Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Corvus. Życie wśród ptaków ebook

Esther Woolfson

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Corvus. Życie wśród ptaków - Esther Woolfson

Książka Tygodnia Radia BBC
Najwyższych lotów opowieść o ptakach.

Gdy Esther Woolfson przyjęła pod swój dach stadko niewinnie wyglądających gołębi, nie wiedziała jeszcze, że te aroganckie stworzenia nie mają wiele wspólnego z Duchem Świętym i z gołąbkiem pokoju... Nie znała też niepisanego prawa mówiącego, że jeden ptak, nawet bez udziału biologii, zawsze przemieni się w więcej ptaków. Wkrótce jej spokojny dom w Aberdeen na północy Szkocji zaczęły wypełniać wrzaski konury słonecznej, kanarków, kłótliwej rozelli białolicej, obrażalskiej nimfy, klnącego jak szewc szpaka. A także krukowatych, które zachwyciły pisarkę swoją inteligencją, charyzmą i uczuciowością - sroki Pyskacza, wrony Zikiego, a przede wszystkim dwudziestopięcioletniej dziś gawronicy o imieniu Kurczak.
W „Corvusie. Życiu wśród ptaków autorka” bez egzaltacji czy patosu, z czułością, ale i z poczuciem humoru pisze o zwierzętach - o współodczuwaniu, o przełamywaniu stereotypów i o przyjaźni ponad gatunkami.



Woolfson ma dwie najważniejsze cechy autora książek przyrodniczych: bystre oko i nienasyconą ciekawość. Corvus rozprawia się z powszechnym przekonaniem, że tylko rzadkie i egzotyczne zwierzęta zasługują na uwagę i ochronę.
„The Observer"

Woolfson dzieli się swoimi przemyśleniami o naturze, o faktach i mitach związanych z ptakami, a w szczególności z krukowatymi, snując opowieść o swoim szkockim domu pełnym uskrzydlonych lokatorów.
„The Times"

Literatura przyrodnicza najwyższej próby. Za książką Woolfson stoją całe dziesięciolecia uczuciowego i intelektualnego zaangażowania.
„The Sunday Times"


Jest to książka niezwykła. Zakochana w krukowatych autorka, z wykształcenia sinolog, ma wiedzę o ptakach godną ornitologa. Zdumiewa czytelnika swoją refleksyjnością, przenikliwością, rozległością barwnych skojarzeń i odniesień, sugestywnym językiem, wrażliwością i wyobraźnią poety.
Opisy frapujących zachowań ptasich przyjaciół pisarki i jej rozważania etyczne mają szansę poruszyć odbiorcę, uświadomić mu wreszcie, kim są istoty, które żyją nad naszymi głowami. Tym bardziej że wielu ludzi wciąż jeszcze nie chce wierzyć, że najbliższe nam biologicznie istoty - ssaki i ptaki - potrafią logicznie myśleć, świadomie planować, tak samo jak my doświadczać uczuć i emocji.
To, co Esther Woolfson pisze o krukowatych, znajduje pełne potwierdzenie w moich własnych obserwacjach.
Przyda się tutaj odrobina głębszych refleksji.
Dzikie ptaki mogą się znaleźć pod naszym dachem z różnych przyczyn: dorosłe po losowych obrażeniach, młode skutkiem zniszczenia gniazda, wypadnięcia z niego albo wyrzucenia przez rodziców lub rodzeństwo. Jeśli dotyczy to piskląt całkiem nielotnych, naturalnym biegiem rzeczy skazane są na zagładę. Ratując im życie, troszcząc się o nie, pomagamy również sobie, pielęgnując to, co w nas najwartościowsze. Szlachetność, empatię, miłosierdzie, poza człowiekiem istniejące na ziemi zaledwie w stanie embrionalnym.
Pisklę ptaków gniazdowników poza gniazdem nie ma najmniejszych szans przetrwania. Ptasi rodzice zdają się mieć zakodowaną wiedzę o tej prawdzie. Karmią, bronią i ratują tylko hałaśliwe krzepkie podlotki, pozostawiając na pastwę losu zziębnięte, ciche, nieopierzone, wymagające długiej opieki pisklęta, którym tylko posiadający odpowiednią wiedzę ludzie potrafią uratować życie. Życie, które w przytłaczającej większości nie będzie nigdy normalnym ptasim życiem, bo ptasi niemowlak otoczony tylko ludzką opieką z reguły tylko ludzi uznaje za swoich, utożsamia się z nimi, ignorując własnych pobratymców. Wszelkie próby zwracania go naturze zazwyczaj kończą się dla niego tragicznie.
Człowiek kultywujący swoje człowieczeństwo jest w przyrodzie osobliwym samotworem, działającym wbrew ogólnemu bezwzględnemu porządkowi, w którym lodowata mądrość od początku świata preferuje bezlitosną selekcję, dającą szansę przetrwania tylko najsilniejszym, najsprytniejszym, najlepiej przystosowanym.
Natura prze do przodu dosłownie po trupach. Wszystko, co żyje, na wszelkie sposoby żywi się słabszymi. Opuszczonym pisklęciem niebawem pożywi się niezbędny w machinie życia specjalista selekcjoner - drapieżnik. Tam, gdzie polują wilki, jelenie są najdorodniejsze.
Niewykluczone, że wszystkie ptaki bez śmiertelnego zagrożenia ze strony drapieżników, bez śmiercionośnego wypadania z gniazd i bez morderczych zlodowaceń, po paru milionach lat błogiego lenistwa utraciłyby swoją cudowną romantyczną zdolność lotu.
Można by zadać pytanie, na które nikt dotąd nie dał odpowiedzi, myślę, że nawet same ptaki jej nie znają. Co by wolały? Nagłą śmierć po krótkim pasjonującym życiu pełną piersią czy luksusowe skądinąd, długie dożywocie zapewnione przez człowieka?
Dopóki krocząca naprzód wiedza, której niebagatelną cząstkę zawiera też ta książka nie poszerzy po raz kolejny naszych horyzontów, we własnym i we wszystkich innych ziemskich istnień interesie na wszelki wypadek nie ufając zanadto rozsądkowi i kierujmy się przy każdej sposobności przewodnim światłem bezcennej, migocącej w nas iskry miłosierdzia, głównej wyrazicielki naszego człowieczeństwa.
Lech Wilczek

Często ci, którzy pytają o gawrona w moim domu, są entuzjastami filmów przyrodniczych, znawcami życia emocjonalnego niedźwiedzi polarnych, mrówkojadów, kolibrów i żab. Oglądali na własne oczy najbardziej intymne momenty z życia innych stworzeń, zaloty, gody, narodziny, w cudownych, realistycznych kolorach i najdrobniejszych szczegółach, każdy osobliwy zwyczaj, każdy do niedawna nieznany aspekt gniazdowania, karmienia piskląt czy defekacji, a jednak pytają: „Co to takiego?", gdy stają oko w oko z ptakiem widywanym na co dzień. Człowiek jest niepojęty w swoich pragnieniach i tęsknotach: marzy o znalezieniu życia na innych planetach, szuka obcych cywilizacji i zarazem tak mało wie o tych, które go otaczają.
(fragment)


Adam Pluszka - prozaik, poeta, krytyk literacki i filmowy, tłumacz literatury angielskiej. Przełożył m.in. wspomnienia Heleny Deutsch i Julii Blackburn. Redaktor literatury faktu w Wydawnictwie W.A.B.

Joanna Wajs - poetka, tłumaczka, krytyczka literacka, prozaiczka, dziennikarka. Przekładała m.in. Orianę Fallaci, Tiziana Terzaniego, Dina Buzzatiego, Sandra Veronesiego, Umberta Eco. Jest redaktor prowadzącą w wydawnictwie „Nasza Księgarnia".

