Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 321 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Córki rozbójniczki - Grażyna Plebanek

 

 

Kobiecość bez daty ważności

Kobietami jesteśmy między 15. a 35. rokiem życia – tak mówi kultura, w której żyjemy. Póki jesteśmy płodne, a najlepiej i ładne, jesteśmy na piedestale. A co dzieje się przedtem i potem?

Baśnie podsuwają postać macochy z Królewny Śnieżki, dojrzałej kobiety, gotowej zabić z zazdrości o młodość. Nie lubię tej postaci. Dlatego napisałam o kobietach, które nie dają się wtłoczyć w ten schemat. Swoim życiem i twórczością udowadniają, że kobiecość nie ma daty ważności. Pokazują, że po urodzeniu i odchowaniu dzieci życie jest dla nas. Przedtem i w trakcie też.

Pisarki, tancerki, dziennikarki, psychoterapeutki, arystokratki, mamki, a nade wszystko matki i córki podsuwają nam wzory mocnej kobiecości. Opartej na przekonaniu o własnej sile, a nie na kruchym fundamencie młodości czy urody. Ich pamiętniki, powieści i notatki zdradzają, że niezgoda na bycie grzeczną tkwi w nas od dawna. Jest podskórnym nurtem, który wybił falami feminizmu. Teraz powinien płynąć bez przeszkód.

Żeby być sobą, trzeba pielęgnować wewnętrzny bunt. Córka Rozbójniczki i Gerda, stworzone przez J.Ch. Andersena bohaterki z postępowej Skandynawii, zaczynają pochód postaci, które główny nurt kultury chciał trzymać w szafie. Dopychana kolanem i tak się otworzyła – i nie wypadły z niej trupy, tylko pełnokrwiste kobiety.

Bohaterki to nie-powieść autobiograficzna, która relacjonuje moje spotkania z tymi imponującymi, silnymi kobietami. Takimi, jakie poznajemy także w życiu. Zapraszam na spotkanie z nimi.

Grażyna Plebanek

 

 

Z recenzji poprzednich książek autorki:

Dzięki Grażynie Plebanek możemy wreszcie powiedzieć, że harlequinowa powieść dla kobiet odchodzi do lamusa. W jej miejsce pojawia się literatura dla kobiet szukających inteligentnie opowiedzianej historii. Fabuły, w której kobieta może się przejrzeć jak w lustrze i powiedzieć: to mogłaby być moja historia. [...]

Bernadetta Darska

Plebanek nie ma w sobie nic z typowo babskiej egzaltacji i nie próbuje być po kobiecemu słodko-sentymentalna. Ale to nie jest ani literatura męska, ani feministyczna z ducha, tylko głęboko ludzka. Dlatego polecam ją szczególnie zwłaszcza panom.

Marta Mizuro

Grażynie Plebanek udało się stworzyć język, który rzeczywiście mógłby być intymnym narzeczem pary kochanków. […] Drugim powodem, dla którego „Nielegalne związki” są zdecydowanie czymś więcej niż tylko romansem na lato, jest dość wnikliwy portret psychologiczny nowoczesnej rodziny.

„Przekrój”

Banalny scenariusz nabiera u Plebanek temperatury, nie tylko erotycznej. „Nielegalne związki” są bowiem również powieścią o nowej tożsamości kobiety i mężczyzny. Nowej, bo dzisiaj role obu płci nie są raz na zawsze określone i dlatego ciągle trzeba wybierać.

Justyna Sobolewska, „Polityka”

Opinie o ebooku Córki rozbójniczki - Grażyna Plebanek

Fragment ebooka Córki rozbójniczki - Grażyna Plebanek

Gra­ży­na Ple­ba­nek

CÓR­KI ROZ­BÓJ­NICZ­KI

Nie-po­wieść au­to­bio­gra­ficz­na

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I 

War­sza­wa

Moim chło­pa­kom i dziew­czy­nom – Ha­li­nie, Ance Ś., Ja­sio­wi, Wojt­kom, Mać­ko­wi, An­drze­jo­wi

PROLOG LUB ODMIANA ROBAKA

Uwiel­biam ko­bie­ty w sen­sie ple­mien­nym. Co praw­da, jak wie­le z nas, je­stem Zo­sią Sa­mo­sią i kiep­sko funk­cjo­nu­ję w hie­rar­chii, ale ma­rzy mi się za­ple­cze z my­śli wy­snu­tej przez ko­bie­ty. To po­zor­ny pa­ra­doks: być osob­ną i nie lu­bić dra­bi­nek, a jed­nak chcieć świa­ta, w któ­rym moż­na przy­siąść wśród swo­ich. Do­brze by­ło­by mieć na­leż­ny każ­dej z nas sto­łek w Nie­hie­rar­chicz­nej Izbie Ko­biet-Lor­dów – choć­by to był zy­del out­si­der­ki.

Po­dob­no w nie­któ­rych zbio­ro­wo­ściach ko­bie­ty na pe­wien czas od­su­wa­ły się od męż­czyzn, od­dzie­la­ły od nich fi­zycz­nie. Coś tam snu­ły, żuły, przę­dły, meł­ły. Wi­zje tego, co ro­bi­ły, gdy męż­czyź­ni im nie prze­szka­dza­li, oscy­lu­ją od zło­wiesz­czych (wiedź­my) po na­tu­ra­li­stycz­no-ar­ka­dyj­skie (jed­no­cze­sne mie­siącz­ko­wa­nie). Kicz na bok – waż­ne jest to, że czai się za tym na­stę­pu­ją­ce prze­czu­cie: ko­bie­ty są głod­ne swo­je­go to­wa­rzy­stwa, wła­snych opo­wie­ści, świa­ta wi­dzia­ne­go ich oczy­ma.

Przy­kła­dem są po­wsta­ją­ce w ostat­nich la­tach książ­ki o do­świad­cze­niach ko­biet na woj­nie, pod­czas zry­wów i re­wo­lu­cji. Front ten sam, a opo­wie­ści pi­sa­ne z per­spek­ty­wy męż­czyzn i ko­biet – róż­ne. Za­zna­cza­nie tych róż­nic nie jest wy­ko­py­wa­niem to­po­ra wo­jen­ne­go, a wręcz prze­ciw­nie, sprzy­ja two­rze­niu wspól­no­ty, twór­czo zróż­ni­co­wa­nej (męż­czy­zna, któ­ry na wzmian­kę, że ko­bie­ta ma bóle men­stru­acyj­ne, od­po­wia­da: „Ro­zu­miem, mnie też boli brzuch”, wzbu­dza we mnie ata­wi­stycz­ny lęk).

Ko­bie­ty czy­ta­ją wię­cej niż męż­czyź­ni. Czy­ta­nie sta­je się też co­raz czę­ściej przy­wi­le­jem star­szych, we­dług sta­ty­styk młod­si czy­ta­ją mniej albo wca­le. Lu­dzie po stu­diach nie­zwią­za­nych z li­te­ra­tu­rą już nie wsty­dzą się po­wie­dzieć, że nie prze­czy­ta­li w cią­gu roku ani jed­nej książ­ki. Pew­nie moż­na się lu­bić i w wer­sji pod­sta­wo­wej, bez do­dat­ko­we­go wy­po­sa­że­nia w po­sta­ci wy­obraź­ni bu­do­wa­nej dzię­ki li­te­ra­tu­rze. Nie oce­niam, tyl­ko gdy spo­ty­kam ta­kie oso­by, przy­cho­dzi mi na myśl scen­ka z po­wie­ści Ter­ry’ego Prat­chet­ta, gdzie na py­ta­nie „Co to jest pro­log?” pada od­po­wiedź: „Od­mia­na ro­ba­ka”1.

Czy­ta­nie za­wsze było eli­tar­ne. Eli­tar­ność daje prze­wa­gę, po­zwa­la się gro­ma­dzić pod pew­ną fla­gą, jest uczest­ni­cze­niem, może stać się do­świad­cze­niem zbio­ro­wym, a na­wet „spra­wą”. Choć­by taką, by na­sy­cić po­zy­tyw­nie przy­miot­nik „ko­bie­ce”, rów­nież w od­nie­sie­niu do czy­ta­nia, tak by nie sta­ło się bliź­nia­kiem po­wie­dze­nia „bab­skie ga­da­nie” (ver­sus „chłop­ski ro­zum”). Czy­ta­niem (i pi­sa­niem) moż­na stwo­rzyć ję­zyk rów­no­ścio­wy, od­pa­triar­cha­li­zo­wać go, to na­rzę­dzia sub­tel­ne, a sku­tecz­ne, jak na ko­bie­cą broń przy­sta­ło.

Myśl wy­snu­ta przez ko­bie­ty a myśl ko­bie­ca to dwie róż­ne spra­wy. Głu­pio by­ło­by tę ostat­nią za­my­kać w ob­rę­bie bio­lo­gicz­nej płci. Wszy­scy mogą uczest­ni­czyć w przy­wra­ca­niu god­no­ści sło­wu „ko­bie­cy”.

*

By­wa­ją książ­ki zbó­jec­kie, mogą być roz­bój­nic­kie. Ty­tu­łem Cór­ki Roz­bój­nicz­ki na­wią­zu­ję do po­sta­ci z ba­śni An­der­se­na, dru­go­pla­no­wej, ale dla mnie bar­dzo waż­nej. Dziew­czyn­ka, któ­rą spo­ty­ka głów­na bo­ha­ter­ka Kró­lo­wej Śnie­gu, to cór­ka ko­bie­ty hersz­ta zbó­jec­kiej ban­dy. Mała Roz­bój­nicz­ka, sa­mo­wol­na, krnąbr­na, sa­mo­lub­na, trą­ca stru­nę dziew­czyń­sko­ści – to my przed tre­nin­giem spo­łecz­nym.

Je­stem za za­trzy­ma­niem w so­bie pew­nej na­iw­no­ści, bez­czel­no­ści, za roz­wi­ja­niem na­sto­let­niej umie­jęt­no­ści „zwą­chi­wa­nia się”, in­stynk­tow­ne­go wy­czu­wa­nia, z kim nam do­brze (choć nie­ko­niecz­nie po dro­dze, mer­kan­ty­lizm to od­py­cha­ją­ca ce­cha doj­rza­ło­ści). Mam nosa do ko­biet, któ­re lu­bią inne ko­bie­ty, lu­bią je na­praw­dę. Jest w nich życz­li­wość, a nie czuj­ność.

