Córki niczyje - Wilkie Collins - ebook
Opis

Wilkie Collins znany jest w Polsce z takich książek jak Kobieta w bieli, Kamień księżycowy czy Tajemnica pałacu w Wenecji.

Tym razem proponujemy Czytelnikom pierwsze polskie wydanie powieści Córki niczyje, jednego z najbardziej poczytnych i cenionych dzieł tego dziewiętnastowiecznego autora, uważanego za prekursora powieści sensacyjnej i detektywistycznej.

Po tragicznej śmierci obojga rodziców wiodące dotąd idylliczne życie Magdalen i Nora Vanstone odkrywają nagle, że urodziły się jako nieślubne dzieci i na własnej skórze przekonują się, co oznacza piętno społeczne. Pozbawione jakiegokolwiek spadku, wyrzucone z domu, w którym spędziły dzieciństwo, i odarte nawet z prawa do własnego nazwiska, muszą nauczyć się radzić sobie same. Zrównoważona Nora postanawia zostać guwernantką, ale jej dynamiczna i niezależna siostra Magdalen ma inny pomysł: zdecydowana za wszelką cenę odzyskać majątek rodziców i swoje dobre imię, planuje zemstę. W osiągnięciu celu mają jej pomóc niebanalna uroda i talent aktorski oraz niejaki kapitan Wragge – daleki krewny jej matki i zawodowy oszust.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1127

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


SCENA PIERWSZA COMBE-RAVEN, HRABSTWO SOMERSET

Rozdział I

Wskazówki stojącego zegara pokazywały wpół do siódmej. Miejscem wydarzeń była wiejska rezydencja na zachodzie hrabstwa Somerset zwana Combe-Raven. Zaczynał się czwarty dzień marca 1846 roku.

Zagadkowej, porannej ciszy panującej w holu i na schodach nie zakłócał żaden dźwięk poza tykaniem zegara i ciężkim chrapaniem wielkiego psa leżącego na słomiance przed drzwiami jadalni. Kim byli ukryci w wyższych partiach budynku i pogrążeni jeszcze we śnie domownicy? Pozwólmy, by dom sam odsłonił przed nami swoje tajemnice. I by jego mieszkańcy sami się ujawnili, gdy powstawszy wreszcie z łóżek, kolejno będą schodzili na dół.

Kiedy zegar wskazał za kwadrans siódmą, pies ocknął się ze snu i gwałtownie potrząsnął całym swoim cielskiem. Nie doczekawszy się lokaja, który zwykł wypuszczać je na zewnątrz, nieszczęsne stworzenie poczęło nerwowo krążyć po holu od jednych zamkniętych drzwi do drugich, by wreszcie w wielkiej konsternacji wrócić na swoją słomiankę i odwołać się do uczuć śpiącej rodziny za pomocą przeciągłego, żałosnego wycia.

Nim przebrzmiały ostatnie tony psiej skargi, gdzieś w wyższych rejonach rezydencji zaskrzypiały dębowe schody i po chwili w holu pojawiła się pierwsza przedstawicielka służby ze spłowiałym wełnianym szalem na ramionach – marcowy poranek był zimny, a kucharkę łączyła długa znajomość z reumatyzmem.

Nic sobie nie robiąc z powitalnych serdeczności psa, kobieta leniwie otworzyła drzwi wejściowe i wypuściła go na zewnątrz. Pogoda była tego ranka niespokojna. Słońce, które wschodziło nad rozległą połacią trawy i pogrążonym w mroku jodłowym laskiem, musiało przedzierać się poprzez kłęby szarych, strzępiastych chmur. Gdzieniegdzie z nieba spadały ciężkie krople deszczu, a rozdygotany marcowy wiatr omiatał narożniki domu i z mozołem kołysał mokrymi drzewami.

Wraz z wybiciem siódmej kolejne oznaki domowego życia poczęły pojawiać się z dużo większą częstotliwością.

Jako druga zeszła na dół pomoc domowa – wysoka, szczupła i ze stanem wiosennej temperatury malującym się czerwono na jej nosie. Po niej pojawiła się pokojówka – młoda, pulchna i sprawiająca wrażenie schludnej, choć zaspana. Następna była podkuchenna, która chorowała na nerwoból twarzy i nie czyniła ze swojego cierpienia żadnej tajemnicy. Na końcu ukazał się lokaj – ziewający ponuro i stanowiący żywy obraz człowieka przekonanego o tym, że został okradziony z należącego się mu nocnego wypoczynku.

Dyskusja służących, którzy zebrali się teraz przed jaśniejącym z wolna kuchennym kominkiem, dotyczyła pewnego świeżo minionego wydarzenia rodzinnego. Zapoczątkowało ją pytanie: czy lokaj Thomas miał okazję posłuchać choćby fragmentu koncertu, na który poprzedniego wieczoru udał się był do Clifton jego pan wraz z młodymi damami? Tak, Thomas mógł posłuchać koncertu, jako że wykupiono mu jedno z miejsc na tyłach sali. Było głośno i gorąco. Na afiszach koncert określano mianem „wielkiego”, ale czy warto było narażać się dla tego widowiska na niewygody i jechać szesnaście mil koleją, a potem o wpół do drugiej nad ranem wracać dziewiętnaście mil powozem? Tę kwestię lokaj pozostawiał ocenie swojego pana i młodych dam, choć jego zdaniem – stanowczo nie. Pomimo kolejno podejmowanych prób służące nie zdołały wydobyć z Thomasa już nic interesującego. Lokaj nie potrafił zanucić żadnej z usłyszanych pieśni i nie umiał opisać sukni żadnej z dam. Zawiedzione słuchaczki wkrótce zatem machnęły nań ręką i pozwoliły kuchennej rozmowie zejść na powszedniejsze tematy. Dyskusja toczyła się w najlepsze, dopóki zegar nie wybił ósmej. Wówczas to służący rozstali się w popłochu i ruszyli ku swoim porannym obowiązkom.

Przez następne dwa kwadranse nie wydarzyło się nic wartego odnotowania. Jednak o wpół do dziewiątej z którejś z położonych na piętrze sypialni poczęły dochodzić kolejne odgłosy życia i chwilę potem na schodach ukazał się pan Andrew Vanstone – właściciel domu.

Był to człowiek o wysokiej, tęgiej i wyprostowanej posturze, jaskrawoniebieskich oczach i zdrowej, rumianej cerze. Guziki brązowej pluszowej marynarki myśliwskiej zapięte miał niedbale i krzywo; wokół jego nóg kręcił się mały, rozszczekany terier szkocki, którego pan nie upomniał jednak ani słowem. Sunąc w dół schodów z jedną dłonią wciśniętą w kieszeń kamizelki, a drugą raźno postukując w poręcz balustrady, nucił pod nosem jakąś wesołą melodię. Pan Vanstone nie ukrywał przed nikim swojego pogodnego usposobienia. Ten przystojny dżentelmen był łatwym w obejściu, dobrodusznym i serdecznym człowiekiem – kroczącym po słonecznej stronie życia i życzącym sobie tylko jednego: by po tej samej stronie kroczyli też jego bliźni. Podług metryki miał już ponad pięćdziesiąt lat, lecz jego beztroskie usposobienie, umiejętność cieszenia się życiem i tężyzna fizyczna stawiały go w jednym rzędzie z większością mężczyzn, którzy przekroczyli dopiero trzydziesty rok życia.

– Thomasie! – zawołał pan Vanstone, zabierając ze stołu w holu swój stary filcowy kapelusz i grubą laskę. – Śniadanie dziś o dziesiątej. Nie sądzę, by po wczorajszym koncercie panny pojawiły się na dole wcześniej… À propos, jak podobał się wam ów koncert, Thomasie? Czy waszym zdaniem był „wielki”? Ani chybi… Jeden wielki łoskot urozmaicony tu i ówdzie wielkim hukiem… Wszystkie kobiety wystrojone jak papugi, upał zapierający dech w piersi, ogłuszająca paplanina i ścisk taki, że nie byłoby już gdzie szpilki wcisnąć. Tak, tak, Thomasie, „wielki” to właściwe słowo. Niestety nie można by powiedzieć tego samego o słowie „przyjemny”.

Podzieliwszy się tą opinią z lokajem, pan Vanstone zagwizdał na swojego teriera, machnął laską w stronę drzwi wejściowych, jak gdyby rzucając wesołe wyzwanie niepogodzie, po czym na przekór deszczowi i silnym podmuchom wiatru ruszył na swój codzienny poranny spacer.

Kiedy przesuwające się niepostrzeżenie po tarczy zegara wskazówki wskazały za dziesięć dziewiątą, na schodach pojawiła się kolejna mieszkanka domu. Była nią panna Garth, guwernantka.

Spostrzegawczy obserwator wnet domyśliłby się, że panna Garth pochodzi z północy kraju. Surowe rysy jej twarzy, męskie, zdecydowane ruchy, uczciwość bijąca zarówno z oczu, jak i z całej postaci – wszystko to dowodziło niezbicie, że urodziła się i wychowała na pograniczu. Choć liczyła sobie niewiele ponad czterdzieści lat, miała całkiem siwe włosy, które nakrywała czepkiem w rodzaju tych noszonych powszechnie przez staruszki. Jednak siwe włosy i staroświeckie nakrycie głowy doskonale harmonizowały z jej obliczem, bowiem to wyglądało na znacznie starsze niż w rzeczywistości było – przecinające je głębokie bruzdy musiały zostać wyżłobione przez bezwzględną rękę jakichś przykrych doświadczeń. Niewzruszony spokój, z jakim rozglądając się wokół, kroczyła w dół schodów, oraz emanująca z niej aura autorytetu zdradzały, że panna Garth nie należy do owego smutnego gatunku osamotnionych, znękanych i zniewolonych guwernantek. Bezspornie była to kobieta szanowana przez swoich chlebodawców i pozostająca z nimi w przyjacielskich stosunkach – kobieta, która byłaby skłonna kazać im pójść precz, gdyby ośmielili się traktować ją gorzej, niż na to zasługiwała.

– Śniadanie o dziesiątej? – powtórzyła panna Garth, gdy wezwany przez nią lokaj napomknął o dyspozycjach pana domu. – Ha! Zastanawiałam się, co też wyniknie z tego koncertu. Kiedy ludzie wiodący spokojny żywot na wsi decydują się nagle wziąć udział w jakiej publicznej rozrywce, ta w podziękowaniu na wiele dni stawia życie wszystkich domowników na głowie. Widzę, że wy, Thomasie, jesteście tego doskonałym przykładem – oczy macie czerwone niczym fretka, a wasz fular wygląda, jakbyście w nim spali… Czajnik proszę przynieść za kwadrans dziesiąta. A jeśli w ciągu dnia nie poczujecie się lepiej, przyjdźcie do mnie – dam wam jakieś lekarstwo.