Opinie o ebooku Corvus. Życie wśród ptaków - Esther Woolfson

Cytaty z ebooka Corvus. Życie wśród ptaków - Esther Woolfson

Zachowanie gawrona przywodzi na myśl subtelne konwencje dwornej miłości. Choćby to, jak wytwornie z nami rozmawia: każda wypowiedź jest przemyślana. Nie tylko gawrony, lecz nawet ptaki o tak zszarganej reputacji jak sroki umieją zawstydzić człowieka uprzejmością lub wylewnym okazywaniem wdzięczności. Nikt nie dorównuje grzecznością krukowatym. Nikt nie jest równie staroświecki, gdy chodzi o zainteresowanie swoim rozmówcą, o wyrafinowaną politesse , o skomplikowany ceremoniał powitań i pożegnań. Zanim poznałam Kurczaka, nawet mi się nie śniły podobne (godne japońskich) rytuały: wchodzenia i wychodzenia, budzenia się rano i zasypiania wieczorem, zgody i odmowy; rytuały związane z językiem i z gestem, z zawieraniem nowych znajomości, z wręczaniem prezentów, ze składaniem ukłonów i przywoływaniem domowników, z kręceniem głową, z przekrzywianiem głowy, z
Zszokowani patrzyliśmy, jak Kurczak demonstruje to, co Bernd Heinrich nazwał w książce Ravens in Winter „pajacykiem”. Czyli podskakuje i nawołuje, podobnie jak dzikie ptaki po odkryciu nowego pokarmu, na przykład padliny [12] . Nasz gawron macha wtedy szeroko rozpostartymi skrzydłami, ogon ma zadarty i wydaje krótkie, wysokie wrzaski, coś w rodzaju: „Łap! Łap! Łap!”. Przerywa tę gimnastykę dopiero po jakichś trzydziestu sekundach, kiedy dostaje lekkiej zadyszki. Jako że w naszym domu nie serwuje się padliny, trudno powiedzieć, co wyzwala takie zachowanie, i choć próbowałam wychwycić jakąś prawidłowość, nigdy mi się nie udało.

Fragment ebooka Corvus. Życie wśród ptaków - Esther Woolfson

Tytuł oryginału:Corvus

Copyright © 2008 by Esther Woolfson

Originally published in English by Granta Publications

under the titleCorvus

Esther Woolfson asserts the moral right

to be identified as the author of this Work

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Przekład: Adam Pluszka, Joanna Wajs

Redaktor serii: Adam Pluszka

Konsultacja: Lech Wilczek

Redakcja: Ewa Kaniowska

Korekta: Mariola Hajnus, Paweł Gabryś-Kurowski

Redakcja techniczna: Anna Hegman

Projekt graficzny serii, logo i stron tytułowych: Anna Pol

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki:

© Simon Clubb Photography www.simonclubb.com

Ilustracje wewnątrz książki: © Helen Macdonald

Fotografia autorki na skrzydełku:

© Hannah Woolfson / Moondust Media

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-352-8

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dla Rebeki, Hannah, Leah i Davida

Przedmowa do wydania polskiego

Kiedy redaktor Adam Pluszka napisał mi, co mówią polskie gołębie, zaraz zajrzałam do gołębnika. Koniecznie musiałam sprawdzić, czy moje ptaki rozmawiają po polsku. Przez moment wsłuchiwałam się w ich mamrotanie i nagle dobiegło mnie gru-u-chu, gru-u-chu – niewątpliwie polskie słowo. Spodziewałam się tego: ostatecznie opanowały też biegle węgierski, duński i holenderski. W zasadzie znają wszystkie języki świata, czyli, co stwierdzam z przykrością, są lepiej wykształcone niż ja.

Fakt interpretowania ptasich odgłosów świadczy o tym, że postrzegamy naturę jako całość, zawsze przez pryzmat nas samych: języka, kultury, przesądów i wierzeń. A rozproszone po całej Ziemi krukowate należą do stworzeń, które bodaj najsilniej oddziałują na ludzką wyobraźnię – przez jednych traktowane jak szkodniki czy wręcz zło wcielone, przez innych uważane za święte. W ostatnich dziesięcioleciach wiedza człowieka o tych fascynujących zwierzętach bardzo się pogłębiła. Teraz nie tylko podejrzewamy, że są mądre, my wiemy to na pewno. Badania nad zdolnościami poznawczymi i układem nerwowym Corvidae pozwalają zaliczyć je do najinteligentniejszych gatunków zamieszkujących tę planetę. A dla mnie pisanie o nich było czymś nadzwyczajnym – szansą opowiedzenia czytelnikom o wyjątkowości ptaków widywanych przez nas na co dzień.

To wspaniale, że Corvus ukazuje się w Polsce, kraju o tak wielkiej kulturze literackiej. Gdy parę lat temu przyjechałam do Warszawy, zdumiała mnie liczba księgarń. Zupełnie jak dziecko kuszone przez niezliczone sklepy ze słodyczami, długo się wahałam, do której wejść, i aby nie musieć wybierać, zaglądałam do każdej. To, że nie rozumiałam większości tytułów, nie miało żadnego znaczenia – ogromna różnorodność tematyczna i edytorska naprawdę mnie oszołomiły. Podczas tych kilku zimnych lutowych dni spędziłam wiele cudownych godzin wśród regałów z książkami. W moim kraju taka przyjemność trwałaby znacznie krócej, niestety. Z Warszawy – pięknego, eleganckiego, historycznego miasta – zachowałam dużo wspomnień. Spacerując pewnego lodowatego wieczoru po Ogrodzie Saskim, rozkoszowałam się szczypiącym w policzki mrozem (zupełnie innym niż przesycony wilgocią mróz szkocki) i wymieniałam uprzejmości z okazałymi wronami, które mnie mijały.

Odnoszę wrażenie, że odkąd zaczęłam pisać tę książkę, jeszcze wzrosła potrzeba zrozumienia i dowartościowania tego, co znajduje się w naszym najbliższym otoczeniu. Skutki zmian klimatycznych, których skali nie potrafimy przewidzieć, coraz bardziej zagrażają Ziemi i jej mieszkańcom, również człowiekowi. Lubię myśleć, że to właśnie więź z naturą i wiedza o niej są naszą przyszłością.

Już prawie wiosna. Czekam, aby parka sierpówek, które często przylatują do ogrodu, wreszcie się zjawiła i zaczęła wymieniać ze mną czułe słówka – po polsku, oczywiście!

Pragnę podziękować Joannie Wajs i Adamowi Pluszce, tłumaczom tej książki, za ich pracę, entuzjazm i miłość do zwierząt.

Esther Woolfson

Aberdeen, marzec 2011

I Początek

…były białe i nieskazitelne…

1. Przed ptakami 

Pewnego wiosennego wieczoru trafił do mnie gawron.

Nadal mam przed oczami tamten zmierzch, chociaż szczegóły zdążyły się już zatrzeć. Nie pamiętam dokładnie pogody ani miesiąca (koniec kwietnia czy początek maja?), zdarzeń, które nastąpiły tego niezwykłego dnia. Niejasno sobie przypominam, że otworzyłam drzwi, a na ulicy siąpiła mżawka i zapadał zmrok. Ale te obrazy mogą być wspomnieniem zupełnie innego wieczoru. Pewne jest dla mnie jedynie to, że wszystko wydarzyło się wiosną. Oraz gawron.

Kiedy piszę te słowa, on siedzi na swojej żerdzi. Od czasu do czasu wydaje odgłosy podobne do pomrukiwania, kojarzące się z szumem wiatru w gałęziach. Wyrażają cichą aprobatę lub są komentarzem do rzeczywistości; brzmią jak ledwie słyszalne skrzypienie starych drzwi. Za chwilę rozlegnie się stukot pazurków o drewnianą podłogę, gdy Kurczak ruszy przez pokój w stronę mojego biurka. Kiedy wyciągnę dłoń, wepchnie w nią podarunek. Będzie to wilgotny kawałek rozmoczonego chleba, całkowicie bezkształtny. Znak czegoś, co – mam nadzieję – jest miłością.

