Cool po koreańsku. Narodziny fenomenu - Euny Hong - ebook

Cool po koreańsku. Narodziny fenomenu ebook

Euny Hong

4,0

Opis

Kiedyś zakazywano tu minispódniczek u kobiet i długich włosów u mężczyzn. Teraz masowo produkuje się światowej sławy boysbandy, seriale telewizyjne i smartfony. Jak to się stało, że niemal w każdym domu znajdują się dziś produkty marki Samsung? Jak do tego doszło w tak krótkim czasie? Gigantyczna popularność piosenki „Gangnam Style” nie była przypadkowa.

Ten utwór to jedno z wielu narzędzi perfekcyjnie dopracowanej i nieprawdopodobnie skutecznej strategii wypracowanej przez Koreę Południową, która postanowiła zostać największym eksporterem popkultury. Euny Hong jako dziecko przeprowadziła się z USA do dzielnicy Gangnam w Seulu. Na jej oczach Korea Południowa dokonała przyspieszonego rozwoju gospodarczego, przechodząc od dyktatury wojskowej do liberalnej demokracji. Z reporterską wnikliwością autorka opisuje, jak Korea Południowa wkroczyła w XXI wiek, stając się światowym liderem w biznesie, technologii, edukacji i popkulturze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 295

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Nazwiska i cechy charakterystyczne pozwalające na powiązanie niektórych postaci w niniejszej książce z postaciami rzeczywistymi zostały zmienione, to samo dotyczy dat, nazw miejscowości i innych szczegółów opisywanych wydarzeń.

Euny Hong

Cool po koreańsku. Narodziny fenomenu. Jak jeden naród podbił świat za pomocą popkultury

Tytuł oryginału: The Birth of Korean Cool. How One Nation Is Conquering the World Through Pop Culture

© Euny Hong, 2014

© for the Polish edition and translation Grupa Wydawnicza Relacja sp. z o.o., 2020

Przekład: Jowita Maksymowicz-Hamann, Małgorzata Suwińska

Redakcja: Anna Dudało

Korekta: Kamila Wrzesińska

Projekt okładki: Ewelina Malinowska

Zdjęcie na okładce: Getty Images, Eric Lafforgue/Art in All of Us / Contributor

Skład: Sylwia Budzyńska

ISBN 978-83-66329-78-2

Wydawnictwo Relacja

ul. Łowicka 25 lok. P-3

02-502 Warszawa

www.relacja.net

Mojej niani, pani Terebush, która zaszczepiła we mnie miłość do czytania. To sprawiło, że jestem pisarką.

UWAGA OD AUTORKI

UWAGA OD AUTORKI

Termin „Korea” odnosi się do Korei Południowej, chyba że zaznaczono inaczej. Nazwiska bohaterów koreańskich są zapisywane zgodnie z konwencją koreańską, czyli nazwisko, a następnie imię, chyba że dana osoba wybrała konwencję zachodnią.

„Charakter człowieka jest jego przeznaczeniem”.

Heraklit (ok. 535 p.n.e. – ok. 475 p.n.e.)

Wstęp

W ROKU 1985 KOREA nie była cool. Wówczas właśnie moi rodzice – po niemal dwudziestu latach w Stanach Zjednoczonych – zdecydowali się wrócić do Seulu, a dokładniej do Gangnamu, bogatej dzielnicy, której słynny „styl” miał się stać motywem przewodnim utworu rapera PSY.

Miałam dwanaście lat, moje siostry – dziewięć i siedem. Pomysł przeprowadzki bardzo przypadł mi wtedy do gustu. Moje wczesne dzieciństwo na przedmieściach Chicago było przepełnione kukurydzą, wołowiną, mlekiem, katarem siennym i rasistami. To niepojęte, lecz niestety to prawda, ośmioletni chłopcy nazywali mnie „Japońcem”, jak gdyby byli żołnierzami amerykańskiej marynarki wojennej podczas II wojny światowej i sprawdzali, czy na drzewie nie czai się jakiś snajper. Po prostu to znosiłam. Po co niby miałam im tłumaczyć, że jestem Koreanką, gdy w tych czasach Korea wciąż była wiązana z tą straszną wojną, w której zginęło tak wielu amerykańskich chłopców. Zawsze gdy dzieci pytały: „Jesteś Chinką?” – a zdarzało się to często – odpowiadałam twierdząco. Kiedyś usłyszała to moja mama i zrobiła mi karczemną awanturę. Spytała: „Dlaczego nie powiedziałaś, że jesteś Koreanką?”. Nie zamierzałam już więcej tego robić, na pewno nie po incydencie w pierwszej klasie, kiedy jeden z chłopców powiedział: „Kłamiesz, nie ma takiego państwa”. Pamiętam, że przez chwilę nawet się zastanawiałam, czy rodzice nie naopowiadali mi banialuk o miejscu, z którego pochodzą.

Chciałam porzucić to życie i rzucić się w wir czegoś nowego. Korea była moją ziemią obiecaną. Przeczytałam zbyt wiele brytyjskich powieści o ubogich dzieciach, które dowiedziały się, że tak naprawdę pochodzą z arystokratycznych rodzin, i spodziewałam się hucznych powitań na seulskim lotnisku.

Tak, teraz Korea Południowa to bogaty i futurystyczny kraj. Łatwo zapomnieć, że w 1965 r. PKB na głowę mieszkańca w Korei Południowej wynosił mniej niż w Ghanie, a nawet mniej niż w Korei Północnej. Całkiem niedawno, bo w latach siedemdziesiątych, PKB Korei Północnej i Południowej szły łeb w łeb.

Dziś Korea Południowa jest piętnastą najbardziej rozwiniętą gospodarką na świecie, a Seul przypomina kosmiczne miasto przyszłości, które wyobrażał sobie Arthur C. Clarke w swej powieści Odyseja kosmiczna 2001. Dziś nieopodal Seulu planuje się budowę „niewidzialnego” drapacza chmur, który dzięki kamerom i ekranom LED stworzy iluzję optyczną: z daleka będzie się wydawać, że budynku tam w ogóle nie ma. Każdy wagon metra ma dwa hotspoty wi-fi, by każdy mógł oglądać telewizję śniadaniową na swoim samsungu galaxy, korzystając z superszybkiego łącza internetowego, które nigdy nie zawodzi, nawet gdy metro przejeżdża przez tunele lub pod wodą. Korea jest dość powszechnie uważana za jeden z największych cudów gospodarczych dzisiejszych czasów.

