Wydawca: Czerwone i Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Ćpałem, chlałem i przetrwałem ebook

Maciej Maleńczuk  

4.11111111111111 (9)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 530 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ćpałem, chlałem i przetrwałem - Maciej Maleńczuk

Awanturnicze życie, Kraków i Warszawa, jakich nie znają „porządni” mieszczanie. Maciej Maleńczuk opowiada Barbarze Burdzy o swoich narkotykowych przygodach. Heroina, kokaina, LSD – na całego. Nikt jeszcze w Polsce nie opowiedział tak szczerze o swoich nałogach. Mocne, zadziorne, soczyste, bez hipokryzji. Uwaga! Nie dla dzieci!

Opinie o ebooku Ćpałem, chlałem i przetrwałem - Maciej Maleńczuk

Cytaty z ebooka Ćpałem, chlałem i przetrwałem - Maciej Maleńczuk

Świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia i nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Zaraz pójdę do sklepu i kupię sobie piwo, które choć trochę poprawi mi nastrój. Nie będę musiał znosić tej wiertarki, która bez przerwy napierdala za oknem, tych brzęczących alarmów i całego tego gówna. Na co dzień towarzyszy nam presja, więc wszyscy normalni ludzie piją, a ludzie niepijący, niepalący, niezażywający dragów są ludźmi podejrzanymi lub też – jak mówi Piotr Dziugiełł [87] – są ludźmi nieciekawymi. Mój sukces polega na tym, że ja nigdy nie przedawkowywałem.
trochę pogłoduję, po czym dadzą mi odpracować karę w piekarni, hucie czy kopalni. Gdziekolwiek, tylko bardzo proszę – nie w ZOMO. Trzymałem się takich głupich nadziei. No, ale dobra – już jestem, to jestem. Nagle wszyscy łubu-du, kurwa, z łóżek. Wstali na baczność, a ja leżę. Słyszę tylko: – Wstawaj, kurwa, kapitan! Kapitan idzie! Wstawaj! Wstałem. Wchodzi jakiś kolo i mówi tak: – Który to jest ten, co nie je? Mówię: – No ja… Wziął mnie do jakiegoś gabinetu, ściągnął czapkę i spokojnym głosem zaczyna opowiadać: – Ja też zawiodłem się na wojsku. Jak już dostanę tę wcześniejszą emeryturę po piętnastu latach, pójdę do brata robić pustaki. Brat ma firmę, to pójdę do niego. Kontynuowałem tradycje rodzinne – dziadek był w wojsku, ojciec był w wojsku, to i ja poszedłem. Ale to już nie to wojsko co dawniej… Widzę, że gościu mi się zwierza, nie? Już myślałem, że jakoś mnie obroni, ale po chwili

Fragment ebooka Ćpałem, chlałem i przetrwałem - Maciej Maleńczuk

Nie trzeba być majorem lotnictwa,

Copyright © Maciej Maleńczuk, Barbara Burdzy, Czerwone i Czarne

Projekt okładki FRYCZ I WICHA

Koncepcja redakcyjna i redakcja Barbara Burdzy

Zdjęcia Paweł Miszewski (okładka); Jacek Bednarczyk, Małgorzata Szumowska i archiwum prywatne autora. Wydawnictwo dołożyło wszelkich starań, by ustalić właścicieli praw do zdjęć wykorzystanych w książce. Jeśli kogoś pominęliśmy, prosimy o kontakt w celu załatwienia kwestii formalnych. Redaktor prowadząca Katarzyna Litwińczuk

Korekta Małgorzata Ablewska, Anna Lisiecka

Skład Tomasz Erbel

Wydawca Czerwone i Czarne Sp. z o.o. S.K.A.Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5 00-272 Warszawa

Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. S.K.A. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-183-7

Warszawa 2015

Skład wersji elektronicznej

Pierwsze odurzenia

Kiedy był twój pierwszy raz?

Pierwszy raz odurzyłem się alkoholem, mając siedem lat. Miało to miejsce tam, gdzie wówczas mieszkałem, czyli na ulicy Łącznej w Krakowie. Jest to teren obecnego tak zwanego „Zakątka” – okolice ulicy Królewskiej, wówczas 18-go Stycznia. Ulica była brukowana, straszliwe kocie łby, a pomiędzy nimi błoto. I była tam kamienica, w której mieszkałem. Kilka domków, malwy na płocie.

Kraków był wtedy miastem drewnianym, a przynajmniej ta okolica, w której przebywałem. Ulica Łączna odchodzi od dużej ulicy Kazimierza Wielkiego. Wszędzie były płoty, drewno. Była też specyficzna pompa wodna, dookoła której zbierali się dorośli – jak mi się wtedy wydawało – mężczyźni. Prawdopodobnie osiemnasto-, dziewiętnastolatkowie, którzy zaczepiali przechodniów. Pluli i palili papierosy. Łaziłem pomiędzy nimi jako dzieciak, jeździłem na swoim małym rowerku. Przyjaźniłem się z Józkiem Czado. Było to dziecko z kompletnie patologicznej rodziny. W ich domu nie było podłogi, tylko ziemia, jakby udeptane klepisko. I to właśnie Józek Czado dał mi pierwszy raz wódki. Załatwił skądś z czerwoną nalepką. Mieliśmy swoją melinę. Gdzieś z boczku na podwórku zbudowaliśmy domek z tektury, żeby można się było schować, żeby nikt się nie gapił. Taki był w ogóle zwyczaj – nazywało się to „melina”. Mówiło się: „Chodźmy na swoją melinę”. I tam było tych kolegów jeszcze ze dwóch. Tak dokładnie nie pamiętam, ale rozlali tę wódkę. Piliśmy ją z jednego kieliszka po kolei, wszyscy nalewali sobie. Dali mi jeden kieliszek i w tym momencie zgasło światło w naszej melinie (śmiech). Była to dyndająca na sznurku, na kablu żarówka i ja postanowiłem, że wymienię tę, kurde, żarówkę. Wykręciłem ją po ciemku, po czym szukając po omacku tego draństwa, tej wtyczki, nie wiem właściwie czego, ale pamiętam, że pierdolnął mnie prąd i to tak naprawdę konkretnie. Wsadziłem tam palec i strasznie mnie kopnęło. Przeraziłem się. Wyskoczyłem stamtąd i mówię:

– Idę stąd!

I poszedłem do domu. Było już ciemno. Na wycieraczce znalazłem płonący niedopałek papierosa. Prawdopodobnie zostawił go ówczesny gach mojej babki. Pomyślałem sobie: „Jak już wypiłem wódkę, to wypalę jeszcze tego peta”. Byłem wstawiony, bo jednak walnąłem pięćdziesionę, a miałem siedem lat. Pamiętam, że byłem w filuternym nastroju, więc wypaliłem jeszcze tego peta. No i właśnie w ten sposób zażyłem dwa pierwsze narkotyki, czyli wypiłem wódkę i zapaliłem papierosa. Tak jak wszyscy dookoła mnie. Nie chciałem niczego innego, niż zrobić to samo co tamci. Na marginesie mogę powiedzieć, że fascynowali mnie wówczas mężczyźni. Chciałem być duży, chciałem być silny, chciałem być taki jak oni. Chciałem mieć zegarek i marynarkę.

To było pojedyncze zdarzenie czy jako dziecko częściej kosztowałeś wódki?

Zdecydowanie już więcej tego nie robiłem. Chociaż… O ile sobie dobrze przypominam, uzależniłem się od papierosów. Później okazało się, że się przeprowadzamy, że moja mama dostała mieszkanie, że teraz już mieszkamy w innym miejscu. Było to osiedle Kozłówek – koszmarne wówczas miejsce. Blokowisko z wielkiej płyty, najeżone rusztowaniami i pozostałościami po budowie. Nie było żadnych trawników, żadnych drzew, tylko wszędzie rozpieprzone resztki budowlane. Pełno było rusztowań, po których śmigaliśmy od pierwszego do dziesiątego piętra. I to akurat było fajne. Wszyscy moi koledzy palili wówczas papierosy, więc i ja błyskawicznie się uzależniłem. Gdy miałem dwanaście lat, moja mama zaprowadziła mnie do pana doktora, który dał mi tabex, który zdaje się jest do dziś. Pan doktor przeprowadził ze mną psychologiczną rozmowę. Byłem dwunastoletnim dzieckiem uzależnionym od nikotyny, więc dostałem ten tabex i – umówmy się – rzuciłem palenie od razu. Wcale mi aż tak znowu te papierochy nie smakowały. Ale pamiętam, że można było kupić papierosy w dziesiątkach. Kosztowało to 1,75 złotego. Była to kwota do zdobycia. Dostawało się śliczną, zajebistą, piękną paczkę z dziesięcioma papierosami bez filtra o nazwie Sport.

Nie wiem, czy w ogóle chcę mówić o szlugach, ale jednak moim pierwszym narkotykiem był papieros. Oczywiście oprócz tej jednorazowej akcji z wódką. Później kiedyś bolał mnie brzuch, miałem z dziesięć lat, to starsi koledzy dali mi napić się wódki i mi przeszło. Na terapię antynikotynową zaprowadziła mnie moja mama, która była wówczas osobą światłą i nowoczesną. Uświadamiała mnie. Ponieważ jakoś nie mogła ze mną normalnie rozmawiać o seksie, to podrzucała mi różne broszury, których było wówczas pełno. Jakiś Lew-Starowicz, jakiś Samson, jakaś Michalina Wisłocka i jej Sztuka kochania, gdzie były takie schematyczne rysunki par połączonych ze sobą w różnych konfiguracjach seksualnych. I generalnie starała się wówczas być osobą nowoczesną, w takim socjalistycznym stylu, ponieważ socjalizm był wtedy na dobre i nikt nie sądził, że kiedykolwiek będzie inaczej. Trwała głęboka komuna.

