Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 327 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Córeczka - Liliana Fabisińska

Agata jest szczęśliwą żoną i matką. Ekspertem od wychowywania dzieci i rozwiązywania rodzinnych problemów. Pewnego dnia w progu jej mieszkania staje dziewczynka, której Agata kiedyś zbyt pochopnie złożyła obietnicę. Ta chwila zmienia życie Agaty. Na nią samą, jej męża i ukochanego synka pada strach. Żeby odzyskać spokój, Agata będzie musiała zapukać do wielu drzwi i wyjawić obcym osobom swoje najskrytsze tajemnice. Zrozumie też, że czasami milczenie może kosztować życie wielu ludzi.

Córeczka” to powieść o różnych obliczach miłości, o sile, którą może odnaleźć w sobie kobieta w najtrudniejszej w życiu chwili. O przeszłości, która staje się teraźniejszością i o odpowiedzialności, która czasami każe dokonywać śmiertelnie trudnych wyborów.

Opinie o ebooku Córeczka - Liliana Fabisińska

Fragment ebooka Córeczka - Liliana Fabisińska

 

 

 

ROZDZIAŁ 1FOREMKA Z PROSIACZKIEM

To nie był dobry dzień na pieczenie pierniczków.

Zaklęła pod nosem, wkładając do koszyka słoik miodu. Niedokręcony! Po co ktoś odkręcał miód stojący na półce w supermarkecie? Wąchał? Próbował? W jaki sposób?

Otrząsnęła się z niesmakiem. Szybko zamieniła słoik na inny, wyciągnięty z głębi regału, i odetchnęła głęboko.

Wypuść powietrze powoli, licząc do dziesięciu – powtórzyła w myślach słowa obciętej na jeżyka instruktorki. Właśnie tym tekstem zaczęli spotkanie w ubiegłą sobotę. I w poprzednią. Tak naprawdę każde szkolenie zaczynali od relaksacji. Bez względu na to, czy to były zajęcia z koncentracji uwagi dla licealistów czy superzaawansowane szkolenie z terapii Gestalt, i tak musieli się na dzień dobry relaksować. Sama zmuszała do tego studentów na wszystkich warsztatach.

Szkoda, że nie mogła zabrać takiej instruktorki do domu. Przydałaby się przynajmniej dwadzieścia razy dziennie z tym swoim: „Żadne problemy dnia codziennego nie wyprowadzą cię z równowagi”. Ciekawe, czy na serio wierzyła, że te słowa staną się prawdą, jeśli tylko będzie się je powtarzać dostatecznie często.

Agata zerknęła na listę. Miód – jest. Mąka – jest. Jajka – są. Soda oczyszczona… O matko, w jakim dziale szukać sody? Z przyprawami? Ale kto chciałby przyprawiać jedzenie czymś tak niejadalnym?

Komórka w jej kieszeni zawibrowała leciutko.

Dziekan, oczywiście.

Oparła się o regał z owocami w puszkach i postanowiła przeczekać. Dziś nie może. Naprawdę. Nie tym razem. Obiecała Filipowi ten wieczór już rok temu, gdy okazało się, że wszystkie dzieci z jego przedszkola piekły pierniczki z babciami i mamami. Wszystkie oprócz niego. Teraz był już w zerówce, ale poza tym nic się nie zmieniło. Dzieci z jego klasy prawie codziennie opowiadały o tym, jak wałkowały i lukrowały pierniczki. Tylko on jeden nie.

Przekładała to pieczenie już dwa razy. Bo przecież praca… Nie, dziś nie przełoży. Obiecała rano, że to będzie ten dzień. Jeśli tylko Filip zje w szkolnej stołówce cały obiad…

Zjadł, była tego pewna. Przecież tak marzył o tych pierniczkach.

Komórka pisnęła na znak, że ktoś zostawił wiadomość na sekretarce.

Nie musiała jej odsłuchiwać. Wiedziała doskonale, w jakiej sprawie dzwoni dziekan w piątkowy wieczór. Chciał jej wcisnąć jakąś grupę zaocznych. Nagłe zastępstwo. Jak tyle razy przedtem.

– Nie dzisiaj – powiedziała półgłosem, prostując plecy i ruszając w stronę kasy.

 

– Tata, tata! Mówiłem ci, że wróci wcześniej! – Filip w geście triumfu wyrzucił w górę swoje pozlepiane miodem dłonie i pobiegł do drzwi, jak mały konik potrząsający niesfornymi blond loczkami. – Tata! Obiecał przecież, że przyjdzie, zanim zaczniemy lukrować!

Uśmiechnęła się, jak zawsze, kiedy nikt nie mógł przyłapać jej na obserwowaniu synka, i szybko otworzyła drzwi.

– Marcin? Jakim cudem… – Kąciki ust momentalnie wróciły na swoje miejsce. To nie był Marcin. Jej wzrok, zawieszony prawie dwa metry nad ziemią, gdzie powinny być orzechowe oczy patrzące zza okularów w drucianej oprawce, trafił w pustkę. Spojrzała niżej. I jeszcze niżej. – Przepraszam, myślałam, że to mój mąż…

Drobniutka osoba stojąca na wycieraczce bez słowa złożyła ośnieżoną parasolkę i zsunęła z głowy mokry kaptur. Rude włosy rozsypały się we wszystkie strony.

– Przepraszam – powtórzyła Agata w nadziei, że to wywoła jakąś reakcję.

Nic z tego. Dziewczyna stała i wpatrywała się w nią spod przydługiej, krzywej grzywki.

Agata przestąpiła niecierpliwie z nogi na nogę.

– Opłatek? – próbowała zgadnąć. – Sprzedajesz opłatek? Dziękuję, już mamy.

Dziewczyna potrząsnęła głową.

Agata nie miała pojęcia, ile ona może mieć lat. Dwanaście? Osiemnaście? Diabli wiedzą. Z nastolatkami nic nie było oczywiste. To, że dziewczyna była niska, niczego nie przesądzało.

– Trochę się śpieszymy, pieczemy pierniczki – powiedziała, machając ręką gdzieś w głąb mieszkania, mniej więcej w kierunku kuchni. – Czy mogę ci w czymś pomóc?