Gdy Thomas się oddalił, panna Garth na nowo podjęła swój monolog:

– To zacny i pożyteczny młodzieniec, pod warunkiem, że zbyt wiele się od niego nie wymaga. Jednak nie na tyle silnego zdrowia, by dwudziestomilowa wyprawa na koncert mu nie zaszkodziła. Próbowali mnie namówić, bym ja też z nimi pojechała. Cóż za niedorzeczny pomysł!

Niebawem wybiła dziewiąta, ale nim na schodach rozległy się następne kroki, wskazówka zegara przesunęła się jeszcze o kolejne dwadzieścia minut. Wreszcie do holu zeszły dwie damy: pani Vanstone i jej starsza córka.

Gdyby jedynym zewnętrznym atutem pani Vanstone była w młodości typowa dla Angielek świetlistość cery, jej powierzchowność odarta byłaby już teraz z wszelkiego uroku. Jednak w młodszych latach pani Vanstone przewyższała urodą większość swoich rodaczek i wiele z jej ówczesnych zalet przetrwało do dziś. I choć upływał właśnie czterdziesty czwarty rok jej życia, choć los poddawał ją wielu próbom i pozwolił śmierci zabrać kilkoro z jej dzieci, choć wskutek owych nieszczęść nękana była później długimi atakami choroby – jej twarz, mimo że pozbawiona dawnej świeżości, nadal charakteryzowała się subtelną delikatnością rysów i szlachetnymi proporcjami. Idąca teraz u jej boku najstarsza córka była prawie niczym lustrzane odbicie pani Vanstone sprzed lat – jej głowę zdobiły gęste pukle ciemnych włosów (te na głowie matki, choć identyczne, z dnia na dzień stawały się bardziej siwe), a jej policzki pałały ciemną czerwienią (czerwień zdobiąca dawniej policzki pani Vanstone całkiem i bezpowrotnie już wyblakła). Licząca sobie dwadzieścia sześć lat panna Vanstone osiągnęła już pierwszą dojrzałość kobiety. Odziedziczywszy po matce majestatyczny charakter śniadej urody, nie odziedziczyła jednak całego jej uroku. Twarz młodej kobiety bardzo przypominała kształtem twarz matki, ale rysom jej brakowało delikatności, a proporcjom doskonałości. Nie dorównywała też matce wzrostem. I choć miała jej ciemnobrązowe oczy – duże, łagodne i świecące stałym blaskiem (który oczy pani Vanstone już straciły) – było w nich mniej wdzięku, mniej subtelności, mniej głębi. Ich wyraz był delikatny i niewieści, lecz jednocześnie spowijał je pewien cień powściągliwości, od którego spojrzenie matki było wolne.

Gdybyśmy ośmielili się przyjrzeć kwestii dziedziczności bliżej, czyż nie stwierdzilibyśmy, że moralna siła charakteru i duże zdolności intelektualne rodziców częstokroć w zagadkowy sposób giną w procesie przekazywania cech wewnętrznych potomstwu? I czy nie jest możliwym, że ta sama reguła dotyczy również – i to częściej niż skłonni bylibyśmy przyznać – cech zewnętrznych?

Matka i córka niespiesznie zeszły na dół. Ta pierwsza odziana była w ciemnobrązową suknię oraz barwny kaszmirowy szal, który spływał jej z ramion. Druga miała na sobie skromniejsze odzienie: czarną suknię z prostym kołnierzykiem, zwyczajnymi mankietami i gorsem ozdobionym pomarańczową tasiemką. Gdy przechodziły razem przez hol, a potem przestępowały próg pokoju śniadaniowego, panna Vanstone zatopiona była we wspomnieniach poprzedniego wieczoru.

– Jaka szkoda, że mama wczoraj z nami nie pojechała. A przecież od ubiegłego lata zdrowie i siły bardzo jej dopisują. Sama mama mówiła, że czuje się tak, jak gdyby ubyło jej wiele lat. Jestem pewna, że niewielki wysiłek by jej nie zaszkodził.

– Być może masz rację, moja droga. Uznałam jednak, że lepiej nie kusić losu.

– I bardzo słusznie – zauważyła panna Garth, która znalazła się właśnie w drzwiach pokoju śniadaniowego. – Proszę spojrzeć na Norę. (Dzień dobry, moja droga). Proszę tylko na nią spojrzeć: wygląda dziś jak cień człowieka. To żywy dowód na to, że pani i ja mądrze postąpiłyśmy, zostając w domu. Trujące wyziewy, zgniłe powietrze, późna pora – czego można było się spodziewać? Nora nie ma żelaznego zdrowia i teraz cierpi konsekwencje swojej nieroztropności. Nie, moja droga, nie zaprzeczaj. Dobrze widzę, że boli cię głowa.

Śniada, przystojna twarz Nory rozjaśniła się w uśmiechu, jednak tylko po to, by za chwilę na powrót zastygnąć w tak typowym dla siebie wyrazie chłodnej powściągliwości.

– Tylko troszkę. W każdym razie nie na tyle, bym żałowała swojej obecności na koncercie – odrzekła Nora, podchodząc do okna.

Za szybą rozciągał się widok na ogród i wybieg dla koni. Dalej płynął potok, a po jego drugiej stronie widać było kilka budynków gospodarczych oraz ujście skalistej, zalesionej przełęczy wdzierającej się pomiędzy zamykające horyzont wzgórza. Bliżej, wijąc się poprzez nierówności otwartego terenu, biegła droga, którą właśnie wracał ze swojego porannego spaceru pan Vanstone – jego rosłej sylwetki nie sposób byłoby teraz nie rozpoznać. Zauważywszy stojącą w oknie córkę, dżentelmen wesoło pomachał do niej laską, na co ona w odpowiedzi skinęła głową i machnęła dłonią – w sposób wdzięczny i ładny, choć nie bez pewnej dozy staroświeckiej ceremonialności, która do tak młodej kobiety zdawała się nie pasować i która nieprzyjemnie kontrastowała z bezpretensjonalnością ojcowskiego pozdrowienia.

Stojący w holu zegar wybił wreszcie godzinę dziesiątą, o której to porze miało zostać podane przesunięte w czasie śniadanie. Po upływie kolejnych pięciu minut gdzieś w górnych rejonach domu trzasnęły drzwi, zadźwięczał czyjś czysty, młody głos nucący radosną melodię i po schodach poniósł się lekki tupot nóg. Chwilę potem z mroku klatki schodowej wyłoniła się sylwetka młodszej z dwóch córek (i zarazem dwojga jedynych jego żyjących dzieci) pana Vanstone’a. Pokonawszy jednym susem trzy ostatnie stopnie dzielące ją od holu, dziewczyna wbiegła zadyszana do pokoju śniadaniowego, tym samym czyniąc krąg zgromadzonej w nim rodziny kompletnym.

Wskutek jednego z owych przedziwnych kaprysów natury, dla których nauka wciąż nie potrafi znaleźć wytłumaczenia, młodsza latorośl państwa Vanstone’ów nie przejawiała żadnego dostrzegalnego podobieństwa do któregokolwiek ze swoich rodziców. Skąd wziął się kolor jej włosów? W jaki sposób weszła w posiadanie swoich oczu? Podobne pytania zadawali sobie nieraz nawet wspomniani rodzice, jednak wszelkie próby znalezienia na nie odpowiedzi zawsze kończyły się niepowodzeniem.

Jej włosy miały ową czystą, jasnobrązową barwę, która odcieniem nie wpada ani w żółć, ani w len, ani też w rudość, i spotykana jest częściej w ptasim upierzeniu niźli na ludzkiej głowie. Mimo że były miękkie, bujne i spływały z jej niskiego czoła regularnymi falami, niektórym – poprzez swoją jednolitość koloru i całkowity brak połysku – jawiły się jako nijakie i pozbawione życia. Brwi i rzęsy dziewczyny były zaledwie o ton ciemniejsze od jej włosów i zdawały się specjalnie stworzone dla owego rodzaju fiołkowoniebieskich oczu, które rzucają największy urok wówczas, gdy współistnieją z jasną cerą. Lecz to właśnie tutaj następowało rozczarowanie: jej oczy – wbrew wszelkim oznakom – charakteryzowały się niestosownie jasnym, niemal bezbarwnym odcieniem szarości. Jednak ów odcień, mimo iż sam w sobie mało atrakcyjny, ma pewną rzadką właściwość, która rekompensuje wszelkie jego mankamenty – otóż nadaje on oczom zdolność wyrażania nawet najmniejszych drgnień na skali myśli swojego właściciela, najdrobniejszych zmian zachodzących w jego uczuciach, najdelikatniejszych niuansów skrywanych przez niego namiętności – zdolność, której oczy odznaczające się bardziej nasyconym kolorem nigdy nie posiądą.

Podczas gdy w górnej części twarzy panny Vanstone tak wiele przeczyło powszechnie uznawanym zasadom harmonii, w jej niższej części również można było dostrzec sporo kontrastów. Jej wargi miały prawdziwie kobiecą delikatność kształtu, a policzki uroczą krągłość i gładkość młodości. Jednak usta jej były nadmiernie duże i zbyt stanowcze w wyrazie, a broda – jak na kobietę, i do tego tak młodą – zanadto kwadratowa i wydatna. Jej cera charakteryzowała się tą samą monotonną jednolitością koloru, która cechowała jej włosy – była równomiernie jasnokremowa i tylko w chwilach wzmożonego wysiłku fizycznego lub niespodziewanego wzburzenia umysłowego na policzku dziewczyny można było ujrzeć ślad rumieńca. Jej oblicze – nie dość, że tak pełne fascynujących przeciwieństw – frapowało na dodatek swoją nadzwyczajną wyrazistością. Wielkie, elektryzujące oczy panny Vanstone bardzo rzadko zamierały w bezruchu, a wyraz jej plastycznej twarzy nieustannie ulegał przeobrażeniom – przeobrażeniom następującym po sobie w tempie tak zawrotnym, że każdy, kto spróbowałby poddać je jakiejś trzeźwej analizie, pozostałby w tym wyścigu daleko w tyle. Nieposkromiona żywotność dziewczyny emanowała z całej jej postaci. Jej wysoka sylwetka (młodsza panna Vanstone przewyższała wzrostem tak swoją siostrę, jak i każdą przeciętną kobietę) tchnęła zwierzęcą, sprężystą lekkością, a sposób, w jaki się poruszała, nieodparcie przywodził na myśl młodego kota. Jej figura była już tak doskonale rozwinięta, że żaden nieznajomy nie domyśliłby się, iż ma do czynienia z dziewczęciem zaledwie osiemnastoletnim – fizyczność panny Vanstone z racji jej doskonałego zdrowia zdążyła już rozkwitnąć pełną dojrzałością kobiety kilka lat starszej – a rozkwitła w sposób naturalny i niebudzący wątpliwości.