Większość świata nie wie – lub zapomniała – o bolesnym okresie między ubóstwem a dobrobytem. Przez zaledwie kilka dziesięcioleci Korea przeszła przemiany, które zajęły większości zamożnych krajów setki lat, przemiany społeczne tak radykalne, jak te wprowadzone przez rewolucję francuską, i przemia-ny gospodarcze tak potężne, jak te, które przyniosła rewolucja przemysłowa.

Mosty, drapacze chmur i autostrady pojawiły się niemal znikąd. Wyglądało to tak, jakbyśmy oglądali film poklatkowy. W międzyczasie każdy walczył o swoje prawa: kobiety, studenci, nowobogaccy i stara arystokracja, robotnicy i pracownicy umysłowi. Życie w Seulu było wówczas pełne kakofonii i chaosu, ale też zachwycało. Niewielu dziś tak jak ja może powiedzieć, że widzieli, jak od razu Rzym zbudowano.

W ostatnim stuleciu inne kraje również przechodziły od ubóstwa do dobrobytu, jednak wśród nich tylko Korea Południowa może się poszczycić tym, że stała się głównym eksporterem popkultury na świecie.

Południowokoreańskie opery mydlane, muzyka, filmy, gry wideo i śmieciowe jedzenie zdominowały już azjatycką scenę kulturalną. W zasadzie Korea Południowa kreuje azjatycki smak od ponad dekady, a jej ekspansja na Zachód jest nieunikniona. Można sobie z tego nie zdawać sprawy, ale to już się dzieje.

Może masz na przykład iPhone’a, ale jego mikroczip został wyprodukowany przez największego konkurenta Apple’a – koreańskiego potentata w dziedzinie elektroniki – Samsunga.

Koreańska fala popkultury nosi nazwę hallyu. Radziłabym zapamiętać to pojęcie, bo nie da się przed nim uciec. Prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama odniósł się do tego zjawiska podczas wizyty w Korei Południowej w marcu 2012 r. w kontekście koreańskich innowacji technicznych i popkulturowych. Powiedział: „Nie dziwi, że tak wielu ludzi na świecie podchwyciło tę koreańską falę – hallyu”.

Nie byłoby raczej przesadą powiedzieć, że hallyu to największa i najszybsza na świecie zmiana paradygmatu w nowożytnej historii.

Jak Korei udało się tak podkraść od tyłu?

Cóż, w 1994 r., gdy Stany Zjednoczone i Wielka Brytania dostawały spazmów na myśl o przejściu z telewizji analogowej na cyfrową – niektórzy obywatele nawet twierdzili, że „ten faszystowski rząd nie może mnie zmusić do kupna nowego telewizora” – Korea była zajęta finansowanym z budżetu państwa okablowywaniem całego kraju pod szerokopasmowy Internet dokładnie tak, jakby budowano autostradę krajową czy kładziono trakcję kolejową. Ta nowa forma komunikacji miała być uosobieniem wszystkiego, czym Korea dotychczas nie była – Korea miała stać się nieujarzmiona, niepohamowana, wielojęzyczna, niezważająca na klasę czy hierarchię, nieograniczona oceanem z trzech stron i agresywnym, totalitarnym reżimem z czwartej i gotowa na zalew nieocenzurowanych, a nawet wywrotowych treści. Otwartość nie była przyrodzoną cechą Korei, dziewiętnastowieczni odkrywcy z Zachodu okrzyknęli ją pustelniczym królestwem. Ale naród uwiodła nie tyle perspektywa wirtualnych treści napływających do Korei nowymi kanałami, znaczenie miało to, co Korea zamierzała wysłać w świat. I tylko to się naprawdę liczyło.

Czy mieszkańcy Korei Południowej wiedzieli, że Gangnam Style będzie właśnie tym utworem, który umieści k-pop na mapie świata? Oczywiście, że nie. Ale wiedzieli, że to kiedyś nastąpi. Już od zarania Internetu w latach dziewięćdziesiątych uruchomili mechanizm, który miał doprowadzić do dominacji popkultury.

Ktoś mógłby spytać, dlaczego skupiono się na popkulturze, skoro przez sto lat była ona niemal wyłącznie domeną Stanów Zjednoczonych. Stało się tak dlatego, że Korea Południowa rozwijała swój miękki oręż.

„Miękki oręż” (soft power) to termin ukuty w latach dziewięćdziesiątych XX w. przez politologa, pracownika naukowego Uniwersytetu Harvarda, Josepha Nye’a. Oznacza on nieuchwytną broń, za pomocą której państwo steruje, wykorzystując raczej swój wizerunek, nie zaś siłę. Twardy oręż to siła militarna lub przymus ekonomiczny. Zaś miękki to sposób, w jaki Stany Zjednoczone skłoniły świat do kupowania czerwonych marlboro i lewisów: upowszechniając pożądany wizerunek. Popularyzując bycie cool.

To nie technologia budowy czołgów w Stanach Zjednoczonych czy prężenie muskułów podczas inwazji Grenady sprawiło, że dzieciaki w komunistycznej Jugosławii chciały zapłacić na czarnym rynku dwie miesięczne pensje za dżinsy Levi’s 501. To była zasługa Jamesa Deana. Teraz Korea chce mieć taki kulturowy znak firmowy – nawet na Zachodzie. Jednak nie opiera swej strategii jedynie na Gangnam Style i k-popie. Myślę, że Koreańczycy – jeśli będą potrafili szczerze odpowiedzieć na to pytanie – nie uważają wcale, że ich muzyka będzie mieć duży udział w rynku muzycznym w Stanach Zjednoczonych czy Europie Zachodniej. Chodzi tu raczej o to, by istotny, ale wciąż jednak uśpiony, rynek trzeciego świata uzależnił się od koreańskiej popkultury – Europa Wschodnia, kraje arabskie, a wkrótce też i Afryka. Iran już się uzależnił; koreański historyczny dramat kostiumowy Jewel in the Palace (Klejnot w pałacu) jest tak popularny w Iranie, że jego mieszkańcy zaczęli tak organizować czas spożywania posiłków, by móc zgromadzić się przed telewizorem w czasie emisji filmu.