Dziewczyna milczała.

– Pani pomóc? – poprawiła się Agata. Może jednak była starsza niż się wydawało? Może nie była przebranym za kobietę dzieciakiem, lecz kobietą przebraną za dziecko?

– Nie, chyba nie – odezwała się w końcu ruda, wzruszając ramionami w za dużej czarnej kurtce.

Agata obiecała sobie, że w sobotę zmusi Marcina, żeby naprawił wreszcie zamek w furtce. Przez domofon odprawiłaby tę dziewczynę w dwie sekundy.

No nic, trudno. Wzięła głęboki oddech, próbując zwalczyć irytację.

– W takim razie, skoro nie mogę pani w niczym pomóc… – mówiła najspokojniej jak umiała. – W takim razie… pani pozwoli, że wrócimy do pierniczków?

Filip wyglądał, jakby wymarzone ciasteczka przestały mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Wpatrywał się w przemokniętą rudą nastolatkę jak zaczarowany.

– Popatrzę sobie. – To nie było pytanie. Ona po prostu oświadczyła, że będzie obserwować Agatę i jej synka! Po czym zrobiła krok przed siebie, przekraczając próg i wchodząc do przedpokoju w swoich ośnieżonych martensach. Rozejrzała się po mieszkaniu ciekawym wzrokiem.

Agata poczuła, że budzi się w niej lwica. Musiała bronić Filipa!

– My się chyba nie znamy, prawda? A więc nie ma żadnego powodu, żeby…

– Nie pamiętasz mnie – znów stwierdzenie, a nie pytanie. – Osiem lat temu byłaś moją mamą. Tylko przez kilka dni…

Agata roześmiała się i powiedziała:

– Co to za bzdury?!

A potem śmiech ugrzązł jej w gardle. Nagle zrozumiała.

– Kro... Zuzia? – wyszeptała, mierząc dziewczynę wzrokiem. Nie mogła w to uwierzyć. Ruda ani trochę nie przypominała tamtej Kropeczki. Kruchej drobinki z równiutko przyciętą czarną grzywką i poważnymi czarnymi oczami, wielkimi jak spodki.

Coś tu się nie zgadzało!

– Nie masz czarnych oczu. – Potrząsnęła głową. Spod szopy wściekle pomarańczowych włosów patrzyły na nią oczy kosmity. Turkusowe i trochę martwe. Zadrżała. Bała się tej dziewczyny. Tych oczu bez wyrazu.

Ruda sięgnęła dwoma palcami prosto do oka i wsadziła je pod powiekę. Agata wstrzymała oddech.

– Co ty robisz?!

Dziewczyna szybkim ruchem wyciągnęła z oka szkło kontaktowe w kolorze greckiego morza.

Po czym po raz pierwszy się roześmiała! Najwyraźniej przerażona mina Agaty była naprawdę zabawna.

Teraz patrzyła na nią jednym okiem turkusowym, pozbawionym emocji, a drugim czarnym jak u kruka.

– Już mi wierzysz? – zapytała, wbijając wzrok w ścianę nad głową Agaty.

Kobieta poczuła przenikliwy chłód. Objęła się ciasno ramionami. Najchętniej cofnęłaby czas i w ogóle nie otwierała tych drzwi. To miał być taki miły wieczór!

– Mamo, chodź! Nie umiem rozbić jajka! – Jak na zamówienie, Filip stanął w progu kuchni, umazany mąką i przyprawą do pierników. Uśmiechał się od ucha do ucha. – Znalazłem foremkę z prosiaczkiem. Wiesz, gdzie była?

– W niebieskim okrągłym pudełku z gwiazdkami na wieczku – odpowiedziała ruda błyskawicznie, po czym złapała się za usta. – Przepraszam. Nie chciałam.

Agata oparła się o ścianę i próbowała oddychać spokojnie, jak na treningu relaksacyjnym. Wiedziała, że powinna powoli wypuszczać powietrze, licząc do dziesięciu. Tyle razy uczyła tego innych ludzi. Ale dziś sama nie była w stanie tego zrobić.

– Znasz moje pudełko w gwiazdki? – zapytała trochę bez sensu.

Ruda nie odpowiadała.

– A gdzie stało to pudełko? – spytał Filip, strzepując mąkę z dłoni na wypielęgnowaną podłogę. – No, mamo? Wiesz, gdzie było?

Agata nie miała pojęcia. Nie pamiętała aż do dziś, że w ogóle ma takie pudełko. Patrzyła bezradnie na swoje marokańskie kafle obsypane mąką i umazane błotem, w które zamienił się śnieg z butów dziewczyny.

– Stało na górze, na szafkach kuchennych? Pod samym sufitem? – Ruda miała chyba dar jasnowidzenia.

Agacie coś przestało się zgadzać. Nawet jeśli ta dziewczyna faktycznie była Kropeczką… dziewczynką, która spędziła kilka dni w jej domu osiem lat temu… to przecież to nie był ten dom! Nie było w nim tych szafek! W tamtej kuchni w ogóle nie było wiszących szafek, tylko stary kredens. Skąd mogła wiedzieć?

– Nie wolno wspinać się po szafkach – powiedziała mechanicznie do Filipa. – Tyle razy ci mówiłam, że…

– Wiem, wiem, przepraszam. – Błękitne oczy synka wpatrywały się w nią błagalnie. Jakby chciał powiedzieć: „Nie psuj tego dnia”.

Wzięła głęboki oddech.

– Chodźmy do kuchni, upieczemy te pierniczki. Zuzanko, może się przyłączysz?

– Jestem Zuza. Nie Zuzia, nie Zuzanka. Zuza i już, dobrze?

– Oczywiście. – Agata przywołała na twarz coś na kształt uśmiechu. Przynajmniej miała nadzieję, że tak to wyglądało. – A więc, Zuza, masz ochotę robić z nami świąteczne pierniczki? Strasznie późno się za nie zabraliśmy, nie zmiękną do Gwiazdki, ale przynajmniej będą ładnie wyglądać na choince…

– Może pani wziąć moją foremkę z prosiaczkiem. – Filip uśmiechnął się, pokazując szczerbate dziąsła bez trzech jedynek i jednej dwójki. – Jest najładniejsza, prawda?