Cór­ka Roz­bój­nicz­ki jest praw­dzi­wa i su­ro­wa, a tkwi na dru­gim pla­nie. Ją i jej po­dob­ne po­sta­ci sta­wiam w tej książ­ce na prze­dzie, gdzie ich miej­sce. Ona i po­zo­sta­łe bo­ha­ter­ki: Anda, Iza­be­la Czar­to­ry­ska, Isa­do­ra Dun­can, Da­gny Juel, Sza­ra Wil­czy­ca, Ana­ïs Nin, Zo­fia Nał­kow­ska, Vir­gi­nia Wo­olf, Mag­gie Gee, Nia­nia Ogg, Bab­cia We­ather­wax, a tak­że ka­płan­ki, Ama­zon­ki, cza­row­ni­ce, kró­lo­we, su­fra­żyst­ki, ha­ker­ki, li­si­ce i wil­czy­ce – to po­sta­ci au­ten­tycz­ne i fik­cyj­ne. Spo­ty­ka­łam je w róż­nych okre­sach ży­cia. Nie­któ­re po­zna­łam w dzie­ciń­stwie, a są ze mną do tej pory. Same mnie znaj­do­wa­ły, przy­cho­dzi­ły po­je­dyn­czo lub pa­ra­mi, wpły­wa­ły ta­necz­nym kro­kiem lub kuś­ty­ka­ły, uda­jąc bez­bron­ne sta­rusz­ki.

Nie są bez­bron­ne. Choć nie­obec­ne w ka­no­nie lek­tur, cho­ciaż nie fi­gu­ru­ją w gro­nie ide­al­nych ma­tek czy wier­nych żon, to one trzy­ma­ją war­tę na ro­gat­kach na­sze­go świa­ta, pil­nu­ją, by nie roz­lazł się w szwach. Dzie­dzi­czy­my po nich geny i po­wie­dzon­ka, spoj­rze­nia i tem­pe­ra­ment, na­wy­ki i po­pę­dli­wość.

Po co mi te po­now­ne lek­tu­ry? Czy­ta­łam te książ­ki, wę­dru­ją ze mną, w prze­no­śni i do­słow­nie. Te­raz po­ży­czam je, eg­zem­pla­rze z pod­kre­śle­nia­mi i ośli­mi usza­mi – niech opo­wieść idzie da­lej. Dzię­ki niej czu­je się grunt pod no­ga­mi, nie­waż­ne, czy z li­ter, czy z płyt chod­ni­ko­wych.

To opo­wieść o ple­mie­niu, któ­re na­zwa­łam Cór­ka­mi Roz­bój­nicz­ki.

KRÓLOWE

CÓRKA ROZBÓJNICZKI(Królowa Śniegu, Hans Christian Andersen)

Pio­truś le­żał na są­sied­nim łóż­ku i wpa­try­wał się we mnie sza­ry­mi ocza­mi. Z ko­ry­ta­rza do­cho­dzi­ło po­brzę­ki­wa­nie na­czyń, ko­bie­ty w sznu­ro­wa­nych bu­tach na ko­tur­nie, z wy­cię­ty­mi pię­ta­mi, szy­ko­wa­ły obiad. Spoj­rze­nie Pio­tru­sia opla­ta­ło ko­ko­nem, w szpa­rze drzwi prze­su­wa­ły się po­sta­ci w far­tu­chach, gło­wy w czep­kach po­chy­la­ły się nad pa­ru­ją­cy­mi garn­ka­mi, bru­nat­ne rogi ko­ców wy­su­wa­ły się z po­wło­czek o nie­dba­le za­wią­za­nych tro­kach.

Nie­któ­re dzie­ci spa­ły, inne tyl­ko uda­wa­ły, po­pa­tru­jąc na salę spod na wpół przy­mknię­tych po­wiek. Pio­truś le­żał z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi i śle­dził ruch koł­dry, któ­ra uno­si­ła się przy każ­dym moim od­de­chu.

– Pio­trek, spać! – krzyk­nę­ła Pani.

Nie­któ­re dzie­ci po­ru­szy­ły się przez sen, inne drgnę­ły, jak­by na czymś przy­ła­pa­ne. Pio­truś wzniósł oczy do nie­ba i za­mknął je dla świę­te­go spo­ko­ju. Pani się od­wró­ci­ła.

– Znam cór­kę roz­bój­nicz­ki… – szep­nę­łam.

Sza­re oczy chłop­ca otwo­rzy­ły się, pa­trzył te­raz na mnie uważ­nie. Po­ru­szy­łam się nie­spo­koj­nie.

– Wie­rzę ci – do­szedł mnie go­rą­cy szept Pio­tru­sia. – Na­praw­dę ci wie­rzę.

Brzdęk! Spadł bla­sza­ny ce­dzak, kłę­bek za­pa­chu po­mi­do­ro­wej pod­to­czył się pod na­sze łóż­ka.

– Po­zna­łam ją, na­praw­dę – po­wie­dzia­łam, marsz­cząc brwi. – Kró­lo­wa Śnie­gu po­rwa­ła Kaja, a Ger­da po­szła go szu­kać. Po dro­dze spo­tka­ła cór­kę roz­bój­nicz­ki. Jej mama była hersz­tem ban­dy roz­bój­ni­ków, ro­zu­miesz? I ta dziew­czyn­ka dała Ger­dzie re­ni­fe­ra, a ona na nim do­tar­ła do kra­iny lodu.

– I co było da­lej? – za­py­tał Pio­truś.

– Zna­la­zła Kaja i za­bra­ła go do domu.

Spoj­rze­nie Pio­tru­sia kle­iło się roz­go­to­wa­nym ry­żem.

– Mogę do cie­bie mó­wić Ger­da?

W ustach zro­bi­ło się śli­sko, jak śli­ski był far­tuch Pani, któ­rą obej­mo­wa­łam co rano w pa­sie. Cze­pia­łam się jej bio­der, bo chcia­łam do mamy, moje łzy ście­ka­ły z far­tu­cha Pani na pod­ło­gę, nic w ten ma­te­riał nie wsią­ka­ło.

– Ger­da, śpisz?

Od­wró­ci­łam się na dru­gi bok, wi­dział te­raz moje ple­cy za­kry­te po szy­ję ko­cem uda­ją­cym koł­drę. Tego ran­ka Pani też na nie pa­trzy­ła, gdy szłam pro­sto do sali, gdzie ba­wi­ły się dzie­ci. Już nie tu­li­łam się do jej far­tu­cha.

– Ger­da?… – szep­nął Pio­truś.

– Nie je­stem żad­ną Ger­dą!

– To jak mam cię na­zy­wać? – Wier­cił się na drew­nia­nym, skła­da­nym łóż­ku. – A ja mogę być Ka­jem?

Unio­słam się na łok­ciu.

– Pro­szę Pani! – za­wo­ła­łam w ci­szy le­ża­ko­wa­nia. – On mi prze­szka­dza spać!

Sce­no­gra­fia mo­je­go ów­cze­sne­go po­ko­ju: żół­te ścia­ny, w rogu piec z bia­łych ka­fli, na­prze­ciw­ko okno, a w nim dro­bin­ki ku­rzu wi­ru­ją­ce w po­wie­trzu. W zi­mo­we wie­czo­ry nad moim łóż­kiem pa­li­ła się lamp­ka, za­baw­ki zaj­mu­ją­ce sto­lik pod ścia­ną rzu­ca­ły cie­nie jak z ja­poń­skie­go te­atru. Rano cze­ka­ły na mnie pre­zen­ty: kwia­ty wy­ma­lo­wa­ne mro­zem na szy­bach. Dra­pa­łam je le­ciut­ko pa­znok­ciem, wznie­ca­jąc bia­ły pył, chu­cha­łam, aż śnież­ne kwia­ty top­nia­ły. Je­śli nie ma dwóch iden­tycz­nych śnie­ży­nek, to i kwia­ty pew­nie za każ­dym ra­zem two­rzą się inne.

Czy­li za­pa­mię­ta­łam zimę. Po­dob­ną do tej, ale nie taką samą, jaką opi­sał An­der­sen w baj­ce Kró­lo­wa Śnie­gu, je­śli wie­rzyć śnie­żyn­kom, tym naj­mniej­szym in­dy­wi­du­alist­kom. Z kuch­ni do­cho­dził głos z brą­zo­we­go ra­dia wiel­ko­ści dwóch ce­gieł, na­pę­dza­ne­go czer­wo­ny­mi sze­ścia­na­mi ba­te­rii: ko­mu­ni­ka­ty o sta­nie wody na Sa­nie, au­dy­cje dla rol­ni­ków, prze­stro­gi dla kie­row­ców, a w nie­dzie­lę – Ma­ty­sia­ko­wie. Bli­żej głos taty czy­ta­ją­ce­go mi baj­kę, cie­pło bi­ją­ce z pie­ca, ciem­nie­ją­ce zmierz­chem okno.

…Ger­da sie­dzia­ła na pod­ło­dze. Z ko­min­ka są­czy­ło się cie­pło, z boku do­bie­gał rów­ny od­dech Kaja. Sie­dział z pod­wi­nię­ty­mi no­ga­mi, za­słu­cha­ny w opo­wieść bab­ki, usta miał lek­ko uchy­lo­ne. To on pierw­szy zo­ba­czył Kró­lo­wą Śnie­gu. Pew­ne­go razu jej bla­da twarz mi­gnę­ła po zim­nej stro­nie szy­by; od tej pory nic już nie było ta­kie samo – Kaj się za­ko­chał, a Ger­da, cie­pła, roz­kosz­na, po­tul­na Ger­da, nic nie mo­gła na to po­ra­dzić. Kaj po­czuł naj­pierw nie­win­ne ukłu­cie, ale parę dni póź­niej był już na praw­dzi­wym gło­dzie. Nie mógł prze­stać my­śleć o tej ko­bie­cie, wszę­dzie szu­kał jej twa­rzy. Zo­ba­czył ją wresz­cie, a ona za­pro­po­no­wa­ła, by przy­cze­pił sa­necz­ki do jej sań cią­gnio­nych przez bia­łe ko­nie. Nie wa­hał się.

Ger­da zna­la­zła się w środ­ku hi­sto­rii jak z Fran­ti­ca Po­lań­skie­go. Był chło­piec i go nie ma. Co się sta­ło? Ukra­dli go? Kto?! W Ger­dzie się go­tu­je, może tro­chę zbyt łza­wo, ckli­wie, ale re­zul­tat jest wła­ści­wy – dziew­czyn­ka po­rzu­ca ko­mi­nek, bab­ci­ne opo­wie­ści i ru­sza za Ka­jem.