Czego się wtedy słuchało?

W tym momencie strasznie popularny był rock. Dobre granie – Deep Purple, Black Sabbath. Hendrix jakoś właśnie niedawno zmarł. Tak troszeczkę skaczę, ale to mógł być jakiś 1972, 1973 rok. Takie granie było wtedy strasznie popularne. Wszyscy dookoła siedzieli na ławkach, palili papierosy, pili wódkę i grali na gitarach różne fajne kawałki typu Dym nad wodą Deep Purple i tak dalej. Kto nie umiał zagrać Schodów do nieba, ten był frajerem. Była moda na gitarę. Wszyscy też starali się mieć magnetofony i nagrywać tę muzykę. Przyszedłem do kolegi i pamiętam, że miał piktogram z Hendrixem typu Che Guevara. Taki wiesz… Dwukolorowy piktogram. Ja się pytam:

– Kto to jest?

A on mówi:

– To jest Jimi Hendrix – król narkomanów.

I puścił mi Hey Joe czy coś takiego.

Mówię:

– Po pierwsze – zajebisty kawałek, po drugie – na pewno jest taki zajebisty, bo on zażył te wszystkie narkotyki i te narkotyki spowodowały, że on jest taki zajebisty!

Spodobała mi się ta muza i zacząłem zastanawiać się, skąd by tu można wytrzasnąć jakieś narkotyki, czym by się tu odurzyć, żeby być taki jak on, no nie? Zewsząd dochodziły informacje, co się dzieje w Stanach, o hipizmie. Wszyscy nosili długie włosy, mieli rozszerzane spodnie, ale wciąż jedynymi narkotykami w Polsce były papierosy i wódka. A ja zadawałem sobie pytanie: „Gdzie jest ta cała reszta? Czym by się tu odurzyć?”. Zaatakowałem, o ile sobie przypominam, apteczkę mojej mamy. Znalazłem jakiś syrop, niby miał być uspokajający czy coś. To był ekstrakt. Wypiłem ten ekstrakt, nie wiedząc, że trzeba go rozcieńczyć. Totalnie się zrzygałem. Totalnie… Innym razem gdzieś wyczytałem, że można się nawalić wywarem z pokrzywy. Zrobiłem ten wywar taki, że był całkowicie czarny. Zrzygałem się. Nic z tego. Ciągle byłem takim, no wiesz… Dzieciakiem byłem. Interesowała mnie muzyka. Siedziałem i nagrywałem na magnetofon różne rzeczy. Wówczas rocka. Byłem głównie fanem Led Zeppelin. Później The Doors. Myślałem, że ich wokalista jest czarny. Wszystkie informacje, jakie dochodziły do nas na temat tamtych wykonawców, świadczyły o tym, że są narkomanami, że zażywają kokainę, heroinę, LSD.

Mamy teraz dużą dostępność narkotyków, mimo że prawo tego zabrania. Dlaczego współczesna młodzież sięga po odurzające leki typu tussipect lub dopalacze zamiast zwykłych dragów?

Nadal stosuje się tussipect?

Tak.

Przepraszam bardzo! Tussipect wcale nie był taki zły (śmiech). Po pierwsze – jest zdrowy na gardło, po drugie – zawiera normalnego speeda.

W aptekach jest pełno tabletek bez recepty, które są na bazie amfetaminy.

Słuchaj… Chyba właśnie na ten temat będziemy rozmawiać (śmiech). O tych wszystkich dragach…

Szperałeś mamie w apteczce. Nie udało się w niej znaleźć nic zadowalającego. Kontynuowałeś poszukiwania w innych miejscach?

Prawdę powiedziawszy, później zacząłem uprawiać sport. Jednocześnie była szkoła, próbowałem normalnie żyć. Zacząłem rosnąć. Robiłem się coraz silniejszy. Zacząłem się wdawać w bójki, najczęściej zwycięskie. Okazało się, że mam talent bokserski, lubię się bić. Nauczyłem się walić z byka i tak dalej. Przynosiło to dobre efekty. Nie miałem sylwetki, byłem chudy i wysoki, ale za to agresywny. Nie dawałem sobie w kaszę dmuchać. Stoczyłem sporo bójek i stwierdziłem, że jak tak, to zajmę się jakimś sportem. Czułem, że mam drive do tego. Okres sportowy musimy przeskoczyć, bo w tym czasie nie zażywałem narkotyków, nie piłem wódki, nie paliłem szlugów. Ale co do alkoholu, to jednak czasami szło się do sklepu i kupowało wino marki Sophia. To oczywiście się zdarzało. Na obozach sportowych byłem niesubordynowany. Bez przerwy mnie wyrzucano. Sprowadzałem kolegów na złą drogę. Jak przyszedł inny trener, to nie chcieliśmy wykonywać jego poleceń. Byłem krnąbrny. Te prawdziwe narkotyki, te takie konkretne, o których będziemy rozmawiać, to się zaczęły… Czekaj…

Po więzieniu?

Nie chcę ci skłamać, ale chyba jednak wcześniej. Pamiętam, jak słuchałem sobie jazzu i przyszedł do mnie Antonio Radwan. Jeszcze wtedy nie byliśmy hipisami, bo staliśmy się nimi około dziewiętnastego roku życia. Musieliśmy mieć z szesnaście lat. Tosiek przyniósł butapren. Ale czekaj! Coś sobie przypomniałem – próbowałem też smażyć ixi na patelni (śmiech)!

Proszek ixi?

Słyszałem opinie, że jak się smaży proszek ixi na patelni i wdycha opary, to też można się nawalić. Był to nieudany eksperyment. Tylko zwymiotowałem.

A co z klejem, który przyniósł Antonio?

Klej okazał się zajebisty! Klejem się tak sfazowaliśmy, że w ogóle straciliśmy kontakt z rzeczywistością. Weźmy pod uwagę, że było to małe mieszkanko, gdzie za ścianą była moja mama. Przyjaźniłem się z Tośkiem. On był wtedy płotkarzem, a ja wioślarzem. Nieważne… To nie ma nic wspólnego z narkotykami – wioślarstwo… (śmiech). Chyba, że z jakimś koksem sportowym. Antonio powiedział mi, że jacyś inni powiedzieli mu, że wystarczy klej butapren wpakować do foliowej torebki i wdychać. I od razu zaczął sam to robić. I kompletnie się… No wiesz… Zdążył jeszcze tylko kwiknąć coś takiego:

– To lepsze niż wódka!

I potem już straciłem z nim kontakt. Widać było, że mnie nie widzi. Wziąłem tę torebkę i zacząłem wdychać. Uwierz mi, że znalazłem się w całkowicie innym świecie. Zacząłem bredzić, widziałem, jak tamten bredzi. Wychylaliśmy się przez okno, a było to ósme piętro. Dłuższą chwilę byliśmy całkowicie otumanieni. Nie wiem, jak długo ten stan trwał. Nie wiem, jak to możliwe, że moja mama w ogóle nie reagowała. Może dlatego, że była przyzwyczajona do moich ekscesów, że jest głośno w moim pokoju, że leci jakiś jazz. Dość długo dochodziliśmy do siebie i stwierdziliśmy, że nie było to nawet takie złe. Ale następnego dnia poszedłem na trening i wpierdoliłem się do wody. Wiesz… Zamiast zająć się treningiem, kontrolą nad tym, co się dzieje – płyniesz jednak tyłem do kierunku jazdy, to jest szybka łódź – zacząłem zagadywać do jakiejś laski, która jechała na rowerze wzdłuż bulwaru wiślanego. Zdążyła tylko powiedzieć „Uwa…” i już byłem w wodzie. Wjechałem w kamienną wysepkę na środku Wisły przeznaczoną chyba do cumowania statków. Wypierdoliłem prosto w nią. Był październik czy listopad. Zimno jak cholera. Wpadłem do Wisły, żebro w łódce złamałem.

Odechciało ci się butaprenu?

Odechciało, ale niezupełnie. W późniejszym okresie z upodobaniem wdychałem eter i czyste TRI[1], ale to osobny rozdział. Będziemy jeszcze o tym mówić.

Z tego, co mówisz, wynika, że okres sportowy nie był jednak do końca „czysty”?

Nie był, ale papierosów na pewno nie paliłem. Traci się od nich kondychę. Jak chcesz startować w zawodach, to nie możesz palić szlugów. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego.

Teraz będzie mała dygresja, możesz sobie to umieścić lub nie – jak chcesz. Otóż pamiętam słynny mecz polskiej reprezentacji na Wembley. Był remis 1:1, a zawodnik Domarski dojarał po rozgrzewce szluga, zgasił go korkami, wbiegł na boisko i strzelił gola (śmiech)! Widziałem taką scenę z dawnych czasów. Już wtedy mnie to zdziwiło, że gościu dojarał sobie szluga na boisku! I to reprezentant Polski! Jeśli coś na pewno wpłynęło na moje przyszłe życie i zostało we mnie na zawsze, to właśnie okres sportowy. Do pewnego stopnia sportowcem czuję się do dziś. A o czym ja w ogóle mówiłem?