Dziś to już sędziwy ptak, mądry i doświadczony, ale tamtego wieczoru był pisklęciem, które dopiero się wykluło. („Wykluć się” – co za dziwaczne określenie. Przywykliśmy do rodzenia się, lecz nie do wykluwania. Jak można zrozumieć stworzenie, które wyszło z jajka?). Miał prawdopodobnie trzy lub cztery tygodnie, zaledwie kilkadziesiąt dni wcześniej przebył zdumiewający proces rozkruszania skorupki i gramolenia się na świat – istotka jeszcze niezupełnie przypominająca ptaka, dziesięcio- czy dwunastocentymetrowa, okrągła i uskrzydlona, ciepła, oddychająca bardzo szybko, o różowej skórze błyskającej pod pierwszą warstwą szaroczarnego puchu. Spod skóry zaczynały śmiesznie wybijać zawiązki piór. Żółta obwódkawokół brzegów dzioba sprawiała wrażenie, jakby malec dobrodusznie się uśmiechał. Z pewnością było to dziecko któregoś z krukowatych, chociaż zdziwiły nas jego oczy – niebieskie, jasne, z zaskakującą niecierpliwością na coś czekające, spoglądające z głębi pudełka, w którym pisklę zostało przyniesione. (Zupełnie jak u ludzkiego niemowlęcia, później zmieniły kolor, przechodząc od błękitu do orzechowego brązu. Od niedawna lewe oko jest zamglone. To katarakta, z którą nic nie da się zrobić. Drugie, niezależne – bo tak właśnie działa narząd wzroku u ptaków – nadrabia ostrością widzenia). Z początku nie byliśmy całkiem pewni, do jakiego gatunku należy pisklak, ale z upływem dni szare zabarwienie woskówki, długość i budowa dzioba pozwoliły nam stwierdzić, że to gawron.

Został znaleziony na ziemi, co często zdarza się na wiosnę. Trudno powiedzieć, jakie były wcześniejsze losy malucha – mógł wypaść z gniazda, mógł zostać wypchnięty albo porzucony. Mógł też się zgubić podczas nauki latania. Wiem tylko tyle, że był jeszcze za słabo upierzony, by fruwać, oraz że w lasach otaczających zamek Crathes rosną same wysokie drzewa: modrzew, olcha, dąb, sosna i buk. W ich koronach, nad naszymi głowami, toczy się inne życie, istnieje obcy świat, w którym upadek oznacza bezpowrotne usunięcie poza nawias licznej, hałaśliwej społeczności gawronów, wypchnięcie w samotną i niepewną przyszłość.

Znaleziony. To słowo przywołuje dawny niepokój, każe mi się zastanawiać nad szczęśliwym zbiegiem okoliczności, dzięki któremu z lasu, gdzie rozbiły obóz koleżanki mojej córki Bec, młody gawron trafił do naszego domu.

Wiosna to ptasi sezon. Teraz, po tylu latach, wspominanie dźwięku dzwonka u drzwi, kartonowego pudełka, trzech rozgorączkowanych i zdenerwowanych dziewczynek stojących w progu, wręczających swoje znalezisko, niepewnych, czy sprawią mi radość, czy zrobią kłopot – jest jak podróż w czasie.

Gawron, Corvus frugilegus, bo tak go nazwał Linneusz w dziele Systema Naturae, oznacza „zbierającego owoce”. (Miałam nadzieję, płonną, jak się później okazało, że z przymiotnikiem frugilegus jest spokrewniony angielski frugal, „oszczędny”, ponieważ spodobała mi się myśl, że pisklak mógłby być częścią starej szkockiej tradycji – gospodarskiej zapobiegliwości i skrzętności).

Zawsze myśleliśmy o naszym gawronie jako o samiczce, chociaż nie potrafiliśmy określić jego płci. Dopiero zeszłej wiosny, gdy po raz pierwszy w życiu, w wieku szesnastu lat, Kurczak zniósł dwa jajka, odkryliśmy, że mieliśmy rację. Imię, które mu wybrałam, prawdopodobnie wydaje się dzisiaj zarazem zbyt prozaiczne i zbyt frywolne, ale zainspirował mnie tekst, który akurat wtedy czytałam w „New Yorkerze” – o drag queen występującej jako (o ile dobrze pamiętam) Madame Kurczakowska[1].

Dla siebie natomiast nie znajduję sensownego określenia. Każde, które wymyślam – „opiekun”, „właściciel” – mówi o kimś, kim nie jestem. „Opiekun” kojarzy się z pracą w zoo, z czymś oficjalnym, z lśniącymi czystością wolierami i z energiczną osobą w kombinezonie. „Właściciel” brzmi apodyktycznie i sugeruje posiadanie. Posiada się fabrykę, samochód, niewolników. Nie pasuje też „ornitolog”, „biolog”, „podglądacz ptaków” ani „ptasiarz”. „A więc może domowy etolog amator?” – zasugerował pewien znajomy, ale nie, etologiem także się nie czuję. Jeśli „właściciel” jest nacechowany, „etolog” tym bardziej. „Etolog” to ktoś więcej niż ja. Jest poważny i podniosły. Jak dla mnie – zanadto.

Przypadek, moment, który połączył pechowe pisklę i wrażliwego człowieka, przemienił mnie z obserwatora w kogoś więcej, kogo nie potrafię nawet nazwać: w przybranego rodzica, współlokatora, beneficjenta. Być może nie ma takiej nazwy, być może nie trzeba tego nazywać. Poza gawronem mieszka ze mną od niedawna również młoda wrona. Jestem także in loco parentis wiekowej już nimfy. Długo dzieliłam dom ze sroką, szpakiem, kilkoma papugami i dwoma kanarkami. Gołębie zajmują niewielką przybudówkę, która kiedyś była komórką na węgiel, a dziś nosi dumne miano gołębnika (ściślej rzecz ujmując, jest to gołębnik szkocki, czyli doo’cot). Jego mieszkańcy mają w większości białe upierzenie, dwa albo trzy ptaki są brązowe. Kilka białych ma ciemnoturkusowe, szare, granatowe lub różowawe elementy ubarwienia na korpusie i skrzydłach, u niektórych można podziwiać obfite łapcie. Latają sobie, gdzie chcą, i szczęśliwie wracają każdego popołudnia lub o zmierzchu, w zależności od pory roku, przyjmując ode mnie jedzenie z chłodną rezerwą jaśnie państwa świadomych swoich praw. Nie znam dokładnie wielkości stada, bo rzadko liczę gołębie. Powiedzmy, że jest ich w sam raz.

W domu przez lata pojawiały się ptaki – te przez nas wybrane oraz niezapowiedziane, które doznały jakiegoś urazu, wypadły z gniazd. Jedne zostały na zawsze, inne były ze mną przelotnie, lecz każdy odcisnął tutaj swój ślad (zupełnie niezwiązany z cechami gatunkowymi). Z każdym nawiązałam więź, która zmieniła moje postrzeganie rzeczywistości. Więź, o jakiej kiedyś nawet mi się nie śniło.

To właśnie krukowate – gawron, sroka i wrona – przeobraziły moje relacje z resztą świata, mój sposób postrzegania hierarchii form, intelektów, zdolności, a także moją percepcję czasu. Przestrzeń, którą przyszło nam dzielić, jest bezkresna, granice i różnice między nami – nieistotne, iluzoryczne. Fakt, że znalazłam wspólny język z ptakami, mnie samą dziwi nie mniej niż innych, ponieważ nie zapowiadało tego nic z mojego wcześniejszego życia (które z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się niewyobrażalnie bezptasie) – ani znajomość przedmiotu, ani zainteresowania.

Jak się nad tym lepiej zastanowić, byłam dość nietypową kandydatką na ptasią przyjaciółkę (i, przynajmniej z punktu widzenia ptaków, bez kwalifikacji). Nasze światy można było w najlepszym razie uznać za równoległe: podczas gdy do nich należał przestwór nieba, ja nie tylko twardo stąpałam po ziemi, lecz byłam także zwierzęciem bezdyskusyjnie miejskim. Dzielące nas różnice rozsądnie uznawałam za przepaść nie do pokonania. Ze wstydem i z zażenowaniem przypominam sobie, w jak żałosną wpadałam panikę, jaki zdejmował mnie strach i wstręt na widok martwego gołębia w ogrodzie mojej matki w Londynie. Musiałam prosić sąsiada, aby „to” zabrał. Pomyśleć tylko, martwy gołąb. (Sąsiad, znany aktor, wynosił zwłoki niczym superbohater. Nagradzaliśmy jego wyczyn uroczystym otwarciem jakiegoś alkoholu).