Dziś większość krajów trzeciego świata to kraje zbyt biedne, by Zachód się nimi interesował. Właśnie tu Korea ma szczególną, niepowtarzalną przewagę nad każdym innym krajem, który ma coś do powiedzenia w popkulturze na świecie – Korea też kiedyś była krajem trzeciego świata. A zatem rozumie etapy rozwoju innych krajów; dokładnie przeanalizowała te kultury, by odpowiednio dobrać rodzaj produktów k-kultury. A koreańscy ekonomiści ciężko tyrają, by zmierzyć stopień, w jakim te kraje będą się bogacić i zwiększać swoją siłę nabywczą. Idę o zakład, że gdy obywateli tych krajów będzie stać na telefony komórkowe i pralki automatyczne, to będą kupować marki koreańskie. Dlaczego? Bo już są przywiązani do marki Korea.

Jeśli brzmi to jak krajowa kampania marketingowa, to tylko dlatego, że tak właśnie jest. Rząd Korei Południowej uznał koreańską falę za krajowy priorytet. W Korei przyjęto wiele planów pięcioletnich – takich, o których nigdy się nie śniło większości demokracji kapitalistycznych. Rząd uznał, że rozpowszechnianie kultury koreańskiej na świecie zależy od ogólnodostępnego Internetu, a więc subsydiował dostęp do sieci dla biednych, starszych i osób z niepełnosprawnościami. Obecnie rząd okablowuje każde gospodarstwo domowe szerokopasmowym Internetem o prędkości 1 GB na sekundę – czyli dwieście razy szybszym niż średnia prędkość połączenia internetowego w Stanach Zjednoczonych. Odbudowując swój kraj po wojnie koreańskiej (1950–1953), Korea Południowa pojęła, że jeżeli chce się coś zmienić, to zmiany muszą być radykalne, szybkie i obejmować wszystkich. Poczta elektroniczna jest bezużyteczna, jeśli korzysta z niej tylko kilka osób.

A to nie tylko rząd ma plany pięcioletnie, mają je również prywatne przedsiębiorstwa w Korei. Koreańska wytwórnia płyt potrzebuje od pięciu do siedmiu lat, by wykreować przyszłą gwiazdę k-popu. Dlatego też niektórzy koreańscy artyści podpisują trzynastoletnie kontrakty, które robią z nich niewolników; pierwsza połowa tego okresu to szkolenia, a wytwórnia nie może czerpać zysków ze swych inwestycji, chyba że artysta pozostanie z nią po okresie przygotowawczym.

Południowokoreańska gospodarka to istny paradoks: jest na wskroś kapitalistyczna, a jednak jednocześnie wciąż w pewien sposób sterowana. Od pierwszych dni niepodległości od Japonii, zaraz po II wojnie światowej, rząd Korei Południowej inwestował w prywatny przemysł.

Poza budowaniem infrastruktury szerokopasmowego Internetu Korea Południowa jest jednym z zaledwie garstki krajów, których rząd wpompowuje swoje własne pieniądze w krajowe start-upy. W 2012 r. fundusze publiczne stanowiły ponad 25 procent całego kapitału na przedsięwzięcia realizowane przez koreańskie spółki1[I]. W zdumienie wprawia, że 1/3 kapitału w Korei wydaje się na branżę rozrywkową, więcej niż na jakikolwiek inny sektor.

A oto kolejny plan pięcioletni: w 2009 r., gdy południowokoreańskie wytwórnie płytowe odnotowały straty ze względu na nielegalne ściąganie muzyki z Internetu, rząd przeznaczył 91 milionów dolarów, by ratować k-pop. Plan obejmował budowę centrum k-popu z salą koncertową na 3000 miejsc (w trakcie pisania książki wciąż jeszcze w budowie) oraz uregulowanie krajowych klubów karaoke. Właściciele mieli płacić tantiemy za piosenki tam odtwarzane. Większość państw nigdy nie przeznaczyłaby pieniędzy publicznych na kontrolę klubów karaoke. Chyba tylko Korea jest zdolna do tak absurdalnych działań.

Koreańczycy zdecydowali, że XXI w. będzie należał do Korei, tak jak XX w. należał do Stanów Zjednoczonych. A Korei nie wystarczy produkcja półprzewodników i samochodów; Korea musi także być cool. Oczywiście Korea zadaje kłam powszechnemu przekonaniu, że gdy się zbyt napinasz, by być cool, w ogóle taki nie jesteś.

Prawdopodobnie osobą, która najlepiej wyraziła koreańską nieustraszoność, ambicję i niekończący się tupet, był koreański tuz muzyczny, Jin-young Park (szef wytwórni płytowej JYP). Gdy zachodni szefowie wytwórni muzycznych pytali go: „Skąd jesteś?”, zawsze odpowiadał: „Jestem z przyszłości”2.

Witamy w Korei. Witamy w przyszłości.

Rozdział 1Przed erą cool

GDY MOJA RODZINA przeprowadziła się do Korei w 1985 r., ten kraj wciąż się rozwijał. Fakt, że nie będziemy mieszkać w samym Gangnam, a w Apgujeong – najbardziej elitarnej dzielnicy – nieco łagodził gorycz przeprowadzki. Mieliśmy mieszkać na osiedlu Hyundai – gdzie znajdowały się najlepsze mieszkania w tej okolicy. Nie musieliśmy płacić czynszu. Była to część pakietu dołączonego do umowy o pracę mojego ojca. Skorzystał on na desperackim programie koreańskiego rządu, by odwrócić tendencję drenażu mózgów, z którą Korea zmagała się od lat pięćdziesiątych w następstwie wojny koreańskiej. W tamtych czasach ludzie z jakąkolwiek inicjatywą wyjeżdżali do Stanów Zjednoczonych na studia. Wówczas rząd koreański, raczej mało rozsądnie, zadbał o to, by tylko najlepsi i najzdolniejsi studenci otrzymali wizy wyjazdowe. Moi rodzice (i w ogóle każdy, kto chciał zrobić doktorat w Stanach) musieli zdawać bardzo trudny egzamin; jeśli się go nie zdało, nie można było wyjechać, niezależnie od tego, czy Ambasada Stanów Zjednoczonych wydała ci zgodę na wjazd do USA. Z jakiegoś powodu władze Korei były przekonane, że ludzie – tacy jak moi rodzice – po uzyskaniu dyplomu w Stanach będą chcieli wrócić do tego skorumpowanego koreańskiego bałaganu; nie przewidziały, jak wielu takich studentów osiądzie w Stanach Zjednoczonych.