O tym, że wspomniany okres, mimo że sportowy, nie był w twoim wykonaniu nieskazitelny pod względem używek.

Dostawaliśmy wówczas od trenerów jakiś taki rodzaj mocnych witamin w proszku. Miałeś sobie to rozpuścić w wodzie. Dawali nam takie saszetki. Mówili, że to glukoza. Możliwe, że faktycznie tak było, ale my zażywaliśmy to w nadziei, że nas kopnie, nie (śmiech)? Niestety nigdy nie poczułem, żeby mnie to kopało. Sport, który uprawiałem, był wykańczający. Tosiek Radwan śmiał się ze mnie. On bez przerwy jeździł na zawody lekkoatletyczne, biegał przez płotki. Tam przychodziły ładne dziewczyny, fajne stroje, wiesz… Rewia mody. A u mnie to takie wielkie dziewuchy, mastodonty i chłopy po dwa metry, z rękami jak bochny. Ciężki był to sport. Dwadzieścia kilometrów dziennie trzeba było wiosłować. Dałem się namówić – rzuciłem to wioślarstwo i przyszedłem tam do nich na trening lekkoatletyczny. Przeżyłem dwa fajne lata. Biegałem tam przez płotki, ścigałem się z Radwanem, starałem się podrywać panienki, choć oko zawiesić. Byłem wtedy strasznie najarany na laski. Totalnie! Była to dla mnie wówczas najważniejsza rzecz na świecie – wyrwać wreszcie jakąś dupę.

Ile miałeś wtedy lat?

17, 18. Ciągle nie miałem jeszcze żadnej laski, a tam to nie szło oka oderwać…

Późno wystartowałeś.

Tak. Myślałem, że sobie tego kutasa urwę (śmiech)! Był to trudny okres dla mnie z tego powodu, że ciągle stał mi kutas i odbierał mi zdroworozsądkowe myślenie. Ale nic nie zaliczyłem jako sportowiec. Jak w końcu coś zaliczyłem, to od razu rzuciłem sport, narobiło się kłopotów, ale nie gadamy o tym…

„Alicja” W poniedziałek Okres dostać miała Był wtorek Wata jak śnieg biała Jeszcze cały tydzień Nadzieję miała Jeszcze się oszukiwała Chociaż już we wtorek Albo wcześniej jeszcze Dobrze wiedziała

Doktorka Kosztowała niedużo Poszedł na to zegarek jej chłopca Żaden dźwięk zza drzwi żaden chlupot Kiedy czekał i czekał na schodach Niechby już było po wszystkim Niechby już było po wszystkim

Alicja Już za tydzień Z chłopcem się kochała Wiadomo natura Młoda była Świetnie sobie radę dała Maturę Z biologii Nazajutrz Na trójkę Ale zdała

A pierwszy raz porządnie, normalnie się naćpałem, tak faktycznie jak trza, dopiero jak wyszedłem z więzienia.

1 TRI – trójchlorek; substancja silnie rozpuszczająca i ekstremalnie łatwopalna; wdychanie jej oparów powoduje halucynacje zarówno wzrokowe, jak i słuchowe; z upodobaniem stosowana przez hipisów lat 70.; główny składnik kleju.

Wyszedłem z więzienia

Była jesień 1982 roku. Wyszedłem znienacka, parę miesięcy wcześniej, niż było planowane. Nikt się mnie nie spodziewał, nie było wtedy telefonów. Zapukałem do Tośka Radwana. Wcześniej oczywiście byłem hipisem. Hipisowaliśmy. Mieliśmy długie włosy i tak dalej, ale ciągle nie mieliśmy jeszcze odpowiedniego dostępu do narkotyków. To było ciągle tylko wino. Ewentualnie z wkładką ze spirytusu salicylowego. Do prostego wina wlewało się spirytus salicylowy zakupiony w aptece. Setkę. Było to ohydne, ale kopało jak diabli. W czasie, kiedy przebywałem w więzieniu, moi koledzy zdążyli się już porządnie rozćpać. Między innymi Radwan. Ja wciąż siedziałem, piłem czaj i paliłem szlugi. Nauczyłem się skręcać w gazetę. To były wówczas moje narkotyki – czaj i szlugi. I o ile sobie przypominam, raz w więzieniu waliliśmy denaturat.

Wyszedłeś z więzienia i zapukałeś do Antoniego. Otworzył?

Przywitał mnie zblazowany. Zawsze podawaliśmy sobie rękę w taki specyficzny sposób. To był taki hipisowski uścisk dłoni. I ja mu podaję rękę w ten sposób, ale widzę, że on jakoś tak niechętnie to robi, nie? Widzę, że jest, kurwa, zblazowany. Widzę, że jest naćpany. Niby się cieszył na mój widok, ale jednak poczułem, że utraciłem ten kontakt, że to już nie jest ten sam Tosiek i że na pewno już nie będzie tak jak kiedyś. Na dzień dobry, jak tylko wszedłem do niego, rzucił:

– O, Maleńczuk… Chcesz coś przyćpać?

Mówię:

– No coś ty, może pogadamy…

A on od razu:

– To ja ci zrobię.

Wyciągnął jakieś tabletki i mówi trochę do siebie, trochę do mnie:

– Ile by ci tutaj dać… Dam ci dwie, ale w kanał.

– Co to znaczy w kanał, stary?

– Dobra, dobra. Ja ci wszystko zrobię.

Wziął obcążki, rozgniótł tabletki, proszek powstały z tabletek wsypał do łyżki, po czym zalał ten proszek wodą ze strzykawki. To wszystko postawił nad świeczką i zagotował. Potem na strzykawkę nałożył watę i do strzykawki wciągnął ten, kurwa, płyn. Następnie trzepnął mi w kanał dwie piątki parkopanu.

Czym jest parkopan?

Jest to lek dla schizofreników w bardzo silnych stadiach. Lek ten ma w jakiś sposób tego schizofrenika niby uspokajać i sprowadzać na ziemię. Normalnego człowieka od razu wypierdala w kosmos i powoduje maksymalne halucynacje. Później nie strzelałem już parkopanu dożylnie. Jedliśmy go. Wielokrotnie jadłem parkopan w różnych ilościach. Powoduje to momentami całkowitą utratę kontroli nad tym, gdzie jesteś, czym jesteś, wiesz… Może ci się na przykład zdawać, że dookoła ciebie jest pełno ludzi, z którymi toczysz ożywioną dyskusję, po czym nagle widzisz, że całe towarzystwo w autobusie gapi się na ciebie, a wszyscy, z którymi toczyłeś ożywioną rozmowę, zniknęli, w ogóle ich nie ma, nigdy ich nie było. I robi się kwas. Ten narkotyk ma fale. Są takie momenty, kiedy fala odchodzi i wracasz do rzeczywistości. Wtedy u Tośka Radwana pamiętam, że zacząłem oglądać jakiś puchar sportowy, który on zdobył, i stwierdziłem, że nie powinien mieć takich ostrych brzegów, bo jakiś przejeżdżający samochód może porysować sobie lakier (śmiech)…

Czy dobrze zrozumiałam – po tym mieszkaniu, w którym się znajdowaliście, będzie przejeżdżał samochód i ostre krawędzie zwycięskiego pucharu Tośka porysują jego karoserię, tak?

Tak (śmiech)! Całkowicie odleciałem. Radwan spokojnie czekał, aż mi przejdzie. Weźmy pod uwagę, że był to strzał w kanał, a strzał w kanał działa prawie natychmiast. Po prostu dochodzi do mózgu i momentalnie odlatujesz. Po jakiejś godzinie do dwóch Antonio wyprowadził mnie z chaty. Bredziłem, gadałem, podobno bardzo dużo przeklinałem, brzydkich wyrazów używałem. Mówiłem całkowicie bezładnie. No i Tosiek wyprowadził mnie na zewnątrz i tam doszedłem do siebie. Zginały mi się nogi. Okazało się, że ten lek powoduje dodatkowo rozluźnienie mięśni prążkowanych. I w ogóle nie mogłem na tych, kurwa, nogach ustać. On mówił:

– Nie przejmuj się, to normalne. Co jakiś czas będziesz miał wrażenie, że wchodzisz w dołek. I faktycznie – co chwila mi się ta noga uginała. Ale do pewnego stopnia było to śmieszne. Mieliśmy z tego ubaw. Od razu można było rozpoznać, czy któryś jest na parkopanie, bo mu się nóżka zginała, jak szedł. Niektórzy jechali parkopan dzień w dzień.

Generalnie było nas trzech – ja, Tosiek Radwan i Mietek o wdzięcznej ksywie „Kanar”. Mietek zyskał ten przydomek, bo miał zwyczaj chodzić w żółtej sukience swojej siostry i w niebieskich jeansach i do tego był gadatliwy.

Gender?

Teraz wszyscy potraktowaliby to w tym stylu, ale wtedy tak nie było. Zapierdolił siostrze żółtą sukienkę na ramiączkach, ale naprawdę bardzo zabawnie się w tym prezentował (śmiech). Weźmy pod uwagę, że to był hipizm. Społeczeństwo było w tamtym czasie dużo bardziej tolerancyjne. Jednocześnie dużo bardziej szare.

Jeśli dobrze pamiętam, Mietek ma brodę. Jeśli miał ją także w tamtym czasie, musiało to wyglądać komicznie.