Wciąż jeszcze myślę o psach, z którymi się wychowywałam, o ich imionach, o ich obecności w ważnych momentach mojego życia, o tym, jak do nich mówiłam, a one słuchały, o przyjemności posiadania milczącego powiernika i o nieuchronnym doświadczeniu dziecięcej miłości i utraty. Ostatni pies umarł na krótko przed moim wyjazdem z rodzinnego domu, a wraz z tą śmiercią dzieciństwo dobiegło końca. Był to kres życia osiadłego i początek nowego – życia podróżniczki, studentki, włóczykija.

Dom rodziców w Glasgow – podobnie jak większość domów w tamtych latach – nie miał kaloryferów, tylko wielki piec w kuchni oraz niepraktyczne, na ogół zresztą nieużywane kominki. Był przestronny, wzniesiony z kamienia i niezależnie od pory roku lodowato zimny. Pamiętam, że przez jakiś czas rozważaliśmy zainstalowanie centralnego ogrzewania, aż wreszcie dyskusję ucięła niechęć do tego pomysłu ojca, który bał się, że gorące powietrze wypaczy rzeźbioną boazerię w stylu Arts & Crafts. W ten sposób dalej cierpliwie znosiliśmy znane wówczas niemal wszystkim Szkotom niewygody, czyli szron po wewnętrznej stronie szyby, poranne wyskakiwanie z łóżek w ubrania oraz przykre wrażenie, że podczas kąpieli jedyne rozgrzane części ciała to te zanurzone w wodzie. Zimą z desperacją przywieraliśmy do każdego źródła ciepła. Nie pamiętam, co wkładaliśmy, żeby nie marznąć, ale ojciec, z troski o zwierzęta, nalegał, aby nasze trzy psy nawet po domu nosiły swetry (choć jako wyjątkowo kudłate pudle były mniej narażone na odmrożenia niż my). Wdzianka miały pasiasty wzorek i krótkie rękawki, co nadawało czworonogom wygląd stworzeń gatunkowo niepewnych, zatrzymanych w pół drogi między psem a pszczołą. Inni ludzie uważali to za dziwactwo, ale my nic sobie z nich nie robiliśmy i być może właśnie dlatego jestem osobą dość odporną na krytykę. A już z pewnością takiemu wychowaniu zawdzięczam fakt, że nie wyrobiłam sobie fałszywego przekonania o człowieku jako koronie stworzenia.

Dużo podróżowałam i nie chciałam brać odpowiedzialności za żadne zwierzę. Mój kontakt ze wszystkimi istotami był powierzchowny, przygodny, a kiedy się nad nim zastanawiam, potrafię przywołać jedynie trochę przypadkowych obrazów, dźwięków, skojarzeń. Gruchanie gołębi wczesną wiosną w Galilei. Połyskujące czernią i rdzawym brązem pancerze olbrzymich karaluchów pojawiających się znikąd w moim mieszkaniu w Jerozolimie. Straszne przebudzenie jednej z pierwszych nocy po powrocie do Szkocji, kiedy nie mogłam pojąć, gdzie jestem, i skąd dobiega potępieńcze wycie, które wyrwało mnie ze snu (były to pełne pretensji kocie wrzaski na jednym z dachów Edynburga).

Gdy wyszłam za Davida, przyszłego lekarza, włóczęga wcale się nie skończyła. Mój mąż spędził dzieciństwo w Zambii i bardziej go interesowały, przynajmniej w młodości, zwierzęta dzikie niż domowe. Skóra upolowanej cywety towarzyszyła nam w każdym miejscu, do którego przyjeżdżaliśmy ze względu na karierę Davida. Sprzedawaliśmy mieszkanie, kupowaliśmy nowe, pakowaliśmy się, powoli przywykaliśmy, a potem zaczynaliśmy od początku. Służące za dywanik szczątki nieszczęsnego przedstawiciela rodziny łaszowatych były wątpliwą ozdobą: przerzedzone futro w jednych miejscach liniało, w innych miało wysepki szorstkiej nakrapianej sierści. Na szczęście David więcej już nie polował.

Później przyszły na świat nasze córki Rebecca i Hannah. Znów nie mieliśmy głowy do opieki nad zwierzętami. Oboje pracowaliśmy na Uniwersytecie Edynburskim, ale wyjechaliśmy, gdy David dostał pracę w szpitalu w Lochaber. Przez następne dziesięć lat rzucało nas po całym kraju. Z Fort William z powrotem do Edynburga, następnie do Aberdeen, do Londynu i znów do Aberdeen. Wyglądało na to, że będziemy wiecznymi tułaczami, zawsze gotowymi do drogi.

Nieco bliżej zwierząt znalazłam się podczas naszego pierwszego pobytu w Aberdeen. Zajmowaliśmy wówczas dwa niższe piętra szeregowca stojącego na osiemnastowiecznej ulicy w centrum miasta. Za elegancką linią budynków sąsiadujących z wykwintnymi butikami i delikatesami były ogrody i przybudówki wychodzące na ciche zaułki. W jednej z takich przybudówek, na tyłach naszego domu, stały boksy z królikami trzymanymi przez parę mieszkającą na górze i prowadzącą coś w rodzaju pensjonatu dla robotników naftowych, murarzy, monterów rusztowań i innych „chłopców”, którzy przez cały dzień gapili się w salonie w telewizor i kopcili papierosy. Prawdziwa melina: ludzi i królików. Właścicielami tego schroniska byli pochodzący z Belgii George, eksżołnierz Legii Cudzoziemskiej i najemnik, oraz Fee, jego pulchna narzeczona, dziewczyna z Aberdeen, która miała zeza rozbieżnego i głos przypominający tryumfalny wrzask mewy. Nie wiem, po co właściwie trzymali króliki, ale cała ta hodowla miała charakter dość chaotyczny, a czyszczenie klatek zdarzało się bardzo rzadko. Do dzisiaj śnią mi się niekiedy brudne boksy i wilgotna słoma, co bez wątpienia świadczy o moim poczuciu winy z powodu jakichś zaniechanych lub zaniedbanych spraw z przeszłości.

Pewnego dnia, nie pytając nas o zgodę, George podarował dziewczynkom dwa małe białe króliczki, które przerażająco szybko przeobraziły się w ogromne króle. Często braliśmy je do domu, gdzie, zadowolone ze wszystkiego, zazwyczaj zachowywały się całkiem przyzwoicie. Kicały po schodach tam i z powrotem i tylko czasami próbowały pożreć tapetę albo przegryźć kable. Bardzo je polubiliśmy, lecz kiedy po kilku latach przenieśliśmy się do Londynu, pożegnaliśmy króliki bez większego żalu czy wyrzutów sumienia. Chyba nasz zapał względem tych zwierzątek studziła świadomość, że za ścianą mamy ich wielkie stado, i że imponująca płodność połączona z brakiem higieny może mieć poważne konsekwencje. Zabraliśmy za to z sobą żółwia, którego córki dostały od jednego z „chłopców” – był to żółw jak każdy inny, ślamazarny, w niedającym się określić wieku, nazywany przez nas – nie pamiętam już dlaczego – Isambardem. Podczas gdy ja kończyłam pakowanie bagaży, David pojechał do Londynu wagonem sypialnym razem z dziewczynkami oraz pogrążonym we śnie Isambardem, podróżującym w swoim pudełku. Gdy jednak przez kilka dni w naszym nowym ogródku w Kentish Town żółw nawet się nie poruszył, wreszcie poznaliśmy przykrą prawdę. (Trudno powiedzieć coś na pewno o ektotermach – zwierzętach o osobliwej, zmiennej temperaturze ciała, z powodu której nazywa się je „zimnokrwistymi”. To samo dotyczy stworzeń ze szkieletem zewnętrznym – często nawet specjalista ma kłopot ze stwierdzeniem, czy są martwe, czy po prostu śpią).