A zatem w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych koreański rząd wabił ludzi (takich jak mój ojciec – ekonomista) do Korei obietnicami tytułów, wolnej ręki w organizacji własnych instytutów badawczych czy laboratoriów oraz bezpłatnych mieszkań ze służbą i szoferem.

Niestety przeprowadzka mojej rodziny do Korei w znaczącej części nie przebiegła tak, jak się tego spodziewaliśmy. Owszem, mieliśmy służącą, tak jak nam obiecano, jednak nigdy wcześniej nie widziała ona odkurzacza i tak się bała generowanego przezeń hałasu, że odmówiła używania go. Najwyraźniej Korea Południowa, która przodowała w nowatorskich technologiach, była wciąż jeszcze pieśnią przyszłości. Osiedle Hyundai było najbardziej luksusowe w mieście, jednak wciąż składało się z jednakowych, pastelowo-beżowych budynków. Mieliśmy bardzo monotonny widok z okien; prezentowało się to jak osiedle z krajów bloku wschodniego. Winda często się psuła i czasem musiałam wchodzić po schodach na dziesiąte piętro do naszego mieszkania. Spadki napięcia elektrycznego i brak wody były na porządku dziennym.

Koreańska myśl techniczna miała w tych czasach bardzo złą sławę. Fakt, że świat o tym zapomniał, jest doskonałym świadectwem, jak skuteczna okazała się koreańska strategia kreowania marki. Wśród ekspatów o koreańskiej firmie elektronicznej Samsung mówiło się powszechnie „Szajsung”. Gdy używałam kuchenki mikrofalowej tej firmy, starałam się stać w bezpiecznej odległości, ponieważ obawiałam się, że promieniuje.

Przeprowadzka ze Stanów Zjednoczonych do kraju trzeciego świata oznaczała, że wyzbyliśmy się wszelkiego komfortu; z drugiej strony tylko przeprowadzka z amerykańskich przedmieść do biednej, brudnej metropolii pozwoliła mi docenić ekscytację, którą odczuwałam, zabawiając się w dziecko ulicy.

Moja matka zabraniała mi i moim siostrom jeść cokolwiek na ulicy, jednak i tak to robiłyśmy: pieczone kasztany i słodkie ziemniaki, zawsze gotowane na dużej blasze z pokrywką z dziurkami i kawałkiem węgla w środku. Do dziś zapach przypalonego cukru sprawia, że myślę o ciasteczkach bobki, robionych z mieszanki karmelizowanego cukru i sody oczyszczonej, sprzedawanych na ulicach przez staruszki o krótkich włosach z mocno skręconą trwałą.

Nie powiedziałabym, że te ciasteczka były smaczne; gotowana soda oczyszczona jest gorzka, a jej właściwości ściągające sprawiają, że masz ochotę zwymiotować. Myślę jednak, że organoleptyczny szok, jakiego doznawałam, co najmniej w połowie odpowiada za przyjemność ich jedzenia: druga połowa to możliwość przyglądania się, jak ciasteczka powstają. Wyglądało to tak, jak gdyby kowal wykuwał kule lub dealer przygotowywał działkę heroiny. Kobiety rozpuszczały białą, proszkową mieszankę na metalowej chochli, którą trzymały nad bryłką płonącego węgla. Rozpuszczony proszek zaczynał się pienić, a potem stawał się brązowy. Następnie mieszankę przelewało się do płaskiej, okrągłej foremki z jakimś wyżłobionym wzorem pośrodku – ptakiem czy gwiazdą. Gdy masa stwardniała, wyjmowaliśmy cienkie jak papier ciasteczka prosto z formy i jedliśmy je, póki gorące. Z jakiegoś powodu trzeba było się starać, by nie naruszyć wzoru odciśniętego na środku ciasteczka; jeśli się przełamało, słychać było pomruk niezadowolenia. Ostatnio wszystkie te kobiety po prostu znikły.

Oczywiście w Seulu są supermarkety, ale wtedy uliczni straganiarze sprzedający jedzenie odgrywali znacznie większą rolę, porozstawiani tu i ówdzie na miejskich chodnikach. Uwielbiałam to; czułam się tak, jakbym żyła w średniowiecznym mieście, no może tak sobie wyobrażałam średniowieczne miasto, oczywiście na podstawie skeczy Monty Pythona. (Seulskie liczne stragany ze smażonymi larwami jedwabnika były szczególnie pythonowskie; nigdy ich nie rozumiałam).

Każdego lata jakaś kobieta ustawiała trampolinę na opustoszałej działce niedaleko mojego domu i za 200 wonów (około 15 centów) można było na niej skakać przez pół godziny. Kobieta ta po prostu przez cały dzień stała przy trampolinie: była właścicielką i jedynym pracownikiem.

Tego rodzaju miniprzedsiębiorstwa wydłużały błogi okres słodkiego dzieciństwa w sposób, którego nie można było zaobserwować w Stanach Zjednoczonych, gdzie dzieciarnia włóczy się po centrach handlowych i zachowuje się jak rozwydrzone małolaty już od dziewiątego czy dziesiątego roku życia.

Dziecięce przyjaźnie w Korei były na śmierć i życie, były też bardzo fizyczne. To, że dwójka przyjaciół tej samej płci przechadzała się po ulicach, trzymając się za ręce lub obejmując się w pasie, było bardzo powszechne. Moi znajomi byli bardzo zaskoczeni, że nie wszędzie tak jest. W szóstej klasie koleżanka zapytała mnie: „Czy to prawda, że w Ameryce ludzie nazywają cię homo, jeśli trzymasz swoich przyjaciół za rękę?”. Musiałam potwierdzić.

Nigdzie nie widziałam takiej fizycznej bliskości pomiędzy przyjaciółmi, może poza krajami arabskimi. Wraz z bogaceniem się Korei Południowej zauważyłam, że dzieci tej samej płci coraz rzadziej trzymały się za ręce. Nie mam tu dobrego wytłumaczenia, może poza jakimiś truizmami o tym, jak bogactwo zabija bliskość. A może dzieciaki po prostu są już zbyt cool, by tak okazywać uczucia.

Jednak prawdziwa proustowska magdalenka to kulki na mole. Zapach kulek na mole zawsze sprawia, że myślę o seulskich toaletach. Gdy przyjechałam do Seulu, kulki na mole wisiały w publicznych toaletach jako odświeżacze powietrza. Dziś wiele toalet w Seulu to toalety elektroniczne z instalacją samoczyszczącą oraz kranami z wodą pod ciśnieniem, wodą do spłukiwania i suszarkami. Pojedyncze kabiny są czasem wyposażone w specjalny guzik, który można nacisnąć, by popłynęła muzyka, żeby inni nie słyszeli, co dzieje się w kabinie. Muszle klozetowe są tu czystsze niż stoły w niektórych restauracjach. Ale w 1985 r., o rany.

