobie świeżo odprasowany mundur z lśniącymi srebrnymi guzikami i uśmiechał się pewnie, unosząc zawadiacko jeden kącik ust.

Na widok tego uśmiechu Cress wręcz omdlewała.

Za. Każdym. Razem.

– Witaj ponownie, panie Thorne – wyszeptała do hologramu. A potem z tęsknym westchnieniem zwróciła się ku ostatniemu folderowi.

Rampion 214 klasy 11.3. Wojskowy statek ładunkowy, który ukradł Thorne. Cress wiedziała o tym statku wszystko, od szczegółowych planów po harmonogram napraw (optymalny oraz prawdziwy).

Wszystko.

Łącznie z jego lokalizacją.

Kliknęła ikonę na górnym pasku folderu i zastąpiła hologram Carswella Thorne’a jedną z galaktycznych siatek pozycjonowania. W polu widzenia pojawiła się Ziemia z postrzępionymi brzegami kontynentów wyglądającymi dla niej równie znajomo, co kod Małej Cress. W końcu pół życia spędziła, oglądając tę planetę z odległości 26 071 kilometrów.

Planetę okrążały tysiące małych, migoczących kropek oznaczających wszystkie statki i satelity rozmieszczone od tego punktu aż do Marsa. Cress wystarczyło jedno spojrzenie, by stwierdzić, że gdyby w tej chwili wyjrzała przez wychodzące na Ziemię okno, to zobaczyłaby niczego niepodejrzewający statek patrolowy Wspólnoty mijający właśnie jej nieoznakowanego satelitę. Był czas, kiedy kusiło ją, żeby go wezwać, ale jaki to miałoby sens?

Żaden Ziemianin nigdy nie zaufałby Księżycowej, więc nie było mowy o jakimkolwiek ratunku.

Dlatego i tym razem Cress zignorowała statek, nucąc pod nosem i usuwając z hologramu kolejne oznaczenia, aż został na nim tylko identyfikator Rampiona. Pojedyncza żółta kropka, niepasująca do reszty hologramu, którą mogła odnieść do widocznej poniżej planety.

Unosiła się 12 414 kilometrów nad Oceanem Atlantyckim.

Wywołała identyfikator własnego orbitującego satelity. Gdyby przyczepić sznurek od niego do centrum Ziemi, to przeciąłby ją idealnie na wybrzeżu prowincji Japonii.

Daleko od siebie. Jak zawsze. W końcu pole orbity było całkiem spore.

Odnalezienie koordynatów Rampiona stanowiło jedno z najtrudniejszych wyzwań w całej hakerskiej karierze Cress. Nawet jako takie zajęło jej zaledwie trzy godziny i pięćdziesiąt jeden minut, z adrenaliną i pulsem śpiewającymi w żyłach.

Musiała znaleźć ich pierwsza.

Musiała znaleźć ich pierwsza.

Bo musiała ich chronić.

W końcu okazało się to kwestią matematyki oraz dedukcji. Wykorzystała sieć satelity, by odbić sygnał od wszystkich orbitujących wokół Ziemi statków. Odrzuciła te z wykrywalnym sprzętem namierzającym, bo wiedziała, że w Rampionie został zdemontowany. Odrzuciła te za duże i za małe.

Pozostały głównie statki Księżycowych, a wszystkie one były już oczywiście pod jej obserwacją. Od lat tłumiła ich sygnał i oszukiwała fale radiowe. Wielu Ziemian wierzyło, że statki Księżycowych były niewidzialne dzięki mentalnym sztuczkom ich właścicieli. Gdyby tylko wiedzieli, że wszystkie problemy powodowała zwykła, bezużyteczna skorupka.

W końcu okazało się, że tylko trzy okrążające Ziemię statki pasują do kryteriów, a dwa z nich (bez wątpienia nielegalne i pirackie) natychmiast wylądowały na Ziemi, gdy tylko zorientowały się, że za chwilę wpadną w sam środek wielkiego przeszukiwania kosmosu. Cress z ciekawości przejrzała potem akta Ziemskiej policji w tej okolicy i dowiedziała się, że obydwa statki zostały odkryte przy wlatywaniu w Ziemską atmosferę. Głupi przestępcy.

To pozostawiało tylko jeden. Rampiona. A na nim Linh Cinder i Carswella Thorne’a.

W ciągu dwunastu minut od określenia ich lokalizacji Cress stłumiła wszystkie sygnały, które miały szansę ich odnaleźć. Zrobiła to dokładnie w ten sam sposób, co zwykle. I jakby za sprawą magii Rampion 214 klasy 11.3 rozpłynął się w kosmosie.

A potem wykończona umysłowym wysiłkiem opadła na niepościelone łóżko i z oszołomieniem wpatrywała się w sufit. Udało jej się. Sprawiła, że stali się niewidzialni.

Z jednego z ekranów wydobyło się piknięcie, odrywając uwagę Cress od latającej kropki oznaczającej Rampiona. Dziewczyna odwróciła się i wzdrygnęła, kiedy kosmyk włosów wkręcił się w kółko fotela. Wyrwała go jedną ręką, a drugą stuknęła ekran, wybudzając go z uśpienia. Muśnięciem palców powiększyła okno.

 

TEORIE KONSPIRACYJNE TRZECIEJ ERY

– Jeszcze jedna? – wymamrotała.

Miłośnicy teorii szpiegowskich przechodzili sami siebie, odkąd dziewczyna-cyborg zniknęła. Niektórzy mówili, że Linh Cinder pracowała dla rządu Wspólnoty albo królowej Levany, albo że spiskowała z sekretnym stowarzyszeniem, które poprzysięgło obalić jakiś rząd, albo że była zaginioną księżniczką Księżycowych, albo że wiedziała, gdzie znajduje się księżniczka, albo też że była powiązana z epidemią litumozy, albo że uwiodła cesarza Kaito i była teraz w ciąży z Księżycowo-Ziemsko-cyborgicznym czymś.

