Coś do ukrycia - Iwona Kowalska - ebook + książka

Coś do ukrycia ebook

Iwona Kowalska

3,8

Opis

Julia ma wymarzoną pracę w teatrze, a w planach ślub z przystojnym finansistą Filipem. Wszystko to traci, gdy rodzina narzeczonego odkrywa w trakcie świątecznej kolacji wstydliwy epizod z jej przeszłości. Chcąc odzyskać honor i serce Filipa, Julia postanawia z pomocą przyjaciół udowodnić wszystkim członkom jego rodziny, że każdy ma Coś do ukrycia. Zmieniając twarze i metody działania, młodzi awanturnicy stają się częścią życia każdego z uczestników przyjęcia i realizują plan zemsty.

Jakie sekrety mogą skrywać: wzięty psycholog, była posłanka, ksiądz proboszcz, szanowany biznesmen i babcia szlachcianka? Przekonaj się, czy Julia udowodni wszystkim, że nie ma ludzi idealnych, a przy okazji zobacz współczesny świat w krzywym zwierciadle.

Aha! Sprawy jeszcze bardziej się komplikują, gdy na horyzoncie pojawia się Marek, kuzyn Filipa…

Coś do ukrycia” to historia o bezcennych wartościach przedstawiona w niesamowicie zabawny i sympatyczny sposób. Będzie swojsko, malowniczo i bardzo, bardzo wesoło. Po jej lekturze dobry humor nie opuści Was jeszcze długo. Gorąco polecam!

Dorota Skrzypczak, www.recenzjenawidelcu.pl

Jak daleko jest w stanie posunąć się odrzucona kobieta? Otóż... jak się okazuje, bardzo daleko! I nic nie jest w stanie powstrzymać jej od odzyskania ukochanego. Julia jest zdeterminowana, aby na powrót znaleźć się w bezpiecznych objęciach Filipa. Ubawiłam się setnie, czytając o kolejnych perypetiach trójki przyjaciół: Julii, Baśki i Mietka. Ta książka sprawi, że Wasz dzień będzie o wiele lepszy!

Katarzyna Pinkowicz, pamietnik-czytania.blogspot.com

Iwona Kowalska
Z wykształcenia jest prawnikiem – czynnym zawodowo radcą prawnym. Nad chłód klimatyzowanych, przeszklonych biurowców przedkłada posiadanie własnej furtki do lasu. Dlatego razem z mężem i dwoma synami mieszka w Górach Świętokrzyskich – w miejscowości, w której wystarczy wyłączyć komórkę, by poczuć się jak na urlopie. W takim miejscu pogodne historie pojawiają się same, prosząc nachalnie o spisanie, co posłusznie czyni.
Więcej na www.iwonakowalska.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność



Podobne


Zamiast dedykacji

Naprawdę nie był moim zamiarem atak na psychologów, feministki, zwolenników tradycji rodzinnych, księży i księgowych (tych ostatnich, bez względu na to, czy zarządzają przedsiębiorstwem, czy obsługują ksero). Tłumaczę się, chociaż o reakcje ich wszystkich jestem dziwnie spokojna. Mam to szczęście, że jestem po trochu i feministką, i księgową, i to moja przyjaciółka została psychologiem, a nie odwrotnie. Czuję się jednak w obowiązku wytłumaczyć ze wspomnianych zamiarów wszystkim tym, którzy będą uważać, że wiedzą lepiej, co napisałam i w jakim (albo co gorsza – czyim) stylu. A ja chciałam tylko opowiedzieć swoją historię, a może nawet bardziej historię Basi i Mietka, bo to ich zasługa, że to wszystko się wydarzyło. Tylko oni oczywiście nie mają czasu, by to spisać. Bawcie się więc dobrze i do zobaczenia.

 

Zastrzeżenia autora

Ponieważ wszelkie imiona w istocie należą do bohaterów tej historii, postanowiłam dla przyzwoitości chociaż nazwy miast skrócić do jednej, symbolicznej litery.

PROLOG

Miałam już dość bycia królewną do wzięcia, i na scenie, i w życiu. Tym bardziej, że od jakiegoś czasu nie mogłam dopiąć gorsetu, a zawsze w takiej sytuacji nachodziły mnie czarne myśli. Na szczęście w przeciągu kilku dni wszystko miało się zmienić i tylko to powstrzymywało mnie od wycia. Filip w końcu zdobył się na odwagę i najbliższa przyszłość kojarzyła mi się z pierścionkiem na prawej dłoni. Poza tym nowy angaż miałam prawie w garści, i to była nareszcie poważna rola. Te święta Bożego Narodzenia zapowiadały się więc całkiem przyjemnie.

Gdybym wtedy wiedziała, ile jeszcze przygód przede mną, zanim osiągnę błogi świąteczny spokój…

ROZDZIAŁ I.

PRELUDIUM – Zapowiedź dramatu

 

Sceneria:

Byłe miasto wojewódzkie R.

Zima

Święta Bożego Narodzenia

Występują:

Filip – przystojny finansista

Mietek – szalony rekwizytor

Basia i ja – dwie dobrze zapowiadające się aktorki młodego pokolenia

 

 

Schyliłam się, żeby zanurkować w przepastnej spódnicy Królewny Śnieżki i z wściekłością poczułam, że spadła mi halka. W tym samym momencie ktoś zapukał do drzwi. Boże, Filip – pomyślałam i spróbowałam wyobrazić sobie, jak wyglądam. Wizja była nie do przyjęcia.

– Filip? – usłyszałam swój własny jęk, dobiegający spod sterty falban.

– Nie, nie Filip. Chociaż nie ty pierwsza nas mylisz, gdy jestem w tym stroju.

Każdy, kto choć raz widział Baśkę w „służbowym” mundurku, słysząc to, od razu wiedziałby, jakie uczucia żywi moja najlepsza przyjaciółka do mojego mężczyzny. Baśka grała Śpioszka, najmniejszego i, co tu kryć, najmniej urodziwego z siódemki przystojniaków Królewny Śnieżki. Spod zielonej czapki wystawały jej długie do ramion i wściekle rude włosy z kordonka, a większą część twarzy zakrywał harmonizujący z nimi kolorem plastikowy nos.

– Nie ujadaj, dobrze? Nie mam nastroju. Lepiej mnie stąd wydostań. Filip ma być lada moment.

– Uuu!!! – Baśka odstawiła na stolik wielki bukiet kwiatów, z którym weszła, i widząc mnie, aż podskoczyła. – I pomyśleć, że nie traktowałam cię zupełnie serio, kiedy mówiłaś, że zrobisz wszystko, żeby był szczęśliwy. To ja może nie w porę, ale te kwiaty…

– Baśka, tracę cierpliwość, zdejmij mi to z głowy, bo się uduszę.

– Jeszcze moment, ktoś chyba idzie, może to…

– Boże, podciągnij mi chociaż halkę!

