Wydawca: Siedmioróg Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 211 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Coraz mniej milczenia - Marta Fox

Książka powstała w oparciu o cztery autentyczne historie. Autorka zamieściła w prasie i Internecie ogłoszenie o tym, że zbiera materiały do książki o trudnym dzieciństwie. Spośród kilkudziesięciu historii wybrała cztery, w których opowiada przeżycia dorosłych ludzi, nie mogących zapomnieć o swoim dzieciństwie. Nie mogą zapomnieć nie dlatego, że było ono pełne radości, ciepła i zrozumienia lecz przeciwnie - KTOŚ napiętnował je przemocą, strachem i zamienił w koszmar. Ten ktoś (rodzice, opiekunowie) zrobił to w imię tzw. miłości oraz dobrego wychowania i żądał dodatkowo okazywania sobie szacunku. W książce nie ma jednak przykładów z marginesu społecznego, wręcz odwrotnie, są to tak zwane porządne rodziny, gdzie wykształceni rodzice dbają o dom i podstawowe potrzeby dzieci (ubierają, żywią, kształcą) a swoje wychowanie nazywają jedynie surowym. Autorka porusza problem tzw. "chorej miłości". Pod jej wpływem dzieci dojrzewają i wchodzą w dorosłe życie psychicznie "skrzywione", nie radząc sobie z problemami, często nie mogąc sobie znaleźć miejsca w otoczeniu. Pisarka chce właśnie pokazać jak ułożyło się życie "jej" bohaterom, jaka jest jakość ich relacji z innymi ludźmi, rodzicami, najbliższą rodziną. Niestety w wielu przypadkach osoby boleśnie doświadczane w dzieciństwie, nie mają świadomości, iż cały czas, mimo że są już dorosłe, "patrzą" na świat poprzez pryzmat traumatycznych, dziecięcych przeżyć. Stąd właśnie wynikają ich kłopoty i cierpienie. Marta Fox, poruszając w swojej książce tą niełatwą tematykę, chce dotrzeć między innymi do takich właśnie osób. Książka może obudzić w nich głębokie, nieuświadomione wcześniej bardzo trudne uczucia i emocje, z którymi ciężko będzie im sobie samodzielnie poradzić. Dlatego też nie muszą i nie powinny poprzestawać tylko na jej przeczytaniu, lecz szukać dla siebie pomocy - np. ze strony psychoterapeuty.

Opinie o ebooku Coraz mniej milczenia - Marta Fox

Fragment ebooka Coraz mniej milczenia - Marta Fox

Marta Fox

CORAZ MNIEJ MILCZENIA

O dramatach dzieciństwa bez tabu

Zdjęcie na okładce

„Zefa”

Redakcja Mirosława Łątkowska

Skład Tadeusz Kłodowski

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-7791-008-5

Wydawnictwo Siedmioróg ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmiorógwww.siedmioróg.pl

Proszę zachować niepokój.

Nie przedstawiać żadnych dowodów, nie zeznawać pod przysięgą.

Oszczędzić sobie wyrzutów poza wyrzutami sumienia.

Tylko niepewność daje jakąś gwarancję.

Tylko niepokój może nas uratować.

„Prawda, którą chcę tutaj pokazać, nie jest szczególnie skandaliczna albo jest nią tylko w tym stopniu, w jakim każda prawda jest skandalem”.

Margueritte Yourcenar

CI, KTÓRYM PLUJĄ W TWARZ

Ci, którym plują w twarz, mają specjalne niebo oplutych.

Idą do niego dopiero po śmierci, ale czasem na mgnienie oka wolno im zaznać i tutaj tego nieba.

W którym będą się cieszyć przez wieczność, że nie mają już twarzy, na którą można plunąć. Że ich już nie ma tak mocno jak

ROZDZIAŁ I

Część 1

Dziewczynka z kokardami

Dziewczynka z kokardami.

To ja nią byłam, dawno, bo ponad czterdzieści lat temu. Mało kto znał moje imię. Nauczyciele wywoływali mnie po nazwisku albo po numerze z dziennika, a w klasie i na podwórku mówiono – ta z kokardami. Nawet jak udało mi się je ściągnąć i schować do kieszeni, to też tak na mnie wołano: Hej, ty z kokardami albo: Ty, kokarda.