Mieszkańcy pierwszego świata żyją w luksusie i nikt nie musi zbytnio się zastanawiać nad wydalaniem. Ale dla kogoś z trzeciego świata kupa to ogromny problem. Dla przeciętnego Amerykanina toaleta to miejsce, do którego się wchodzi i z którego się wychodzi, nie wiąże się ono z żadną traumą; jest wentylacja, która rozprasza nieprzyjemny zapach; toalety spłukują ślady wszelkich czynności, a niebieskie tabletki wybielające w rezerwuarze oszczędzają nam widoku prawdziwego koloru moczu w muszli. Jest mydło, gorąca woda, suszarki do rąk lub ręczniki papierowe, tak więc z toalety można wyjść nawet czystszym. Toaleta powinna być jak kelner w dobrej restauracji: jeżeli dobrze się spisuje, nie zauważamy nawet jej istnienia.

Proszę sobie zatem wyobrazić moje zdziwienie, gdy przyjechałam do Seulu i odkryłam, że większość toalet to miejsca, gdzie swoje potrzeby trzeba było załatwiać w kucki lub gdzie trzeba było stać na szeroko rozstawionych nogach i wypróżniać się do dziury w podłodze, w której nie było wody. Nie zawsze można było spłukać toaletę.

Poza tym w szkołach raz do roku pobierano od nas próbki kału. Jak w wielu krajach rozwijających się, tak również i w Korei Południowej pewne kwestie ochrony zdrowia załatwiano w szkołach publicznych. Szczepienia robiła nam na przykład szkolna higienistka. Staliśmy w kolejce, zgodnie z numerem na liście uczniów, którą układano zawsze na początku roku według naszego wzrostu. Pielęgniarka używała tej samej igły, dezynfekując ją w płomieniu świecy przed każdym zastrzykiem.

W ten sam sposób przeprowadzano szkolne badania na pasożyty w przewodzie pokarmowym. Nauczyciel rozdawał białe koperty wielkości karty kredytowej. Następnie przypominał: „Proszę, byście napisali swoje nazwiska na kopercie, zanim umieścicie w niej próbkę kału, inaczej trudno będzie wam je podpisać”.

Następnego dnia próbki były zbierane w szkole do dużego worka. Niezmiennie niektórzy uczniowie nie przynosili kopert, a nauczyciel wymierzał im karę, bijąc ich po ręku lub ramieniu. Gdy wymierzano im razy, uczniowie zawsze mówili: „Ale proszę pana, nie załatwiałem się wczoraj!” i wtedy wszyscy wybuchali śmiechem.

Mówiono, że próbki wysyłano do laboratorium krajowego, by zbadać je na obecność pasożytów; następnie laboratorium wysyłało tabletki odrobaczające wybranym uczniom. Myślę, że gdy chodziłam do szkoły, nie było tam pasożytów; wówczas pasożyty przestawały być poważnym problemem. Choć daleka od ideału, ochrona zdrowia w Korei Południowej w 1985 r. była na znacznie lepszym poziomie niż kilka lat wcześniej.

Może się to wydawać jakąś tyranią, by zmuszać miliony uczniów do wypróżniania się na komendę, jednak jasne jest, że zwalczanie chorób działa wyłącznie, gdy wszyscy są leczeni – a nie tylko wybrani ochotnicy. Może takie metody poskutkowały tym, że Korea pozbyła się pasożytów i niemal każdego innego problemu zdrowotnego, z którym borykają się kraje słabo rozwinięte3.

Moje gimnazjum było w tamtych czasach edukacyjnym poligonem doświadczalnym, a zatem pozwalało dobrze przyjrzeć się szybkim zmianom zachodzącym w Korei. Była to jedna z pierwszych szkół, w której zniesiono mundurki. Uważano je za ograniczającą spuściznę japońskiego kolonializmu, który trwał w Korei od 1910 do 1945 r. W praktyce jednak liberalizacja stroju wiązała się z wieloma ograniczeniami, w zasadzie mogliby chyba przywrócić mundurek. Nie było nam wolno nosić ubrań z napisami nie po koreańsku. Nie wolno nam było również robić sobie trwałej (choć z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że chyba próbowano nas chronić przed nami samymi). Jeśli komuś włosy kręciły się naturalnie, musiał przedstawić zaświadczenie lekarskie.

Nawet w Korei Północnej panował mniej totalitarny system w odniesieniu do fryzury. Z przemyconych gdzieś plakatów z północnokoreańskich salonów fryzjerskich wynika, że w późniejszym okresie rządów Kim Dzong Ila trwała była jedną z osiemnastu dozwolonych fryzur żeńskich. (A ze zdjęć północnokoreańskiego rządu wynika, że trwała była chyba niemal obowiązkowa dla mężczyzn).

Moja szkoła była jedną z pierwszych szkół ponadpodstawowych, która zdecydowała się na koedukację. Większość dzieciaków, które znałam w Seulu, uważało, że jestem szczęściarą, bo trafiłam do koedukacyjnej szkoły. Ja byłam innego zdania.

Po pierwsze, dziewczyny musiały uczyć się domowej buchalterii, a chłopcy mieli zajęcia z inżynierii. Lubiłam budżet domowy, ale uczono nas tam wielu dziwnych rzeczy. Moja nauczycielka od budżetu domowego w ósmej klasie powiedziała: „Jeśli chcecie dobrze rozpocząć małżeńskie życie, zawsze gotujcie to, co lubi mąż, a nie to, na co wy macie ochotę. Wasze dzieci w naturalny sposób wyrobią sobie taki sam gust jak on”.

Płeć wciąż wpływała na nasz los. Od dziesiątej klasy uczniowie w Korei Południowej musieli uczyć się kolejnego języka obcego poza angielskim. Świetny pomysł. Jednak w wielu szkołach średnich jedynie chłopcy mogli uczyć się niemieckiego, dziewczęta zaś – francuskiego. Nie pozwalano chłopcom chodzić na francuski, a dziewczynkom na niemiecki. Bez wyjątków.