Musiałam brzmieć przekonująco, bo, co do niej niepodobne, zrezygnowała z tortur i już po chwili mogłam jej patrzeć z wyrzutem w oczy. Pozostała jednak na to wyniośle obojętna. Ruchem głowy wskazała stolik.

– O mało nie spadłam ze schodów z tymi kwiatami. Jakbyś się dowiedziała, kto je przysyła, powiedz mu, żeby się sam pofatygował z nimi na górę w tych cholernych butach krasnoludka, to mu odejdzie ochota na amory.

– Co znaczy ,,jakbyś się dowiedziała”? – zaprotestowałam. – Ja wiem, kto je przysyła!

– Nie żartuj. Dzisiaj był dołączony bilecik z fragmentem przekładu Joyce’a. To nazwisko rzadko przytaczają magazyny finansowe, więc nie podejrzewam, żeby było znane Filipkowi – mruknęła tylko. – Zwłaszcza że kolumny sportowe w ogóle je pomijają – dokończyła pod nosem.

– Słyszałam! – Wychyliłam się zza parawanu. – Pokaż go. Kiedy tylko Filip przyjdzie… – nie zdążyłam dokończyć, ponieważ nagle drzwi się otworzyły i wszedł Filip. Spojrzał przelotnie na Baśkę i jej wyciągniętą w moim kierunku rękę, wyjął z niej karteczkę, schował do kieszeni i objął mnie.

– Czy to garderoba najpiękniejszej dziewczyny na świecie? – spytał.

Usiłowałam nie zwracać uwagi na szydercze miny, które odwrócona w tym czasie plecami Baśka robiła do lustra.

– Oczywiście – odpowiedziała przeciągle i uroczyście. – Obecnie to jeszcze siedmiu krasnoludków i złej czarownicy, i gajowego, i wilka, i w ogóle, zważywszy że w tym teatrze jest chwilowo tylko jedna damska garderoba, a Julka tu pracuje, to rzeczywiście ciężkie pytanie, nawet dla ambitnego intelektualisty, który tu bywa kilka razy w tygodniu i…

– Baśka – nie wytrzymałam, widząc zdumiony wzrok Filipa – to było retoryczne pytanie. Idź lepiej zobacz, kiedy zaczynamy, i dlaczego jeszcze nikogo nie ma.

Basia wyszła, wzruszając ramionami, ale czar chwili prysł. Filip odsunął mnie i zaczął strzepywać śnieg z płaszcza.

– Czuję, że ona mnie nie lubi – skrzywił się.

Nie był do tego przyzwyczajony i trudno się dziwić. Dziewczyny przepadały za nim do tego stopnia, że nie raz, nie dwa spędzało mi to sen z powiek. Miał delikatną, prawie dziewczęcą urodę. Z tymi swoimi jasnymi włosami i wypielęgnowanymi dłońmi, swoją elokwencją i, nie da się ukryć, ogromnym poczuciem własnej wartości mógł być dla niejednej takim ,,uosobieniem wielkiego miasta”. Więcej, był jego ozdobą. W zamian wymagał jedynie od otoczenia nieustannej adoracji i, trzeba przyznać, miał jej aż nadto. Ja nie byłam zbyt wylewna i szczerze mówiąc, naprawdę nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia przy pierwszym spotkaniu. W głębi duszy czułam, że to właśnie zdecydowało o jego zainteresowaniu mną, chociaż wolałam myśleć, że sprawiły to moja piorunująca uroda i nietuzinkowa osobowość. No dobrze, może i nie miałam złudzeń, ale gdybym rzeczywiście była atrakcyjna dla Filipa w początkach naszej znajomości tylko dlatego, że on był mi obojętny, to idąc tym tropem, powinien się zakochać w Baśce, która korzystała z każdej okazji, by zamanifestować swoją niechęć do niego. A zakochał się we mnie i, jak sam często powtarzał, po prostu nie mogłam się nie odwzajemnić.

– Daj spokój – mogłam tylko wyjąkać, ale nawet dla mnie zabrzmiało to trochę żałośnie.

Zamieniliśmy jeszcze kilka zdań o świętach Bożego Narodzenia i świątecznej kolacji u rodziny Filipa, na której mieliśmy obwieścić światu zbliżającą się datę naszych zaręczyn, co było dla nas ostatnio głównym źródłem stresu. Dla mnie, bo Filip na każdym kroku podkreślał, jak ważna dla niego jest akceptacja rodziny, zwłaszcza babci, która go wychowała. Dla niego, bo miałam wrażenie, że on wciąż nie wiedział, czy sprostam roli idealnej narzeczonej, jaką na ten wyjątkowy wieczór dla mnie przewidział.

*

Przyjmując od Filipa końcowe wskazówki, straciłam poczucie czasu i na scenę wpadłam w ostatniej chwili. Wdrapałam się na niezbyt solidnie wyglądającą drabinkę, zasłoniętą przed widownią gipsową atrapą rodzinnego zamku Królewny Śnieżki, i wystawiłam głowę przez zamkowe okno.

– A tak dobrze nam się żyło – zaczęłam, zawodząc. – Miłość była, szczęście by…

Zwróciłam się w stronę „lasu”, skąd moich narzekań miał wysłuchać schowany pod drzewem jeden z siedmiu krasnoludków. Konkretnie – Baśka. Tymczasem to, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Baśka zamiast cała zamieniać się w słuch, leżała pod drzewem aż czerwona z wściekłości, starając się nie zwracać uwagi na wygłupy stojącego nad nią Miecia.

Miecio był uroczy. Jego widok nasuwał co prawda na myśl miotłę na bardzo długim kiju, pośpiesznie ubraną w przydługi sweter z golfem, ale miał tak szczere dziecięce oczy, i one z takim uwielbieniem wpatrywały się w Baśkę, że po prostu nie można było nie być mu przychylnym. Baśka zdawała się tego nie zauważać. Rzadko zauważała samego Miecia, a jedynie po każdym kolejnym nieudanym związku ryczała w jego wełniany sweter i ze szczegółami opisywała mu swoje miłosne perypetie. Miecio, zachowując kamienny spokój, pocieszał Baśkę i już samo to świadczyło o jego wielkości. Ja byłam jej najlepszą przyjaciółką, a ledwie po dwóch tego typu przedstawieniach postawiłam jej twarde ultimatum: albo całkowita cisza na temat jej życia uczuciowego, albo całkowita cisza między nami. Poskutkowało i od tamtej pory, regularnie co trzy miesiące, golf Miecia był mokry pod pachą, gdzie zwykle lokowała się zapłakana Baśka.

Nie trwało to jednak długo. Ku mojej ogromnej uciesze i, trzeba przyznać, niezmiennemu zdziwieniu Mietka, mijał dzień i do teatru wkraczała odrodzona Basia. Basia kwitnąca. Basia – kobieta wyzwolona, której mężczyzna potrzebny jest jedynie, by wynieść śmieci. Była ponad wczorajsze problemy, swoje łzy i nawet nieśmiałe „cześć” Miecia spod rusztowań. Miecio był bowiem u nas rekwizytorem i miałam niejasne przeczucia, że ten fakt w głównej mierze przesądzał o jego marnych szansach u mojej przyjaciółki.