Miał, miał! Ale nie chodził w tej sukience z gołymi nogami, nie wyglądał jak baba. Miał normalne trampki i jeansy. Ja nosiłem wtedy kożuszek bez rękawów przepasany sznurkiem, dziurawe jeansy, trampki i flet prosty zatknięty za ten sznurek. Lub dwa flety, gdyż potrafiłem grać na dwóch naraz, ponieważ byłem zapalonym flecistą prostym (śmiech). Słuchałem jazzu i wydawało mi się, że gram jazz. Rozumiesz… Po prostu cały czas grałem na tym flecie „free”, bo interesowałem się free jazzem. Doszedłem już do takiego etapu i byłem tym niezwykle zainteresowany. Hipisi pierdolili coś o Jefferson Airplane albo Grateful Dead. Odszczekiwałem im na to:

– Boże, co za nudy! Słuchałem tego, jak miałem 10 lat. Teraz to ja słucham free jazzu.

Oni tego nie rozumieli. W krótkim czasie okazało się, że nie do końca potrafię się dogadać z hipisami na tematy muzyczne, natomiast bardzo dobrze się z nimi dogadywałem na poziomie zażywania. Szybko zaczęło się walenie tego parkopanu. Właściwie dzień w dzień razem z nimi jechałem. Niektórzy brali tylko jedną tabletkę, to generalnie poprawiał im się nastrój. Ale mnie tak nie interesowało, ja to chciałem sześć albo najlepiej, kurwa, dziesięć. Moi koledzy mówili mi:

– Nie jedz dziesięciu, bo w ogóle nie wstaniesz z ławki! Mięśnie odmówią ci posłuszeństwa. Zobaczysz!

Posłuchałeś rad kolegów czy przyjmowałeś po dziesięć tabletek?

Doprowadzałem się do porządnych stanów, w ogóle nie bawiłem się w półśrodki.

Czy powodowało to uszczerbki na twoim zdrowiu?

W przypadku parkopanu nie. Co innego heroina, ale parkopan to był właściwie drag zabawny i nic złego się nie działo.

Mówimy o nim jak o narkotyku. Nie zapominajmy, że jest to lek.

Zgadza się – lek. Również pridinol z tej samej mańki, trochę słabszy. Jeden i drugi są lekami na schizofrenię.

Jak długo to zażywałeś?

Może z miesiąc. W krótkim czasie koledzy wpadli na kolejny genialny pomysł. Dołączył do nas nieżyjący obecnie Ciko. Wtedy zrobiło się nas czterech [MM, Mietek „Kanar”, Tosiek Radwan, Ciko – przyp. red.]. I Ciko któregoś dnia mówi do nas:

– Pojedźmy do Warszawy! Kupimy tam sobie kompot.

W więzieniu spotkałem producenta kompotu. Był to gość, który miał całkowicie niebieskie żyły, dosłownie wszystkie żyły na rękach i na nogach miał nakłute. Był z Wybrzeża i chwalił się, że jest jednym z tych, którzy opracowali polski kompot.

Czym był ów polski kompot?

To piekielnie silna heroina brązowego koloru uzyskiwana z maku, który rósł wtedy wszędzie. Były gigantyczne pola maku w Polsce. Rolnicy go hodowali. Był strasznie popularny w kraju, ale nikt nie wiedział, że z tego maku produkuje się tak zajebiście mocny drag.

Ciko zaproponował wyprawę do Warszawy po ten właśnie kompot. Pojechaliście?

Nie mieliśmy nic lepszego do roboty. Wsiedliśmy do pociągu, oczywiście na gapę, starając się rozminąć z konduktorem. Tylko idioci i frajerzy kupowali bilety – taki był styl. Jak już capnął cię konduktor, to bez problemu można go było przekupić drobną kwotą. Wtedy konduktorzy byli bardziej ludzcy, brali w łapę, mieli kieszenie wypchane pieniędzmi. Udało się – wylądowaliśmy w końcu w tej Warszawie. Chyba musieliśmy mieć pieniądze, bo jednak za coś trzeba było ten towar kupić. Na początku lat 80. cały Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście to był jeden wielki bajzel[2]. Pałętały się tam całe chmary, tabuny uzależnionych od heroiny ludzi w poszukiwaniu towaru.

Wnioskuję, że tamten Nowy Świat nie miał nic wspólnego z dzisiejszym. Elegancki deptak, promenada – nic z tych rzeczy?

Absolutnie nic! Wtedy był to jeden wielki bajzel. Pamiętam ciągi chodników z desek, zaplute bramy. Większość budynków była w niekończącym się remoncie. I jak tam wpadał gościu z towarem, to leciała za nim cała chmara ćpunów. Te wszystkie snujące się postacie na heroinowym kacu, na głodzie, to są ludzie, z którymi nie pogadasz. Taki człowiek ma tylko jedno w głowie – musi TO dostać! Więc oni tak się, kurwa, snują z kąta w kąt. I nagle idzie iskra, idzie info, że jest gość. I ci ludzie ożywają. Biegną, nogi im się uginają. Widać, jak są słabi fizycznie. Mają długie włosy, skórzane kurtki, są hipami lub czymś podobnym. Są ćpunami. I tym osłabionym, chwiejnym biegiem lecą do bramy, gdzie gościu z wielkiej transportowej pompy nalewa im do strzykawek polski kompot.

Kilka lat temu Cezary Ciszewski nakręcił dokumentalny film o twardych ćpunach z Foksal. Sam się zresztą uzależnił, ale mniejsza o to. Ekskluzywna ulica Foksal, przy stolikach wytwornych restauracji snobistyczne towarzystwo popija drinki, wcześniej zadając szyku swoim nowym bentleyem, a tymczasem dwa piętra wyżej, na squacie, grupa narkomanów wali heroinę w kanał.

Ciekawe, skąd biorą ten towar, jak go teraz wytwarzają. Generalnie w czasie, kiedy ja to robiłem, były dwa sposoby na produkcję – bardzo prosty i bardzo trudny (śmiech).

Zjawiliście się na Nowym Świecie i co?

I nie ma, kurwa, towaru! Poszliśmy na Stare Miasto i usiedliśmy tam. Naprawdę specyficznie wyglądaliśmy. Jak czterech takich świrów jak my siedzi w jednym miejscu, to zaraz się do nich przyłączy jakiś piąty, no nie? I oczywiście przyłączył się gościu z długimi włosami, z lekko błędnym wzrokiem, z reklamówką w ręce i zagaduje:

– Nie jest bardzo mocny, ale działa.

Okazało się, że reklamówkę tę ma pełną marihuany. Mówi do mnie:

– Dość dobry jest ten towar, tylko nie wiem, jak go palić.

Nie znaliście się wcześniej?

Absolutnie nie. Odpowiedziałem mu:

– W więzieniu nauczyłem się rolować skręty.

Tam bez przerwy paliło się zwijane w gazetę pety. Nie było papierosów przez cały czas, tylko krezusi mieli non stop jaranie. Więc mówię, że zrobię skręta. Określenie „blant” wtedy nie istniało. A on znowu:

– Ale jak ty zrobisz tego skręta?

– Dawaj tę gazetę ze śmietnika!

Wyciągnął rosyjską „Prawdę” i zacząłem kręcić jointy z samej marychy. Gniotłem to w palcach i kręciłem w skręty. Paliliśmy te ogromne papierochy. Każdy z nas wypalił po cztery takie. W pewnym momencie ktoś mnie poprosił, żebym skręcił następnego, i wtedy zacząłem się śmiać. Dostałem histerycznego ataku śmiechu. Rozśmieszył mnie ten blant, rozśmieszył mnie ten gość, rozśmieszyli mnie ci wszyscy ludzie dookoła i to Stare Miasto też. Wszystko było ultraśmieszne. Rechotałem i zaraziłem wszystkich swoim śmiechem. Zaczęliśmy łazić po Starym Mieście, zanosząc się od śmiechu bez najmniejszego powodu, czyli dostaliśmy tak zwanej śmiechawy.

Wciąż tak cię cieszy palenie?

Niestety, muszę z żalem przyznać, że tak jest tylko na początku. Jak palisz regularnie, tak jak ja, a palę kilka blantów dziennie, to jest już zupełnie inaczej. Oczywiście cały czas to uruchamia mi głowę i mnie uspokaja, i wolę to niż papierosy, ale ataki śmiechu odeszły bezpowrotnie. Jak wspominam sobie te pierwsze razy marihuanowe, to pamiętam, że to był słaby stuff, dużo słabszy niż teraz. Prawdopodobnie gdybyśmy wyjarali takiego skuna, jak palę teraz, to może byśmy się nawet porzygali. Nieraz widziałem, jak ludzie wymiotują po marihuanie. To, co wtedy paliliśmy, to był słaby stuff, ale byliśmy uparci. Właziliśmy we czterech pod koc i pod tym kocem jaraliśmy jointy zawinięte w gazetę. Chodziło o to, żeby nic nie uciekało, żeby siedzieć w tym dymie. A tamten gość, co się do nas dosiadł w Warszawie, dał nam w końcu swoją paczkę, reklamówkę z marihuaną, więc wróciliśmy z nią do Krakowa. Zaprosiliśmy jeszcze kilku kolegów i urządziliśmy u Radwana słuchanie Hendrixa. Z tego spotkania zapamiętałem, jak niejaki kolega Czyż, później redaktor radiowy, poryczał się przy Janis Joplin (śmiech). Nie pamiętam, jak miał na imię, ale wszyscy mówili na niego „Czyżu”. Miał długie włosy i był taką trochę ofermą, na zasadzie:

– Chłopaki, idziemy szukać jakiegoś towaru.

