Coś musi trwać - Joanna Kruszewska - ebook
Opis

Nigdy nie jest za późno, by wyrwać się schematom i podążyć za głosem serca.

Czasem wystarczy popchnąć jedną kostkę, aby zasiać spustoszenie w mozolnie wznoszonej przez lata budowli, gdzie każdy element stał blisko drugiego. Tak właśnie decyzją o przeprowadzce do domku nad morzem nestorka rodziny Bialickich rozpoczęła destrukcję. Rodzina podzieliła się na pojedyncze osoby, a każdy żył tylko swoim życiem, zamykając do niego dostęp pozostałym. Każdy też pielęgnował w sobie całkiem solidne pokłady żalu i utwierdzał się we własnych racjach.

W takiej atmosferze Marta będzie musiała zadecydować, co jest dla niej naprawdę ważne. Czy jej związek z Krzysztofem ma szansę przetrwać? Jak ułożą się jej relacje z siostrą? Czy Marta i jej babcia pożałują swojej decyzji o wyjeździe?

Bohaterowie tej powieści pojawili się także w książkach: Nic się nie kończy i Wszystko się zaczyna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 311

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

Copyright © Joanna Kruszewska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Redakcja

Monika Orłowska

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Skład i łamanie

Maciej Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elentronicznej

Dariusz Nowacki

 

Wydanie elektroniczne 2019

 

eISBN 978-83-66217-56-0

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 61 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niedobrze.

Można by powiedzieć, że nawet bardzo źle. Sezon warzywny w pełni, owocowy już się zaczyna. Jabłoń obok domu zaczęła w tym roku pięknie owocować, dziękując właścicielowi za należytą troskę i ofiarowując w zamian wyjątkowo dorodne papierówki. Te średnio dojrzałe nadawały się wyśmienicie na przetwory, Halina jednak nauczyła się już bardzo dokładnie mierzyć swe siły na zamiary i zdawała sobie świetnie sprawę z tego, że sama nie ma nawet najmniejszych szans, by sprostać pracy związanej z czyszczeniem, wekowaniem i przeróbką owoców.

Marta tymczasem zdawała się niczego dookoła nie dostrzegać. Halina utkwiła spojrzenie w widocznej doskonale z okien małego pokoju skulonej sylwetce nad brzegiem morza. Wnuczka co chwila przegarniała niesforne, kręcone włosy, którym wiatr zdecydowanie dyktował warunki, od czasu do czasu rzucała patyk podskakującemu tuż obok psu, poza tym niezmiennie tkwiła w tym samym miejscu, wpatrując się w wodę. Niczego więcej właściwie nie robiła.

Źle. Halina westchnęła i potarła dłonią czoło. Rozejrzała się po niewielkim pomieszczeniu, by znowu utkwić wzrok w kwadracie okna. Domino przewracało się dalej, wystarczyło popchnąć jedną kostkę, aby zasiała spustoszenie w mozolnie wznoszonej przez lata budowli, gdzie każdy element stał blisko drugiego. I tak oto decyzją o przeprowadzce do domku nad morzem starsza pani rozpoczęła destrukcję. Rodzina podzieliła się na osoby, a każdy żył tylko swoim życiem, zamykając do niego dostęp pozostałym. Każdy też pielęgnował w sobie całkiem solidne pokłady żalu i utwierdzał się we własnych racjach. Możliwe, że je mieli, Halina jednak miała również i swoje. Mijał rok, który spędziła tu w wyjątkowym spokoju, pełnym, jak na ponad osiemdziesięcioletnią kobietę, zdrowiu i głębokiej satysfakcji z każdego dnia. U schyłku życia okazało się, że można jeszcze stanowić o sobie, wbrew opinii niemalże całej rodziny. O tak, Bialiccy zjednoczyli się w wysiłkach, aby udaremnić babci i absolutnie wybić jej z głowy jakąkolwiek przeprowadzkę. Miała resztę swoich dni spędzić u boku synowej i syna. W pokoju mieszkania na pierwszym piętrze, zupełnie obcego, wyzutego ze wspomnień gromadzonych przez lata, znajomych twarzy sąsiadów, dźwięków, które od dekad brzmiały tak samo.

Halina usiadła na łóżku i przejechała dłonią po narzucie. Palce przesuwały się po grubo tkanych płatkach kwiatów.

Może gdyby Zbysio nie zachorował… Może to jego choroba była pierwszą kostką domina? Zmarszczyła brwi i spojrzała na jasne niebo łączące się z morzem. A właściwie… Dlaczego przypisywać sobie ponadludzkie moce? To, zdaje się, bluźnierstwo uważać swoje własne działania za przyczynę wszelkich niepowodzeń, które spotkały rodzinę. Przecież to los, czy może ręka o wiele potężniejsza i mająca nieporównywalnie większą moc niż ludzka, kieruje tym wszystkim. Coś jest nam pisane i tyle. Może wreszcie czas przestać za fatalne stosunki wśród bliskich obwiniać siebie? Halina westchnęła. Gdyby tylko nie wyjechała, Marta też by została. Teraz byłaby już po ślubie, a tak…

– Nad czym znowu tak medytujesz? – Teresa pojawiła się nagle w drzwiach.

– A… Właściwie chyba nad niczym. Tak sobie usiadłam, żeby odpocząć. Od upału.

– Zachowujecie się prawie tak samo.

– To znaczy?

– Ty i Marta. Zawieszacie się co chwila, odlatujecie myślami Bóg jeden wie dokąd, a ja widzę, że w miejsce, w którym, zdaje się, nie jest miło. Obie chodzicie zadumane i smutne. – Teresa przysiadła na krześle naprzeciwko Haliny i wbiła w nią pytający wzrok.

– Wydaje ci się. – Starsza z kobiet uciekła jednak spojrzeniem, zaprzeczając słowom.

– Nie chcesz, nie mów. Tylko mam wrażenie, że coś was zjada od środka, borykacie się każda ze swoimi rozterkami, z nikim nie porozmawiacie. A to błąd. Wielki błąd. – Teresa zdjęła kapelusz i odłożyła go na stolik. Zaczęła przesuwać palcami po jego rondzie. – Nie wiem, może powinnam dać sobie spokój, nie zawracać ci głowy i czekać, aż sama dojdziesz do wniosku, że coś powinnaś wyjaśnić. – Zmarszczyła nos. – Nie, nie wyjaśnić, czymś się podzielić. I, powiem ci szczerze, mogłabym czekać, bo co jak co, ale do osób wtykających swoje trzy grosze w cudze sprawy to ja nie należę, co to to nie. Odnoszę jednak wrażenie, że chyba trochę wam przeszkadzam. Nie wiem, co się stało, ale czuję, że jestem tu… może nie niemile widziana, ale zbyteczna.

– Co ty wygadujesz? – Halina aż się wyprostowała.

– Nic nie wygaduję. Mówię, jak jest.

– Źle ci się wydaje, po prostu…

Ile można jej powiedzieć? Czy w ogóle jest sens dzielić się z kimkolwiek niezbyt chlubnymi wydarzeniami w dziejach rodziny Bialickich? Halina przyjrzała się koleżance. Między innymi Teresa przyczyniła się do powzięcia decyzji o przeprowadzce nad morze. Zameldowana po sąsiedzku podczas ubiegłorocznego turnusu w sanatorium, szybko zaznajomiła się z Haliną i uchyliła jej nieco powieki na pewne rzeczy, dała odczuć, że wiek nie jest absolutnym determinantem zachowania. Machając beztrosko zwiewnymi spódnicami, zakładała barwne kapelusze, lekko muskała usta jasną pomadką i z zadowoleniem przeglądała się w lustrach. Podczas gdy Halina siadała cicho przy stole, Teresa prowadziła głośną dyskusję o wszystkim, co tylko jej wpadło do głowy. Początkowo takie zachowanie raziło, wydawało się zupełnie nie na miejscu, z biegiem czasu jednak starsza z kobiet zrozumiała, że jej osiemdziesiąt lat nie wystawia jej automatycznie na margines społeczny. Jeżeli ma coś do powiedzenia, to oczywistą rzeczą jest, że może to powiedzieć. Jeżeli coś ją bawi, powinna się śmiać. Wiadomo, nie tak jak te małolaty sterczące pod płotem, żeby tylko zwrócić na siebie uwagę, bo o zwracanie uwagi absolutnie nie chodziło, ale o to, żeby się cieszyć, zwyczajnie cieszyć, jeśli tylko znajdzie się ku temu powód.