– To byłby klasyczny mezalians – mówiła zwykle po premierze, gdy świętowałyśmy u mnie winem produkcji mojego dziadka, które było zawsze za słodkie, za mocne i po którym Baśka zdecydowanie za dużo gadała. Także o Mieciu. Wielka aktorka, na której, ma się rozumieć, jeszcze nikt się nie poznał i której największą rolą do tej pory była rola pingwina w telewizyjnej reklamie lodów.

Ostatnio jednak sytuacja nieco się zmieniła, bo ze względu na remont i ciągły brak finansów każde gardło w teatrze było dla reżysera na wagę złota, więc i Mietek dostał pierwszą w życiu rolę. Stał na drugim planie, przebrany za Stuletni Dąb, i w odpowiednim momencie miał szumieć. Baśka jako Śpioszek miała zaś głównie spać pod dębem, więc nic dziwnego, że Miecio był wniebowzięty, a Baśka maksymalnie wnerwiona. Tym bardziej, że nowo odkryty talent aktorski zmienił oblicze Miecia.

Niczym doktor Jekyll i mister Hyde, zmienił nam się skromny rekwizytor w krzyżówkę Draculi i Casanovy. Zamiast, jak zwykle, czekać z kawą po występie, czego wszystkie jej po cichu zazdrościłyśmy, czatował na nią w zaułku za kulisami, w przebraniu Dzwonnika z Notre Dame i spuszczonymi do kolan spodniami. Innym razem, opiekując się jej znajomymi w czasie przedstawienia, co też było jego etatowym zajęciem, jak się potem okazało, mówił tylko po rosyjsku i podawał im słodycze sztucznym kikutem uzbrojonym w hak.

Doszliśmy do przekonania, że Miecio albo zwariował, albo się odkochał, i przeszliśmy nad tym do porządku dziennego, bo nigdy nie zrobił nic, co byłoby nietaktem zbyt wielkim dla tej branży.

Ale dzisiaj Mietek, nic sobie nie robiąc z faktu, że przedstawienie trwa i jeśli coś pójdzie nie tak, jego błyskotliwie rozpoczęta kariera może zawisnąć na włosku, łaskotał Baśkę swoimi gałęziami, na przemian to wtykając je za jej kaftanik, to drapiąc po nosie i szyi. W dodatku naprawdę dobrze się przy tym bawił. Zamilkłam więc, bo i tak oczy wszystkich utkwione były w rogu sceny.

Śpioszek miał właśnie powiedzieć: ,,Coś mnie ugryzło, coś mnie uwiera!”, i trzeba przyznać, że choć z morderstwem w oczach, Baśka wykrztusiła swoją kwestię. W tym momencie, kierowany sprawną dłonią doświadczonego rekwizytora, konar dębu wynurzył się spomiędzy nóg Baśki i zaczął miarowo potrząsać jedną z nich w górze. Wyglądało to trochę tak, jakby rzeczywiście chciała pozbyć się z nogawki jakiegoś intruza. Wszyscy oprócz Baśki ryczeli ze śmiechu, nawet „góra”. Ona miała natomiast w twarzy coś, co nie pozwoliło mi sytuacji zlekceważyć.

– Baśka – zdążyłam tylko syknąć – na litość boską, odpuść, jesteś profesjonalistką, na widowni są dzieci!

– Ty chamie!!! – zaryczała Baśka-profesjonalistka, po czym przewróciła się na plecy, uniosła nogi, by wyplątać się z dębowych gałęzi, i z całej siły kopnęła Miecia gdzieś na wysokości rozgałęzienia. Potem już wszystko odbyło się bardzo szybko. Mietek zatoczył się i choć próbował wrócić do pionu, unieruchomione w górze ręce i ciężar korony przeważyły go, po czym runął jak długi na atrapę królewskiej wieży. Być może zdążyłabym zeskoczyć, ale moja głowa cały czas była uwięziona w otworze okna, więc nie widząc nic, spokojnie pozwoliłam, by moje ciało gruchnęło o ziemię, złożone na troje, razem z metalową drabinką i gipsowo-kartonowym pałacem.

To dziwne, ale przez cały ten czas, czując potworny ból w nodze i krew spływającą z rozciętego łuku brwiowego, miałam przed oczami wyłącznie Filipa i jego słowa sprzed paru chwil: „Tylko, żabciu, na tę wizytę zrób się na bóstwo, chcesz chyba zrobić wrażenie na babci?”.

*

– No i co, Baśka? – Cztery dni później, pogodziwszy się z losem, w czym pomogły mi cztery przepłakane noce i miła pani doktor na pogotowiu, stałam przed lustrem w przedpokoju i pomimo przytomnej oceny sytuacji usilnie domagałam się komplementów. – Baśka!

– Co „co”? – Baśka w swojej zwykłej pozycji, przewieszona przez krawędź łóżka, czytała jakiś magazyn, prawie dotykając nosem podłogi.

– No, jak wyglądam?

– Brak mojej odpowiedzi to jedyna szansa, żeby zachować naszą przyjaźń!

– Dyplomatka się znalazła – krzyknęłam w jej stronę. – Żmija. Mogłabyś zagrać tytułową w Godzinie świni.

– Przynajmniej nie w Powrocie Frankensteina.

Taka prawda. Miałam spuchnięty, fioletowy nos, plaster zakrywający nie tylko prawą brew, ale też niemal pół powieki i podrapaną brodę. Makijaż, choćby najdelikatniejszy, odpadał. Nikt normalny nie maluje jednego oka. Mała czarna, przygotowana specjalnie na tę okazję, bezustannie podsuwała się na gipsie, w którym tkwiła prawa noga, odsłaniając górę lewej pończochy i kawałek nogi nad nią. Zamiast biustu w oczy rzucał się chwilowo garb skrętny, powstały z konieczności ciągłego opierania się o meble. Taka prawda! Frankenstein idzie na bal.

– Dzięki. – Nie miałam siły na kłótnie. – Na razie!

– Na razie! Podać ci kule?

– Bez łaski, Filip już jest.

– Zadzwoń do mamy! – usłyszałam już na korytarzu.

Ociągałam się z tym telefonem i mama nadal nie wiedziała, co się stało. Wtedy myślałam, że tak będzie lepiej. Szalała z niepokoju o nas i jeszcze gotowa była rzucić wszystko i nie tylko przyjechać do mnie na święta, by pielęgnować ofiarę losu, ale nawet ściągnąć tu moją siostrę, by kolejny raz nam przypomnieć, jak to rodzina w ciężkich chwilach musi się trzymać razem. Chciałam mieć w zanadrzu dobrą wiadomość o zaręczynach i o tym, że rodzina Filipa mnie uwielbia. Tak dla przeciwwagi.

Wtedy jeszcze naprawdę miałam nadzieję, że jednak pójdzie gładko.