Dwie sterczące kokardy, niebieskie albo białe, nylonowe, czyli modne, nie byle jakie, nie trzeba było ich prasować, wystarczyło tylko uprać, wysuszyć i zawiązać. Musiałam o nie dbać, podobnie jak o biały kołnierzyk przy granatowym fartuszku, niemnący, też z nylonowej tkaniny, z dziurkami na guziki, dzięki którym można go było przypinać, zamiast przyszywać.

Zawsze wieczorem, jeszcze przed rachunkiem sumienia i modlitwą, musiałam pokazać mojej opiekunce, którą miałam obowiązek nazywać ciocią, jak jestem przygotowana do szkoły. Sprawdzała zeszyty, dzienniczek ucznia, na koniec kołnierzyk i kokardy. Mój czysty kołnierzyk oraz sterczące kokardy świadczyły o mnie, a bardziej o cioci, która mnie wyrwała z dołów społecznych i postanowiła wychować na porządną, co znaczyło – w każdym calu bogobojną, dziewczynę, a później kobietę. Nie szczędziła na to sił i środków. Zapamiętałam to sformułowanie. Ciocia (w obecności obcych koniecznie: ciotunia) przy lada okazji, a także bez niej, nie bacząc na miejsce, zwykła wpadać w koturnowy styl i przemawiać.

– Moje drogie dziecko, my nie będziemy szczędzić sił i środków na to, by wytępić w tobie złe przyzwyczajenia, naganne zachowania, my nie będziemy szczędzić sił i środków, by wychować cię na prawą w każdym calu kobietę!

Wydawała mi się wówczas potężna i silna, byłam pewna, że nie tylko osiągnie swój cel, ale że osiągnie każdy cel, a po drodze jeszcze kilka gór przestawi, jeśliby takie się pojawiły niespodziewanie.

Przemawiała w końcu w imieniu porządnej, mieszczańskiej rodziny, dbającej o cudze dziecko lepiej niż o swoje, co miało jej być policzone w niebiosach, tym bardziej, im mniej było dostrzegane i doceniane tutaj. Ślady tego teatralnego stylu odnajdowałam po latach w patetycznych przemówieniach wodzów naszego upadającego socjalistycznego państwa i od razu miałam potrzebę stanąć przed I sekretarzem na baczność niczym przed ciotunią.

Słowa „szczędzić”, a także w „każdym calu” mam w repertuarze do dziś, mimo że wielekroć przysięgałam sobie wykreślić je ze swojego słownika. Podczas tych przemówień nieodmiennie czułam podniosłość chwili, a także różnicę pomiędzy jej odświętnością a zwykłymi dniami, w których byłam nazywana „niewdzięczną dziewuchą”.

– Ta niewdzięczna dziewucha znów się zmoczyła – wrzask babci i mocne klaśnięcie mnie w twarz przerwały przemówienie ciotuni, babci synowej.

– Ty wstrętna paskudo, ty złośliwy potworze – ciocia wykazywała się zawsze większą elokwencją – czy nie umiesz sygnalizować swoich potrzeb? Nie czujesz, kiedy ci się chce, nie umiesz powiedzieć albo zrobić bez mówienia, dyskretnie, za to we właściwym miejscu? Przecież psa łatwiej wyszkolić niż ciebie! Ale psy nie są złośliwe wobec swojego pana, psy są wierne i wiedzą, czym powinna być wdzięczność za to, że się je przygarnęło. Oj, będziesz ty się w piekle smażyć, będziesz.

Za karę nie dostawałam kolacji albo zamykano mnie w ciemnej komórce z rupieciami, czasem w łazience, w której było zawsze zimno, nawet w lecie, z wyjątkiem soboty, bo wówczas w wysokim łazienkowym piecu palił się ogień i nagrzewał wodę do kąpieli dla wszystkich domowników.