Jeżeli coś jej się spodobało, to powinna to sobie sprawić. Dotychczas Halina zastanawiała się, jaki jest sens kupowania różnych drobiazgów, skoro już niedługo przyjdzie się z nimi rozstać. Synowa zawsze powtarzała, że nie ma co gromadzić książek, bo tylko kurz zbierają, a potem trzeba będzie je wyrzucić. „Potem” oznaczało czas po śmierci Haliny, to jasne, Krysia więc wzruszała ramionami i mówiła, że równie dobrze można teraz wyjąć pieniądze z portfela i wsadzić do kosza. Od tego są biblioteki, żeby z nich korzystać, więc mama nie powinna wydziwiać, ale dać sobie spokój z kupowaniem książek. Dała więc. Może nie do końca, bo raz na jakiś czas prosiła po cichu Martę, wciskała jej w dłoń kartkę z tytułem i pieniądze na zakup. Później zaś zamykała się w swoim pokoju pod pretekstem drzemki, wtedy wiadomo było, że nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby jej przeszkadzać, wyciągała z torebki książkę i z zamkniętymi oczami chłonęła najpierw zapach świeżej farby drukarskiej. Później zagłębiała się w lekturze. Takich chwil jednak było niewiele, a i te okupione wyrzutami sumienia, że dopuszcza się wobec rodziny oszustwa. Może niewielkiego, ale jednak.

Starszy człowiek nie powinien też używać wody toaletowej, wystarczą mu mydło i szampon, bo po co i komu właściwie ma pachnieć?

Tymczasem Teresa przez cały czas pobytu w sanatorium uświadamiała Halinie, że wcale tak nie musi być. Że ma prawo cieszyć się z tej resztki życia, która jej pozostała, i mało tego, powinna cieszyć się nią w pełni, bo, do cholery, zasługuje na to. Ona też jako pierwsza zobaczyła widok z pokoju, który oczarował Halinę tak bardzo, że wszystkie bariery stawiane przez rodzinę i samą siebie runęły w jednej chwili. Skoro ma się cieszyć życiem, to będzie. Od teraz. Właściciel domu nie zastanawiał się zbyt długo. Już na pierwszy rzut oka widać było, że na drewnianych zabawkach i różnego rodzaju ozdobach, które zawzięcie na potrzeby turystów strugał, niełatwo mu związać koniec z końcem. A skoro część domu dawniej zamieszkiwana przez córkę i tak stała zupełnie bezużyteczna, dlaczego by nie?

Halina popatrzyła na koleżankę. Odgrażała się w ubiegłym roku, że przyjedzie, i nic nie stanęło jej na przeszkodzie. Wpadła dwa dni temu z kilkoma walizkami, zachwyciła się obejściem i wyglądem zarówno domu, jak i jego mieszkańców. Stwierdziła nawet po cichu, że z Henryka zrobił się całkiem przystojny mężczyzna, a Halinie jakby ubyło lat, czy aby nie wykwitał tu jakiś jesienny romans? Dostała za to lekko po ramieniu od nowej gospodyni, ale nie przestawała wyrażać zdumienia metamorfozą cichej i spokojnej starszej koleżanki. A zdumienie to osiągnęło apogeum, gdy Teresa stanęła w progu pracowni. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się to w drewniane anioły, to w Halinę z niemym pytaniem: jak to w ogóle możliwe? Stwierdziła wreszcie, że chyba i jej przydałaby się taka radykalna zmiana. No bo jak można sobie ją darować, skoro działa jak najlepszy eliksir młodości?

– Żadne tam „po prostu”. – Teresa machnęła ręką, wyrywając przyjaciółkę z zamyślenia. – Coś się dzieje, przecież widzę. Ty pewnie nie chcesz być niedelikatna i najzwyczajniej w świecie nie chcesz mi powiedzieć w kilku zwięzłych słowach, żebym zwijała manatki i wracała do siebie. Trudno. Sprawdzałam już pociąg, o siedemnastej…

– Ani mi się waż.

– Ważę się, ważę. Spokojnie. Chwilę zajmie mi upchnięcie wszystkich ubrań do walizki i już mnie nie ma. Zadzwonię tylko, czy będzie komu mnie odebrać z dworca. A ty – Teresa pochyliła się do przyjaciółki i położyła dłoń na jej ramieniu – niczego sobie nie wyrzucaj, bo nic się takiego nie stało. Przyjadę w następnym roku albo może na jesień? Połączenia są idealne, nie trzeba się przesiadać, a ja na razie jeszcze mam siłę, żeby turlać się pociągami.

– Nie ma mowy. Nie dzieje się nic, tylko… – wzrok Haliny znów powędrował za okno – próbujemy dojść do siebie po kolejnych zmianach, pogodzić się z zawiedzionymi oczekiwaniami, zaufaniem, które przepadło chyba bezpowrotnie.

– Dlatego nie…

– Przestań już, Teresko. To są nasze rodzinne sprawy, właściwie nie takie znowu straszne, jakby stanąć i przyjrzeć się im z boku. – Przez chwilę Halina skupiła się bez reszty na wyciąganiu z narzuty sterczącej, jasnej nitki, wreszcie westchnęła i spojrzała na Teresę. – Wiesz, że rodzina miała mnóstwo zarzutów odnośnie do tej przeprowadzki? Wiesz, że jedyną osobą, która opowiedziała się po mojej stronie, okazała się Marta?

– Wiem.

– Swoją synową widziałam raz. Na święta wielkanocne. To wszystko. Upłynął rok, a my mamy za sobą jedynie chwilę podczas świątecznego zamieszania, no i jedną – Halina uniosła palec – jedną rozmowę telefoniczną. Julia była u mnie jakoś tak na początku lata. Wpadła, nadziwiła się pracowni i moim talentom do malowania drewnianych figurek, nacmokała się przy tym co niemiara, po czym przepadła. – Halina zacisnęła dłonie w pięści. – Zresztą słusznie. Wnuków nie widziałam. Ani Bartka, ani Tomka. Prawnuków też nie, bo podczas świąt jakoś tak się nam rozminęło. Co prawda Marta pokazywała mi zdjęcia w telefonie, ale mnie nikt niczego nie wysłał. A przecież też mam taki telefon, na który można wysyłać zdjęcia, wiedzą o tym.

Teresa przez chwilę patrzyła na zaciśnięte usta przyjaciółki, po czym wzięła ją zdecydowanie za rękę.

– Chodź, czas spróbować nalewek, którymi Henryk tak bardzo się chwali.

Posadziła Halinę przy kuchennym stole, a po chwili już wracała, niosąc dwie butelki.

– Pigwa czy malina?

– Daj spokój, to na zimę. Jak będzie nas brała choroba, teraz… teraz za gorąco.

– Od kieliszka czy dwóch wypitych latem świat się nie zawali, a jeżeli nie możesz się zdecydować, to proszę bardzo – Teresa odkręciła obie butelki – spróbujemy po kolei.