Nasz dom znajdował się nieopodal Regent’s Park Zoo. Wiele lat wcześniej, po przeprowadzce z Glasgow, mieszkałam z matką naprzeciwko ogrodu zoologicznego, niedaleko ptaszarni lorda Snowdona, i wieczorami dobiegały nas odgłosy tajgi, stepów, sawanny przetaczające się nad północnym Londynem, górujące nad ruchem ulicznym na Prince Albert Road. Podobne doznanie opisał Partick Leigh Fermor we wstępie doA Time of Gifts: w późnych latach dwudziestych słyszał ryk lwów ze swojego rodzinnego domu w Primrose Hill Studios (na drzwiach tej posesji namalował obraz mieszkający po sąsiedzku sam Arthur Rackham). Często wtedy chodziliśmy do zoo, zaglądając po drodze do sklepu ze zwierzętami Palmers w Camden Town. Jego szyld sugerował, że w środku można kupić nie tylko małpkę i mówiącą papugę, lecz także… miłośnika przyrody. Stamtąd pochodził szczur Rupert, chluba rodzajuRattuszarówno pod względem inteligencji, jak i urody. W przyjaźni z nami przeżył ofiarowane mu przez los tysiąc dni, a gdy znów zapadła decyzja o przeprowadzce – co do której mieliśmy nadzieję, że będzie ostatnią – z całą rodziną wrócił do Aberdeen.

…tylko czasami próbowały pożreć tapetę…

Zostawiliśmy za sobą irytujący wielkomiejski zgiełk i przybyliśmy do domu, w którym nie było centralnego ogrzewania, zupełnie jak w tamtym z czasów mojego dzieciństwa (choć tutaj sytuacja szybko uległa zmianie). Nie różnił się on od innych domów w tej części miasta – surowych, mocnych budowli z twardego granitu pochodzącego z oddalonego o niecały kilometr kamieniołomu w Rubislaw. Granit, jako lity kamień, nadaje każdemu gmachowi prawdziwie protestancką atmosferę – jest posępny, szary, dopuszcza jedynie bardzo oszczędną ornamentykę. Ten budulec w odcieniu stali, zaledwie gdzieniegdzie z odrobiną połysku, stworzył miasto wydające się lustrzanym odbiciem spiżowego morza i wysokiego ołowianego nieba. Domy w okolicy są duże, niektóre bardzo okazałe, lecz wszystkie proste w formie, aby nie obrażać Boga. Stawiali je handlarze granitem – dla siebie oraz dla innych zamożnych mieszkańców Aberdeen – prawników, lekarzy, ludzi z branży rybnej. Handlarzy zastąpili obecnie nafciarze z Morza Północnego, którzy jednak, o czym świadczy ekspozycja lśniących, słoniowatych aut na podjazdach (z tablicami rejestracyjnymi dziwnie często zawierającymi litery O, I, L), najwyraźniej nie znają bojaźni bożej.

Wydobywanie granitu zakończono w 1971 roku. Kamień używany do budowy szkockich domów importuje się obecnie z Chin. Ogromny kamieniołom w Rubislaw jest opuszczony, zalany wodą, otoczony drzewami, na których gniazdują krogulce. Od czasu do czasu jeden z drapieżników spada z nieba na moje gołębie. Stado saren, które zamieszkało w Rubislaw, zanim teren ogrodzono drutem, żyje sobie spokojnie z daleka od ludzi.

Wybrany przez nas dom miał trzy kondygnacje z mnóstwem schodów oraz ciemną boazerię pokrytą niepokojąco grubą politurą. Czuło się w nim obecność poprzedniej właścicielki, która dożyła stu lat pod opieką swojej damy do towarzystwa, a należała do jednego z największych rodów handlarzy granitem w Aberdeen. Gdy owdowiała, wprowadziła się tutaj z większego domu stojącego nieopodal. Oba budynki wzniesiono z granitu, który ciosali i cięli jej krewni, i są dni, kiedy czuję, że zaraz minę którąś z nich na schodach – na przykład zobaczę damę taszczącą wiadra z węglem do pustych dziś pokoi dziecięcych na piętrze, gdzie wygaszone kominki przypominają, jak wtedy żyli ludzie; ludzie podobno twardsi od nas. (Zakładam, że byli twardzi jedynie z konieczności, ponieważ nie znam zbyt wielu Szkotów skłonnych rozstać się dobrowolnie z komfortem centralnego ogrzewania).

Za domem biegła dróżka wyłożona nierównym, połamanym brukiem, obrzeżona cyprysowcami Leylanda wyciągającymi gałęzie do słońca. Ogród był tak zaniedbany i zapuszczony, że ilekroć (nieczęsto, ale z animuszem) zabierałam się do kopania, spod cienkiej warstwy ziemi wygrzebywałam płachty starego linoleum wyrzucone wiele lat wcześniej. Były tam również jakieś ekscentryczne rzeźby ogrodowe, nieduży trawnik, szopa oraz komórka na węgiel. Włożyłam więc biały kombinezon malarski i przez kilka miesięcy wdychałam opary rozpuszczalnika, a w przerwach zmagałam się z cyprysowcami.

Pamiętam długą podróż pociągiem z Londynu, wrażenie przenoszenia się z jazgotu do ciszy, ostatnie kilometry, pole, klif i morze po prawej stronie, nagły widok rzeki i szarego, wyniosłego Aberdeen. To już północ: pięćdziesiąty siódmy stopień szerokości geograficznej, obszar zorzy polarnej, tego niezwykłego świetlistego pyłu zasnuwającego niebo, miasto igrające z grawitacją, bezkresny horyzont, stalowe morze migoczące nad linią dachów, maszty na krańcach ulic. Tłok w porcie, szczęk tankowców, spętanych łańcuchami molochów, potężne sylwety promów górujące nad ruchem ulicznym. Rozpięte na wiaduktach gwarne miasto unosi się nad tym drugim, milczącym, nad pustymi ulicami i tunelami, pogrążonymi w mroku sklepieniami mostów. Dalej, w głębi lądu, są ziemie uprawne, góry oraz niebo tak rozległe, że zmusza do pokory człowieka rozmyślającego o swoim miejscu we wszechświecie. Nawet dzisiaj mam wrażenie, że nie jestem stąd, i lubię to poczucie wyobcowania, perspektywę outsiderki.

W tamtych latach w wiosce oddalonej o jakieś pięćdziesiąt kilometrów na południe mieszkała babcia Davida. Jej sąsiadka hodująca gołębie szukała kogoś, komu mogłaby oddać część stada. Zapytana, czy nie chciałabym się nimi zająć, odpowiedziałam, że pomyślę. I rzeczywiście zaczęłam się zastanawiać. Nie tylko nic nie wiedziałam o gołębiach, ale w ogóle nie miałam pojęcia o ptakach. Umiałam rozpoznać zaledwie kilka najbardziej popularnych gatunków, po głosie poznałabym jeszcze mniej. Więcej potrafiłam powiedzieć o ptakach w literaturze niż o tych mieszkających w każdym ogrodzie i na każdej ulicy. Moje wykształcenie było bardzo ukierunkowane, specjalistyczne; zawdzięczałam mu wiedzę dziwaczną, jednostronną, niepraktyczną – takie niebezpieczeństwo wiąże się z posiadaniem stopnia naukowego. Znałam na przykład chińskie znaki gęsi śnieżnej, bażanta, zimorodka, feniksa. Zwierzęta te, rzeczywiste oraz fikcyjne, zostały uwiecznione na kartach Tysiąca wierszy z okresu dynastii Tang, w wersach Du Fu i Bo Juyi, którzy opisywali ptasie nawoływania z klarownością i lakonicznością właściwą dla klasycznego języka chińskiego, a jednak wplatali w swoje utwory długą i jakże bogatą historię cesarstwa, bezgraniczną samotność i smutek, miłość i żal poetów minionego czasu. Znałam się na symbolach. Umiałam wyrazić rozpacz, melancholię, tęsknotę, rozłąkę. Czy jednak wiedziałam, czym karmi się ptaki? Jak się je trzyma? Czy kiedykolwiek patrzyłam im w oczy? Co w ogóle wiedziałam? Nic. Mniej niż nic. Yi wu suo zhi. Ale wzięłam gołębie mimo wszystko.