To właśnie w doskonałej kondycji zdrowotnej tkwiła niezwykła siła tego przedziwnego organizmu. Karkołomne tempo, z jakim dziewczyna zbiegała po schodach, zamaszystość jej ruchów, roziskrzone oczy, radość życia, którą podbijała serca swoich bliźnich, nawet jej bezwstydne upodobanie do jaskrawych kolorów (które tego ranka wyrażało się w formie wielobarwnej, pasiastej sukni, powiewających wokół niej wstążek i eleganckich pantofli przystrojonych szkarłatnymi różyczkami) – wszystko to miało swoje źródło w owym niewyczerpanym zdrowiu fizycznym, które naprężało każdy mięsień jej ciała, hartowało każdy jego nerw i sprawiało, że w jej żyłach – niczym w żyłach rosnącego dziecka – pulsowała młoda, ciepła krew.

Po wejściu do pokoju śniadaniowego panna Vanstone przywitana została wymówkami ze strony starszych domowników, których cierpliwość regularnie wystawiała na próbę swoim beztroskim stosunkiem do zasad punktualności. Posługując się ulubionym powiedzeniem panny Garth: Magdalen urodziła się z wszystkimi zmysłami poza zmysłem porządku.

Magdalen! Czyż nie jest to niezwykłe imię? A jednak nadane jej zostało w całkiem zwykłych okolicznościach: nosiła je jedna z sióstr pana Vanstone’a, która umarła we wczesnej młodości, i dżentelmen, chcąc uczcić jej pamięć, nazwał po niej swoją drugą córkę – tak jak starszą nazwał na cześć swojej żony. Magdalen! Czy to znakomite biblijne imię – pełne powagi i dostojeństwa i w pierwszej chwili przywodzące na myśl jego pierwotną posiadaczkę wraz z jej pokutniczym, pełnym samotności życiem – nie zostało przypadkiem nadane niewłaściwej osobie? A jakże: panna Vanstone, jak gdyby nie dość było jej wszystkich kontrastów widocznych w jej wyglądzie, zdołała na dodatek wykształcić w sobie charakter całkowicie sprzeczny z noszonym przez siebie imieniem!

– Znów spóźniona! – zauważyła pani Vanstone, gdy zadyszana córka pocałowała ją na powitanie.

– Znów spóźniona! – zawtórowała panna Garth, kiedy Magdalen skierowała się następnie w jej stronę. – A więc? – Bezceremonialnie ujęła dziewczynę za brodę i badawczo przyjrzała się jej twarzy, a na wpół drwiący, na wpół serdeczny charakter tego gestu zdradzał, że młodsza córka państwa, pomimo swoich wad, jest jej ulubienicą. – A więc? Jak wczorajszy koncert wpłynął na ciebie? Jakich cierpień ów hulaszczy, grzeszny wieczór przysporzył twojemu organizmowi?

– Jakich cierpień? – powtórzyła Magdalen, gdy już odzyskała oddech, a wraz z nim głos. – Nie mam pojęcia, co chce pani przez to powiedzieć. Jeżeli czymś zgrzeszyłam, to chyba tylko niebywale silnym zdrowiem. Cierpień – a to dopiero! Dziś wieczorem gotowa byłabym pojechać na następny koncert, jutro na bal, a pojutrze do teatru. Och! – zawołała, opadając na krzesło i w rozanieleniu krzyżując dłonie na stole. – Uwielbiam się dobrze bawić!

– No, no! Nie ma co do tego żadnych wątpliwości – rzekła panna Garth. – Pope musiał myśleć o tobie, gdy pisał swoje słynne słowa:

Męska natura czasem uciech szuka, czasem ich unika,

Lecz serce kobiety to w głębi zawsze serce rozpustnika1.

– Święta racja! – zawołał pan Vanstone, który wchodził właśnie w towarzystwie swoich psów do pokoju i usłyszał ostatnie słowa guwernantki. – Cóż, człowiek całe życie się uczy. Lecz jeśli to prawda, panno Garth, że z wszystkich was są takie rozpustnice, oznacza to, że tradycyjny porządek płciowy został wywrócony do góry nogami i mężczyznom niedługo nie pozostanie nic innego, jak siedzieć w domu i cerować pończochy… Ale zabierzmy się w końcu za śniadanie.

– Jak się papa dzisiaj czuje? – zapytała Magdalen, obejmując szyję pana Vanstone’a ruchem tak energicznym, jak gdyby ta należała do jakiegoś kudłatego nowofundlanda i została stworzona specjalnie do zabawy. – Nie ukrywam, należę do tych rozpustnic, o których wspomniała panna Garth, i chcę pojechać na kolejny koncert – albo do teatru, jeśli łaska… lub na bal… na jakiekolwiek wydarzenie towarzyskie, które posłuży mi jako pretekst do włożenia nowej sukni, pchnie mnie w tłum ludzi, rzuci na mnie morze światła i sprawi, że od stóp do głów przebiegnie mnie dreszcz podniecenia. Jestem gotowa na wszystko, co nie pozwoli nam pójść spać o jedenastej wieczorem.

Zalewany tym potokiem słów pan Vanstone słuchał spokojnie – niczym człowiek doskonale nawykły do tego typu powodzi.

– Gdybym mógł następnym razem wybrać rodzaj rozrywki – rzekł zacny dżentelmen – bardziej w smak byłoby mi pojechać do teatru. Dziewczynki bawiły się na koncercie znakomicie, moja droga – zwrócił się do żony. – Muszę przyznać, że lepiej ode mnie. Całe to widowisko przerosło moje możliwości. Zagrali co prawda tylko jeden utwór, ale co z tego, skoro trwał aż czterdzieści minut? Nawiasem mówiąc, w trakcie nastąpiły trzy pauzy i za każdym razem, gdy wszyscy myśleliśmy, że to już koniec, i ogromnie z tego radzi zaczynaliśmy żywo klaskać, ku naszej rozpaczy łomot rozlegał się na nowo i trzeba nam było słuchać dalej. Noro, moja droga, jak zwą ten podzielony na trzy części harmider?

– To była symfonia, papo – odrzekła Nora.

– Tak, ty okropny barbarzyńco, symfonia Beethovena! – potwierdziła Magdalen. – Jak może papa mówić, że mu się nie podobało? Czy zapomniał już papa tę Azjatkę o niemożliwym do wymówienia nazwisku? I to, jak zabawnie wykrzywiała twarz w trakcie śpiewu? I jak dygała i dygała w nieskończoność, dopóki nie udało jej się nakłonić durnej publiczności do domagania się bisu? Niech mama popatrzy! Proszę popatrzeć, panno Garth!

Chwyciwszy ze stołu pusty talerz, który miał wyobrażać partyturę, wyciągnęła go przed siebie i odegrała tak akuratną parodię grymasów i dygnięć nieszczęsnej śpiewaczki, że ojciec jej zaniósł się gromkim śmiechem. Nawet lokaj (który pojawił się właśnie z pocztą) zmuszony był wyjść pospiesznie z powrotem za drzwi, zza których zaraz dobiegł jego wielce niestosowny, głośny chichot.

– Przyniesiono pocztę, papo. Potrzebuję klucza – powiedziała Magdalen, gładko przechodząc od swojego występu przy stole śniadaniowym do leżącej na kredensie torby z listami. Jej sposób bycia zawsze cechował się ową płynną raptownością.

Przeszukawszy wszystkie swoje kieszenie, pan Vanstone pokręcił głową. Choć młodsza córka prawdopodobnie nie przypominała go pod żadnym innym względem, łatwo można było się domyślić, po kim odziedziczyła swoją niefrasobliwość.

– Musiałem zostawić go w bibliotece wraz z innymi kluczami – rzekł dżentelmen. – Pójdź go poszukać, kochana.

– Mój drogi, doprawdy powinieneś być bardziej stanowczy wobec Magdalen – zwróciła się pani Vanstone do męża, kiedy ich córka znalazła się już za drzwiami. – Z dnia na dzień utwierdza się w tym swoim okropnym nawyku przedrzeźniania innych, a bezceremonialność, z jaką się do ciebie odnosi, jest iście wstrząsająca.

– Od dawna do znudzenia to powtarzam – wtrąciła panna Garth. – Magdalen traktuje pana Vanstone’a niczym swojego młodszego brata.

– Papa zawsze jest dla nas taki dobry. I to właśnie owa dobroć nakazuje mu pobłażliwie podchodzić do wesołych nastrojów Magdalen, czy nie mam racji? – odezwała się małomówna Nora, biorąc stronę swojego ojca i siostry. Ton jej głosu sprawiał wrażenie tak mało stanowczego, że tylko bardzo bystry obserwator zdołałby się w owej chwili domyślić, jak silny drzemie w niej charakter.

– Dziękuję ci, moja droga – odrzekł dobroduszny pan Vanstone. – Jestem ci niewypowiedzianie wdzięczny za tę krótką mowę obrończą. Co do Magdalen – w tym miejscu dżentelmen zwrócił się do swojej żony i panny Garth – pamiętajmy, że jest jeszcze jak młoda, nieujeżdżona klacz, której należy pozwolić brykać i wierzgać na padoku. Nie ma pośpiechu – do chodzenia w uprzęży zdąży się przyzwyczaić, gdy będzie trochę starsza.

W tym miejscu drzwi się otworzyły i do pokoju wróciła Magdalen z kluczem w dłoni. Podszedłszy do kredensu, na którym leżała torba z pocztą, otworzyła ją i wesoło wysypała na blat jej zawartość. Po odpowiednim posortowaniu listów zbliżyła się do stołu i ze sprawnością, jakiej nie powstydziłby się londyński listonosz, rozdała je domownikom.