– Zapomnieli o mnie. Ot co. Najpierw byli wściekli, ale tak sobie myślę, że wściekłość już dawno minęła. Zamieniła się w złość, może w żal, sama nie wiem, ale teraz już pewnie po niej śladu nie zostało.

– Więc dlaczego unikają kontaktu?

– Nie mam pojęcia. Mogę sobie tylko gdybać, bo Marta i Zbyszek nabierają wody w usta, gdy ich pytam, kiedy odwiedzą mnie inni. Czasu brak, praca goni, dzieci małe, zawsze coś jest do roboty. Zbysio tłumaczy jeszcze, że Krysia źle się czuje i fatalnie znosi długie podróże. A mnie wydaje się po prostu, że o mnie zapomnieli, wiesz? – Halina opróżniła kieliszek i oblizała wargi. – Słodkie.

– Takie ma być. – Teresa sięgnęła po drugą butelkę. – A może przesadzasz? Może rzeczywiście nie mają czasu? Młodzi teraz żyją w pędzie, doby im mało.

– Możliwe. Ale bardziej prawdopodobne jest to, że do niczego nie jestem im już potrzebna. Nigdy nie byłam, zawsze stanowiłam w ich życiu jedynie dodatek. Nie mieli ze mną o czym rozmawiać.

– A Marta?

– Marta to wyjątek.

– No widzisz…

– Widzę, właśnie widzę, bo ona też mnóstwo straciła. – Halina odsunęła kieliszek i wstała od stołu. Dłonie musiały się czymś zająć, zaczęły więc równo układać ścierki na szafce, później zdejmować naczynia z suszarki. – Ślub odwołany, okazało się, że narzeczony Marty woli… – ścisnęła trzymany kubek – Julię, czyli jej siostrę. Po latach miłości okazywanej na wszelkie możliwe sposoby nie wytrzymał chwilowej rozłąki, niepewności czy cholera wie czego jeszcze i zwrócił się do naszej ślicznej Juleczki. A może ona do niego? Kto to wie, jak się sprawy potoczyły? Nikt im w sumie, za przeproszeniem, za prześcieradło nie robił.

– Może to nieprawda?

– Prawda. Nie wiem, które, zdaje się Krzysztof, znalazło w sobie na tyle odwagi, żeby Martę o tym poinformować. Dobrze, że odpowiednio wcześnie. Dobrze, że zrobił to, zanim wcisnął jej obrączkę na palec. W każdym razie sprawa jest stosunkowo świeża.

– O mój Boże…

– No właśnie nie wiem, czy Boga w to mieszać, czy raczej podłość ludzką. Wiesz, co jest najgorsze w tym wszystkim? – Halina usiadła z powrotem przy stole, sięgnęła do butelki i uzupełniła puste kieliszki. – To, że nie jesteś w stanie poznać drugiego człowieka w pełni. Mówi się, że męża nie znasz, że wiążesz się z obcym i różnie się może życie układać. A co to za różnica, czy obcy czy znany od urodzenia? Julce zmieniałam pieluchy, uczyłam ją chodzić, kołysałam do snu, opowiadałam bajki. Jak była starsza, pomagałam w lekcjach. Znam ją od pierwszego spojrzenia, które rzuciła na świat, od pierwszego ruchu w łonie matki. Znam? – Uśmiechnęła się krzywo. – Zrozumiałam dwa pojęcia tego słowa. Ta Julka, którą znam, nie zrobiłaby czegoś takiego jednej z najbliższych osób, miałaby skrupuły, wątpliwości, moralność by jej na to nie pozwoliła. A jednak stało się, czy więc ją znam? Chyba nie. Wpajane od najmłodszych lat zasady wzięły w łeb, pokazała, że ma je za nic. Zrozumiałam, że nie możesz być pewna niczego ani nikogo.

– To chyba nie nowina – mruknęła Teresa.

– Jak to?

– A siebie znasz?

– Wydaje mi się, że tak.

– Wydaje ci się. Słusznie powiedziałaś, a czy gdyby ci ktoś w ubiegłym roku, powiedzmy w marcu, oznajmił, że przeprowadzisz się na drugi koniec Polski, nie patrząc na nikogo, uwierzyłabyś mu? Czy raczej popukała się w czoło i powiedziała, że na rozumie mu nie zbywa?

Halina zmarszczyła brwi. Jasne, że to drugie. Nie dałaby wiary w takie słowa, ufając, że do końca swoich dni będzie żyła u boku rodziny i do głowy nawet nie przyjdzie jej nic podobnego. To prawda. Siebie też nie można być pewnym, ale czy można porównywać obie sytuacje? To, co zrobiła Julia, i to, jak ona, Halina, zaskoczyła swoją decyzją rodzinę? Czy tak samo zraniły swoich bliskich?

 

*

 

Zabrała z mieszkania resztę swoich rzeczy. Krzysztof opróżnił szafki, pozostawiając tylko nieliczne ubrania i drobiazgi, które należały do Marty. Szuflady świeciły pustkami, na półkach zostało kilka książek, wazon z zasuszoną różą i wisiorek z bursztynem. Pamiątek nie chciała kolekcjonować, wrzuciła więc bez wahania obie rzeczy do worka na śmieci, przeszukała pozostałe meble, od czasu do czasu uzupełniając walizkę. Mieszkanie, które przez kilka lat było jej domem, żegnało ją lekkim zaduchem, pustką i brakiem namacalnych śladów minionych dni. Zatrzymała się na chwilę. Koszulka przyklejała jej się do pleców, upał panujący na zewnątrz już od dobrych kilku dni zdążył mocno wygrzać ściany, a powietrze zdawało się ciężkie i niezdatne do złapania pełnego oddechu. Wiedziała, że wystarczy uchylić okno w sypialni i drzwi balkonowe w dużym pokoju, żeby pobudzić je nieco do życia, wprowadzić w ruch.

Stanęła w progu sypialni. Łóżko zostało. Dwa jasnoniebieskie materace leżały blisko siebie, ten sąsiadujący z wbudowaną szafą miał już wyraźnie zarysowane wgłębienia. Krzysztof sypiał wyjątkowo spokojnie, budził się rano prawie w tej samej pozycji, w której zasnął wieczorem. Zajmował zawsze środek materaca i wydawało się, że coś go tam przyciska niewidzialną ręką, bo niechętnie opuszczał to miejsce. Jeżeli miał ochotę przytulić Martę, po prostu ją do siebie przyciągał. Jeżeli chciał się z nią kochać, to również wciągał ją w dołek. Kiedyś śmiała się, że właściwie korzystają z jednego materaca, więc to ogromne łóżko tylko niepotrzebnie zajmuje przestrzeń, którą można wykorzystać w zupełnie inny sposób. Krzysztof całował ją wtedy w nos i kategorycznie się sprzeciwiał. Jak można zostawić jeden materac, skoro ona śpi na całym łóżku? W poprzek, wzdłuż, jak tylko się da.

Marta westchnęła i oparła skroń o framugę. Zacisnęła usta.

Miał rację. Tyle że… po niej nie został żaden ślad. To wgłębienie wskazywało na obecność jednej osoby. Drugiej nie było widać. Przesunęła wzrokiem po ścianach. Kłócili się o to, na jaki kolor pomalować sypialnię. Krzysztof koniecznie chciał coś jasnego, jej zaś marzył się brąz.

– Nie będę spał w ciemni – burczał i kręcił głową.

– A co to za różnica? Przecież i tak będziesz tu tylko spał. Popatrz. – Ciągnęła go do okna. – Wystarczy, że zawiesimy jasne firanki, może pomarańczowe albo…

– Wściekle żółte, i od razu, gdy rano otworzę oczy, będę odpowiednio nastrojony. Marta, litości… Chcę, żeby było jasno.