Wokół Carswella Thorne’a krążyło prawie tyle samo plotek. Pojawiały się teorie na temat prawdziwego powodu, dla którego znalazł się w więzieniu, a wśród nich przewijało się knucie zamachu na poprzedniego cesarza. Niektórzy twierdzili, że współpracował z Linh Cinder na wiele lat przed jej aresztowaniem albo że był powiązany z podziemiem, które dawno temu zinfiltrowało system więzienny, przygotowując się do dnia, kiedy ich człowiek będzie potrzebował pomocy. Najnowsza teoria sugerowała, że Carswell Thorne był tak naprawdę ukrywającym się Księżycowym taumaturgiem, który miał pomóc Linh Cinder uciec, by Księżyc miał powód do rozpoczęcia wojny.

Ogólnie nikt niczego nie wiedział.

Z wyjątkiem Cress, która znała prawdę na temat zbrodni Carswella Thorne’a, jego procesu i ucieczki – a przynajmniej tych elementów ucieczki, które była w stanie ustalić na podstawie nagrań z kamer bezpieczeństwa w więzieniu i zeznań strażników na służbie.

Właściwie Cress była przekonana, że wiedziała o Carswellu Thornie więcej niż ktokolwiek inny. W jej życiu rzadko zdarzało się cokolwiek nowego, więc stał się dla niej punktem zaczepienia i fascynacją. Z początku mierził ją z tą całą chciwością i bezmyślnością. Opuściwszy wojsko, pozostawił pół tuzina kadetów i dwóch dowodzących oficerów bez możliwości opuszczenia pewnej karaibskiej wyspy. Ukradł kolekcję rzeźb bogini z drugiej ery prywatnemu kolekcjonerowi we Wschodniej Wspólnocie i komplet wenezuelskich śniących lalek wypożyczonych do muzeum w Australii, prawdopodobnie po to, żeby już nikt więcej ich nie zobaczył. Istniały też dodatkowe doniesienia o nieudanym rabunku na młodej wdowie ze Wspólnoty, która miała sporą kolekcję antycznej biżuterii.

Cress nie przerywała poszukiwań, zahipnotyzowana jego biegiem w stronę samozniszczenia. Jakby oglądała uderzenie asteroidy. Nie była w stanie odwrócić wzroku.

Ale wtedy w wynikach jej wyszukiwania zaczęły pojawiać się dziwne anomalie.

Lat osiem. Miasto Los Angeles przez cztery dni pozostawało w stanie paniki po tym, jak z zoo uciekł rzadki sumatrzański tygrys. Nagranie z kamery ukazywało młodego Carswella Thorne’a, który otworzył klatkę podczas wycieczki klasowej. Później powiedział władzom, że tygrys wyglądał na smutnego, gdy był zamknięty, i że wcale nie żałuje, że go wypuścił. Na szczęście nikt nie ucierpiał, z tygrysem włącznie.

Lat jedenaście. Jego rodzice złożyli doniesienie na policji, twierdząc, że zostali okradzeni – w nocy zaginął diamentowy naszyjnik spoczywający w kuferku na biżuterię jego matki. Znaleziono go na aukcji internetowej, gdzie chwilę wcześniej został sprzedany za 40 000 uni klientowi z Brazylii. Sprzedającym był oczywiście sam Carswell, który jeszcze nie zdążył wysłać naszyjnika i musiał zwrócić zapłatę oraz udzielić oficjalnych przeprosin. Przeprosiny te upubliczniono, by przestrzec innych nastolatków przed takim samym pomysłem. Twierdził, że chciał tylko zebrać pieniądze dla lokalnej instytucji charytatywnej oferującej osobom starszym pomoc androidów.

Lat trzynaście. Carswell Thorne został na tydzień zawieszony w prawach ucznia po bójce z trzema chłopakami ze swojej klasy, którą według raportu szkolnego androida medycznego wyraźnie przegrał. Jego zeznania mówiły, że jeden z chłopców ukradł ekraport dziewczynie o imieniu Kate Fallow. Carswell jedynie próbował go odzyskać.

Uwagę Cress przyciągały coraz nowsze sytuacje tego typu. Kradzież, przemoc, włamania, zawieszenia, upomnienia policji. A jednak Carswell Thorne zawsze miał jakieś wyjaśnienie, jeśli tylko dano mu na to szansę. Dobre wyjaśnienie. Ściskające serce, przyspieszające puls, zachwycające.

To, jak Cress postrzegała Thorne’a, zaczęło się zmieniać niczym słońce wschodzące nad Ziemskim horyzontem. Ostatecznie okazało się, że Carswell Thorne nie był pozbawionym serca draniem. Gdyby ktokolwiek wysilił się, by lepiej go poznać, to zobaczyłby, jaki jest współczujący i rycerski.

Był dokładnie takim bohaterem, o jakim Cress marzyła przez całe życie.

Kiedy to odkryła, myśli o Carswellu Thornie zaczęły wypełniać każdą chwilę jej dnia. Śniła o połączeniu dusz i pełnych pasji pocałunkach, o śmiałych eskapadach. Wystarczy, by chociaż raz ją spotkał i z pewnością poczuje to samo. Będzie jak w jednym z tych epickich romansów, w których uczucia wybuchają pełne namiętności i płoną całą wieczność, nie słabnąc nawet na chwilę. To taka miłość, której nie pokona czas, odległość ani śmierć.

Cress wiedziała o bohaterach przynajmniej tyle, że nie byli w stanie oprzeć się damie w opałach.

A ona zdecydowanie była w opałach.