– To była kiedyś moja foremka. – Usta Zuzy zacisnęły się w wąską kreskę. – Ale nie ma sprawy, wytnij nią tyle prosiaków, ile chcesz.

 

 

ROZDZIAŁ 2TYLKO JEDEN SŁOIK

Atmosfera w kuchni była tak gęsta, że można by było ją kroić nożem. Zuza bez ruchu siedziała w kącie, patrzyła Agacie i Filipowi na ręce i nie odzywała się ani słowem.

Filip z początku próbował ją zagadywać.

– Też pieczesz z rodzicami pierniczki?

Cisza.

– Chcesz pozagniatać ciasto?

Cisza.

– Chcesz oblizać łyżkę po miodzie?

Cisza.

– Napisałaś list do Mikołaja? O co go poprosiłaś?

– Nie ma żad… – zaczęła Zuza, ale Agata była szybsza. Nikt nie będzie odbierał jej synkowi wiary w Świętego Mikołaja tydzień przed Bożym Narodzeniem! Nie pozwoli na to!

– Nie ma żadnej foremki, która by ci się podobała? Naprawdę? – powiedziała głośno, piorunując Zuzę wzrokiem. – A ta, z choinką? Zobacz, jaka śliczna!

– Albo ta z ludzikiem! – Filip podbiegł do niej radośnie. – Oglądałaś Shreka? To Ciastek, poznajesz? Zrobimy mu potem lukrowane guziczki.

– Ciastek jest fajny. – Zuza uśmiechnęła się, na moment zdejmując maskę zimnej twardzielki.

Agata odetchnęła z ulgą. Temat Mikołaja został zakończony, przynajmniej na razie.

– Chcesz wyciąć kilku Ciastków? Masz, powycinaj! Zabierzesz ich potem do domu, na swoją choinkę! – Filip wciskał foremkę w dłoń Zuzy. Bez skutku. Siedziała i patrzyła w ścianę swoimi wściekle turkusowymi, zimnymi jak stal oczyma.

 

Czterdzieści minut później na stole leżały już trzy tace pierniczków gotowych do lukrowania. Ale poza tym nic się nie zmieniło. Zuza siedziała bez słowa, Filip od czasu do czasu mówił coś w jej stronę z coraz mniejszym przekonaniem, a Agata desperacko udawała, że wszyscy świetnie się bawią.

– Tamdadadam! Mam tu różową posypkę, zielony lukier, różowy lukier, czarne cukrowe perełki na oczy i najlepsze: siedem słodkich flamastrów, którymi możemy narysować wszystkie wzorki, jakie sobie wymyślimy – zawołała, czując się jak klaun zabawiający pacjentów hospicjum. – Od czego zaczynamy? Oczka prosiaczków, bombki na choinkach czy guziki u tych trzynastu Ciastków?

Filip kiwał się na swoich krótkich nóżkach, podekscytowany.

– Prosiaczki! – zdecydował w końcu. – A możemy je polukrować całe na różowo? Albo… – Aż pisnął, zachwycony czymś, co nagle przyszło mu do głowy. – Mamo, zrobimy czarnego prosiaczka? Tylko jednego, dla taty? Pamiętasz, jak nam opowiadał o śwince, którą miała jego babcia? I którą całą wysmarował pastą do butów, żeby babcia i dziadek nie sprzedali jej na targu? Zrobimy mu taką świnkę? Mamusiu, proszę! Tata tak się ucieszy…

Usta Zuzy zacisnęły się mocniej i leciutko zadrżały. Zupełnie jakby słowa chłopczyka poruszyły w niej jakąś bolesną strunę.

Agata poczuła, że dłużej nie wytrzyma.

– Bardzo się cieszę, że cię widzę, ale… dlaczego przyjechałaś? Dlaczego teraz? Coś się stało? Tata cię przysłał?

Cisza.

– Tata nie wie, że tu jestem – odpowiedziała w końcu niemal niedosłyszalnie.

– Na pewno się martwi. – Agata wyciągnęła rękę, żeby ją objąć, ale Zuza uchyliła się gwałtownie. Kobieta poczuła się tak, jakby ktoś wymierzył jej policzek. Nie rezygnowała jednak:

– Zuza, posłuchaj. Jesteś niepełnoletnia. Nie możesz tak sama jeździć po Polsce! Zadzwonię do twojego taty, dobrze? Podaj mi numer.

– Tata nie może teraz rozmawiać. Jest zajęty. – Wydęła usta i podciągnęła kolana pod brodę. – Zajmij się lepiej pierniczkami, lukier zastygnie i nic z tego nie wyjdzie. Nie zwracaj na mnie uwagi.

– Jak mogę nie zwracać… – zaczęła Agata, ale nagle poczuła się bardzo zmęczona. Piekły ją powieki i wiedziała, że za moment się rozpłacze. Musiała wziąć się w garść, dla Filipa. To był jego dzień. Jego wymarzone pierniczki.

Podjęła jeszcze jedną desperacką próbę. Będzie zachowywać się tak, jakby Zuzy tu wcale nie było. Będzie się dobrze bawić z Filipem, tak jak to sobie zaplanowali.

– Oczywiście, że zrobimy czarną świnkę. – Klasnęła w dłonie, prostując plecy i szczerząc zęby w telewizyjnym uśmiechu. – Z polewą czekoladową. Zaraz ją przygotuję.

Energicznym ruchem sięgnęła po tabliczkę gorzkiej czekolady i… bum! Słoik z miodem zsunął się z szafki i rozbił na środku podłogi. Szkło poleciało we wszystkie strony.

– Kurwa mać! – nie wytrzymała Agata. Nie mogła dłużej powstrzymywać łez.

Filip też. Z płaczem wybiegł z kuchni i trzasnął drzwiami. Na białych kaflach pozostały ślady miodu, który miał na kapciach.

– Nie ruszaj się – poleciła Agata dziewczynie, momentalnie biorąc się w garść. – Podnieś nogi. Muszę to uprzątnąć.