Wolałam łazienkę. Było w niej więcej miejsca, mogłam się położyć na drewnianej podłodze, pomiędzy muszlą klozetową a wanną, przykryć się ręcznikiem i marzyć o tym, by Pan Bóg mnie ukarał, jak chce, byle tylko nie powiedział o mnie zbyt wiele złego rodzicom, bo ci gotowi nigdy mnie od ciotuni do siebie nie zabrać. Komórki się bardziej bałam, było tam mniej miejsca, śmierdziało starymi kartoflami, a na dodatek to właśnie w komórce ukrywał się Liczyrzepa, który najlepiej wiedział, co zrobić z niegrzecznymi dziewczynkami sikającymi w majtki, nie dość że w nocy, to jeszcze w dzień, nie dość że w dzień, to jeszcze podczas podniosłej chwili, w której ciocia nie szczędziła sił i środków.

Postanowiono więc oduczyć mnie sikania gdzie popadnie metodami niczym nie różniącymi się od tych, które stosowano wobec psa. Nie wzięto tylko pod uwagę jednego – mojej wyjątkowej odporności pedagogicznej, pozwalającej mi trwać przy swoich przyzwyczajeniach bez względu na ilość niezjedzonych kolacji, godzin spędzonych w ciemnościach razem z kartoflami lub pastami do podłóg, którymi w każdy piątek nacierałam czerwone, drewniane podłogowe deski, łącznie z drewnianymi listwami biegnącymi wzdłuż ścian, a potem siadałam na flanelowej szmacie, w rękach trzymając dwie następne szmaty i wybłyszczałam tę podłogę, bo musiała być tak świecąca jak wujka lakierki, o które też miałam obowiązek dbać.

Ciocia była uparta i ja byłam uparta. Trzeba przyznać, zadała sobie dużo trudu, wstając co najmniej trzy razy w ciągu nocy i wyciągając mnie do ubikacji, żebym się wysikała, do czego byłam zmuszana prośbą i groźbą, puszczaniem wody do umywalki, gwizdaniem, a nawet wkładaniem nóg do miski z zimną wodą. Efekty owej troski zazwyczaj było widać rano, kiedy to służąca, młoda dziewczyna śpiąca w służbówce, zabierała prześcieradło do prania.

Najgorzej jednak było w ciągu dnia, kiedy tuż przed wyjściem do pracy ciotunia pytała, czy nie mam mokrych majtek. Zgodnie z prawdą (bo prawda nade wszystko) mówiłam, że mam suche, a wtedy ona podchodziła z groźną miną i wkładając mi rękę pod sukienkę, syczała złowrogo: – No to sprawdzimy. Reagowałam błyskawicznie. W momencie, kiedy dotykała moich suchych majtek, uwalniały się wszystkie blokady i tak jak nie mogłam wysikać się w nocy, patrząc na lecącą z kranu wodę, teraz wypuszczałam jeden wielki sik, mocząc rękę ciotuni i robiąc wokół siebie niezłą kałużę, bo okazywało się, że mimo krzyków typu „przestań natychmiast!”, sikanie wypływało ze mnie bez oporów, z satysfakcją poprawnie i nareszcie spełnionej czynności fizjologicznej, za którą powinna mi się należeć tylko i wyłącznie nagroda, no bo przecież grzeczna ze mnie dziewczynka z kokardami – nareszcie odpowiedziała na apel cioci, cóż z tego, że w innym miejscu i czasie.

Zamiast nagrody była kara. Najpierw uderzenie w twarz, a potem tyrada: – Ty wstrętna, krnąbrna, kłamliwa dziewucho, co za diabelskie nasienie cię spłodziło (tego nie rozumiałam, ale zapamiętałam), już ja cię wychowam, już ja cię nauczę, już ty mnie popamiętasz na całe życie, a nawet i wtedy mnie wspomnisz, kiedy się będziesz w piekle smażyć. I tutaj, przyznaję, proroctwa ciotuni się spełniły, bo pamiętam ją, pamiętam niemal każde jej słowo, spojrzenie, różne miny.