Mimo to Korea zrobiła ogromny postęp w wyrównywaniu praw kobiet. Aż do 1991 r. kobiety w Korei Południowej nie mogły być głową rodziny, co oznaczało, że nie mogły podejmować prawnie wiążących decyzji w imieniu swojej rodziny. W przypadku rozwodu kobieta nie miała prawa do równego podziału majątku, a dzieci były automatycznie powierzane ojcu.

Zaledwie 20 lat później, w grudniu 2012 r., Korea wybrała swoją pierwszą prezydentkę, Park Geun-hye.

W jaki sposób podejście obywateli zmieniło się tak radykalnie w ciągu trzydziestu lat? Nie chodzi tylko o to, że Korea stała się krajem dobrobytu; kraje arabskie, które wzbogaciły się na ropie naftowej, śpią na pieniądzach, jednak nie obserwuje się tam takiego postępu społecznego. Pod wieloma względami kraje te są teraz bardziej zacofane, w związku z powrotem do islamskiego fundamentalizmu. Ku przerażeniu wielu Chiny mają coraz większe wpływy na światowej arenie finansowej, jednak wielkość tego kraju, liczba ludności i ścierające się grupy etniczne sprawiają, że władzom trudno jest wprowadzać szybkie, scentralizowane zmiany w całym kraju. Częścią koreańskiego planu było zawsze osiągnięcie tego, czego wielu innym, niedawno wzbogaconym krajom nie udało się uzyskać – wewnętrznej transformacji; pod względem społecznym, kulturowym i mentalnym. Czy to się powiodło? No cóż, rzeczywiście wiele się zmieniło. Na przykład narodziła się ironia.

Rozdział 2Narodziny ironii

CZYM JEST IRONIA i jak ją zrozumieć?

Ironia to szczególny przywilej krajów zamożnych; najlepsze jej przejawy można dostrzec u osób na najwyższym szczeblu społecznego dobrobytu i wpływów, te grupy społeczne mają możliwość (a może nawet swobodę) filozofowania w mowie i piśmie. Poza tym to właśnie w czasach powodzenia dekadencja, chełpliwość, hipokryzja i wszystkie inne ulubione tematy satyry nabierają największego rozmachu. Arystofanes, prawdopodobnie pierwszy satyryk na świecie, pisał swe sztuki, gdy Ateny wysuwały się na dominującą pozycję w regionie. Cervantes pisał w okresie morskiej potęgi Hiszpanii. Zaś Alexander Pope urodził się w roku, w którym Anglia pokonała hiszpańską Wielką Armadę. Najpierw ludzie próbują dochrapać się bogactwa, a potem pławią się w luksusie wyśmiewania się z zepsucia, które temuż bogactwu towarzyszy.

Piosenka Gangnam Style i jej następczyni z 2013 r., Gentlemen, wskazują na pojawienie się ironii w Korei Południowej. Ironii, czyli ostatniego stadium ewolucji tego kraju. Jeśli uważasz, że ironia nie jest probierzem elitarności społeczeństwa, pomyśl o tym, jak wzburzyło cię, gdy ostatni raz usłyszałeś, że jesteś wyzuty z ironii. Amerykanie mówili mi, że Azjaci nie mają pojęcia o ironii; w Europie, gdzie niedawno mieszkałam, o jej brak oskarżano Amerykanów.

Kiedy przyjechałam do Korei Południowej, nie można było tam dopatrzyć się ani krzty ironii. Mówię to z pełnym przekonaniem, dokładnie tak samo jak to, że nie było tam McDonalda (pojawił się w 1988 r., oczywiście w Gangnam). W języku koreańskim nie ma słowa, które oznaczałoby ironię, nie ma też określenia na parodię i właśnie dlatego koreańska prasa posługuje się angielskim słowem parody, by opisać Gangnam Style.

Piosenka i teledysk Gangnam Style są przepełnione żarcikami o nuworyszach z Korei Południowej. Na przykład na początku PSY wyleguje się na plaży, a gdy kamera odjeżdża na dalszy plan, okazuje się, że jest na brzydkim, miejskim placu zabaw. PSY chwali się, że jest twardzielem, śpiewając, że może wypić kawę jednym haustem, tak jakby mówił o stuprocentowym alkoholu. To jest jego sposób, by powiedzieć, że wy, typki z Gangnam, może jesteście bogaci i modni, ale wywodzicie się z nizin, staliście się bandą cieniasów, którzy używają zbyt wielu kosmetyków, a poza tym to miasto trzeba i tak jeszcze posprzątać.

Gdy mieszkałam w Korei Południowej – w późnych latach osiemdziesiątych i wczesnych latach dziewięćdziesiątych – gospodarka tego kraju zaczęła się bardzo szybko i dynamicznie rozwijać. Byłam świadkiem seulskiej przemiany – z ponurego, niebezpiecznie zatłoczonego grajdoła, gdzie wszystkie markowe ciuchy były podróbkami, w piękną i bogatą światową metropolię, gdzie – jak widać w teledysku Gangnam Style – ludzie są doskonale ubrani, ale wciąż spotykają się na parkingach podziemnych, bo w Seulu nie ma wystarczająco dużo otwartej przestrzeni.

Uczęszczałam do podstawówki i gimnazjum Gu-jung – była to najbardziej utytułowana i najbardziej znienawidzona szkoła w Korei, najwyżej w rankingach. Z uwagi na uprzywilejowany status naszej szkoły i okolicy, w której mieszkaliśmy, od uczniów oczekiwano, by zachowywali się zgodnie z renomą placówki. Młodszy brat mojej koleżanki, która także dorastała w Apgujeong, ostatecznie trafił do szkoły na północ od rzeki Han (gangnam oznacza „południowy brzeg rzeki”). Gdy jego koledzy dowiedzieli się, że jest z Apgujeong, zaczęli przezywać go bujajip – dziany dzieciak – i codziennie lali go do krwi. Zaczął chodzić na wagary i w końcu wylądował w szkole międzynarodowej.

W 1987 r. każdy uczeń w Korei Południowej musiał ofiarować datek na budowę Tamy Pokoju, projektu ówczesnego prezydenta Chun Doo-hwana. Mówiło się wówczas, że Korea Północna buduje tamę masowego rażenia niedaleko granicy koreańskiej; tama ta miała zatrzymywać wodę płynącą z północy, a potem, pewnego dnia, kiedy nikt by się tego nie spodziewał, Korea Północna miała otworzyć tę tamę i zmieść Seul z powierzchni. Na południu chciano zbudować Tamę Pokoju, która pozwoliłaby powstrzymać powódź z północy. Nie będę udawać, że rozumiem, jak to miało działać technicznie.