Łatwo powiedzieć! Litr płynnego miodu lipowego zdołał oblepić wszystko. Krzesła, dół piekarnika, dwie nogi od stołu. Wlał się pod szafki, lodówkę, kuchenkę. I jeszcze to szkło! Mnóstwo drobnych kawałeczków szkła. Zebrałaby je odkurzaczem, gdyby nie ten lepki miód… Zebrałaby miód szmatą, gdyby nie to szkło… Miotała się po kuchni z dwoma ścierkami, zmiotką i mopem. Włosy lepiły jej się do spoconego czoła, jakby też były wysmarowane miodem, a dłonie drżały z wściekłości.

Zuza siedziała nieruchomo, patrząc z zainteresowaniem na rękawicę do chwytania gorących naczyń, wiszącą koło kuchenki.

– Wtedy miałaś inną, prawda? Ze wzorkiem w wisienki?

Agata nie wiedziała, śmiać się czy płakać.

– W wisienki, faktycznie – odpowiedziała w końcu, wydłubując pięciocentymetrową szklaną drzazgę spod lodówki.

I znowu się rozpłakała.

– Myślałaś o mnie chociaż raz przez tych osiem lat? – zapytała nagle Zuza.

Łzy ciekły Agacie po policzkach równą strugą.

– Nawet nie wiesz… Nawet nie wiesz, jak często. Miałam nadzieję, że mnie nie pamiętasz. Że nie złamałam ci serca.

– Pamiętam wszystko. – Na twarzy Zuzy pojawił się na moment łagodny, miły uśmiech. – Najbardziej tę windę w twoim bloku. Jeździłam nią w tę i z powrotem przez godzinę, kiedy kłóciłaś się z tatą. I te kolorowe szybki w szafce w łazience.

Agata otarła rękawem łzy i pociągnęła nosem.

– Wciąż mam tę szafkę. Tylko dwie szybki się rozbiły i Marcin… mój mąż… wstawił zwykłe, przezroczyste.

Zuza zeskoczyła z taboretu i popędziła do łazienki.

– Uważaj! Szkło! – krzyczała za nią Agata. – Nie, nie tam. To gabinet mojego męża. Łazienka jest po prawej!

Zuza wróciła po minucie, może dwóch.

– Tak… to ona – potwierdziła z powagą. – Ta sama. Chociaż wtedy wydawało mi się, że była większa.

Agata uśmiechnęła się, próbując spojrzeć jej w oczy.

– Nic dziwnego. We wspomnieniach z dzieciństwa wszystko jest większe niż w rzeczywistości. Ludzie też.

Zuza pokręciła głową.

– Ty nie – powiedziała z powagą.

– Co nie? – Agata nie bardzo rozumiała, co dziewczyna ma na myśli.

– Ty nie jesteś we wspomnieniach większa niż naprawdę. Właściwie wydawało mi się, że jesteś mojego wzrostu.

Agata roześmiała się głośno. Trochę zbyt głośno i zbyt radośnie, by brzmiało to szczerze.

– Miałaś sześć lat! Nie mogłam być twojego wzrostu.

– Sześć i pół. Właściwie prawie siedem… – Zuza w skupieniu pokiwała głową i przymknęła oczy.

Agata czekała chwilę, czy powie coś jeszcze. Nie. Więc wróciła do sprzątania.

– Byłaś dużo niższa od taty – odezwała się nagle Zuza. – Wydawałaś się przy nim taka maleńka i krucha. Kiedy cię przytulał, bałam się, że cię zgniecie. Że cię stracę na zawsze.

Agata poczuła, że coś dusi ją w gardle. Jakaś wielka gula.

Wreszcie się odezwała, zaciskając drżące dłonie na kiju od szczotki:

– Nie zgniótł mnie.

Zuza przez chwilę w wielkim skupieniu bawiła się włosami. Ale tym razem Agata nie wracała do wycierania podłogi. Wiedziała, że dziewczyna jeszcze coś powie. I powiedziała, niemal szeptem:

– Nie zgniótł cię… ale i tak cię straciłam. Do dziś nie wiem, dlaczego.

Agata poczuła, że się czerwieni. Jak miała to wszystko wyjaśnić gimnazjalistce? I dlaczego… dlaczego akurat ona miała to robić?

– Ojciec nigdy ci nie opowiedział?

– Nigdy. – Zuza potrząsnęła głową. – Nie chciał o tym rozmawiać. Kiedy pytałam, zaciskał usta i mówił, że to skomplikowane, że jestem za mała. Tylko raz, kilka miesięcy temu, powiedział więcej. Wypił piwo, może dwa… i powiedział: „Wybacz. To nie powinno się zdarzyć. Nie powinniśmy cię wciągać w tę grę”. Wiesz, co miał na myśli?

Agata nie była w stanie wypowiedzieć choćby słowa. Pokiwała tylko głową. „W tę grę”! Mogłaby powtórzyć dokładnie to samo. To była gra… bardzo niebezpieczna. Zwłaszcza dla małych dziewczynek.

– Opowiesz mi, co się wtedy właściwie stało? – Zuza nie odpuszczała. Teraz to ona szukała wzroku Agaty. A Agata uciekała. Potrzebowała chwili, żeby zebrać myśli.

– Po to tu przyszłaś? Żeby zrozumieć tamtą sytuację? – zapytała, żeby zyskać na czasie. Chociaż właściwie… ona wcale nie miała czasu. Powinna biec do Filipa. Biedny, musiał się okropnie zdenerwować!

Zuza patrzyła na nią, nie mrugając oczami.

– Po co tu przyszłaś? – powtórzyła Agata. – Żeby zrozumieć?

Zuza zaprzeczyła, potrząsając rudymi włosami.

– Mam zgadywać?

Cisza. W powietrzu znów wisiało napięcie. Kobieta stała przez chwilę bez ruchu, a potem – z braku lepszego pomysłu – jeszcze raz przetarła podłogę mokrą szmatą.

– Myślałam, że się ucieszysz z mojej wizyty… – Głos Zuzy brzmiał teraz niemal zalotnie.