– Dwa do Nory… – zakomunikowała, zaczynając od siostry – trzy do panny Garth... żadnego do mamy… jeden do mnie… a pozostałych sześć do papy… Och, nie znosi papa odpowiadać na listy, prawda, leniuszku? – ciągnęła Magdalen, przestając odgrywać listonosza i na nowo wchodząc w rolę córki. – Jakże będzie papa sarkał i wiercił się w swoim gabinecie i przeklinał ten wynalazek, jakim jest poczta! I niezadowolenie sprawi, że czubek jego łysiny stanie się całkiem czerwony! A i tak ostatecznie pisanie swoich listów odłoży papa do jutra… Otwarto już teatr „Bristol”, papo – szepnęła nagle ojcu do ucha, a twarz jej przybrała chytry wyraz. – Wyczytałam to w gazecie, kiedy poszłam do biblioteki poszukać klucza. Proszę, pojedźmy jutro wieczór!

Pośród tego wydobywającego się z ust córki świergotu pan Vanstone machinalnie przeglądał swoje listy. Rzuciwszy okiem na adresy nadawców czterech pierwszych, dotarł do piątego. Jego uwagę, dotąd w głównej mierze skierowaną ku Magdalen, niespodzianie przykuł widniejący na kopercie stempel pocztowy.

Magdalen, pochylona nad ojcem i z dłonią na jego ramieniu, zobaczyła ów stempel równie wyraźnie co on: Nowy Orlean.

– To list z Ameryki! – zawołała. – Czy ma papa jakiegoś znajomego w Nowym Orleanie?

Na dźwięk tych słów pani Vanstone drgnęła i z przejęciem spojrzała na męża.

Pan Vanstone nic nie odpowiedział, tylko spokojnie zdjął dłoń córki ze swojego karku, jak gdyby chciał dać do zrozumienia, że nie życzy sobie, by mu teraz przeszkadzano. Magdalen udała się zatem na swoje miejsce przy stole, podczas gdy ojciec jej, trzymając list w ręku, zwlekał z jego otwarciem. Wyczekujące napięcie, z jakim pani Vanstone wpatrywała się w męża, zwróciło uwagę zarówno panny Garth, jak i obu sióstr.

Po jakiejś minucie wahania pan Vanstone rozpieczętował wreszcie tajemniczy list. Skoro tylko zaczął czytać, jego policzki pobladły, przybierając brunatnożółty odcień (który w przypadku człowieka mniej rumianego byłby popielatą bladością) i całe jego oblicze w jednej chwili okryło się cieniem smutku i przygnębienia. Nora i Magdalen, przyglądając się ojcu z niepokojem, nie dostrzegły nic poza zmianą, która w nim zaszła. Tylko panna Garth zauważyła, jak reakcja męża wpłynęła na panią domu. Co zaskakujące, pani Vanstone sprawiała wrażenie raczej podekscytowanej niż wystraszonej – jej twarz pokryła się delikatnym rumieńcem, oczy się rozjaśniły, a dłoń poczęła z niespotykaną energią mieszać herbatę w filiżance.

To naturalnie Magdalen – zgodnie ze swoją rolą najzuchwalszego dziecka w rodzinie – przerwała milczenie.

– Czy otrzymał papa jakieś złe wieści? – zapytała.

– Nie – odparł pan Vanstone szorstkim tonem, nie podnosząc na nią wzroku.

– Ależ jestem pewna, że w owym liście z Ameryki wyczytał papa jakąś złą nowinę – nie dawała za wygraną.

– W treści tego listu nie ma nic, co dotyczyłoby ciebie – odrzekł pan Vanstone.

Magdalen, która nigdy dotąd nie została potraktowana przez ojca w podobnie nieuprzejmy sposób, spojrzała nań z wyrazem tak ogromnego niedowierzania na twarzy, że w mniej poważnych okolicznościach wywołałaby tym ogólne rozbawienie.

Nikt już niczego nie powiedział i po raz pierwszy w swojej historii członkowie tej rodziny siedzieli przy stole pośród krępującej ciszy. Pana Vanstone’a opuścił apetyt – tak samo jak opuścił go jego poranny wesoły nastrój. Dżentelmen w zamyśleniu ułamał sobie jedynie kilka kawałków suchego tostu, w roztargnieniu dopił swoją pierwszą filiżankę herbaty, po czym poprosił o drugą, choć tej już w ogóle nie tknął.

– Noro – odezwał się wreszcie – nie musisz na mnie czekać. Magdalen, moja droga, możesz wstać od stołu, gdy tylko będziesz chciała.

Córki państwa natychmiast się podniosły, a taktowna panna Garth poszła za ich przykładem. Kiedy łagodnie usposobiony pan domu postanawia nagle zaznaczyć swój autorytet, jego wola od razu – wskutek niezwykłości owego zjawiska – staje się dla domowników prawem.

– Co takiego mogło się wydarzyć? – wyszeptała Nora, gdy wszystkie trzy, zamknąwszy za sobą drzwi pokoju śniadaniowego, ruszyły przez hol.

– Co to wszystko może znaczyć? Dlaczego papa był zły na mnie? – zawołała w rozdrażnieniu Magdalen, cierpiąc od ran, które w swoim mniemaniu odniosła.

– Czy mogę zapytać, jakim prawem próbowałaś się wtrącać w prywatne sprawy swojego ojca? – zapytała surowo panna Garth.

– Jakim prawem? – powtórzyła Magdalen. – Sama nie mam przed papą żadnych tajemnic, więc i papa nie powinien niczego przede mną ukrywać. Uważam, że zostałam znieważona.

– Miałabyś odrobinę więcej słuszności, gdybyś uważała, że zostałaś zasadnie zganiona za nadmierną ciekawość – powiedziała bezceremonialnie panna Garth. – Ach! Jesteś jak cała reszta współczesnych dziewcząt, z których nawet jedna na sto nie wie, gdzie ma czubek głowy, a gdzie pięty…

Nasze trzy damy przestąpiły właśnie próg porannego saloniku i Magdalen podziękowała pannie Garth za słowa napomnienia trzaśnięciem drzwi.

Upłynęło całe pół godziny, lecz pan Vanstone i jego małżonka w dalszym ciągu przebywali w pokoju śniadaniowym. Nieświadomy niczego służący wszedł do środka, by posprzątać ze stołu, a gdy ujrzał tam swojego pana i panią – siedzących tuż obok siebie i żywo nad czymś radzących – natychmiast wyszedł. Nim poufna dyskusja męża i żony dobiegła końca i drzwi pokoju śniadaniowego nareszcie się otworzyły, minął kolejny kwadrans.

– Słyszę w holu kroki mamy – zauważyła Nora. – Być może przyjdzie tutaj, by nam o czymś powiedzieć.

Ledwie skończyła mówić te słowa, w saloniku pojawiła się pani Vanstone. Policzki miała jeszcze bardziej zarumienione niż przedtem, jej oczy połyskiwały na wpół wyschniętymi łzami, a ruchy jej były dużo szybsze niż zazwyczaj.

– Moje drogie, przychodzę z nowiną, która z pewnością was zaskoczy – zwróciła się do córek. – Wasz ojciec i ja udajemy się jutro do Londynu.

Zaniemówiwszy ze zdumienia, Magdalen chwyciła matkę za rękę. Panna Garth upuściła na kolana swoją robótkę. Nawet stateczna Nora zerwała się na równe nogi i powtórzyła w oszołomieniu:

– Do Londynu!

– Bez nas? – dorzuciła Magdalen.

– Wybieramy się tam z waszym ojcem sami – zakomunikowała pani Vanstone. – Być może aż na trzy tygodnie, ale nie dłużej. Wybieramy się tam po to, by… – w tym miejscu dama zawahała się – wybieramy się tam po to, by uregulować pewną kwestię rodzinną. Puść mnie, Magdalen. Ta konieczność spadła na nas tak nagle… Czeka mnie dziś tyle zajęć, tyle spraw muszę uporządkować przed jutrzejszym wyjazdem… Już dobrze, kochana, puść mnie.

Pani Vanstone uwolniła się z uścisku młodszej córki, ucałowała ją pospiesznie w czoło i od razu wyszła. Nawet Magdalen zrozumiała, że na nic zdadzą się próby nakłonienia matki do tego, by odpowiedziała na kolejne pytania.

Czas płynął, ale pan Vanstone ani razu się nie pokazał. Magdalen, ulegając właściwej swojemu wiekowi i charakterowi lekkomyślnej ciekawości i nic sobie nie robiąc z zakazów panny Garth i przestróg swojej siostry, udała się do gabinetu, gdzie spodziewała się zastać ojca. Kiedy jednak znalazłszy się przed drzwiami, nacisnęła klamkę, okazało się, że te są zaryglowane.

– To tylko ja, papo – powiedziała.

– Jestem teraz zajęty, moja droga – brzmiała odpowiedź. – Nie przeszkadzaj mi, proszę.

Pani Vanstone – na swój własny sposób równie niedostępna – przebywała w swojej sypialni, gdzie w otoczeniu służby czyniła niekończące się przygotowania do wyjazdu. Zdezorientowane służące – nienawykłe w tym domu do podejmowanych z nagła decyzji i wydawanych znienacka dyspozycji – z trudem radziły sobie z wykonywaniem poleceń i bezładnie biegały z pokoju do pokoju, potrącając się nawzajem na schodach. Gdyby ktoś obcy przestąpił wówczas próg tego domu, niechybnie doszedłby do wniosku, że doszło w nim do jakiejś nieprzewidzianej katastrofy. Owego dnia nic w Combe-Raven nie toczyło się swoim powszednim torem. Magdalen, która miała zwyczaj spędzać poranne godziny przy fortepianie, teraz nie mogła znaleźć sobie miejsca i błąkała się bez celu po korytarzach rezydencji, od czasu do czasu wychodząc – jeśli pogoda za oknem na to pozwalała – z domu, lecz tylko po to, by zaraz znów do niego wrócić. Słynąca w rodzinie ze swojego zamiłowania do lektury Nora, rozpaczliwie próbując zająć czymś swoją uwagę, krążyła pomiędzy regałami i stołami i co rusz brała do ręki jakąś książkę, którą jednak po chwili odkładała z powrotem na swoje miejsce.