Za Ger­dą nie prze­pa­da­łam, przez jej ci­chy he­ro­izm, lep­kie po­świę­ce­nie. Za to uwiel­bia­łam po­sta­ci, któ­re spo­ty­ka­ła po dro­dze, a przede wszyst­kim samą dro­gę. Ger­da szła, bie­gła, cza­sem brnę­ła. Była już dość wy­czer­pa­na, gdy spo­tka­ła inną dziew­czyn­kę. Nie­ty­po­wą, szorst­ka­wą w obej­ściu. Nie była to pro­sta kon­fron­ta­cja pa­nien­ki w ró­żo­wej su­kien­ce z out­si­der­ką w bo­jów­kach. Ger­da-cie­płe klu­chy mia­ła w so­bie sta­lo­wy rys, a mała bun­tow­nicz­ka, cór­ka ko­bie­ty, któ­ra była hersz­tem ban­dy roz­bój­ni­ków, wy­ka­za­ła się tak zwa­nym do­brym ser­cem.

Okład­ka mo­je­go eg­zem­pla­rza Ba­śni H. Ch. An­der­se­na: sie­dzą­ca w sa­niach smu­kła ko­bie­ta w jed­nej ręce trzy­ma wo­dze, w dru­giej bat. Twarz na wpół od­wró­co­na, fu­tro po­wie­wa na wie­trze, ko­nie bia­łe od śnie­gu albo spie­nio­ne z wy­sił­ku – tak zna­ny ry­sow­nik Jan Mar­cin Szan­cer wi­dział Kró­lo­wą Śnie­gu. Otwie­ram sta­ry eg­zem­plarz na pierw­szej stro­nie: zdję­cie wkle­jo­ne do książ­ki, a na nim przed­szko­la­ki. Tkwię w rzę­dzie z moją przy­ja­ciół­ką Do­ro­tą, obok inne uśmiech­nię­te szczer­bu­le. Pod spodem sta­ran­ne li­te­ry: „Gra­żyn­ce na pa­miąt­kę po­by­tu w przed­szko­lu – na­uczy­ciel­ki, ko­mi­tet ro­dzi­ciel­ski, dy­rek­tor”. Obok za­su­szo­ne sza­rot­ki (skąd mo­głam wie­dzieć, że były pod ochro­ną).

Uwa­ga! Na sce­nę wcho­dzi ONA, Cór­ka Roz­bój­nicz­ki. Ban­da jej mat­ki na­pa­da na ka­re­tę, w któ­rej je­dzie Ger­da; za­bi­ja fo­ry­siów, stan­gre­ta i słu­żą­cych – wszyst­ko to z cór­ką na ple­cach – ra­bu­nek czy nie, ta ko­bie­ta jest w pra­cy, a jed­no­cze­śnie musi zaj­mo­wać się dziec­kiem.

Już ma za­bić Ger­dę, gdy cór­ka gry­zie ją bo­le­śnie w ucho.

„Ty prze­klę­ty ba­cho­rze!” – woła mat­ka.

„…i nie zdą­ży­ła za­mor­do­wać Ger­dy”.

Jak wy­glą­da mała roz­bój­nicz­ka? „Była tak duża jak Ger­da, ale sil­niej­sza, o szer­szych ra­mio­nach i ciem­niej­szej ce­rze. Jej oczy były czar­ne i pa­trza­ły pra­wie smut­no”. Ho­do­wa­ła zwie­rzę­ta, ale trzy­ma­ła je na uwię­zi, żeby nie ucie­kły. Ulu­bio­ne­go re­ni­fe­ra łech­ta­ła w szy­ję no­żem. Bał się, a ją to ba­wi­ło. Z tym no­żem spa­ła, cały czas ści­ska­ła go w dło­ni. Szan­cer ma­lu­je ją jako bru­net­kę o krę­co­nych wło­sach i czer­wo­nych ustach, czer­wo­ne ma też ko­ra­le i su­kien­kę, kie­dy tak stoi w jed­nym san­dał­ku. Ger­da jest jej prze­ci­wień­stwem: blon­dyn­ka, mimo tru­dów dro­gi sta­ran­nie ucze­sa­na, ko­kard­ki trzy­ma­ją się we wło­sach. Mała dama ma wy­so­kie trze­wi­ki i suk­nię na tyle dłu­gą, by za­kry­wa­ła łyd­ki.

Do­ro­ta i ja, sze­ścio­let­nie: we wło­sach ko­kar­dy, ale su­kien­ki no­si­my mini, w do­dat­ku jej jest czer­wo­na. Do­ro­ta sprzed lat – zło­ci­ste krę­co­ne wło­sy, uśmiech ło­bu­za i nie­za­po­mnia­ne opo­wie­ści. Za­pa­mię­ta­łam hi­sto­rię o tym, jak jej bab­cia wy­je­cha­ła do Włoch, gdzie po­zna­ła lu­dzi róż­nych na­ro­do­wo­ści i świet­nie się ba­wi­ła. Doj­rza­ła ko­bie­ta nad brze­giem mo­rza, tań­czą­ca w rytm pul­su­ją­cej mu­zy­ki, wo­kół wie­lo­ję­zycz­ny tłum – tak to so­bie wy­obra­zi­łam, ten ob­raz utkwił mi w pa­mię­ci, jak okruch lu­stra w oku Kaja.

[To bab­cia Do­ro­ty nas po­zna­ła: przy­szły we dwie pod na­szą klat­kę, bo zgi­nął im czar­ny kot. Czy go wi­dzia­łam? „Tak, mi­gnął mi w dro­dze do piw­ni­cy” – skła­ma­łam. Nie wi­dzia­łam żad­ne­go kota, ale chcia­łam po­znać Do­ro­tę i jej bab­cię.]

Dwie dziew­czy­ny – Thel­ma i Lo­uise, Ger­da i Cór­ka Roz­bój­nicz­ki. Ale te ostat­nie nie jadą na śmierć, jak bo­ha­ter­ki fil­mu gra­ne przez Ginę Da­vis i Su­san Sa­ran­don. Przed nimi dro­ga się do­pie­ro otwie­ra. Cór­ka Roz­bój­nicz­ki od­da­je Ger­dzie swo­je­go re­ni­fe­ra, wci­ska je­dze­nie, cie­płe rę­ka­wi­ce i wła­sną po­dusz­kę, po czym przy­wią­zu­je Ger­dę do grzbie­tu re­ni­fe­ra i woła do zwie­rzę­cia: „Te­raz pędź, ale uwa­żaj na dziew­czyn­kę!”.

Ger­da od­naj­du­je Kaja. Gdy wi­dzi go po raz pierw­szy od cza­su roz­łą­ki, chło­piec ubra­ny jest w cie­płe, zi­mo­we ubra­nie, sza­lik pod­cho­dzi mu pod nos, czap­ka ob­su­wa się na oczy i tyl­ko grzyw­ka wy­sta­je. Sku­pio­ny, ukła­da pa­ty­kiem sło­wo z ka­wał­ków lodu. Jest już in­nym czło­wie­kiem. Sztyw­nym z zim­na, siłą rze­czy. I tak to się koń­czy, niby do­brze.

Jest coś ta­kie­go w ba­śniach, że otwie­ra­ją wy­obraź­nię dzie­ciom, a za­my­ka­ją do­ro­słym. Nad­miar prze­strze­ni, skró­to­wość, któ­ra dzie­ciom robi do­brze, do­ro­słe­go pe­szy. Nie ro­zu­miem fe­no­me­nu pol­skiej po­pu­lar­no­ści Pau­la Co­el­ho ani Jo­na­tha­na Car­rol­la. Od­wo­ły­wa­nie się au­to­ra do „dziec­ka w czy­tel­ni­ku” wy­da­je mi się śli­skie i dość po­dej­rza­ne, boję się, że wy­do­by­wa co naj­wy­żej in­fan­ty­lizm. Dla­te­go, drą­żąc Kró­lo­wą Śnie­gu, wolę na­wią­zy­wać do mo­je­go od­bio­ru jako dziec­ka, dziec­ka, ja­kim by­łam. Ko­bie­ta, któ­rą je­stem dziś, in­a­czej wi­dzi po­sta­ci Ger­dy, Kaja, Cór­ki Roz­bój­nicz­ki i sa­mej Kró­lo­wej. Od­kła­dam na bok pry­zmat li­te­ra­tu­ro­znaw­czy, w tej książ­ce bez­u­ży­tecz­ny. Cho­dzi o spoj­rze­nie wte­dy i dziś; o to, co po­mię­dzy, a tak­że o to, co z tego wy­ni­kło – czy­li o to, „co było da­lej”. To jest naj­waż­niej­sze, rów­nież w opo­wie­ściach.

Ger­da zna­la­zła Kaja i co było da­lej? Nie o Kaja tu cho­dzi­ło, to oczy­wi­ste – Kró­lo­wa Śnie­gu przy­je­cha­ła do Ger­dy. Wy­cią­gnę­ła z pie­le­szy, spro­wo­ko­wa­ła, po­ka­za­ła jej świat. Syp­nę­ła ka­wał­ka­mi lu­stra w oczy, żeby uwie­ra­ły, znie­kształ­ca­ły, bu­dzi­ły emo­cje, wąt­pli­wo­ści, py­ta­nia. Kró­lo­wa Śnie­gu, do­ro­sła, mą­dra ko­bie­ta, przy­je­cha­ła do dziew­czyn­ki i nią po­trzą­snę­ła. Obu­dzi­ła sku­lo­ną przy ko­min­ku Ger­dę.

Za każ­dym ra­zem, gdy tata za­wie­szał głos w dra­ma­tycz­nych mo­men­tach lub, nie daj Boże, w trak­cie czy­ta­nia mi Kró­lo­wej Śnie­gu szedł so­bie za­pa­rzyć her­ba­tę (taką, jaką te­raz sama pa­rzę), mia­łam na­dzie­ję, że Kaj i Ger­da zo­sta­ną na Pół­no­cy. By­łam cie­ka­wa, jak wy­glą­da lo­do­wy za­mek, po ko­lei, kom­na­ta po kom­na­cie. Tym­cza­sem oni wró­ci­li do domu, jak Staś i Nel, może się na­wet po­bra­li. „I żyli dłu­go i szczę­śli­wie” – szczę­ka­ło zda­nie-gi­lo­ty­na opo­wie­ści (bywa nią i w związ­kach, ale to już ma­te­riał na inną opo­wieść).

A co się sta­ło z Cór­ką Roz­bój­nicz­ki? (Jak ona w ogó­le mia­ła na imię? Dziew­czy­na, któ­ra jest wciąż w dro­dze, ma wie­le imion.) Po od­jeź­dzie Ger­dy mat­ka-herszt ban­dy wy­pi­ła bu­tel­kę whi­sky i za­chra­pa­ła w zbó­jec­kiej kry­jów­ce, a jej cór­ka za­przę­gła ko­nie do ka­ro­cy.

…Wska­ku­je na ko­zioł – w jed­nym ręku wo­dze, w dru­gim bat.