– Bardzo się cieszę, ale…

– Ale wolałabyś, żebym już poszła? – Dłonie dziewczyny zacisnęły się w pięści.

Agata zaprzeczyła gwałtownie:

– Nie, skąd. Naprawdę. Ja po prostu… Wiesz, nie możesz tu być bez zgody rodziców. Jesteś niepełnoletnia. Tata na pewno się martwi…

– Raczej nie. – Zuza znów wbiła wzrok w ścianę i jeszcze mocniej zacisnęła dłonie.

Agata poczuła, że na razie nie dowie się niczego więcej.

W kuchni panowała głucha cisza. W pokoju Filipa też. I to drugie zdecydowanie ją niepokoiło.

– Muszę iść do synka… Przepraszam, zaraz wrócę – powiedziała, zostawiając Zuzę samą.

 

Filip zasnął zapłakany na podłodze, z woreczkiem czarnych, lukrowych kuleczek w dłoni. Kulki rozsypały się po dywanie, kilka przylepiło się do małych paluszków chłopca. Jedna potoczyła się aż do nogi od biurka.

Znowu sprzątanie – jęknęła w duchu Agata.

Na palcach poszła po wilgotne chusteczki. Przetarła nimi zapłakaną buzię i lepkie rączki synka. Potem delikatnie przeniosła go na łóżko, rozebrała, umyła kolejnymi trzema chusteczkami i ubrała w piżamkę. Filip wymamrotał coś przez sen i kilka razy poruszył ustami, jakby szukał matczynej piersi. Uśmiechnęła się ze wzruszenia, wsunęła mu w ramiona poprzecieranego króliczka Puszka i przykryła synka kołdrą.

– Śpij słodko – szepnęła, gasząc światło. – Jutro upieczemy drugą partię… weselszą.

Stała przez chwilę z dłonią na klamce. Wiedziała, że musi wrócić do kuchni i do przerwanej rozmowy z Zuzą, ale wcale nie miała na to ochoty. Jak miała wyjaśnić jej wszystko to, co wydarzyło się osiem lat temu? Dlaczego nie zrobił tego jej ojciec?

Wzięła głęboki oddech, wyprostowała plecy i cicho wyszła z pokoju synka. I od razu w przedpokoju wpadła na swojego męża, który ośnieżony i roześmiany, w zaparowanych okularach i wełnianej czapce, wchodził właśnie do domu, dźwigając sześć czy siedem paczek owiniętych kolorowymi, błyszczącymi papierami.

– Wyłączyłaś telefon? – Patrzył na nią zdumiony. – Dzwonię od trzech godzin! Chciałem się poradzić, co kupić pod choinkę twojej mamie. I Toli. Nie wiem, czy dalej lubi Lego i dinozaury. A tu klops, moja żona nie odbiera! Musiałem zaryzykować i kupić to, co sam chciałbym dostać, będąc trzyletnią dziewczynką.

– Byłeś kiedyś trzyletnią dziewczynką? – Musiała się roześmiać. Marcin zawsze umiał ją rozbawić, nawet w najtrudniejszych chwilach.

Zrobił tajemniczą minę, puścił oko i pocałował ją prosto w usta.

– To ja już pójdę. – Zuza wysunęła się z kuchni i złapała kurtkę z wieszaka. – Przepraszam, że tak wpadłam bez zapowiedzi.

I zniknęła, zanim Agata zdążyła zaprotestować.

– Kto to był? – Marcin, wciąż w kurtce i z paczkami w rękach, stanął jak wryty.

– Córka znajomych. Nie znasz ich. – Ostatnim, na co Agata miała w tej chwili ochotę, było wyjaśnianie mu, skąd się wzięła Zuza w jej życiu.

– Jakaś dziwna – mruknął Marcin, podając żonie część paczek i próbując zdjąć kurtkę.

– Dzisiejsze nastolatki zwykle są dziwne. – Agata wzruszyła ramionami.

– Umieram z głodu. – Marcin zrobił krok w kierunku kuchni i, po raz drugi w ciągu trzech minut, zamarł ze zdumienia. – Mój Boże, co tu się stało? Napadli nas?

– Ależ skąd. – Agata roześmiała się, zdecydowana bagatelizować wydarzenia ostatnich godzin. Miotała się po przedpokoju, usiłując odłożyć gdzieś paczki owinięte kolorowym papierem. – Nie rób takiej miny, proszę cię. To tylko jeden słoik miodu. Strąciłam go przez nieuwagę.

– Słoik? Słoik wyrzucił wszystko z naszych szafek? – Marcin z kolei nie chciał pokazać, jak bardzo jest zdenerwowany i wystraszony. – I czego w nich szukał? Złota?

 

 

ROZDZIAŁ 3 NOWOROCZNE POSTANOWIENIA

Niełatwo było przekonać Marcina, że absolutnie nic się nie stało.

– Ktoś grzebał w naszych rzeczach – mówił roztrzęsiony, gdy już sprawdził, czy Filip jest bezpieczny i gdy zdjął przemoczone buty i skarpetki. – Powinniśmy zawiadomić policję.

– To tylko Zuzia. Znaczy, Zuza. – Agata machnęła lekceważąco ręką. – Nie przejmuj się, naprawdę. Pewnie się nudziła, kiedy kładłam Filipka spać.

– Nudziła się? I dlatego wywaliła wszystko z piętnastu szuflad na podłogę? To jakaś wariatka! Musimy zawiadomić jej rodziców.

– Nie mam z nimi kontaktu. – Agata nie zamierzała kłamać ani niczego taić. Nie miała jednak siły na opowiadanie historii sprzed ponad ośmiu lat. Nie teraz. Jutro. – Od lat się nie widzieliśmy. Nie wiem, co tej dziewczynie przyszło do głowy, żeby przyjechać tu właśnie teraz. Nie miałam pojęcia, że w ogóle mnie pamięta.

Marcin patrzył na nią przez moment i już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, gdy nagle w progu kuchni stanął zaspany Filip, trzymając za uszy swojego pluszowego królika.

– Gdzie Zuzia? – zapytał. – Już poszła? Szkoda. Chciałem jej dać kilka pierniczków. Jest taka smutna…

– Sam widzisz – szepnęła Agata do męża. – On ją lubi. I jej ufa.