Każdy z nas przyniósł zalecaną kwotę 200 wonów. Tego dnia wszyscy dostali lanie od nauczycielki, każdy po kolei odebrał razy drewnianą rózgą oklejoną czarną taśmą izolacyjną.

„Jesteś z Gangnam” – mówiła nauczycielka, często używała tej frazy, jakby intonowała: „To jest Sparta”. „Jeśli krajowe minimum to 200 wonów, wy powinniście przynieść co najmniej po 1000. Bez żadnych wskazówek”.

Nikogo, kogo bije się rózgą oklejoną taśmą izolacyjną, nie stać na ironię. Albo gdy zmusza się go do przygotowania raz na semestr wystąpienia na Konkurs Przemówień Antykomunistycznych.

Korea nie pragnęła niczego bardziej od tego, by jej PKB poszybował w górę, jednak pogłębiające się różnice klasowe pogrążały ją w niemocy. Ponieważ żyłam w najbogatszej okolicy, byłam w samym centrum ścierających się w tym kraju ideałów. Gangnam było dość zwariowanym miejscem do życia w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Moja szkoła narzucała swoje zasady, które miały sprawić, że zwiększająca się różnica w dochodach będzie mniej dostrzegalna. Uczniowie mieli zakaz noszenia zegarków o wartości przekraczającej 20 000 wonów lub butów, które kosztowały ponad 9000 wonów – odpowiednio około 15 i 7 dolarów. Nie mogliśmy być odwożeni do szkoły ani odbierani prywatnym samochodem – to stało się kością niezgody, bo od uczniów wymagano często, by zostawali w szkole do późna, a rodzice obawiali się o bezpieczeństwo.

Koreańskie prawo zakazywało prywatnych lekcji przedmiotów szkolnych, ponieważ obawiano się, że bogatsi będą mieli przewagę (te przepisy zostały już zniesione). Większość uczniów w mojej szkole i tak miała prywatnych nauczycieli. Dlatego od czasu do czasu szkoła robiła uczniom donosicielskie przesłuchanie, zadając pytania w stylu: „Kto z twojej klasy ma prywatnego korepetytora?”.

Moja rodzina nie była zamożna w stylu Gangnam. A już na pewno nie tak bogata jak PSY. I nie tak bogata jak jedna z moich koleżanek z liceum, która latem w 1989 r. poleciała ze swoim młodszym bratem na Hawaje na jeden weekend, bo jej braciszek chciał obejrzeć premierę Batmana (wersję z Michaelem Keatonem) i nie mógł poczekać, aż film wejdzie do kin w Korei. Nie byłam też tak bogata jak dziewczyna, która gdzieś posiała skrzypce za 20 000 dolarów i nie chciało jej się ich nawet poszukać, bo i tak rodzice kupili jej nowe.

Mimo to mój ojciec miał szofera. To była zawodowa konieczność. Każdy Koreańczyk na kierowniczym stanowisku, który sam prowadziłby samochód na służbowy lunch, stałby się pośmiewiskiem restauracji.

Bogacenie się nie jest zabawne. Było to szczególnie mało zabawne dla prawdziwej arystokracji w Korei Południowej, której grunt zaczął usuwać się spod nóg. Dla takich ludzi jak – jeśli mam być szczera – moja rodzina. Nie siedzieliśmy bezczynnie, siląc się na suche, rzutkie, egzystencjalne uwagi, gdy wulgarni nuworysze wykwitali między nami jak grzyby po deszczu i zaczynali przechadzać się w futrach z norek po targach rybnych.

W tym czasie nasze życie było gotowe na ironię, jednak jeszcze wtedy się ona nie pojawiła, stało się to znacznie później, gdy już spisałam Koreę na straty i nie miałam ochoty wracać.

PSY (czyli Park Jae-sang) z pewnością nie był bohaterem zdobywcą, którego Korea obrałaby na prowodyra nagłej i obezwładniającej koreańskiej inwazji kulturalnej. Korea przygotowywała do tego bardziej tradycyjne, piękne zespoły k-popu, takie jak grupa dziewięciu dziewczyn Girls’ Generation, które zostały już okrzyknięte gwiazdami w Azji. Jednak te grupy nigdy tak naprawdę nie cieszyły się popularnością na Zachodzie.

Koreańczycy nie spodziewali się, że człowiek, który wejdzie na zachodnie sceny, będzie klasowym klownem koreańskiego świata muzycznego, mężczyzną, który całemu światu pokazał swe spocone, owłosione pachy i kartoflowatą sylwetkę, który w swoich piosenkach rzucał żartami o pierdzeniu, którego stroje wyglądały tak, jak gdyby dobrał je iluzjonista z Las Vegas.

PSY to uosobienie zmiany paradygmatu w obrębie zmiany paradygmatu, a jego życie i zdumiewająca droga do sławy są ucieleśnieniem przeobrażeń ostatnich kilku dekad w Korei i jej społeczeństwie.

PSY i ja mamy kilka wspólnych cech. Oboje dorastaliśmy w Gangnam, najbogatszej i najbardziej wymuskanej części Seulu. Oboje pochodzimy z dobrych, inteligenckich rodzin. Nasi ojcowie uczęszczali do tego samego liceum, a nasze matki studiowały na tej samej uczelni. Jednak ja urodziłam się w Stanach Zjednoczonych i mieszkałam w Gangnam tylko w czasach gimnazjum i liceum, on zaś tam się urodził i tam był wychowywany. Każda komórka jego ciała chłonęła gangnamskie powietrze i poiła się gangnamską wodą. Pochodzi z wielopokoleniowej rodziny magnatów. To jedna z najstarszych spośród nowych gangnamskich fortun. Jego ojciec, Park Won-ho, jest prezesem koreańskiej firmy produkującej półprzewodniki, DI Corp. PSY jest naprawdę w czepku urodzony.

Zachodnia prasa często podaje, że PSY studiował na Uniwersytecie Bostońskim oraz w konserwatorium Berklee College of Music (choć w sumie nie wiadomo, czy ma jakiś dyplom), dziennikarze nie mają jednak zbyt wielu informacji na temat jego dzieciństwa, co zaskakuje, biorąc pod uwagę, że jego teledysk na YouTubie ma najwyższą oglądalność wszech czasów.