To Czyżu od razu chętny i pyta:

– Mogę iść z wami?

– Nie! Ty nie możesz!

Był ciapowaty, ale wtedy na to palenie marihuany przyszedł. Leciało Cry Baby Janis Joplin i ja się patrzę, a Czyżu siedzi na wersalce i płacze rzewnymi łzami. Miał długie, kręcone włosy, takie opadające oczy jak u spaniela i łkał, łkał, łkał…

Rozumiem, że byliście wtedy już po spaleniu?

Oczywiście! Po wyjściu spod koca.

Wychodzi na to, że nie wszyscy po jointach się śmieją…

Nie, nie! Ale wyobraź sobie naszą reakcję na to! Wszyscy padli ze śmiechu. Zaczęliśmy go dręczyć:

– Czyżu, uspokój się! Teraz już wiemy, dlaczego nie możemy cię nigdzie ze sobą zabierać. Po prostu obciach robisz.

Ale umówmy się – my też wtedy odjechaliśmy. Ja na przykład wchodziłem do głośnika. Sprzęt był słaby, a ja chciałem, żeby było głośniej. Otumanialiśmy się tym wszystkim i zdecydowanie nam to pasowało.

Czy zdobyczny wór marihuany nie miał dna?

Niestety, wór się skończył i nie wiedzieliśmy za bardzo, co dalej. Wróciliśmy więc do starych nawyków. Ale chciałbym ci opowiedzieć, kiedy po raz pierwszy pierdolnąłem porządnej heroiny, ale tak, żeby ci nie skłamać… Szukaliśmy tego towaru, ktoś miał coś przynieść, ale nie przyniósł… Już wiem! Zobaczyłem babę, która sprzedawała na straganie maki w Krakowie na Kleparzu. Pęk makówek miała, z pięćdziesiąt wysuszonych głów. Wyglądało to jak jedna wielka grzechota. Ona to chciała po prostu sprzedać. Ładne, dorodne makówki. Ludzie wsadzali to do bukietów jako ozdobę. Ale myśmy już wiedzieli… I ja wziąłem ten mak, zapakowałem w gazetę i ugotowaliśmy go. To było u mojej koleżanki Anki Szarbińskiej. Anka była córką lekarza, któremu później przetrzepałem porządnie apteczkę. Miała wtedy wolną chatę, mieszkała na 18-ego Stycznia i była dziewczyną z dobrego domu. Więc natychmiast ją poderwałem, tak? Potrzebowałem jakiegoś lokalu i w ogóle jakoś się zaczepić. Byłem w tym bardzo bezczelny. Koniec końców okazało się, że jest zajebista chata, często pusta, bo starzy wyjeżdżali na jakąś daczę, czyli można sprowadzić towarzystwo i urządzić produkcję.

Produkcja heroiny w domu poważnego pana doktora pod jego nieobecność?

Tak jest (śmiech)! Jego córeczka nie była do końca świadoma, co się wokół niej dzieje. Ja byłem przecież bohaterem, bo odmówiłem służby wojskowej. Cały Kraków wylepiony był plakatami „Uwolnić Maleńczuka!”. Odbywały się też demonstracje w mojej obronie. Byłem osobą modną po wyjściu z więzienia, w związku z czym bardzo szybko tę Ankę otumaniłem. Później wziąłem jej gitary i tak dalej (śmiech)… Wpasowałem się na chatę i jeszcze hipisów sprowadziłem.

Może się zdarzyć, że twoja koleżanka Anka będzie to czytać. Weź to pod uwagę.

Ale nie, to nie tak (śmiech)… Kochałem ją. To była miłość. Anka Szarbińska była fajna. Poznała mnie później ze swoimi kolegami z Warszawy, którzy byli istotni w dalszych przygodach narkotykowych.

Wracamy do Krakowa, do domu doktora Szarbińskiego na 18-ego Stycznia.

Sprowadziłem na chatę kilku hipisów. Była też Anka i jej koleżanka poetka. Też fajna dziewczyna, która pisała wiersze. No i byłem jeszcze ja. Nagotowaliśmy gar zupy[3]. Po prostu wypatroszyliśmy makówki z maku, pognietliśmy je i wrzuciliśmy do gara. Wyszło z tego do cholery i jeszcze trochę towaru. Gotowaliśmy tę zupę z trzy godziny. Zrobił się czarny wywar, maksymalnie mocna zupa. Walnąłem wtedy pół litra. Skutkiem tego najebany byłem co najmniej trzy dni. Wszyscy piliśmy tę zupę. Dziewczyny – córki z dobrych domów – też. I pamiętam, że położyliśmy się na podłodze w kilka osób. Niektórzy palili papierosy, inni nie. Prowadziliśmy bardzo spokojną, niezwykle empatyczną rozmowę. Atmosfera była tak miła, że nikt nie zauważył, że SBB się zacięło i już godzinę zapierdala loop na gramofonie. Atmosfera przemiła, co chwila odlatywałem, a jak już odlatywałem, to w naprawdę piękne rejony… Miałem cudowne halucynacje. Byłem na jakiejś łące, na której rosły kwiaty. Latałem sobie. Były tam jakieś góry, jakieś pejzaże, spotkałem jakichś ludzi, którzy nieśli szafę. Dwóch ludzi z szafą spotkałem gdzieś na łące. Tych halucynacji było dużo więcej. Ale jednak na heroinie bardziej odlatujesz, jak jesteś sam, a jak jest towarzystwo, to masz chęć gadania z ludźmi. Więc każdy opowiadał jakąś niekończącą się historię swojego życia. Cała reszta go słuchała, współczuła mu. Jedna wielka empatia. Nie wiem, czy to był taki dobry mak, czy co, ale świetnie nam ta zupa weszła. Rano wstałem i miałem iść do pracy…

Poszedłeś w takim stanie do pracy?

Z trudem, ale poszedłem. Byłem po więzieniu – musiałem. Wsiadłem do tramwaju. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak wyglądam. Byłem totalnie naćpany, miałem źrenice wielkości szpileczek. Zapytałem się jakiejś kobiety:

– Która jest godzina? Jaki dzisiaj mamy dzień?

Spojrzała na mnie z oburzeniem i odpowiedziała:

– Czwartek, proszę pana, czwartek…

I momentalnie odleciałem. Prawdopodobnie zrobiłem kółko od pętli do pętli. Każdy narkotyk ma przebłyski – są momenty, kiedy odlatujesz, i są momenty, kiedy wracasz. Więc ja starałem się wrócić, ale co chwila odlatywałem (śmiech).

Co to była za praca, do której zmierzałeś?

Pracowałem w magazynie jako pomocnik magazyniera. Szef magazynier stwierdził, że jestem w niezbyt dobrej formie i zwolnił mnie z zajęć.

Bezpieczeństwo i higiena pracy.

Tak jest. Higiena pracy przede wszystkim (śmiech). A nawalony byłem jeszcze przez dwa dni. Nic nie jadłem, nie robiłem też kupy – zatrzymane funkcje życiowe. Jest mi cały czas ciepło, jest mi cały czas przyjemnie, jest mi cały czas miło. Bo to jest tak – najpierw masz mocne uderzenie, to wtedy sobie leżysz albo siedzisz jak w palarni opium. Później zaczynasz normalnie funkcjonować, ale jak tylko wypijesz herbatę albo zjesz coś ciepłego, bo wreszcie weźmie cię lekki apetyt, to wtedy wszystko wraca – wzburzasz krew, narkotyk znowu działa.

Tak jest chyba ze wszystkimi dragami.

Tak, ale heroina działa wyjątkowo długo. No, chyba że speed, który trzyma chyba jeszcze dłużej. Ale umówmy się – speeda nienawidzę.

I to był ten pierwszy raz?

Pierwszy raz, kiedy porządnie naćpałem się heroiną.

Czy w tamtym czasie brałeś pod uwagę, że narkotyki, oprócz wielu ciekawych wrażeń, mogą przynieść ci również szkody, mogą mieć negatywny wpływ na twoje zdrowie, psychikę?

W żaden sposób nie zdawałem ani tym bardziej nie chciałem zdawać sobie z tego sprawy. Jak wszedłem w hermana[4], to jechałem go równo przez trzy miesiące od tego momentu, gdy pierwszy raz się naćpałem. Później, jak to ze mnie zeszło, to poczułem się tak, kurwa, źle, że trudno to opisać. Dostałem gorączki i bolał mnie wrzód. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że to wrzód. Myślałem, że to serce. Prawda jest taka, że wrzody miałem już od więzienia. Czułem się fatalnie. Ledwo zwlokłem się z łóżka, żeby w ogóle wyjść na miasto. Nogi miałem jak z waty, czułem się okropnie. Na mieście spotkałem kolegów i mówię do nich:

– Jak ja się, kurwa, źle czuję… Ja pierdolę. Mówię wam, że nie dam rady. Może napiję się alkoholu czy coś…

A oni na to:

– Ty masz, chłopie, normalną abstę[5]. Musisz znowu pierdolnąć sobie heroiny.