– Ja nie – westchnął Marcin. – I wolałbym, żeby więcej nie wchodziła do naszego domu… Chodź, synku. Już późno. Zaniosę cię do łóżeczka.

– Tata! – Filip zarzucił ojcu rączki na szyję. – Zdążyłeś na lukrowanie, tak jak obiecałeś.

 

Agata obiecała sobie, że znajdzie Zuzę i jej ojca. I sprawdzi, co się u nich dzieje. Czuła, że ta wizyta, akurat teraz, nie była przypadkowa. Miała wrażenie, że Zuza rozpaczliwie potrzebuje pomocy. Gdyby tylko powiedziała jej, o co chodzi, zamiast się bawić w jakieś dziwne gierki!

Naprawdę chciała ją odszukać… ale po świętach. Mieli gościć u siebie na Wigilii teściów i dwie siostry Marcina z mężami i dziećmi. Oraz, oczywiście, mamę Agaty. Ostatnie dni przed Gwiazdką oznaczały więc nieustanne sprzątanie, gotowanie, bieganie po sklepach… i pracę. Masę pracy. Dla Agaty koniec grudnia zawsze był gorący. Wszystkie stacje telewizyjne potrzebowały teraz ekspertów od wychowania. Ona była takim ekspertem, zaproszenia płynęły więc szerokim strumieniem. Czy zechce wypowiedzieć się w programie o tradycji i jej roli w wychowaniu dziecka? Czy skomentuje zagadnienie drogich prezentów kupowanych dzieciom? Czy powie, dlaczego należy unikać kupowania maluchom żywych niespodzianek, czyli psów, kotów i jeży pigmejskich? Bardzo prosiliby o dziesięciominutową rozmowę w programie na żywo o tym, w jakim wieku dziecko powinno przestać wierzyć w Świętego Mikołaja i co zrobić, jeśli uparcie w niego wierzy, mając lat dziesięć, dwanaście czy piętnaście. A może zechciałaby wypowiedzieć się na temat dawania dzieciom pieniędzy zamiast prezentów? Czy jej zdaniem uczy to przedsiębiorczości i samodzielności, czy raczej odziera Boże Narodzenie z magii?

Była ulubionym ekspertem od dzieci wszystkich radiostacji i telewizji śniadaniowych. Ale przecież miała też swoje obowiązki na uczelni. Studenci przypominali sobie pod koniec semestru o pracach, których nie oddali, i zarzucali ją grubymi skoroszytami, pełnymi drobno zadrukowanych kartek.

– Nie przejmuj się, wszystko przygotuję. – Marcin objął ją i przyciągnął do siebie, gdy trzy dni przed Wigilią wróciła do domu o pierwszej w nocy, zielona ze zmęczenia. – Jeśli zdołasz, spisz listę tego, co zostało jeszcze do zrobienia. A jeśli się nie uda, to trudno. Sam wymyślę najważniejsze rzeczy.

– Jesteś kochany. – Agata oparła głowę na jego ramieniu. – Co ja bym bez ciebie zrobiła?

Pocałował ją w czoło i postukał palcem w zegarek.

– No już, idź spać. Szybko. Zajmę się wszystkim, słowo harcerza.

Faktycznie się zajął. Wigilia była doskonała. Wszyscy się najedli, wszyscy dostali wymarzone prezenty, a Filip i jego mała kuzynka Tola byli przekonani, że Mikołaj zadzwonił do drzwi akurat wtedy, kiedy wyglądali przez okno, szukając pierwszej gwiazdki.

– Za rok go zobaczę! Muszę go zobaczyć! Zaczaję się tu, a Tola z drugiej strony… – Filip skakał z emocji po całym pokoju, ściskając w dłoniach czerwoną lokomotywę z napisem „Hogwarts Express”. Dokładnie taką, jaką narysował w liście do Mikołaja.

– Dziękuję – szepnęła Agata mężowi, kiedy pożegnali ostatnich gości i układali naczynia w zmywarce.

– Dziękuję – szeptała tydzień później, kiedy zorganizował w ich domu sylwestra dla czwórki najbliższych przyjaciół. Filip na tę jedną noc przeniósł się do babci, a oni siedzieli przy stole, na którym stał wielki grill elektryczny, i zaśmiewali się, wspominając sylwestra sprzed siedmiu lat. Agata i Marcin wymienili porozumiewawcze spojrzenia. To wtedy, siedem lat temu, o północy dał jej pierścionek zaręczynowy. Całowali się godzinami, nie przejmując się znajomymi, z którymi spędzali tamtą noc. W walentynki wzięli ślub. A jedenaście miesięcy później urodził się Filip.

– Kocham cię – szepnął jej do ucha.

– Ja ciebie też – odpowiedziała, układając na grillu kolejne kawałki mięsa i bakłażana. I nerwowo zerkając na zegarek. O trzeciej w nocy miała jechać do radia skomentować w audycji na żywo zagadnienie postanowień noworocznych. Nie mogła nawet napić się szampana. Za nowy, szczęśliwszy rok. I za zdrowie Justyny i Tymona, którzy zaskoczyli ich przed chwilą informacją, że wyjeżdżają na pół roku do Stanów. A po powrocie zamierzają wziąć ślub.

– Pozazdrościliśmy wam trochę – mówiła Justyna, pokazując pierścionek z szafirami. – I wiecie co? Zaraz po ślubie postaramy się o młodszego kolegę dla Filipa! To nasze postanowienie na ten rok!

– Czy pani ma jakieś noworoczne postanowienie? A może eksperci niczego sobie na nowy rok nie obiecują? – zapytała dziennikarka pod koniec rozmowy, gdy omówiły już kwestię odchudzania, zapisywania się pierwszego stycznia na kursy językowe, generalnych porządków w szafach i naprawiania stosunków z sąsiadami.

Agata chciała odpowiedzieć jakoś lekko i zabawnie. Za to właśnie była lubiana przez media. I przez studentów. Ale nagle zmieniła zdanie.

