Conan. Conan i miecz zdobywcy - Robert E. Howard - ebook
Opis

„Howard szczerze wierzył w podstawowe prawdy, na których zasadzają się jego opowieści. To tak, jakby mówił: «Tak właśnie wyglądało normalne życie w tych minionych, dzikich czasach»”.

David Drake

„Co do absolutnego, żywego strachu… Jakiż inny pisarz może równać się w swych dokonaniach z Robertem E. Howardem?”

H.P. Lovecraft

Oto trzeci tom ponadczasowych opowieści, których bohaterem jest Conan – nieokrzesany i niebezpieczny młodzieniec, zuchwały złodziej, wymachujący mieczem pirat oraz dowódca całych armii. Oto również unikatowe wejrzenie w zamysł pisarskiego geniusza, którego brawurowy i przejrzysty styl, kopiowany przez tak wielu, okazuje się niemożliwy do naśladowania.

Nowa edycja utworów o Conanie, obejmująca wszystkie teksty Roberta E. Howarda w oryginalnych wersjach, składa się z trzech tomów:

Conan i pradawni bogowie

Conan i skrwawiona korona

Conan i miecz zdobywcy

„Aquilończycy z zachodnich prowincji (…) byli na swój sposób ludźmi dzikimi, jednak pomiędzy nimi a Cimmeryjczykiem istniała wciąż bezdenna przepaść. Byli synami cywilizacji, którzy z powrotem stali się na wpół barbarzyńcami. On był barbarzyńcą z barbarzyńców od tysiąca pokoleń. Tamci zdolność bycia niewidzialnym oraz zręczność swą nabyli, on się z tymi umiejętnościami urodził. Przewyższał ich nawet w kwestii zwinnych, oszczędnych ruchów. Oni byli wilkami, on zaś tygrysem”.

Conan jest jednym z największych literackich bohaterów w historii – człowiekiem z mieczem, który sieje śmierć i zniszczenie pośród krain epoki hyboryjskiej, mierząc się z potężnymi czarnoksiężnikami, zabójczymi potworami oraz armią bezlitosnych złodziei i łajdaków.

Oto Howard w najlepszej formie i Conan w najdzikszej!!! W najnowszym, bogato ilustrowanym tomie utworów Roberta E. Howarda, przygotowanym na podstawie najwcześniejszych dostępnych wersji – często rękopisów samego autora – znajdziemy takie klasyczne teksty z gatunku magii i miecza, jak Słudzy Bit-Yakina, Za Rzekę Czarną, Czarny przybysz, Ludożercy z Zambolui oraz przygodę być może najsłynniejszą ze wszystkich: Czerwone ćwieki.

Tom Conan i miecz zdobywcy obejmuje również nigdy wcześniej nie publikowane szkice, notatki, wersje utworów, a także nowe wprowadzenie, prywatną korespondencję i wnikliwy esej Rodowód hyboryjski, stanowiący kronikę powstawania serii o Cimmeryjczyku

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 701

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


To dla Brodie i Cody’ego Goheenów,

moich modeli Conana i jego świata.

Wasza ekscytacja tą książką oraz

entuzjazm dla mojej pracy

nadal mnie inspirują

Gregory Manchess

W HOŁDZIE ROBERTOWI E. HOWARDOWI

Uwielbiam te książki. Howard ma styl szorstki, tętniący życiem – to pisarstwo, które mieczem wycina sobie drogę wprost do serca, zaludnione naprawdę ponadczasowymi bohaterami. Z wielkim zapałem polecam je każdemu miłośnikowi fantasy.

David Gemmell, autor powieści Legenda oraz White Wolf

Wyraziste brzmienie narracji Roberta E. Howarda nadal, po tylu dekadach, oddziałuje na czytelników w równej mierze, gdy chodzi o dźwięczącą stal, grzmiący tętent końskich kopyt czy bryzgającą krew. Wykreowany przez niego Conan to prawdziwie wielka postać poszukiwacza przygód, daleka od stereotypów. Jego niesamowita muskulatura i budowa, gorący temperament oraz lubieżny śmiech stały się standardami, z którymi muszą mierzyć się wszyscy współcześni bohaterowie.