Z drugiej strony, koreańskie media są kopalnią informacji o PSY. A zatem dlaczego żadna z tych informacji nie przedostała się do prasy zachodniej? Ponieważ informacje na temat dzieciństwa PSY nie mają sensu poza koreańskim kontekstem kulturowym. Koreańskie media skupiają się na jego wiecznie złych relacjach z rodzicami, szczególnie z ojcem, o których sam zainteresowany mówił w wielu wywiadach. Jasne jest, że PSY bardzo się wstydzi takiego stanu rzeczy: w Korei, gdzie panuje konfucjańskie przekonanie, że wszelkie cnoty wywodzą się z nabożnego szacunku do rodziców, złe relacje z nimi to poważny problem. Jednak na Zachodzie prasa nie pisała o tym nawet w sezonie ogórkowym.

Zachód ubóstwia szaleńcze wybryki celebrytów, którzy szczycą się złym zachowaniem. Można być dumnym ze złego zachowania. Jeśli nigdy nie zniszczyłeś pokoju hotelowego, to co z ciebie za gwiazda rocka. Zaś buntownicze wygłupy PSY są raczej mało barwne. Na przykład nie pracował zbyt ciężko w szkole, choć pochodził z wykształconej rodziny. W Korei coś takiego trafia do mediów. W artykule z 10 października 2012 r. w wydaniu internetowym „Munhwa Ilbo” (Dziennik Kulturalny) skomentowano: „PSY był swego rodzaju brzydkim kaczątkiem. Tylko on w tej rodzinie źle się uczył. Jego starsza siostra zawsze była pierwszą uczennicą w klasie”.

To wskazuje na jeszcze jedno uprzedzenie kulturowe: w Korei złe stopnie w szkole to w zasadzie to samo co przestępczość nieletnich. To również jawny brak szacunku wobec rodziców, co jest zasadniczym naruszeniem kluczowych wartości moralnych koreańskiego społeczeństwa.

W artykule podano jeszcze wiele równie nieprzekonujących informacji na temat tego, że PSY był nieudacznikiem. Nigdy byście się nie domyślili, jakiż to był diabeł wcielony do siódmego roku życia: chodził po trawie, na której postawiono znak „Szanuj zieleń!”. W artykule stwierdzono, że właśnie w tym momencie matka uznała, że z jej syna nic już nie będzie.

Kilku koreańskich dziennikarzy i blogerów opowiadało następującą anegdotę, niezmiennie wyrażając oburzenie, że PSY brakuje nabożnego szacunku do rodziców: podobno, gdy wciąż jeszcze mieszkał w domu, jego ojciec kazał mu rzucić palenie. PSY odparł: „Czemu nie rzucisz palenia pierwszy, tato?”.

Gdyby ten dialog miał miejsce w jakimś odcinku Brady Bunch, Silver Spoons, Different Strokes czy dowolnego innego moralizatorskiego, amerykańskiego familijnego sitkomu, cięta riposta rapera doczekałaby się tego, że ojciec przytaknie i powie: „Wiesz co? Masz rację. Powinienem dać ci przykład”.

Jednak w koreańskim społeczeństwie – przynajmniej w tamtych czasach – tego rodzaju odpowiedź mogłaby się skończyć tym, że ojciec kazałby chłopakowi stanąć na krześle, a potem sprałby go pasem po łydkach. To była dość popularna forma kary wśród dzieci w mojej klasie, zwykle zarezerwowana dla uczniów o kiepskich stopniach i złych manierach. Porównywanie pręg dzień po tym, jak przesłano do domów kartki ze stopniami, było w mojej klasie popularnym zajęciem podczas przerwy. Sporadyczny wygłup, jak niesmaczny żart, często spotykał się z tym, że dziecko dostawało po głowie od rodziców, tak jakby zabijali wesz. (Poważnym karaniem zajmowały się raczej matki).

W 2001 r. bunt PSY przyjął jednak poważniejszą formę, złapano go z marihuaną. Gdy aresztowano go za jej posiadanie, powtarzał: „Myślę, że teraz rzucę palenie”. Źródła nie są zgodne co do tego, czy mówił poważnie, czy był to sarkazm. Reakcja jego ojca była jednak poruszająca: „Wygląda na to, że wiele się teraz dowiadujesz o świecie. Będę w ciebie wierzył, nawet jeśli zmalujesz coś gorszego”.

Dwa dni po aresztowaniu zmarł ukochany dziadek PSY, który podobno po raz pierwszy dał mu spróbować alkoholu i zaszczepił w nim miłość do muzyki. Wnuk był niepocieszony; siedział w areszcie i nie mógł pójść na pogrzeb. „Wtedy właśnie dorosłem” – powiedział koreańskiej prasie.

Można by powiedzieć, że wynagrodził to swojemu ojcu. Niecałe dwa miesiące po wypuszczeniu Gangnam Style cena akcji firmy jego ojca podwoiła się. Trudno to udowodnić, ale uważa się, że gwałtowny wzrost ceny opierał się na założeniu inwestorów, że ojciec syna, który osiąga takie sukcesy, prawdopodobnie sam prowadzi dobrze prosperującą firmę.

Większość utworów PSY to lekkie piosenki, jest jednak też w jego repertuarze jedna bardzo poważna, zatytułowana Ojciec. To wyciskająca łzy oda do ojca, w której artysta śpiewa, że przykro mu, iż nie rozumiał, że los całej rodziny spoczywa na barkach jego rodzica.

Żadna z zachodnich ikon popu nie napisałaby takiej piosenki o swoich rodzicach, może z wyjątkiem Eminema. Jego piosenka pt. Cleanin’ Out My Closet (Porządki w szafie) zawiera wers: „You selfish bitch, I hope you burn in hell for this shit” (Ty samolubna wywłoko, mam nadzieję, że za to gówno spalisz się w piekle).

Kariera PSY i jego muzyka są bardzo dobrym symbolem minionej i przyszłej Korei – tego, jak kraj przeobraził się w ciągu zaledwie jednego pokolenia, mojego i PSY. Wszystkie zmiany następowały tak szybko, że jedna osoba mogła zostać rozrywkowym artystą, niepodzielnie panującym w Internecie, a jednocześnie popełnić tak przejmujący utwór jak Ojciec, w którym się samobiczuje, wyrażając masochistyczną, konfucjańską uniżoność.

PSY zapisze się na kartach historii jako pierwszy artysta rzeczywiście z XXI w. W końcu któż inny mógłby połączyć konfucjanizm z puszczaniem bąków?