*

– Możesz się przespać, to trochę potrwa – powiedział Filip, pakując mnie do samochodu. Nie było to łatwe zadanie, ponieważ na moją osobę składały się teraz także kilogramy gipsu i szyna usztywniająca. Rozumiałam więc doskonale minę Filipa, która wskazywała, że mój macho za chwilę się rozpłacze. Nic takiego jednak nie nastąpiło, a Filip nawet przykrył mnie kocem, co było jednym z tych odruchów, na które zwykle nie miał czasu i nastroju. Chciałam skorzystać z jego rady i chociaż zmrużyć oko, ale nie potrafiłam.

– Misiu, możemy jeszcze przełożyć ten wyjazd – zaproponowałam, widząc, że szczęka Filipa zaczyna chodzić na boki, a to zwykle była oznaka stanu, który co prawda nie przytrafiał mu się często, ale który nie wróżył nic dobrego.

– Wiesz, że nie możemy. – Jego głos zabrzmiał łagodnie, ale z naciskiem. – Oczywiście, jeżeli chcemy się pobrać przed Wielkanocą. To jedyna okazja, żeby byli wszyscy. Nie myśl już o tym, śpij.

Łatwo powiedzieć „śpij”. To miał być wielki dzień, niezapomniany moment, a teraz? Rodzina Filipa miała zobaczyć artystkę, no może jeszcze nie gwiazdę, ale w każdym razie kogoś, kto ma realną szansę, żeby kiedyś nią zostać. A co zobaczy? Poobijaną i posiniaczoną niezdarę, której nawet poruszanie się przychodzi z trudem. Może pomyślą, że gram właśnie ofiarę seryjnego mordercy i nie pozbyłam się charakteryzacji? Albo prędzej, że używaliśmy do Czerwonego Kapturka żywego wilka i bestia wymknęła się spod kontroli – Filip powiedział im przecież, że gramy głównie dla dzieci. Im bliżej byliśmy celu, tym mocniej czułam, że ta wizyta to nie był dobry pomysł. Na dodatek ta „jedyna okazja, żeby byli wszyscy”. Z wiadomych względów to nie był argument, który mógł mnie wystarczająco pocieszyć.

*

Poczułam, że samochód wjechał na wybrukowaną drogę i po chwili skręcił na podjazd. Światło na placu automatycznie się zapaliło. Zgasło natomiast na chwilkę w trzech wielkich oknach domu i domyśliłam się, że gospodarze sprawdzali, kto zacz.

Zdjęłam z nóg koc i poczekałam, aż Filip zgasi silnik i pomoże mi wysiąść. Nigdy nie lubiłam tej amerykańskiej oznaki męskiej uprzejmości, ale tym razem nie miałam wyjścia. Przyszło mi nawet do głowy, że gdyby Filip chciał się na mnie odegrać za to, że może nie całkiem ze swojej winy, ale jednak popsułam nam święta, mógłby iść na kolację sam, a ja czekałabym tu, aż jakiś amator spacerów na mrozie odkryje mnie zagipsowaną na przednim siedzeniu samochodu. Inna sprawa, czy chciałby mi wtedy pomóc, czy, co bardziej prawdopodobne, uciekłby z krzykiem, by potem latami opowiadać znajomym, że yeti jednak istnieje.

W międzyczasie Filip wysadził z samochodu moją sztywną prawą nogę, za którą następnie podążyłam ja, i pomału ruszyliśmy w stronę drzwi. Dzwonek zagrał melodię angielskiej kolędy, po czym drzwi otworzyła, rozkładając przy tym ramiona, uśmiechnięta, dystyngowana starsza pani, w której domyśliłam się seniorki rodu. Kiedy spojrzawszy na nas, zamarła, a jej uśmiech zastąpiło niedające się ukryć zdumienie i niepokój, wiedziałam, że bez względu na to, jak potoczy się ten wieczór, pewne jest, że zrobiłam na babci wrażenie – i to niemal piorunujące.

– Na Boga, mieliście wypadek? – szepnęła, cofając się za próg, by zrobić nam miejsce.

– Mały, kilka dni temu. Wszystko w porządku – uciął Filip, po czym przymilnie już dodał: – Dobry wieczór, babciu. Wesołych świąt!

– Wesołych świąt, dziecko! – Babcia Filipa całowała go, obejmując dłońmi jego twarz. – Wesołych świąt!

Schylony Filip wyglądał w jej objęciach jak mały chłopczyk, a ja widząc to, sama zapragnęłam się nagle do niej przytulić. Po chwili babcia Filipa zwróciła się w moją stronę, a Filip, zbliżając się do mnie uroczyście, oznajmił:

– Babciu, to Julia. Moja babcia – Nina.

– Antonina – poprawiła babcia Nina i wyciągnęła w moim kierunku smukłą, wypielęgnowaną dłoń. Byłam już gotowa na całusy i przytulanki, ale zdążyłam się w porę zreflektować i, jak nakazują wszystkie poradniki skutecznej prezentacji, uścisnęłam dłoń babci stanowczo i zdecydowanie. Może nawet zbyt zdecydowanie, co niestety spostrzegłam już za późno.

Wiele razy myślałam, jak powita mnie ta, bądź co bądź, najważniejsza jak dotąd osoba w życiu Filipa. Idealne byłoby na przykład: „Musisz być niezwykła, skoro Filip cię do nas zaprosił. Jeszcze żadna dziewczyna nie miała takiej okazji…”.Mogłoby też być ewentualnie: „A więc to jest ta dziewczyna, o której Filip nie przestaje mówić od miesięcy”. Tymczasem babcia Nina spytała tylko z troską:

– Na miłość boską, co ci się stało, dziewczyno?

– Potem, babciu. – Filip podał Ninie ramię i poprowadził ją w głąb domu, co jakiś czas odwracając się do mnie i prowadząc mnie wzrokiem.

Dom był piękny. Na środku obszernej jadalni królowała wielka choinka. Była żywa i pachniała naprawdę. Jej przybranie stanowiły jabłka, pierniki i śmieszne aniołki z masy solnej. Żadnych bombek, kokardek i bazarowych światełek. Esencja dobrego smaku albo snobizm w czystej postaci. Wtedy wydawało mi się oczywiście, że to pierwsze.

Byłam zachwycona.

Przy podobnie udekorowanym i zastawionym stole nie było nikogo. Za to z pomieszczenia obok dochodził piskliwy kobiecy chichot, który kojarzył mi się raczej z rzeźnią niż przedświąteczną kolacją. Wtórowały mu męskie rozbawione głosy. Mając ciągle w pamięci minę Niny, wkroczyłam do dużego pokoju niczym skazaniec świadomy swego losu. O dziwo, nikt z obecnych nie uciekł na mój widok, a nawet wydawać by się mogło, że nie zauważył mojej chwilowej niedyspozycji. Wszyscy za to ruszyli w moim kierunku, plotąc okolicznościowe głupstwa na temat mojej niezwykłej urody i doskonałego gustu Filipa. Było mi to tak potrzebne jak tlen, więc nie zaprzeczałam, udając, że to dla mnie standard, normalka i lekko trącąca nudą rutyna.