– Mam takie postanowienie – powiedziała bez uśmiechu, bawiąc się obrączką na palcu. – Chcę odnaleźć mojego przyjaciela sprzed lat i jego córkę. Widziałam ją niedawno, ale nie zdążyłyśmy dłużej porozmawiać. – Wzięła głęboki oddech. Wiedziała, że Marcin słucha tej audycji razem z czwórką przyjaciół wciąż obecnych w ich domu. A mama ją nagrywa, jak zawsze, i odsłucha z taśmy wcześnie rano. Musiała ostrożnie dobierać słowa. – Grzegorz, jeżeli mnie słyszysz, odezwij się, proszę. Twoja cudowna córka wie, gdzie mnie szukać.

Dziennikarka uniosła brwi. Tego nie miała zapisanego w scenariuszu. Zapanowała niezręczna cisza, wprawiająca w panikę każdego radiowca. Brodacz siedzący za konsoletą zaczął dawać nerwowe znaki ręką. Agata postanowiła ratować sytuację. To w końcu ona wpakowała tę blondynkę i brodacza w kłopoty.

– Jak państwo słyszą, nawet psycholodzy, pedagodzy, coache i inni eksperci od ludzkiej duszy ulegają czasami magii noworocznej nocy i próbują zacząć o północy od początku. Obiecują sobie, że będą mniej pracować, więcej rozmawiać z dzieckiem, jeść warzywa, rzucą palenie… albo znajdą starych przyjaciół, z którymi stracili kontakt. I tak samo jak innym ludziom, zwykle nic nam z tego nie wychodzi.

– To chyba najlepsza puenta dzisiejszego programu. – Blondynka w wielkich słuchawkach odzyskała głos. – Dziękujemy naszemu gościowi, doktor Agacie Marks z Instytutu Psychopedagogiki i Tera…

Ostatnie słowa zagłuszyła rytmiczna piosenka, którą Agata słyszała po raz pierwszy w życiu. Pożegnała się z dziennikarką, realizatorem dźwięku i dwoma mężczyznami w wyciągniętych swetrach, których roli nie zdołała odgadnąć. Idąc do windy, usłyszała z głośnika wesoły głos blondynki:

– Tej piosenki nie trzeba nikomu przedstawiać. To największy hit minionego roku, zdobywca wszystkich nagród, od czerwca okupujący pierwsze miejsca list przebojów…

Agata westchnęła zrezygnowana. Powinna chyba obiecać sobie, że będzie mniej pracować. I słuchać w samochodzie znowu radia zamiast audiobooków, które miały pomóc jej w szlifowaniu brytyjskiego akcentu.

Następnego dnia obudziła się o dziesiątej. Marcin pochrapywał obok, leżąc na wznak bez piżamy. Kiedyś zawsze spał nago. Teraz pozwalał sobie na to tylko wtedy, gdy Filipa nie było w domu. Położyła głowę na jego ramieniu i ze wzruszeniem zauważyła pierwsze siwe włosy na klatce piersiowej. Pocałowała go delikatnie. Skoro nie ma Filipa… i obydwoje mają dzień wolny…

– Kim jest Grzegorz? – zapytał, otwierając oczy i siadając gwałtownie. – Dlaczego nagle tak ci zależy na spotkaniu z nim?

O matko! Scena zazdrości o zamierzchłą przeszłość? Roześmiała się. Marcin był najmniej zazdrosną osobą, jaką znała. Nie przejmował się jej wyjazdami ani przyjaźnią z Tomkiem, którego pocieszała po rozwodzie przez trzy noce z rzędu. Nie martwiło go, że studenci dzwonili w niedzielę o ósmej rano, a ich wiadomości nagrane na automatycznej sekretarce wcale nie brzmiały oficjalnie. Ufał Agacie, a ona ufała jemu. A teraz, nagle, taki szum? Przez jedno zdanie powiedziane w radiu?

– Zlituj się. – Pocałowała go jeszcze raz, ale nie zareagował. – To było dawno, dawno temu… Widziałam go wtedy pierwszy i ostatni raz w życiu. Po prostu chciałabym się dowiedzieć, o co chodzi z tą wizytą Zuzy.

– Nie możesz zwyczajnie zadzwonić? Do niej albo do niego?

– Nie mam numeru – powiedziała Agata zgodnie z prawdą. – Ten sprzed ośmiu lat nie odpowiada. A Zuza najwyraźniej wie, jak mnie odszukać.

– Wszyscy w Polsce umieliby cię odszukać, moja celebrytko. – Marcin nareszcie odzyskał dobry humor. Objął ją i pocałował, tak namiętnie jak siedem lat temu. Zadrżała, przywierając do jego nagiej klatki piersiowej. Powoli rozpiął jej flanelową piżamę. Zaczął schodzić ustami coraz niżej. Przygryzła wargę, żeby nie krzyknąć. Zamknęła oczy.

Dzwonek telefonu wdarł się w ciszę, przerywaną tylko ich szybkimi oddechami.

– Nie odbiorę – wydyszała Agata. – Nie odbiorę. Nie przestawaj, proszę.

– Odbierz. – Marcin przetoczył się na drugą stronę łóżka, usiłując dosięgnąć jej komórki. – To może być ten Grzegorz. Odbierz i zakończ tę historię.

Ale to nie był Grzegorz, lecz matka Agaty.

– Córeczko, co to za sprawa? – Jej głos był bardziej piskliwy niż zwykle. Musiała być naprawdę zdenerwowana. – Co to za Grzegorz? Ja nie znam nikogo takiego! Czy ty się wdałaś w jakiś romans?

 

 

ROZDZIAŁ 4 KRÓLEWNA ŚNIEŻKA

Mijały dni, a ona nie mogła zapomnieć o tamtym spotkaniu. Za każdym razem, gdy dzwonił telefon, miała nadzieję, że to Zuza albo Grzegorz. Każdy samochód parkujący pod ich domem wywoływał przyśpieszone bicie serca. Ale nic się nie wydarzyło. Chwilami miała wrażenie, że tamten dziwny grudniowy wieczór tylko się jej przyśnił. Zuza zniknęła równie nagle, jak się pojawiła.