Akurat wtedy w Krakowie bardzo dobrze rozwinął się bajzel. Byłem tam stałym klientem, więc od razu znaleźliśmy dobre ćpanie, trzepnąłem w kanał i uwierz mi, że wszystkie dolegliwości puściły, jak ręką odjął. Jeśli masz kaca, a nie chcesz go mieć, to możesz być pewny, że jak jebniesz heroiny, to kac znika i zaczynasz znowu czuć się dobrze (śmiech). To jest straszne, ale tak właśnie jest i dlatego mówi się, że herman tak mocno uzależnia.

„Mówi się”?

Nie, no uzależnia, uzależnia (śmiech)… Przytoczę na ten temat żart: Jimi Hendrix mówi do Milesa Davisa:

– Miles, ty tak bierzesz tę heroinę… Nie boisz się, że się uzależnisz?

A Miles na to:

– No co ty! Biorę już piętnaście lat i żadnego uzależnienia nie zauważyłem.

2 Bajzel – w tamtych czasach najczęściej główna ulica miasta; miejsce, gdzie można było nabyć heroinę od przypadkowego dilera bez wcześniejszego umawiania się; ćpuny gromadziły się w tych miejscach, oczekując na dostawcę.

3 Zupa – prymitywna heroina uzyskiwana w procesie gotowania makówek; podawana doustnie; zażycie dożylne powoduje śmierć.

4 Herman – heroina.

5 Absta – zestaw dolegliwości wywołanych odstawieniem narkotyku.

Krzysio

Opowiem ci historię narkomana Krzysia, który swą miłość do heroiny przypłacił życiem. Choć prawda jest taka, że tego życia odechciało się mu już wcześniej.

„Krzysio” Nie palił nigdy i nie pił Z żadną dziewczyną nie był Ubranie czyste nosił Do pracy się nie spóźniał I kochał heroinę Mówił innej nie chcę Najlepszy towar w całym mieście

Już tylko to tylko to jedno Ręce i nogi skłute Każda tu z każdym lecz nie ze mną Zęby mam zepsute Więc grzeję heroinę Żadnej innej nie znam Najlepszy towar w mieście mam

Jest już w ziemi drugi rok Czasem się wspomni o nim słowo Nikt chyba dobrze nie znał go Każdy pamięta tylko Kochał heroinę Mówił innej nie chcę Najlepszy towar w całym mieście

W naszym środowisku nie było raczej uznawane handlowanie dragami. Jak komuś wyrósł krzak ganji, to chodził po mieście i rozdawał. Parę razy uczestniczyłem też w produkcji heroiny. Jest to bardzo poważny, ośmiogodzinny proces. Prowadził całą sprawę niejaki Krzysio. Był to sweter[6], człowiek, który na co dzień normalnie pracował. Był nauczycielem lub jakimś instruktorem na warsztatach dla młodzieży, gdzie uczył na obrabiarkach do metalu. Był też gitarzystą, przygrywał na gitarze. Ćpał już wtedy, ale chodził normalnie do pracy. Coraz dłuższe włosy mu rosły, coraz bardziej się zaniedbywał, bardzo mocno leciały mu zęby. Iglaturę[7] miał bardzo solidnie już przetrzebioną. Krzysio był po wypadku. Dwa palce miał upierdolone z niewiadomych przyczyn. Chyba załatwił je sobie, będąc naćpanym na tych warsztatach.

Znowu BHP.

Nie przestrzegał. Była to prawa ręka. Mimo to dalej grał na gitarze. Grał lewą ręką, a w prawej, w tym kikucie trzymał kostkę i tak grał. Był takim trochę bluesmanem. W końcu wyrzucili go z tej roboty, wtedy wszedł w tę heroinę po prostu jak w ciasto. Pokochał to i wiadomo było, że nikt nie robi towaru tak jak Krzysiu. On do tego towaru pluł. Mieszał go tylko w jedną stronę. Czary nad nim odprawiał. Nie pozwalał się spieszyć. Pamiętam, jak Mietek go poganiał:

– Szybciej, szybciej! Co tak długo tę odparówkę[8] robisz?

A Krzysio odpowiadał spokojnie:

– To musi mieć swój czas…

Był pod tym względem bardzo zasadniczy. Włączał mu się ten nauczyciel, którym de facto był (śmiech). I siedzieliśmy gdzieś w Hucie[9] na chacie. Mieliśmy tę chatę wolną i było fajnie. Byłem ja, Radwan, Mietek, Ciko i był Krzysio. Było to chyba u Mietka na chacie, w Starej Hucie, fajnej Hucie, na Stokach[10], gdzie były całkiem przyzwoite mieszkania. Krzysio warzył towar. Polegało to na tym, że najpierw gotuje się zupę z makówek, z główek makowych. Wcześniej trzeba było ten tak zwany susz załatwić. Z tego powodu jechało się do chama, do Słomnik. Dwadzieścia kilometrów za Krakowem była wieś Słomniki, która miała kontraktowe pola maku[11] po horyzont. Wystarczyło iść do byle którego chłopa i zapytać, czy nie ma czasem w stodole zeszłorocznego suszu makowego. Miał. Zawsze miał. Później już policja zaczęła się interesować, ale w tym czasie, o którym opowiadam, to jeszcze w ogóle nie istniał taki problem. Więc jechaliśmy do Słomnik, przywoziliśmy stamtąd wór suszu i ten susz się gotowało. O ilościach nie będę mówił, dokładnie żadnych szczegółów produkcji nie podam, mimo że jest to aktualnie bezpieczne i chyba można dzisiaj o tym mówić, bo nie istnieje już opiumowa odmiana maku. Wprowadzono bezopiumową odmianę Przemko i wytrzebiono mak w Polsce. Nie ma teraz dostępu do heroinowego maku w naszym kraju. Wtedy był…

Mamy już susz od chama ze Słomnik. Gotujemy. Ile czasu i co dalej?

Samo gotowanie pierdolonej zupy trwa trzy godziny. Kiedy już nabrała naprawdę dobrego czarnego koloru, Krzysiu wołał jednego z nas i kazał kosztować, czy wyszła odpowiednio gorzka. On sam nie mógł, bo go wzdrygało, więc zawsze wysyłali mnie na próbowanie, bo ci wszyscy narkomani to już mieli od tego ciarę[12] i nie chcieli tego robić. Sprawdziłem – gorzkie jak diabli, gorzkie jak skurwysyn. Przez gazę, do drugiego gara przelewamy tak, żeby odsączyć te śmieci, te wygotowane główki. I jedna przelewka, druga przelewka, piąta, kurwa, przelewka…

Główki maków w wodzie i tyle?

Tak. Właśnie z tego podczas gotowania powstaje tak zwana zupa. Mamy cały gar – parę ładnych litrów brązowego płynu, który już właściwie w tym momencie jest bardzo silnym narkotykiem, który można wypić i się napierdolisz, ale będziesz miał w sobie mieszaninę alkaloidów. A tu chodzi o wydobycie ekstraktu, tak? O wydobycie cukru z cukru. Więc produkcja trwa nadal – przelewamy i przelewamy, żeby było klarowne, przelewamy przez gazę, żeby nie został żaden syf. Z powrotem na kuchnię i wtedy dosypuje się tak zwany piach. Jest to odczynnik, który nazywa się kationit i jest absorberem. Wchłania w siebie to, co ma wchłonąć. Krzysiu dodatkowo pluł do tego towaru i mieszał zawsze tylko w jedną stronę. Wydaje mi się, że w lewo, i ni chuja nie pozwalał mieszać w prawo. Twierdził, że jak napluje, to wytwarza się jakiś dodatkowy chemiczny związek. Kationit wygląda jak brązowy cukier.

Skąd go braliście?

Z zakładu fotograficznego, gdzie wywołuje się zdjęcia. W tej chwili praktycznie nierealna sytuacja. Nie wiem, skąd można teraz wytrzasnąć coś takiego jak kationit, nie mówiąc o bezwodniku kwasu octowego, który jest potrzebny później.

Co dokładnie ma absorbować kationit?

Opiat, właściwy alkaloid. A tak szczerze, to sam dokładnie nie wiem (śmiech). W każdym razie – dochodzi do jakiejś filtracji, ten kationit to absorbuje i później już wylewa się całą wodę. Po wymieszaniu i wygotowaniu tego draństwa, a są to kolejne dwie godziny roboty, zostaje nam piach, w którym jest zawarta hera. W tym momencie nie za bardzo pamiętam, co dzieje się dalej, ale zdaje mi się, że następuje tak zwana odparówka. Jest to również bardzo długi proces i to on najbardziej śmierdzi. Ten kationit, który nam został, zalewa się ponownie wodą i gotuje, gotuje i gotuje, odparowując go aż do momentu, gdy zostanie tak zwany plaster. Wygląda to tak, jakbyś wylała jakiś karmel na patelnię i on by zastygł. I mamy karmelek, który ściągamy z patelni, wrzucamy do małego kubeczka i zalewamy acetonem. To jest najbardziej niebezpieczny fragment roboty, ponieważ można zapłonąć. Odparowywany aceton jest łatwopalny. Akurat z nami robił mistrz Krzysio, więc nie było żadnego zapłonu (śmiech). Ale pamiętam, że nieraz spotykałem Cika z kolejną dziurą w swetrze. Pytałem go wtedy:

– Co jest Ciko? Co znowu nabroiłeś?

– A wiesz… Znowu zapłonąłem.