Eric Nylund, autor powieści Halo: The Fall of Reach oraz Signal to Noise

Cudowny gawędziarz Robert Howard stworzył po prostu giganta [Conana], w którego cieniu muszą znaleźć się wszystkie inne opowieści o bohaterach.

John Jakes, autor bestsellera z listy „New York Timesa” – trylogii „Północ i Południe”

Co do absolutnego, żywego strachu… Jakiż inny pisarz może równać się w swych dokonaniach z Robertem E. Howardem?

H.P. Lovecraft

Howard... ubarwiony najbardziej zamaszystymi ciosami, jakie można sobie wyobrazić. Masa mieniącej się czerni, która niesie zagrożenie, lodowato błękitna energia tryskająca od głównego bohatera, a pomiędzy nimi pasmo szkarłatu stworzone przez walkę, furię i krew.

Fritz Leiber

Zapomnij o Schwarzeneggerze i o filmach. Oto jest czyste pulp fiction z lat trzydziestych XX wieku, zanim polityczna poprawność i rozmaite grupy nacisku zaczęły dyktować nam kierunki w sztuce. Miecze wirują, wnętrzności płyną, a kobiety mdleją.

„Men’s Health”

Howard pisał literaturę wszelkiego rodzaju, dla każdego rynku, który tylko go zechciał, lecz jego prawdziwą miłością były opowieści niesamowite. Wniósł tyle fermentu, nowych, stałych odtąd elementów do fantasy, że zmienił kierunek jej rozwoju w Ameryce. Jego odejście od literatury szlachetnej i statycznego ukazywania rzeczywistości ma tę samą wagę co zmiany, jakie do nurtu amerykańskiej powieści detektywistycznej wnieśli Hammett, Chandler czy inni autorzy z kręgu czasopisma „Black Mask”.

Michael Moorcock, autor uhonorowanej wieloma nagrodami sagi o Elryku

Wigor, szybkość, żywotność – to elementy, w których sztukę Roberta E. Howarda trudno prześcignąć. No i jeszcze to wściekle galopujące tempo narracji.

Poul Anderson

Howard szczerze wierzył w podstawowe prawdy, na których zasadzają się jego opowieści. To tak, jakby mówił: „Tak właśnie wyglądało normalne życie w tych minionych, dzikich czasach”.

David Drake, autor zbioru opowiadań Grimmer Than Hell, redaktor antologii Dogs of War

W materii nieustannych, toczących się w szalonym tempie przygód oraz soczystych, wręcz kwiecistych scenerii nikt nawet nie zbliżył się do Howarda.

Harry Turtledove

Słudzy Bit-Yakina (The Servants of Bit-Yakin)

Pierwsza publikacja w „Weird Tales”, marzec 1935 (jako Jewels of Gwahlur)

Za Rzeką Czarną (Beyond the Black River)

Pierwsza publikacja w „Weird Tales”, maj i czerwiec 1935

Czarny przybysz (The Black Stranger)

Oryginalna wersja opublikowana po raz pierwszy w antologii Echoes of Valor, Tor, 1987

Ludożercy z Zambouli (The Man-Eaters of Zamboula)

Pierwsza publikacja w „Weird Tales”, listopad 1935 (jako Shadows in Zamboula)

Czerwone ćwieki (Red Nails)

Pierwsza publikacja w „Weird Tales”, lipiec, sierpień–wrzesień oraz październik 1936

Od tłumacza i redaktora wydania polskiego

Tak jak w dwóch poprzednich tomach – Conan i pradawni bogowie – oraz Conan i skrwawiona korona – niniejsza edycja zachowuje pochodzące z wydania oryginalnego zasady redakcji. Chcieliśmy polskiemu czytelnikowi po raz pierwszy ukazać teksty Roberta E. Howarda w takiej postaci, w jakiej wyszły spod ręki autora.

Miejsca, w których czytelnik mógłby dopatrywać się błędów, zostały oznaczone [sic!]. Najwięcej ich można znaleźć w Variach. Stosowanie kursywy i dużych liter – nawet niekonsekwentne – jest zgodne z wolą autora, który chciał zwrócić uwagę albo położyć nacisk na określone słowo lub zwrot. Do tej kategorii należą również charakterystyczne dla jego stylu powtórzenia, a także zamiłowanie do niektórych określeń.