Stanęło na kawie z mlekiem, która też nie do końca Krzyśkowi odpowiadała, malując, kręcił nosem, że nabawią się depresji. Z biegiem czasu się przyzwyczaił. Jaśniejsze kwadraty nad łóżkiem stanowiły kolejny ślad jego obecności. Wystarczyło, że farba wyschła, by od razu zawiesił zamówione wcześniej obrazy. Marta nie wiedziała, czy radził się matki, wszak Alicja, niedoszła teściowa, była wielbicielką sztuki współczesnej, czy może sam zdecydował. W każdym razie nad łóżkiem pojawiły się trzy dzieła przedstawiające… ogólnie rzecz biorąc, paski i kwadraty w jasnych, żółto-pomarańczowych barwach.

Wilk był syty, owca w całości.

Dokąd pojechały trzy obrazy? Dlaczego Krzysztof tu nie został? Teraz jego przeprowadzka nie miała najmniejszego sensu, tym bardziej że wzdragał się przed nią i nawet nie chciał jej brać pod uwagę. Dopiero Marty niezłomność postawiła go przed trudnym wyborem – albo ich kilkuletni związek się kończy, albo finalizuje za cenę przenosin do Koszalina. Kariera Krzysztofa zaczynała tutaj nabierać rozpędu, dlatego do ostatniej chwili trudno było mu podjąć decyzję. Zmagał się z wątpliwościami, protestami matki. No cóż. Marta odwróciła się, wzięła walizkę i nie patrząc za siebie, zatrzasnęła drzwi. Cóż, znalazł kogoś, kto rozwiał jego rozterki. Jak widać, nad wyraz skutecznie. Ilekroć zastanawiała się nad tym, tyle razy wyobraźnia podsuwała jej zniewalający uśmiech Julii. Jej przymrużone oczy, które na świat patrzyły z pewnością, na której nigdy Marcie nie zbywało. Starsza siostra była chodzącym ideałem, do którego młodsza nigdy się nawet nie zbliżyła, był czas, kiedy patrzyła w Julkę jak w obrazek, wielbiąc ją bezgranicznie. Czy to właśnie wygląd skusił Krzyśka? Uch. Wsiadła do samochodu i wyciągnęła z paczki papierosa. Przypaliła go, wydmuchnęła dym i sięgnęła po telefon. Korciło ją, żeby wszystko sobie z siostrą wyjaśnić, nie tyle chciała poznać szczegóły, ile dowiedzieć się o pobudki. A może podczas jej nieobecności rozkwitła tu po prostu zupełnie nowa miłość? Wszak pasowali do siebie. Julia i Krzysztof. Pod każdym możliwym względem. Fizycznie stanowiliby… ups, przez jakiś czas przecież stanowili… bajeczną parę. Mieli dokładnie takie same upodobania kulinarne, zamiłowanie do zdrowego żywienia, tych samych trunków. Szlag by to trafił.

Zgasiła papierosa, zamknęła drzwi i uruchomiła silnik. Nie było sensu o tym rozmyślać, nie było sensu, bo za każdym razem dochodziła do wniosku, że w pewien sposób przyczyniła się do takiego, a nie innego, rozwoju sytuacji.

Gdyby nie wyjechała.

Gdyby tylko została.

W przemyślenia wdarł się bezpardonowo dzwonek telefonu.

– Tak, mamo?

– No gdzie ty jesteś, czekam i czekam.

– Już jadę.

– Jedziesz to ty już od ponad godziny, a to nie taka znowu straszna odległość. Siedzę tutaj wyszykowana, do niczego zabrać się nie mogę…

– Mamo, za pięć minut będę – mruknęła ze złością.

– A co to za ton, przepraszam? To już nie można zadzwonić i się zapytać? Moja droga, jeżeli taki to dla ciebie problem, żeby zawieźć matkę na zakupy, to powiedz od razu. Poproszę kogoś innego. – Mama wyraźnie była urażona. – Może Julia będzie miała chwilę czasu, albo Bartek, bo jeżeli tobie to sprawia taki kłopot, to…

– Nie, mamo. – Marta zatrzymała się na światłach i zaczęła przegrzebywać torbę w poszukiwaniu kolejnego papierosa. – Nie jest to dla mnie żaden problem, po prostu jestem trochę zmęczona.

– Zmęczona? Co ty niby możesz wiedzieć o zmęczeniu, pożyjesz jeszcze kilka lat i przekonasz się, jak takie upały mogą wykończyć starszego człowieka. W moim wieku to już jest nawet niebezpieczne, lekarze zalecają, żeby pić jak najwięcej wody, a skąd ja niby mam wziąć wodę? Taszczyć ze sklepu te półtoralitrowe butelki? Kręgosłup mi przecież pęknie. Ale oczywiście kogo to interesuje. Najlepiej wziąć samochód i zabrać się, gdzie oczy poniosą, a starzy rodzice… Nie szturchaj mnie, Zbysiu, czasami lepiej powiedzieć prawdę niż udawać, że wszystko jest w porządku. Jesteś tam jeszcze? Marta?

– Jestem, mamo. Muszę się rozłączyć, policja – rzuciła Marta szybko, wcisnęła czerwoną słuchawkę i odłożyła telefon z głębokim westchnieniem.

Tak być dalej nie może. Jedno z rodziców kłuło ją w oczy tym samochodem przy każdej nadarzającej się okazji. Tato zadecydował, żeby na razie korzystała z ich opla, stwierdził, że teraz, gdy już mieszkają w mieście i wszystko jest właściwie na wyciągnięcie ręki, nie ma konieczności posiadania samochodu. Przekonywał nawet, że po przebytym zawale trochę będzie się obawiał siadać za kółko na dłuższych trasach. Autobusem będzie bezpieczniej i całkiem wygodnie. Jedyne, w czym Marta mogła im pomóc podczas przyjazdów do rodzinnej miejscowości, to właśnie większe zakupy. Początkowo układ wydawał się idealny. Od jakiegoś czasu jednak mamie wyraźnie nie pasowało jeżdżenie autobusami, dawała również do zrozumienia, że nie ma ochoty wybierać się do hipermarketu wtedy, kiedy przyjeżdża Marta, tylko wtedy, gdy zachodzi taka potrzeba. Skąd ona niby miała wiedzieć, na ile czasu wystarczy jej makaronu, kaszy czy ryżu? A wiadomo, w osiedlowym sklepie można dostać wszystko, owszem, ale dwa, albo i czasami trzy razy drożej.

Marta zgasiła kolejnego papierosa i zaparkowała przed blokiem rodziców. Firanka w oknie na pierwszym piętrze poruszyła się energicznie, co oznaczało, że mama opuściła właśnie punkt obserwacyjny. Było trochę racji w tych zakupach. Tata był gotów jeździć środkami komunikacji miejskiej, wszak czego się nie robi dla dzieci… ale i jemu, wbrew gorącym zapewnieniom, byłoby o wiele wygodniej wsiąść do klimatyzowanego auta, wrzucić po zrobieniu zakupów wypchane torby do bagażnika, a nie biegać po byle drobiazg kilka razy dziennie. Marta zerknęła na swoją walizkę. Tym razem bagaż był niewielki. Bak zapełniony prawie w całości, obrzuciła uważnym spojrzeniem wnętrze auta. Może być, w miarę czysto. Zabrała kilka pustych opakowań po batonach i uśmiechnęła się do siebie.

Po co jej samochód? Tutaj już rzadziej będzie przyjeżdżała, tam… tam z kolei nie za bardzo jest gdzie jeździć.

– No jesteś wreszcie, ile się naczekałam, to tylko ja wiem. To co, jedziemy czy zjesz coś?

– Wiesz co, właściwie to ja niedługo mam pociąg.