4

Scarlet przycisnęła wacik do kącika ust Wilka i potrząsnęła głową.

– Może i nie trafia cię zbyt często, ale za to skutecznie.

Wilk był rozpromieniony mimo rosnącego mu na szczęce siniaka. Oczy błyszczały mu w świetle lamp ambulatorium.

– Widziałaś, jak zmusiła mnie do potknięcia, zanim uderzyła? Nie spodziewałem się tego. – Z entuzjazmem pocierał dłońmi uda, uderzając przy tym piętami w nogę stołu. – Myślę, że wreszcie do czegoś dochodzimy.

– Cóż, fajnie, że jesteś z niej dumny, ale może następnym razem mogłaby uderzyć cię normalną ręką. – Scarlet odsunęła wacik. Rana nadal krwawiła w miejscu, gdzie jego warga nadziała się na górny kieł, ale nie wyglądało to już tak źle, jak poprzednio. Scarlet sięgnęła po gojącą maść.

– Być może dojdzie ci kolejna blizna do kolekcji. Na dodatek wygląda prawie jak ta po drugiej stronie ust, więc przynajmniej będzie symetrycznie.

– Nie przeszkadzają mi. – Wzruszył ramionami z błyskiem rozbawienia w oczach. – Teraz niosą lepsze wspomnienia niż kiedyś.

Scarlet zamarła z kroplą maści na palcu. Wilk skupił uwagę na swoich złączonych dłoniach, a na policzki wpełzła mu odrobina koloru. W ciągu kilku sekund ona sama też poczuła ciepło w środku, przypominając sobie noc, którą jakiś czas temu spędzili jako pasażerowie na gapę kolei magnetycznej. To wtedy przesuwała palcami po bladej bliźnie na jego ramieniu, muskała ustami ledwo widoczne ślady na twarzy, została wzięta w ramiona…

Pchnęła go w ramię.

– Przestań się tak uśmiechać – powiedziała, pokrywając ranę maścią. – Pogarszasz sprawę.

Natychmiast spoważniał, ale kiedy ponownie na nią spojrzał, w jego oczach nadal czaiły się radosne iskierki.

Jedyny raz pocałowali się właśnie tamtej nocy w kolei magnetycznej. Scarlet nie mogła przecież liczyć incydentu podczas uwięzienia przez oddział specjalny, tę całą sforę. Wilk przekazał jej wtedy czip identyfikacyjny, dzięki któremu udało jej się uciec, ale w tamtym pocałunku nie było żadnej czułości. No i wtedy nim gardziła.

Ale te chwile w pociągu spowodowały wiele nieprzespanych nocy, odkąd weszła na pokład Rampiona. Niejednokrotnie leżała całkiem przytomna i wyobrażała sobie, jak wyślizguje się z łóżka i skrada do pokoju Wilka. I nie mówi ani słowa, kiedy on otwiera drzwi, tylko go obejmuje. Wplata mu palce we włosy. A potem całkowicie poddaje się poczuciu bezpieczeństwa, które jak dotąd znalazła tylko w jego ramionach.

Jednak nigdy tego nie zrobiła.

Nie dlatego, że bała się odrzucenia – Wilk niezbyt krył się z powłóczystymi spojrzeniami i swoimi reakcjami nawet na najlżejszy dotyk. I nigdy nie cofnął słów, które wypowiedział po ataku.

Jesteś tylko ty, Scarlet. Zawsze będziesz tylko ty.

Scarlet wiedziała, że czeka, by to ona zrobiła pierwszy krok.

Ale za każdym razem, gdy ją kusiło, przypominała sobie tatuaż na jego ramieniu, który na zawsze naznaczył go jako członka Lunarnego Szpiegowskiego Oddziału Specjalnego. Nadal miała złamane serce z powodu utraty babci i świadomości, że Wilk mógł ją uratować. Mógł ją ochronić. W gruncie rzeczy mógł wszystkiemu zapobiec.

Tyle że to nie było wobec niego w porządku.

Wtedy jeszcze nie znał Scarlet, wtedy jeszcze mu nie zależało. A gdyby spróbował ocalić jej babcię, inni szeregowcy jego także by zabili. I Scarlet naprawdę zostałaby sama.

Może wahała się dlatego, że szczerze powiedziawszy, nadal odrobinę bała się Wilka. Kiedy był szczęśliwy, flirtował, a czasem wykazywał uroczą nieporadność, łatwo było wyrzucić z pamięci, że miał też drugą naturę. Ale Scarlet zbyt wiele razy widziała go w walce, by zapomnieć. I nie chodziło o ostrożne bójki z Cinder, ale walki, gdzie bez zawahania łamał ludziom karki albo odrywał mięśnie od kości samymi ostrymi zębami.

Nadal wzdrygała się na to wspomnienie.

– Scarlet?

Podskoczyła. Wilk obserwował ją z wygiętą brwią.

– Co się dzieje?

– Nic. – Przywołała uśmiech, z ulgą zauważając, że nie jest wymuszony.

Tak, było w nim coś mrocznego, ale potwór, którego wcześniej widziała, nie był tym samym, co siedzący przed nią teraz mężczyzna. Cokolwiek mu zrobili ci Księżycowi naukowcy, Wilk ciągle pokazywał, że może dokonywać własnych wyborów. Że może być inny.

– Po prostu myślałam o bliznach – powiedziała, zakręcając maść. Warga Wilka przestała krwawić, choć siniaki pewnie będą widoczne jeszcze przez kilka dni.

Scarlet przytrzymała dłonią brodę Wilka, po czym obróciła lekko jego głowę i złożyła pocałunek na ranie. Wilk gwałtownie wciągnął powietrze, ale poza tym zastygł w bezruchu, co w jego wykonaniu było niezłym wyczynem.