Nie lada gratką trzeciego, ostatniego tomu przygód Conana są dwie wersje (A i B) Wilków za granicami. Na ich przykładzie można przyjrzeć się procesowi twórczemu Roberta E. Howarda i prześledzić ewolucję tekstu – zmiany, jakie autor wprowadzał. Z podobną sytuacją czytelnik będzie miał do czynienia w przypadku Czerwonych ćwieków, z tym że tutaj wersję odtworzoną z maszynopisu można porównać z wersją ostateczną, opublikowaną w magazynie „Weird Tales”.

Podobnie jak w dwóch poprzednich tomach dociekliwi czytelnicy znajdą jeszcze więcej takich ciekawostek. Mamy nadzieję, że świadomie pozostawione wbrew późniejszym zmianom oraz ingerencjom, sprawią one, iż lektura i odkrywanie na nowo fascynującego świata epoki hyboryjskiej staną się źródłem wielu emocji. Przy okazji czytelnicy poznają warsztat Roberta E. Howarda i w pełni docenią jego starania o to, by Conan, którego odkrył dla świata, wypadł jak najlepiej.

Słudzy Bit-Yakina

Słudzy Bit-Yakina

I

ŚCIEŻKI INTRYGI

Strome skalne ostańce wyrastały powyżej dżungli. Biegnące łukiem w dal ku wschodowi i zachodowi ponad falującym szmaragdowym oceanem liści drzew i palm wyniosłe fortece z kamienia, który we wschodzącym słońcu połyskiwał nefrytowym błękitem i poszarzałym szkarłatem. Ta olbrzymia palisada z pionową kurtyną z litej skały, gdzie cząsteczki kwarcu migotały oślepiająco w słonecznym świetle, wyglądała na niezdobytą. Ale żmudnie pnący się człowiek był już w połowie drogi na szczyt.

Wywodził się z rasy zamieszkującej góry, przyzwyczajonej do wspinania się po wzbraniających dostępu urwiskach, a był nadto mężczyzną o niezwykłej sile i zwinności. Jego jedyne odzienie stanowiła para krótkich, obcisłych spodni z czerwonego jedwabiu oraz sandały przypasane do pleców, tak by nie stawały mu na przeszkodzie, podobnie jak miecz i sztylet.

Był człowiekiem potężnie zbudowanym, gibkim jak pantera. Jego skóra była brązowa, ogorzała, a prosto obciętą czarną grzywę włosów przytrzymywała wokół skroni srebrna opaska. Żelazne mięśnie, bystre oko i pewne stopy służyły mu tu dobrze, gdyż była to wspinaczka sprawdzająca owe cechy po kres możliwości. Sto pięćdziesiąt stóp pod nim falowała dżungla. Tyle samo w górze krawędź ostańca odcinała się ostro na tle porannego nieba.

Trudził się jak ktoś napędzany koniecznością pośpiechu, jednakże zmuszony przemieszczać się małymi krokami, przywierając do ściany niczym mucha. Błądzące po omacku dłonie i stopy odnajdywały wgłębienia i występy, a w najlepszym razie niepewne uchwyty; czasem w istocie zwisał na czubkach palców. Jednak szedł pod górę, wpijając się, wijąc, walcząc o każdy cal wysokości. Czasami zatrzymywał się, dając odpocząć obolałym mięśniom i strząsając pot z oczu, wykręcał głowę, by rozejrzeć się uważnie po dżungli, przeczesując zielony bezmiar w poszukiwaniu jakiegoś śladu ludzkiego życia bądź ruchu.