– Jaki pociąg? – Krystyna stanęła w lekkim rozkroku.

– Pospieszny. – Marta zerknęła na zegarek. – Za godzinę. Zdążę na dworzec…

– Ty się nie unoś honorem, bardzo cię proszę, drogie dziecko.

– Nie unoszę się, mamo. Po prostu stwierdziłam, że samochód nie będzie mi do niczego potrzebny.

– Słowa nie można powiedzieć, człowiek raz czy dwa rzuci niepotrzebnie kilka zdań za dużo i już problem! Zbyszek, zrób coś.

Marta uśmiechnęła się do taty.

– Niczego nie rób, no, może pojedźcie na zakupy.

– Marta…

– Tato, i tak nie wiem, jak mam się odwdzięczyć, przez ten rok byłam zmotoryzowana tylko dzięki wam. Ale to już niepotrzebne, bo… – zająknęła się lekko – chyba nie będę tak często przyjeżdżać.

– Wejdź na chwilę, nie stójże tak w progu, bo to nawet nieładnie. – Mama zaciągnęła ją do dużego pokoju i delikatnie pchnęła na fotel. – Spokojnie, jeżeli będziesz chciała pojechać pociągiem, zdążysz, tata cię odwiezie. Powiedz mi tylko, dziecko… czy myślisz, że to już nieodwołalna decyzja?

– Tak. Niepotrzebny mi samochód. Tam na miejscu nie mam zbyt dużych odległości do pokonania, a jeśli zajdzie potrzeba, coś się wymyśli. Może wreszcie uda mi się uzbierać na moje własne cztery kółka? Kto wie.

– Przecież ja nie o tym! – Krystyna spojrzała wymownie w sufit.

– A o czym, mamo?

– No o tobie i…

– Tak, to też nieodwołalna decyzja – przerwała jej Marta.

– Ale, dziecko, poczekaj, porozmawiajmy spokojnie. – Krystyna zaczęła gładzić delikatnie dłonie córki.

– Rozmawiałyśmy już.

Chwilami Marta nie mogła się pozbierać, nie nadążała za zmianami nastroju matki. W jednej sekundzie pełna pretensji o wszystko i strzelająca zarzutami jak z najlepszego karabinu, w mgnieniu oka potrafiła zmienić ton i zupełnie niepostrzeżenie stać się na powrót tą osobą, którą Marta dobrze znała. Pełną wyrozumiałości i ciepła.

– Może za krótko. Może trzeba by się nad tym spokojnie zastanowić.

– Nie ma nad czym. Zresztą nie dalej jak kilka dni temu nikt inny, tylko ty właśnie powiedziałaś, że trzeba jak najszybciej powiadomić wszystkich o odwołanym ślubie, zrezygnować z sali, kamerzystów i innych drobiazgów. I że ty w tym absolutnie nie chcesz uczestniczyć. Pozamiatane, mamo, wszędzie byłam, opłaciłam, co trzeba. Temat zamknięty.

– Matko kochana. – Krystyna podniosła się ciężko i podeszła do okna. – Wiem, co mówiłam, ale może to była zbyt pochopna decyzja.

– Nie. Poza tym to nie tylko moja decyzja, powinnaś o tym pamiętać. – Marta skrzywiła się lekko.

– A czyja niby?

– Krzysztof też był w to zamieszany, jak by nie patrzeć, no i chyba Julia.

– Proszę cię, nie wiesz, czy rzeczywiście masz podstawy do rzucania oskarżeń.

– Mam. Tak się składa, że mam.

– Przecież nawet z nią nie rozmawiałaś!

– Nie musiałam. – Marta przejechała dłonią po włosach. – Wiem o wszystkim z pierwszej ręki.

– Daj już spokój, Krysiu. – Zbyszek uznał za stosowne się wtrącić.

– Jak możesz…

– Mogę i proszę cię najzwyczajniej w świecie. Na razie nie ma sensu tego wałkować, jeżeli coś ma się zmienić między nimi, to się zmieni. Ślub natomiast został już odwołany, wszystko, co z nim związane, też, więc moim zdaniem trzeba dać sobie spokój. Dać ochłonąć ludziom, wyciszyć się, zrozumieć. Nie naciskaj.

– Ale…

– Proszę cię. Marta – zwrócił się do córki – jesteś pewna co do tego samochodu? Wiesz, nic na siłę, nie będę cię uszczęśliwiał, ale dojedziesz szybciej i wygodniej.

– A wam szybciej i wygodniej będzie tutaj. Jestem pewna, tato, zbyt długo i zbyt egoistycznie to wykorzystywałam. Macie różne wizyty lekarskie, niedługo znowu jesień, nie będziecie przecież wystawać na przystanku, podczas gdy auto stanie zupełnie bezużytecznie kilometry stąd. Nie ma sensu.

– Chodź, zawiozę cię na dworzec.

Pociąg kołysał delikatnie. Pozwoliła sobie poddać się temu kołysaniu, zadowolona z decyzji o pozostawieniu samochodu. O ileż przyjemniej było siedzieć spokojnie, nie koncentrować się na prowadzeniu, tylko dać się ponieść myślom. Że ciągnęły w niekoniecznie przyjemne rejony, to trudno, nie sposób ich jednak wiecznie omijać. Coś musi zostać przewałkowane, poddane przynajmniej pozornej analizie, z czymś trzeba się prędzej czy później pogodzić. Nie uciekać, nie starać się tego zakrzyczeć muzyką czy bezsensowną bieganiną. Trzeba stawić mu czoła, bo schowane w podświadomości będzie cisnąć, uwierać, aż w pewnym momencie wyleje się przesadnie dużą falą żalu. Marta musiała wreszcie przyznać sama przed sobą, że wyjeżdżając, postawiła Krzysztofa w dość niewygodnej sytuacji. Mógł wytrzymać, owszem, to, że został sam, wcale nie znaczyło, że musi natychmiast biec i szukać pocieszenia w czyichś ramionach. Nie zmienia to jednak faktu, że wystawiła go na próbę. Nieświadomie, ale jednak. On z kolei tej próby nie wytrzymał, gdy już na horyzoncie majaczył kontur kościoła, już słychać było marsz weselny czy Ave Maria, gdy już goście szykowali chusteczki do otarcia łez wzruszenia, on skapitulował. Nie wytrzymał. Zamienił jedną siostrę na drugą.

Mijane drzewa i budynki zlewały się powoli w barwny, bezkształtny ciąg, a Marta pozwoliła łzom płynąć.

Dlaczego Julia go nie powstrzymała? Dlaczego zrobił to, czego nikomu bliskiemu robić się nie powinno? Czy było to pod wpływem chwili? Czy może rzeczywiście w starszej siostrze kotłowało się uczucie do Krzyśka na długo przed wyjazdem Marty? Wystarczyło przypomnieć sobie te chwile, kiedy siedzieli tuż po sprzedaży rodzinnego majątku nad obszernym biznesplanem, kiedy Julia rozwijała swój fitness klub. Jak bardzo Krzysztof wtedy ją wspierał, dowodząc, że nie musi liczyć na pieniądze babci, że równie dobrze, jako wyjątkowo przedsiębiorcza osoba, poradzi sobie i bez tego. Wyjaśniał, tłumaczył, dodawał otuchy. Marta musiała przyznać, że jej obecność wtedy ograniczała się raczej do przynoszenia kolejnych butelek wina i przełączania telewizora z programu na program. Czy brała sobie wtedy do serca problemy Julii? Nie. Miała jej za złe paskudne zachowanie i chęć wyszarpnięcia za wszelką cenę pieniędzy. Czy już wtedy starsza siostra postrzegała Krzysztofa jako kogoś wyjątkowego? Chyba tak. Marta poprawiła się w fotelu i oparła o zagłówek. Przymknęła oczy. Przy każdej nadarzającej się okazji Julia mówiła jej, że powinna wznosić dziękczynne modły do nieba za zesłanie kogoś takiego jak Krzysztof. Jego wad nigdy nie widziała. Marta nie miała w niej absolutnie żadnego wsparcia, gdy się pokłócili. Kilkakrotnie próbowała zwierzać się siostrze, za każdym razem jednak Julia wybierała stronę Krzysztofa, na jej poparcie to on zawsze mógł liczyć. Może więc czekała tylko na dogodny moment…

Nie. Marta wolała wierzyć, że nawet jeśli Julia kiedykolwiek czuła cokolwiek do jej narzeczonego, starała się te uczucia trzymać na wodzy, a w pewnej chwili… już nie była w stanie.