– Obiecałem, że ją wam przywiozę – powiedział z miną zdobywcy Filip, i to był wreszcie ten ton, do którego byłam przyzwyczajona. – A teraz część oficjalna uroczystości – roześmiał się zupełnie już rozluźniony, a ja pomyślałam, że najgorsze mamy za sobą.

– A więc od prawej – ironizował dalej Filip – ciocia Julcia, twoja imienniczka, kobieta o sercu gołębim i niewiarygodnym wprost talencie kulinarnym. Żona wuja Tadka, matka mego nieznośnego kuzyna Mareczka, którego nie widzę na razie…

– Nie mógł przyjechać – usprawiedliwiła syna ciocia Julcia, wpadając Filipowi w słowo.

– …oraz wytrwała kolekcjonerka pamiątek i historycznych śladów pozostawionych przez członków naszej szacownej rodziny.

Mała, krępa i dość sympatycznie wyglądająca kobieta witała się ze mną tak czule, jakby za punkt honoru przyjęła zostawić na mnie całą swoją szminkę i nieco zbyt pomarańczowy, jak na mój gust, puder.

– Wujek Tadek – ciągnął Filip – przed którym nie tylko ciocia Julcia nie ma żadnych sekretów, ale także cały sektor nowych technologii w tym kraju.

– Przesadzasz, jak zwykle – zaśmiał się wuj Tadek, kłaniając się przy tym szarmancko i całując mnie w obie dłonie. – Dopiero wchodzimy na rynek.

– Ciocia Zosia…

– Wystarczy. To i tak za wiele powiedziane. Zofia. – Ciocia Zosia podała mi dłoń i w tym momencie przyszły mi na myśl dwie rzeczy. Po pierwsze, że nie zawiódł mnie słuch, kiedy słyszałam przed wejściem tylko jeden damski głos – ciocia Zosia buczała jak Rod Stewart w najniższych partiach swoich ballad. Po drugie zaś, iż rzeczywiście była nieodrodną córką Niny. Ten sam chłodny sposób bycia, ta wyciągnięta ręka… Dokładnie przeciwieństwo Julii. Bardzo szczupła, bardzo wysoka, nie miała nawet śladu makijażu na twarzy, a krótko ścięte włosy niedbale zaczesała do tyłu. Przypominała mi trochę Charliego Chaplina. Wąsów oczywiście miała znacznie mniej.

– Więc rzeczywiście chcesz popełnić ten błąd? – zabuczała ponownie w moim kierunku i z niedowierzaniem pokiwała głową.

– Daj spokój. – Machnął ręką przystojny mężczyzna, trzymający się do tej pory trochę na uboczu. – Zero asertywności. Nie wszyscy muszą podzielać twój punkt widzenia. Prawda? – spytał, wyciągając rękę. – Zdzisław Niemaicki. Miło mi. Chciałem zdążyć, zanim i o mnie ten łobuz zdąży nagadać jakichś bzdur.

– Wuju, pokazujesz się u nas tak rzadko, że w sumie nic o tobie nie wiem – żachnął się Filip.

– Dzięki Bogu, mam co robić u siebie, synu.

– Coraz więcej ludzi ma problemy, takie czasy. – Dla wuja Tadka sprawa była oczywista.

– Coraz więcej ludzi przychodzi do Zdzisia, to coraz mniej powinno mieć problemy – powiedziała z przekąsem Zofia.

– Nie dla każdego chodzenie do psychologa to oznaka słabości – odciął się wuj Zdzisiek – ale rozumiem, że dla ciebie to może być zbyt mało męskie.

– Przypominam, że są święta… – wtrąciła Nina, wnosząc wazę. Dziwne, ale nawet w myślach trudno było mi nazywać ją babcią. – Siadajcie.

Z twarzy Zofii pomału schodził kolor wigilijnego barszczyku, ale chyba nikt nie miał pomysłu, jak poradzić sobie z ciszą. Postanowiłam ratować sytuację.

– Mówią, że rozwój cywilizacji rozpoczął się dopiero, gdy rolę jednego szamana podzielono właśnie na psychologa, lekarza i księdza – wyrecytowałam przeczytaną gdzieś mądrość ludową, jednak sądząc po minach, nie zrobiłam nią furory.

Wszyscy bez słowa automatycznie przesuwali się w kierunku stołu.

– A kto tu chce księdza? – W drzwiach stanął zaśnieżony osiłek. – Jest ksiądz, chociaż trochę spóźniony – śmiał się rubasznie.

Mężczyźni, wśród nich Filip, rzucili się do niego z powitaniami.

– Spóźnienie usprawiedliwione. – Machał ręką wuj Tadek. – Najpierw obowiązki, potem przyjemność. Musiałeś powganiać do zagród wszystkie zbłąkane owieczki?

Nowy gość z wyglądu przypominał mi kogoś między świętym Mikołajem a Obeliksem. Mimo że pierwsze wrażenie, jakie na mnie zrobił, było zdecydowanie sympatyczne, powszechna adoracja, z jaką się spotkał, zdziwiła mnie niezmiernie i nie wydawała mi się niczym uzasadniona. Ten to ma wejście – pomyślałam nie bez zawiści, którą jednak szybko usunęłam z podświadomości z uwagi na szczególny czas tej wizyty. Poza tym usłyszałam skierowane do mnie z wyżyn jego zaśnieżonej postaci słowa, które spowodowały, że w głębi duszy dołączyłam do grona jego wielbicieli.

– O, a moi parafianie nie wierzą, gdy mówię im, że anioły schodzą na te parę chwil w roku! Wołać no ich, póki ten nie umknie!

Nie przeszkadzało mi zupełnie, że Zofia zareagowała na to wyszukane powitanie śmiechem, i to tak szyderczym, że aż reszta towarzystwa musiała ją upominać. Nie było niestety czasu delektować się tym, co usłyszałam, bo Nina zapraszała już wszystkich do stołu. Nie było także szans, żebyśmy z Filipem usiedli choćby w pobliżu tej przyjacielskiej duszy, bo zgodnie z wszelkimi regułami urządzania przyjęć nad każdym nakryciem widniała karteczka z nazwiskiem gościa.

Przy szczycie stołu siedziała Nina, mając po obu stronach swoich synów – Tadeusza i Zdzisława. Obok Zdzisia, ku mojemu zdziwieniu, miała swoje miejsce Julia, przyzwyczajona widać, że nie siedzi koło męża, dalej Filip i ja. Po drugiej zaś stronie wujowi Tadkowi towarzyszyła Zofia i ksiądz proboszcz. Koniec stołu niezajęty przez nikogo tonął w kwiatach i uginał się pod ciężarem różnych postawionych tam frykasów, w które raz za razem wkładałam nieświadomie rękaw, usiłując odwrócić się w stronę gości, by nie utrzymywać kontaktu wzrokowego jedynie z karpiem w galarecie, który stał na wprost mojego nakrycia.

– Filip mówił, że jesteś aktorką… – powiedziała po pierwszym łyku barszczu ciocia Julcia, patrząc na mnie wyczekująco.

Odkąd pamiętam, to znaczy odkąd po raz pierwszy wzięłam pieniądze za występy na scenie, jak mi się wówczas wydawało – każda konwersacja z nowym znajomym zaczynała się właśnie w ten sposób: „Filip mówił, że jesteś aktorką…” albo „cóż, mama mówiła, że jesteś aktorką…”. W zależności od sytuacji i tego, kim akurat był ów nowy znajomy, Filip zmieniał się w mamę, mama w babcię, babcia w koleżankę z sąsiedztwa i tak dalej. Pytanie zawsze jednak zostawało to samo, z końcówką zawieszoną w przestrzeni, która aż prosiła się, by zaprzeczyć. Miałam wrażenie, że również tym razem jedynym możliwym do zaakceptowania, przez skądinąd sympatyczną ciocię Julcię, dalszym ciągiem tej rozmowy będzie mój głośny śmiech przerywany słowami: „No nie, aktorką, oszalał! Grywam czasami w sztukach dla dzieci, czekając na jakieś poważniejsze zajęcie”, ewentualnie: „Tak, na razie – ale studiuję mikrobiologię”. Niestety nie miałam do przekazania cioci Julci żadnych tego typu rewelacji.

– Jestem aktorką – powtórzyłam za nią, z naciskiem na „jestem”.

– To musi być niesamowite – rozmarzyła się – te wszystkie wielkie role… Czy grałaś już w czymś Szekspira, czy gracie raczej te nowoczesne sztuki, których nikt nie rozumie?

– Grają zwykle braci Grimm – zaśmiał się Filip i objął mnie.

Miałam ochotę go zabić.

– Występujesz w teatrzyku dla dzieci? – zabuczała Zofia.

– Mam etat w Teatrze Małego Widza, więc jak sama nazwa wskazuje, nie gramy erotyków ani dramatów psychologicznych. – Spąsowiałam.

– Etat? Więc dzięki Bogu to nieprawda, że wypowiedzieli ci tę pracę po jakimś nieudanym występie ostatnio? – Nina wydawała się zajęta odstawianiem talerza, a pytanie rzuciła ot, tylko z uprzejmości, żeby podtrzymać rozmowę.

Nawet bez podnoszenia wzroku znad obrusa wiedziałam jednak, że wszyscy patrzą na mnie, oczekując odpowiedzi.

– Mieliśmy wypadek i jestem na urlopie – zaczęłam brnąć, zastanawiając się, ile ten bałwan, któremu miałam w najbliższym czasie powierzyć swój los, zdążył im naopowiadać o moim niefortunnym przedstawieniu.

– Na zwolnieniu, znaczy się? – podsunął wuj Tadeusz. – Swoją drogą teatr ma pewnie grube nieprzyjemności z powodu tego wypadku. Założę się, że muszą się ostro tłumaczyć, że to już się nie powtórzy. W zeszłym roku miałem podobną sytuację w zakładzie, oczywiście dużo mniej groźną, w każdym razie facet po wszystkim wyglądał normalnie.

Udałam, że tego nie słyszę.

– Na urlopie – przerwałam mu. – Zwolnienie dostałam tylko na kilka dni.

– Ale płacą ci chociaż, dziecko? – zainteresowała się Julia, nie odrywając wzroku od miski z pierogami, które teraz przekładała sobie na talerz.

Chyba nie znasz realiów pracy w teatrze, ciociu – miałam na końcu języka, ale nie powiedziałam nic, ponieważ nie chciałam się pogrążać ostatecznie, a poza tym cały czas spojrzeniem podtrzymywałam górę pierogów, która wbrew fizyce trzymała się jakoś na talerzu cioci. Miałam w tym nawet wprawę, bo to, co Baśka wyprawiała z barem sałatkowym w pizzeriach, zawsze kończyło się podobnie.

– Nie znasz realiów pracy w teatrze, ciociu – usłyszałam, jak Filip wypowiada moje myśli i wbiłam mu w udo wszystkie paznokcie lewej dłoni. – Co się stało?

– Chcę do łazienki – syknęłam.

– Oczywiście. – Podniósł się i zaczął odsuwać moje krzesło, cały czas mówiąc do Julii: – Dyrektor wykorzystał zamieszanie związane z tym incydentem – tu wskazał na mnie, jakbym to j a była incydentem, który wprowadził zamieszanie – i doszedł do wniosku, że utrzymanie teatru wiąże się z tak dużymi nakładami finansowymi, że kadrę trzeba okroić do minimum. Reszta na umowie o dzieło będzie pracować w miarę potrzeb. Jak będzie sezon, zamówienie ekstra albo znajdzie się sponsor na nowe przedstawienie.

– W sumie to nie jest głupi pomysł, ja też puszczam ludzi na samozatrudnienie w tym roku. Trzeba ciąć koszty, gdzie się da. – Pokiwał głową Tadeusz.

– Chcę do łazienki. – Pociągnęłam Filipa, kołysząc się na sztywnej nodze. Byłam gotowa narobić mu wstydu przy wszystkich, byleby tylko wreszcie skończył mówić. Myślałby kto, gawędziarz się znalazł. Facet, któremu musiałam wkładać w usta, już nie mówię wyznania miłosne, ale zwykłe przywitanie, żeby nie brzmiało zawsze: „no hejka, co przyniosłaś dobrego?”.

– Tylko nie pomyślał, co taka osoba jak Julka ma robić w tak zwanym „międzyczasie” – zdążył jeszcze dokończyć, zanim wyciągnęłam go za futrynę.

– Filip! – Uderzyłam go pięścią w ramię, gdy zniknęliśmy z pola widzenia szanownej rodzinki. – Opłacają cię moi wrogowie?

– Nie przesadzaj, przecież to moi, a wkrótce również twoi najbliżsi. – Pocałował mnie w czubek nosa.

– Słuchaj – wyrwałam się – wiem, że nie jestem kardiochirurgiem z drugim stopniem specjalizacji, nie działam w Amnesty International i nawet nie zaadoptowałam duchowo żadnego małego Afrykańczyka, więc na duże brawa, jak się już zorientowałam, nie mam co liczyć. Gdybyś jednak był uprzejmy przestać robić ze mnie ofiarę losu, to może uda mi się przejść przez tę wizytę bez konieczności leczenia nerwicy na oddziale zamkniętym.

– Chciałaś do łazienki. – Skrzywił się Filip. – To tutaj.

Otworzył drzwi maleńkiej ubikacji schowanej po lewej stronie drzwi wejściowych, za bokiem wielkiej lustrzanej szafy stojącej w holu.

Boże, ale moda – pomyślałam – wielkie luksusowe pokoje kąpielowe dostępne pewnie tylko dla gospodarzy, a ty się, człowieku, morduj z tym gipsem…

Problem okazał się jednak nie do przeskoczenia. Wszystko było w porządku, dopóki stałam. Wykazując trochę sprytu, mogłam się nawet przekręcić, ale w momencie kiedy usiłowałam siąść, co kilka razy zrobiłam „na próbę”, moja usztywniona szyną i oblana gipsem noga zachowywała się jak wańka-wstańka – w sztywnej pozycji poziomej lokowała się pomiędzy mikroskopijną umywalką a drzwiami, skutecznie uniemożliwiając ich zamknięcie.

– Chcę do innej łazienki. – Wstałam zdecydowanie.

– Nie przesadzaj – powiedział Filip po raz setny tego wieczoru, ale musiałam mieć nieciekawy wyraz twarzy, bo zaraz dodał: – Zaczekaj – po czym zniknął w głębi korytarza. Z pokoju dochodziła głośna rozmowa i nietrudno się domyśleć, kogo dotyczyła. Usłyszałam więc mimochodem, że zdaniem wuja Zdzisława radzę sobie z całą tą sytuacją wyśmienicie, i gdyby nie pewne oznaki poirytowania tematem, nie obawiałby się, że przypłacę zmianę formy współpracy z pracodawcą jakimś załamaniem nerwowym. Dało się również słyszeć wypowiadane zdecydowanym tonem poglądy Zofii, że kobiety niestety decydują się w takiej sytuacji na zamążpójście, czego ona osobiście nie jest w stanie zrozumieć. Na zakończenie wreszcie ksiądz proboszcz spytał troskliwie, czy nie powinni przypadkiem ułatwić mi rozstania ze sceną przez propozycję zorganizowania jasełek w jego parafii. Już chciałam protestować, że nie wiem, o jakiej „sytuacji” oni wszyscy mówią, że Filip trochę przesadził, a nawet że jak ksiądz proboszcz będzie się tak zachowywał, to zamiast Obeliksa zacznie mi przypominać zwykłego trolla, kiedy usłyszałam, jak mój ukochany pyta Ninę:

– Można skorzystać z twojej łazienki, babciu? Julka się w tej nie mieści.

Pomału zaczynało mi być wszystko jedno. Nawet nie spojrzałam na niego znacząco, gdy wrócił do mojej nory za szafą i poprowadził mnie schodami na górę.

Jak się domyślałam, nie było w tym domu normalnej łazienki. Były minitoi-toie dla gości i łazienki przy sypialniach na górze. Przechodząc obok lustra na drzwiach szafy, obciągnęłam dół sukienki na gipsową rurę, w której tonęła moja noga, i pokuśtykałam za Filipem.

Sypialnia Niny była cała w brudnych beżach. Nienawidzę brązów i beżu. Nie mamy z Baśką w domu nic w takim kolorze, chociaż sprawiło mi wiele trudu, żeby taki stan osiągnąć. Miałam kiedyś brązową kanapę w dużym pokoju i nie lubiłam jej tak, że pewną satysfakcję wzbudzały we mnie poczynania moich siostrzeńców, którzy z pasją wcierali w nią różnego rodzaju substancje, od jogurtu poczynając, a kończąc na farbach do malowania na szkle. Udawałam, że tego nie widzę, co nie było zbyt rozsądne z mojej strony, bo kiedyś wreszcie brązową kanapę wymieniłam na żółtą, ale ze względu na fakt, że dzieci wciąż były te same, piękna żółta kanapa dzieliła losy paskudnej brązowej. Tu by miały co robić! Kątem oka widziałam, że Filip jest ciekawy, jakie wrażenie zrobiło na mnie to pomieszczenie. Niedoczekanie twoje – pomyślałam. A jednak mijając komodę, zagwizdałam z uznaniem.

– Co tam? – Filip podążył wzrokiem za moim spojrzeniem na ścianę, gdzie wśród wielu zdjęć różnych młodszych i starszych ludzi, w których rozpoznałam bliskich Niny, wisiało wielkie zdjęcie czerstwego futbolisty w pełnym umundurowaniu.

– Co to za przystojniak? – Wskazałam na zdjęcie.

– Nie ja – uciął krótko Filip.

– No, no – pokiwałam głową – to dlatego go przede mną ukrywasz, zazdrośniku. Może ci odbił poprzednią dziewczynę?

– Nie miałem wcześniej dziewczyny na poważnie. I uważaj, bo zaczynam się zastanawiać, czy to dobrze, że mam. Marek też jest zresztą zatwardziałym kawalerem.

– Ejże, co to znaczy też? – Objęłam go.

– Chciałaś do łazienki.

– Zdążę…

– A jak nie?

– No i jak… poradziliście sobie? – głos Niny zbliżał się od strony schodów.

– Co to ma być? – syknęłam, zamykając drzwi do toalety. – Sami swoi?

Mogłam się spodziewać, że przez cały czas, kiedy ja tkwiłam w łazience, bojąc się odetchnąć głośniej niż trzeba, oni tuż pod drzwiami będą pleść głupstwa o kolacji. Mogło mi nawet przyjść do głowy wcześniej, że Filip w drodze powrotnej będzie czule sprowadzał ze schodów babcię, podczas gdy ja za nimi będę brutalnie to pchana, to ciągnięta przez moją osobistą szynę gipsową, i że w trakcie tej wędrówki sukienka mi wjedzie pod pachy, a na chodniku zostawię ścieżkę z usypanego medykamentu. Nigdy bym jednak nie uwierzyła, gdyby mi ktoś powiedział, co się wydarzy, gdy wreszcie stanę przed nimi w salonie.

Z uwagi na moje perypetie i drogę przez mękę, pod choinkę dotarłam już po Filipie. Przy stole siedziała jeszcze tylko Julia, dokańczając barszczyk z uszkami. Pewnie wróciła, bo nie sądzę, by odeszli od stołu, kiedy nie wszyscy jeszcze skończyli. Chyba że to taki mały, prywatny bunt na miarę możliwości?

Pozostali, łącznie z Filipem, tłoczyli się pod choinką. Nie chodziło jednak o ukryte pod nią niespodzianki, przynajmniej nie o takie, o jakich początkowo myślałam.

– Mój Boże! – usłyszałam jęk Niny.

Filip odwrócił się do mnie, odsłaniając księdza Polikarpa, który nienaturalnie rozszerzonymi źrenicami wpatrywał się w okładkę jakiegoś kolorowego czasopisma i był czerwony jak niedokończony przez Julię świąteczny barszczyk.

Wujek Zdzisław, patrząc proboszczowi przez ramię, chrząkał z uznaniem:

– Mm, dopiero teraz widać w całości źródło twojej motywacji, Filip. Zaryzykuję twierdzenie, że to źródło może oddziaływać na większe zbiorowości – cmoknął.

Nadal nie zdawałam sobie sprawy, że rzecz dotyczy mojej osoby, póki Filip nie wycedził:

– Co to jest? Nie wygląda na fotomontaż…

Patrzyłam na wyrwany księdzu i podsunięty mi pod nos archiwalny numer „Slajdów”, którego niemal całą okładkę zajmowało moje niedoskonałe, nie do końca ubrane ciało, i nie mogłam wykrztusić słowa.