Wkrótce wierzchołek pojawił się niedaleko nad nim, a on dostrzegł kilka stóp nad głową wyłom w pionowej skale. Chwilę potem już doń dotarł – do małej groty tuż pod krawędzią szczytu. Kiedy jego głowa wzniosła się ponad skraj jej podłoża, mruknął z dezaprobatą. Oparłszy się na łokciach, wspiął się do środka. Jaskinia była malutka, niewiele większa od wnęki wyciętej w kamieniu, ale miała mieszkańca. W grocie siedziała pomarszczona brązowa mumia ze skrzyżowanymi nogami i rękoma założonymi na zeschniętej piersi, na którą opadła obkurczona głowa. Jej członki przytrzymywały rzemienie z niewyprawionej skóry, które stały się zbutwiałymi włóknami. Jeśli postać była kiedykolwiek odziana, to spustoszenie zasiane przez czas przemieniło strój w pył. Jednak pomiędzy skrzyżowanymi rękami a skurczoną piersią tkwił zwój pergaminu, pożółkłego ze starości na kolor wiekowej kości słoniowej.

Wspinacz sięgnął ku niemu i wyszarpnął rulon. Nie przyglądając się mu, wetknął za pas i podciągnął się, aż stanął w przestrzeni wnęki. Skok w górę i złapał za krawędź ostańca, by wciągnąć się na niego prawie jednym i tym samym ruchem.

Tam zatrzymał się, dysząc ciężko, i spojrzał uważnie w dół.

Było to niczym spojrzenie do wnętrza ogromnej misy otoczonej kamiennym murem. Jej dno pokrywały drzewa i inna zwarta roślinność, choć w żadnym miejscu nie osiągała ona gęstości dżungli, jaka znajdowała się po stronie zewnętrznej. Misę okalały strome ściany o jednolitej wysokości. Był to wybryk natury niemający odpowiednika być może i na całym świecie – rozległy naturalny amfiteatr, okrągły kawał pokrytej dżunglą równiny o średnicy trzech albo czterech mil, odcięty od reszty świata i zamknięty w tym palisadowym pierścieniu stromych skał.

Ale człowiek na szczycie nie zaprzątał sobie myśli zachwytami nad tą topograficzną osobliwością. Z napiętą uwagą przeszukiwał szczyty drzew w dole i wydał z siebie głębokie westchnienie ulgi, kiedy pośród migoczącej zieleni uchwycił przebłysk marmurowych kopuł. Zatem to nie mit; u jego stóp spoczywał niesamowity i opuszczony pałac Alkmeenonu.

Conan Cimmeryjczyk, który odwiedził wcześniej Wyspy Barachańskie, Czarne Wybrzeże i wiele innych krain, gdzie życie bywa gwałtowne, przybył do królestwa Keshanu, podążając za pokusą zdobycia bajecznego skarbu, jaki przyćmiewał te zgromadzone przez turańskich królów.

Keshan był królestwem barbarzyńskim, leżącym na wscho­dnich krańcach Kush, gdzie rozległe stepy łączyły się z tropikalnym lasem nadciągającym od południa. Jego lud był rasy mieszanej, smagli nobile rządzili ludnością w większości czysto negroidalną. Władcy – książęta i najwyżsi kapłani – uzurpowali sobie pochodzenie od rasy białej, zawiadującej w czasach mitycznych królestwem, którego stolicę stanowił Alkmeenon. Sprzeczne legendy usiłowały wyjaśnić powód ostatecznego upadku owej rasy i porzucenia miasta przez ocalałych. Równie mgliste pozostawały opowieści o Zębach Gwahlura, skarbie Alkmeenonu. Jednak tych mętnych legend starczyło, by sprowadzić Conana do Keshanu poprzez ogromne odległości równin, przeplataną rzekami dżunglę oraz góry.

Odnalazł on Keshan, który sam w sobie przez wiele narodów północnych i zachodnich uważany był za mityczny, i posłyszał dość, żeby potwierdzić plotki o skarbie, który ludzie nazywali Zębami Gwahlura. Jednak miejsca jego ukrycia poznać nie zdołał, stanął natomiast wobec konieczności wyjaśnienia swego pobytu w Keshanie. Przybysze wolnego stanu nie byli tam mile widziani.

Nie był tym skonsternowany. Z zimną pewnością siebie zaoferował usługi majestatycznym, przybranym w pióropusze, podejrzliwym dostojnikom barbarzyńsko świetnego dworu. Był zawodowym wojownikiem. Przybył do Keshanu (jak powiedział) w poszukiwaniu zatrudnienia. Za pewną cenę mógłby wyćwiczyć miejscowe wojska i poprowadzić je przeciwko odwiecznemu wrogowi – Puntowi – którego ostatnie sukcesy w polu wzbudziły wściekłość popędliwego króla Keshanu.