– Przeżyjesz – zawyrokowała, odsuwając się i wrzucając bandaże do kosza.

– Scarlet? Wilk? – trzeszczący głos Iko wydobył się z głośników w ścianie. – Czy możecie przejść do ładowni? W wiadomościach jest coś, co pewnie chcielibyście zobaczyć.

– Już idziemy – oznajmiła Scarlet, chowając resztę rzeczy, podczas gdy Wilk zeskoczył ze stołu. Kiedy na niego spojrzała, uśmiechał się szeroko i pocierał palcem rozcięcie.

W ładowni Thorne i Cinder siedzieli na skrzyniach, pochyleni nad talią papierowych kart. Włosy Cinder nadal były w nieładzie po połowicznej wygranej z Wilkiem.

– O, świetnie – odezwał się Thorne, spoglądając w górę. – Scarlet, powiedz Cinder, że oszukuje.

– Nie oszukuję.

– Właśnie zagrałaś dwa razy po dublu. Nie możesz tak.

Cinder skrzyżowała ramiona.

– Thorne, właśnie władowałam sobie do mózgu oficjalne zasady. Wiem, co mogę, a czego nie.

– Aha! – Strzelił palcami. – Właśnie! Nie możesz tak po prostu ściągać rzeczy w środku gry w Korony. Tutejsza zasada. Oszukujesz.

Cinder zamachnęła się, rzucając kartami przez ładownię. Scarlet złapała w locie trójkę.

– Mnie też uczyli, że nie można zagrać dwóch dubli zaraz po sobie. Ale może tylko babcia tak grała.

– Albo Cinder oszukuje.

– Nie oszu… – warknęła Cinder przez zaciśnięte zęby.

– Iko nas tu po coś wezwała, nie? – odezwała się Scarlet, rzucając kartę z powrotem na stos.

– Oui, mademoiselle– przytaknęła Iko, naśladując akcent, z jakim Thorne zwracał się do Scarlet, choć w jej wykonaniu brzmiało to bardziej autentycznie. – Mocne wiadomości na temat Księżycowych oddziałów specjalnych.

Ekranet na ścianie zamigotał, kiedy Iko zamieniła tykający zegar i plany pałacu na serię widów – twarze reporterów i ziarniste nagrania uzbrojonego wojska prowadzącego pół tuzina umięśnionych mężczyzn do zabezpieczonego autolotu.

– Wygląda na to, że od czasu ataku Republika Amerykańska prowadzi śledztwo dotyczące szeregowców i właśnie przeprowadza błyskawiczne akcje w trzech zaatakowanych miastach: Nowym Jorku, Meksyku i Sao Paulo. Już złapali pięćdziesięciu dziewięciu szeregowców i czterech taumaturgów i aresztowali ich jako jeńców wojennych.

Scarlet podeszła bliżej ekranu, który ukazywał nagranie z Manhattanu. Najwyraźniej ta konkretna sfora ukrywała się w porzuconych tunelach metra. Szeregowcy mieli spętane dłonie i kostki i w każdego celowało z broni przynajmniej dwóch członków otaczającego ich oddziału. Wszyscy jednak wyglądali na tak rozluźnionych, jakby właśnie zbierali kwiaty na łące. Jeden nawet uśmiechnął się szeroko do mijanej kamery.

– Znasz któregoś z nich?

Wilk chrząknął.

– Nie za dobrze. Sfory zwykle się nie spoufalają, ale widziałem ich w stołówce i czasem na treningu.

– Nie wyglądają na zbyt przejętych – stwierdził Thorne. – Chyba nigdy nie próbowali więziennego żarcia.

Cinder stanęła obok Scarlet.

– Nie zostaną tam długo. Ślub już za dwa tygodnie, a wtedy zostaną wypuszczeni i odesłani na Księżyc.

Thorne wsadził kciuki za szlufki pasa.

– W takim razie to wygląda na wielkie marnotrawstwo czasu i pieniędzy.

– Nie zgadzam się – powiedziała Scarlet. – Ludzie nie mogą ciągle żyć w strachu. Rząd próbuje pokazać, że robi coś, żeby nie dopuścić do kolejnej masakry. W ten sposób czuje, że ma jakąś kontrolę nad sytuacją.

Cinder potrząsnęła głową.

– A co jeśli Levana się zemści? Całym sensem tego sojuszu przez małżeństwo jest jej uspokojenie.

– Nie zemści się – oznajmił Wilk. – Wątpię, czy w ogóle ją to obchodzi.

Scarlet spojrzała na tatuaż na jego przedramieniu.

– Po całym wysiłku, jaki włożyła w stworzenie was… ich?

– Nie będzie chciała narazić sojuszu. Nie dla szeregowców, którzy i tak mieli się przydać tylko do jednej rzeczy: do pierwszego ataku i przypomnienia Ziemianom, że Księżycowi mogą być każdym i mogą być wszędzie. Chodziło o to, żeby zaczęli się nas bać. – Zaczął niespokojnie przestępować z nogi na nogę. – Już nie jesteśmy jej potrzebni.

– Mam nadzieję, że masz rację – wtrąciła Iko. – Bo teraz, gdy już odkryli sposób na odnalezienie szeregowców, wszyscy oczekują, że reszta Unii zrobi to samo.

– A jak właściwie ich znaleźli? – zapytała Cinder, poprawiając kucyk.

System chłodzący z westchnieniem zassał powietrze.

– Okazało się, że Księżycowi zdołali przeprogramować kilka droidów medycznych na kwarantannach na całym świecie. Zbierały czipy identyfikacyjne zmarłych i przesyłały je szeregowcom do przeprogramowania i wszczepienia, żeby mogli wtopić się w społeczeństwo. Kiedy rząd to wykrył, wystarczyło tylko pójść śladem czipów, który doprowadził prosto do baz sfor.

