Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Coś, o czym chciałam ci powiedzieć ebook

Alice Munro

3.75 (4)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 330 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Coś, o czym chciałam ci powiedzieć - Alice Munro

Alice Munro daje niezbity dowód, że jak nikt inny potrafi uchwycić istotę ludzkiej natury w najróżniejszych naszych zachowaniach. Trudno sobie wyobrazić żywszy zmysł obserwacji . „Houston Post”

W doskonałym zbiorze trzynastu opowiadań Alice Munro wykazuje się niezwykłą wrażliwością, prostotą stylu i wspaniałą techniką pisarską. John Updike przyrównał ją nawet do Czechowa. Opisane przez nią siostry, matki, córki, ciotki, babcie oraz przyjaciółki żyją nadzieją, miłością, gniewem i wiarą w pojednanie, zmagają się z przeszłością, teraźniejszością oraz tym, co jeszcze przyniesie los.

Munro, z wrodzoną delikatnością i szczerością pisze o uczucia, trudnych relacjach damsko-męskich, nieudanych związkach, rozliczeniach z przeszłością, przekraczaniu progu dorosłości, upływie czasu, starości w kontekście relacji międzypokoleniowych, stosunkach miedzy rodzeństwem, poczuciu winy, budzącej się seksualności, życiowych wyborach oraz ich konsekwencjach. Trudno o bardziej subtelne i przenikliwe pióro we współczesnej prozie.

Alice Munro (ur. w 1931r.) – kanadyjska prozaiczka uhonorowana wieloma nagrodami, m.in. Międzynarodową Nagrodą Bookera za całokształt twórczości literackiej (2009) oraz Literacką Nagrodą Nobla (2013). Mistrzyni krótkiej formy, jedna z najwybitniejszych współczesnych pisarek.

Opinie o ebooku Coś, o czym chciałam ci powiedzieć - Alice Munro

Fragment ebooka Coś, o czym chciałam ci powiedzieć - Alice Munro

Tytuł oryginału: SOMETHING I’VE BEEN MEANING TO TELL YOU
Wydawca: GRAŻYNA SMOSNA
Redaktor prowadzący: BEATA KOŁODZIEJSKA
Redaktor prowadzący: KATARZYNA KRAWCZYK
Korekta: JADWIGA PILLER, KRYSTYNA ŚLIWA
Łamanie: MAGiK
Copyright © 1974, copyright renewed 2002 by Alice Munro All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Bohdan Maliborski, 2014
ISBN 978-83-8031-021-6
Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 Księgarnia internetowa: Fabryka.pl
Konwersja: eLitera s.c.

COŚ, O CZYM CHCIAŁAM CI POWIEDZIEĆ

– Już on wie, jak zauroczyć te kobiety – rzuciła Et do Char. Nie umiała powiedzieć, czy, słysząc to, Char zbladła, bo kogoś bledszego od Char trudno było znaleźć. Teraz, kiedy posiwiała, wyglądała jak duch. Ale wciąż była piękna; tego się nie traci. – Nieważny wiek ani rozmiar – ciągnęła Et. – Przypuszczam, że to dla niego tak naturalne jak oddychanie. Mam tylko nadzieję, że biedaczki nie dadzą się na to złapać.

– Ja bym się nie martwiła – uspokoiła ją Char.

Poprzedniego dnia Et skorzystała z zaproszenia Blaikiego Noble’a, wzięła udział w wycieczce i słuchała jego opowieści. Char też była zaproszona, ale oczywiście nie poszła. Blaikie obwoził je autobusem. Dolna część była pomalowana na czerwono, a górna – w paski, żeby uzyskać efekt płóciennego dachu. Z boku widniał napis: Wycieczki nad jezioro, na cmentarzysko Indian, do wapiennych ogrodów i rezydencji milionera – Blaikie Noble, kierowca i przewodnik. Blaikie miał pokój w hotelu, w którym pracował jako ogrodnik. Wraz z pomocnikiem kosili trawę, przycinali żywopłoty i okopywali granice działki. Cóż za upadek, skomentowała Et na początku lata, kiedy się dowiedziały, że wrócił. Znały go z dawnych lat.

I tak Et znalazła się w tłocznym autobusie pełnym obcych ludzi, choć, nim popołudnie dobiegło końca, z paroma paniami jednak się zaprzyjaźniła i – jakby jeszcze nie miała dość klientek – zyskała kilka obietnic zleceń na przeróbkę żakietów. Ale to było nieważne, bo przede wszystkim skupiła się na obserwowaniu Blaikiego.