W następnej krótkiej fazie resocjalizacji ciotunia kazała mi szybko ściągnąć majtki, co rzeczywiście robiłam błyskawicznie, a ona czubkiem buta naprowadzała je na kałużę, wycierała podłogę i w przypływie wściekłości podnosiła je wypielęgnowaną dłonią i smarowała mi tym twarz, abym raz na zawsze zapamiętała. Zapamiętałam. Te mokre majtki i cioci rękę, która nie szczędziła sił i środków.

W końcu ciocia, jako dobra opiekunka, skapitulowała i poszła ze mną do lekarza. Zrobiła to pod wpływem sugestii swojej koleżanki z pracy, wysokiej rangą urzędniczki sądowej, z której zdaniem widać bardzo się liczyła. Pamiętam tę wizytę, bo się jej wyjątkowo bałam. Doktora znielubiłam od pierwszego wejrzenia.

– Jaka śliczna dziewczynka z kokardami – powiedział na dzień dobry i nie zapytał o moje imię, mimo że zachowałam się nienagannie, dygnęłam jak trzeba, prawą nogą dwa razy, i stałam obok jego biurka spokojnie, nie mając odwagi rozglądać się dookoła.

Zbadał mnie dokładnie zimnym stetoskopem, podnosił mi ręce do góry, zaglądał do gardła, a ciotunia mu w tym czasie opowiadała, jak o mnie dba, w jakich idealnych warunkach się wychowuję, jak to mi nic nie brakuje, a także, oczywiście, jaka jestem krnąbrna.

– Lenistwo – zawyrokował. – Lenistwo – powtórzył.

Zapamiętałam tę diagnozę, która ciotunię wielce usatysfakcjonowała i utwierdziła w słuszności stosowanych względem mnie metod, o których, rzecz jasna, nic lekarzowi nie powiedziała.

Podczas wieczornego rachunku sumienia babcia pomagała mi uświadomić sobie grzechy, jakie popełniam, kiedy sikam w majtki.

– Ile grzechów dzisiaj popełniłaś? – pytała spokojnie jak nauczycielka matematyki, którą była przed wojną.

– Jeden – odpowiadałam, od razu przyznając się do winy.

– Jaki? – drążyła babcia.

– Posikałam się – odpowiadałam zgodnie z prawdą.

– Tak, to jest grzech – stwierdzała babcia – to jest grzech nieposłuszeństwa, ale także grzech lenistwa, na co zwrócił uwagę lekarz, a więc już dwa grzechy – liczyła babcia dalej. – Ponieważ jednak nie przyznałaś się cioci od razu, że masz mokre majtki, więc na dodatek jeszcze kłamałaś i to jest trzeci grzech, grzech kłamstwa, bardzo ciężki grzech – wyliczała.

A kiedy byłam już prawie pewna, że żałować muszę za trzy grzechy, okazywało się, że także za czwarty, którym jest moja zatwardziałość w postępowaniu.

Więc żałowałam, głośno, wyraźnie wyznając raz jeszcze swoje grzechy, dla lepszego zapamiętania, oraz głośno i wyraźnie powtarzając za babcią modlitwy. Babcia była zadowolona, jeśli modliłam się głośno. Czasami, w nagrodę, pocieszała mnie, że może jednak Pan Bóg się ulituje i sprowadzi mnie na właściwą drogę, ja jednak nie byłam tego pewna i z dnia na dzień widziałam, jak zmniejszają się moje szanse uniknięcia piekła w przyszłym życiu, tym bardziej że zachowaniem występowałam również przeciwko czwartemu przykazaniu, nie czciłam bowiem dostatecznie ani matki, ani ojca swego, w tym przypadku – opiekunów swoich. Do tego, niestety, doszły jeszcze grzechy popełniane przeciwko Bogu, a to już był szczyt wszystkich grzechów, który radykalnie odbierał mi nadzieję na żywot w raju, gdzie znaleźć się mieli wszyscy domownicy, prócz mnie, oczywiście.

Była to dla mnie wyjątkowo trudna sytuacja i wyjątkowo trudny wybór, z czego zdałam sobie sprawę, kiedy już byłam nieco starsza: bo z jednej strony bardzo się bałam piekła, a z drugiej absolutnie nie chciałam w następnym życiu spotkać ani ciotuni, ani babci, a przy okazji jeszcze kilku innych osób, bezwzględnie bogobojnych, prawdomównych i chełpiących się wieloma innymi cnotami, łącznie z tą, że nie sikali w majtki, i to chyba nie tylko z racji wieku.