Nawet panna Garth znalazła się pod wszechogarniającym wpływem owego domowego rozprężenia i siedząc samotnie w porannym saloniku przy kominku, kręciła złowieszczo głową, podczas gdy jej robótka leżała obok całkiem zapomniana. „Kwestia rodzinna?” – dumała nad wymijającymi słowami pani Vanstone. „Jestem w Combe-Raven już dwanaście lat i w ciągu całego tego okresu nawet raz nie zdarzyło się, by pomiędzy państwem a ich dziećmi stanęła jakaś kwestia rodzinna. Cóż to może oznaczać? Czyżby czekały nas jakieś zmiany? Być może się starzeję, ale ta ewentualność mi się nie podoba”.

1 Alexander Pope, „List do damy”.

Rozdział 2

Nazajutrz rano o dziesiątej Nora i Magdalen stały samotnie w holu rezydencji Combe-Raven, podążając wzrokiem za oddalającym się powozem, który zabierał ich ojca i matkę na pociąg do Londynu.

Do ostatniej chwili obydwie siostry miały nadzieję, że ktoś udzieli im jakiegoś wyjaśnienia w kwestii tamtej tajemniczej rodzinnej sprawy, o której poprzedniego dnia pokrótce wspomniała pani Vanstone. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Nawet emocje towarzyszące rozstaniu – rozstaniu będącemu okolicznością zupełnie nową tak dla rodziców, jak i dzieci – nie zdołały skłonić tych pierwszych do wyzbycia się owej niezrozumiałej tajemniczości. Pożegnanie odbyło się pośród najserdeczniejszych słów i wielokrotnie powtarzanych, gorących uścisków, ale od początku do końca z ust żadnego z rodziców nie padło nic, co choć w najmniejszym stopniu zdradziłoby cel ich podróży.

Kiedy powóz zniknął za zakrętem i chrzęst jego kół ucichł, siostry spojrzały sobie nawzajem w oczy w obustronnym przygnębiającym poczuciu, że oto po raz pierwszy matka i ojciec wykluczyli je z kręgu swojego zaufania. Zawsze powściągliwa Nora stała się jeszcze bardziej niedostępna i milcząca. Usiadłszy ze zmarszczonym czołem na jednym ze stojących w holu krzeseł, zapatrzyła się w otwarte drzwi wejściowe. Magdalen – tak jak to miała w swoim zwyczaju – otwarcie dała upust swojemu niezadowoleniu.

– Nie dbam o to, kto mnie usłyszy! Uważam, że potraktowano nas haniebnie!

Idąc za przykładem Nory, opadła na krzesło i wbiła wzrok w rozciągający się za otwartymi drzwiami krajobraz.

Niemal w tym samym momencie z pokoju śniadaniowego wyłoniła się panna Garth. Wystarczyło jej rzucić na siostry jedno szybkie spojrzenie, by zrozumieć, że konieczna jest interwencja. Rozsądek od razu podpowiedział jej, co robić.

– Popatrzcie na mnie, proszę, i posłuchajcie – rzekła. – Jeśli teraz, kiedy zostałyśmy same, nie chcemy popaść w przygnębienie, nie wolno nam rezygnować z naszych starych przyzwyczajeń i musimy żyć tak jak dotychczas. Jak to mówią Francuzi: „Trzeba brać rzeczy, jak idą”. Spójrzcie na mnie: właśnie poleciłam, by o zwykłej porze podano znakomitą kolację, a teraz idę do apteczki po lekarstwo dla podkuchennej – biedna dziewczyna… jej nerwoból zaatakował żołądek. Tymczasem ty, droga Noro, swoją robótkę i książki znajdziesz tam gdzie zawsze, czyli w bibliotece. Magdalen, może zamiast wiązać supły na chustce, użyłabyś swoich palców do gry na fortepianie? Lunch zjemy o pierwszej, a po nim wyjdziemy na spacer z psami. Nie pozwólcie, by opuściła was pogoda ducha, bierzcie przykład ze mnie i zajmijcie się czymś. Dalejże, wstawajcie natychmiast. Jeżeli z waszych twarzy za chwilę nie znikną te ponure miny, powiadam wam: jak nazywam się Garth, zostawię waszej matce pisemną rezygnację i pociągiem dwunasta czterdzieści wrócę w swoje rodzinne strony.

Po tej stanowczej przemowie guwernantka zaprowadziła Norę do biblioteki, zaciągnęła Magdalen do porannego saloniku, a następnie sama udała się w okolice szafki z lekarstwami.

To właśnie w ten na wpół żartobliwy, na wpół poważny sposób panna Garth – po tym, jak jej właściwe obowiązki wychowawcze naturalną koleją rzeczy dobiegły końca – utrzymywała nad córkami pana Vanstone’a rodzaj przyjacielskiego autorytetu.

Choć Nora od dawna nie była jej uczennicą i choć Magdalen także zdążyła już zakończyć swoją edukację, panna Garth zbyt długo mieszkała pod dachem pana Vanstone’a i pozostawała z jego rodziną w zbyt zażyłych stosunkach, by mogła tak po prostu wyjechać. Kiedy raz, kierowana poczuciem obowiązku, napomknęła o rozstaniu, jej pomysł spotkał się z tak gwałtownym i tak serdecznym sprzeciwem ze strony domowników, że nigdy już nie wracała do tego tematu, chyba że w żartach. Od tamtej pory oficjalnie sprawowała zwierzchnictwo nad wszelkimi sprawami związanymi z prowadzeniem domu, a swoje nowe obowiązki, według własnego uznania, urozmaicała niekiedy takimi zajęciami jak pomoc Norze w wyborze lektury czy przyjacielski nadzór nad ćwiczeniami muzycznymi Magdalen. Oto jaką funkcję pełniła obecnie panna Garth w rodzinie pana Vanstone’a.

*

Wraz z nastaniem południa pogoda zaczęła się poprawiać, a o wpół do drugiej słońce świeciło już mocnym blaskiem i wszystkie trzy damy wyruszyły wraz z psami na spacer.

Przeprawiwszy się na drugą stronę potoku, podążyły niewielką skalistą przełęczą ku wznoszącemu się dalej wzgórzu, po czym skręciły w lewo, by gościńcem prowadzącym przez wioskę Combe-Raven wrócić do domu.

Kiedy w zasięgu ich wzroku pojawiły się pierwsze wiejskie chaty, napotkały niewysokiego, odzianego na czarno osobnika, który błąkał się po drodze bez żadnego wyraźnego celu i uważnie przyjrzał się mijającym go Magdalen i Norze. Nigdy wcześniej go nie widziały i następny odcinek gościńca przebyły, nie poświęcając mu żadnej myśli.

Znajdowały się już po drugiej stronie wioski, na drodze prowadzącej prosto do rezydencji, kiedy Magdalen ku zaskoczeniu panny Garth oznajmiła, że czarno odziany jegomość zawrócił i teraz podąża za nimi.

– Idzie po tej samej stronie drogi co Nora – dodała szelmowskim tonem. – To nie ja go przyciągam, więc proszę mnie nie winić.

Nawet jeśli mężczyzna szedł za nimi nie przez przypadek, nie miało to już żadnego znaczenia, bowiem zbliżały się właśnie do bramy majątku. Przestępując ją, panna Garth obejrzała się za siebie i dostrzegła, że nieznajomy przyspieszył kroku – zupełnie jak gdyby pragnął nawiązać z nimi rozmowę. Od razu poleciła dziewczętom wrócić z psami do domu, dodając, że sama zaczeka przy bramie, by zobaczyć, jak rozwinie się sytuacja.

Ledwie zdążyła wydać to dyskretne polecenie, mężczyzna znalazł się na wysokości stróżówki. Guwernantka odwróciła się ku niemu, a on grzecznie uchylił kapelusza. Na pierwszy rzut oka wyglądał niczym duchowny w tarapatach.

Gdyby ktoś zechciał namalować portret całej jego postaci, musiałby zacząć od wieńczącego jego głowę cylindra przewiązanego opaską żałobną z gniecionej krepy. Pod owym cylindrem widniała pociągła, szczupła twarz o ziemistej cerze – twarz, na której ospa pozostawiła głębokie blizny i którą wyróżniała para oczu o dwóch odmiennych kolorach: jedno było złotozielone, a drugie złotobrązowe, przy czym obydwoje charakteryzowało się nader inteligentnym wejrzeniem. Szare niczym żelazo włosy mężczyzny zaczesane zostały na bok w taki sposób, że nie przysłaniały jego skroni. Policzki jego i broda były gładko ogolone, nos miał krótki, rzymski, a kąciki jego szerokich, giętkich ust unosiły się łagodnie w żartobliwym uśmiechu. Pod szyją zawiązany miał wysoko sztywny biały fular, a na wysokości jego brody sterczały rogi równie sztywnego białego kołnierza. Poniżej zgrabną, drobną sylwetkę nieznajomego okrywało przyzwoite, choć nieco podniszczone czarne odzienie. Zapięty ciasno w pasie surdut rozchylał się na wysokości klatki piersiowej, majestatycznie ją uwydatniając. Dłonie mężczyzny osłonięte były czarnymi bawełnianymi rękawiczkami, których palce ktoś schludnie zacerował. Trzymany przez niego parasol, mimo że okucie zdarte miał do granic możliwości, został starannie zabezpieczony nieprzemakalnym pokrowcem. Twarz mężczyzny zdawała się w nim najstarsza i kierując się jej wyglądem, można by dojść do wniosku, że nieznajomy liczy sobie pięćdziesiąt lat lub więcej. Jednak jego plecy i ramiona sprawiały wrażenie tak młodych, że gdyby spojrzeć nań tylko od tyłu, z łatwością uszedłby za człowieka ledwie trzydziestopięcioletniego. Jego zachowanie charakteryzował rodzaj podniosłego spokoju. Kiedy otwierał usta, wydobywający się z nich głos był dźwięczny i głęboki. Sposób, w jaki mężczyzna się wypowiadał, mógł się wydawać przesadnie ozdobny i zdradzał jego upodobanie do słów składających się z większej liczby sylab. Z jego wygiętych w delikatnym uśmiechu warg sączyła się elokwencja, a z całej jego postaci – pomimo okrywającego ją sfatygowanego ubrania – emanowało światło wrodzonej kurtuazji.

– Mniemam, że to rezydencja pana Vanstone’a? – zaczął, wykonując okrągły gest w kierunku budynku. – Czy mam zaszczyt ze współmieszkanką jego domu?

– Owszem – odparła panna Garth w typowy dla siebie, prostolinijny sposób. – Rozmawia pan z guwernantką państwa Vanstone’ów.