Nie trać­my jej z oczu. W na­stęp­nym roz­dzia­le bę­dzie mia­ła na imię Anda.

PS The Lit­tle Rob­ber Ma­iden – te sło­wa na­pi­sa­ne na kart­ce wy­rwa­nej z ze­szy­tu do­sta­łam od bry­tyj­skiej pi­sar­ki Mag­gie Gee. „Mała, dzi­ka i nie­zno­śna”, tak o na­szej ulu­bio­nej bo­ha­ter­ce pi­sał An­der­sen. Mag­gie Gee też wy­stę­pu­je w tej książ­ce, o czym w ko­lej­nych roz­dzia­łach.

(Frag­men­ty Kró­lo­wej Śnie­gu w prze­kła­dzie Ste­fa­nii Bey­lin i Sta­ni­sła­wa Sa­wic­kie­go.)

ANDA, CZYLI JUŻ CZAS(Godzina pąsowej róży, Maria Krüger)

Pierw­sza krew i syk zbun­to­wa­nej na­sto­lat­ki. Gę­sta czer­wo­na kro­pla i nie­do­bre prze­me­blo­wa­nie: swoj­ska rze­czy­wi­stość zmie­nia się w ma­te­rac fa­ki­ra na­je­żo­ny gwoź­dzia­mi kon­we­nan­sów. Świat czter­na­sto­let­niej Andy, z któ­rej pal­ca ciek­nie krew, wi­ru­je; spo­kój dzie­ciń­stwa (tyl­ko do­ro­śli twier­dzą, że dzie­ciń­stwo jest spo­koj­ne) do­bie­ga koń­ca. Coś się otwo­rzy­ło, szcze­li­na, jak ta na skó­rze, co spły­wa czer­wie­nią. Dość przej­mu­ją­cą. Anda pa­trzy na ranę, ci­sza wo­kół niej usi­łu­je być zna­czą­ca, ale ustę­pu­je miej­sca brzu­cha­te­mu ze­ga­ro­wi po przod­kach – ten tyka ni­czym bom­ba.

Ale Anda, bo­ha­ter­ka po­wie­ści Go­dzi­na pą­so­wej róży Ma­rii Krüger, jest cór­ką le­kar­ki. Przy­tom­nie roz­glą­da się za pla­strem i wodą utle­nio­ną, wszyst­ko jest pod kon­tro­lą. Krew jej nie strasz­na, krew się w niej nie bu­rzy ani jej nie za­le­je. Do­pó­ki wzrok nie pad­nie na twarz tam­tej ko­bie­ty…

Anda, mi­nu­tę wcze­śniej: spie­szy się na ba­sen, a że wła­śnie po­pla­mi­ła atra­men­tem spód­ni­cę, za­kła­da spodnie. Leżą pięk­nie, dziew­czy­nom zbie­le­je oko, Ka­rol bę­dzie się na nią ga­pił. Za­chwy­co­na ciu­chem wy­ko­nu­je dziew­czę­co-gom­bro­wi­czow­ski wy­mach nogą – ze sto­py zsu­wa się but i tłu­cze szkło w sta­rej fo­to­gra­fii cio­tecz­nej bab­ki. Anda pod­bie­ga do zdję­cia, któ­re od lat wisi w jej po­ko­ju, i po raz pierw­szy z uwa­gą mu się przy­glą­da. Dzi­wi się sta­ro­świec­kiej kiec­ce ciot­ki. „Ciuch”, „kiec­ka” – to sło­wa z cza­sów Andy, po­dob­nie jak „faj­na bab­ka” (któ­rą może Anda nie­dłu­go zo­sta­nie; czy wręcz „ko­cia­kiem”, jak pi­sy­wał wcze­sny Gło­wac­ki). Jest rok 1960.

Na­prze­ciw­ko Andy stoi ko­bie­ta. W ram­ce, na ra­zie nie­ru­cho­mo. Wspar­ta o ko­lu­mien­kę, w po­włó­czy­stej suk­ni ozdo­bio­nej masą ko­kar­dek i pod­pięć, na ufry­zo­wa­nej gło­wie ka­pe­lusz cięż­ki od kwia­tów i owo­ców. Dłu­gie rzę­sy rzu­ca­ją cień na de­li­kat­ny po­li­czek, zgrab­ny nos wą­cha wy­bla­kłą różę. Go­łym okiem wi­dać, ile je dzie­li: ram­ka (co praw­da szkło już w niej zbi­te), stro­je z epo­ki (tu kuso, tam po­włó­czy­ście) i osiem­dzie­siąt lat – dziew­czy­na tkwi w roku 1960, ko­bie­ta opar­ta jest o ko­lu­mien­kę made in fin de si­èc­le – u niej jest rok 1880.

Uwa­żaj, Ando, ta róża to pod­stęp, po­są­go­wy spo­kój ko­bie­ty tym bar­dziej! Ale Anda już przy­su­wa twarz bli­żej zdję­cia. Na­sto­lat­ka i ko­bie­ta tkwią na­prze­ciw sie­bie, nie­mal mie­rzą się wzro­kiem, jak­by mia­ły ru­szyć z dwóch koń­ców je­dy­nej uli­cy za­mar­łe­go z prze­ra­że­nia mia­stecz­ka na Dzi­kim Za­cho­dzie. Ko­bie­ta trzy­ma różę, czar­no-bia­łą; na­sto­lat­ka wy­cią­gnię­tą rękę. Pa­lec Andy zgi­na się pierw­szy – dziew­czy­nę prze­szy­wa ból – ostry ka­wa­łek zbi­tej szyb­ki, za któ­rą tkwi fo­to­gra­fia, prze­ci­na skó­rę. Kro­pla krwi pada na wy­bla­kły kwiat. Ko­bie­ta zer­ka spod ka­pe­lu­sza na Andę, któ­ra my­śli: „To moja cio­tecz­na bab­ka, ciot­ka Ele­ono­ra”. I dru­ga myśl: cof­nąć czas.

[Tyl­ko o go­dzi­nę, żeby mama się nie de­ner­wo­wa­ła, gdy wró­ci z oj­cem z kina i nie za­sta­nie Andy w domu. Anda bę­dzie wte­dy na ba­se­nie, chce tre­no­wać, żeby zo­stać naj­lep­szą pły­wacz­ką. Dzię­ki temu kupi so­bie ka­wa­ler­kę, może mały sa­mo­chód. Bę­dzie zna­na, na pew­no nie­za­leż­na. Dla­te­go pły­wa­nie jest tak waż­ne. Aha, i trze­ba spła­wić Ka­ro­la, któ­ry do­pra­sza się o rand­kę. Anda jest zbyt za­ję­ta. Na pły­wal­nię! A że stłu­kła szkieł­ko i musi te­raz po­sprzą­tać, zła­pać au­to­bus itd., to wszyst­ko się wy­dłu­ży­ło. Jed­nak nie zre­zy­gnu­je z pły­wa­nia. Cof­nie wska­zów­ki ze­ga­ra w swo­im po­ko­ju, żeby mama my­śla­ła, że Anda się spóź­nia, bo ze­gar się spóź­nia. Cof­nie tyl­ko o go­dzi­nę. Tak jej się wy­da­je, na­iw­ne­mu dziew­czę­ciu.]

Czas nie słu­cha Andy.

Dziew­czy­na sta­je przy brzu­cha­tym ze­ga­rze, pre­zen­cie ciot­ki Ele­ono­ry dla bab­ki Andy, w jej ręku po­ły­sku­je zło­ty klu­czyk. Co się sta­nie z Andą, kie­dy cof­nie wska­zów­ki? Zmie­nić Czas to pod­nieść rękę na naj­sroż­sze z bóstw, to, któ­re le­czy i rani, za­sie­wa no­stal­gię i po­wle­ka zmarszcz­ka­mi, któ­re rzą­dzi nami, po­ra­mi roku, pla­ma­mi na księ­ży­cu i dło­niach. Ręka, któ­rą Anda pod­nio­sła na Czas, krwa­wi; klu­czyk po­wo­li za­nu­rza się w brzu­chu ze­ga­ra. Trrr­rach! – na­raz ze­gar zgrzy­ta, róża pło­nie od krwi dziew­czy­ny – i obok Andy sta­je… ciot­ka Ele­ono­ra.

Gdy Anda sły­szy głos pra­bab­ko-ciot­ki, GŁOS ko­bie­ty, któ­ra po­win­na tkwić w ram­ce za szy­bą – owszem, Anda stłu­kła szy­bę bu­tem i mea cul­pa, tak po­win­na po­wie­dzieć – jeżą jej się wło­sy na gło­wie. Ciot­ka Ele­ono­ra po­wą­cha­ła świe­żej krwi upusz­czo­nej przez mło­dziut­ką dziew­czy­nę na spło­wia­łą różę swo­jej mło­do­ści i – oży­ła. Sta­ra fo­to­gra­fia prze­sta­ła być jej do­mem.

Ciot­ka Ele­ono­ra: strój z epo­ki, wą­ziut­ka ta­lia, smu­kłe dło­nie, twarz drob­na, pięk­na. Kie­dyś na­zy­wa­łam ten ide­ał ko­bie­cej uro­dy: „ciot­ka Ele­ono­ra”. Dziś my­ślę – Dia­ne Kru­ger, a może Ja­nu­ary Jo­nes, gwiaz­da se­ria­lu Mad men? Mój eg­zem­plarz Go­dzi­ny pą­so­wej róży ma trzy­dzie­ści pięć lat, tyle, ile mia­ła Anda, gdy Czas, przy któ­rym znów gme­ra­ła, mści­wie za­mie­nił ją w sta­rą pan­nę. Przez tych trzy­dzie­ści pięć lat zwie­trza­ła kon­cep­cja sta­rej pan­ny, wy­pa­ro­wał ko­mu­nizm, wy­kluł się ka­pi­ta­lizm, nie­bo ksią­żek za­snu­ły chmu­ry po­pkul­tu­ry o zmie­nia­ją­cych się w za­wrot­nym tem­pie kształ­tach: dziś Dia­ne Kru­ger, ju­tro Ja­nu­ary Jo­nes. Kto bę­dzie pa­mię­tał ja­kiś se­rial za osiem­dzie­siąt lat? Kto sko­ja­rzy Dia­ne Kru­ger, ob­sa­dzo­ną w roli pięk­nej He­le­ny w Troi u boku Bra­da Pit­ta? Pitt, kim bę­dzie w pa­mię­ci ludz­kiej za osiem­dzie­siąt lat? A tyle prze­sta­ła nie­ru­cho­mo ciot­ka Ele­ono­ra opar­ta o sta­ro­świec­ki po­stu­ment – w gor­se­cie! – za­nim Anda ją uwol­ni­ła za po­mo­cą sztucz­ki z krwią, różą i ze­ga­rem.