Propozycja ta nie była tak zuchwała, jak mogło się zdawać. Sława Conana poprzedzała go nawet w odległym Keshanie; wyczyny jako wodza czarnych korsarzy, tych wilków z południowych wybrzeży, uczyniły jego imię znanym, podziwianym i budzącym strach we wszystkich czarnych królestwach. Poddał się sprawdzianom wymyślonym przez smagłych panów. Potyczki wzdłuż granicy trwały nieustannie, stwarzając Cimmeryjczykowi mnóstwo okazji do wykazania się w walce wręcz. Jego brawurowa gwałtowność wywarła wrażenie na dostojnikach Keshanu, już świadomych uznawania go za naturalnego przywódcę, i tak oto widoki na przyszłość najwyraźniej układały się pomyślnie. Wszystkim, czego Conan w skrytości pragnął, było zatrudnienie dające mu wymówkę do pozostania w Keshanie dość długo, aby zlokalizować miejsce ukrycia Zębów Gwahlura. Wtedy pojawiła się pewna przeszkoda. Na czele poselstwa z Zembabwei do Keshanu przybył Thutmekri.

Był on Stygijczykiem, awanturnikiem i łotrem, którego spryt stał się dla niego rekomendacją wobec bliźniaczych królów wielkiego hybrydowego królestwa – wspólnoty handlowej – leżącego o wiele dni marszu na wschód. Obaj znali się z Cimmeryjczykiem od dawien dawna, nie darząc się sympatią. Thutmekri miał do złożenia królowi Keshanu podobną propozycję, również dotyczącą podboju Puntu, który przypadkiem był państwem, z jakiego niedawno przegnano zembabwejskich kupców i jakie spaliło ich fortecę.

Jego oferta przeważyła nawet autorytet Conana. Thutmekri deklarował, iż najedzie Punt ze wschodu z mnóstwem czarnych włóczników, shemickich łuczników i najemnych wojowników, by wesprzeć króla Keshanu w aneksji wrogiego państwa. Dobroduszni królowie Zembabwei pragnęli tylko monopolu na handel Keshanu i jego lenników oraz, jako aktu dobrej woli, paru Zębów Gwahlura. Nie zostałyby one użyte w żadnym niegodziwym celu – pospieszył wyjaśnić podejrzliwym wodzom Thutmekri; zostałyby umieszczone w świątyni w Zembabwei obok krępych złotych bóstw Dagona i Derketo – uświęceni goście w świętym przybytku królestwa dla przypieczętowania układu pomiędzy Keshanem a Zembabwei. To stwierdzenie przywiodło na zacięte usta Conana dziki, złowieszczy uśmiech.

Cimmeryjczyk nie podjął próby mierzenia się na spryt i knowania z Thutmekrim i jego shemickim wspólnikiem Zarghebą. Wiedział, że jeśli Thutmekri osiągnie swój cel, będzie nalegać na natychmiastowe wygnanie rywala. Conanowi pozostawało zrobić tylko jedno: odnaleźć klejnoty, zanim król Keshanu się namyśli, i umknąć wraz z nimi. W owym czasie nabrał już wszak przekonania, że nie ukryto ich w Keshii – mieście królewskim, które stanowiło rojowisko krytych słomą chat stłoczonych wokół glinianych ścian, jakie odgradzały pałac z kamienia, gliny i bambusa.

Podczas gdy Cimmeryjczyk buzował niespokojnym zniecierpliwieniem, najwyższy kapłan oznajmił, iż zanim jakakolwiek decyzja zostanie podjęta, należy ustalić wolę bogów odnośnie do zaproponowanego sojuszu z Zembabwei i oddania w zastaw przedmiotów przetrzymywanych tak długo jako święte i nietykalne. Trzeba poradzić się wyroczni Alkmeenonu.