Do tych akcji z acetonem najlepsza byłaby kuchnia elektryczna, bez płomienia, ale wtedy to było trudno dostępne. Jak robiło się to na gazie, gdzie opary tego draństwa parowały na wszystkie strony, to wywoływało to zapłon. W związku z tym robiliśmy różne kombinacje – na żelazku, na płycie położonej na gazie. Chodziło o to, żeby nie było bezpośredniego kontaktu z płomieniem. I trzeba było wietrzyć pomieszczenie. Był to bardzo niebezpieczny fragment roboty. Bardzo łatwo można było spowodować pożar. Zresztą niejeden ćpun spalił mieszkanie albo przynajmniej kuchnię właśnie w ten sposób.

Zalaliście plaster acetonem. Czy to koniec procesu produkcji i heroina jest już gotowa?

Z tego, co mi wiadomo, aceton służy do kolejnej destylacji. Później już tylko woda i jeszcze raz zagotować, i wtedy dodajemy bezwodnik kwasu octowego. To jest jakieś kolejne gówno z zakładu fotograficznego. Jak tego nie dodasz, to dostaniesz kopa[13], który może cię zabić.

Przy pełnej produkcji musi być ten tak zwany bezwodas. Można go pominąć jedynie przy produkcji ze świeżego, zielonego maku prosto z pola. Kiedy plaster jest odparowany – ląduje w kubku, potem aceton i znowu kolejny plaster, już poacetonowy. I ten ostatni plaster zalewamy wodą, dodajemy kilka kropel bezwodnika kwasu octowego i mamy towarek. Czekamy, aż wystygnie. Po ośmiu godzinach doszło wreszcie do tego upragnionego, kurwa, momentu. Gotowy, ale jeszcze gorący towar czeka w garnku, a Mietek już leci z pompą[14]! Nie powinien podawać sobie gorącego, ale oczywiście to zrobił. Przecież wystarczyło wsadzić tę pompę pod kran, pod zimną wodę, poczekać, schłodzić, ale nie – Mietek musiał oczywiście pierdolnąć sobie gorący towar! Na naszych oczach spuchł, zrobił się dwa razy większy. Szyja zrobiła mu się gruba, twarz poczerwieniała. Zatkało go. Oczy wyszły mu na wierzch, bo nie dość, że towar mocny jak sukinsyn, to jeszcze gorący. Zacząłem na niego wrzeszczeć:

– Kurwa mać! Po ośmiu godzinach warzenia ty nie potrafisz poczekać jeszcze tych paru chwil, żeby sobie to człowieku ostudzić…

No ale na szczęście nic mu się nie stało, przeszło mu i już później było OK. Cała reszta kolegów poczekała, aż towar wystygnie, i podaliśmy go sobie. Ja dostałem centa[15]. Towarek był mocny, koloru golden brown, jak ta piosenka… Dobry towar nie ma prawa być mętny, nie może w nim nic pływać, jakieś, kurwa, elementy. To musi być klarowny płyn, trochę gęstawy, o zabarwieniu ciemnego miodu. Tak to powinno wyglądać i powinno być gorzkie jak skurwysyn. W porównaniu z zupą, która już jest gorzka jak diabli, towar, który podajesz ze strzykawki prosto w żyłę, jest już tak gorzki, że gębę wykręca na drugą stronę. W smaku jest to ohydne, obrzydliwe. I tu znowu koledzy używali mnie jako testera, na zasadzie: „Sprawdź, Maleńczuk, czy odpowiednio gorzkie wyszło”.

Specyfik ten podajemy sobie dożylnie, i tu zaczyna się kolejny cyrk z Cikiem. Ja poradziłem sobie bez problemu, Mietek podał sobie na gorąco, ale już mu przeszło, a Krzysiu ugrzązł gdzieś w drugim pomieszczeniu, podając sobie w pachwinę czy szyję. On w tym czasie już jechał w takie miejsca, więc utkwił gdzieś w drugim pokoju przed lustrem z zawiązaną na szyi gumką, próbując podać sobie w te swoje zmarnowane kanały. Ja podałem sobie bez najmniejszego problemu. Od razu mnie siekło. Uczucie jest fantastyczne, bo jest tak zwany kop. Czujesz go chyba, kiedy towar dochodzi do mózgu. Włos jeży się na całym ciele i robi ci się gorąco. Masz wrażenie, że jeżysz się od środka, nie wiem, jak to ująć, ale masz wrażenie, jakby w twoją skórę od środka, na przestrzeni całego ciała, wbito milion igieł od wewnątrz na zewnątrz. Taka ciara jak trza! Najczęściej ludzie zaczynają się wtedy gwałtownie drapać, próbują to z siebie zrzucić, a później już robi się fajnie. Trzy dni z tej chaty nie wychodziliśmy.

Miał być jakiś cyrk z Cikiem, ale popadłeś w dygresje. O co chodziło?

Ciko miał ten problem, że był drobnej kości. Nigdy nie był żylastym typem, był delikatny. Są ludzie, którzy mają żyły jak powrozy. Ja w tym czasie takie miałem. Mówiono na to autostrady. Słyszałem na ten temat od kolegów komentarze: „Tobie to można podawać z zamkniętymi oczami i po ciemku. Zawsze się trafi w jakąś żyłę”. Tak to było w moim przypadku, a u Cika było odwrotnie. Ciko nie był jeszcze wtedy tak schorowanym narkomanem jak później. A uwierz mi, że później to już wyglądało to wszystko fatalnie – było podawanie w członka, w pachwinę. Natomiast tego dnia to była normalna próba wkłucia się Cikowi w rękę. Więc najpierw Ciko przez dziesięć minut pompował nadgarstek, trzymając zaciśniętą gumę na przedramieniu, żeby jakkolwiek pokazały mu się żyły, gdzie one w ogóle są, bo naprawdę trudno było je znaleźć. W końcu pokazywała się mała niebieska żyłka gdzieś tam na środku przegubu łokciowego, nie? Więc ja podchodzę naćpany ze strzykawką do tej żyły, a ta żyła mi znika, normalnie się cofa! Jego organizm był już tak ustawiony, że żyła bała się igły. Ciko w końcu mówi:

– Wal, kurwa, na ślepo!

– Ja pierdolę! Dobra, walę.

Mniej więcej wiem, gdzie ta żyła była, więc wkłuwam się i pomalutku wkłuwając się, czekam, aż w strzykawce pojawi się krew. Jeżeli się pojawiła, to znaczy, że jesteś. Ciko od razu zareagował:

– Jesteś, jesteś, jesteś! Nic nie ruszaj! Powoli podawaj.

Udało się podać, ale był z tym cyrk. Cała operacja trwała około 20 minut. Jak podasz krzywo, na przykład pod żyłę i towar wypłynie, to możesz dostać tak zwanego pirogena[16]. Możesz dostać pryszczy lub zgnilizny. Nietrafienie sobie w kanał jest cholernie niebezpieczne, powoduje maksymalny toxic. Jakoś tak to jest, że żyła i krew potrafią to przyjąć, a organizm poza żyłą tego ni chuja przyjąć nie chce. Rany po tym paprzą się, robią się siniaki. Ciko bez przerwy chodził z ręką na temblaku, bo sobie znowu podał pod kanał. Miał z tym problem.

Wszyscy już po zabiegu, już na was działa. Jak to jest być naćpanym heroiną?

Jak się naćpasz, to jest taka chęć opowiadania, takiej gaduły. Bajera[17] klei się jak cholera. Pali się papierosy. Głodu nie czujesz. Nic ci się nie chce, tylko suszy w ustach i trzeba pić, bo jest totalna suszara. Krzysiu zaczął mi opowiadać o swoim życiu, które okazało się bardzo smutne. Wcześniej dobrze mu szło. Nawet grał w jakimś zespole, ale poznał heroinę i tak ją pokochał, ten stan, to ciepło, poczucie bezpieczeństwa i sympatię do wszystkich ludzi, że po kolei rzucał wszystko, co miał. Coraz bardziej niszczało jego życie. Krzysio mówił o heroinie jak o złej babie. Zwłaszcza bezwodnik kwasu octowego ma fatalny wpływ na uzębienie, niszczy tryby jak cholera. Sam też przez wiele lat miałem poważne problemy z zębami. Ciągnęło się to za mną, mimo że już nie ćpałem. Krzysiu miał iglaturę w skandalicznym stanie. Był tym załamany. Mówił do mnie:

– No i zobacz… Gdzie ja teraz dziewczynę znajdę, która mnie zechce z takimi zębami? Jedyną moją żoną, kurwą i kochanką jest ta pierdolona heroina, więc staram się przynajmniej to robić dobrze. Jak już to kocham, to chociaż będę miał najlepszy towar. A jak się w końcu nauczę robić naprawdę zajebisty towar, to wtedy się nim wykończę. Podam sobie tyle, żeby od tego umrzeć.