Nikomu się nie żaliłam, bo i komu, nawet do rodziców listy pisałam pod dyktando cioci lub babci, a to znaczyło, że muszę się roztkliwiać nad tym, jak mi tutaj dobrze, aby i oni uwierzyli w wielkie szczęście, które mnie spotkało dzięki dobroci wujostwa zapewniających mi bezpieczny, porządny i pełen wygód dom, gdzie wszyscy myślą tylko o tym, jak mi dogodzić.

Nie mogłam się doczekać dnia, w którym przystąpię do Pierwszej Komunii Świętej. Wyobrażałam sobie, że wówczas wszystko się odmieni w moim życiu, co dokładnie, nie wiedziałam, ale wszystko mogło oznaczać wszystko, więc najpierw wyzbycie się strachu przed piekłem albo kolację każdego dnia, albo i to, że dzieci i nauczyciele w szkole mnie polubią, na podwórku nikt mnie nie zwyzywa od przygłupów, a na koniec, że moi rodzice przyjadą, zabiorą mnie do domu, który na pewno okaże się wspaniały, choćby z powodu braku komórki z kartoflami i Liczyrzepą mogącym w każdej chwili stamtąd wyjść i zabrać mnie do swojej dziwnej krainy w górach, porównywalnej tylko z piekłem.

Uczęszczałam więc pilnie na katechezę, modliłam się głośno i wyraźnie, przynosiłam piątki ze szkoły, a także do perfekcji opanowałam sztukę okupowania toalety w chwili, kiedy ciocia wychodziła do pracy, dzięki czemu udawało mi się unikać pytań o suche majtki i wkładania mi ręki pod fartuszek.

Ze szkoły, jak i z lekcji religii miałam obowiązek wracać od razu do domu. Kościół znajdował się nieco dalej od domu niż szkoła, więc zawsze udawało mi się pół godziny wygospodarować, z której nie byłam rozliczana. Potem mówiłam, że modliłam się w kościele za swoje grzechy i zdrowie wszystkich domowników albo że katechetka dłużej nam czytała przypowieści biblijne. Wracałam z koleżanką mieszkającą w kamienicy obok. Po drodze mijałyśmy kościół garnizonowy, dla nas zakazany, dlaczego – nie wiedziałyśmy, ale właśnie ten zakaz miałyśmy wielką ochotę smakować. Kościół niczym właściwie się nie różnił od naszego, poza tym, że na sklepieniu było malowidło przedstawiające Boga, co dziwne, wcale nie z groźną miną, więc lubiłam na niego patrzeć i wyobrażać sobie, jak mówi do mnie same dobre rzeczy. Bóg był stary i miał siwe, długie włosy, wokół niego fruwały pulchne aniołki, bardzo ładne, zadowolone, z jasnymi kręconymi włosami, bez kokard, więc byłam pewna, że im dobrze z tym Bogiem, na pewno lepiej niż mnie z moim.

– O, jaka grzeczna dziewczynka z kokardami – powiedział któregoś dnia ksiądz, jak się później dowiedziałam, kapelan w tym kościele.

Zauważył najpierw mnie, bo siedziałam wyprostowana, a koleżanka właśnie próbowała wyciągnąć spod ławki zawieruszony tam święty obrazek, jeden z takich, jakie ksiądz rozdaje grzecznym dzieciom, kiedy chodzi po kolędzie.

– Jak masz na imię? – zapytał.

– Danusia – odpowiedziałam tak szybko, jak tylko potrafiłam, jakby w obawie, że ksiądz się rozmyśli i będzie mnie nazywał albo raczej wyzywał od dziewczynek z kokardami.

– Danusia – powtórzyłam raz jeszcze, wyraźnie, głośno, aby i Pan Bóg usłyszał i sobie zapamiętał.

– A ja mam na imię Basia – powiedziała koleżanka, wychylając głowę spod ławki.