Możliwe, że kiedyś przyjdzie czas, kiedy ze sobą porozmawiają. Możliwe nawet, że szczerze. Na razie jednak wszystko pozostawało w sferze domysłów, którym Marta masochistycznie pozwalała, by ją atakowały, ufając, że w końcu się zatrą, zblakną, zmęczą.

I dadzą jej spokój.

 

*

 

Dochodziła już ósma. Wystarczyło się czymś zająć, a wskazówki nabierały takiego tempa, że nie sposób było za nimi nadążyć. Krysia wytarła dłonie w ściereczkę, odłożyła ją, równo poskładaną, na parapet i zajrzała do miski. Odmierzyła odpowiednią ilość wody, później mąki, przykryła miskę z powrotem i zerknęła na zegarek. Świetnie. Zaczyn ma postać sobie jeszcze trzy godziny, wstawi się go później do piekarnika i około dwunastej będzie mogła biec do Basi. Wszystko tak, jak należy.

Przyszykowała formy, ustawiła je na blacie i przyjrzała im się krytycznie. Trochę małe. Można by było robić podwójną porcję i więcej chleba wozić dzieciom. Wiadomo, że kupny nie miał się nawet co równać z tym własnej roboty. Bochenki pełne różnego rodzaju ulepszaczy i innej chemii po pierwsze jeszcze jako świeże pachniały wilgocią i wprawny nos łatwo wychwytywał charakterystyczną, pleśniową nutę. A co jak co, ale węch Krysia miała wybitny. Poza tym nazajutrz, nieważne, gdzie i w jaki sposób się pieczywo przechowywało, nie nadawało się już do jedzenia. Kanapkom raczej odbierało smak, niż go dodawało. A skoro można samemu upiec chleb, skoro jest na to wolna chwila, dlaczego nie skorzystać? Któregoś dnia wspomniała o tym Julii, ta zaś wyszukała kilka przepisów i proszę bardzo, mogła teraz z dumą raz na jakiś czas wyciągać chrupiące bochenki, które smakowały tak jak w jej dzieciństwie.

Zajrzała do sypialni. Zbyszek leżał w skotłowanej pościeli, jak zwykle zakryty po same uszy. Że też się nie uparuje w taki gorąc. Krysia pokręciła głową, po trosze zazdroszcząc mężowi. Co prawda kładł się nieco później niż ona, oglądał coś w telewizji albo znikał z nosem w książce, rano jednak nic nie było go w stanie podnieść i czasami dopiero około dziewiątej pojawiał się w kuchni, przeciągając się i ziewając rozdzierająco, zaglądał do szafek w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Nie raz i nie dwa mówiła mu, że to nieprzyzwoite spać prawie do południa, człowiek marnuje tylko życie. Z drugiej strony zazdrościła, bo jej powieki podnosiły się koło piątej. Jak bardzo starałaby się je z powrotem przymknąć, snu już nie dawało się zawrócić. Chwilę przewracała się z boku na bok, wreszcie wstawała z westchnieniem, zamykała drzwi do sypialni, rzucając tylko przeciągłe spojrzenie śpiącemu jak dziecko mężowi, i ruszała do swoich zajęć.

Problem w tym, że tych zajęć teraz było jak na lekarstwo. Minął rok z okładem, powinna się przyzwyczaić. Powierzchnia do opanowania stanowiła zaledwie ułamek domu, w którym przez lata sprawowała swe rządy. Nie było już podwórka z ciągnącymi się bez końca rabatami kwiatów do podlania, kilka doniczek stojących teraz na balkonie raczej nie mogło się z nimi równać. Nie było ogrodu, do którego codziennie trzeba było zajrzeć. Albo pozbyć się natrętnego ziela, albo podebrać ogórki, zerwać fasolę… Lubiła te swoje równiutkie grządki, lubiła zapach unoszący się nad nimi i ciche bzyczenie pszczół. Małe rośliny potrzebowały jej opieki, a za należytą uwagę odwdzięczały się wyjątkowymi plonami. Kiedyś prosiła o pomoc córki, jednak ani jedna, ani druga nie odziedziczyły po matce zapędów ogrodniczych. Julia uwielbiała warzywa, owszem, ale na talerzu. Poproszona o pomoc, zawsze wynajdowała mnóstwo różnych zajęć, którymi bezwarunkowo musiała się w danej chwili poświęcić. Pomoże mamie, owszem, ale później. To później oczywiście nigdy nie nadchodziło, poza tym Krystyna nie należała do osób, które cokolwiek odkładały. Trzeba było zrobić i tyle. Nie ma na co czekać. Śmieci niewyniesione teraz, zaraz, zaczynały śmierdzieć. Pranie niewyjęte z pralki dokładnie tak samo. Nieodkurzone mieszkanie zarastało brudem, naczynia mogły się potłuc, gromadzone bez sensu w zlewie. I tak dalej, i tak dalej. Niektórzy nie potrafili tego pojąć i wściekali się, że u niej wszystko musi być zrobione już, natychmiast. Ano musi.

Tyle że ostatnio… Krystyna rozejrzała się po niewielkiej kuchni, niewiele było do zrobienia. Tłukła się po małym mieszkaniu z kąta w kąt, wycierając z półek niewidzialne pyłki, na potęgę piekła ciasta, które później lądowały w koszu, bo we dwójkę nie dali rady przejeść całych blach. Imała się różnych bezsensownych w jej pojęciu zajęć, byle tylko czymś wypełnić czas, który jak na złość tutaj wydawał się zwalniać. Minuta niespiesznie szła za minutą, duży zegar w przedpokoju w nieskończoność pokazywał tę samą godzinę, aż kilka razy sprawdzała, czy aby nie potrzebuje wymiany baterii.

Nie potrzebował.

Jej baterie natomiast były naładowane maksymalnie, tyle że… nie miały za bardzo na co zużywać energii.

Westchnęła i kolejny raz zajrzała do miski.

– Zabieraj mordulę, Maczo! Dla ciebie tu nic nie ma!

Odsunęła ciekawskiego psa. Dobrze, że chociaż on się nie wylegiwał do późnych godzin, dobrze, że potrafił dotrzymać towarzystwa. Siedział teraz grzecznie, wpatrywał się w nią i wyczekująco zamiatał ogonem podłogę.

– No co? Czego żebrzesz, skoro na spacerze już byłeś? Ciekawe, kto z tobą będzie latał, jak przyjdzie zima, bo mnie ani się to śni. To, że teraz piękna pogoda i jeszcze ciepło, to tylko twoje szczęście.

Maczo wywalił język i ziewnął głośno.