2. Gołębie

Zjawiły się gołębie. Wtedy nie zdawałam sobie jeszcze sprawy z doniosłości tego dnia. Nie domyślałam się, jakie będą następstwa, nie zauważyłam, że coś się zaczyna. Sąsiadka babci Davida, kobieta o zaciętej twarzy, przywiozła je z St Cyrus. Nie wiem, czy była ponura z natury, czy raczej – co dość prawdopodobne – sposępniała, gdy pojęła, że oddaje ptaki nieodpowiedniej osobie. Chyba jednak wierzyła, że wyjdę na ludzi, a w każdym razie, że nie jestem przypadkiem beznadziejnym, bo najprościej, jak umiała, podzieliła się ze mną swoją wiedzą. Pamiętam, że mi pokazała, ile gołąb powinien jeść każdego dnia, i że ta ilość ziarna mieściła się w kieliszku do jajek. Doszłam do wniosku, że to strasznie mało, więc puściłam mimo uszu jej radę. Potem wniosła ptaki, cztery sztuki w klatkach, i odjechała. Muszę zaznaczyć, że była naprawdę w porządku. To ja nie nadawałam się do niczego.

Wcześniej przerobiliśmy naszą komórkę na węgiel na doo’cot, to znaczy przywiesiliśmy siodełka i grzędy oraz wyjęliśmy kilka cegieł z muru, żeby gołębie miały własne wejście. Na zewnątrz zainstalowaliśmy trójkątną konstrukcję z daszkiem, klapą włazu oraz platformą do lądowania. Pomalowaliśmy wszystko na biało, aby domek przypominał tradycyjny gołębnik. Mieliśmy nadzieję, że zapewniliśmy ptakom wszystko, czego potrzebują.

Kiedy tylko wnieśliśmy klatki do środka i otworzyliśmy drzwiczki, gołębie uczepiły się pazurkami prętów, a potem wyszły, rozglądając się z zainteresowaniem. Były białe i nieskazitelne, okazały też więcej pewności siebie niż ja. Lustrowały wnętrze swojego nowego domu niczym nieufny klient, któremu agent próbuje wcisnąć kiepskie mieszkanie.

Posłusznie zastosowałam się do polecenia ponurej kobiety i nie wypuszczałam ich przez trzy tygodnie. Choć to zarządzenie wydawało mi się nieco okrutne, w skrytości ducha byłam zadowolona – bałam się, że kiedy tylko gołębie wyfruną na wolność, prosto jak strzała pomkną do St Cyrus, gdzie naskarżą na mnie poprzedniej opiekunce.

Myślałam o nich nieustannie, rozważałam, jak się czują, czy jedzą, czy są szczęśliwe. Często do nich zaglądałam, nie wiedząc, czemu to robię, jak powinnam zareagować, gdy zobaczę coś złego, a zwłaszcza – jak w ogóle rozpoznam, że dzieje się coś złego. Wyglądały na zadowolone. Jadły. Siedziały na swoich siodełkach. Wydawały dźwięki, jakich można się było spodziewać, i dopiero te odgłosy uświadomiły mi, że trzymanie gołębi prawdopodobnie jest bardziej przyjemne niż przerażające. Po kilku dniach zaczęłam z determinacją zakradać się do ich domku od kuchni, powziąwszy wstrętne, niegodziwe postanowienie, że nauczę się je łapać. Wybierałam sobie ofiarę, nieubłaganie ją ścigałam, nieporadnie chwytałam i – jeśli mi się powiodło – kurczowo trzymałam. Choć powód tego trzymania nie był jasny ani dla mnie, ani dla gołębia.

Dziewczynki doskonaliły umiejętność obchodzenia się z mieszkańcami gołębnika znacznie prędzej i zręczniej. Mnie nadal przytrafiały się wpadki i gafy, one natomiast najspokojniej w świecie wchodziły do środka i wychodziły z ptakiem, który nie wierzgał ani nie protestował.

W dniu pierwszego lotu podniosłam klapę. Po długim, pełnym wątpliwości i nerwów oczekiwaniu(moim, nie ich) gołębie wreszcie wyszły na małą platformę, popatrzyły po sobie, niemal wstrząśnięte perspektywami, jakie się przed nimi otwierały, i pofrunęły. Nie można tego z niczym porównać – oglądanie w locie istoty, którą zna się osobiście, to prawie jak wzbicie się w powietrze samemu (albo jak zaspokojenie własnych ambicji poprzez zachęcanie dziecka do osiągnięcia czegoś, co i bez namawiania by osiągnęło).

Obawiałam się, że więcej ich nie zobaczę, ale niepotrzebnie. Polatały sobie, zatoczyły szybko kilka kręgów nad naszymi głowami, jakby orientując się w terenie, a potem bezbłędnie trafiły do gołębnika, w cudowny sposób potwierdzając słuszność nazwy „gołąb pocztowy”.

Wszystkie ptaki pokonujące duże odległości znają wiele metod nawigacji, w większości nie do końca zbadanych. Ich orientacja w terenie wydaje się wrodzona. Podczas pierwszej migracji już wiedzą, dokąd zmierzają, oraz jakie muszą pokonać dystanse. W wyszukiwaniu drogi powrotnej w określone miejsce (nawet oddalone o setki kilometrów) specjalizują się pewne gatunki gołębi. Na swój sposób wykorzystują one technikę mapy i kompasu: mają niezwykle precyzyjny system GPS, który wskazuje ich pozycję i współdziała z innymi narzędziami określającymi kierunek. Słońce i jego ruch pozorny na niebie to jeden punkt odniesienia. Gwiazdy – kolejny. W Gatherings of Angels Kenneth P. Able dzieli się z czytelnikami przypuszczeniem, że podczas pierwszych letnich miesięcy w swoim życiu młode ptaki uczą się położenia gwiazd, w tym tak ważnej dla nawigatora Gwiazdy Polarnej. Magnetoreceptor składający się z kryształów magnetytu umiejscowionych u nasady dzioba gołębia najwyraźniej pomaga mu odnajdować drogę poprzez odbieranie pól magnetycznych Ziemi, jakkolwiek mechanizm jego działania nie został w pełni wyjaśniony. Kaprysy pogody lub słońca mogą sprawiać, że ptaki się gubią. Wichura spycha je z kursu, podmuchy wiatru słonecznego zakłócają pole magnetyczne Ziemi, a zarazem pracę ptasiego radaru. (Odpowiedzialni gołębiarze codziennie kontrolują aktywność geomagnetyczną, trzymając swoje zwierzęta w zamknięciu, gdy warunki są dla nich niesprzyjające).

Istnieją także dowody na to, że w gołębiej nawigacji doniosłą rolę odgrywa zmysł węchu – podobnie jak bodźce wzrokowe, szczegóły topograficzne, obserwowanie spolaryzowanego światła na niebie czy podążanie za liniami rzek oraz autostrad. Ptaki mogą także odbierać infradźwięki, fale o częstotliwości zbyt niskiej dla ludzkiego ucha, odgłosy ruchów Ziemi, wszystkie te szmery, pomruki, zgrzyty, trzaski struktury naszego świata, mórz i wiatrów, oceanów i wulkanów, wybuchy meteorów, pierwsze oznaki nadchodzącego huraganu.

Z zachwytem śledziłam lekki, swobodny lot moich gołębi i ich niezachwianą pewność siebie; to, jak wzlatują w niebo i niezmiennie wracają każdego wieczoru, gdy tylko zapada zmierzch.

Po kilku miesiącach od przybycia mieszkańcy gołębnika przeżyli pierwszy wstrząs. Pewnego wieczoru jeden z ptaków nie wrócił. Nie sądzę, żeby zgubił drogę, prawdopodobnie dopadł go krogulec, i wciąż pamiętam, jak rozpaczała towarzyszka zaginionego gołębia. Na próżno wypatrywała swojego małżonka z dachu, podczas gdy ja wyglądałam przez okno, załamując ręce za nas obie. Nie wiedziałam, co robić, kiedy pozostałe ptaki zaczęły ją dziobać i nękać, wykorzystując, jak się wydawało, sytuację. Sprzedawca w sklepie zoologicznym zasugerował, żebym poszukała pomocy u Kevina – ornitologa, który założył niewielki ptasi azyl na północ od Aberdeen. Podczas rozmowy telefonicznej ten tryskający optymizmem londyńczyk powiedział, że owszem, ma kilku kandydatów na męża dla mojej samiczki, ale musi ją zobaczyć, zanim zdecyduje, który będzie odpowiedni.

– Proszę wsadzić gołębicę do autobusu i przysłać do mnie – oznajmił.