Takie gadanie było wtedy na porządku dziennym. Byliśmy turpistami i tak dalej… Żal mi go było, ale on nie chciał wcale, aby się nad nim litować. Tak po prostu sobie gadaliśmy. I ta sytuacja była jesienią – to gotowanie towaru, o którym ci opowiedziałem. A zimą Krzysiu faktycznie poszedł… Robił wtedy jako cieć. Nagotował sobie towaru, uwarzył tak, jak umiał, a naprawdę robił to świetnie. Podobnie dobry towar przygrzałem później dopiero w Stanach Zjednoczonych. Była bardzo ostra zima, minus 30 stopni. Bardzo często słyszało się, że wielu naszych znajomych narkomanów odchodziło właśnie w ten sposób – naćpany usiadł na ławce, odpłynął i zamarzł. Kilka osób z mojego środowiska zeszło w ten sposób. I Krzysiu też tak sobie wymyślił, ponieważ wiedział doskonale, że żadna ilość towaru go nie zabije. Miał wielką tolerancję na tego draga. Mi wystarczało przygrzać jednego centa, on żeby coś poczuć, musiał przygrzać 20. Moja strzykaweczka była malutka, a jego strzykawa była jak dla konia – wielka pompa. Żeby podać taką ilość towaru, trzeba to robić godzinę. Więc on paradował z igłą w szyi. Uderzał w bajerę, nie wyciągając jej z żyły. Co jakiś czas podchodził do lustra, przystawiał pompę do igły i strzelał sobie kolejną działę. Tego dnia, kiedy się zabił, otworzył na swojej stróżówce wszystkie okna i podał sobie w jeden i drugi kanał po 20 centów, czyli razem 40. Taka ilość zabiłaby ze dwa konie, a jego i tak to nie ruszyło, tylko dopiero wychłodzenie organizmu.

Krzysiu zostawił dziwny list. Mogę o nim opowiedzieć, bo obydwie osoby z nim związane już w tej chwili nie żyją. Okazało się, że przyjaźnił się z moim kumplem Cikiem, który był ciężkim narkomanem. Dużo cięższym niż ja, Mietek czy Radwan. I oni się zakumplowali. Umówili się, że razem tego dokonają – że będą sobie nawzajem podawać towar i tak razem odpłyną. Tyle że Ciko swoim zwyczajem stchórzył i przyszedł na miejsce tego zdarzenia dopiero post factum, zanim jeszcze pojawiła się tam policja. Powiedział mi to dopiero po kilku latach. Trzymał w tej sprawie gębę na kłódkę jak cholera. Krzysia znaleźli. Wtedy okazało się, że zostawił list, który Marek [Ciko – przy. red.] przejął i nikomu go nie pokazał. Mnie pokazał po dobrych kilku latach. Był to typowy list samobójczy: „Nie mam chęci do życia” i tak dalej. Ale ewidentnie było powiedziane, że wiesz... „Nie jestem tu sam, jestem tutaj z kolegą, razem to robimy”, nie? Ciko ukrył ten list, bo w innym wypadku mógłby zostać posądzony o współudział czy diabli wiedzą co. Ciko w ostatniej chwili skrewił, zwyczajnie stamtąd zwiał i nagle się okazuje, że jeden żyje, drugi nie żyje, a w liście jest napisane, że jest ich dwóch. I dlatego Ciko ten list ukrył. Pokazał mi go po wielu latach. Mimo że Ciko był ciężkim narkomanem i chłopakiem z robotniczej okolicy, byliśmy dosyć bliskimi przyjaciółmi.

W rozmowie z tobą mówił o samobójstwie serio.

Moja z nim rozmowa o śmierci odbyła się może z dwa miesiące przed tym, jak on faktycznie to zrobił. Kiedy o tym mówił, nie brałem sobie tego do serca na serio, ale potem okazało się, że jednak się myliłem… Napisałem o Krzysiu piosenkę, ale w żaden sposób nie przestałem ćpać. Dalej to robiłem i grałem na ulicy. Zauważyłem, że osłabia mi się głos, że koncentracja jest taka sobie. Ciągle zasycha w ustach. Trudno wykonywać repertuar, będąc na heroinie. Poza tym zwyczajnie źle to wygląda… Odlatywałem. Miałem tendencję do zamykania oczu podczas grania.

Która pozostała ci do dziś, mimo że już nie bierzesz heroiny.

W tej chwili używam okularów przeciwsłonecznych, żeby nie było tego widać. Zawsze miałem do tego tendencję. Jeżeli grałem na stojąco, to nagle okazywało się, że w ogóle nie stoję przodem do ludzi, tylko stoję na przykład bokiem. W międzyczasie się przekręciłem, a oczy miałem zamknięte. Otwieram oczy, a ja stoję bokiem do widowni (śmiech). Zaczęło mi to przeszkadzać. Po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, czy może by nie przestać ćpać tej heroiny. Z drugiej strony to było w sumie fajnie, bo mieliśmy zajęcie, każdy dzień był naznaczony szukaniem towaru, tym, że musimy go sobie zorganizować – czy to kupić, czy ugotować. Ale ja chciałem też żyć, chciałem być muzykiem i występować. Zależało mi na tym. Potrzebowałem też normalnie kasy, więc grałem na streecie, ale bardzo wyraźnie czułem, że siada mi głos, że jednak heroina przynosi złe efekty. Dużo szlugów się przy tym pali. Nie ma dobrego towaru bez tytoniu. Musisz zajarać se szluga. To dobrze razem chodzi, podbija działanie. Ale to był ten moment, kiedy po raz pierwszy zastanowiłem się nad tym, czy nie powinienem jednak przerwać tego procederu i spróbować chociaż na chwilę przestać ćpać. Wszyscy koledzy ostrzegali mnie, że nie da się wyjść na sucho, jeżeli jechałeś przez kilka miesięcy, kłułeś się dwa, trzy razy dziennie. Nie można tak po prostu sobie przestać. Będziesz miał ciężką abstę, a wtedy nawet nie wiedziałem, jak ciężką… Byłem w tym bardzo nierozsądny.

Któregoś dnia postanowiłem po prostu zostać w domu i przestać brać. Na początku jeszcze nie było tak źle. Zacząłem się tylko nieco pocić. Przez pierwsze 24 godziny to było jeszcze jako tako – wyszedłem do sklepu, coś tam porobiłem. A potem jak mnie rzuciło na łóżko, to uwierz mi… Żadnej przyjemności nie miałem z tego leżenia. Wszystko mnie bolało. Zaczęło się od małych kosteczek w palcach u dłoni i stóp. Od tego ten bardzo silny, jakby reumatyczny ból się zaczyna. I potem stopniowo ogarnia on cały twój kościec. Masz wrażenie, że się rozpadasz, że w żaden sposób nie jesteś w stanie utrzymać swojej wagi na kręgosłupie. Wstajesz i się przewracasz. Mdlejesz. Ciśnienie zero. Nie miałem już siły zmieniać tych prześcieradeł ani przebierać się z kolejnych mokrych piżam. Pocenie jest takie, że nie do wiary. Co chwila jesteś mokry, więc to cię wtedy chłodzi. Leżysz w mokrym, kurwa, łóżku, w mokrej pościeli miotasz się (śmiech). Leżysz w całkowicie mokrej piżamie i boli cię cały kościec. Jedyne, o czym myślisz, to gdzie by tu, kurwa, przyczepić hak, ale tak, żeby się na pewno nie urwał, żeby się można było skutecznie powiesić. Po trzech dniach zaczyna się sraczka, co wykańcza cię jeszcze bardziej. Srasz i srasz.

Jadłeś cokolwiek lub chociaż piłeś?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6 Sweter – zwykły człowiek, nie hipis, żaden freak.

7 Iglatura – uzębienie.

8 Odparówka – proces odparowywania.

9 Huta – Nowa Huta, dzielnica Krakowa.

10 Na Stokach – właściwa nazwa: Na Stoku (osiedle w Nowej Hucie).

11 Kontraktowe pola maku – pola, na których realizowano zlecaną przez państwo uprawę maku na potrzeby medyczne.

12 Ciara – silne wzdrygnięcie, reakcja obronna organizmu.

13 Kop – potężny wstrząs organizmu towarzyszący dojściu towaru do mózgu.

14 Pompa – strzykawka.

15 Cent – centymetr sześcienny wiadomej substancji.

16 Pirogen – silna alergia połączona z wymiotami i opryszczką na całym ciele, spowodowana podaniem heroiny pod żyłę lub podaniem nieświeżego czy zanieczyszczonego towaru.

17 Bajera – płynna rozmowa w miłej atmosferze.

Brudne strzykawki

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zlot hipisów w Częstochowie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rysiek Riedel

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Homo Twist

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Denaturka

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Miarka, który przedawkował

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Lipiec w Nowym Jorku, sierpień w Krakowie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Przygoda z heroiną w trzech etapach

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Koledzy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Marihuana

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Przygody warszawskie i narodziny faszyzmu w Polsce

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Maleńczuk w Berlinie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Szlug, czaj, bajera, oko się szkli

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Pobyt w wariatkowie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Ritmo Latino

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Wpierdol od taksówkarzy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Impreza amfetaminowa – nigdy nie zejdę na psy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Śmierć Johna L.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Słynna wyprawa pociągiem do Jarocina

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Plota

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Romano

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Być jak Maleńczuk

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Wizyty na izbach wytrzeźwień

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Mały

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Jak przetrwałem

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Snob scriptum

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Postacie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zenon.

Jeden z kuzynów Anki. Warszawiak. Studiował astronomię, co widać.

Zdjęcie z około 1985 roku. Koncert w jakimś gównianym miejscu. Na pierwszym planie doskonale widoczne „autostrady”.

Pochód pierwszomajowy w latach 60. Z lewej strony ktoś niesie czerwoną flagę… Kroczy dumnie. Obawiam się, że jestem to ja.

Pierwsza Komunia Święta – dzień, w którym zostałem satanistą.

Pozostałe zdjęcia dostępne w pełnej wersji eBooka.