Natychmiast ją uszczypnęłam, no bo przecież dzieci niepytane nie powinny się odzywać.

– Co mnie szczypiesz? – prawie wrzasnęła Basia – przecież ja nic złego nie robię!

Nie miałam odwagi spojrzeć na księdza, znów jakby ze strachu, że zacznie się dopytywać o to szczypanie albo mnie skarci, albo wygoni z kościoła i nie pozwoli więcej tu przychodzić.

– Danusia miała dwa dni temu imieniny, prawda? – zapytał.

Natychmiast przytaknęłam, choć nic nie wiedziałam o swoich imieninach.

– W takim razie zapraszam was, dziewczynki, na oranżadę i herbatniki – powiedział, a ja od razu byłam zła, że Basię też zaprasza, skoro ona imienin nie miała.

Weszłyśmy na plebanię, trzymając się za ręce. Do dziś nie potrafię określić zapachu, który wtedy poczułam, więc nazwałam go na własny użytek „tajemniczym”. Bo nie był to ani zapach kościoła, ani zakrystii, ani domu. Dla mnie był wyjątkowy, dobry, bezpieczny, tęskniłam za nim od tamtej chwili każdego dnia, najbardziej przed snem. Ta tęsknota była miła, jakby dawała mi nadzieję, że kiedyś, gdy będę duża, mój dom też tak będzie pachniał – zapachem dobra tego świata.

– Mamy gości – powiedział kapelan – to jest Danusia, a to Basia – przedstawił nas kobiecie, którą nazywał gosposią.

Gosposia wcale nie wyglądała jak ta u nas, która sprzątała, prała i zaprowadzała mnie do szkoły. Księdza gosposia była stara jak babcia i gruba jak babcia. Nie spodobała mi się, mimo że uśmiechała się do nas, zdjęła nam płaszczyki i dała szmatę, byśmy sobie dobrze wytarły buty.

A potem przyniosła nam oranżadę, prawdziwą, z bąbelkami, a do niej nie tylko herbatniki, ale również cukierki i coś, co nazwała chałwą, a czego ja do tej pory nie jadłam, zresztą Basia też nie. Wyzbierałyśmy starannie okruszki. Gdybym nie była u ciotuni ćwiczona, to wylizałybyśmy talerzyki, do czego Basia już się przymierzała, ale znów ją uszczypnęłam, więc się zreflektowała i zostawiła talerzyk w spokoju. Ksiądz kapelan, jak go potem w myślach nazywałam, wypytał nas o to, gdzie mieszkamy, do której szkoły i klasy chodzimy. Odpowiadała Basia, była odważniejsza. Ja patrzyłam, chcąc zapamiętać każdy szczegół w wyglądzie księdza, który nie miał w sobie nic z Mikołaja, co daje prezenty wyłącznie w zamian za całoroczną grzeczność udokumentowaną na koniec modlitwami, recytacjami i obietnicami. Ksiądz nie miał w sobie też nic z groźnego Pana Boga, zarządzającego niebem i piekłem, może dlatego, że dysponował tylko plebanią, kościołem i słodyczami. Odpowiadało mi to, wolałam słodycze i ciepłą rękę księdza głaskającego mnie po głowie na do widzenia i obdarowującego słodyczami na drogę.

– Policz, ile masz – powiedziała Basia po wyjściu.

– Osiem.

– A ja mam dziesięć – pochwaliła się – i mnie ksiądz dwa razy pogłaskał – dodała z dumą.

Zjadłyśmy wszystko przed wejściem do domu i obiecałyśmy jedna drugiej, że nikomu nie powiemy ani o zakazanym kościele, ani o wizycie na plebanii.

Nikomu – to znaczyło, że ani w domu, ani żadnej z koleżanek. Czułyśmy, że ta solidarność nam się opłaci, ale w tamtej chwili na pewno nie wiedziałyśmy, że wystawi nas również na próbę, wedle której ostatni staną się pierwszymi, a zwycięzcy przegranymi.