Co miał im do pokazania? Parę porośniętych trawą kopców skrywających szczątki zmarłych Indian, działkę pełną dziwacznych szarawobiałych posępnych wapiennych tworów – naciąganych imitacji roślin (jeśli już, to właśnie to mógł być ten cmentarz) – i stary monstrualny dom wzniesiony za pieniądze pochodzące z handlu alkoholem. Blaikie wyciskał z tego, ile się dało. Wykład na temat dziejów Indian i naukowy dyskurs o wapieniu. Et nie była w stanie stwierdzić, ile z tego odpowiadało prawdzie. Arthur by wiedział, ale Arthura tam nie było; nie było nikogo oprócz naiwnych kobiet, które liczyły, że będą szły w obie strony obok Blaikiego, gawędziły z nim przy herbacie w Pawilonie Wapiennym i że swym silnym ramieniem podtrzyma je za łokieć, a drugą ręką muśnie okolice talii, kiedy będzie im pomagał wysiąść z autobusu. (Nie jestem turystką! syknęła Et, kiedy próbował tego numeru z nią).

Powiedział im, że dom jest nawiedzony przez ducha. Dla Et była to prawdziwa nowina, mimo że przez całe życie mieszkała dziesięć mil dalej. Żona zabiła męża, syna milionera, a przynajmniej tak podejrzewano.

– Jak?! – krzyknęła jakaś pani nieprzytomna z podniecenia.

– Panie zawsze koniecznie chcą się tego dowiedzieć – rzucił Blaikie, a jego głos przybrał jedwabisty ton; protekcjonalny i ciepły zarazem. – Umierał powoli. Trucizna. Tak przynajmniej mówili. To wszystko pogłoski, miejscowe plotki. (Miejscowe, akurat! pomyślała Et). Nie przepadała za jego przyjaciółkami. Żona tego pana. Oj, nie!

Powiedział im, że duch przechadza się po ogrodzie między szpalerami świerków. Nie duch zamordowanego męża, ale jego pełnej wyrzutów sumienia żony. Uśmiechnął się melancholijnie do pasażerek. Początkowo Et sądziła, że te jego zabiegi to czysty fałsz, zwykły flirt z klientkami, żeby dostały to, za co płacą, stopniowo jednak nabrała innego przekonania. Pochylał się nad każdą rozmówczynią – nieważne: grubą, chudą czy głupią – jakby właśnie w niej było coś, co pragnął odnaleźć. Mrużąc oczy, patrzył na nie łagodnie i z uśmiechem, choć w sumie poważnie. (Czy to było to spojrzenie mężczyzn, kiedy się kochali, którego Et nigdy nie zobaczy?). Jakby chciał zostać nurkiem, który przenika coraz głębiej otchłań, chłód i wraki statków, by odnaleźć tę jedną rzecz, którą sobie upodobał, coś małego, cennego i trudnego do umiejscowienia niczym rubin na dnie oceanu. Chciałaby opisać to spojrzenie Char. Bez wątpienia Char je widziała, ale czy wiedziała, jak rozrzutnie Blaikie nim szafuje?

*

Char i Arthur planowali tamtego lata wycieczkę do Yellowstone i Wielkiego Kanionu, ale nie pojechali. Tuż przed końcem roku szkolnego Arthur miewał częste zawroty głowy i lekarz kazał mu się położyć do łóżka. Parę rzeczy było u niego nie tak. Cierpiał na anemię, arytmię i miał problemy z nerkami. Et się bała, że to białaczka. Zalękniona budziła się nocą.

– Nie bądź niemądra – uspokajała ją Char. – Jest przemęczony.

Wieczorami Arthur wstawał z łóżka i przesiadywał w szlafroku. Blaikie Noble składał mu wizyty. Mówił, że pokój w hotelu to klitka nad kuchnią i że próbują go ugotować na parze – dlatego doceniał panujący na werandzie chłód. Grywali w różne dziecięce gry, na przykład geograficzną, albo rywalizowali o to, kto ułoży więcej słów z liter nazwiska Beethoven. Wygrał Arthur. Ułożył trzydzieści cztery. Był zachwycony.

– Jakbyś odnalazł świętego Graala – podsumowała Char.