– A żebyś wiedział. Będziemy zwlekać z pościeli twojego pana. Wziął sobie obowiązek na głowę, to niech się z tego obowiązku wywiązuje, jak należy. Żeby zwierzę siedziało w domu! Nie do pomyślenia, psy powinny biegać sobie swobodnie po podwórku. A u nas już nie ma podwórka. Musisz się, bidulo, męczyć w tych czterech ścianach. No co, no co tak patrzysz? – Schyliła się i pogłaskała psa między uszami. – A niech ci będzie. Grzeczny byłeś dzisiaj na spacerze, to ci się kawałeczek kiełbasy należy. Matko jedyna. – Krysia pokręciła głową z niedowierzaniem. – Żeby psa tak rozpieszczać. Masz, jedz, no tak… Dobra psina.

Umyła dłonie, co chwila patrząc, jak smakołyk znika w psim pysku. Zanotowała sobie, żeby skoczyć na rynek, mieli tam taki duży sklep zoologiczny. Można było różne psie ciastka dostać, takie specjalne z witaminami. Czego to ludzie nie wymyślą… Początkowo, gdy Zbyszek jej powiedział, że dobrze byłoby kupować oprócz karmy jakieś smakołyki dla Maczo, pukała się tylko w czoło, twierdząc, że nie ma pieniędzy na smakołyki dla siebie, a co dopiero mówić o psie. Teraz jednak sama wybierała się po zaopatrzenie do zoologicznego, wychodząc z założenia, że co jak co, ale to ona odpowiada za żywienie w tym domu. I nieważne, czy dotyczy to zwierząt, czy ludzi. Pojedzie jutro. Bo dzisiaj ma się zająć dziewczynkami Bartka. Synowa musiała już wracać do pracy, czyli na jakiś czas Krystyna będzie miała zajęcie. Basia była dobrą matką, opiekuńczą, tyle trzeba było jej przyznać, ale zdaniem Krysi na zbyt wiele pozwalała dziewięcioletniej Kalinie. Kto to widział, żeby dziecko w tym wieku bez przerwy chodziło z nosem w telefonie? Wzrok tylko popsuje, a niczego mądrego się nie nauczy, to pewne. Małe palce biegały wprawnie po wyświetlaczu całymi godzinami, a zapytana o coś dziewczynka marszczyła brwi i sprawiała wrażenie wyrwanej z letargu. Do niczego dobrego to nie prowadziło, Krysia podczas pobytu u syna pilnowała wnuczki, dawała jej różne zajęcia, chociaż było widać początkowo, że Kalinka nie jest z tego zbyt zadowolona, później już sama pytała, w czym pomóc babci. Może i wiele do pomagania nie było, ale Krysia stawała na rzęsach, żeby coś wynaleźć. A to zabawki w pokoju poukładać, a to ustawić, jak trzeba, talerze, bo Basia bez przerwy mieszała komplety. Różnokolorowe naczynia sprawiały wrażenie całkowitego bałaganu, wystarczyło tylko umieścić na dole półki te pomarańczowe, na nich białe z wzorkiem i od razu wszystko nabierało należytego ładu. Kalina potrafiła też odkurzyć swój pokój albo rozwiesić pranie. Dlaczego matki teraz tak strasznie wyręczały we wszystkim swoje dzieci? Nikomu przecież korona z głowy nie spadła, nie nadwyrężył się kręgosłup, gdy całkiem już duża dziewczynka pomagała nieco w domowych obowiązkach. Nie siedziała dzięki temu bez przerwy w telefonie albo nie oglądała na okrągło telewizji, tylko uczyła się wykonywania prostych czynności, które tak czy siak kiedyś będzie musiała nabyć. Powoli wypracowywała dokładność i sumienność, te z kolei przecież nie tylko podczas sprzątania będą jej potrzebne. Basia często machała ręką i mówiła, że przyjdzie na to czas, że pranie woli sama rozwiesić, bo Kalina narobi zagięć i później będzie więcej roboty podczas prasowania. No rzeczywiście. Krysia się skrzywiła, wyjmując z piekarnika patelnię. Bo to od razu Rzym zbudowano! Dziewczyna musi się nauczyć, a jak niby? Tylko na błędach. Klaudia już miała roczek, Kalina nie raz i nie dwa rwała się do pomocy przy siostrzyczce, ale mama stanowczo ją odsuwała, że krzywdę zrobi albo sobie nie poradzi. No co jak co, nie mówiły przecież o noworodku! Piaskownica pod oknami, Klaudusia była wyjątkowo spokojnym i grzecznym dzieckiem, więc mogła bez problemu posiedzieć pod opieką dziewięciolatki przynajmniej parę minut. Kalinka nauczyłaby się dzięki temu odpowiedzialności. Basia jednak wiedziała swoje. Wszystko zresztą robiła po swojemu i nie chciała słuchać dobrych rad teściowej. Jakby Krysia nie wychowała z powodzeniem czwórki dzieci, mając oprócz tego na barkach duży dom i całkiem sporo obowiązków z sadem. Przecież w pewnym momencie rodzeństwo pilnowało się po prostu samo. I co? Spadł komuś włos z głowy? Nie. Doskonale zdawali sobie sprawę, że jedno odpowiada za drugie. Czy przydało im się to w życiu? Oczywiście. Ale teraz zapanowała moda na zupełnie inne wychowanie. Dzieci wysyłało się w ciągu roku na tysiące zajęć dodatkowych, jakieś balety, angielskie, szachy, ćwiczenia… zwykłego życia w ogóle nie ucząc. Czyżby te umiejętności już nie były potrzebne? Rosło to młode pokolenie w przeświadczeniu o własnej wyjątkowości i pełne roszczeń wobec otaczającego je świata. Miał padać przed nimi na kolana, kłaść się u ich stóp. Już nie trzeba go było zdobywać, nie trzeba się było nim zachwycać. Nie było czym. Trzeba było wyciągać z niego, co się dało, wyciskać jak cytrynę i patrzeć z pretensją, dlaczego tak mało oferuje.

Westchnęła ciężko, czując ogromny ciężar odpowiedzialności. Dopóki może, dopóki pozwoli jej na to zdrowie, musi zadbać o własne wnuki. Koniec, kropka. Poczucie misji zajęło jej uwagę na tyle, że nie usłyszała cichego chrząknięcia.

– Krysiu…

– O. – Odwróciła się od okna i obrzuciła męża wzrokiem. Koszulka przekrzywiła mu się nieco, odsłaniając chude ramię. – Wstałeś już.

– Dzień dobry. – Uśmiechnął się do niej i rozłożył ręce na boki, przeciągając się mocno. – Wiem, śpioch ze mnie.

– Ano śpioch. Dobrze, że chociaż ty. Usmażyć ci jajecznicę? A może kiełbasę odgrzać?

– Cokolwiek.

– Idź, przebierz się. – Kiwnęła głową w stronę łazienki. – Zaraz będzie śniadanie.

Gdy zadzwonił telefon, przez chwilę stała niezdecydowana z jajkiem w dłoni i zerkała na rozgrzewający się olej, by po chwili wahania zakręcić gaz pod patelnią. Może to Basia, coś się zmieniło z godziną i chce, żeby Krystyna pojawiła się u nich wcześniej.

Wyświetlacz jednak poinformował, że to nie synowa dzwoni.

– Halo… – powiedziała niepewnie.

– Dzień dobry. – W męskim głosie dało się słyszeć lekkie zdenerwowanie.

– Dzień dobry, Krzysiu.

– Dzwonię… Co słychać?

– Wszystko w porządku. – O co on właściwie pytał, o pogodę, o stan zdrowia?

– Chciałem się dowiedzieć, czy… Marta…

– Wyobraź sobie, pojechała już. Zostawiła samochód i zabrała się pociągiem.

– O, a to dlaczego?

– A to dlatego, że bardzo łatwo unosi się honorem, jakbyś nie wiedział. – Krysia odłożyła jajko do zlewu i opłukała ręce, przytrzymując ramieniem słuchawkę. – Wystarczyło powiedzieć jedno słowo za dużo, a rzuciła kluczykami… Dobrze, może nie rzuciła, odłożyła je po prostu i powiedziała, że samochodu już nie potrzebuje. Trudno. Ja się napraszać nie będę, jakoś sobie tam musi poradzić.