Kie­dy czy­ta­łam pierw­szy razGo­dzi­nę pą­so­wej róży, ry­su­nek z okład­ki – smu­kła dama – wdru­ko­wał mi się w pa­mięć, nie­przy­sy­pa­ną jesz­cze in­ny­mi okład­ka­mi, dzie­ła­mi Pho­to­sho­pa. Ale wspo­mi­nam i o tych po­pkul­tu­ro­wych sko­ja­rze­niach, cho­ciaż są nie­li­te­rac­kie i spo­wo­du­ją, że tekst się szyb­ciej ze­sta­rze­je; to pla­my po­sło­necz­ne na ob­li­czu li­te­ra­tu­ry, zmarszcz­ki, któ­re wy­szły na jaw wcze­śniej, niż po­win­ny. Co tam! Brak lęku przed zmarszcz­ka­mi wy­ssa­łam z mle­kiem tej po­wie­ści, kie­dy jako dziew­czyn­ka do­sta­łam Go­dzi­nę pą­so­wej róży od przy­ja­ciół­ki z de­dy­ka­cją „Z oka­zji imie­nin Gra­żyn­ki od Ire­ny”.

[Ire­na od­na­la­zła się nie­daw­no, po tych wszyst­kich la­tach. Oka­za­ło się, że też po­dró­żu­je. Kie­dy na­pi­sa­ła do mnie, aku­rat znów miesz­ka­ła nie­da­le­ko – tym ra­zem nie w są­sied­nim blo­ku na war­szaw­skim osie­dlu, ale w gra­ni­czą­cej z Bel­gią Ho­lan­dii. Ostat­nio znów znik­nę­ła, a ja się tym nie nie­po­ko­ję; na­uczy­łam się, że z nami tak jest. Dro­ga to rzecz świę­ta.]

Zmia­na cza­su. Mo­gło­by się wy­da­wać, że pięk­na Ele­ono­ra sko­rzy­sta z oka­zji i wsko­czy w lata sześć­dzie­sią­te, kie­dy ko­bie­ty mo­gły swo­bod­niej od­dy­chać. Zo­sta­nie ak­tor­ką dzię­ki ak­cji „Pięk­ne dziew­czy­ny na ekra­ny”, tro­chę za­ro­bi, a tro­chę prze­pu­ści, bo bę­dzie czu­ła się w obo­wiąz­ku sta­wiać wód­kę ko­le­gom z pla­nu. Sta­nie się ozdo­bą im­prez, wia­nu­szek męż­czyzn w iden­tycz­nych oku­la­rach w ro­go­wych opraw­kach bę­dzie ocza­dzał ją dy­mem z car­me­nów. Może ja­kiś pręż­ny dzia­łacz po­ka­że film z nią za gra­ni­cą, może Ele­ono­ra przej­dzie się pa­wim kro­kiem po czer­wo­nym dy­wa­nie? I to by było na tyle, ka­ga­niec ogra­ni­czeń na­kła­da Czas i hi­sto­ria (nie pi­szę „hi­sto­ria” wiel­ką li­te­rą, bo nie lu­bię wer­sji He­glow­skiej, wpa­ja­nej nam w szko­łach, hi­sto­rii ro­zu­mia­nej jako fa­scy­na­cja woj­na­mi i re­wo­lu­cja­mi, przed­sta­wia­nej jako koło zę­ba­te, prze­mie­la­ją­ce, prze­rdze­wia­łe i prze­sta­rza­łe).

Czas, w któ­ry mia­ła szan­se wsko­czyć Ele­ono­ra, był żywo ko­mu­ni­stycz­ny. Na po­cząt­ku Go­dzi­ny pą­so­wej róży znaj­du­je się taki oto kwia­tek od wy­daw­cy: „Ta książ­ka prze­zna­czo­na jest dla Cie­bie, mło­dy Czy­tel­ni­ku. Mam na­dzie­ję, że się­gniesz do ko­lej­nych to­mów tej se­rii – roz­po­znasz ją ła­two po jed­no­li­tej sza­cie gra­ficz­nej. Wy­bie­rać bę­dzie­my do tej se­rii książ­ki szcze­gól­nie war­to­ścio­we i po­pu­lar­ne; za­baw­ne i po­waż­ne; ta­kie, któ­re się czy­ta jed­nym tchem, i ta­kie, któ­re czy­ta­my po­wo­li, sma­ku­jąc ich uro­dę. Sło­wem będą to książ­ki bar­dzo róż­ne, lecz łą­czy je jed­no: zo­sta­ły na­pi­sa­ne w Lu­do­wej Pol­sce”.

Te zda­nia ni­czym pług wy­wa­la­ją na wierzch na wpół za­ko­pa­ne dys­ku­sje: jak oce­niać ko­mu­nizm, co my­śleć o pi­sa­rzach i pi­sar­kach, któ­rzy współ­pra­co­wa­li z re­żi­mem, co od­ciąć, co zo­sta­wić, pod kre­ską, nad kre­ską czy w ogó­le bez niej… Spójrz­my ra­czej na to, co się w tych zda­niach kry­je war­to­ścio­we­go: emo­cje, ja­kie wy­wo­łu­ją książ­ki, waż­ne miej­sce, ja­kie zaj­mu­ją w ży­ciu czy­tel­ni­ków. I ten in­te­li­genc­ki sznyt: obec­ność śred­ni­ków.

Ciot­ka Ele­ono­ra igno­ru­je no­wo­cze­sność lat sześć­dzie­sią­tych i wcią­ga Andę w swo­je cza­sy. Że­la­zny uścisk rącz­ki w ko­ron­ko­wej rę­ka­wicz­ce bę­dzie od tej pory dy­ry­go­wał ży­ciem dziew­czy­ny: wpro­wa­dzi ją na sa­lo­ny i miny to­wa­rzy­skie, bę­dzie wo­dzić po ko­ry­ta­rzach kin­dersz­tu­by i po ciem­na­wych po­ko­jach war­szaw­skich ka­mie­nic z cza­sów za­bo­rów. Peł­no tu zde­rzeń po­jęć; wy­zwo­lo­na Anda nie chce być „pa­nien­ką”, „pan­ną na wy­da­niu”, „cze­ka­ją­cą na sta­ra­ją­ce­go się”. Od­ma­wia no­sze­nia gor­se­tu, ma­ti­nek, tiur­niu­ry, a nade wszyst­ko dłu­ga­śnych gaci. Ona chce na tre­ning! Ale ciot­ka Ele­ono­ra wzru­sza ra­mio­na­mi, na któ­rych wy­twor­nie opi­na się fioł­ko­wy je­dwab. „Jaki tre­ning? – dzi­wi się dys­tyn­go­wa­nie. – My, ko­bie­ty z lat osiem­dzie­sią­tych, nie zna­my tego sło­wa”. To sło­wo w ko­lej­nych la­tach osiem­dzie­sią­tych (dwu­dzie­ste­go wie­ku), o czym Anda jesz­cze nie wie, na­bie­rze no­we­go zna­cze­nia dzię­ki go­rącz­ce ae­ro­bi­ku Jane Fon­dy.

Anda tak wierz­ga, że psu­je re­pu­ta­cję star­szej sio­stry na wy­da­niu, nic dziw­ne­go, że zo­sta­je po­trak­to­wa­na sto­sow­nie do cza­sów, w któ­rych przy­szło jej się mę­czyć. Do sza­cow­nej ka­mie­ni­cy jej ro­dzi­ców na Mio­do­wej przy­cho­dzi wą­sa­ty dok­tor. Oglą­da dziew­czy­nę, bada, maca (le­ka­rze z cza­sów oko­ło­freu­dow­skich wzbu­dza­li we mnie za­wsze in­stynk­tow­ny nie­po­kój, jak­by byli pe­do­fi­la­mi. Nie­któ­rzy pew­nie byli). Wresz­cie wy­ro­ku­je: „Dla le­ka­rza cie­ka­wy to obiekt”. A gdy Anda ucie­ka z pen­sji i wpa­da do ap­te­ki, gdzie pyta o te­le­fon, inny pan, tym ra­zem z bo­ko­bro­da­mi, oznaj­mia: „Dzie­cię to zdra­dza nie­chyb­ne po­mie­sza­nie umy­słu”.

Po­stać moc­no zbu­do­wa­ne­go pana – au­to­ry­te­tu z za­ro­stem przy­cię­tym na mo­dłę wzbu­dza­ją­cą sza­cu­nek – stra­szy ko­bie­ty od cza­sów po­lo­wań na cza­row­ni­ce. To echo po­sta­ci in­kwi­zy­to­ra. In­kwi­zy­to­rzy są­dzi­li ko­bie­ty w świe­tle pra­wa (jego pa­ro­dii): od­py­ty­wa­li je do upa­dłe­go, tor­tu­ro­wa­li, za­bi­ja­li im bli­skich – cór­ki, sy­nów, mę­żów, ko­chan­ków, wszyst­kich, któ­rzy od­wa­ży­li się ich bro­nić. Lu­dzie pło­nę­li w Eu­ro­pie na sto­sach Wiel­kiej In­kwi­zy­cji, w osiem­dzie­się­ciu pro­cen­tach były to ko­bie­ty. Pło­nę­ły z bólu, bez­sil­no­ści, stra­chu, chę­ci ze­msty. Ge­ne­tycz­nie prze­ka­zy­wa­ny ból, dzie­dzicz­na wście­kłość.

Anda od­ma­wia cho­dze­nia na pen­sję dla pa­nien, któ­ra ob­ra­ża jej in­te­li­gen­cję. Ze wstrę­tem od­rzu­ca po­mysł ha­fto­wa­nia ojcu kap­ci, ża­łu­je mat­ki, któ­ra w 1880 roku nie jest le­kar­ką, tyl­ko pa­nią domu ob­se­syj­nie skon­cen­tro­wa­ną na swa­ta­niu có­rek. Andę obu­rza po­mysł, by jej dwu­dzie­sto­let­nia sio­stra Ewi­ta wy­cho­dzi­ła za mąż za czter­dzie­sto­let­nie­go star­ca – ob­le­śne­go, lecz bo­ga­te­go, w prze­ci­wień­stwie do stu­den­ta, któ­ry wzdy­cha do Ewi­ty z wza­jem­no­ścią, ale stać go tyl­ko na ka­wa­ler­kę (i to na man­sar­dzie).