Od czasu tego spotkania marzyłam, by każdy dzień skończył się jak najszybciej i bym wreszcie mogła znaleźć się w łóżku, gdzie już nic nie będę musiała robić, tylko wyobrażać sobie ciepłe ręce kapelana, który głaszcze mnie po głowie i podsuwa kolejne ciasteczko.

Byłam w drugiej klasie szkoły podstawowej, na wiosnę miałam przystąpić do komunii, a doznawałam wszelkich oznak zakochania, kiedy to serce łomocze nawet na samą myśl, że po drugiej stronie ulicy jest zakazany kościół, a w nim najlepszy na świecie Pan Bóg, który zesłał mi kogoś, kto chciał wiedzieć, jak mam na imię.

Chodziłyśmy tam co tydzień, zawsze po lekcji religii. Ksiądz kapelan wiedział już, kiedy przyjdziemy, więc słodkości były zawczasu przygotowane, co mogłyśmy spostrzec od razu, jeszcze podczas zdejmowania płaszczy w przedpokoju. Kapelan wiedział również, że nie możemy u niego siedzieć dłużej niż pół godziny, bo potem nasi rodzice zauważyliby spóźnienie i musiałybyśmy odpowiadać na pytania o przyczynę.

– A ona nie ma rodziców, tylko ciocię i wujka – powiedziała któregoś razu Basia, kiedy kapelan to mnie, a nie ją trzymał na kolanach.

– Jak to nie ma? – zdziwił się ksiądz.

Skorzystałam z tego skarżenia Basi i na wszelki wypadek nie zaprzeczyłam, tylko kiwnęłam głową.

– Jesteś sierotką? – zapytał z troską kapelan i przytulił mnie mocniej.

Wierciłam się na jego kolanach, coś twardego uciskało mnie w pupę, więc zmieniałam pozycję, ostrożnie, w obawie, że to moje wiercenie nie spodoba się księdzu. Ale on nie miał nic przeciwko temu, a nawet był zadowolony, bo delikatnie podskakiwał kolanami. Oddychał szybko, dmuchając mi w ucho.

– Biedna sierotka – szeptał – bardzo biedna sierotka.

Nie zaprzeczałam, zresztą nie bardzo wiedziałabym, jak księdzu wytłumaczyć to, że mam rodziców, ale że nie opiekują się mną dla mojego dobra, a dla jeszcze większego dobra opiekuje się mną ciocia, babcia, wujek i służąca. Poza tym bardzo mi się spodobało słowo „sierotka”, było jak z bajki, w której wszystko się dobrze kończy, a sierotkę spotyka nagroda. Chciałam być sierotką, czułam, że czas wielkiej nagrody się zbliża i że muszę zrobić wszystko, aby ją otrzymać.

– Nie taka biedna – znów wtrąciła Basia, ona zawsze gadała niepytana – u nich w domu jest wszystko, nawet fortepian.

– Ale nie mam słodyczy i sikam w majtki z lenistwa, a za karę muszę siedzieć w komórce, gdzie zagląda Liczyrzepa, i pójdę do piekła – wyrzuciłam z siebie jednym tchem i zaraz się rozpłakałam.

Może mówiłabym dalej o swoich krzywdach, ale ksiądz zaczął mnie uspokajać i prosić, abym nie płakała, a na koniec powiedział, że on się wszystkiego dowie i mnie zaadoptuje, a wtedy już nie stanie mi się żadna krzywda.

Nie wiedziałam, co kryje się za tajemniczym słowem „zaadoptuje”, ale znów czułam, że to może być coś bardzo dobrego.

– Nie bój się, Pan Bóg nie wysyła do piekła takich dobrych dziewczynek jak ty – pocieszył mnie, zsunął z kolan i posadził na krześle obok.

Basia natychmiast skorzystała z okazji i wskoczyła księdzu na kolana. Przytuliła się do niego i patrzyła na mnie, jak sobie pochlipuję.

– Ja też jestem dobrą dziewczynką, prawda? – zapytała, szukając u księdza potwierdzenia.

– Tak, jesteś dobrą dziewczynką, a Bóg jest miłością i kocha was obie, dlatego żadna z was nie pójdzie do piekła – wytłumaczył i zsunął Basię z kolan. – Idź do kuchni i poproś gosposię o chusteczkę do nosa, zobacz, Danusia zaraz będzie miała ślizgawkę na rękawie.