– Peony… – Cinder przysunęła się do ekranu. – To dlatego ten android chciał jej czip. Chcesz mi powiedzieć, że wylądowałby w którymś z nich?

– Prawdziwie uprzejme w stosunku do naszego wilczego przyjaciela – zauważył Thorne.

Cinder pomasowała skroń.

– Przepraszam, Wilku. Nie miałam na myśli ciebie. – Zawahała się. – Tylko że… Właściwie miałam. Miałam na myśli każdego. Ona była moją siostrzyczką. Jak wielu ludzi umarło przez tę chorobę tylko po to, żeby ktoś mógł wykorzystać ich tożsamość? Bez obrazy.

– W porządku – rzekł Wilk. – Kochałaś ją. Czułbym się tak samo, gdyby ktoś chciał wymazać tożsamość Scarlet i oddać czip armii Levany.

Scarlet zesztywniała, czując gorąco rozlewające się po policzkach. Z pewnością nie sugerował przecież…

– Oooch – zapiszczała Iko. – Czy Wilk właśnie powiedział, że kocha Scarlet? To takie słodkie!

Scarlet wzdrygnęła się.

– Wcale nie… To nie… – Zacisnęła dłonie w pięści. – Czy możemy wrócić do kwestii aresztowania tych szeregowców, proszę?

– Zarumieniła się? Brzmi, jakby się zarumieniła.

– Zarumieniła się – potwierdził Thorne, tasując karty. – Właściwie Wilk też wygląda trochę czerwono…

– Skupcie się, proszę – przerwała im Cinder, za co Scarlet miała ochotę ją ucałować. – A więc zabierali czipy ofiarom plagi. I co teraz?

Światła przygasły, kiedy Iko opanowała swój entuzjazm.

– Cóż, więcej już tak nie będzie. Wszystkie amerykańskie androidy przydzielone na kwarantanny są właśnie sprawdzane i przeprogramowywane, reszta Unii zrobi pewnie to samo.

Na ekranie ostatni szeregowiec na Manhattanie wchodził właśnie do opancerzonego autolotu. Drzwi brzęknęły i zatrzasnęły się za jego plecami.

– Przynajmniej jeden problem z głowy – stwierdziła Scarlet, myśląc o sforze, która ją więziła i która zabiła jej babcię. – Mam nadzieję, że Europa też na nich zapoluje. Mam nadzieję, że ich powybija.

– A ja mam nadzieję, że nie pomyślą, że ich praca się skończyła – powiedziała Cinder. – Tak jak powiedział Wilk, prawdziwa wojna jeszcze się nawet nie zaczęła. Ziemia powinna zachować teraz pełną czujność i być przygotowana na wszystko.

– A my powinniśmy upewnić się, że jesteśmy w stanie zatrzymać ten ślub i posadzić cię na tronie – dodała Scarlet, od razu zauważając, jak Cinder wzdryga się na wspomnienie, że ma zostać królową. – Jeśli nam się uda, to ta wojna być może nigdy się nie rozwinie.

– Mam sugestię – powiedziała Iko, zastępując wiadomości o Księżycowych szeregowcach trwającą relacją z przygotowań do ślubu. – Skoro mamy wkraść się do pałacu w Nowym Pekinie w czasie, kiedy będzie tam Levana, to czemu po prostu jej nie zabić? Nie chcę brzmieć jak nieczuła morderczyni, ale czy to nie rozwiązałoby wielu naszych problemów?

– To nie takie proste – stwierdziła Cinder. – Pamiętaj, o kim mówimy. Ona jest w stanie wyprać mózgi setkom ludzi jednocześnie.

– Nie zrobi tego mnie – zauważyła Iko. – Ani tobie.

Wilk potrząsnął głową.

– Trzeba by armii, żeby podejść wystarczająco blisko. Będzie miała ze sobą niezliczoną ilość strażników i taumaturgów. Nie wspominając już o Ziemianach, których może użyć jako żywych tarcz albo wykorzystać jako broń.

– Łącznie z Kaiem – dodała Cinder.

Silnik statku zacharczał, aż zatrzęsły się ściany.

– Masz rację. Nie możemy tego zaryzykować.

– Nie, ale możemy powiedzieć światu, że jest oszustką i morderczynią. – Cinder oparła dłonie na biodrach. – Już wiedzą, że jest potworem. Po prostu musimy im pokazać, że nikt nie będzie bezpieczny, jeśli zostanie cesarzową.

5

Ekran czwarty – powiedziała Cress, mrużąc oczy w stronę rzędu ikon. – Frant na D5.

I nie czekając aż animowany błazen przemieści się na swoje nowe miejsce, przeniosła uwagę na kolejną grę. – Ekran piąty. Weź rubiny i sztylety. Odrzuć korony.

Ekran zamigotał, ale już patrzyła dalej.

– Ekran szósty. – Zatrzymała się, żując końcówki włosów. Ekran wypełniło dwanaście rzędów numerów, niektóre pola były puste, podczas gdy inne wypełnione różnymi kolorami i wzorami. Kiedy jej mózg przyswoił równanie – wcale nie miała pewności, że kolejny raz by sobie z nim poradziła – łamigłówka rozbłysła przed nią, ukazując rozwiązanie jasne jak wschód Księżyca nad Ziemią.

– 3A, wpisz żółte 4. 7B to czarne 16, a 9G czarne 20.

Rzędy zniknęły zastąpione piosenkarzem z drugiej ery urokliwie śpiewającym do mikrofonu i rozpływającą się w oklaskach publicznością.

– Gratulacje, siostrzyczko – odezwała się Mała Cress. – Wygrałaś!