Anda bie­rze spra­wy w swo­je ręce i rzu­ca się na po­szu­ki­wa­nia ze­ga­ra wi­no­waj­cy. Chce po­pchnąć czas w do­brą stro­nę – na­przód. Ale me­cha­nizm znów się za­ci­na i Anda lą­du­je w tych sa­mych cza­sach, tyle że kwar­tał póź­niej. Na ho­ry­zon­cie znów po­ja­wia się ciot­ka Ele­ono­ra. Tym ra­zem pięk­ność jest wku­rzo­na.

„Och, ty dziew­czy­no z dwu­dzie­ste­go wie­ku – szep­nę­ła. – Ty nie wiesz i nie ro­zu­miesz, jak pięk­ne jest ży­cie mo­jej epo­ki. Tej epo­ki, w któ­rej ślicz­ne ko­bie­ty, stroj­ne i wy­twor­ne, oto­czo­ne są po­dzi­wem i uwiel­bie­niem. Przy­szłaś tu z po­ję­cia­mi swo­ich bru­tal­nych cza­sów i chcesz do nich wró­cić. A cóż się wte­dy ze mną sta­nie? O nie, moja mała, nie po­su­niesz na­przód sta­re­go ze­ga­ra!

I za­nim Anda zdo­ła­ła się zo­rien­to­wać, ciot­ka Ele­ono­ra…”

Sło­wa ciot­ki Ele­ono­ry brzmią zna­jo­mo, i nic dziw­ne­go, bo tak prze­cież wi­dzie­li ko­bie­ty przed­sta­wi­cie­le ro­man­ty­zmu, po­zy­ty­wi­zmu, Mło­dej Pol­ski, czę­ści mię­dzy­woj­nia; nie tyl­ko ar­ty­ści, ale i ciu­ła­cze ma­jąt­ków, któ­re po­zwa­la­ły im ku­pić co młod­sze i do­rod­niej­sze na żony. Uczy­my się tego w szko­łach od wie­ków.

Utkwi­ło mi w pa­mię­ci wspo­mnie­nie Ta­de­usza Kon­wic­kie­go o ko­bie­tach z cza­sów jego mło­do­ści – czy to był frag­ment tek­stu, czy wy­wia­du, nie pa­mię­tam. Ude­rzy­ło mnie, że pi­sarz za­chwy­cał się kro­kiem nie­wiast zde­for­mo­wa­nym przez ob­ca­sy i plą­czą­ce się mię­dzy no­ga­mi dłu­gie suk­nie. Wzru­sza­ła go ich nie­pew­ność, bez­rad­ność, po­dat­ność na upad­ki.

Gdy to czy­ta­łam, by­łam star­sza od Andy, zna­łam moc na­zwi­ska Kon­wic­kie­go, mia­łam wdru­ko­wa­ne i inne „au­to­ry­te­ty”. By­łam stu­dent­ką i moja od­wa­ga nie była już z tych na­sto­let­nich, bez­kom­pro­mi­so­wych. Wkra­cza­łam w fazę, gdy od­wa­ga dziw­nie się roz­pusz­cza w roz­two­rze pa­triar­chal­nych prawd. Ale za­pa­mię­ta­łam to zda­nie.

Anda jest od­waż­na. Idę tuż za nią, za­glą­dam jej przez ra­mię. Cza­sem się boję, że od­da­li się zbyt­nio od ze­ga­ra, bo jak wte­dy wró­ci? Ale Czas nie zo­sta­wia Andy w spo­ko­ju, gdzie­kol­wiek się ru­szy, on za nią. A ja za nimi. I Ele­ono­ra.

Fa­scy­nu­je mnie zwią­zek Andy i Ele­ono­ry. Zwią­za­ne ze sobą od pierw­sze­go spoj­rze­nia, na­sto­lat­ka i ko­bie­ta. Uczen­ni­ca i mi­strzy­ni? Kto kogo uczy?

Na po­cząt­ku Anda, gdy spo­ty­ka Ele­ono­rę, jest w szo­ku. To oczy­wi­ste, jej krót­kie wło­sy ver­sus ciot­czy­ne an­gle­zy, spodnie trzy czwar­te, a tam po­du­cha na pu­pie i styl ro­dem od Vi­vien­ne We­stwo­od. Nie­mo­wa ze zdję­cia wy­po­wia­da się, w do­dat­ku au­to­ry­ta­tyw­nie. Ale ciot­ka Ele­ono­ra nie jest oczy­wi­sta, jej ciot­ko­wa­tość jest oksy­mo­ro­nem, a trój­kąt­na twarz wy­twor­ne­go kot­ka po­cią­ga za­rów­no męż­czyzn, jak i ko­bie­ty. Ele­ono­ra chce rzą­dzić Andą i jej cza­sem, wpi­su­jąc ją w swój, na­gle od­zy­ska­ny. Czy jej się to uda­je? Od­pu­ść­my de­ko­ra­cje z epo­ki, tu gor­set i ka­pe­lusz peł­nią funk­cję płasz­cza i szpa­dy. Istot­ne jest to, gdzie ko­bie­ta pro­wa­dzi na­sto­lat­kę. Po co za­bie­ra ją w kra­inę nie­gdy­siej­szych śnie­gów? Co chce jej po­ka­zać? To samo, co Kró­lo­wa Śnie­gu Ger­dzie?

Choć Ele­ono­ra jest star­sza (w po­wie­ści nie ma wie­ku) i po­zo­sta­je nie­zmien­nie pięk­na, to nie jest już na­sto­lat­ką. Z po­wo­du star­szeń­stwa wy­da­je się prze­zna­czo­na do peł­nie­nia roli prze­wod­nicz­ki. Tym­cza­sem po­rzą­dek się od­wra­ca – i to Anda do­świad­cza peł­ni ko­bie­co­ści.

[Przy­da­rzy­ła mi się ciot­ka Ele­ono­ra: że­la­zny uścisk drob­nej rącz­ki mia­ła ślicz­na sio­stra mo­je­go Taty. Jej uro­da, po­dob­nie jak Ele­ono­ry, nie zna upły­wu lat. Do­brze mieć pięk­ną ciot­kę, któ­rą moż­na się bez­kar­nie za­chwy­cać, bę­dąc dziew­czyn­ką. A po la­tach sama zo­ba­czy­łam wy­raz uwiel­bie­nia w oczach sied­mio­lat­ki, któ­rej po­mo­głam na­pi­sać jej pierw­szą książ­kę.]

Prrr, ale chro­no­lo­gicz­nie, jak nam każe ten brzu­cha­ty ze­gar, gdy Anda przy nim nie maj­dru­je.

Kie­dy wska­zów­ki ze­ga­ra pchnię­te ręką Andy co­fa­ją się o osiem­dzie­siąt lat za­miast o go­dzi­nę, dziew­czy­na zo­sta­je w tym sa­mym miej­scu. Zni­ka miesz­ka­nie, w któ­rym się wy­cho­wa­ła, bo osie­dle w war­szaw­skiej dziel­ni­cy Ra­ko­wiec było wów­czas uro­kli­wą wsią; wo­kół Andy roz­po­ście­ra­ją się upoj­ne ogro­dy peł­ne krą­żą­cych psz­czół, ster­czą­cych prę­ci­ków kwia­tów, pu­szy­stych płat­ków sfru­wa­ją­cych z gra­cją z ja­bło­ni. Kwia­tem w eks­ta­zie kwit­nie­nia jest ciot­ka Ele­ono­ra, któ­ra spły­wa mięk­ko z fo­to­gra­fii i sta­je obok Andy. Dziew­czy­na wzdy­cha; tam, w ogro­dzie, u boku prze­wod­nicz­ki, ma­ja­czą wro­ta ta­jem­ni­cy.

Ele­ono­ra po­da­je An­dzie cie­płą ro­tun­dę. Mię­ciut­kie, dłu­gie do stóp fu­tro za­kry­wa na­gość dziew­czy­ny, w tam­tych cza­sach nie­do­pusz­czal­ną (hal­ka, sta­nik i dłu­ga­we ga­lo­ty to nie ubra­nie). Że­la­zna ciot­czy­na rącz­ka ści­ska ra­mię Andy, słu­żą­cy prze­no­si dziew­czy­nę do po­wo­zu – żeby nie mu­sia­ła stą­pać po żwi­rze – co ją pe­szy, więc wierz­ga, ale Ele­ono­ra robi minę, sku­tecz­ną.

Jadą we dwie po­wo­zem, koła tur­ko­czą, ko­nie par­ska­ją. Zmierz­cha, la­tar­nie rzu­ca­ją nie­wy­raź­ne krę­gi na uli­cę, ciem­no jak w du­pie, a An­dzie nie wol­no na­wet kląć. Wra­że­nie cią­głe­go mro­ku bę­dzie jej to­wa­rzy­szyć przez czas po­by­tu w świe­cie ciot­ki Ele­ono­ry, któ­ry oka­że się swo­istym te­atrem cie­ni, te­atrem ka­bu­ki, bo for­my, ko­niecz­no­ści, for­my, ko­niecz­no­ści, ma­ski – ma­ski!… Stąd ten gor­set na ciot­ce. I jak się oka­zu­je, na An­dzie. No wła­śnie – Anda, któ­rą fisz­bi­ny nie­mi­ło­sier­nie piją, przez co le­d­wo może od­dy­chać, jesz­cze pod ro­tun­dą dys­kret­nie po­zby­wa się na­rzę­dzia tor­tur (po­wta­rzal­ność tor­tur w hi­sto­rii). Wy­su­wa dłoń przez okno – ciep! – gor­set się­ga bru­ku. Na­stęp­ne­go dnia gor­li­wy mło­dzie­niec od­nie­sie go wła­ści­ciel­ce, za­wsty­dza­jąc całą dzie­więt­na­sto­wiecz­ną ro­dzi­nę Andy, ale nie uprze­dzaj­my fak­tów.

Po­wóz sta­je na Mio­do­wej. Dziś mie­ści się tam szko­ła te­atral­na (ge­nius loci). Edu­ka­cja Andy po­zba­wio­na jest ele­men­tu pig­ma­lioń­stwa (Ele­ono­ra ma na tyle po­czu­cia ob­cia­chu, by nie za­ko­chać się we wła­snym dzie­le), jed­nak peł­na zgrzy­tów, ale co nas nie za­bi­je, to wzmoc­ni. Przed ma­tu­rą też wy­lą­do­wa­łam na Mio­do­wej, gdy roz­wa­ża­łam, czy nie zda­wać na te­atro­lo­gię. Ów­cze­sny dzie­kan wy­dzia­łu po­pa­trzył na mnie zza szkieł à la den­ka od bu­te­lek. „Pani chce tu zda­wać? – za­py­tał. – A wy­glą­da pani, jak­by była już po stu­diach”. By­łam rap­tem czte­ry lata star­sza od Andy (dziś my­ślę, że by­łam pra­wie ko­bie­tą, mie­rząc w ka­te­go­riach Si­mo­ne de Be­au­vo­ir: nikt się ko­bie­tą nie ro­dzi, tyl­ko się nią sta­je), dla­te­go opi­nię dzie­ka­na ode­bra­łam jako przy­ga­nę do zbyt doj­rza­łe­go wy­glą­du. Mnie, osiem­na­sto­lat­kę, oce­nił na dwu­dzie­sto­pa­ro­lat­kę, pchnął w ra­mio­na sta­ro­ści! Nie ma co, ze­psuł mi hu­mor na dłu­go. Dziś my­ślę, że to jed­nak ład­ne było. Star­sza, czy­li doj­rzal­sza, jak Ele­ono­ra.