Krasomówca uczynił krok do tyłu, z uznaniem przyjrzał się guwernantce pana Vanstone’a, po czym dał krok do przodu i znów przemówił:

– A dwie młode damy, które pani towarzyszyły, to niewątpliwie córki pana Vanstone’a? Tę ciemnowłosą i, jak się domyślam, starszą rozpoznałem dzięki podobieństwu, które łączy ją z jej piękną matką. Młodsza z panien…

– A więc jest pan znajomym pana Vanstone’a? – zapytała panna Garth, przerywając potok jego słów; potok, który jej zdaniem zaczynał płynąć w sposób nazbyt swobodny.

Mężczyzna odpowiedział na ów przejaw zniecierpliwienia z jej strony grzecznym ukłonem, po czym jak gdyby nigdy nic ciągnął:

– Młodsza z panien musi bardziej przypominać ojca? Trzeba przyznać, że jej twarz wywarła na mnie wielkie wrażenie. Przyglądając się jej z pełną ciekawości życzliwością, jaką żywię wobec tej rodziny, pomyślałem sobie, że jej oblicze jest nietuzinkowe. Powiedziałem sobie w duchu: urokliwa, osobliwa i zapadająca w pamięć uroda. I tak niepodobna do urody jej siostry i matki. Bez wątpienia młodsza panna jest żywym odbiciem swojego ojca?

Panna Garth jeszcze raz spróbowała zatamować ów potok słów nieznajomego. Oczywiście nie mógł on znać pana Vanstone’a nawet z widzenia – w przeciwnym razie nie przyszłoby mu do głowy, że Magdalen mogłaby wyglądem przypominać swojego ojca. Być może lepiej znał panią Vanstone? Na to pytanie guwernantka nie otrzymała odpowiedzi. Kim był ten zuchwały jegomość? I czego mógł chcieć?

– Być może jest pan przyjacielem rodziny, ale nie pamiętam pańskiej twarzy – rzekła panna Garth. – Co pana tutaj sprowadza? Czy przybył pan w te strony z zamiarem złożenia panu Vanstone’owi wizyty?

– Miałem nadzieję, że nie ominie mnie przyjemność zobaczenia się z panią Vanstone – odrzekł ten niepoprawnie tajemniczy i niepoprawnie grzeczny mężczyzna. – Jak się ona miewa?

– Nie inaczej niż zwykle – odparła panna Garth, czując, że pokłady jej uprzejmości szybko się wyczerpują.

– Czy przebywa w domu?

– Nie.

– Czy wróci niebawem?

– Pani Vanstone i jej mąż wyjechali do Londynu.

Pociągła twarz nieznajomego w jednej chwili spochmurniała. W jego dwubarwnych oczach pojawił się wyraz zakłopotania, a z całej jego postaci począł bić wyraźny niepokój. Kiedy odezwał się ponownie, zdawało się, że jeszcze staranniej dobiera słowa.

– Czy nieobecność pani Vanstone potrwa długo?

– Prawdopodobnie około trzech tygodni – odrzekła panna Garth. – Sądzę, że zadał mi już pan wystarczająco dużo pytań – dodała, jako że irytacja wreszcie wzięła górę nad jej dobrym wychowaniem. – Proszę uprzejmie powiedzieć, jaka jest pańska godność i co pana tutaj sprowadza. Jeśli zechciałby pan przekazać pani Vanstone jakąś wiadomość, dziś wieczór będę do niej pisała.

– Tysiąckrotne dzięki! Byłaby to doprawdy nieoceniona pomoc. I jeśli tylko pani pozwoli, skorzystam z niej od razu.

Wyraz twarzy panny Garth i ton jej głosu w najmniejszym stopniu nie zbiły go z tropu. Z uczuciem ulgi przyjął uczynioną przez nią propozycję i w ujmujący i otwarty sposób dał wyraz swojej wdzięczności. W jego oczach na nowo zagościł spokój, a kąciki jego ust znów się uniosły. Wsunąwszy sobie z werwą parasol pod ramię, wydobył z górnej kieszeni płaszcza staroświecki czarny pugilares. Wyciągnął zeń ołówek i małą karteczkę, na której po chwili zastanowienia szybko nakreślił jakieś słowa i którą następnie pospiesznie, choć grzecznie, włożył w dłoń panny Garth.

– Byłbym nadzwyczaj zobowiązany, gdyby uczyniła mi pani ten honor i dołączyła ową karteczkę do swojego listu – rzekł. – Nie muszę obarczać pani dodatkowo żadną wiadomością. Samo moje nazwisko przypomni pani Vanstone o pewnej sprawie rodzinnej, o której niewątpliwie zapomniała. Proszę przyjąć moje najserdeczniejsze podziękowania. Był to dla mnie dzień pełen doprawdy miłych niespodzianek: okolica uderzyła mnie swoją niezwykłą urodą, miałem okazję zobaczyć dwie piękne córki pana Vanstone’a i dostąpiłem zaszczytu poznania ich znakomitej guwernantki. Mogę sobie tylko powinszować, a panią przeprosić za to, że skradłem nieco z jej bezcennego czasu. Ponawiam podziękowania i życzę miłego dnia.

Powiedziawszy to, uchylił cylindra. Jego różnobarwne oczy zaiskrzyły, a uniesione kąciki ust uniosły się jeszcze wyżej w czarującym uśmiechu. Odwrócił się na pięcie, jego młodzieńcze plecy ukazały się w całej swojej chwale, a drobne, żwawe nogi poniosły go szybko w kierunku wioski. Raz, dwa, trzy – i już znajdował się na zakręcie. Cztery, pięć, sześć – i już go nie było.

Panna Garth opuściła oczy na spoczywającą w jej dłoni karteczkę, po czym w zdumieniu znów je podniosła. Nazwisko i adres tego przypominającego duchownego osobnika brzmiały:

Kapitan Wragge,

Urząd Pocztowy w Bristolu.

Rozdział 3

Po powrocie do domu panna Garth nie ukrywała, jak niekorzystne wrażenie wywarł na niej czarno odziany jegomość. Jej zdaniem niewątpliwie zjawił się w okolicy z zamiarem uzyskania wsparcia finansowego pani Vanstone. Jednak co do tego, dlaczego mógłby rościć sobie prawo do takiej pomocy, panna Garth już nie miała pewności – być może był to jakiś ubogi krewny. Czy pani Vanstone kiedykolwiek w obecności swoich córek wspominała o kapitanie Wragge’u? Nie, żadna z dziewcząt nigdy dotąd nie słyszała owego nazwiska. A może mówiła im kiedyś o ubogich krewnych pozostających na jej utrzymaniu? Wprost przeciwnie: w ostatnich latach kilkukrotnie zdarzyło jej się napomknąć o tym, iż wątpi, by ktokolwiek z jej rodziny jeszcze żył. A jednak kapitan Wragge jasno dał do zrozumienia, że jego nazwisko przypomni pani Vanstone „o pewnej sprawie rodzinnej”. Jak należało to wszystko rozumieć? Czyżby nieznajomy skłamał, nie mając po temu żadnego wyraźnego powodu? A może mówił prawdę – co oznaczałoby, że równolegle z tajemniczą wyprawą państwa do Londynu pojawiła się jeszcze jedna zagadka?

Wszystko zdawało się wskazywać na to, że pomiędzy „kwestią rodzinną”, która ni z tego, ni z owego kazała państwu Vanstone’om wyjechać z domu, a „sprawą rodzinną” kapitana Wragge’a istnieje jakiś związek. Ale kiedy panna Garth, skończywszy pisać swój list do pani Vanstone, załączała do niego otrzymaną od nieznajomego karteczkę, w głowie jej znów roiło się od wątpliwości.

Odpowiedź przyszła pocztą zwrotną. Gdy ją przyniesiono, guwernantka – która miała zwyczaj wstawać najwcześniej ze wszystkich dam – znajdowała się sama w pokoju śniadaniowym. Przyjrzawszy się pobieżnie treści listu, doszła do wniosku, że najlepiej będzie przeczytać go w spokoju i na osobności – tam, gdzie nikt nie będzie jej przeszkadzał i zadawał kłopotliwych pytań. Poleciła służącemu przekazać Norze, by tym razem to ona zajęła się parzeniem herbaty, po czym udała się na piętro do swojej sypialni.

List pani Vanstone nie należał do krótkich. Pierwsza jego część dotyczyła kapitana Wragge’a i w wyczerpujący sposób wyjaśniała motywy, które stały za jego pojawieniem się w Combe-Raven.

Ze słów damy wynikało, że matka jej była dwukrotnie zamężna. Za pierwszym razem poślubiła niejakiego doktora Wragge’a – wdowca z małoletnimi dziećmi. Jednym z tych dzieci był właśnie ów niewyglądający na oficera kapitan, którego adres brzmiał: „Urząd Pocztowy w Bristolu”. Pani Wragge w swoim pierwszym małżeństwie nie doczekała się potomstwa, a po śmierci męża wyszła za ojca pani Vanstone. Pani Vanstone, która była jedynym owocem tego związku, bardzo wcześnie straciła oboje rodziców. W ciągu kilku następnych lat śmierć zabrała po kolei także wszystkich innych członków jej najbliższej rodziny. Tym sposobem została na tym świecie zupełnie sama – być może żyło jeszcze kilku jej kuzynów, jednak nigdy ich nie spotkała i nie miała co do ich istnienia całkowitej pewności.

Zatem – biorąc pod uwagę te okoliczności – jaki stosunek rodzinny zachodził pomiędzy kapitanem Wraggiem i panią Vanstone?

Otóż żaden. Jako syn z pierwszego małżeństwa męża jej matki kapitan Wragge nawet przez grzeczność nie mógłby zostać zaliczony w poczet najdalszych krewnych pani Vanstone. Mimo to jednak upierał się, że łączy ich pewien rodzaj powinowactwa i natrętnie domagał się rzekomo przysługujących mu z tego tytułu przywilejów. Pani Vanstone niechętnie ulegała jego prośbom, obawiając się, że w przeciwnym razie kapitan da znać o swoim istnieniu jej mężowi i zacznie regularnie wykorzystywać jego wspaniałomyślność. Wzdragając się na samą myśl o tym, że panu Vanstone’owi mogłaby się naprzykrzać osoba podająca się za – jakkolwiek niedorzeczne by się to wydawało – członka jej rodziny, od wielu lat, sięgając do swojej portmonetki, wspierała finansowo kapitana Wragge’a, któremu jednak postawiła jeden warunek: miał nigdy nie pokazywać się w Combe-Raven i nie niepokoić jej męża.