– Bóg jest miłością – powtórzyłam. – Czy to znaczy, że on nie ma piekła i że mnie tam nie wrzuci, żebym się usmażyła? – upewniałam się.

– Nie bój się, Danusiu, musisz wierzyć, że Pan Bóg wybiera dla ciebie tylko dobre ścieżki, powinnaś go kochać, nawet gdy jest ci źle i smutno.

– I nawet gdy on mnie nie kocha?

– On ciebie kocha, kiedyś to zrozumiesz.

Nikt do mnie tak nie mówił, nikt mnie nie pocieszał, nie tulił, nie głaskał. Marzyłam, aby z nim mieszkać, czyścić mu buty, pastować podłogi. W moich marzeniach nie było Basi, chciałam mieć księdza tylko dla siebie, nawet jej kiedyś powiedziałam, że oddam wszystkie moje cukierki i przyniosę jej całą chałwę, byle tylko pozwoliła mi iść na plebanię samej. Nie zgodziła się. Od tej chwili stała się jeszcze bardziej czujna, zazdrosna.

Któregoś razu dostałyśmy na drogę wyjątkowo dużo słodyczy. A może po prostu były większe, tego nie pamiętam, ale na pewno były pozawijane w ładne srebrne lub złote papierki. Przed domem wyjadałyśmy resztki, a papierki wygładzałyśmy na murze, bo żal nam było je wyrzucić. I w takiej właśnie sytuacji przyłapała nas ciocia. Miałam w buzi ostatni kawałek jakiejś czekoladki, kiedy nagle stanęła przede mną i zapytała:

– Skąd masz takie słodycze?

Nawet nie mogłam odpowiedzieć, bo najpierw musiałam przełknąć.

– Otwórz buzię – powiedziała.

Otworzyłam. Zobaczyła zęby zaklajstrowane czekoladową mazią.

– Skąd to masz? Kto ci dał? – zapytała już całkiem groźnie. – Przecież wiesz, że nie można nic przyjmować od obcych.

Wiedziałam. Ale ksiądz nie był obcy.

– Skąd to masz? – Ciocia chwyciła mnie za ucho i podciągnęła w górę. Zasyczałam.

– My te cukierki ukradłyśmy – powiedziała niespodziewanie Basia.

– Komu? – dociekała ciocia, ciągle trzymając mnie za ucho.

Zdążyłam kopnąć Basię w kostkę i chyba zrozumiała, że musi kłamać dalej.

– Katechetce – palnęła bez namysłu.

Byłyśmy uratowane, choć nie do końca. Od tej chwili wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. W domu dostałam lanie, którego skutki odczuwam do dziś, szczególnie kiedy na dworze jest wilgoć albo przy zmianie pogody. Ciotunia okładała mnie wszystkim, co miała pod ręką, przy czym raz uderzyła tak niefortunnie, że uszkodziła mi kość ogonową. Otrzymałam absolutny zakaz spotykania się z Basią. Musiałam też pójść do katechetki z kwiatami i ją przeprosić. Zaprowadziła mnie babcia, która na szczęście miała przytępiony słuch i nie usłyszała, że nie powiedziałam nic, tylko podałam kwiaty i od razu się rozpłakałam, a katechetka zaczęła mnie przytulać. Potem wzięła mnie za rękę, podeszła do babci i powiedziała, że nie trzeba było, po co, że uczenie jest jej obowiązkiem. A babcia na to:

– Ona na pewno sprawia pani także inne kłopoty, nie tylko te, za które przepraszała.

Od tej pory zaczęły się ze mną dziać same smutne rzeczy: bardzo wychudłam, bo nie chciałam jeść, a jak już mnie zmuszono, to wymiotowałam, zaczęłam znów sikać, wpadłam w anemię. Wysłano mnie do prewentorium, w którym spędziłam co najmniej kilka miesięcy. Umierałam tam z tęsknoty za księdzem, za Basią, nawet za komórką z groźnym Liczyrzepą.

Patrzę teraz