Była to rzecz straszna, która sprawiła, iż języki mełły o niej z ekscytacją tak w pałacu, jak i w rojnych od ludzi chatach. Od ponad wieku żaden kapłan nie nawiedził milczącego miasta. Wyrocznią, mówili ludzie, była księżniczka Yelaya, ostatnia władczyni Alkmeenonu, która zmarła w pełnym rozkwicie młodości i piękna, a której ciało pozostało cudem nieskażone poprzez wieki. Za dawnych czasów kapłani przetarli drogę do nawiedzonego miasta, a wyrocznia nauczyła ich mądrości. Ostatni z nich był człowiekiem niegodziwym, usiłującym wykraść dla siebie przedziwnie cięte klejnoty zwane przez ludzi Zębami Gwahlura. Jednak w opuszczonym pałacu spadła nań zagłada, o której jego akolici, umknąwszy, opowiadali straszliwe historie, tak że odstraszyli kapłanów od miasta i wyroczni na sto lat.

Gorulga wszelako, obecnie najwyższy kapłan, jako ten ufny w rozeznanie własnej prawości, oznajmił, że wyruszy z garstką swych stronników, by ożywić pradawny zwyczaj. A w podnieceniu języki plotły nieostrożnie i Conan pochwycił wskazówkę, której poszukiwał tygodniami – podsłuchany szept pomniejszego kapłana, który nakazał Cimmeryjczykowi wymknąć się chyłkiem z Keshii w noc przed świtem, kiedy kapłani mieli wyruszyć.

Poganiając wierzchowca nocą i dniem, i jeszcze nocą, przybył wczesnym świtem pod urwiska stromej skały Alkmeenonu, które wznosiły się w południowo-zachodnim zakątku królestwa pośród niezamieszkanej dżungli stanowiącej dla zwykłych ludzi tabu. Nikt, oprócz kapłanów, nie ośmielał się zbliżyć do nawiedzonego miasta na odległość wielu mil. A i kapłani nawet nie wkraczali do Alkmeenonu od stu lat.

Żaden człowiek nigdy nie wspinał się po tych urwiskach, mówiły legendy, a nikt poza kapłanami nie znał ukrytego wejścia do doliny. Conan nie marnował czasu na jego szukanie. Stromizny, które powstrzymywały tych czarnych ludzi – jeźdźców i mieszkańców równin oraz rosnących płasko tropikalnych lasów – nie stanowiły przeszkody dla męża zrodzonego wśród postrzępionych wzgórz Cimmerii.

Obecnie spoglądał ze szczytu urwiska na okrągłą dolinę i zastanawiał się, jakaż zaraza, wojna czy przesąd pchnęły członków tej pradawnej białej rasy do opuszczenia swej warowni i zmieszania się, wchłonięcia przez otaczające czarne plemiona.

Ta dolina stanowiła ich cytadelę. Tu stał pałac, a w nim mieszkała tylko królewska rodzina i jej dwór. Miasto leżało faktycznie na zewnątrz, poza urwiskami. Falujący nawał zielonej tropikalnej roślinności skrył ruiny. Jednak kopuły, jakie połyskiwały między liśćmi, stanowiły zwieńczenie królewskiego pałacu Alkmeenonu, który oparł się niszczącemu upływowi wieków.

Przerzuciwszy nogę poza krawędź, zaczął prędko schodzić. Wewnętrzna strona urwisk była bardziej spękana, nie taka znów stroma. W czasie o połowę krótszym od tego, jaki zajęła mu wspinaczka po stronie zewnętrznej, opadł na pokryte murawą dno doliny.

Z dłonią na mieczu rozejrzał się uważnie dookoła. Nie było powodów, aby przypuszczać, że ludzie kłamią, kiedy mówili, iż Alkmeenon pozostaje pusty i wyludniony, nawiedzany tylko przez duchy martwej przeszłości. Niemniej podejrzliwość i czujność leżały w naturze Conana. Panowała tu czysto pierwotna cisza; nawet jeden liść nie dygotał na gałęzi. Kiedy się schylił, by zajrzeć pod drzewa, nie dostrzegł niczego poza uszeregowanymi rzędami pni odchodzącymi coraz dalej i dalej w błękitną ciemność głębi lasu.