Bawili się też w „Kim jestem?”. Każdy wybierał kogoś, kim będzie – postać prawdziwą lub wyimaginowaną, żyjącą bądź nie, człowieka albo zwierzę – a pozostali próbowali odgadnąć, kto to, zadając nie więcej niż dwadzieścia pytań. Et się domyśliła, kim jest Arthur, po trzynastu. Był Sir Galahadem.

– Nie przypuszczałem, że odgadniesz tak szybko.

– Przypomniało mi się, gdy Char wspomniała o świętym Graalu.

– „Moja siła jest siłą dziesięciu – wtrącił się Blaikie Noble. – Bo me serce jest czyste”[1]. Nie sądziłem, że jeszcze to pamiętam.

– Powinieneś być królem Arturem – dorzuciła Et. – To twój imiennik.

– Rzeczywiście. Król Artur ożenił się z najpiękniejszą kobietą na świecie.

– Ha! I wszyscy wiemy, jak się to skończyło – odparła Et.

Tymczasem do salonu weszła Char i zaczęła grać po ciemku na fortepianie.

Kwiaty kwitnące wiosną, tralala,

Mają się nijak do tej sprawy...

W czerwcu wpadła zadyszana Et i rzuciła:

– Zgadnij, kogo spotkałam na ulicy w centrum?

Char, która, klęcząc, zbierała truskawki, odpowiedziała:

– Blaikiego Noble’a.

– Widziałaś się z nim.

– Nie – zaprzeczyła Char. – Po prostu, wiedziałam. Pewnie wywnioskowałam z tonu twojego głosu.

Nie wypowiadały tego nazwiska od trzydziestu lat. Et była zbyt zdumiona, by jakoś to sobie wytłumaczyć. Przyszło jej to do głowy dopiero później. Dlaczego Char miałaby być zaskoczona? Przecież w tym kraju działa poczta; zawsze działała.

– Spytałam o jego żonę – dodała. – O tę z lalkami. (Jakby Char nie pamiętała). Powiedział, że zmarła dawno temu. To nie wszystko. Ożenił się z inną, która też umarła. Widocznie żadna nie była bogata. A gdzie się podziały pieniądze Noble’ów; te z hotelu?

– Tego się nigdy nie dowiemy – odpowiedziała Char i zjadła truskawkę.

*

Całkiem niedawno hotel otwarto ponownie. Noble’owie zrezygnowali z niego w latach dwudziestych i miasto prowadziło tam przez jakiś czas szpital. Teraz kupili go jacyś ludzie z Toronto, wyremontowali jadalnię, urządzili bar i uporządkowali trawniki oraz ogród, choć kort tenisowy okazał się nie do odratowania. Ponownie wystawili zestaw do krokieta. Latem pojawiali się goście, ale już nie tacy jak dawniej. Pary emerytów, sporo wdów i samotnych kobiet. Nikt nie zadałby sobie trudu, żeby się przejść i popatrzeć, jak schodzą z promu, pomyślała Et. Nie żeby prom jeszcze kursował.

Tamtego pierwszego razu, kiedy spotkała Blaikiego na ulicy, starała się nie okazać zaskoczenia. Miał na sobie kremowy garnitur, a jego włosy, zawsze spłowiałe od słońca, teraz spłowiały na dobre – posiwiały.

– Blaikie. Wiedziałam, że to ty albo lody waniliowe w kubeczku. Założę się, że mnie nie poznajesz.

– Et Desmond. Zmieniło się tylko to, że obcięłaś warkocze. – Pocałował ją w czoło, zuchwały jak zawsze.

– Odwiedzasz stare kąty? – spytała Et, zastanawiając się, czy ktoś ich widział.

– Nie odwiedzam. Nawiedzam.

Wyjaśnił, że się dowiedział o ponownym otwarciu hotelu i że zajmował się obwożeniem wycieczek w różnych miejscach na Florydzie i w Banff. Gdy go o to zapytała, opowiedział o swoich dwóch żonach. Nie spytał, czy wyszła za mąż, przyjmując za pewnik, że nie. Nie spytał też, czy Char była mężatką, ale Et sama mu powiedziała.