Ale zwycięstwo Cress nie trwało długo. Przewróciła się na bok i jeszcze raz zerknęła na pierwszą grę. Zobaczyła najnowszy ruch wykonany przez Małą Cress i jej duma została zmiażdżona. Dała się zapędzić w kozi róg.

– Ekran pierwszy – wymamrotała, przerzucając włosy przez ramię i bezmyślnie plącząc wilgotne końcówki wokół palców. Pięć węzłów później całkowicie zapomniała o swoim zwycięstwie na ekranie szóstym. Mała Cress wygra tę partię.

Westchnęła i wykonała najlepszy możliwy ruch, ale król Małej Cress natychmiast przemieścił się do centrum holograficznego labiryntu i zabrał złoty kielich. Pojawił się roześmiany błazen i połknął resztę planszy.

Cress warknęła i odgarnęła włosy z szyi, czekając na kolejne zadanie, które wylosuje dla niej jej młodsze ja.

– Wygrałam! – oznajmiła Mała Cress, kiedy zniknął hologram na ekranie. Reszta gier automatycznie się zablokowała. – Jesteś mi winna dziesięć minut tańca westernowego, a potem trzydzieści przysiadów z wyskokiem. Zaczynamy!

Cress przewróciła oczami, żałując, że podczas nagrywania głosu brzmiała tak radośnie. Ale wykonała polecenie, zsuwając się z łóżka, kiedy na ekranie pojawił się wąsaty mężczyzna w wielkim kapeluszu, stojący z kciukami wsuniętymi w szlufki spodni.

Kilka lat temu, kiedy uświadomiła sobie, że jej miejsce pobytu nie oferuje zbyt wielu okazji do fizycznej aktywności, Cress zaliczyła etap fitnessowy. Zainstalowała gry korzystające z szerokiej gamy propozycji aktywności fizycznych, które musiała wykonywać za każdym razem, kiedy przegrała. Często żałowała tej decyzji, ale rzeczywiście pomogło jej to nie zrosnąć się z fotelem, a poza tym taniec i joga nawet całkiem jej się podobały. Chociaż na przysiady z wyskokiem jakoś się nie cieszyła.

Brzęk gitary oznajmił początek tańca, ale długi dzwonek nieco odwlókł tę konieczność. Z palcami zasadzonymi za nieistniejące szlufki spodni Cress rozejrzała się po ekranach.

– Mała Cress, co…

– Otrzymałyśmy prośbę o bezpośrednią komunikację od Nieznanego Użytkownika: Mechanik.

Przewróciło jej się w żołądku, jakby właśnie zrobiła salto w tył.

Mechanik.

Krzyknęła i na wpół potykając się, a na wpół upadając, dopadła do najmniejszego ekranu, by pospiesznie wpisać komendę wyłączającą program fitness. Sprawdziła firewall i ustawienia prywatności, po czym wreszcie to zobaczyła. Żądanie B-KOM i najniewinniejsze z pytań.

 

ZAAKCEPTOWAĆ?

Cress zaschło w ustach i przesunęła dłońmi po włosach.

– Tak! Akceptuj!

Okienko zniknęło, zastąpione czernią, a potem…

Potem…

Oto był.

Carswell Thorne.

Siedział odchylony na krześle, z obcasami butów tuż przy ekranie. Za nim stało troje innych ludzi, ale Cress widziała tylko niebieskie oczy patrzące na nią, prosto na nią, i zaczynała czuć ten sam co zawsze zapierający dech zachwyt.

Tę samą cudowność.

To samo zauroczenie.

Choć dzieliły ich dwa ekrany i wielka, pusta przestrzeń, czuła, jak wraz z tym spojrzeniem tworzy się między nimi więź. Więź, której nie da się przerwać. Ich oczy spotkały się po raz pierwszy i po jego zdumieniu wiedziała, że on czuje to samo.

Na policzki Cress wpełzło gorąco. Zaczęły jej się trząść ręce.

– Niebiosa – wymamrotał Carswell Thorne. Opuścił nogi na podłogę i pochylił się, by spojrzeć na nią z bliska. – Czy to wszystko to włosy?

Więź pękła, a obraz tej jedynej, idealnej i prawdziwej miłości rozpadł się wokół niej.

Nagle w gardło wlała jej się przerażająca panika. Cress pisnęła, uciekła poza pole widzenia kamery i wpełzła pod biurko. Uderzyła plecami o ścianę z takim impetem, że aż zaszczękała zębami. Skuliła się tam z rozpaloną skórą i bijącym sercem, chłonąc widok pomieszczenia, w którym się znajdowała i które on też teraz widział – wszystko, włącznie z rozrzuconą pościelą oraz wąsatym mężczyzną widniejącym na pozostałych ekranach, który przekonywał ją, żeby złapała swojego wymyślonego partnera i zatańczyła.

– Co… Gdzie ona zniknęła? – Dobiegł z głośników głos Thorne’a.

– No naprawdę, Thorne. – Dziewczyna. Linh Cinder? – Czy ty w ogóle myślisz, zanim coś powiesz?

– No co? Co takiego powiedziałem?

– Czy to wszystko to włosy?

– Ale widzieliście? Jak skrzyżowanie sroczego gniazda i kłębka przędzy przeżutego przez geparda.

Uderzenie serca.

– Geparda?

– Pierwszy duży kot, jaki przyszedł mi do głowy.

Cress w pośpiechu próbowała przeczesać palcami plątaninę włosów wokół uszu. Nie ścinała ich, odkąd została umieszczona w tej satelicie, i teraz sięgały jej poniżej kolan, ale Sybil nie przywoziła tu żadnych ostrych przedmiotów, a Cress już dawno przestała się martwić utrzymywaniem ich w schludnym warkoczu. W końcu kto niby miał ją oglądać?

Och, gdyby tylko rano poświęciła czas na porządne uczesanie i ułożenie włosów. Gdyby miała na sobie sukienkę bez dziury w kołnierzu. Czy chociaż umyła zęby po śniadaniu? Nie pamiętała, a teraz była pewna, że ma między zębami kawałki szpinaku ze swoich mrożonych i liofilizowanych jajek po florencku.

– Czekaj, daj mi z nią pomówić.

Odgłos szurania ze strony ekranu.

– Halo? – Znowu ta dziewczyna. – Wiem, że mnie słyszysz. Przepraszam, że mój przyjaciel jest takim osłem. Możesz go po prostu zignorować.

– My zwykle tak robimy – odezwał się inny żeński głos.

Cress w pośpiechu szukała lustra albo czegoś, co mogłoby je zastąpić.

– Musimy z tobą porozmawiać. Jestem… Tu Cinder. Mechanik, która naprawiła androida?

Cress uderzyła dłonią w kosz na pranie. Ten przewrócił się na fotel na kółkach, który wystrzelił na środek pokoju, gdzie walnął o dalsze biurko i rozkołysał kubek w połowie wypełniony wodą. Cress zamarła z rozszerzonymi oczami, podczas gdy naczynie przechyliło się w stronę dysku, na którym znajdowała się Mała Cress.

– Yyy… Halo? Czy możesz teraz mówić?

Kubek znieruchomiał i z powrotem stanął prosto, nie roniąc ani kropli.

Cress powoli wypuściła powietrze.

To spotkanie nie miało tak wyglądać. Wyobrażała je sobie setki razy i zawsze przebiegało zupełnie inaczej. Co właściwie mówiła we wszystkich tych fantazjach? Jak się zachowywała? Kim była ta osoba?

Jedyne, co w tej chwili zaprzątało jej myśli, to obezwładniające zażenowanie westernowym tancerzem (odwróć się do swojego partnera ido-si-do!), włosy wyglądające niczym srocze gniazdo, spocone dłonie i ogłuszające dudnienie pulsu.

Zacisnęła powieki i zmusiła się do skupienia, myślenia.

Nie była głupią, małą dziewczynką chowającą się pod biurkiem. Była… Była…

Aktorką.

Cudowną, pewną siebie, utalentowaną aktorką.

Miała na sobie sukienkę z cekinów, które błyszczały jak gwiazdy. Sukienkę, która zahipnotyzuje każdego, kto ją zobaczy. Nie wątpiła w swoją moc oczarowywania wszystkich wokół siebie, moc zdecydowanie większą niż zdolności taumaturgów do manipulowania tłumem. Cress zapierała dech w piersiach. Była…

Osobą, która kuli się i kryje pod biurkiem.

– Jesteś tam?

Chrząknięcie.

– Taaa, idzie ci całkiem nieźle. – Carswell Thorne.

Cress wzdrygnęła się, ale oddychała już spokojniej, chowając się w kokonie swojej fantazji.

– To tylko scena – wyszeptała dość cicho, by jej nie usłyszeli. Pobudziła swoją wyobraźnię. To nie była jej sypialnia, jej sanktuarium, jej więzienie. To była scena, z kamerami, światłami i dziesiątkami dyrektorów, producentów oraz kręcących się wokół androidów asystujących.

A ona była aktorką.

– Mała Cress, zatrzymaj program fitness.

Ekrany zamarły, w pomieszczeniu ucichło, a Cress wypełzła spod biurka.

Teraz przed ekranem siedziała Cinder, a Carswell Thorne pochylał się nad jej ramieniem. Cress patrzyła na niego wystarczająco długo, by zauważyć uśmiech, który prawdopodobnie miał być przepraszający, ale tylko wprawił jej serce w szybsze bicie.

– Cześć – powiedziała Linh Cinder. – Przepraszam, że cię tak wystraszyliśmy. Pamiętasz mnie? Rozmawiałyśmy kilka tygodni temu, w dniu koronacji i…

– T-tak, oczywiście – zająknęła się. Zaczęły jej się trząść kolana, kiedy ukradkiem próbowała przysunąć bliżej fotel. Wreszcie na nim usiadła. – Cieszę się, że nic ci nie jest. – Zmusiła się do skupienia na Linh Cinder. Nie na Carswellu Thornie. Jeśli tylko zdoła unikać jego spojrzenia, to sobie poradzi. Nie straci opanowania.

A jednak pokusa zerknięcia na niego była tak silna, że z trudem się przed nią broniła.

– Och, dziękuję – odpowiedziała Cinder. – Nie byłam pewna… To znaczy, śledzisz wiadomości z Ziemi? Wiesz, co się wydarzyło od…

– Wiem wszystko.

Cinder zamilkła na chwilę.

Cress uświadomiła sobie, że jej słowa zlały się ze sobą, więc przypomniała sobie, że skoro już gra taką skomplikowaną rolę, to powinna wyraźniej artykułować słowa. Zmusiła się do wyprostowania pleców.

– Oglądam wszystkie kanały – wyjaśniła. – Wiem, że widziano was we Francji i śledzę wasz statek, więc wiem, że nie został zniszczony, ale nie wiedziałam, czy zostaliście ranni oraz co dokładnie się stało. Próbowałam nawiązać połączenie B-KOM, ale nie odpowiadałaś. – Wypuściła powietrze z płuc i odruchowo zaczęła zaplatać kosmyk włosów na palec. – Ale cieszę się, że wszystko z wami w porządku.