– Czyli pojechała już, tak?

– Ano tak.

– A czy… – Krzysztof najwyraźniej próbował znaleźć odpowiednie słowa. – Czy wszystko pozałatwiała?

– Masz na myśli odwołanie rezerwacji?

– No… tak.

– Pozałatwiała. Wszystko uregulowane, ale Krzysiu, dlaczego do mnie dzwonisz, nie kontaktowałeś się z Martą?

– Nie odbiera ode mnie telefonów.

– Hm.

– Nie chce ze mną rozmawiać, przynajmniej na razie, dlatego chcąc się dowiedzieć, czy wszystko podomykane, dzwonię do pani, przepraszam, może nie powinienem, ale nie miałem do kogo.

– A daj spokój z przeprosinami – żachnęła się Krysia. – Rzeczywiście, znalazłeś powód. Bardzo dobrze, że dzwonisz. Wiem też, że Marta u kilku osób była osobiście, do reszty dzwoniła, więc możesz być spokojny. A… – zawahała się lekko – co u ciebie?

– Jakoś sobie sprawy układam.

– Marta mówiła, że mieszkanie komuś wynająłeś.

– Tak, bez sensu, żeby stało puste. Wpadnę tam jeszcze tylko na parę dni, zobaczyć, jak ekipa remontowa daje sobie radę, a od września wprowadzają się już nowi lokatorzy. Całkiem miłe, młode małżeństwo – mruknął.

Może chociaż im się uda, przemknęło Krysi przez głowę.

– A ty się przeprowadziłeś do rodziców?

– Nie, skąd.

– Chciało ci się szukać nowego lokum? – zapytała współczująco.

– Nie było wyjścia – powiedział z przekąsem. – Nie dałbym rady dojeżdżać do Koszalina.

– Do Koszalina??!! – Krystyna aż przysiadła, na pytający wzrok wchodzącego do kuchni męża tylko machnęła ręką.

– Tak.

– Sama nie wiem, co powiedzieć… – Rzeczywiście, nieco frustrujące, bo co jak co, ale nie należała raczej do osób, które zapominają języka w gębie.

– Życzyć mi powodzenia.

– Ależ życzę ci, oczywiście, że życzę. Krzysiu… dzwoń, jeżeli będziesz chciał porozmawiać, pamiętaj. Trudno, co się stało, to się oczywiście nie odstanie, ale… jeśli czegoś będziesz potrzebował, dzwoń.

Rozłączyła się po kilku słowach pożegnania i odłożyła w zamyśleniu telefon.

– Śniadania nie ma?

– Po co pytasz, skoro widać i czuć. – Podniosła się z taboretu i z powrotem sięgnęła po jajko. – Już, zaraz będzie.

– A ja mam do ciebie pytanie.

– Proszę, pytaj. Chociaż pewnie słyszałeś, że to Krzysztof.

– Słyszałem. – Mąż oparł się o stół. – Nie wiem natomiast, skąd w tobie tyle ciepłych uczuć do tego człowieka.

– Nie rozumiem.

– Co tu jest do rozumienia? Złamał twojej córce serce.

– Jakoś mi na taką, co ma cokolwiek złamane, ostatnio nie wyglądała. Przesadzasz. Przesuń się, talerz muszę postawić.

– Czy ty w ogóle siebie słyszysz? Krysiu, na litość.

– Znowu zaczynasz robić z igły widły.

– A to, że nasze córki ze sobą nie rozmawiają, to też według ciebie nic ważnego? To, że najprawdopodobniej nie odezwą się już do końca życia, to błahostka?

– Błahostka na pewno nie, ale czas zrobi swoje.

– Niekoniecznie. Pewnych rzeczy nie da się po prostu wybaczyć.

– Mocno ścięta ma być? – Zastygła z łyżką w dłoni, patrząc na niego pytająco.

– Rozumiem, że temat uważasz za zakończony. Taka jak zawsze – mruknął i zaczął wyciągać sztućce.

– Nie rozumiesz, Zbyszku.

– Oczywista sprawa, ja niczego nie rozumiem.

– Nie unoś się. – Pełen talerz wylądował na stole, a Krysia usiadła naprzeciwko męża i lekko się uśmiechnęła. – On jest w Koszalinie.

– I co z tego?

– Jedz, bo wystygnie. To, że może jeszcze nie wszystko stracone, pojmujesz?

– Nie. Moim zdaniem sprawa została definitywnie zakończona. Jak ty to sobie wyobrażasz? W przeciągu kilku dni porozumieją się, wybaczą sobie, padną w ramiona i pobiegną w te pędy sprawdzać, czy ktoś już wskoczył na ich termin w restauracji albo wynajął kamerzystę? Krysiu, o czym ty mówisz?

– A czy to musi się dziać zaraz, teraz? Nie. – Przysunęła Zbyszkowi koszyk z pieczywem. – Ale niewykluczone, że krok po kroku i…

– I wybaczą sobie wszystko. Tak. Już to widzę.

– A ja widzę. – Zacisnęła usta i wstała od stołu.

Krzysztof był wyjątkowym człowiekiem. Na tyle wyjątkowym, że bardzo chciała go mieć blisko. Gdy jedna córka wyjechała w siną dal, zostawiając swego unikatowego narzeczonego, Krysi przyszło do głowy, że może będzie on pasował do drugiej. Teraz na wspomnienie wcześniejszych myśli krzywiła się z niesmakiem, jakby połknęła wyjątkowo gorzkie lekarstwo. Nie powinna była sterować kilkoma sytuacjami w ten sposób, aby Julia i Krzysztof się do siebie zbliżyli. Z drugiej strony… jaki to niby miało wpływ? Jeżeli coś było na rzeczy, to przecież nie miały znaczenia działania osób trzecich. Westchnęła i wzniosła oczy do nieba. Niezbyt przyjemnie myślało się o własnych córkach w kontekście sytuacji intymnych, dlatego odsunęła od siebie czym prędzej natrętne obrazy. Zachowała się tak, a nie inaczej, bo było w niej strasznie dużo żalu.

Kiwnęła głową na mężowskie „dziękuję” i przez chwilę patrzyła, jak Zbyszek wstawia naczynia do zmywarki. Pod jej czujnym spojrzeniem talerze lądowały tam, gdzie powinny, na samym końcu, a nie wstawiane jak popadnie, tak, że potem reszta naczyń się nie mieściła.

Odwróciła się z powrotem do okna. Marta wbiła w jej matczyne serce nóż. Wyjechała. Wybrała babcię, a ją, rodzoną matkę, zostawiła. Kiedy wpadała raz na jakiś czas, siedziała zaledwie chwilę, sprawiając wrażenie, że coś ją goni. Wypijała szybko kawę czy herbatę i nie poświęcała już Krysi tyle uwagi co kiedyś. Uciekła, ot co. A człowiek w rewanżu za zadany ból i żal, który niezrozumiale kłębił się w sercu, bez zastanowienia chciał uderzać na oślep. Zrobić dokładnie to samo. Wtedy, gdy Marta wyjechała, a Krzysztof załatwiał tutaj wszystkie formalności, Krysia doszła do wniosku, że młodsza córka na niego po prostu nie zasługuje. Skoro zaplanowała ucieczkę, niech ucieczka będzie od wszystkiego. Od uczucia też.

A teraz… Może teraz da się to jakoś naprawić?

Sprawdziła, czy piekarnik nagrzał się już do odpowiedniej temperatury, i wstawiła formy.

Może nie wszystko jeszcze stracone?

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej