Wydawca: Świat Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 396 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Coś do oclenia - Julian Barnes

Długi i pełen namiętności związek Juliana Barnesa z Francją zaczął się ponad czterdzieści lat temu. Jeden z największych współczesnych brytyjskich prozaików i eseistów najpierw był sceptycznym obserwatorem podczas rodzinnych wypraw samochodowych do Francji, potem nauczycielem w szkole w Bretanii, a w końcu studentem języków i literatury, który przemierzył wzdłuż i wszerz Francję, doskonale poznając jej kulturę. Zebrane w tomie „Coś do oclenia” eseje, pisane w ciągu ponad dwudziestu lat, świadczą o pełnym przenikliwości uwielbieniu, jakie Barnes żywi wobec „kraju bez brukselki”. Zakres jego obserwacji jest szeroki. Z łatwością przechodzi od krajobrazu do literatury, od kuchni do książek Flauberta, od filmu i piosenki do Tour de France. Humor, wyczucie chwili i inteligencja nigdy go nie zawodzą. „Coś do oclenia” to wspaniała literacka uczta.  

„Wydaje się, że Julian Barnes zrobił dla brytyjsko-francuskich stosunków więcej niż ktokolwiek od czasów Edwarda VII” – Daily Telegraph

„Ktoś, kto pisze tak dobrze o literaturze francuskiej, o Flaubercie i o Francji, naprawdę zasługuje na Legię Honorową” – Bernard Pivot, Apostrophes

Opinie o ebooku Coś do oclenia - Julian Barnes

Fragment ebooka Coś do oclenia - Julian Barnes

Tytuł oryginału: SOMETHING TO DECLARE
Wydawca: DARIA KIELAN
Redaktor prowadzący: KATARZYNA KRAWCZYK
Konsultacja i przypisy: WAWRZYNIEC SZTARK
Redakcja i indeks nazwisk: JAN JAROSZUK
Redakcja literacka fragmentów poezji: ZBIGNIEW DMITROCA
Korekta: ELŻBIETA JAROSZUK
Łamanie: Akces
Copyright © by Julian Barnes 2002 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Jan Kabat 2014 Wykaz pierwodruków i spis ilustracji stanowią uzupełnienie copyrightu.
ISBN 978-83-7943-763-4
Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 Księgarnia internetowa: Fabryka.pl
Konwersja: eLitera s.c.

PRZEDMOWA

Po raz pierwszy pojechałem do Francji latem 1959, kiedy miałem trzynaście lat. Okres poprzedzający mój wiek młodzieńczy był niesamochodowy i wyspiarski; teraz zaś przed naszym domem stał szary triumph mayflower w odcieniu gunmetal-grey, kupiony z drugiej ręki za 200 funtów, które podarowała ciotka Edie. Wydał mi się wówczas – jak stałoby się to zapewne w przypadku każdego innego samochodu – niezwykle piękny, choć nieco zbyt pudełkowaty i kanciasty, by można go było określić mianem eleganckiego; w zeszłym roku, według ankiety przeprowadzonej wśród brytyjskich miłośników motoryzacji, został uznany za jeden z dziesięciu najbrzydszych samochodów, jakie kiedykolwiek powstały. Numer rejestracyjny RTW1, czerwona skórzana tapicerka, deska rozdzielcza inkrustowana orzechem włoskim, ani śladu radia i niebieski metalowy emblemat Królewskiego Klubu Automobilowego z przodu (zjawił się u nas przedstawiciel owego stowarzyszenia – korpulentny i wąsaty, w ciężkich poplamionych butach, odznaczający się służalczym charakterem – by wpisać nas na listę członków klubu. Jego pierwsze niedorzeczne pytanie – „No dobrze, sir, ile samochodów pan posiada?” – przerodziło się z czasem w rodzinny mit). To, że samochody nie mają służyć jedynie bezpiecznemu transportowi, ale także niebezpiecznym wojażom, podkreślała nazwa modelu, a także wspaniałe kołpaki: w środku każdego znajdowało się emaliowane czerwono-niebieskie przedstawienie kuli ziemskiej w odwzorowaniu Merkatora.

Nasza pierwsza ekspedycja wiodła z podmiejskiego Middlesex na francuską prowincję. Dotarłszy do Newhaven, patrzyliśmy niespokojnie, jak żuraw przenosi z rutynową beztroską mayflowera nad naszymi głowami, po czym umieszcza go w ładowni promu. Metalowemu emblematowi Królewskiego Klubu Automobilowego z przodu towarzyszył teraz metalowy znaczek GB z przeciwnej strony. Prowadziła matka; ojciec odczytywał mapę i w razie potrzeby dawał sygnały ręką; brat i ja, pełni obaw, siedzieliśmy z tyłu. Przez kolejne lata, w porze wakacji, objeżdżaliśmy różne regiony Francji, unikając na ogół większych miast i zawsze omijając z daleka Paryż. Zwiedzaliśmy châteaux i kościoły, groty i muzea, co zaszczepiło we mnie dozgonną fobię, której na imię „wycieczka z przewodnikiem”. To ja pełniłem rolę urzędowego fotografa, najpierw robiąc zdjęcia czarno-białe (wywoływane w domowej ciemni), potem barwne. Moi rodzice pozowali tylko wtedy, gdy obraz ukazujący się w celowniku wydawał się nudny; potem, zgodnie z zaleceniami podręcznika fotografii amatorskiej, nalegałem, by ustawiali się na „pierwszym planie”. W porze lunchu zatrzymywaliśmy się na piknik, a około piątej po południu zaczynaliśmy szukać jakiegoś małego hotelu. Naszym mszałem był czerwony przewodnik Michelina. W tamtych czasach, gdy tylko człowiek zostawiał za sobą porty nad brzegiem kanału La Manche, z dróg znikały samochody nie-francuskie; widząc nadjeżdżający z naprzeciwka wóz oznaczony GB, machało się energicznie (choć nikt w naszej rodzinie nie trąbił).

Ta pierwsza, poważna wyprawa do egzotycznego kraju, była w istocie spokojnym objazdem Normandii. Z Dieppe pojechaliśmy do Cany-Barville, z której to ekspedycji zapamiętałem tylko dwie rzeczy: wodnistą zupę z jakimś niebrytyjskim ziarnem czy roślinami strączkowymi i to, że pierwszego ranka, jaki spędziłem za granicą, wysłano mnie po gazetę. O którą chodziło? Och, weź jakąś miejscową, odparł ojciec, co nie okazało się specjalnie pomocne. Odznaczałem się typowym dla swojego wieku skrępowaniem – to znaczy takim, które ciąży człowiekowi niczym plecak wypchany kamieniami i które każdy odczuwa inaczej. Była to heroiczna wyprawa na drugą stronę ulicy, do sklepu, w czasie której na każdym kroku zagrażały żujące czosnek typy spod ciemnej gwiazdy, pijące na śniadanie czerwone wino i krojące chleb – i młodzieńcze gardła – scyzorykami. Le journal de la région, powtarzałem w duchu jak mantrę, Le journal de la région, le journal de la région. Nie pamiętam już, czy w ogóle wypowiedziałem te słowa, czy też rzuciłem monety jakiemuś przeżartemu nikotyną, molestującemu dzieci sprzedawcy z krzykiem: „Niech pan zatrzyma resztę!”. Pamiętam tylko nieskazitelność własnego strachu, absolutność zażenowania i brak wyraźnej pochwały ze strony rodziców po moim bezpiecznym powrocie z owej wyprawy.

Z Cany-Barville do Thury-Harcourt: czy wszystkie francuskie miasteczka zawierały w swej nazwie ów stały łącznik? Żadne tam Coś-nad-jak-mu-tam, Coś-w-czymś-tam. Cany-Barville, Thury-Harcourt: to brzmiało inaczej, dostojniej. Potem moje wspomnienia tracą na znaczeniu, stają się banalniejsze; może nawet nie wspomnienia, lecz na wpół zapomniane impresje ożywione przez stare fotografie. Jakiś zabytkowy zajazd o zbrązowiałych belkach, osioł o zmierzwionej sierści w parku porośniętym dziką trawą, mój pierwszy przysadzisty zamek z wieżami jak pieprzniczki (Combourg), mój pierwszy strzelisty zamek (Josselin). Potem pierwszy widok Chartres, gobelinu z Bayeux i grobu Chateaubrianda, który otaczało ze wszystkich stron morze. Na spokojnych drogach spotykaliśmy niespotykanie lśniące pojazdy. Francuskie wozy w niczym nie przypominały mayflowera: obłe w najdziwniejszych miejscach, o różnorodnej palecie barw i często nad wyraz ekscentryczne – na przykład taki panhard. Mieli tu furgony rzeźnicze z blachy falistej, citroeny 2CV z siedzeniami z rurek stalowych obciągniętych materiałem, citroeny Traction Avant (zwane citroenami Maigreta)[1], a później te nieziemskie DS, których inicjały stanowiły aluzję do boskości.

No i ta ekscentryczność żywieniowa. Ich masło było żałośnie niesłone, z mięsa ciekła krew, a do zupy wkładali wszystko, dosłownie wszystko. Hodowali pomidory o tym doskonałym smaku, a potem zanurzali je w paskudnym vinaigrette; to samo robili z sałatą, marchewką, burakami. Zazwyczaj można było wyczuć, że ten paskudny sos został rozprowadzony po sałatce, ale czasem oszukiwali człowieka, umieszczając ów składnik na dnie miseczki, więc kiedy z pełnym nadziei sercem podnosiło się liść na wierzchu... Chleb był dobry (ale patrz: masło); frytki były dobre (ale patrz: mięso), warzywa były nieprzewidywalne. Jak się nazywało to, co nie było właściwą fasolką szparagową, ale czymś okrągłym, tłustym, przegotowanym i... zimnym!? No i pâté: zapomnijcie, mogli do tego dodać wszystko, choć nie tyle, ile dodawali do chrząstkowatego, gruzełkowatego saucissons, pichconego z resztek odrąbanych toporem rzeźnickim przez mordercę. Był ser. Nie, było tysiące serów, a ja jadałem tylko jeden gatunek – gruyère. Na owocach dało się polegać – nie mogli ich bardzo zepsuć; rzeczywiście, hodowali bardzo duże i soczyste czerwone jabłka, za których smakiem naprawdę się tęskniło. Za bardzo lubili cebulę. Zęby czyścili sobie pastą czosnkową. Kamuflowali całkiem zjadliwe mięsa i ryby sosami o wątpliwym pochodzeniu i wątpliwych nazwach. No i wino, które charakteryzowało się bliskim pokrewieństwem z vinaigrette. I kawa, której nie znosiłem. Czasami trafiało się jakieś niezdrowe, niezidentyfikowane danie, które wyraźnie obrazowało to, co człowiek znajdował i wyczuwał za poplamionymi żółtobrązowo drzwiami le waters, gdzie czekały na niego gigantyczne porcelanowe oparcia na stopy i równie gigantyczne spłuczki, które moczyły mankiety spodni.

Skąd bierze się pańska miłość do Francji, monsieur Barnes? Och, moi rodzice uczyli francuskiego, odpowiadam; jeździłem z nimi do Francji na wakacje; uczyłem się francuskiego w szkole i na uniwersytecie; sam uczyłem przez rok w katolickiej szkole w Rennes (gdzie mój gastronomiczny konserwatyzm nie został zniweczony); moim ulubionym pisarzem jest Flaubert, wiele moich intelektualnych źródeł ma francuski charakter i tak dalej. Wszystko to sprawdza się jako odpowiedź, ale jest przykładem nieprawdziwie gładkiej narracji. Te wczesne wakacje naznaczone były niepokojem (czy ktokolwiek zrozumie choćby jedno wypowiedziane przeze mnie słowo? Czy mój ojciec zirytuje się z powodu upału? Czy uda się nam znaleźć w hotelu pokój z dwoma łóżkami, bo mój brat, ze słusznego bez wątpienia powodu, nie chciał ze mną spać?). Później, pogrążony w długiej milczącej zawziętości i fałszywym egzystencjalizmie dojrzewania, sprzeciwiałem się wartościom wyznawanym przez rodziców, a tym samym ich miłości do Francji. Na uniwersytecie zrezygnowałem z języków na rzecz filozofii, przekonałem się, że nie mam do niej predyspozycji, i wróciłem z niechęcią do francuskiego. Gdy miałem dwadzieścia kilka lat, inne kraje przemawiały do mnie znacznie silniej. Dopiero po trzydziestce zacząłem znów patrzeć na Francję niesynowskimi, nieakademickimi oczami.

Bez wątpienia w moim początkowym upodobaniu do kultury galijskiej zawierał się element kulturowego snobizmu: ich romantycy wydawali się bardziej romantyczni niż nasi, ich dekadenci bardziej dekadenccy, ich moderniści bardziej modernistyczni. Rimbaud kontra Swinburne... nie było mowy o rywalizacji; Wolter wydawał się bystrzejszy od doktora Johnsona. Niektóre z tych wczesnych sądów należy uznać za słuszne: nie było rzeczą trudną – czy błędną – przedkładać francuskie kino lat sześćdziesiątych nad nasze. Nie wspominając już o tym, że kultura pozwoliła mi w tych latach rozłąki zachować związki z Francją – dzięki książkom, sztuce, piosenkom, filmom, sportowi. Później, kiedy zacząłem regularnie odwiedzać Francję, niejednokrotnie był to ten kraj – prowincjonalny, małomiasteczkowy, słabo zaludniony – który lubili moi rodzice. Moje pierwsze, odruchowe skojarzenia związane z „pobytem we Francji” to obrazy: spokojne kanały, wzdłuż których rosną drzewa, równiutko jak zęby w grzebieniu; garbaty most nad płytką, pełną kamyków wodą; senne winorośle opierające swe odarte ze skóry ramiona na naprężonych drutach; stadko drobiu wpadające w panikę na upstrzonej końskim nawozem bocznej drodze; poranna mgiełka, która unosi się niczym suchy lód wokół opasłego stogu siana. I gdy moje wizje tracą swój sielankowy charakter, nie zmieniają się w zasadniczej tonacji – nie jest to Paryż albo większe miasto, albo jakaś rozwrzeszczana ekshibicjonistyczna plaża, ale spokojne pracujące wsie z rdzewiejącymi stolikami kawiarnianymi, z martwotą obiadowej pory, ogołoconymi z kory platanami, nudnym stukotem boules i wielofunkcyjnymi sklepami spożywczymi, épiceries; tutaj na ścianie domu wciąż widać wypłowiałe litery: DUBO, DUBON, DUBBONET[2], a na pomniku poległych jest tablica uwieczniająca okrutną nekropolię lat 1914–1918. Niewiele tu agrobiznesu, niewiele widocznego bezrobocia. Gdzie twoi zrzędliwi farmerzy, gdzie pijacy z przerośniętym wolem? Nie zapominaj, że żona mera pisze oszczercze anonimy, a niedaleko malowniczego lavoir[3] doszło do brutalnego morderstwa i sprawca nie został schwytany. Wyobraź sobie chaotycznie zaparkowane samochody pod tymi odartymi z kory drzewami, cierpliwego przybysza z Mali ze swoim kocem pełnym bransoletek, wściekły powiew wywołany przez ogłuszającą ciężarówkę; wymaż z obrazu épicerie i zastąp podmiejskim supermarketem. Owszem, ale i tak mi się podoba.

Czy mój obraz Francji jest stronniczy? Z pewnością. Znajomość drugiego kraju oznacza, że człowiek może brać z niego to, co chce, że znajduje antytezę normalnego, angielskiego, miejskiego życia; że odrzuca poczucie odpowiedzialności wobec własnej ojczyzny, że uwalnia się od odrażających emocji wywołanych przez tych, którzy są jego publicznymi reprezentantami. W moim subiektywnym oglądzie Francja jest prowincjonalna pod względem topografii i buntownicza pod względem ducha; jest bardziej Francją regionów niż centrum, bardziej Francją José Bovégo[4] niż eurokraty w błyszczącym garniturze, Francją katarskiego męczennika niż papieskiego legata. Okres, do którego bezustannie wracam, to z grubsza lata 1850–1925, od kulminacji realizmu do rozłamu modernistycznego: cudowny czas nie tylko z powodu francuskiej kultury, ale także francuskiej gościnności kulturalnej. Jest czymś zachwycającym, że dobrze ustosunkowany paryżanin mógł, w ciągu zaledwie piętnastu lat, obejrzeć Panny z Awinionu, na którym to obrazie nie wyschła jeszcze farba, udać się na premierę Święta wiosny i kupić pierwsze wydanie Ulissesa, i wszystko to bez potrzeby korzystania z metra, a co dopiero parowca.

Główną dla mnie postacią w rozwoju nowoczesnej wrażliwości jest Gustaw Flaubert. „Chciałbym, żeby wreszcie przestał gadać o Flaubercie” – zwierzył się jednemu z moich przyjaciół Amis Kingsley, wytrzeszczając z zawziętości oczy. Marne widoki: Flaubert, arcypisarz par excellence, święty i męczennik literatury, perfekcjonista realizmu, twórca nowoczesnej powieści za sprawą Pani Bovary, a potem, ćwierć wieku później, jeden z prekursorów powieści modernistycznej za sprawą Bouvarda i Pécucheta. Według Cyrila Connolly’ego była to ulubiona powieść Joyce’a (także Richard Ellmann uważał to za prawdopodobne, pomimo braku udokumentowanego dowodu). To, że nie przestanę mówić o Flaubercie – patrz: druga część książki – pozostaje moją immanentną przyjemnością. Kiedy „Times Literary Suplement” przesłał mi w 1998 do przejrzenia czwarty tom Listów, do książki dołączono satyryczną notkę: „Czy możemy liczyć na milion słów (do 13 kwietnia, jeśli to możliwe)?”.

W powieści Bouvard i Pécuchet jest scena, w której dwaj antybohaterowie odwiedzają Fécamp. Spacerują wybrzeżem i Pécuchet, który przedzierzgnął się tymczasowo w geologa, zastanawia się nad konsekwencjami, jakie wywołałoby trzęsienie ziemi pod kanałem La Manche. Woda, jak wyjaśnia przyjacielowi, popędziłaby ku Atlantykowi, wybrzeża zaczęłyby się chwiać, a potem dwa obszary lądowe ruszyłyby ku sobie, by złączyć się po tych wszystkich tysiącleciach. Bouvard ucieka – tak samo przerażony myślą o zbliżaniu się Brytyjczyków, co, jak można się domyślać, samą perspektywą katastrofy.

Pomimo naszego członkostwa w Unii Europejskiej, pomimo tunelu pod kanałem La Manche, niwelującego wizualnie morze i klify, niektórzy z moich rodaków wciąż okazują typowy dla Bouvarda strach przed koniecznością sąsiadowania z Francuzami, nie wspominając już o bliższym obcowaniu. Frankofobia pozostaje naszą pierwszą formą eurofobii, choć nie ksenofobii (mniejszości etniczne zdystansowały pod tym względem Francuzów). Francuzi są szczerze zdumieni żółcią, która się wylewa z naszej prasy brukowej, zszokowani, że kraj tak znany ze swej flegmatyczności może się jednocześnie pławić w tak szyderczej pogardzie. Nie chodzi wyłącznie o was, staram się tłumaczyć; jesteście po prostu czymś więcej niż tylko sobą; staliście się symbolem wszystkiego, co obce; wszystko, nie tylko francuskość, zaczyna się w Calais. Podczas gdy wy możecie spoglądać poza wasze granice i wybierać między czterema wielkimi cywilizacjami, my, na naszych oddalonych od brzegu wyspach, jesteśmy otoczeni z jednej strony przez was, a z trzech pozostałych przez ryby. Nic dziwnego zatem, że uczucia, które wobec was żywimy – czy to jako frankofile, czy frankofoby – są silniejsze, bardziej obsesyjne niż uczucia, które wy żywicie wobec nas.

Ilekroć zdobywam się na to wyjaśnienie, moje własne słowa przekonują mnie coraz mniej. Tak, są w pewnym sensie prawdziwe; ale rzecz polega też na tym, że Francuzi są tacy... no cóż, francuscy, a tym samym stworzeni przez Boga w odpowiedni sposób – by wydawać się tak prowokująco różni od Brytyjczyków, jak to tylko możliwe. Katoliccy, kartezjańscy, śródziemnomorscy; makiaweliczni w polityce, jezuiccy w argumentacji, uwodzicielscy w seksie niczym Casanova; beztroscy wobec przyjemności i traktujący sztukę jako coś najbardziej w życiu istotnego, nie zaś jak dodatek, niczym zapasowy komplet kół z alufelgami. Jakiż inny zestaw mógłby stanowić lepszy cel wściekłej nienawiści ze strony otumanionego piwem przygłupa, błogosławionego i dopingowanego przez brukowce czy nawet przez niektórych bardziej wyrobionych patriotów? Kiedy Salman Rushdie obłożony został fatwą, British Airways odmówiły mu wstępu na pokłady swoich maszyn. Linie Air France, spytane w tej kwestii, odpowiedziały: „Szanujemy francuski obyczaj uznający prawa człowieka, co oznacza, że przewozimy pasażerów bez jakiejkolwiek dyskryminacji. Gdyby pan Rushdie zapragnął podróżować samolotem Air France, to nie spotkałby się z odmową”. Był to budzący złość przykład okazywania wyższości, także moralnej, machania nam przed nosem les droits de l’homme (jakby to Francuzi je wynaleźli), i ponad wszystko przykład słuszny. W życiu publicznym Francuzi odznaczają się taką samą hipokryzją jak my; różnica, jak się zdaje, polega na tym, że ich hipokryzja, w całej swej nieszczerości, odwołuje się do idealizmu, podczas gdy nasza ma na względzie pragmatyzm.

Takie różnice powinny przetrwać w imię różnorodności biologicznej. Tracimy języki niemal tak szybko jak gatunki zwierząt; tracimy też coś znacznie mniej wymiernego – ludzkie odmienności. „Och, monsieur Barnes, ale przecież wciąż jest pan na wskroś brytyjski, a ja nie mniej Franche, hein?”. Tak – to znaczy nie. Mogę się wydawać i wydaję się bardzo brytyjski francuskiemu rozmówcy lub francuskiej rozmówczyni, on/ona zaś wydaje się mnie całkowicie francuski/francuska. Lecz jestem mniej brytyjski niż mój ojciec, on zaś mniej brytyjski niż mój dziadek. Więc co, monsieur Barnes? Mówi pan, że pański dziadek wybrał się za granicę tylko raz w życiu, do Francji, by wziąć udział w pierwszej wojnie światowej; pański ojciec zaangażowany był w drugą. Chyba odrobina globalizacji i europejskiej homogenizacji to niewielka cena za to, że uniknął pan trzeciej wojny? Czyż ostatnie półwiecze europejskiego pokoju nie jest czymś, z czego się należy cieszyć? A pan narzeka, że francuscy sklepikarze nie robią sobie czterogodzinnej przerwy w porze obiadu, i na ten angielski sklep w Paryżu, kilka kroków od Centre Georges Pompidou?

Tak – to znaczy nie. Wydaje się, że w Unii Europejskiej chodzi obecnie mniej o przyjazne odmienności niż o centralizację władzy i handlowe ujednolicenie: innymi słowy o stworzenie coraz większej rzeszy uległych konsumentów dla ponadnarodowych korporacji. Kiedy Brytyjczycy pomogli entuzjastycznie Amerykanom bombardować Serbię, jeden z najbardziej lizusowskich argumentów brzmiał: „To dowodzi, że europejski projekt ma wymiar zarówno etyczny, jak i ekonomiczny” (no cóż, nie należy zapominać o tych wszystkich kontraktach budowlanych po wojnie...). Za czasów imperialnych Brytania była wielkim normalizatorem i centralizatorem; teraz lubi się przedstawiać jako przedmurze zbyt zagorzałego federalizmu. W oczach Europejczyka to nic więcej niż tylko interesowne próżniactwo. Więc jakie jest pańskie stanowisko, monsieur Barnes? Eurofil, ale biurosceptyk, internacjonalista, ale kulturowy protekcjonista, liberalny lewicowiec, zielony. Niewiele głosów można zyskać, mon ami. Mój brat jest filozoficznym anarchistą żywiącym ambicję, „by nigdzie nie mieszkać”. Moja matka określała się jako zatwardziała konserwatystka. Ojciec był małomówny i przejawiał tendencje liberalne. Przynajmniej trochę politycznego zróżnicowania.

W roku 1997 wybrałem się w ostatnią podróż do Francji z rodzicami. Ten jeden raz to ja ich zabierałem ze sobą, nie odwrotnie. Matka zmarła kilka miesięcy wcześniej, ojciec w 1992; wiozłem ich prochy ku miejscu przeznaczenia, Côte Atlantique, gdzie miały być rozsypane. Zdecydowaliśmy się na pociąg Eurostar, którym już wcześniej jeździłem, ale dla nich to była dziewicza wyprawa. Jeśli chodzi o matkę, miałem pozwolenie na wywóz „poza granice Anglii”, ale w przypadku ojca nie udało mi się tego załatwić, więc z pewnym niepokojem obserwowałem rentgen prześwietlający bagaże na stacji Waterloo. W dużej torbie podróżnej, pod kilkoma koszulami, spoczywali moi rodzice: ojciec w tradycyjnej dębowej szkatułce, matka w solidnym plastikowym słoju z zakręcanym wieczkiem. Do mnie należał pierwszy etap podróży, do Paryża; moja bratanica miała przetransportować ich do Indre, a brat z żoną dalej, na zachód.

W paryskim pokoju hotelowym przełożyłem rodziców do plastikowej torby z londyńskiego sklepu (miała przynajmniej francuską nazwę: Les Deux Zèbres). Sprawdziłem, czy mogę zaufać opakowaniu: zawartość była dość ciężka, ale torba sprawiała wrażenie solidnej. Moja bratanica mieszkała w 18. dzielnicy. Kiedy dotarłem do jej apartamentowca, okazało się, że domofon nie działa; dostałem się jakoś do środka, ale nie otrzymałem wskazówek co do mieszkania. W środku był ponury, tylko częściowo oświetlony korytarz. Rodzice obciążali mi ramię. Próbowałem wymacać nazwiska na pierwszej parze drzwi; nie było na nich żadnych liter. Z mrocznej klatki schodowej docierał zapach gotowanej kapusty. Uświadomiłem sobie, że będę musiał obchodzić każde piętro i sprawdzać każde drzwi w poszukiwaniu nazwiska bratanicy. W tym momencie ściągacz od torby na moim ramieniu nie wytrzymał i upuściłem rodziców. Uderzyli o betonową podłogę tak hałaśliwie, że – jak byłem przekonany – co najmniej jeden pojemników z nimi, jeśli nie obydwa, musiał się rozbić. Wyobraziłem sobie, że zgarniam dłońmi popioły. Wyobraziłem sobie, że któryś z sąsiadów wygląda na korytarza, a ja tłumaczę mu niezbornie: Er, voici ma mère, et, er, ici, c’est mon père.

Była to, z czego nie zadawałem sobie wówczas sprawy, drobna flaubertowska chwila. W roku 1846 pisarz pomagał pochować swoją młodszą siostrę Caroline. Grabarze z Cimetière Monumental w Rouen wykopali zbyt wąski dół. Najpierw trzęśli trumną, ciągnęli ją, atakowali łopatami i łomami, a potem zaczęli po niej skakać „tuż nad głową Caroline”, żeby wcisnąć ją do grobu. Flaubert opisał to wszystko w liście do swego przyjaciela Maxime’a Du Campa[5]: „Byłem równie skamieniały jak nagrobek, ale kipiący gniewem. Chciałem ci to opowiedzieć, sądząc, że sprawię ci tym przyjemność. Jesteś dostatecznie inteligentny i kochasz mnie dostatecznie mocno, by rozumieć to słowo «przyjemność», które doprowadza drobnomieszczanina do śmiechu”.

Julian Barnes

sierpień 2001

JEDEN

ANGLIK ZA GRANICĄ

1. Typowy Ostatni Wieśniak

Wiosną 1998 roku wybrałem się na pieszą wędrówkę w Vercors, na południe od Grenoble. Był nieskazitelny majowy poranek; przemierzaliśmy we dwóch wyżynną równinę tuż pod linią śniegu. Darń, tak nieskazitelna, że można było wytyczyć na niej aleje golfowe, była poprzecinana cienkimi, czystymi strumieniami; rosły tu w chełpliwej obfitości – natura pokazywała, co potrafi, jeśli tylko zostawić ją w spokoju – goryczki, szarotki alpejskie, narcyzy, jaskry i storczyki; kilka razy, na tle topniejącego śniegu, dostrzegaliśmy zapewne sylwetkę małego lisa, chyba że świstaki osiągają tak duże rozmiary. Zamknięta na kłódkę szopa świadczyła o sporadycznej obecności człowieka na poza tym niezmiennym skrawku francuskiej ziemi. Późnym popołudniem zeszliśmy do niewielkiej wioski – około czterdziestu budynków wciśniętych między dwa wzgórza. Kiedy trawa ustąpiła miejsca czemuś w rodzaju asfaltu, napotkaliśmy kolejną cząstkę odwiecznej Francji: wieśniaka wypasającego kozy w miejscu publicznym. Był wiekowy, ogorzały i bezzębny, towarzyszył mu psychotyczny, zły kundel; wieśniak opowiadał nam długą historię swojego reumatyzmu, od czasu do czasu, jakby w charakterze przerywnika, walił najbliższa kozę kijem, wzbijając kurz z jej grzbietu.

Wioska wyglądała tak, jak tego oczekiwałem: kościół, wyschnięta fontanna, dawna szkoła z wypłowiałym RF na fasadzie, boulangerie otwarta godzinę dziennie, auberge, dwa schroniska. Niektóre domy zostały świeżo odnowione – kamień przypominał pergamin, a zaprawa budyń; inne znajdowały się in restauro. Przy obiedzie spytaliśmy madame, ilu indigènes wciąż mieszka w wiosce. Tylko jeden, odparła: wieśniak, którego właśnie spotkaliśmy. Może wygląda na osiemdziesiąt lat, oznajmiła, ale ma sześćdziesiąt – „mimo że prowadzi bardzo bio, bardzo écolo życie”. Zgodziliśmy się, że można mieć zbyt dużo bio i écolo w życiu. Czy to alkohol był przyczyną widocznego zniszczenia? Nie, nie u niego: to jego kuzyn, przedostatni wieśniak, zwykł pić ponad miarę. Albo przynajmniej pijał, aż pewnego dnia zszedł z gór, żeby zagłosować, i ktoś w kawiarni powiedział mu, że nie wygląda najlepiej. Wzięli go na obserwację do szpitala i nie mógł pić przez osiem dni, a potem od razu umarł.

Ostatni Wieśniak prowadził ściśle unormowane życie: wstawał o piątej i szedł w góry zebrać chrust na ogień rozniecany rytualnie o piątej po południu, każdego dnia, bez względu na porę roku i pogodę. Żył z kozami i z kóz, miał trochę pieniędzy, ale nie wydawał ani grosza. Nigdy się nie ożenił. „Przypuszczam, że mógłby sobie wziąć Rosjankę” – powiedziała madame. Wciąż niedaleko stąd odbywają się spotkania kawalerów, na które tradycyjnie przychodzą kobiety szukające mężów. Przed laty były to Portugalki i Hiszpanki; obecnie są to Polki albo Rosjanki. Ale takie rozwiązanie nie wchodzi w grę. Na razie wszyscy w wiosce załatwiają sprawunki dla Ostatniego Wieśniaka („Podziękował mi dopiero po piętnastu latach”). Nie prowadzi samochodu – i według przybyszy – nie przetrwałby zimy bez ich pomocy. W którymś momencie on, indigène, umrze, a wtedy wioska, która wydawała się na pierwszy rzut oka taka autentyczna, stanie się całkowicie fałszywa – albo, jeśli wolicie, przestanie odradzać się na nowo dla współczesnego świata. Będzie żyć z turystyki zamiast z rolnictwa; będzie uzależniona od samochodów i zakupów w supermarketach; i będzie wyludniona w zimie. Sezonowa wioska, od czasu do czasu powtarzająca czynności, które jej założyciele i ich potomkowie wykonywali z konieczności, przekonania i nawyku.

La France profonde zniknęła w ciągu naszego wieku albo, w najlepszym razie, jest obecna w skażonej postaci. Edith Wharton to przewidziała, pędząc samochodem przez kraj z Henrym Jamesem u boku. „Trywialna zmotoryzowana turystka”, jak określała samą siebie, przewidziała też inne niszczycielskie czynniki: wojnę, pokój, technologię informacyjną, masową turystykę, uprzemysłowienie rolnictwa, nieskrępowany wolny rynek, amerykanizację, eurofiksację, chciwość, krótkowzroczność, pełen samozadowolenia ahistoryzm.

Dawne państwa narodowe Europy ujednolicają się stopniowo, tworzą stadne grupy międzynarodowych konsumentów, których odróżnia tylko język. Czy jest to uczciwa – albo przynajmniej jedyna – cena, jaką się płaci za uniknięcie nawracających spazmów kontynentalnej wojny, która odciskała piętno na naszej historii? Być może. Czy Ostatni Wieśniak wolałby zacząć życie teraz – z lżejszą pracą, korzyściami socjalnymi, subwencjami z Brukseli, pornografią satelitarną i wozem terenowym? Być może. Lecz także z obniżeniem ambicji w kwestii przywództwa europejskiego i zanikaniem wyrazistości europejskich narodów. Staramy się nadać naszemu bezbarwnemu regionowi charakter poprzez pewne totemiczne kulty albo, jeśli to konieczne, przez wskrzeszenie tradycji. Francuzi są w tym równie biegli jak wszyscy inni, a niechęć frankofila wobec takiego rozcieńczenia galijskiej esencji jest tym silniejsza, że Francuzi zawsze żywili największe oczekiwania, zarówno w stosunku do siebie, jak i Europy.

Historyk Richard Cobb wybrał się po raz pierwszy do Francji w 1935, do Paryża, w którym wciąż przebywała Edith Wharton, choć bardziej fascynowało go zwykłe życie niż literacka pielgrzymka: uliczne stragany i połykacze ognia, wędrowni muzycy i prostytutki, siłacze skuci łańcuchami, uprawiający z radością „droit de pavé na szerokich chodnikach”; świat obskurnych barów i maleńkich restauracyjek z czterema stolikami; bujność, potoczystość i radosna anarchia codzienności, a za tym wszystkim ta godna pozazdroszczenia swoboda przyjemności, która tak bardzo przyciąga wstrzemięźliwych Anglików. Rozkoszował się ostrą wonią metra i wesołą plateforme d’autobus (ulubiony lejtmotyw Cobba obok zliszajonych murów na obrazach Utrilla i faux manoir normand), przyznając i jednocześnie udowadniając, że miasto można tak naprawdę poznać tylko na piechotę.

Zyskał, jak sam się wyrażał, „drugą tożsamość”, nie żałował częściowej utraty angielskości i uwielbiał, kiedy go pytano, czy jest Belgiem (choć jest to zazwyczaj nieco fałszywy komplement ze strony Francuzów pod adresem ludzi francuskojęzycznych). Miał jedną francuską żonę (jeśli wierzyć indeksowi w książce Paris and Elsewhere) albo dwie (jeśli polegać na różniących się opisach kogoś, kto teoretycznie mógłby być tą samą kobietą); potem angielską; także, jak się zdaje, dzieci. Wcześniej, a może w tym samym czasie, zyskał godną konesera wiedzę na temat prostytucji: „Większość paryskich burdeli przypominała z reguły toalety publiczne – angielskie, nie francuskie”. Życie Cobba stało się tak francuskie, że zaczęły mu się przytrafiać rzeczy francuskie: zwykł odwiedzać w każdy roboczy dzień, przez okrągły rok, Gaby la Landaise, prostytutkę z Dax (sądzę, że jesteśmy pod koniec lat czterdziestych czy na początku pięćdziesiątych), aż pewnego piątku dowiedział się, że właśnie wsunęła sobie lufę rewolweru w usta i zastrzeliła się „w jednej z tych skromnych sypialni na piątym piętrze, pod numerem 78”. Kolejna drobna sprawa dla Maigreta. Jednocześnie historia, która pochłonęła Cobba, stała się tak francuska jak jego tożsamość. Nie tylko dotyczyła wyłącznie Francji, zwłaszcza Rewolucji i zwłaszcza jej późniejszych etapów, ale była też pisana i publikowana po francusku: jego pierwsza książka po angielsku ukazała się dopiero wtedy, gdy miał pięćdziesiąt dwa lata.

Francja Cobba nie jest Francją typowego angielskiego frankofila, który woli południe, wiejskie okolice, słońce, zwodniczo oryginalną wioskę i lubi wszystko, co jest tak różne od Anglii, jak to tylko możliwe. Cobb wolał miasta (rzeczywiście, rzadko zdaje się dostrzegać sielskość); kochał północ, która obejmowała także Belgię. Jeśli już wybierał się na południe, to do wielkich centrów w rodzaju Lyonu i Marsylii. Miał nałóg chodzenia, zwłaszcza chodzenia po miastach; nie jest jasne, czy kiedykolwiek prowadził samochód. Z pewnością preferował transport publiczny, który dawał możliwość podsłuchiwania i przypadkowej obserwacji. Nie był w żadnym wypadku snobem – pobyt w armii brytyjskiej, jak twierdził, pozbawił go klasowości – tyle tylko, że z reguły nie wierzył średniej i wyższej klasie (historia, jak można by powiedzieć, już im uwierzyła). Wolał les petites gens zarówno w życiu, jak i pisaniu: drobnych handlarzy, lud pracujący, służących, praczki, pomocników perukarzy, oszustów karcianych, woziwodów, prostytutki, nierobów, drobnych przestępców; jego najbliższym francuskim przyjacielem był dezerter i złodziej w jednej osobie.

Choć demokrata z przekonania, dość się napatrzył na Francuską Partię Komunistyczną, by nie mieć zaufania do systemów opartych na powszechnej wierze. Nie miał ochoty jeść z tych talerzy, na których, gdy jedzenie znikało, pojawiał się z wolna dobrotliwy portret Stalina autorstwa Picassa. Był, wedle własnych słów, „bardzo samotną osobą”. Był także, o czym sam zaświadcza, towarzyski i wesoły; lubił wypić. Czyli człowiek paradoksalny, samotnik otoczony kompanami. Także paradoksalny historyk, ponieważ w życiu potrzebował porządku i rytuału, by bronić się przed chaosem i brutalnością, a mimo to poświęcił karierę jednemu z najbardziej bezładnych i brutalnych okresów w dziejach Francji.

Jego pisarstwo społeczne jest osobiste i impresjonistyczne, podczas gdy historyczne ma swe źródło w archiwach i jest fanatycznie szczegółowe. Jedno i drugie jednak opiera się na tych samych zasadach, ma wspólne źródło: bardzo angielskie zamiłowanie do tego, co partykularne i lokalne, w połączeniu z lekceważeniem teorii, schematu i naczelnej struktury, z pogardą wobec generalizacji, nie mówiąc o „modelach”. W charakterystycznie rozbudowanym zdaniu poruszającym ten problem, po opisaniu pięciu lat rewolucyjnego chaosu, po ustaleniu prawdziwej tożsamości wszystkich aktorów, zwłaszcza spośród najniższych warstw społeczeństwa, Cobb odwołuje się do „historyka niczym policjanta i innych represyjnych władz”. Cobb lubił to porównanie w jego łagodnej formie: historyk jako detektyw, który się nie spieszy, nigdy nie wyciąga pochopnych wniosków, poznaje geografię przestępstwa, krąży po ulicach, łyka anyżówkę, węszy w powietrzu, zadaje zbędne z pozoru pytania. Ale trop ma też drugą stronę: a zatem inspektor Maigret jest dla Cobba „historykiem nawyku, déjà vu... historykiem nieprzewidywalnego... historykiem klasy”; może być do jakiegoś stopnia nieświadomy zmiany, jest jednak niezwykle wyczulony na „nawyk, rutynę, logiczne założenie, banalność, codzienność, sezonowość, pospolity konserwatyzm”. Oto historyk/detektyw jako cnotliwy śledczy, jednak rzucona mimochodem przez Cobba aluzja do „innych represyjnych władz” każe nam zwrócić uwagę także na pewien minus prowadzonych przez historyka poszukiwań klarowności i pewności: apodyktyczne traktowanie ludzkości, sztywna klasyfikacja, podejmowanie decyzji z perspektywy odległego czasu, depersonifikacja, przemilczenia, wygodna niepamięć.

Cobb był „historykiem indywidualności” w obu znaczeniach tego określenia. W jego przekonaniu, historia „nigdy nie stanowiła debaty intelektualnej”; nie zaczyna się od argumentu albo teorii. Upiera się z solidnym i celowo obraźliwym pragmatyzmem: „nie wiem, o co chodzi w historii, ani jakiej społecznej funkcji służy. Nigdy nie poświęciłem temu nawet jednej myśli”. Woli zacząć od przeciwległego końca, od konkretnej osoby w konkretnym miejscu i konkretnym czasie. Przemierzywszy niezliczone ulice, Cobb był świadomy wpływu miejskiej geografii na wszelkie aspekty historycznego wydarzenia: zdawał sobie doskonale sprawę, że rzeka przenosi wiadomości tak, jak przenosi kloce drewna; że mosty niczym strumienie przenoszą mieszkańców przez całe miasto, tym bardziej ułatwiając kontrolę tożsamości, aresztowanie, nawet morderstwo. To, jak Cobb przedstawia wpływ geografii i granic administracyjnych na rozwój Lyonu – wyższe budynki, ciemniejsze ulice, społeczeństwo bardziej „pionowe”, sieć pasaży bardziej sprzyjająca zbrodni i ucieczce – świadczy o jego mistrzostwie.

Także na poziomie ulicy poszukuje on swoich historycznych bohaterów. Inicjatorzy Rewolucji interesują go mniej niż pełen gorliwego zapału rzeźnik, sceptyczny piekarz i zdezorientowany wytwórca świeczek, którzy zajmują najniższe miejsca w łańcuchu dowodzenia. W kluczowym dla swej postawy fragmencie odróżnia własne podejście do elit rewolucyjnych od tego, które charakteryzowało Alberta Soboula[6]:

Owszem, nadaje bojownikom imiona, ale nie przyznaje im cnoty osobowości. W rezultacie możemy się zorientować, w jaki sposób działali, ale nie mamy dosłownie żadnego pojęcia o tym, jacy byli, czy kierowali się szczerością, czy też marnowali czas, czy chodziło im o rozgłos, czy też o korzyści sprawowanego urzędu, czy odznaczali się normalnością, czy też byli pomyleńcami. Musimy po prostu zaakceptować fakt, że byli bojownikami i że coś – czy to ambicja, czy szczerość – odróżniało ich od ogółu bliźnich.

Cobb pojmował, że liczne jednostki, nawet udający idealistów, przyłączają się do określonych ruchów, kierując się przeróżnymi motywami, ale też to, że same ruchy lubią udawać – podczas gdy ich adherenci zgarniają resztki z talerzy Stalina – iż motywy są nieskazitelnie czyste; wiedział również, że jednostki będą z perspektywy czasu idealizować swe motywy, jeśli sam ruch poniesie klęskę. Cobb jest przeciwnikiem określonego do końca motywu – jednostka kierująca się takim motywem to prawdopodobnie „pomyleniec” takiego czy innego rodzaju (co nie znaczy, by tacy pomyleńcy nie mieli swego wpływu na historię) – tak jak jest przeciwnikiem określonych do końca rozwiązań. Bez względu na to, czy rozważa się rewolucję od podstaw, czy też wychodzi od konkretnego założenia teoretycznego, zawsze w jej centrum lub blisko niego tkwić będzie „tajemnica i przypadek”.

Jest także – jako wielbiciel Maigreta – kimś, kto wierzy w „rutynę, tezę, banalność”. Studiowanie chwili rewolucyjnego okrucieństwa jest konieczne; Cobb jednak nigdy nie zapomina, że takie chwile są rzadkie w życiu ludzkim, podobnie jak w ludzkiej historii. Strach, przewidywanie i pamięć o przemocy mogą być wszechobecne, ale samą chwilę należy rozpatrywać w kontekście tego, co ją otacza – życie wypełnione pracą, miłością, żałobą, chorobą, zakupami, zabawą, nudą etc.

Indywidualizm Cobba i jego niezmordowane przetrząsanie archiwów pomogły mu uniknąć grzechu przewidywania po fakcie. Oczywiście, historia z natury swej jest aktem przewidywania po fakcie, pojmowania lub pojmowania w pełniejszy sposób tego, co było gorzej pojmowane w chwili zaistnienia, albo ponownego pojmowania tego, co zostało na jakiś czas zapomniane. Jednak pisanie historii jest zawsze narażone na wpływy skażonego „teraz”, na działanie wiedzy o tym, co się wydarzyło między „tam” i „tutaj”. Komuna Paryska wiedziała o Rewolucji, ale Rewolucja nie wiedziała o Komunie Paryskiej. Jest to oczywiste, jednak pokusa zapominania o tym jest bardzo silna. Ponadto Rewolucja mogła, za sprawą swego przykładu i deklaracji, przyczynić się częściowo do stworzenia społeczeństwa, w którym biedni i upośledzeni byli lepiej traktowani; historyk musi jednak odkryć i twierdzić uparcie, że podczas samej Rewolucji biedni żyli tak biednie jak zawsze, a represyjne rojalistyczne ustawodawstwo, którego celem było sprawowanie nad nimi kontroli, nie tylko nie zostało zniesione, ale ochoczo i z większą siłą było wprowadzane przez nowych panów. Wszystko, co zwykli ludzie dostali od Rewolucji, jak twierdzi Cobb, to krótkotrwałe poczucie władzy – władzy nigdy więcej niezaznanej pomimo wszelkiej z pozoru wiarygodnej hipokryzji późniejszych form rządów.

Historia uprawiana przez Cobba jest archiwistyczna, pełna dygresji, irytująco gawędziarska, niedogmatyczna, fantazyjnie współczująca, niekompletna, ucieszna; czasem chaotyczna, często maniacka, zawsze zjadliwie szczegółowa. W Classical Education (1985) opisuje, jak oglądał w kinie kronikę filmową z relacją o zabójstwie króla Jugosławii Aleksandra I w Marsylii: „Pojawiło się nawet ujęcie samego króla w otwartych drzwiach samochodu – to był chyba panhard levassor – leżącego na podłodze”. „To był chyba panhard levassor”: właśnie w takich smakowitych dygresjach – ujmowanych zwykle myślnikami, między które wsadza dużo, nawet średniki – zawiera się urok pisarski Cobba. Jego zdania, jako miniatury tworzące ogólny styl narracji, rozrastają się często bez końca, choć jest w tym bardziej bajronowski niż proustowski, pełen gwałtownych uniesień, wściekle żywy, wściekle spostrzegawczy. Historyk jako powieściopisarz? Do pewnego stopnia. W Paris and Elsewhere Cobb przedstawia „zarys powieści, która nie została napisana i której, jak wszystko na to wskazuje, nie napiszę”. Jej akcja rozgrywa się w Ixelles, jednej z niezależnych gmin miejskich Regionu Stołecznego Brukseli, mniej więcej od połowy lat czterdziestych do połowy lat pięćdziesiątych. Cobb przywołuje z uwagą i zapałem topografię miejsca i jego społecznie zróżnicowanej populacji; opisuje wędrówki mieszkańców i odnotowuje barwne sceny uliczne; wspomina kapryśną naturę światła; nadmienia o śmierci, morderstwie i przemianie. Ale ma rację: nigdy by nie napisał tej powieści. Historyk, zwłaszcza jego pokroju, jest swoistego rodzaju powieściopisarzem, ale takim, który zamiast wymyślać fabułę i bohatera, jest zobowiązany odkryć jedno i drugie, który zamiast wprawiać postaci w ruch i stykać je ze sobą, wyposażony w pewną wstępną wiedzę o ich naturze i przeznaczeniu, stara się odgadnąć, do czego byliby zdolni ci niejednokrotnie nieprzewidywalni bohaterowie pośród zwodniczego świata kłamstw i ucisku. Może to być znacznie trudniejsze, zwłaszcza gdy fabuła okazuje się banalna, fragmentaryczna, zdeptana do szczętu przez wcześniejszych badaczy albo też, gdy już zostanie odnaleziona, jawi się jako niemiła dla czytelnika czy samego historyka.

David Gilmour rozpatruje karierę Cobba w kategoriach krzywej, począwszy od długiego nieistnienia, kiedy to prowincjonalny uczony odkrywał z radością swoją drugą tożsamość. Zdobył powszechne uznanie dopiero w połowie lat siedemdziesiątych, gdy został profesorem historii współczesnej w Oxfordzie. W tym czasie Francja przyznała mu Legię Honorową, wydawcy starali się o jego książki, a radio o jego głos; przez jeden rok był „kontrowersyjnym” przewodniczącym jury Nagrody Bookera. (Kontrowersyjnym głównie z powodu uwagi zawartej w jednym z przemówień, takiej mianowicie, że nigdy nie czytał Prousta, co zostało uznane przez niektórych za żart, a przez innych za celowe pseudofilisterskie wyznanie. W rzeczywistości Proust nie należał do jego okresu, a bohaterów pisarza trudno było uznać za petites gens. To właśnie typowy, konwencjonalny i popularny pisarz, badacz ulic i wielbiciel zwyczajności, jest najbardziej użyteczny dla historyka. Zatem Cobb gustował w autorach takich jak Simenon, Pagnol, Cendrars, Queneau, René Fallet, Sue, MacOrlan i Restif de la Bretonne). Potem, począwszy od połowy lat osiemdziesiątych, krzywa opada i następuje powrót do względnego nieistnienia, któremu tym razem jednak towarzyszą choroba i nieszczęście. Do śmierci Cobba w 1996 jedyną jego książką dostępną po angielsku była The People’s Armies – o ironio, przełożona z francuskiego przez kogoś innego.

Jest to smutne, ale nie tak bardzo zaskakujące. Cobb nigdy nie napisał wielkiej, popularnej książki, między innymi dlatego, że nigdy nie obniżał poprzeczki i nie zamierzał być przewodnikiem wycieczek po swoim terenie. Starał się przekazać własną fascynację, lecz nigdy nie próbował przypochlebiać się przypadkowemu czytelnikowi:

Przede wszystkim zatem musimy patrzeć na sankiulotę jako takiego – to znaczy na osobę, jaką nie był, dajmy na to, w roku 1792 albo jaką stałby się w 1795 czy w 1796, ale taką, jaką był przez krótki okres od 1793 do 1794. Gdyż życie i śmierć sankiuloty mogą być ograniczone do okresu, począwszy mniej więcej od kwietnia 1793 do kwietnia 1794, ewentualnie do thermidora roku II czy nawet brumaire’a roku III. W przeciwnym razie trudno byłoby opisać owo zjawisko, jak uczynił to pewien historyk norweski... [etc.].

Cobb wiedział, że prawda zawiera się w szczególe, a szczegół oznacza komplikację, cyzelowanie, wątpliwość. Nigdy nie stałby się osobowością telewizyjną. Jako recenzent słynął w wydawnictwach literackich z tego, że nie odbiera telefonów i że nie wiadomo, kiedy dostarczy tekst: jego kopia, napisana na maszynie, wraz z niezliczonymi, wypełnionymi po brzegi kartami katalogowymi, przychodziła wtedy, kiedy miała przyjść – nieodmiennie błyskotliwa, nieodmiennie przekraczająca wyznaczone rozmiary, nieodmiennie opierająca się wszelkim poprawkom i skrótom. Mądry redaktor siedział jak na szpilkach, wiedząc doskonale, że kiedy ten nieosiągalny tekst wreszcie się pojawi, to będzie z pewnością stanowił najważniejszą recenzję. Te niby-publicystyczne lata w życiu Cobba były dosyć nietypowe. Przypadła mu rola historyka, który inspiruje innych historyków, który uczy na przykładzie, który jest przedmiotem cichego uwielbienia. Rola fircykowatego handlarza opiniami, podszczypywanie pochodzących z angielskiej klasy średniej czytelników tabloidów, zaliczka za trzy nienapisane jeszcze książki... to nie był jego świat. Wolałby wychylić o trzeciej rano jeszcze jeden calvados i popatrzeć, jak rybacy w Rouen w blasku lamp naftowych patroszą nocny połów.

Jednak przez życie i dzieło Cobba przebiega rysa rozgoryczenia i melancholii. Ale nie chodzi o niego; chodzi o Francję. Niewykluczone, że inne kraje, tak jak politycy, nas rozczarowują, i że ci, którzy przyjmują drugą tożsamość, są bardziej podatni na takie rozczarowanie. Twoja druga ojczyzna jest wszystkim, czym nie była ta pierwsza; twoje oddanie wymaga idealizmu, miłości, sentymentalności i pewnego wybiórczego spojrzenia. Po latach możesz jednak odkryć, że kuszące różnice tylko połowicznie skrywają nieubłagane podobieństwa (przemądrzałość elit, zadowolenie burżuazji, konserwatyzm proletariatu); może się też zdarzyć, że zaczniesz dostrzegać aspekty inności, które ci się nie spodobają albo które zdają się niszczyć to, co cię początkowo do tego kraju przyciągało. Gdzie jest teraz powarkujący trolejbus z zerwanym pałąkiem, radośni mimowie w witrynach sklepów, przyjacielscy nieudacznicy w całonocnych barach? Fragmenty dawnej Francji wciąż zachowały się miejscami; wciąż można znaleźć rodzinną restauracyjkę z czterema stolikami, choć jest to znacznie trudniejsze. Jednak twoja miłość stała się wrażliwsza, na nostalgii pojawiają się pierwsze rysy korozji, zbliża się chwila nieodwracalnego pęknięcia. Wszystko to stało się udziałem Cobba.

Był, oczywiście, zdolny do szczerej nienawiści. Jego Francja – miejska, północna, prowincjonalna, piesza, hałaśliwa, antypurytańska, radosna – stanowiła kontrast dla innej Francji, na której się opierała: biurokratycznej, oficjalnej, podmiejskiej, bezpiecznej, oszalałej na punkcie władzy, lękliwej. Cobb żywił niekłamaną pogardę wobec: bordelais, policji, apodyktycznych urzędniczek za guichets[7], Wiktora Hugo („Narodowy Nudziarz Francji”), Sartre’a, Le Corbusiera („szwajcarski démolomane”, „nieprzejednany Helweta”), Jeana-Luca Godarda (jeszcze jeden nieprzejednany Helweta), barona Haussmanna („alzacki Attyla”), bulwaru Saint-Michel – w gruncie rzeczy całej Dzielnicy Łacińskiej – Georges’a Pompidou („wizjonerski wandal”, gorszy od Haussmanna), ulic zamkniętych dla ruchu kołowego i szorowania fasad budynków, odnawianych po to, by ludzie mogli na nie patrzeć, a nie w nich mieszkać.

Tak jak Cobb był historykiem indywidualności, tak też wierzył w indywidualistyczne miasto, charakteryzujące się niegdyś rozmaitością i ludzkim bogactwem: różni ludzie wiodący różne życie na różnych, choć sąsiednich ulicach. Widział za swojego życia niszczenie serca Brukseli, znikanie części Paryża, zwłaszcza Le Marais i 6. dzielnicy. Widział, jak stolica Francji w coraz większym stopniu zamienia się w jednorodne klasowo miasto w nieubłaganym procesie społecznej czystki, której motorem był pieniądz, municypalna próżność i muzeumifikacja.

Może się to wydawać przesadzone. Paryż wycierpiał prawdopodobnie mniej niż wiele miast zachodniej Europy; miłośnik wiejskiej Francji był i jest świadkiem jeszcze drastyczniejszych transformacji niż miłośnik Francji miejskiej[8]. Jednak każde późniejsze pokolenie wskazuje nowy punkt odniesienia i z trudem potrafi sobie wyobrazić, co zostało już utracone. Kanoniczna Francja, którą Cobb poznał w 1935, była zapewne bliższa wcześniejszej o trzydzieści lat Francji Edith Wharton niż późniejszej o trzydzieści lat Francji de Gaulle’a i Pompidou. Piąta Republika była przynajmniej tak skuteczna (jednocześnie bardziej przebiegła i korzystająca z powszechniejszego przyzwolenia) jak Ludwik XIV albo Rewolucja, jeśli chodzi o bezustanny pęd ku centralizacji, standaryzacji i udomowieniu narodu. Ten zadufany w sobie powojenny ekspansjonizm sprowokował Cobba do pełnego goryczy potępienia

dziesięciu lat gaullistowskiego paternalizmu, politycznego znieczulenia i wyłącznej troski o dobra materialne i wygody: bezwzględną i ordynarną pogoń za nowym samochodem, telewizorem, wakacjami w coraz bardziej egzotycznych miejscach, wczesnym małżeństwem, niezbyt dużą rodziną i młodzieńczą wspinaczką po technokratycznej drabinie, podczas gdy ludzie dążący do materialnego sukcesu i kierowniczych pozycji oddalali się coraz bardziej od miast, żeby żyć na pseudowiejskich „przyjaznych” osiedlach z terenami do jazdy konnej, basenem, tenisem, parkiem, placem zabaw dla dzieci, wizytami u znajomej pary małżeńskiej z tej samej grupy społecznej, ograniczoną niewiernością (w obrębie tej samej grupy społecznej), rozmowami o następnym samochodzie i następnych wakacjach, krótkimi wyjazdami na zagraniczne delegacje (z dyskretną niewiernością, ograniczoną do obszaru Wspólnego Rynku), męskością i przemocą wyrażaną liczbą koni mechanicznych i szybkością jazdy.

Wszystko to pogarszało się coraz bardziej (zawsze tak jest); w rzeczy samej osiągnęło swój żałosny szczyt w roku 1989, kiedy Cobb poczuł się tak zdegustowany obchodami dwóchsetlecia, że ten wielki historyk Rewolucji postanowił nigdy więcej nie pisać o Francji. Była to smutna, wynikająca z zawiedzionej miłości i zapewne naiwna decyzja. Renan powiedział, że „błąd historyczny to nieodzowny czynnik tworzenia narodu”, a naród rzadko popełnia tak wielki błąd historyczny, jak wówczas, gdy gratuluje sobie z powodu słynnego, a jednak wyjątkowo sprzecznego wewnętrznie wydarzenia. Cobb być może o tym wiedział. Jest jednak miarą wielkości i szczerości jego uczuć wobec kraju to, że ów kraj mógł go ostatecznie tak bardzo rozczarować.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

SPIS ILUSTRACJI

[1] Typowy Ostatni Wieśniak

PRZYPISY

[1] Od komisarza Maigreta, bohatera powieści kryminalnych Georges’a Simenona (przyp. red.).

[2] Slogan reklamowy aperitifu Dubbonet wymyślony przez grafika Adolphe’a Mourona (tworzącego pod pseudonimem Cassandre) (przyp. red.).

[3] Publiczna pralnia z kamiennym (lub wydrążonym w pniu drzewa) zbiornikiem na wodę (przyp. red.).

[4] José Bové (ur. 1953) – francuski rolnik, działacz związkowy i alterglobalistyczny, poseł do Parlamentu Europejskiego (przyp. red.).

[5] Maxime Du Camp (1822–1894) – francuski pisarz i fotograf, towarzysz Flauberta w podróży na Bliski Wschód i do Egiptu w latach 1849–1851 (przyp. red.).

[6] Albert Soboul (1914–1982) – francuski historyk, specjalista od Rewolucji Francuskiej i okresu napoleońskiego (przyp. red.).

[7] Chodzi o okienka w urzędach (przyp. red.).

[8] Ta historia o nieco zmarniałym wieśniaku zabitym przez pociąg do alkoholu i współczesną medycynę jest powszechnie znana; przekształciła się w trwały i nieodzowny Mit Rustykalny.