Mimo to szedł czujnie, z mieczem w dłoni, przeczesując spojrzeniem niespokojnych oczu mrok z każdej strony. Jego sprężysty krok nie wydawał na murawie żadnego dźwięku. Wszędzie dookoła dostrzegał znaki starożytnej cywilizacji: bezgłośne, rozsypujące się marmurowe fontanny stojące pośród kręgów smukłych drzew, których sylwetki były zbyt symetryczne, aby natura ukształtowała je przypadkiem. Roślinność lasu i jego poszycie wtargnęły do równo zaplanowanych zagajników, ale ich zarysy pozostawały widoczne. Pod drzewami przebiegały okazałe brukowane trakty, spękane, z trawą wyrastającą przez szerokie szpary. Przelotnie dostrzegał ozdobnie zwieńczone mury, kratownice rzeźbione w kamieniu, które mogły niegdyś służyć za mury przybytków rozkoszy.

Przed nim pomiędzy drzewami przebłyskiwały kopuły, a im dalej się przemieszczał, tym bardziej widoczne stawało się potężne cielsko podtrzymującej je konstrukcji. Wkrótce, przecisnąwszy się przez zasłonę ze splecionych niczym pnącza gałęzi, wyszedł na względnie otwartą przestrzeń, gdzie tkwiły samotne drzewa nieobrośnięte poszyciem, i ujrzał przed sobą obszerny, wsparty na kolumnach portyk pałacu.

Gdy wspiął się po szerokich marmurowych stopniach, zauważył, że budowla zachowała się w stanie dużo lepszym od mniejszych konstrukcji, jakie dostrzegł. Grube ściany i masywne filary zdawały się zbyt potężne, by skruszeć pod naporem czasu i natury. Wszystko dookoła spowijała posępna, magiczna cisza. Kocie stąpnięcia obutych w sandały stóp brzmiały w tym bezruchu zdumiewająco głośno.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Za Rzeką Czarną

Dostępne w wersji pełnej.

Czarny przybysz

Dostępne w wersji pełnej.

Ludożercy z Zambouli

Dostępne w wersji pełnej.

Czerwone ćwieki

Dostępne w wersji pełnej.

Varia

Notatki bez tytułu

Dostępne w wersji pełnej.

Wilki za granicami Wersja A

Dostępne w wersji pełnej.

Wilki za granicami Wersja B

Dostępne w wersji pełnej.

Czarny przybysz Szkic A

Dostępne w wersji pełnej.

Czarny przybysz Szkic B

Dostępne w wersji pełnej.

Ludożercy z Zambouli Szkic

Dostępne w wersji pełnej.

Czerwone ćwieki Wersja

Dostępne w wersji pełnej.

Rozmaitości

List do P. Schuylera Millera

Dostępne w wersji pełnej.

Mapa epoki hyboryjskiej

Dostępne w wersji pełnej.

Dodatki

Rodowód hyboryjski Część III

Dostępne w wersji pełnej.

NOTY DO MASZYNOPISÓW ORAZ CHRONOLOGII TEKSTÓW O CONANIE

Dostępne w wersji pełnej.

NOTY DO ORYGINALNYCH TEKSTÓW HOWARDA

Dostępne w wersji pełnej.

Przypisy

Dostępne w wersji pełnej.

Tytuł oryginału: The Conquering Sword of Conan

Copyright © 2005 Conan Properties International, LLC. Used with permission. CONAN, CONAN RED NAILS, CONAN THE BARBARIAN, HYBORIA, HYBORIAN TALES, THE SAVAGE SWORD OF CONAN and related logos, names and character likenesses are trademarks or registered trademarks of Conan Properties International LLC in the United States and certain other territories. All rights reserved. This edition published by arrangement with Conan Properties International LLC.

Illustrations copyright © 2005 by Gregory Manchess

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2013

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Bogusław Jusiak

Opracowanie graficzne okładki: Jacek Pietrzyński

Ilustracja na okładce: © Gregory Manchess  

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Conan i miecz zdobywcy, wyd. I, Poznań 2013)

ISBN 978-83-7818-199-6

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

www.rebis.com.pl