– Tak, tak, w porządku z nią, z nami, ze wszystkimi – odezwał się Thorne, opierając łokieć na ramieniu Cinder i ze zmarszczonymi brwiami nachylając się w stronę ekranu. Nie dało się dalej unikać jego spojrzenia i z ust Cress wyrwał się krótki pisk, jakiego chyba nigdy wcześniej z siebie nie wydała. – Czy ty właśnie powiedziałaś, że śledzisz nasz statek?

Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk, więc w końcu je zamknęła. Wreszcie przytaknęła krótkim skinięciem głowy.

Thorne zmrużył oczy, jakby próbował stwierdzić, czy Cress kłamie. Albo czy po prostu jest idiotką.

Miała ochotę wpełznąć z powrotem pod biurko.

– Taaak… – powiedział przeciągle. – A dla kogo właściwie pracujesz?

Jesteś aktorką. Aktorką!

– Dla Mistrzyni – wydusiła z trudem. – Mistrzyni Sybil. Nakazała mi was odnaleźć, ale niczego jej nie powiedziałam… I nie powiem, nie martwcie się o to. Ja… Zagłuszałam radary i upewniłam się, że satelity są odwrócone w inną stronę, kiedy przelatujecie, i takie tam. Żeby nikt inny nie mógł was znaleźć. – Zawahała się, uświadamiając sobie, że cztery twarze wgapiają się w nią, jakby nagle wypadły jej wszystkie włosy. – Chyba zauważyliście, że jeszcze was nie złapali?

Cinder uniosła brew i spojrzała na Thorne’a, który nagle się roześmiał.

– Cały ten czas myśleliśmy, że to Cinder rzuca jakieś zmyślne czary na inne statki, a to tak naprawdę byłaś ty?

Cinder zmarszczyła czoło, ale Cress nie była w stanie stwierdzić, czego dotyczyła ta irytacja.

– Chyba należą ci się o od nas wielkie podziękowania.

Cress niezręcznie wzruszyła ramionami.

– To nie takie trudne. Najtrudniej było was znaleźć, ale każdy dałby radę. A przemycanie statków przez galaktykę to coś, co Księżycowi robią od lat.

– Za moją głowę wyznaczono tak dużą nagrodę, że można by kupić za nią całą Prowincję Japońską – stwierdziła Cinder. – Gdyby ktokolwiek inny potrafił to zrobić, to już by mu się udało. Więc naprawdę bardzo dziękuję.

Po szyi Cress zaczął wspinać się rumieniec.

Thorne dźgnął Cinder w ramię.

– Zmiękcz ją komplementami. Dobra strategia.

Cinder przewróciła oczami.

– Słuchaj. Kontaktujemy się z tobą, bo potrzebujemy twojej pomocy. I to bardziej, niż myślałam.

– Oczywiście – odpowiedziała Cress z emfazą, odwijając włosy z nadgarstków. – Oczywiście. Czegokolwiek wam trzeba.

Thorne rozpromienił się.

– Widzisz? Czemu wszyscy nie możecie być tacy ugodowi?

Druga dziewczyna uderzyła go w ramię.

– Ona nawet jeszcze nie wie, czego od niej chcemy.

Dopiero teraz Cress uważniej na nią spojrzała. Dziewczyna miała kręcone, czerwone włosy, mnóstwo piegów na nosie i kształty, które przy wyjątkowo kanciastej sylwetce Cinder wyglądały na niesprawiedliwie uwydatnione. Stojący obok nich mężczyzna znacznie przewyższał resztę wzrostem, a jego włosy sterczały na wszystkie strony. Pobladłe blizny sugerowały, że często brał udział w bójkach, co zdawał się potwierdzać świeży siniak na szczęce.

Cress ze wszystkich sił próbowała wyglądać na pewną siebie.

– W czym wam pomóc?

– Kiedy rozmawiałam z tobą poprzednio, w dniu balu, powiedziałaś mi, że podsłuchujesz Ziemskich przywódców i zdajesz raporty królowej Levanie. I byłaś przekonana, że kiedy Levana zostanie cesarzową, to zleci zabójstwo Kaia, żeby przejąć pełną kontrolę nad Wspólnotą i wykorzystać ją do wielkiego ataku na inne Ziemskie państwa.

Cress przytaknęła, być może nieco zbyt gorliwie.

– Cóż, ludzie muszą zrozumieć, do czego ona jest zdolna, by tylko przejąć władzę nad Ziemią. Jeśli inni przywódcy dowiedzą się, że ich szpieguje i że ma zamiar najechać ich kraje, kiedy tylko będzie miała ku temu okazję, to nie ma szans, żeby wsparli ten ślub. Nie zaakceptują jej jako przywódczyni, ślub będzie można odwołać i… Przy odrobinie szczęścia da nam to szansę, żeby… Eee… Cóż, ostatecznym celem jest zrzucenie jej z tronu.

Cress oblizała usta.

– Więc… Czego ode mnie chcecie?

– Dowody. Potrzebujemy dowodów na to, co zrobiła Levana, i co jeszcze planuje.

Cress w zamyśleniu oparła się o oparcie fotela.

– Mam kopie wszystkich nagrań z podsłuchu powstałych na przestrzeni lat. Odnalezienie tych najbardziej obciążających i wysłanie ich wam tym połączeniem nie stanowiłoby żadnego problemu.

– Byłoby idealnie!

– Ale to tylko poszlaki. Dowiodłyby jedynie, że Levana interesuje się tym, co robią inni przywódcy, a nie, że planuje ich najechać. Nie mam też chyba żadnej dokumentacji potwierdzającej, że chce zamordować Jego Imperialną Wysokość. To w większości moje własne podejrzenia i spekulacje na podstawie tego, co powiedziała mi Mistrzyni.

– W porządku, po prostu weźmiemy, co masz. Levana już raz nas zaatakowała. Nie sądzę, żeby trzeba było długo przekonywać Ziemian, że zrobi to ponownie.