Wróć­my na Mio­do­wą, gdzie Andę cze­ka pa­so­wa­nie na ko­bie­tę. Będą tam nad nią pra­co­wać, by nie szko­dzi­ła in­nym, do­pa­so­wy­wa­ła się do już ule­pio­nych ko­biet i męż­czyzn. Żeby wró­cić do sie­bie, do daw­nej, zbun­to­wa­nej Andy, bę­dzie po­trze­bo­wa­ła lat. Może ko­lej­ne­go kop­nię­cia bu­tem ja­kiejś sta­rej ram­ki, uwol­nie­nia ko­lej­nej po­sta­ci, któ­ra ją po­pro­wa­dzi. Gdzie? Może do wrót, któ­re za­ma­ja­czy­ły jej w ogro­dzie. W stro­nę praw­dzi­wej Andy. Może trze­ba bę­dzie ko­lej­nych osiem­dzie­się­ciu lat.

Ciot­ka Ele­ono­ra tre­su­je czter­na­sto­lat­kę do roli ko­bie­ty, pod­czas gdy sama bawi się po­zy­cją ko­bie­ty świa­do­mej sie­bie w sen­sie spo­łecz­nym i ero­tycz­nym. Prze­bie­ra się, jeź­dzi po­wo­za­mi, uwo­dzi, uwo­zi. Prze­bu­dze­nie doj­rza­łej ko­bie­ty – ona znów żyje! – Demi Mo­ore swo­jej epo­ki. Tym­cza­sem Anda, na­sto­lat­ka z krwi i ko­ści, opie­ra się tre­nin­go­wi spo­łecz­ne­mu, choć la­wi­nę wy­da­rzeń uru­cho­mi­ła po­zor­nie na wła­sne ży­cze­nie, co ty­po­we dla bo­ha­te­rów po­wie­ści opi­su­ją­cych doj­rze­wa­nie; uru­cho­mi­ła ją swo­im nie­po­słu­szeń­stwem i nie­sub­or­dy­na­cją, ce­cha­mi sta­no­wią­cy­mi o atrak­cyj­no­ści ta­kich po­sta­ci, jak Pip­pi, wcze­sna Ania z Zie­lo­ne­go Wzgó­rza czy Kosz­mar­ny Ka­ro­lek. Czy ciot­ka Ele­ono­ra peł­ni rolę taką, jak po­li­cjan­ci, któ­rzy wpa­dli do wil­li Pip­pi z żą­da­niem, by nie wy­wra­ca­ła po­rząd­ku świa­ta do góry no­ga­mi? A może Ele­ono­ra, chwy­ta­jąc Andę cien­ki­mi, oso­bli­wie moc­ny­mi pa­lusz­ka­mi, wsa­dza dziew­czy­nę w ram­ki, w któ­rych sa­mej jest jej pie­kiel­nie nie­wy­god­nie?

Spo­tka­ją się jesz­cze kil­ka razy. Z tym swo­im ci­chym śmiesz­kiem Ele­ono­ra wpa­ku­je naj­pierw Andę w rolę żony tłu­sta­we­go Ka­ro­la (czy tak bę­dzie wy­glą­dał Kosz­mar­ny Ka­ro­lek, gdy do­ro­śnie?), mat­ki czwór­ki roz­wrzesz­cza­nych dzie­cia­ków. Po­tem po­ka­rze ją lo­sem tak zwa­nej sta­rej pan­ny (trzy­dzie­sto­pię­cio­let­niej…). An­dzie żad­na z ról nie od­po­wia­da, wierz­ga, igra­jąc z Cza­sem, a Ele­ono­ra z wdzię­kiem prze­ku­wa tę nie­bez­piecz­ną za­ba­wę w zło­to, co się nie świe­ci, czy­li do­świad­cze­nia ży­cio­we. Anda, po­byw­szy w skó­rze mę­żat­ki, a po­tem sta­rej pan­ny, je­dy­nych moż­li­wych for­mach roz­wo­ju, ja­kie stwa­rza­ła ko­bie­cie tam­ta epo­ka – wra­ca z ulgą do świa­ta swo­ich tre­nin­gów.

Kim jest Ele­ono­ra? Czy jest Andy sprzy­mie­rzeń­cem? (Dla­cze­go nie mamy w pol­sz­czyź­nie for­my żeń­skiej sło­wa „sprzy­mie­rze­niec”?) Ciot­ka Ele­ono­ra nie prze­sta­je mnie fa­scy­no­wać – jej ta­jem­ni­czy wdzięk, ale i zło, gdy ni­czym tre­ser­ka ści­ska­ła ra­mię Andy, wpy­cha­ła ją w gor­set, z roz­trze­pa­ne­go dziec­ka ro­biąc picz­kę-za­sad­nicz­kę (po­dob­ną sku­tecz­no­ścią wy­ka­za­ła się Lucy Maud Mont­go­me­ry, któ­rej ty­tu­ło­wa bo­ha­ter­ka Ani z Zie­lo­ne­go Wzgó­rza – po­ry­wa­ją­ca dziew­czy­na – w ko­lej­nych to­mach zmie­nia się w prze­żu­wa­ją­cą ży­cie dok­to­ro­wą Gil­ber­to­wą Bly­the).

Na szczę­ście Ele­ono­ra jest w po­rząd­ku. Dba o Andę, swo­ją cio­tecz­ną pra­wnucz­kę, od­da­je, co do niej na­le­ży, cho­ciaż dziew­czy­na, tak jak i ja, nie do koń­ca jej ufa.

„Na pę­ka­tej ko­mód­ce, tej sa­mej z po­ko­ju na Ra­ko­wiec­kiej, ty­kał naj­spo­koj­niej w świe­cie por­ce­la­no­wy ze­gar, ma­lo­wa­ny w sen­ty­men­tal­ne kwiat­ki. A obok sta­ła we wdzięcz­nej po­zie ciot­ka Ele­ono­ra. Ubra­na była tak samo jak na tej swo­jej fo­to­gra­fii w zie­lo­nej plu­szo­wej ram­ce i uśmie­cha­ła się jak za­wsze – tro­chę za­lot­nie i tro­chę iro­nicz­nie. W smu­kłej dło­ni trzy­ma­ła świe­żą pą­so­wą różę.

– Ob­ra­zi­łaś mnie – szep­nę­ła z wy­rzu­tem. – Po­są­dzi­łaś o oszu­stwo!

– Nie wie­dzia­łam, że ze­gar jest tu – wy­ją­ka­ła za­sko­czo­na Anda.

– Jak wi­dzisz, moje dziec­ko.

– To… to zna­czy, że mogę, że mogę… – wy­ją­ka­ła Anda.

– Oczy­wi­ście! To zna­czy, że mo­żesz ro­bić z nim, co ze­chcesz. Jest te­raz twój, jest two­ją wła­sno­ścią”.

A więc ze­gar był za­wsze w po­bli­żu, tyl­ko Anda cią­gle się krę­ci­ła, la­ta­ła, bie­ga­ła, przez co stra­ci­ła go z oczu. I do­brze, trud­no się ru­szać ze wzro­kiem wle­pio­nym we wska­zów­ki. Dzię­ki temu ze­gar jest te­raz jej, tyl­ko Andy.

„A gdzie jest klu­czyk? – spy­ta­ła Anda, wy­cią­ga­jąc rękę do ciot­ki Ele­ono­ry.

– Oto klu­czyk – od­po­wie­dzia­ła ciot­ka. I po­da­ła jej różę, po czym, uno­sząc lek­ko fal­ba­nia­ste suk­nie, wsko­czy­ła zgrab­nie w ob­ra­mo­wa­nie zie­lo­nej plu­szo­wej ramy, któ­ra nie wia­do­mo skąd zna­la­zła się na­gle na ścia­nie. – Oto klucz – po­wtó­rzy­ła.

– Jak to? – krzyk­nę­ła Anda. – Prze­cież to jest róża!”

To nie ko­niec tej opo­wie­ści. Prze­glą­dam kart­ki mo­je­go eg­zem­pla­rza Pą­so­wej róży – są po­dra­pa­ne; tam, gdzie kil­ka­dzie­siąt lat temu koń­czy­łam czy­tać, ro­bi­łam rysy pa­znok­ciem, żeby wie­dzieć, gdzie znów za­cząć. Te śla­dy w mo­jej książ­ce to Czas. Znów za­czy­nam od po­cząt­ku. Tro­chę po śla­dach, a tro­chę nie.

KOBIECOŚĆ BEZ DATY WAŻNOŚCI(Pani na Puławach, Gabriela Pauszer-Klonowska)

Mo­gła być kró­lo­wą Pol­ski. Ale jej mąż nie był wy­star­cza­ją­co do­brym in­try­gan­tem, a ko­chan­ko­wi za­bra­kło cha­rak­te­ru; co praw­da kró­lem zo­stał, ale ko­ro­nę stra­cił.

Po­win­na być kró­lo­wą Pol­ski. Rzą­dzić, uczyć i go­spo­da­ro­wać tak, jak ro­bi­ła to w swo­ich wło­ściach. Pa­triot­ka, po­li­glot­ka; po­tra­fi­ła roz­ma­wiać i z fi­lo­zo­fem, i z wład­cą ab­so­lut­nym, i z chło­pem. Mą­dra, o sto­sun­ko­wo ni­skim wskaź­ni­ku ego­izmu, na co wska­zu­je jej umie­jęt­ność słu­cha­nia, em­pa­tia, była ide­al­ną kan­dy­dat­ką na świa­tłą wład­czy­nię.

Umie­ra­jąc w wie­ku dzie­więć­dzie­się­ciu lat, Iza­be­la Czar­to­ry­ska zo­sta­wia­ła­by Pol­skę le­piej wy­kształ­co­ną, mniej roz­pi­tą, być może w jed­nym ka­wał­ku. Wy­da­je się, że i z ca­ry­cą Ka­ta­rzy­ną po­ra­dzi­ła­by so­bie le­piej niż ko­cha­nek ro­syj­skiej wład­czy­ni – i Iza­be­li – Sta­ni­sław Po­nia­tow­ski, ostat­ni król Pol­ski, zwa­ny Cioł­kiem. Ale ko­biet na tro­ny nie wy­bie­ra­no (co naj­wy­żej po wy­bi­ciu w pień mę­skiej za­ło­gi). Mimo to uro­dzo­na w XVIII wie­ku Iza­be­la zro­bi­ła wszyst­ko, by nie przejść do hi­sto­rii wy­łącz­nie jako czy­jaś żona.