Proszę wsadzić gołębicę do autobusu. Żeby ta randka w ciemno mogła dojść do skutku, zrobiłyśmy sto trzydzieści kilometrów w obie strony, przecinając przepiękne zielone pola hrabstwa Aberdeenshire. To była urocza wycieczka dwóch przyjaciółek, moja gołębica siedziała w jednym pudełku, drugie, puste, na wszelki wypadek stało obok, słuchałyśmy sobie muzyki i wymieniałyśmy opinie, wydając takie odgłosy, jakie każdej z nas wydawały się stosowne.

Samiczka czekała w samochodzie, gdy ja i ornitolog spacerowaliśmy po posiadłości, oglądaliśmy ptaki i gawędziliśmy, a jakże, o ptasich sprawach. Potem Kevin obejrzał dokładnie moją wdówkę i wprawnie – jak przystało na swata extraordinaire – wybrał dla niej przystojnego samca, białego z domieszką ciemnoturkusowego, imponująco zbudowanego faceta z tak opierzonymi nogami, że końce piór zakrywały mu pazurki. Był to urodziwy i bardzo odpowiedni narzeczony. Rozwrzeszczany i niespokojny, trafił do drugiego pudełka na tylnym siedzeniu, gdzie zaraz zaczął miłośnie gruchać.

– Nie ma w przyrodzie nic tak napalonego – powiedział Kevin melancholijnie, kiedy zamknęliśmy pudełko – jak samczyk gołębia.

Od pierwszego wejrzenia moja gołębica była zafascynowana. Co świadczy o zachwycie u gołębia? Barwa głosu, obecna w niej nieuchwytna nuta euforii, narastająca ekscytacja. Podczas drogi powrotnej do Aberdeen doświadczyłam prawdziwej inicjacji – poznałam bogactwo pieśni, melodii, intonacji, o jakich mi się nie śniło. Nie przypuszczałam, że słownictwo gołębi to coś więcej niż gruchanie, że te ptaki mają nadzwyczajny zasób tonów i fraz, i że wyrażają poprzez nie uczucia, od oburzenia po rozdrażnienie, od determinacji po bunt. Nie wiedziałam, że porozumiewają się z sobą, ostrzegają się wzajemnie, że gawędzą, podobnie jak my, ściszonym głosem, co przypomina ludzką rozmowę dobiegającą zza uchylonego okna. Od tamtego dnia zaczęłam się wsłuchiwać w czułe pomruki dochodzące z gołębnika, kiedy przytulone parki czyściły sobie nawzajem piórka, a także w pełne zadowolenia melodyjne podśpiewywanie rozlegające się w porze snu.

Wkrótce sobie uświadomiłam, że takie onomatopeje jak angielskie coo odnoszą się do jednego tylko odgłosu. Postanowiłam sprawdzić, czy gołębie faktycznie mówią „ku”. Długo się wsłuchiwałam, jednak wciąż docierały do mnie „uu” oraz „łuu”. A dźwięki z komina brzmiały bardziej jak „bruchu”. Zauważyłam, że w większości języków gołębie nawoływania oddawane są poprzez „gu” albo „ku”. Zdarzają się jednak wyjątki. Francuskie gołębie mówią roucoule. I rzeczywiście, asystując przy pewnej wymianie zdań na parapecie, usłyszałam owo roucoule hojnie przeplatane artykułowanym na niezliczone sposoby „łuuuuuch”. Duńskie gołębie wołają kurre kurre, holenderskie roekoe. Węgierskie – a galamb bug. (Nie żartuję). Im bardziej byłam skupiona, tym więcej słyszałam z tego, co im przypisują języki indoeuropejskie, ugrofińskie, chińsko-tybetańskie, semickie, chamickie. Naprawdę, one to wszystko potrafią, „mówią językami” – w kominie, za oknem mojego gabinetu, pośród wieczornej ciszy gołębnika. Wyrażają swoje żale i obawy związane z kotami i krogulcami, a także niezadowolenie z powodu nowej mieszanki ziaren, którą nierozważnie raz czy dwa kupiłam.

Wracając do domu z dwójką zakochanych, poznawałam dźwięki zapowiadające przyszłe rozkosze, zlewające się w jedno głośne, tkliwe, zmysłowe gruchanie. Od razu po przyjeździe ostrożnie wniosłam oba kartony do gołębnika, aby nie stawać dłużej na drodze szczęściu nowożeńców. Musiałam trzymać ptaki w zamknięciu przez kilka tygodni, lecz od samego początku ich pożycie było zgodne, a związek ten został szczodrze pobłogosławiony przez los, bo linia, której dały początek, nie wymarła do dzisiaj. Wszystkie samce są dorodne, mają łapcie na nogach, ciemnoturkusowe łaty, silną sylwetkę oraz rozbiegane, zuchwałe spojrzenie.

Gdy nadszedł okres lęgowy, zaintrygowały mnie młode; słuchałam ich pierwszych skrzeków i pisków, czekałam na pierwszy lot i pierwszy powrót, niemądrze starałam się pomóc, kiedy sądziłam, że nie wiedzą, dokąd mają lecieć. Sterczałam godzinami na zimnie i deszczu, wskazując jakiemuś małemu, prawdopodobnie nader rezolutnemu ptaszkowi drogę do domu. (Reszta rodziny uświadomiła sobie znacznie wcześniej, że gołębie umieją zadbać o swoje interesy).

Zupełnie nie myślałam wtedy o rzeczach tak przyziemnych jak liczby, o tym, że pozostawione samym sobie gołębie postarają się o potomstwo, i to naprawdę szybko. Te ptaki są bardzo płodne. Zanim nauczyłam się sztuczki z podmienianiem jaj, to znaczy zabierania ciepłych, zapłodnionych, i podkładania na ich miejsce zimnych, mieszkańców gołębnika był już jakiś tuzin.

Nie przyszło mi też do głowy, że one są zdolne do przemocy. To odkrycie było bolesnym rozczarowaniem. (Podobnie jak przygoda z dzikim króliczkiem, którego znaleźliśmy przy drodze i zabraliśmy do domu. Gdy zaczęłam gładzić jego futerko, słodki malec spojrzał mi z zadumą w oczy i ni stąd, ni zowąd mnie dziabnął). Nie miałam wcześniej pojęcia, że gołębie są na ogół agresywne. Gdyby sprawcą ich bezeceństw był człowiek, natychmiast trafiłby do szpitala Broadmoor dla niebezpiecznych szaleńców lub został postawiony przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze. (Śledztwa w sprawie przestępstw popełnianych przez gołębie nie wymagają wielkich umiejętności detektywistycznych, bo na miejscu zbrodni zawsze zostaje pierze i krew).

Wszystko, co wcześniej wyczytałam na temat przemocy u gołębi, albo wydawało się czystą spekulacją, albo po prostu padało na niepodatny grunt, bo przeżyłam prawdziwy szok, gdy znalazłam pisklę brutalnie zadziobane w swoim gnieździe przez dorosłego osobnika z innej rodziny: jego główka zmieniła się w krwawą miazgę. To było moje wygnanie z raju – zrozumiałam, jak zgubny jest antropomorfizm, naiwne poleganie na wiedzy przyrodniczej różnych lewantyńskich gryzipiórków i renesansowych malarzy.

Tego dnia moje wyobrażenie o europejskiej sztuce sakralnej uległo przewartościowaniu. W większości przedstawień takiego chociażby Zwiastowania Duch Święty przybiera postać gołębicy w niezliczonych odmianach: zniżającej lot, wzbijającej się, szybującej, znieruchomiałej w powietrzu. Jedne ptaki są ogromne, inne niepozorne, jedne nie wyglądają wcale jak gołębie, inne przysiadają na aureoli lub głowie Maryi, a są i takie, które najwyraźniej pikują z prędkością światła, nacierając na nieszczęsną niewiastę (niepiękny postępek jak na symbol Ducha Świętego). Na obrazie piętnastowiecznego niderlandzkiego malarza Jana de Beera w ogóle nie ma gołębicy, być może dlatego, że nawet Ducha Świętego odstraszyłaby obecność siedzącego na podłodze kota. (Ten poganin mógłby wszak bez skrupułów schrupać Bożego posłańca[2]). Gołąb, który pojawia się na Ołtarzu Gandawskim Van Eycka, jest szczególnie piękny, z aureolą wokół wdzięcznej białej główki. Tak właśnie są one portretowane w scenach Zwiastowania – w otoczeniu promieni, snopów światła, wyłaniające się z wyblakłych fresków, lecące nad wynurzającymi się z obłoczków nagimi niemowlętami. Jeśli jednak o mnie chodzi, uważam, że wszystkie dostały się tam na krzywy ryj.