Przyznawszy od razu, iż zdaje sobie sprawę z tego, jak nieroztropne było jej postępowanie, pani Vanstone wyjaśniała dalej, że być może przyczyna jej słabości tkwiła w jej wspomnieniach z dzieciństwa. Odkąd sięgała pamięcią, to, że kapitan żył na koszt rozmaitych krewnych jej matki, nie było dla niej niczym niezwykłym. Choć miał zdolności, dzięki którym mógłby zajść doprawdy daleko, Wragge od zawsze przynosił swojej rodzinie tylko ujmę. Początkowo służył w pułku milicji, z którego jednak szybko został wydalony. Potem kolejno próbował swoich sił w przeróżnych zawodach, ale każda z owych prób kończyła się sromotną kompromitacją. Umiejętnie radził sobie w życiu, ale w najpodlejszym, najnikczemniejszym znaczeniu tego słowa. Wziął sobie za żonę pewną nieszczęsną, bezrozumną kelnerkę z jakiejś podrzędnej jadłodajni, a kiedy ta niespodziewanie otrzymała w spadku drobną sumę pieniędzy, Wragge bez skrupułów roztrwonił wszystko do ostatniego pensa. Mówiąc prościej: był skończonym łajdakiem. I teraz długa lista jego występków powiększała się o kolejny, jako że w zuchwały sposób złamał warunki, na jakich pani Vanstone zgadzała się mu dotąd pomagać. Otrzymawszy od panny Garth zostawioną przez niego karteczkę, dama natychmiast napisała pod podany adres, mając nadzieję, że stanowczością swoich słów raz na zawsze zniechęci kapitana do powtórnego pojawienia się w okolicy. Na tym kończyła się pierwsza część listu pani Vanstone.

Mimo że przedstawione fakty sugerowały, iż pani Vanstone przejawiała pewną słabość charakteru, o którą panna Garth nigdy by jej nie podejrzewała, guwernantka uznała jej wyjaśnienia za satysfakcjonujące i przyjęła je z uczuciem ulgi – tym bardziej, że nie było w nich niczego, czego nie mogłaby powtórzyć umierającym z ciekawości siostrom. Zgoła inne uczucia towarzyszyły jej podczas lektury drugiej części listu.

Ta była poświęcona owej zagadkowej wyprawie do Londynu.

Pani Vanstone wspomniała najpierw o tym, jak długa i głęboka przyjaźń łączy ją z panną Garth, po czym stwierdziła, że przez wzgląd na ową przyjaźń winna jest zdradzić jej w zaufaniu, co skłoniło ją do towarzyszenia mężowi w podróży. Domyślała się, że panna Garth, choć taktownie nie dawała tego po sobie poznać, musiała być zdziwiona ich niespodziewanym wyjazdem z domu. I zapewne wielokrotnie musiała zastanawiać się, dlaczego jakakolwiek sprawa rodzinna miałaby dotyczyć nie tylko pana Vanstone’a, ale również jego żony, skoro ta pozbawiona była jakichkolwiek żyjących krewnych.

Nie wdając się w szczegóły owej sprawy rodzinnej, pani Vanstone obiecała, że w kilku słowach zaraz rozwieje wszelkie obawy i wątpliwości panny Garth – w każdym razie te dotyczące jej osoby. Otóż powodem, dla jakiego towarzyszyła mężowi w wyprawie, była chęć odwiedzenia pewnego renomowanego londyńskiego lekarza i zasięgnięcia jego fachowej opinii co do pewnej delikatnej i niepokojącej kwestii bezpośrednio związanej ze stanem jej zdrowia. Mówiąc dokładniej, pani Vanstone podejrzewała, że być może po raz kolejny zostanie matką.

Kiedy owo podejrzenie pojawiło się w jej głowie po raz pierwszy, potraktowała je jako zwykłą omyłkę. Długi czas, jaki minął od narodzin jej ostatniego dziecka; poważna choroba, na którą zapadła po tym, jak dziecko to zmarło w niemowlęctwie; jej obecny wiek – wszystko to nakazało jej od razu odrzucić tę możliwość. Mimo to owa myśl wciąż od nowa wracała. W końcu pani Vanstone doszła do wniosku, że powinna skonsultować się z jakimś cenionym autorytetem w tej dziedzinie, choć jednocześnie obawiała się, że sprowadzając do Combe-Raven lekarza z Londynu, wystraszy córki. Stąd jej wyprawa do stolicy. Zdążyła już odwiedzić wspomnianego specjalistę i jej domysły potwierdziły się, a przewidywane na późniejszy okres lata rozwiązanie stanowi – biorąc pod uwagę jej wiek oraz kruche zdrowie – niemałe ryzyko. Doktor robił, co mógł, by dodać jej otuchy, jednak zważywszy na charakter zadawanych przez niego pytań, nietrudno było się domyślić, że sam z dużą obawą spogląda w przyszłość.

Zwierzywszy się pannie Garth ze swojej sytuacji, pani Vanstone poprosiła ją, by wszystkie szczegóły zachowała dla siebie. Dama wyjaśniła, że do tej pory nie chciała dzielić się z rodziną niepotwierdzonymi podejrzeniami, a teraz, kiedy się sprawdziły, tym bardziej nie chciała niepokoić córek. Uważała, że na razie najlepiej będzie milczeć na ten temat i nie tracąc nadziei, poczekać do lata na rozwój wydarzeń. Wszyscy tymczasem mieli zobaczyć się ponownie dwudziestego trzeciego bieżącego miesiąca, bowiem na ten dzień pan Vanstone zaplanował powrót do Combe-Raven.

Tutaj następowały zwyczajowe formuły grzecznościowe i na tym ów chaotyczny list raptownie się kończył.

*

Przez kilka kolejnych minut duszę panny Garth wypełniało jedynie współczucie dla pani Vanstone. Niebawem jednak dołączyła do niego niejasna, niepokojąca wątpliwość. Czy wyjaśnienia, których jej udzielono, rzeczywiście były tak pełne i kompletne, jak dawano do zrozumienia? Jeśliby dokładnie przyjrzeć się faktom – na pewno nie.

Pani Vanstone niewątpliwie wyjeżdżała z domu w radosnym nastroju. Czy cel jej podróży – jeżeli było nim zasięgnięcie specjalistycznej opinii co do niepokojącego stanu jej zdrowia – nie powinien takiego nastroju wykluczać? I czy tamten tajemniczy list z Nowego Orleanu, który skłonił pana Vanstone’a do wyjazdu, nie miał nic wspólnego z faktem, że w wyprawie towarzyszyła mu żona? Dlaczego pani Vanstone spojrzała na męża z takim przejęciem, gdy jej córka wspomniała, z jakiej miejscowości list został wysłany? I nawet jeśliby założyć, że wszystko, co teraz napisała, było prawdą – czy jej ówczesne zachowanie nie wskazywało na to, że za ową wyprawą kryją się jeszcze inne powody, o których panny Garth nie poinformowała?

Jeżeli takie rozumowanie było słuszne, nasuwał się jeden niepokojący wniosek: pani Vanstone, zdając sobie sprawę z tego, że wieloletnia zażyłość łącząca ją z panną Garth obliguje ją do jakichś wyjaśnień, wtajemniczyła guwernantkę w szczegóły jednej kwestii, równocześnie ściśle zatajając przed nią szczegóły drugiej.

Uczciwa we wszystkich swoich działaniach panna Garth nie śmiała snuć dalszych domysłów, czując, że byłoby to wykroczeniem przeciwko sprawdzonej i cennej przyjaźni, jaka istniała pomiędzy nią i panią Vanstone. Zamknąwszy list w jednej z szuflad swojego sekretarzyka, podniosła się gwałtownie i nakazując sobie wrócić do codziennych zajęć, udała się do pokoju śniadaniowego. Pośród wielu wątpliwości przynajmniej jedno było jasne: pan i pani Vanstone’owie mieli przyjechać dwudziestego trzeciego marca. Dlaczego po swoim powrocie nie mieliby udzielić pełniejszych wyjaśnień?

Rozdział 4

Państwo Vanstone’owie nie udzielili jednak żadnych wyjaśnień: żadne nadzieje związane z ich powrotem się nie spełniły. Oboje cel swojej podróży do Londynu zdawali się traktować jako temat zakazany i konsekwentnie go unikali. Lecz niezależnie od tego, co było owym celem, wszystko musiało pójść po ich myśli, bowiem do domu wrócili w swoich dawnych nastrojach. Pani Vanstone była znów spokojna i zrównoważona, a pan Vanstone odzyskał swoją charakterystyczną pogodę ducha. Wszystko wróciło do normy i był to jedyny zauważalny rezultat ich wyprawy. Czy rodzinna rewolucja dobiegła już końca? Czy owa niezgłębiona tajemnica miała już na zawsze pozostać ukryta?

Nie, nic na tym świecie nie pozostaje w ukryciu na zawsze. Prędzej czy później przychodzi dzień, w którym złoto od stuleci leżące niepostrzeżenie w ziemi wydostaje się na powierzchnię. Zdradliwy piasek odsłania ślad stopy, która kiedyś po nim stąpała, a woda w końcu wyrzuca na brzeg ciało, które w niej utonęło. Nawet ogień po strawieniu jakiegoś przedmiotu pozostawia wyznanie winy w postaci popiołu. Tajona głęboko w duszy nienawiść znajduje swoje ujście w wyrazie oczu, a miłość ma swojego Judasza w pocałunku. Gdzie by nie spojrzeć, nieuchronne prawo demaskacji jest jednym z praw natury – bowiem niezniszczalność tajemnicy to cud, jakiego świat jeszcze nie widział.

W jaki sposób światło dzienne miała ujrzeć tajemnica kryjąca się w murach rezydencji Combe-Raven? W wyniku jakiego wydarzenia w życiu ojca, matki i córek objawić się miało prawo demaskacji? Otóż wydarzenie to nastąpiło niedługi czas po powrocie państwa Vanstone’ów do domu, a z pozoru nie było niczym więcej jak zwykłą towarzyską wizytą.

*

Trzy dni po tym, jak państwo wrócili, damy przebywały razem w porannym saloniku. Okna tego pomieszczenia wychodziły na ogród kwiatowy i niewielki zagajnik, którego zewnętrzną stronę osłaniał płot z żelazną furtką prowadzącą na ciągnącą się obok dróżkę. Podczas przerwy w rozmowie uwagę dam zwrócił zgrzyt owej żelaznej furtki – ktoś wchodził do zagajnika i Magdalen od razu przesunęła się pod okno, by złowić wzrokiem choćby skrawek przybysza, gdy ten będzie szedł między drzewami.