*

Iza­be­la stoi u bram Ar­ka­dii. Nie może się na­pa­trzeć na wi­dok roz­cią­ga­ją­cy się ze wzgór­ka: cha­ty otu­lo­ne ko­lo­ro­wy­mi ogro­da­mi, słoń­ce po­ły­sku­ją­ce w srebr­nych jak pstrą­gi stru­my­kach, tu i ów­dzie pió­ro fon­tan­ny. Krza­ki mają za­kaz prze­kra­cza­nia nada­nych im form, drób nie pstrzy grun­tu ku­pa­mi albo ktoś je zbie­ra, by pani tego przy­byt­ku, Elż­bie­ta Lu­bo­mir­ska, nie po­wa­la­ła so­bie suk­ni. Ar­ka­dia to jej sen­ty­men­tal­ne dzie­ło, wa­ria­cja ary­sto­krat­ki na te­mat pa­ste­recz­ki, ma­rze­nie o pro­stym ży­ciu, sim­ple life, Pa­ris Hil­ton do­ją­ca kro­wy w ogrod­nicz­kach Do­lce&Gab­ba­na.

Elż­bie­ta Lu­bo­mir­ska jest szwa­gier­ką Iza­be­li. Nie­na­wi­dzi jej, a Iza­be­la się jej boi, jak to w ro­dzi­nie. Ta ro­dzi­na na­zy­wa sie­bie Fa­mi­lią. W cza­sach tuż przed roz­bio­ra­mi Pol­ski okre­śle­nie to mo­gło bu­dzić za­ufa­nie i słusz­ny re­spekt, dziś brzmi jak lek­sy­kal­ny pro­to­typ Ro­dzi­ny – Priz­zich czy Cor­le­one. Fa­mi­lia Czar­to­ry­skich w osiem­na­stym wie­ku roz­cią­ga­ła mac­ki na całą Pol­skę, mał­żeń­stwa ary­sto­kra­tów aran­żo­wa­ne były czę­sto mię­dzy człon­ka­mi ro­dzi­ny z oba­wy przed uszczu­ple­niem ma­jąt­ku, dla­te­go pięt­na­sto­let­nia Iza­be­la lą­du­je na ślub­nym ko­bier­cu u boku wła­sne­go wuja. Jesz­cze nie ma peł­ne­go ob­ra­zu tego, czym jest Fa­mi­lia, mgli­ście orien­tu­je się, na czym po­le­ga­ją jej, Iza­be­li, wzglę­dem niej obo­wiąz­ki. Pol­ska jako idea też na ra­zie wy­da­je się nie­ostra. To wszyst­ko nie­ba­wem się zmie­ni, ale na ra­zie Iza­be­la ma pięt­na­ście lat, jest pra­wie łysa, a twarz ma ze­szpe­co­ną dzio­ba­mi, bo wła­śnie prze­szła ospę.

Wzgó­rek, na któ­rym stoi, na­zy­wa się Mon Co­te­au (po fran­cu­sku: „mój wzgó­rek”). Jest za­dba­ny, przy­strzy­żo­ny, gdzie­nieg­dzie „spon­ta­nicz­nie” za­pusz­czo­ny, ot, wzgó­rek praw­dzi­wej damy. Elż­bie­ta Lu­bo­mir­ska wy­da­ła masę pie­nię­dzy, by miej­sce uczy­nić siel­skim. Na­zwa Mon Co­te­au, ob­ra­ca­na przez wie­ki w mi­lio­nach pol­skich ust, zma­ce­ru­je się, by wyjść z nich w fi­nal­nej wer­sji Mo­ko­tów, któ­ra obo­wią­zu­je dziś, dwie­ście pięć­dzie­siąt lat póź­niej.

Skrót, geo­gra­ficz­ny i cza­so­wy: Iza­be­la stoi na wzgór­ku nie­da­le­ko miej­sca, gdzie wy­lą­do­wa­ła Anda, kie­dy prze­nio­sła się w cza­sie. Anda, bo­ha­ter­ka Go­dzi­ny pą­so­wej róży Ma­rii Krüger, prze­su­nę­ła nie­ostroż­nie wska­zów­ki ze­ga­ra – chcia­ła o go­dzi­nę, a wy­szło osiem­dzie­siąt lat – i tak zna­la­zła się w roku Pań­skim 1880. War­szaw­ska dziel­ni­ca Ra­ko­wiec, gdzie Anda się uro­dzi­ła i wy­cho­wa­ła, osiem­dzie­siąt lat wcze­śniej nie była blo­ko­wi­skiem, tyl­ko ogro­da­mi. Ra­ko­wiec to część Ocho­ty, są­siad­ki Mo­ko­to­wa – Mon Co­te­au. Gdy­by Anda cof­nę­ła ze­gar o ko­lej­ne sto lat, sta­nę­ła­by u boku Iza­be­li.

By­łam ró­wie­śnicz­ką Iza­be­li i Andy, gdy pierw­szy raz prze­czy­ta­łam książ­kę Pau­szer-Klo­now­skiej. Wy­grze­ba­łam ją na pół­ce u taty, w miesz­ka­niu na war­szaw­skim Mo­ko­to­wie. Za­nim prze­nie­śli­śmy się na Mon Co­te­au, miesz­ka­li­śmy na Ocho­cie, a ja przez Pole Mo­ko­tow­skie cho­dzi­łam do domu mo­jej bab­ci, któ­ra miesz­ka­ła na uli­cy Ra­ko­wiec­kiej. Cza­sem to­wa­rzy­szył mi nasz pies Kaj­tek, zna­ny w oko­li­cy je­ba­ka na krzy­wych no­gach, w któ­re­go ży­łach pły­nę­ła krew pe­kiń­czy­ka i czau-czau. Zęby wy­sta­wa­ły Kajt­ko­wi jak dia­błu ta­smań­skie­mu; w oko­li­cy nie było sucz­ki, któ­ra by mu się opar­ła (miał gra­na­to­wy ję­zyk).

Kaj­tek zgi­nął jak praw­dzi­wy ma­cho – po­gnał za ja­kąś sa­micz­ką, i tyle go wi­dzie­li­śmy. Przez kil­ka ty­go­dni bab­cia, mama i tata cho­dzi­li po Polu Mo­ko­tow­skim i go na­wo­ły­wa­li. Ko­cha­li­śmy Kajt­ka, cho­ciaż był jak pies din­go ze swo­im trud­nym cha­rak­te­rem i nie­moż­no­ścią „uło­że­nia”. Ko­cha­li­śmy go wła­śnie dla­te­go. Pła­ka­li­śmy po nim, ale ro­zu­mie­li­śmy Kajt­ko­wy zew wol­no­ści.

Zo­sta­ła po nim nie­uży­wa­na smycz. Kie­dy prze­nie­śli­śmy się z Ocho­ty na Mo­ko­tów, wy­cho­dzi­łam z nią cza­sem na dwór w na­dziei, że Kaj­tek wró­ci. Pod­czas jed­nej z tych wy­praw gdzieś mię­dzy Ra­kow­cem a Mo­ko­to­wem usły­sza­łam roz­mo­wę Iza­be­li i Andy. Tak ją za­pa­mię­ta­łam:

Na­sto­lat­ki 1760–1960

Oso­by:

ANDA – zbun­to­wa­na czter­na­sto­lat­ka,

IZA­BE­LA – pięt­na­sto­let­nia żona wła­sne­go wuja.

– Za mąż? W tym wie­ku?! Ale po co? – To Anda, nie­mal krzy­czy, grzyw­ka zsu­wa jej się na oczy.

Iza­be­la wy­cią­ga rękę, żeby od­su­nąć dziew­czy­nie ko­smyk z czo­ła, ale Anda się cofa. O nie, nie z nią czu­ło­ści! Iza­be­la nie po­ka­zu­je wzbu­rze­nia tym bra­kiem ma­nier, wi­docz­nie dziew­czy­na jest z gmi­nu, obce są jej idee sen­ty­men­ta­li­zmu, trze­ba uwa­żać, by nie oka­zać jej li­to­ści. Co zro­bić z for­mą „ty”? To, wbrew po­zo­rom, sta­no­wi pe­wien pro­blem dla na­sto­lat­ki z epo­ki ro­ko­ka.

– A ty, pani, mał­żon­ka jesz­cze nie masz? – ry­zy­ku­je, ba­da­jąc twarz ró­wie­śnicz­ki swo­imi uważ­ny­mi ocza­mi, w któ­rych od­bi­ja się wszyst­ko, w któ­rych każ­dy męż­czy­zna bę­dzie chciał się przej­rzeć, a każ­da ko­bie­ta zna­leźć zro­zu­mie­nie. Ale nie Anda!

– Zwa­rio­wa­łaś?! – woła nie­po­praw­na pan­ni­ca.

Sssyk! Iza­be­la otwie­ra wa­chlarz zbyt szyb­kim ru­chem, cho­wa za­ru­mie­nio­ne po­licz­ki. Twarz Andy też pło­nie, myśl o po­ślu­bie­niu ko­go­kol­wiek wzbu­dza w niej mdło­ści, bo co ze szko­łą, z tre­nin­ga­mi? Anda zo­sta­nie pły­wacz­ką, to jej ma­rze­nie, cel. A ta tu?

– Kim je­steś? – rzu­ca Anda.

– Hm – od­po­wia­da mło­dziut­ka ary­sto­krat­ka. – Księż­ną Ada­mo­wą Czar­to­ry­ską.

Woli nie ry­zy­ko­wać do­rzu­ce­nia przy­na­leż­nych Fa­mi­lii ty­tu­łów, spi­su ziem i tym po­dob­nych. Na­gle przy­cho­dzi jej do gło­wy dziw­na myśl: że to nie ma zna­cze­nia. Tu jest tyl­ko ona i ta dziw­na, po­zba­wio­na ma­nier dziew­czy­na. Po chwi­li myśl zni­ka, ale po­tem ca­łym swo­im dłu­gim ży­ciem księż­na Iza­be­la bę­dzie od­po­wia­da­ła na py­ta­nie Andy. Aż wy­ro­śnie po­nad na­zwi­sko męża, wyj­dzie z cie­nia Fa­mi­lii i za­świe­ci wła­snym bla­skiem.

*