Agata wciąż niemal codziennie obiecywała sobie, że ją odszuka i dowie się, dlaczego przejechała pół Polski, żeby się z nią zobaczyć. Ale te styczniowe dni były stanowczo za krótkie. Filip wciąż chorował i opuszczał zajęcia w zerówce. Gimnastykowali się z Marcinem potwornie, żeby zapewnić mu opiekę. Błagali jej mamę, żeby z nim została. A jeśli nie mogła, Marcin urywał się z pracy na kilka godzin, a Agata przekładała zaliczenia ze studentami albo seminaria… Jak na złość, na uczelni akurat zbliżała się sesja, wszyscy więc zaczęli nagle ze wszystkim bardzo się śpieszyć. Od rana do wieczora przyjmowała ostatnie, spóźnione prace zaliczeniowe, egzaminowała studentów, którzy chcieli zdawać w terminie zerowym, i, często długo po godzinach pracy, siedziała z magistrantami na seminariach. W październiku uroczyście wręczono jej nagrodę samorządu studenckiego dla najbardziej cenionego wykładowcy. To sprawiło, że Agata pracowała jeszcze ciężej. Cały czas starała się udowodnić, że naprawdę na ten tytuł zasłużyła. Wiedziała, że wielu starszych naukowców uważa, że jej się nie należał. Była przecież tylko doktorem, bez habilitacji. I pracowała tu zaledwie od ośmiu lat.

Od ośmiu lat… Nagle stanął jej przed oczyma tamten dzień. To były pierwsze tygodnie jej pracy na uczelni. Myślała, że złapała Pana Boga za nogi. O etacie asystenta marzyli wszyscy doktoranci, a dostała go właśnie ona. Uśmiechnęła się na wspomnienie onieśmielonej, nerwowo potakującej wszystkim dookoła dziewczyny, którą wtedy była. Trzeci rok z rzędu próbowała skończyć pisać swoją pracę doktorską o traumie dziecka w rodzinie patchworkowej. Jej promotor tracił cierpliwość, gdy po raz dziesiąty spóźniała się z oddaniem kolejnego rozdziału, bo trafiła na jeszcze jedną ciekawą książkę, którą koniecznie musi do niego włączyć.

– Nie masz męża, dzieci, chorej matki ani drugiego etatu, więc usiądź na tyłku i napisz to do samego końca – mówił profesor. – Nie szukaj kolejnych książek i artykułów. Nie rób już żadnych badań. Masz wszystko. Tylko wreszcie to napisz. Zobaczysz, że wstrząśniesz polską pedagogiką.

Śmiała się, pewna, że z niej kpi. Nie przypuszczała, że temat, który sobie wybrała, przyniesie jej siedem nagród i międzynarodowe uznanie, a w dodatku sprawi, że stanie się drugą Supernianią. Wtedy, osiem lat temu, nikt nie zapraszał jej do radia czy telewizji jako eksperta od wychowania, od emocji dziecka, a w końcu już prawie od wszystkiego. Każdy dzień był wyzwaniem. Na widok dziekana ze strachu uginały jej się kolana. I właśnie tego ciemnego, deszczowego dnia, pod koniec października, do jej pokoju wpadła jak burza asystentka dziekana. Oczywiście musiała przyjść akurat wtedy, gdy Agata spóźniła się do pracy prawie czterdzieści minut przez upiorny, gigantyczny korek na moście. Nie zdążyła jeszcze zdjąć kurtki, z włosów na podłogę kapał jej deszcz.

Dobrze, że to pani Ewa, a nie książę na białymkoniu – pomyślała wtedy, mimo stresu, i uśmiechnęła się pod nosem.

– Dziekan potrzebuje Królewny Śnieżki Disneya – powiedziała asystentka bez żadnych wstępów czy powitań. – Na konferencję w piątek. Nie ma jej w żadnym sklepie. W żadnej księgarni. Biały kruk. Nie ma w żadnej wypożyczalni z tych, do których dzwoniłam. Nie mogę się tym dłużej zajmować, mam na głowie stu dwudziestu konferencyjnych gości, noclegi, poczęstunek… wszystko. Już nie wiem, jak się nazywam. Naprawdę… Niech pani wygrzebie ten film spod ziemi, pani Agatko. Zasłuży pani na jego dozgonną wdzięczność. Przekona się pani, że bardzo się to pani przyda.

Ostatnie zdanie brzmiało prawie jak groźba.

– Na DVD czy na kasecie? – zapytała Agata.

Asystentka spojrzała na nią jak na wariatkę.

– Jest dwudziesty pierwszy wiek. Oczywiście, że na DVD!

– Oczywiście. – Agata przygryzła wargę. – Zrobię, co w mojej mocy.

– Proszę zrobić więcej! Znacznie więcej! Proszę użyć nawet mocy diabelskich, jeśli będzie trzeba – rzuciła pani Ewa i wypadła z pokoju równie gwałtownie, jak do niego wpadła.

– Nie patrz na mnie – jęknęła Gośka, siedząca przy biurku pod oknem, mimo że Agata stała do niej tyłem. – Nie pomogę ci. Przepisuję dziekanowi siedemnaście stron tabelek na tę piątkową konferencję.

– Poradzę sobie sama. – Agata uśmiechnęła się krzywo. Królewna Śnieżka to przecież znany film. Nie będzie trudno go znaleźć.

 

Po pięciu godzinach poszukiwań poczuła, że zbiera się jej na płacz. W żadnym sklepie nie było Śnieżki. W żadnej bibliotece. Na żadnym eBayu ani Allegro. To znaczy, owszem, była jedna. Używana. Na kasecie VHS.

– Bierz kasetę – poradziła jej Gocha, gdy poszły zrobić popołudniową kawę.

– Ale przecież pani Ewa mówiła…

– Niech mówi, co chce. Bierz kasetę, idź do ksero, tego koło warzywniaka, i poproś, żeby ci przegrali na płytę.

– W punkcie ksero? – Agata postukała się w głowę. – Co oni mają wspólnego z kasetami?

– Rozwinęli działalność, jakieś pół roku temu – wyjaśniła Gośka. – Nie zauważyłaś, że przybili nowy szyld?