…zakleszczone jak poroża jeleni…

Jako właścicielka gołębnika wiem dużo nie tylko o morderstwach, lecz także o przemocy domowej, bo bywam świadkiem karczemnych awantur, bójek na dzioby i pazury. Pewnego dnia usłyszałam nieznany dźwięk – coś w rodzaju chrobotania, któremu towarzyszył głuchy łoskot. Niepewnie wyjrzałam zza drzwi gabinetu i stwierdziłam, że na zewnątrz, na parapecie wysoko położonego wykuszowego okienka, dwa gołębie biorą się za łby. Wyglądało na to, że postanowiły wydziobać sobie nawzajem oczy i jednocześnie ukręcić głowy. Ich śnieżnobiałe skrzydła były zakleszczone jak poroża jeleni na rykowisku, kiedy tak siłowały się na małej przestrzeni. Chwiały się, młóciły, szczypały, splecionymi skrzydłami uderzając raz po raz o szybę. Nagle jeden z nich, przedwcześnie świętując zwycięstwo, popchnął drugiego na sam brzeg parapetu, aż w końcu, zwarte w uścisku, razem się ześlizgnęły. Zanurkowały, zatoczyły jeszcze kilka kółek, po czym wróciły na swój ring, gotowe na kolejną rundę. Drap, szur, łup! „Oczy, oczy! Wal go w oczy! Skrzydłem go! Skrzydłem! Skręć mu kark! Skręć mu kark!”.

Ta burda miała charakter terytorialny: oba gołębie uparły się, żeby siedzieć nad oknem gabinetu. Przepychanki trwały jeszcze trzy czy cztery minuty, aż do chwili, gdy z niewiadomego dla mnie powodu jeden odleciał – pokonany. Tryumfator umościł się natomiast na parapecie, jako jego pan i władca – przynajmniej do następnej afery. Obwieszczając swoją miażdżącą przewagę, walił dziobem o szybę, jakby chciał dostać się do środka.

Te upiorne dźwięki (do których zresztą przywykłam) przywodzą na myśl zgraję duchów wlokących swój doczesny dobytek przez puste pokoje albo ludzi pochowanych żywcem za średniowiecznymi murami, rozpaczliwie próbujących się wydostać: przerażające uderzenia piór o okno, zapamiętałe skrobanie i chrobotanie pazurków o drewnianą framugę, a zwłaszcza głosy pomstujących i lamentujących gołębi zniekształcone przez szkło.

Gołębie biły się także na niskim daszkudoo’cot, zmuszając mnie do wybiegania na dwór z miotłą. Usiłowałam rozdzielać nią walczących, którzy natychmiast odlatywali i spokojnie przysiadali na brzegu rynny, czekając, aż sobie pójdę, po czym wracali na dach i dalej okładali się w najlepsze. Czasem, patrząc na wiszącą nad moim biurkiem pocztówkę z reprodukcjąGołębicy na czarnym tlePicassa, przypominałam sobie pacyfistyczną deklarację tego artysty: „Występuję przeciwko śmierci, stając po stronie życia; występuję przeciwko wojnie, stając po stronie pokoju”. Zrezygnowana, doszłam w końcu do wniosku, że gołębie kojarzą się z pokojem głównie ludziom, którzy nie mieli za dużo do czynienia z tymi ptakami. Niekiedy jeszcze rozmyślałam o skandalicznym zachowaniu moich podopiecznych, ale ponure refleksje zawsze schodziły na dalszy plan, gdy któryś z nich szybował w blasku słońca z rozpostartymi skrzydłami, podkurczonymi łapkami, główką tchnącą nieziemskim spokojem. Puszczałam wtedy wszystko w niepamięć. W efekcie musiałam zaakceptować również fakt, że jestem powierzchowna, że daję się usidlić wszystkiemu, co piękne. I że gołębie niestety po prostu są, jakie są.

Z czasem stałam się bardziej wyczulona. Zaczęłam zwracać uwagę na nagły popłoch i zgiełk przed domem, pojawiający się niespodziewanie cień, ciszę ni stąd, ni zowąd zapadającą wśród małych ptaszków przy karmniku, a także głuche, mocne uderzenie o szkło. Wcześniej nie byłam świadoma, że niebo nad naszymi głowami przemierzają krogulce. Zauważyłam, że nawet jeden drapieżnik, znajdujący się zbyt wysoko, żebym mogła go rozpoznać, wywołuje grozę wśród ptaków. Pewnego dnia zaniepokoił mnie widok stada frunącego w zamęcie i przerażeniu do gołębnika oraz dźwięk, który się rozległ, kiedy jeden z gołębi, najwyraźniej w panice, wpadł na okno. Zaraz potem zobaczyłam smukłego brązowego ptaka szamoczącego się ze swoją ofiarą na kamiennej ścieżce. Natychmiast wybiegłam na dwór z zamiarem stoczenia bohaterskiej walki z wrogiem – kimkolwiek był – uzbrojona jedynie w pozostały po jakimś Halloween czerwony plastikowy trójząb z rozklekotanym styliskiem. Niczym wymachujący widłami diabeł popędziłam w kierunku napastnika, który rozłożywszy piękne, miejscami szaroniebieskie, miejscami jasnobrązowe skrzydła, próbował przykryć sobą zdobycz, jakby z nadzieją, że jej nie zauważę. Schwytany gołąb był na razie cały i zdrowy. Wywijałam trójzębem w powietrzu, chcąc odstraszyć drapieżcę, a on się odwrócił, spojrzał na mnie z bezgraniczną nienawiścią (na którą zasłużyłam), niespiesznie oderwał się od swojego niedoszłego obiadu i równie powoli odleciał. W locie był zachwycający. I straszny. Gdybym była ptakiem, ja także struchlałabym na widok zwinnej sylwetki sunącej po niebie niczym burzowa chmura. Ocalony gołąb nie odniósł najmniejszej choćby rany. Razem z przyjaciółmi i rodziną przez resztę dnia darł się jak potępieniec, dając wyraz swojemu oburzeniu. Niewątpliwie domagał się wprowadzenia nadzwyczajnych środków bezpieczeństwa albo ubolewał nad nieprzewidywalnością życia i złośliwością losu.

Gdy wystraszony gołąb uderza w szybę, zawsze pozostawia na niej ślad. Delikatny, jakby przypudrowany kształt drobnego ciała, widmowe odbicie rozpostartych skrzydeł, niewyraźny zarys dwóch łuków piór.

Po tym wydarzeniu zrobiłam się jeszcze bardziej nerwowa i ciągle wypatrywałam powrotu nieproszonego gościa. Było to dla mnie ostateczne potwierdzenie pewnego podejrzenia – a mianowicie, że gołębiarstwo nie uczyni mnie pogodniejszym człowiekiem ani nie nauczy patrzenia na świat z beznamiętnym opanowaniem. Zrozumiałam, że się okłamywałam: tak jak ludzie kupujący domy w krajach, które widzieli tylko latem, albo decydujący się na przeprowadzkę z miasta na wieś w przekonaniu, że to odmieni ich życie. Jeśli z obecności gołębi rzeczywiście płynął jakiś spokój, był jedynie przerywnikiem pomiędzy dniami pełnymi przerażenia.

Napastnik – ten, który zaatakował wcześniej, lub inny – oczywiście pojawił się ponownie. Pewnego ranka wyjrzałam przez okno. Śnieg w kwietniu? Klomb był zasłany białym puchem. Na samym środku siedział krogulec, w spokoju i skupieniu rwący coś na strzępy. Robił to długo, a pozostawił po sobie niewiele – jedynie łapki i garstkę rozrzuconych piór.

Po kilku latach do domu obok wprowadzili się nowi sąsiedzi. Pierwszym znakiem ostrzegawczym był wielki, zadbany czarno-biały kocur kręcący się po ich ogrodzie. Drugim – znalezienie niedługo potem gołębia. Martwego, poharatanego, leżącego w kałuży krwi na podłodze gołębnika.