Chwilę potem w miejscu, w którym biegnąca poprzez zagajnik ścieżka łączyła się z krętą ogrodową aleją prowadzącą do drzwi domu, ukazała się sylwetka jakiegoś dżentelmena. Magdalen z początku wpatrywała się w nią z wytężeniem, jak gdyby nie rozpoznając, kto to taki. Po chwili jednak drgnęła z zaskoczenia i odwracając się gwałtownie do matki i siostry, ogłosiła, że przez ogród idzie właśnie nie kto inny, jak „pan Francis Clare”.

Nazwisko to nosił syn najbliższego sąsiada i zarazem najstarszego znajomego pana Vanstone’a.

Starszy pan Clare zamieszkiwał niewielką chatkę, która stała tuż za płotem wyznaczającym granicę majątku Combe-Raven. Dżentelmen wywodził się z młodszej gałęzi pewnej historycznej rodziny, ale po swoich przodkach odziedziczył tylko jedną wartościową rzecz: wspaniały zbiór książek. Książki te zakrywały rzędami ściany niemal wszystkich pomieszczeń jego skromnej siedziby (również korytarzy i klatek schodowych) i stanowiły jedyną życiową pasję pana Clare’a. Pan Clare od wielu lat był wdowcem, choć utratę żony przyjął z filozoficznym spokojem i nie czynił z tego żadnej tajemnicy. Jako ojciec trzech synów uważał więzi rodzinne za zło konieczne, które nieustannie zagrażało harmonii jego literackich studiów i bezpieczeństwu jego książek. Kiedy chłopcy wkroczyli w wiek szkolny, pan Clare skwapliwie powiedział im „Do widzenia”, a Bogu – „Niech będą dzięki”. Podobnie cyniczny, obojętny stosunek miał do swoich mało imponujących dochodów i do swojego jeszcze mniej imponującego miejsca zamieszkania. Sam mawiał o sobie, że jest nędzarzem z rodowodem. Podejmowanie wszelkich decyzji związanych z prowadzeniem domu pozostawiał swojej niechlujnej pomocy domowej, która była jego jedyną służącą i której stawiał tylko jeden warunek: by przenigdy nie zbliżała się do jego książek ze ścierką od kurzu w dłoni. Jego ulubionymi poetami byli Horacy i Pope, a z filozofów najbardziej cenił Hobbesa i Voltaire’a. Gdyby mu o tym nie przypominano, w ogóle nie zażywałby ruchu na świeżym powietrzu. Kiedy już zdarzało mu się wyjść na spacer, kierował się zawsze na ten sam najbrzydszy gościniec w okolicy i za każdym razem pokonywał ten sam jego odcinek i ani jardu więcej. Miał przygarbione plecy, zapalczywy charakter, znakomicie trawił rzodkiewki i potrafił spać po zielonej herbacie. Jego poglądy na ludzką naturę odpowiadały tym wyznawanym przez Diogenesa2, był niemal całkowitym abnegatem i z dumą mawiał, że „wznosi się ponad wszystkie ludzkie słabości”.

Tak przedstawiał się ów osobliwy człowiek od najbardziej powierzchownej strony. O tym, czy drążąc głębiej, udałoby się znaleźć w nim jakieś szlachetniejsze cechy, nikomu nigdy nie było dane się przekonać. Pan Vanstone co prawda uparcie zapewniał, że „wnętrze pana Clare’a jest dużo zacniejsze, niż mogłoby się wydawać”, jednak wśród swoich sąsiadów był w tej opinii osamotniony. Znajomość tych dwóch tak różnych od siebie dżentelmenów trwała już wiele lat i charakter jej był na tyle bliski, że można by ją prawie nazwać przyjaźnią. Ich wspólnym zwyczajem stały się odbywające się regularnie w określonych dniach tygodnia spotkania, podczas których zamykali się w gabinecie należącym do filozofa cynika, zapalali fajki i sprzeczali się na każdy możliwy temat. Na ogół kłócili się jednego wieczoru, by następnego ranka godzić się na neutralnym gruncie zagajnika. Tę łączącą ich przedziwną więź wzmacniało dodatkowo, w każdym razie ze strony pana Vanstone’a, jego serdeczne zainteresowanie trzema synami sąsiada – zainteresowanie tym dla owych synów cenniejsze, że jedną ze „słabości”, ponad które „wznosił się” ich ojciec, była ta żywiona powszechnie przez rodziców wobec swoich dzieci.

– Patrzę na tych chłopców – mawiał nasz filozof – w sposób doskonale obiektywny, nie przywiązując żadnej wagi do losowego wypadku, jakim jest ich pochodzenie i łączące nas więzy krwi, i stwierdzam, że pod żadnym względem nie są nawet przeciętni. Jedyną rzeczą, którą ubogi dziewiętnastowieczny dżentelmen może usprawiedliwić fakt, że ośmiela się w ogóle istnieć, jest wyróżnianie się nadzwyczajnymi zdolnościami umysłowymi. Moi synowie od niemowlęctwa są durniami. Gdybym dysponował jakimikolwiek środkami finansowymi, z Franka zrobiłbym rzeźnika, z Cecila piekarza, a z Arthura sklepikarza – gdyż wiem, że dzięki tym zawodom mieliby zapewnioną przyszłość. Ale tak się składa, że nie mam dość pieniędzy, by im pomóc, a oni nie mają dość rozumu, by pomóc sobie samym. Widzę w nich tylko trzy zbyteczne ludzkie istoty w zabrudzonych marynarkach i w ciężkich buciskach, istoty, z którymi – jeśli sami nie uwolnią mnie od siebie i nie uciekną stąd – nie wiem, co pocznę.

Na szczęście dla chłopców pan Vanstone nie wznosił się ponad ludzkie słabości. Za sprawą jego wpływów i wstawiennictwa Frank, Cecil i Arthur zostali przyjęci do cieszącej się dobrą reputacją szkoły średniej. W czasie wakacji mogli wprawiać się w jeździectwie na należącym do pana Vanstone’a padoku, a dzięki wizytom w jego domu i obcowaniu z jego żoną i córkami mieli szansę nabrać ogłady i dobrych manier. Pan Clare niekiedy wychodził ze swojego domku (w szlafroku i miękkich pantoflach), by zza płotu lub przez okno kpiącym wzrokiem popatrzeć na swoich synów – zupełnie jak gdyby byli jakimiś dzikimi zwierzętami, które jego sąsiad postanowił oswoić.

– Pan i pańska żona jesteście znakomitymi ludźmi – zwykł mawiać do pana Vanstone’a – i z całego serca szanuję to, że tak przychylnie traktujecie moich chłopców. Lecz doprawdy bardzo się co do nich mylicie! Nie chcę pana urazić, ale niech pan zapamięta moje słowa, Vanstone: z żadnego z nich nie wyrośnie nic dobrego, bez względu na to, jak wiele dla nich zrobicie.

W późniejszych latach owa osobliwa zamiana ról, jaka dokonała się pomiędzy dwoma sąsiadami – ról rodzica i znajomego – przybrała jeszcze bardziej absurdalną formę. Kiedy Frank liczył już sobie siedemnaście wiosen, pewien inżynier budownictwa publicznego z północnej Anglii, który miał wobec pana Vanstone’a jakiś dług wdzięczności, wyraził gotowość wzięcia młodzieńca pod swoje skrzydła, a warunki, jakie zaproponował, nie mogłyby być korzystniejsze. Dowiedziawszy się o owej propozycji, pan Clare swoim zwyczajem odstąpił panu Vanstone’owi swoją rolę ojca, by następnie z punktu widzenia bezstronnego obserwatora podejmować próby powściągnięcia rodzicielskiego entuzjazmu sąsiada.

– To najwspanialsza okazja, jaka kiedykolwiek mogła się przytrafić Frankowi! – zawołał pan Vanstone w ferworze ojcowskiego uniesienia.

– Ależ drogi kolego, on przecież nie podoła – odparł pan Clare z lodowatą obojętnością zdystansowanego znajomego.

– Będzie musiał podołać – upierał się pan Vanstone.

– Proszę powiedzieć raczej, że będzie musiał wykazać się ścisłym umysłem – zareplikował pan Clare – a do tego pracowitością, ambicją i wytrwałością. Phi! Nie patrzy pan na niego obiektywnym okiem. Powiadam panu: chłopak nie ma ani ścisłego umysłu, ani pracowitości, ani ambicji, ani wytrwałości… Frank to jedno wielkie „ani”.

– Niech diabli porwą pańskie „ani”! – wykrzyknął pan Vanstone. – Wydawanie przedwczesnych sądów to coś, co zdecydowanie mi się nie podoba. Frank przyjmie tę znakomitą propozycję i pójdę o zakład, że wykorzysta ją jak najlepiej.

– Jestem bardzo ubogi i z reguły nie stać mnie na to, by wdawać się w zakłady – odrzekł pan Clare – ale chyba mam gdzieś w domu jedną gwineę. I założę się o nią z panem, że Frank wróci w nasze ręce niczym fałszywy szyling.

– Zakład stoi! – powiedział pan Vanstone. – Nie, proszę poczekać! Wyrządziłbym temu chłopcu niesprawiedliwość, gdybym postawił na niego tak znikomą sumę – założę się z panem pięć do jednego, że Frank spisze się na medal! Jak panu nie wstyd mówić o nim w taki sposób? Doprawdy nie wiem, do jakich ucieka się pan sztuczek, ale zawsze udaje mu się skłonić mnie do tego, bym stanął po stronie jego syna… Zupełnie jak gdybym to ja był jego ojcem, a nie pan… O tak, jeśliby panu na to pozwolić, zacząłby pan dowodzić słuszności swojego stanowiska – ale ja nie będę pana słuchał. To, co czarne, jest w pańskich oczach białe. Nie dbam o pańskie zdanie i dla mnie czarne to czarne. Może pan do woli pleść sobie piąte przez dziesiąte – ja tymczasem jeszcze dziś wyślę do owego znajomego wiadomość, że Frank przyjmie jego propozycję.

Tym sposobem pan Francis Clare w wieku siedemnastu lat wyjechał na północ Anglii, by tam kształcić się na inżyniera.