– Nie wygląda też na reklamę sztuki dla dzieci – Nina ochłonęła i wróciła do swojej wyniosłej formy. – Widać to nie jedyne zajęcie, jakim się para twoja narzeczona.

Policzki zapiekły mnie, jakbym wypielęgnowaną dłonią Niny dostała na odlew. Filip nie zareagował na to elegancko podane pomówienie.

– Co to jest? – powtórzył tylko. Jego podbródek zdawał się odbijać od bocznych ścian pokoju.

Sytuacja była więcej niż beznadziejna. Historia z zamieszczeniem mojego aktu w „Slajdach” była epizodem, o którym zdążyłam zapomnieć na długo zanim poznałam Filipa. Moi rodzice nie robili tragedii, chociaż tato nie był szczególnie zachwycony i musiałam przejść przez poważną rozmowę o moich wyobrażeniach na temat tak zwanej kariery. Szwagier chciał nawet oprawić okładkę, co jednak spotkało się z tak zdecydowanym sprzeciwem reszty rodziny, że skapitulował i zagrzebał feralny numer między czyściwem a starymi gazetami w ciemnej części garażu. Jednym słowem, aż do tej pory miałam wrażenie, że może i nie ma się czym chwalić, ale i za bardzo czego wstydzić. Teraz jednak sprawa przybierała inny obrót. Czułam się jak królewna, która okazała się w rzeczywistości żabą, a teraz odpowiada za to, że królewicz ma po pocałunku pypcia na języku. Horror.

– To jest, mój drogi, dokładnie to, z czym walczę od lat. – Wzruszyła ramionami Zofia, patrząc na mnie z czymś na kształt obrzydzenia w oczach. – Dopóki istnieją kobiety, które uważają, że tego rodzaju poniżające ich godność sposoby są najlepszym środkiem, by zapewnić sobie przyszłość w tym męskim świecie, moja walka o równouprawnienie to walka nierówna i skazana na niepowodzenie. Gdyby jeszcze to był manifest niezależności, ale widzę, że nawet partner o niczym nie wie, a kłamstwo nie jest dobrym fundamentem żadnej działalności. Szkoda mi cię, moje dziecko. W gruncie rzeczy na pewno znalazłoby się w tobie coś więcej niż biust, żeby zaistnieć – dokończyła, sprawiając wrażenie, że nie bardzo wierzy w swoje ostatnie stwierdzenie.

– Całkiem niezły biust, muszę przyznać – mlasnął Zdzisiu, wyjmując mi z rąk gazetę. – Nie gorszy niż reszta.

Czułam, że nie mogę się już poczuć bardziej poniżona. Niestety, to nie był koniec tego barbarzyńskiego, zbiorowego linczu mojej duszy.

– Dużo wyciągasz na tym interesie? – zainteresował się Tadeusz, dotychczas wypatrujący czegoś uporczywie przez okno. – Wiesz, nie chodzi mi o takie… – machnął dłonią – …delikatne sesje, ale wiesz…

– Mój Boże! – jęknęła po raz drugi tego wieczoru Nina i opadła bez siły na kanapę. – Mój Boże! Czegoś takiego nigdy nie było w naszej rodzinie!

– Ktoś jednak prenumeruje tu „Slajdy” – powiedziałam, bo przekroczyłam granicę, w której da się jeszcze cokolwiek uratować.

Fakt, że „Slajdy” pretendowały do miana ambitnej męskiej gazety, nie miał pewnie w tej rodzinie żadnego znaczenia.

– Mamo, nie denerwuj się. – Julia odłożyła talerz krokietów, które nerwowo pochłaniała cały czas, śledząc rozwój wydarzeń, i troskliwie zajęła się Niną. – To się nie zdarzyło w naszej rodzinie – powtórzyła za nią z naciskiem. – Wybacz, Filip, ale mama jest zmęczona, chyba zakończymy na dzisiaj.

Filip bez słowa podał mi płaszcz i wyprowadził do samochodu. Żadnych pożegnań, żadnych najmniejszych gestów, żeby zatuszować porażkę wieczoru. Wyszliśmy w chłód nocy. Za nami podążał jedynie ksiądz proboszcz. Przez moment miałam nadzieję, że chociaż on jest po mojej stronie, ale myliłam się.

– Żałuj i wstydź się, dziecko, żałuj i wstydź się – powiedział, na odchodne kładąc mi rękę na głowie.

*

Aż do samego R. Filip nie odezwał się ani słowem. Nie był już zły, wydawał się wręcz obojętny i zdystansowany jak zwykle. Przed moim domem zapowiedział, że zadzwoni, i odjechał, zostawiając mnie zdruzgotaną na chodniku. Stan mojej psychiki zharmonizował się ze stanem mojego ciała. Osiągnęłam równowagę psychosomatyczną. Nie umiałam się jednak tym cieszyć.

*

Następnych kilka dni przetrwałam z oczami utkwionymi w aparacie telefonicznym. Niestety, jak mogłam się domyślić, z wyjątkiem jednego telefonu od mojej mamy, która była ciekawa, kiedy przyjadę, wszystkie telefony były od Baśki.

Najgorsze zaś było to, że Baśka nic sobie nie robiła z mojego stanu. Nie znała co prawda szczegółów mojej gigantycznej klęski, ale nie było się też bardzo czym chwalić, więc moje milczenie było usprawiedliwione.

Z drugiej strony nie dość dostatecznie, moim zdaniem, zabiegała o te szczegóły, a tego chyba można oczekiwać od przyjaciółki.

– O co poszło? – rzucała czasem od niechcenia i nie uzyskując odpowiedzi, pozwalała mi dalej samotnie lizać rany. Te świeże na psychice i gojące się już fizyczne.

– O co poszło? – spytała po raz kolejny, przekrzykując dźwięk suszarki do włosów. Szykowała się na randkę z nową miłością swojego życia i znów miałam wrażenie, że wcale nie chce, żebym jej psuła nastrój przed wyjściem. Nawet ją rozumiałam. Też zwykle nie miałam siły słuchać jej zwierzeń, kiedy przed domem czekał na mnie Filip. Filip! Ciekawe, czy jeszcze kiedykolwiek…

I nagle pomyślałam, że jej powiem. Takie oczyszczenie przez ból.

– Ktoś mu pokazał… – wymruczałam, ale reszta jakoś nie chciała mi przejść przez gardło. Poczułam, że się czerwienię.

– Matko, ktoś mu pokazał i cię rzucił? To dureń skończony. – Baśka wypuściła z rąk suszarkę.

– Basia, spokojnie. Ktoś mu pokazał „Slajdy”. Jemu. Wszystkim. Cała jego rodzina widziała.

Już miała coś powiedzieć, ale nagle zrozumiała, i nie spuszczając ze mnie wzroku, przysiadła na krawędzi fotela.

– Akurat tamten numer? Żartujesz?

– Niestety, nie bardzo mi do śmiechu.

– Ale Julka, to było wieki temu i to były naprawdę dobre zdjęcia – z sensem i z wyczuciem. Poza