*

Et pamiętała, kiedy pierwszy raz sobie uświadomiła, że Char jest piękna. Oglądała zdjęcie, a na nim siebie, Char i ich brata, który się utopił. Miała wtedy dziesięć lat, Char czternaście, a Sandy siedem – czyli bez paru tygodni tyle, do ilu dorósł. Et siedziała na krześle bez poręczy, Char stała za nią z dłońmi na oparciu. Sandy w marynarskim mundurku siedział po turecku na podłodze – a nawet można by pomyśleć, że na marmurowej posadzce tarasu. Efekt ten wywołało zakurzone i pożółkłe płócienne tło, które na zdjęciu dawało złudzenie kolumny, udrapowanej kurtyny oraz majaczących w oddali topoli i fontann. Char upięła wysoko włosy i włożyła jasnoniebieską jedwabną suknię sięgającą do połowy łydki – rzecz jasna na zdjęciu nie było widać koloru – z misterną czarną aksamitną lamówką. Lekko się uśmiechała i emanowała spokojem. Równie dobrze mogła mieć osiemnaście, jak i dwadzieścia dwa lata. Nie była nieśmiałą pięknością przy kości, tak typową dla zdjęć z kalendarzy albo pudełek cygar z tamtych czasów. Prezentowała się surowo i delikatnie zarazem; stanowczo, wyzywająco.

Et długo przyglądała się zdjęciu, po czym skierowała wzrok na krzątającą się po kuchni Char. Był to akurat dzień prania. Kobieta, która przyszła do pomocy, przeciągała mokre ubrania przez wyżymaczkę, a matka siedziała i wpatrywała się w drzwi z siatką chroniącą przed owadami (nigdy nie pozbierała się po śmierci Sandy’ego i nikt się nie spodziewał, że kiedykolwiek się pozbiera). Char krochmaliła kołnierzyki koszul ojca. Prowadził sklep z tytoniem i słodyczami przy placu i codziennie zakładał czysty kołnierzyk. Et liczyła, że nastąpiła jakaś metamorfoza, jak w tym tle na fotografii, a jednak nic takiego się nie stało. Na twarzy pochylonej nad miską z krochmalem Char, milczącej i złej (nie cierpiała prania, gorąca i pary – w istocie nie lubiła żadnego z domowych zajęć), malował się ten sam niemal pogardliwy spokój co na zdjęciu. Et przekonała się – i nie do końca ją to ucieszyło – że mityczne ludzkie cechy istnieją naprawdę i że wypływają na powierzchnię w najmniej spodziewanym momencie. Przedtem jej się wydawało, że piękne kobiety to postaci fikcyjne. W niedziele razem z Char chadzały oglądać pasażerów, którzy schodzili ze statków wycieczkowych i zmierzali do hotelu. Tyle bieli, że aż kłuła w oczy – damskie suknie i parasolki przeciwsłoneczne, męskie letnie garnitury i panamy, a do tego migoczące na wodzie promienie słońca i grająca orkiestra. Przyglądając się uważnie kobietom, Et zawsze znajdowała jakiś defekt. Podrażniona skóra, tłusty zadek, chuda szyja albo kępki zmatowiałych włosów, pewnie tapirowanych. Nic nie umknęło uwadze młodej Et. W szkole darzyli ją szacunkiem za opanowanie i cięty język. To ona zawsze wytknęła ci, że stałaś przy tablicy z oczkiem w pończosze albo z odprutym rąbkiem spódnicy. To ona przedrzeźniała (zawsze w bezpiecznym zakątku boiska, żeby nikt nie usłyszał) nauczycielkę czytającą Pogrzeb sir Johna Moore[2].

Mimo wszystko wolałaby dojrzeć piękno w jednej z tych kobiet, a nie w Char. Byłoby to bardziej stosowne. Bardziej niż w przypadku Char pochylonej w mokrym fartuchu z wściekłą miną nad miednicą z krochmalem. Et nie lubiła kontrastów, bałaganu, tajemnic ani skrajności.

Nie lubiła też smutnej sławy, jaką się cieszyła w związku ze śmiercią Sandy’ego, i wspomnienia, jakie ludzie zachowali o jej ojcu niosącym ciało chłopca z plaży. Widywano ją o zmroku, jak ubrana w spodenki gimnastyczne robi gwiazdę na trawniku pogrążonego w żałobie domu. Któregoś razu w parku skrzywiła się – czego nikt nie widział – kiedy Char powiedziała: To mój młodszy brat się utopił.

*

[1] Fragment poematu lorda A. Tennysona (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

[2] Wiersz C. Wolfe’a.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki