Wydawca: Wydawnictwo Sine Qua Non Kategoria: Styl życia Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 421 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Colin McRae. Autobiografia legendy WRC - Colin McRae

Brawura. Charyzma. Tragizm.

Całe życie naznaczone piętnem fatalizmu. Katastrofalne wypadki, seryjne defekty, pechowo stracone kolejne tytuły mistrza świata. Był szybki, piekielnie szybki. Uwielbiany przez kibiców za straceńczy styl jazdy i obcesowe traktowanie każdego, kto stawał mu na drodze do zwycięstwa.  Zginął tak, jak żył – pilotując helikopter na krawędzi ryzyka…

Colin McRae zdradza, o czym myślał, tracąc przytomność zakleszczony we wraku swojej rajdówki, bezceremonialnie obnaża mechanizmy team orders i tłumaczy, dlaczego nienawidził Rajdu Monte Carlo. Ta książka to nie tylko błyskotliwa autobiografia, ale przede wszystkim kopalnia wiedzy i prawdziwa biblia dla każdego fana rajdów samochodowych. 

Colin McRae urodził się w 1968 roku w szkockim Lanarkshire. Pierwszy tytuł rajdowego mistrza Wielkiej Brytanii wywalczył w 1991 roku, a w 1995 został najmłodszym mistrzem świata w historii tego sportu. Miał wtedy 27 lat. Historię tej niesamowitej kariery sportowej opowiada sam Colin, korzystając z pomocy Dericka Allsopa. Derick to czołowy szkocki dziennikarz sportowy, autor wielu książek napisanych we współpracy z najbardziej znanymi postaciami, takimi jak Michael Schumacher czy George Best. We wrześniu 2007 roku Colin McRae zginął tragiczną śmiercią w katastrofie śmigłowca. W wypadku tym życie stracił również jego syn. Niniejsza książka jest doskonałym świadectwem wielkiego talentu Brytyjskiego kierowcy.

Polskie wydanie książki zostało uzupełnione posłowiem eksperta WRC Cezarego Gutowskiego.

Wielokrotnie byłem na niego wściekły.  Bez wątpienia najgorszy moment nastąpił w sezonie 2001, gdy wyrzucił tytuł na śmietnik. Musiał tylko dojechać do mety tuż za Richardem Burnsem i kolejne mistrzostwo miałby w kieszeni, ale on walczył o zwycięstwo na każdym odcinku i odpadł. To było największe rozczarowanie dla teamu oraz dla mnie. Pracowaliśmy tak ciężko, aby mógł zostać mistrzem świata…

Malcolm Wilson, założyciel i szef M-Sport

Z Colinem nie było środka. Albo wykręcał doskonały czas, albo wysyłałeś na oes lawetę. W Rajdzie Wielkiej Brytanii wypadł z trasy, choć nie musiał się spieszyć. Wystarczyłoby mu trzecie miejsce, żeby został mistrzem, ale Colin, jak to Colin, chciał wygrać wszystko, co się da. Zaprzepaścił cały rok pracy – i swojej, i naszej.

John Millington, koordynator ekipy M-Sport

Od Sébastiena Loeba najbardziej różnił się stylem jazdy. Wcześniej kierowcy tacy jak Colin mocno rzucali samochodami i wciąż jeździli bokami. Zawodnicy tacy jak Markko Märtin, Petter Solberg czy właśnie Sébastien Loeb zawsze pilnowali linii przejazdu, aby wciąż mieć trakcję. Colin używał zupełnie innych ustawień, aby móc jeździć w swoim agresywnym, spektakularnym stylu.

Didier Clement, inżynier Citroëna

Opinie o ebooku Colin McRae. Autobiografia legendy WRC - Colin McRae

Fragment ebooka Colin McRae. Autobiografia legendy WRC - Colin McRae

Podziękowania

Kierowca i pilot potrzebują wsparcia całego zespołu, bez którego nie mogliby startować, a autor i współautor korzystają z pomocy wielu osób, dzięki którym książka ostatecznie trafia do druku. Na wyrazy naszej wdzięczności zasłużyli w szczególności: Martin Whitaker i firma Ford, Malcolm Wilson i firma M-Sport, Nicky Grist, Bernie Shrosbree, Jimmy i Margaret McRae, Alison McRae, Alister i Stuart McRae, Mark Wilford, Georgina Baskerville i David Windsor z Avenue Communications, David Richards i firma Subaru, Centrum Informacji Turystycznej w Lanark, Matt Neal, Colin Morrison, Ian Hughes, Graham i Tracey Ogden, Neil i Bob Fountain.

Chcielibyśmy też szczególnie podziękować Tommiemu Mäkinenowi, który napisał przedmowę do tej książki, a także Steve’owi Fellowsowi oraz Subaru. Doceniamy również nieustanne wsparcie od Jeana-Erica Freudigera, Sue, Kate i Natalie Allsop. Dziękujemy też Hannah MacDonald i całemu zespołowi wydawnictwa Ebury Press za ich słowa zachęty i wielki entuzjazm.

Przedmowa

Moim zdaniem nie ma w świecie sportu bardziej ekscytującego widoku niż samochód klasy WRC prowadzony na granicy jego możliwości. Ze wszystkich kierowców, z którymi rywalizowałem, nikt nie robi tego lepiej niż Colin McRae. Jest fenomenalnie kompetentny, szybki i odważny, a przy tym prezentuje styl jazdy uwielbiany przez kibiców. Gdy Colin wyjeżdża na odcinek specjalny, ludzie chcą to widzieć. Nic więcej nie trzeba dodawać. Nic dziwnego, że ma tylu wiernych fanów, nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i na całym świecie.

Zdarzało mi się pożałować, że Colin jeździ tak szybko i z tak dużym zaangażowaniem, ponieważ gdy zagryzie zęby, staje się bardzo trudnym rywalem do pokonania. Gdy rajd dobiega końca, chętnie idę z nim na drinka, bo dobrze się z nim rozmawia. Podkreślam, że duch rywalizacji nie słabnie w nas nawet poza oesami. Obaj uwielbiamy motocykle i pewnego razu naprawdę świetnie się bawiliśmy, jeżdżąc razem w Finlandii. Podejrzewam, że na własnym terenie miałem nad nim odrobinę przewagi, Colin zarzeka się jednak, że weźmie na mnie odwet u siebie, na Wyspach.

Już nie mogę się doczekać kolejnych zaciekłych pojedynków z Colinem i innych okazji do dobrej zabawy.

Tommi Mäkinen

rajdowy mistrz świata 1996–1999

Wprowadzenie

Trzy zwycięstwa z rzędu, dzięki którym praktycznie z niebytu wskoczyłem na szczyt klasyfikacji generalnej Rajdowych Mistrzostw Świata. To było jak sen, świetna seria, jaka na tym poziomie sportowym raczej się nie zdarza. Klasyczny hat-trick – Argentyna, Cypr, Grecja – spowodował, że znów liczyłem się w walce o tytuł mistrza świata w sezonie 2001. Dzięki tym triumfom cała frustracja nagromadzona w poprzednich rajdach nagle gdzieś wyparowała. Z powodu serii błędów, usterek technicznych i awarii mechanicznych ja i mój pilot z Forda, Nicky Grist, o mały włos nie zostaliśmy z niczym.

To jednak nie wszystko. Te zwycięstwa potwierdziły słuszność mojej decyzji o kontynuowaniu startów po najpoważniejszym wypadku w całej mojej karierze. Tamtego jesiennego dnia znalazłem się w głębokim wąwozie na Korsyce. Byłem uwięziony do góry nogami we wraku swojego focusa i myślałem nie tylko o tym, że być może właśnie oto kończy się moja kariera sportowa – zastanawiałem się, czy w ogóle przeżyję. Co chwila traciłem przytomność i ją odzyskiwałem. Nie mogłem nic zrobić, byłem zdezorientowany, miałem też zmiażdżoną kość policzkową.

Niewiele kojarzę z samego wypadku i tego, co się działo potem. Pamiętam, że zahaczyłem o kamień po wewnętrznej stronie drogi, a następnie wypadłem z niej po stronie zewnętrznej. Pamiętam smak krwi i zapach benzyny, pamiętam też, że nie mogłem się doczekać, aż wreszcie ktoś mnie stamtąd wyciągnie. Miałem poczucie, że nic się nie dzieje. Pamiętam, jak myślałem, że przecież nie muszę już tego robić. Mistrzem świata zostałem w 1995 roku. Miałem na koncie 20 zwycięstw w rajdach i zarobiłem wystarczająco dużo, aby zapewnić swojej rodzinie wszelkie wygody. Gdyby udało mi się wyjść z tego cało, mógłbym się cieszyć bezpiecznym życiem bez najmniejszej presji.

Wtedy jednak cała moja przyszłość stała pod znakiem zapytania. Naprawdę się bałem, że tam umrę. Wszystko, co opowiedziano mi potem o tym wypadku, utwierdza mnie w przekonaniu, że rzeczywiście groziło mi śmiertelne niebezpieczeństwo. Zespół ratowników najwyraźniej nie miał pomysłu na to, jak wydobyć mnie z wraku. Udało się mnie uwolnić na czas wyłącznie dzięki działaniom Nicky’ego i naszego trenera Berniego Shrosbree’ego.

Gdy tylko poczułem, że jestem bezpieczny i wracam do zdrowia, wszystkie myśli o kończeniu kariery nagle zniknęły. Ciągle jeszcze miałem szanse na mistrzowski tytuł i bardzo mi zależało, aby stanąć na starcie następnego rajdu. Głęboko wierzę, że podjąłem najlepszą możliwą decyzję. W tamtym rajdzie, w San Remo, wywalczyłem 1 punkt – najlepszy w mojej karierze. Tytuł ostatecznie przepadł, ale wróciłem do gry i byłem gotów walczyć o kolejne zwycięstwa w 2001 roku. Byłem pewien, że ciągle potrafię pokonać najlepszych, wygrywać rajdy i spełnić marzenia o drugim mistrzostwie świata.

Minąłbym się z prawdą, gdybym powiedział, że udało mi się zupełnie zapomnieć o tamtym wypadku. Wydaje mi się, że dziś więcej myślę o różnych zagrożeniach. Najbardziej przeszkadzało mi jednak to, że nie pamiętam, co się wtedy wydarzyło. Gdy wypadam z drogi, chcę wiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Niestety, z tamtego wypadku nie mogłem i nadal nie mogę sobie bardzo wielu rzeczy przypomnieć.

Ryzyko stanowi nieodłączny element startów w rajdach. Trzeba się z tym pogodzić i wszyscy zawodnicy akceptują ten fakt. Można gdzieś z tyłu głowy dopuszczać myśl o niebezpieczeństwie, nie można jednak pozwolić takim myślom przebić się na pierwszy plan. Takie podejście zawsze negatywnie odbija się na wynikach, a wtedy można się spakować i wracać do domu.

Moje wyniki z 2001 roku chyba najlepiej dowodzą, że zdarzenia z Korsyki nie wpłynęły na moją psychikę. W przeszłości wiele osób krytykowało mnie za to, że pozwalam sobie na zbyt wiele wypadków. Przez pewien czas nazywano mnie nawet McCrash. Chciałbym podkreślić, że nie mam najmniejszych wątpliwości co do własnego stylu jazdy. To właśnie dzięki niemu zacząłem odnosić sukcesy, podpisałem lukratywny kontrakt i zyskałem sobie wierne grono fanów. Nie jestem mistrzem regularności i nigdy nim nie będę. Prezentuję taki styl jazdy, jaki chcą oglądać kibice i jakiego oczekują producenci. Uwaga widzów skupia się przecież na samochodzie. Największą frajdę daje mi szybka jazda i walka o zwycięstwo. Wierzyłem, że jestem do tego zdolny, odkąd jako młody chłopak zaczynałem jeździć w rajdach. Przekonałem się, że mam wrodzoną umejętność panowania nad samochodem, że potrafię go wyczuć.

Na początku sport uprawia się wyłącznie dla przyjemności. Tak samo było ze mną. Uwielbiałem prędkość, uwielbiałem towarzyszący jej dreszczyk emocji. Porwało mnie wyzwanie związane z prowadzeniem samochodu na granicy jego możliwości. Nic innego nie dawało mi takiego kopa. Teraz, gdy wszystko układa się po mojej myśli, ciągle kocham ten sport, ciągle czuję ten dreszczyk emocji. Muszę jednak przyznać, że nie czerpię już z rajdów takiej radości jak kiedyś. Rajdowe Mistrzostwa Świata to bardzo poważna sprawa i teraz najważniejszy jest dla mnie wynik. Gdy nie ma wyników, zwłaszcza z powodów pozostających poza kontrolą kierowcy, trudno utrzymać motywację i entuzjazm.

Miałem w karierze sporo takich frustrujących okresów, na szczęście kolejne wzloty potrafią przyćmić upadki. Sukces odniesiony w 2001 roku spowodował, że wszystkie wcześniejsze porażki i momenty zniechęcenia nabrały sensu. Znów wygrywałem rajdy i robiłem to w dobrym stylu. Znów walczyłem o mistrzowski tytuł. Nie ma chyba lepszego doświadczenia niż wspinanie się na samą górę klasyfikacji mistrzostw świata i oglądanie na swoim samochodzie plakietki z numerem jeden. Właśnie po to jeżdżę na te wszystkie rajdy. Po to narażam się na niebezpieczeństwo, po to zakłócam spokój rodziny. Dlatego też ciągle jeszcze chcę więcej.

Colin McRae

Miasto bohaterów

Jeśli chodzi o bohaterów, trudnym do naśladowania wzorem na zawsze pozostanie sir William Wallace, był bowiem najwyższej klasy szkockim wojownikiem i przywódcą we wczesnym okresie walki przeciwko angielskiemu panowaniu nad krajem. Miasto Lanark wielbi jego imię, pomimo że w maju 1297 roku doszczętnie je spalił. Razem z grupą patriotów, w sile 30 wojowników, zabił rezydującego w Lanark angielskiego szeryfa.

Zainicjowany przez niego patriotyczny zryw zyskał wsparcie ludu, a armia pod jego wodzą nękała Anglików po północnej i południowej stronie granicy. Gdy udało mu się wypędzić wroga z ukochanego kraju, został mianowany strażnikiem królestwa. Wzbudzał zazdrość pośród szkockiej szlachty, która cały czas próbowała podważać jego pozycję. Wallace stał na czele partyzantki aż do 5 sierpnia 1305 roku, kiedy to został pojmany. Przetransportowano go do Londynu, oskarżono o zdradę i skazano na śmierć.

Darzony wielką czcią Wallace cały czas czuwa nad mieszkańcami Lanark, historycznego miasta targowego położnego nad rzeką Clyde, niespełna 50 kilometrów na południowy wschód od Glasgow. Jego pomnik zdobi iglicę kościoła pod wezwaniem św. Mikołaja, stojącego przy głównej ulicy miasta, High Street.

To miejsce przyciąga wszystkie znane marki z obu stron angielsko-szkockiej granicy, które zwykle można spotkać przy głównych ulicach miast: Woolworths, Boots, WH Smith, Thomas Cook, Victoria Wine… Obowiązkowo znalazła się tu również indyjska restauracja Taj Mahal, a także wierny miejscowej tradycji „chińczyk” o nazwie McChan!

Zgodnie z tradycją sięgającą jeszcze XII wieku, kiedy to Lanark zyskało status miasta królewskiego, każdego lata mieszkańcy zbierają się pod pomnikiem Wallace’a, gdzie znajduje się serce obchodów miejscowego święta. Procesja i towarzyszące jej wydarzenia (zarówno te oficjalne, jak i mniej oficjalne) na trwałe zdążyły się wpleść w życie lokalnej społeczności.

W tych stronach praktykuje się również nieco nowszy rytuał upamiętniający heroiczne dokonania zupełnie innego rodzaju. Żaden z członków rodziny McRae nie ośmieliłby się aspirować do miana nowego Walecznego Serca, a mimo to ośmiotysięczna społeczność co roku świętuje ich wyścigowe osiągnięcia. Rozgrywane tu zawody McRae Stages stanowią jedną z rund Rajdowych Mistrzostw Szkocji i odbywają się z odpowiednią pompą, przy pełnym poparciu ze strony słynnej rodziny.

Założycielem dynastii był Jimmy McRae, który przesiadł się z motocykla do samochodu z tak wielkim powodzeniem, że aż pięciokrotnie triumfował w Rajdowych Mistrzostwach Wielkiej Brytanii. On i jego żona Margaret mieli trzech synów, z których dwóch dało się uwieść magii motorowej rywalizacji. Najmłodszy z nich, Stuart, związał swoją przyszłość z cateringiem, podczas gdy środkowy postanowił pójść w ślady ojca oraz starszego brata, Colina, i regularnie brał udział w Rajdowych Mistrzostwach Świata.

Colin McRae był pierwszym Brytyjczykiem, który zwyciężył w Rajdowych Mistrzostwach Świata, a przy tym najmłodszym zawodnikiem w historii, który kiedykolwiek sięgnął po ten tytuł. W 1995 roku stanął na najwyższym stopniu podium, mając zaledwie 27 lat. Już choćby w ten sposób zasłużył na miano bohatera. Charakterystyki tego niezwykłego syna Lanark i jego umiejętności za kółkiem nie można jednak sprowadzać do listy jego sportowych osiągnięć. Na co dzień tak skromny, że aż niemal nieśmiały, za kierownicą samochodu McRae przeobrażał się w nieustraszonego ekstrawertyka, a dzięki swojemu umiłowaniu do prędkości zyskiwał sobie rosnące grono fanów. Nie zamierzał się wyrzekać wrodzonej ostentacji i zawsze chciał być pierwszy, przez co wielokrotnie popadał w konflikt ze swoimi szefami i władzami sportowymi. Z tego samego powodu uczestniczył w licznych poważnych, choć niekiedy również widowiskowych, wypadkach.

W takich sytuacjach nieodmiennie dowodził swojej niekwestionowanej wyższości i czynił to na oczach wszystkich tych, którzy nie zważając na porę dnia czy pogodę, zapuszczali się głęboko w las, by obserwować z bliska bezgraniczne zaangażowanie mistrza w obliczu trudnego wyzwania.

Dziś pod sztandarem z hasłem McRae jednoczą się Brytyjczycy. Sir William Wallace nie zdołał zapisać na swoim koncie takiego osiągnięcia.

Wszystko zaczęło się w szpitalu w Lanark, 5 sierpnia (upiorny zbieg okoliczności?) 1968 roku, kiedy to na świat przyszedł mierzący 53 centymetry i ważący 3 kilogramy i 600 gramów syn Margaret i Jima McRae.

Dalej to oni opowiadają jego historię…

Margaret McRae: Nazwaliśmy go Colin, a na drugie imię daliśmy mu Steele. Takie nazwisko panieńskie nosiła matka Jima. Jako dziecko był trochę grubaskiem. Strasznie się opychał i był pyzaty. Nie to, co teraz, teraz jest stanowczo za chudy. Był też zdecydowanie największym psotnikiem z całej trójki chłopców. Alister urodził się w 1970 roku, a Stuart w 1972.

Colin od początku chciał poznawać świat. Gdy był mały, mieszkaliśmy w Blackwood, kilka kilometrów od Lanark. Musieliśmy zamykać bramy na sznurek, żeby się nigdzie nie szwendał. Matka Jima mieszkała zaledwie cztery domy dalej, a on lubił chodzić do niej w odwiedziny. Pewnego dnia, gdy miał mniej więcej trzy lata, wyszedł do ogrodu pojeździć na rowerku. Nagle uświadomiłam sobie, że nie słyszałam go już od dłuższej chwili. Wyszłam przed dom: rowerek stał przy bramie, ale po Colinie nie było śladu. Najwyraźniej wykorzystał go, by pomóc sobie w ucieczce. Wspiął się na rower, przeskoczył przez bramę i tyleśmy go widzieli. Sprawdziłam u babci, ale tam go nie znalazłam. Uznałam, że poszedł do kuzynów, ale tam też go nie było. Colin przeszedł na drugą stronę głównej drogi i powędrował do parku, bo ostatecznie znalazłam go na huśtawce.

To samo zrobił, gdy pojechałam w odwiedziny do koleżanki, która mieszkała w pobliskiej wiosce. W tej samej miejscowości był też dom mojej matki. Colin bawił się na podwórku z innymi dziećmi. Gdy przyszły po mleko i ciasteczka, okazało się, że Colin gdzieś sobie poszedł, ale nikt nie wiedział dokąd. Znowu gdzieś powędrował. Przeszedł przez kilka ulic i dotarł do babci. Moja mama pracowała i nie było jej w domu, więc zastałam go w jej ogrodzie, z ogromną lornetką na szyi, w czapce i kurteczce. Przywitał mnie słowami: „Babci nie ma”… Był naprawdę straszny.

W porównaniu z Colinem Alister był raczej spokojnym dzieckiem. Całkiem dobrze się razem bawili i byli sobie bardzo bliscy, chociaż Colin często chciał gdzieś iść i robić coś innego. Stuart zawsze trochę się różnił od tej dwójki. Nie miał takich zdolności mechanicznych jak Colin czy Alister. Colin ciągle się bawił klockami Lego albo Meccano, tego typu rzeczami. Zawsze lubił samochody, nawet gdy był jeszcze bardzo mały.

Zanim skończył roczek, uwielbiał stawać za kierownicą mojego samochodu, gdy parkowałam go przed domem. Bawił się kierownicą i dźwignią zmiany biegów. Ja oczywiście wiedziałam, że niczego nie będzie w stanie przesunąć i że to bezpieczna zabawa. Nie przyszło mi wtedy do głowy, że w przyszłości może coś z tego być. Cieszyłam się po prostu, że mam go z głowy!

Moi rodzice często zabierali Colina na przejażdżki samochodowe. W tamtych czasach można było posadzić sobie dziecko na kolanach na przednim siedzeniu. Chociaż nikt go nigdy tego nie uczył, zaczął rozpoznawać marki samochodów. Mówił na przykład: „Dziadku, to ford anglia” albo „To escort”. Już jako mały chłopiec znał wszystkie marki samochodów. Nie wiem skąd. Kiedy moi rodzice do nas przyjeżdżali, zawsze musiał wyjść i usiąść dziadkowi na kolanach, żeby razem z nim przejechać ostatnich kilka metrów. Robił tak, odkąd miał mniej więcej dwa lata. Jednego dnia Jim pojechał do Stirling po moje dwie ciotki i oczywiście Colin siedział w oknie i pytał: „Kiedy tatuś wróci do domu?”. Gdy tylko przyjechali, wybiegł z domu i wpakował się Jimowi na kolana, żeby pokierować samochodem w drodze do garażu. Moja ciotka przez lata opowiadała potem historię o tym, jak to berbeć parkował samochód.

Jim Mcrae: Po ślubie odremontowaliśmy stary domek, który stał jakieś 100 metrów od domu mojego ojca. To było w Blackwood. Ojciec pracował tam jako kowal. Tym samym rzemiosłem parał się również jego ojciec, a przedtem jego dziadek. Ojciec miał w domu pomieszczenie, które służyło mu za warsztat. Gdy przeszedł na częściową emeryturę, zajmował się robieniem bram, ostrzeniem kosiarek i tym podobnymi rzeczami. Mówił na to dook – to takie stare miejscowe słowo na określenie warsztatu mieszczącego się w piwnicy.

Colin chadzał do dziadka, a my widzieliśmy, jak przemierza drogę wzdłuż ulicy. Potrafił tam przesiadywać godzinami i razem z nim pracować. Mój ojciec dobrze się bawił w jego towarzystwie. Colin wracał stamtąd umorusany smarem po czubki uszu. To pewnie tam, no i w naszym przydomowym garażu, zrodziła się jego fascynacja mechaniką, inżynierią i tym podobnymi sprawami. Jeździłem wtedy w rajdach motocrossowych, więc wszędzie stały motocykle i właściwie można powiedzieć, że chłopak się wśród nich urodził.

Po skończeniu szkoły chciałem zostać mechanikiem, ale jakoś się nie złożyło. Zatrudniłem się w firmie w Blackwood, która zajmowała się ogrzewaniem, hydrauliką i instalacjami elektrycznymi. Potem podjąłem pracę w Glasgow, jako młodszy kontroler ilości. Ostatecznie zostałem głównym kontrolerem, ale zawsze chciałem założyć własną firmę. Pewnego dnia jeden z podwładnych przyszedł do mnie i powiedział, że rozmawiał z jednym starszym facetem z Lanark, który chce sprzedać firmę zajmującą się hydrauliką i ogrzewaniem. Mój ojciec trochę mi pomógł i kupiłem tę firmę. Nazywała się Allan Wallace, Ltd. Nic mi nie wiadomo o żadnych jej powiązaniach z Williamem Wallace’em!

To było w 1973 roku. Colin miał wtedy pięć lat i już się interesował samochodami. Kiedy nie dawało się z nim wytrzymać, Margaret wsadzała go do samochodu. Był szczęśliwy jak nie wiem, gdy mógł sobie pokręcić kierownicą. Zawsze interesowały go samochody i motocykle, tak samo jak mnie. Nie pociągała go ani piłka nożna, ani żaden inny tego typu sport.

Pewnego dnia, kiedy Colin miał ze dwa lata, w domu zapanowała panika. Pracowałem wtedy w Glasgow. Odebrałem telefon z informacją, że Colina chyba trzeba będzie zabrać do szpitala. Wygłupiał się na trzykołowym rowerku. Ustawił go do góry nogami i zabrał się do oliwienia łańcucha czy coś w tym rodzaju. W pewnym momencie palec mu się zaklinował w tym łańcuchu. Margaret nie mogła go wyciągnąć, a on strasznie wrzeszczał. Pobiegła po pomoc do jednego z emerytowanych farmerów, ale on też nie potrafił pomóc. Wrócił do domu po obcęgi i dopiero wtedy rozciął łańcuch. W takie rzeczy Colin się pakował. Zawsze był bardzo dociekliwy.

Gdy miał może ze trzy latka, moja matka zastała go na zabawie z bokserem, którego przygarnęli. Pies nie chciał słuchać i po prostu sobie leżał. To było raczej mało interesujące zwierzę i pewnego dnia Colin postanowił wsadzić mu do ucha drut do spawania. Moja matka bardzo się zdenerwowała, wyrwała drut Colinowi i zapytała go, co wyprawia. On powiedział, że próbuje stwierdzić, czy drucik wyjdzie drugim uchem…

Kiedy kupiłem firmę w Lanark, sprzedałem mój crossowy motocykl, bo nie mogłem sobie pozwolić na wypadek, ale już rok później znowu miałem ochotę jeździć. Potem spadłem z motoru i wylądowałem na linie wytyczającej tor, która otarła mnie w „najbardziej strategicznym miejscu”. W cholerę z tym, pomyślałem sobie. Skończyłem właśnie 30 lat, a Margaret nigdy nie lubiła motocykli. Pojechałem obejrzeć jeden z odcinków specjalnych RAC Rally i doszedłem do wniosku, że to musi być naprawdę fajna zabawa. Zgłosiłem się do miejscowego automobilklubu i za kółkiem cortiny mark I 1200 wziąłem udział w swoim pierwszym rajdzie. Tak to się wszystko zaczęło. Złapałem rajdowego bakcyla.

Na początku rajdy były rozrywką rodzinną. Margaret przyprowadzała chłopców na imprezy, przynosiła kanapki, kawę i takie tam. To wtedy Colin się tym zainteresował. W żadnym razie nie można powiedzieć, żeby pociągała go szkoła. Nauczyciele w uwagach pisali zawsze: „Mógłby mieć lepsze wyniki, gdyby się bardziej skupił”. Tylko że jego interesowały motocykle i samochody.

Od lat już nie uprawiałem motocrossu, ale ciągle miałem motocykl trialowy. Przyszedł w skrzyni, ale jakoś nigdy się nie złożyło, żebym go wypakował i złożył. Colin ciągle mnie gnębił: „Kiedy go złożymy?”. Któregoś razu ściągnął mojego ojca, otworzyli skrzynię i złożyli motocykl. Pierwszym jednośladem Colina była młodzieżowa motocrossowa honda o pojemności 75 cm3. Margaret strasznie się denerwowała. To, że jej syn wciągnął się w ten sport, przeszkadzało jej nawet bardziej, niż kiedy zajmował się tym jej mąż! Ale Colin był dobry, na tym motocyklu już w pierwszym roku wygrał Szkolne Mistrzostwa Szkocji.

Margaret: Ulżyło mi, gdy Jim przesiadł się z motocykla do samochodu, a tu wszystko zaczęło się od początku. To był koszmar… Zawsze źle się czułam z myślą, że chłopcy jeżdżą na motorach. Alister też bardzo lubił motocykle, nawet bardziej niż Colin. Jeździłby nawet dłużej, gdyby nie to, że uszkodził sobie kolano i chirurg ortopeda powiedział mu: „Daj sobie z tym spokój, chłopcze, bo zostaniesz kaleką”. Gdyby nie to, Alister jeździłby dalej. On to naprawdę uwielbiał.

Już nawet nie pamiętam, ile razy zrobili sobie jakąś krzywdę. Raczej nie jeździłam ich oglądać, bo to było dla mnie za trudne. Samochody wydawały mi się mniejszym złem. W samochodzie człowiek wydaje się bezpieczniejszy niż na motorze. Zawsze miałam poczucie, że to bezpieczniejszy sport.

Jim: Mając mniej więcej 14 lat, Colin zaczął dorabiać w warsztacie samochodowym, Archie’s Auto. Pracował tam popołudniami parę dni w tygodniu i w soboty. Po skończeniu szkoły próbował się zatrudnić jako mechanik w kilku warsztatach, ale nic nie znalazł. Zaczął pracować u mnie, zajmował się ogrzewaniem, ale ani na chwilę nie przestał myśleć o rajdach.

Nie wiem, kiedy pierwszy raz miał okazję prowadzić samochód. Słyszałem na ten temat mnóstwo różnych historii, na przykład o naszej furgonetce ze sprzętem hydraulicznym. Colin miał nim jeździć razem ze swoim kolegą Robbiem Headem, który też jeździł motocyklem trialowym, a potem zainteresował się rajdami. Kiedy jakieś auto akurat nie miało przeglądu albo zmienialiśmy je na inne, to nagle znikało – zabierali je gdzieś i wyciskali z niego siódme poty.

Jeśli chodzi o Colina, najbardziej zaskoczyło mnie, że chciał jak najszybciej przesiąść się do samochodu. Dowiedział się, że licencję uprawniającą do udziału w zawodach jazdy precyzyjnej można dostać już w wieku 16 lat. Powiedziałem mu, że musiałby sprzedać motocykl crossowy, żeby kupić mini, którym mógłby jeździć w tych zawodach. Tak właśnie zrobił. Dla miłośników prędkości jazda precyzyjna to straszna nuda. Jeździ się tylko wokół pachołków po jakimś placu. Jak sądzę, Colinowi chodziło o to, żeby móc usiąść za kierownicą samochodu, jeszcze zanim zrobi prawo jazdy.

Colin po prostu obserwował i w lot chwytał wszystko, co się wiązało z prowadzeniem auta. Raz pojechałem z nim na trening i razem wsiedliśmy do sunbeama. Dałem mu kilka podstawowych wskazówek, takich zupełnie oczywistych. Potem prowadziliśmy wspólnie jego pierwszą novę i wtedy obiecałem sobie, że to ostatni raz. Prowadzenie samochodu przychodziło mu zupełnie naturalnie. To od razu czuć, że siedzi się obok kogoś, kto ma ucho do gazu i sprzęgła. Jedzie się wtedy znacznie płynniej i tak właśnie było z nim. Nigdy nie zapomnę tamtego rajdu, na którym z nim byłem. The Galloway Hills. Na pierwszych dwóch czy trzech odcinkach ciągle mu mówiłem: „Zwolnij, spokojnie, spokojnie…”. Po południu pokonywaliśmy odcinek, który znałem. Powiedziałem: „Gaz do dechy. Dalej, przez szczyt. Dawaj, dawaj!”. Na koniec odwrócił się do mnie i stwierdził: „Pierwszy raz kazałeś mi jechać szybciej”.

Zawsze się trochę martwiłem, ale nie bardziej niż każdy inny rodzic, którego dziecko szwenda się nocą w weekend po klubach Edynburga czy Glasgow. Człowiek zawsze chce wiedzieć, czy jego dzieci obracają się we właściwym towarzystwie i czy są bezpieczne. Rajdy mają ten plus, że samochody są teraz solidne i kierowcy często wychodzą cało nawet z poważnych wypadków, w każdym razie zazwyczaj…

Powiedziałbym, że nazwisko McRae początkowo Colinowi pomagało. Niewykluczone, że otworzyło mu jakieś drzwi, bo znałem różnych ludzi i jeśli coś szło nie tak, mogłem porozmawiać, z kim trzeba. Oczywiście w ostatecznym rozrachunku Colin musiał dowieść własnej wartości i tak też zrobił. Alister mógłby być tak samo dobry, ale w jego przypadku nazwisko McRae chyba już bardziej przeszkadzało, niż pomagało. Miał wyjątkowo trudne zadanie, bo był następny po mnie i po Colinie. Jestem przekonany, że gdyby nazywał się Alister Jakiś Tam, to miałby większe szanse zasiąść w naprawdę szybkim samochodzie.

Jeszcze trudniej miałby Stuart, ale on nigdy nie zaczął jeździć w rajdach, chociaż niby z początku go to ciągnęło. Zapytał kiedyś, czy mógłby się przejechać samochodem rajdowym. Chłopacy kazali mu przyjść do warsztatu, mieli wygrzebać dla niego novę. Colin zaproponował, że pojedzie z nim na pierwszy rajd. Stuart bardzo się ucieszył, rzeczywiście odgrzebali samochód i zaczęli go doprowadzać do porządku. Pracy było naprawdę dużo i pierwszego wieczoru Stuart poświęcił na to chyba ze trzy godziny. Następnego dnia znalazł tylko godzinę, a potem się już nie zjawił… Alister i Colin powiedzieli mu, że jeśli rzeczywiście chce jeździć samochodem, to musi też przy nim pracować. Nie może po prostu przyjść na gotowe. Na tym się praca skończyła. Samochód znowu trafił w kąt, a Stuart nigdy nie wziął udziału w żadnym rajdzie.

Stuarta zawsze, jeszcze w szkole, bardziej interesowało hotelarstwo i catering. Miał nawet dorywczą pracę w restauracji. Alister zajmował się w mojej firmie instalacjami hydraulicznymi oraz ogrzewaniem, Colin pracował jako mechanik. Tak samo jak ja, obaj moi starsi synowie złapali rajdowego bakcyla.

***

Chociaż zawsze trudno jest umiejscowić w czasie wspomnienia z najwcześniejszego okresu życia, moje nieodmiennie wiążą się z dziadkami. Do ojca mojego ojca mówiłem „dziadziuś”. Spędzałem z nim każdą wolną chwilę. Przesiadywaliśmy w warsztacie w piwnicy jego domu. Jeśli tylko mogłem, przebywałem w tym warsztacie 12 godzin dziennie. Przez cały czas pętałem mu się pod nogami, ale zawsze świetnie się tam bawiłem.

Ojciec mojej mamy był dla mnie „dziadkiem”. Jeździłem z nim samochodem przy każdej nadarzającej się okazji. Sadzał mnie na kolanach i pozwalał kręcić kierownicą. Bardzo dobrze to pamiętam. Pamiętam też, jak jeździłem z dziadkami i rozpoznawałem marki samochodów. Organizowaliśmy konkurs, w którym chodziło o to, kto pierwszy rozpozna dany samochód. Wydaje mi się, że mnóstwo chłopców fascynuje się samochodami, a ja miałem tę możliwość, że mogłem wychowywać się w ich bezpośredniej bliskości.

Samochody i motocykle zawsze interesowały mnie bardziej niż jakikolwiek inny sport. W szkole grałem w piłkę, bo w szkole grywało się w piłkę, ale nigdy mnie to jakoś szczególnie nie pociągało. Od czasu do czasu grywałem też w rugby, ale to też mnie nie fascynowało. Później próbowałem jazdy na nartach wodnych, ale tak naprawdę jako młody chłopak najbardziej lubiłem pakować się w tarapaty z kolegami. Chodziliśmy na przykład nad rzekę, twierdząc, że idziemy na ryby, a tak naprawdę po prostu się tam obijaliśmy. Od czasu do czasu zdarzało nam się podpaść rolnikom. Szabrowaliśmy jabłka i ogólnie robiliśmy wszystko to, co robią normalne dzieciaki. Szukaliśmy atrakcji, rozrywki. Raczej rzadko się zdarzało, żeby ktoś nas złapał. Zwykle uchodziło nam to na sucho.

Uczęszczałem najpierw do Robert Owen Junior School w Lanark, a potem to Lanark Grammar School. Nauka nigdy nie była u mnie na pierwszym planie. Na koniec szkoły podszedłem do pięciu egzaminów, ale zdałem tylko trzy. W ogóle nie miałem zapału do książek. Zdecydowanie lepiej mi szło na zajęciach o charakterze warsztatowym. Jedyną piątkę dostałem na ZPT. Przez większość czasu spędzanego w szkole gapiłem się przez okno i myślałem o tym, żeby się stamtąd wyrwać i robić coś fajnego. Zawsze lubiłem spędzać czas na świeżym powietrzu.

Oczywiście miałem też kilku koszmarnych nauczycieli, szczególnie w szkole średniej. Sądzę, że chyba każdy w mojej klasie choć raz oberwał paskiem. Bardzo się cieszyłem, gdy od niektórych belfrów udało mi się w końcu uwolnić. Mieszkali w okolicy, część z nich do dziś widuję czasem na ulicy. Nie zatrzymuję się, żeby z nimi pogawędzić. Przejeżdżam obok, nie podnosząc wzroku. Szkoła nie należała do moich ulubionych miejsc.

Moim ulubionym miejscem był warsztat dziadziusia. Budowaliśmy tam wózki z drewna i starych kół, na których ścigaliśmy się potem z najbardziej stromego zbocza, jakie udało się nam znaleźć. Alister był ode mnie nieco młodszy. W tamtym okresie dwa lata różnicy to było sporo, wolałem więc bawić się z innymi dzieciakami w moim wieku. Zwykle było nas czterech czy pięciu. W Lanark jest kilka takich wzgórz, po których można jechać tylko w jednym kierunku – w dół!

Odkąd pamiętam, zawsze strasznie chciałem mieć motocykl. Niestety, moja matka podchodziła do tego pomysłu mniej entuzjastycznie… Robin Anderson, mój kolega ze szkoły podstawowej, przeprowadził się do dużego domu w południowej części Lanark – jego brat i on mieli własne motocykle. Pewnego dnia byłem u nich i się nimi bawiliśmy. Te motocykle naprawdę mi się spodobały. Wieczorem wróciłem do domu w bardzo kiepskim nastroju, ponieważ zabawa się skończyła.

Ojciec to zauważył i po kilku tygodniach kupił mi motocykl. Miałem wtedy dziewięć lat. To było coś wspaniałego, pragnąłem tego najbardziej na świecie. Dostałem wtedy hondę ZR 75, na której jeździłem po okolicznych polach. Moi kuzyni mieszkali na farmie, po której wolno nam było jeździć. Kilka razy się przewróciłem, ale ani razu nawet się mocniej nie poobcierałem, więc upadki mnie nie zniechęciły. Największym problemem było znajdowanie nowych miejsc, gdzie moglibyśmy jeździć na motorach.

Jednego dnia byliśmy wszyscy u mnie, a rodziców akurat nie było. Razem z kilkoma kumplami wygłupialiśmy się przy motocyklu trialowym ojca, o czym on oczywiście nie wiedział – jeszcze nie wiedział! Zaczęliśmy jeździć po drodze publicznej. Niestety, jeden z kolegów zahaczył o mur i zdarł sobie wszystkie kłykcie. Chwilę później pojawiła się policja. Pytali, gdzie są moi rodzice, więc powiedziałem, że ich nie ma. Nie wiedzą o tym wszystkim i nie mogą się o tym dowiedzieć! – pomyślałem. Niestety, policja spisała nasze dane i szybko stało się jasne, że matka i ojciec dowiedzą się o całej sprawie, gdy tylko wrócą. Odstawiliśmy motocykl do garażu i przez kilka godzin siedzieliśmy tam spanikowani. Czekaliśmy na moich rodziców.

W końcu zjawił się ojciec jednego z kumpli w towarzystwie policjanta. Pomyśleliśmy sobie: „No to tyle, koniec zabawy. Dostaniemy szlaban na motory”. Wrócił mój tata i okazało się, że nie było tak źle, jak się spodziewaliśmy. Zebrałem standardowy ochrzan i dostałem polecenie, żebym nigdy więcej tego nie robił. Zdecydowanie gorzej było z reprymendą od policjanta. Dwa tygodnie później znów dosiedliśmy naszych motorów.

W jeździe na motocyklu nie chodziło tylko o zabawę. Od samego początku miałem poczucie, że dobrze nad nim panuję. Czułem, że wiem, co robię, i dlatego chciałem startować w zawodach. Jeden z moich kolegów, Dave Manser z Cumbrii, zaczął już starty. Był ode mnie nieco starszy. Jeździłem z nim i z jego ojcem na wyścigi. W tamtym okresie mój tata fascynował się rajdami, lecz prowadził firmę hydrauliczną, więc z trudem znajdował czas, żeby mnie tam zabierać. Uwielbiałem zawody, bo chodziło w nich o czystą rywalizację – o to, żeby pokonać zawodnika przed sobą.

Pierwszy start zaliczyłem, mając 11 lat. Impreza odbywała się w Wrexham. To był spory kawałek od domu, ale jechali tam moi koledzy, więc wystarczyło się z nimi zabrać. Poszło mi zupełnie nieźle, chociaż miałem raczej kiepski motocykl. Pozostali mieli trochę lepsze maszyny, a mimo to zdołałem ukończyć zawody w czołówce, więc nie było źle.

Potem przesiadłem się na lepszy motocykl i odnotowałem znaczną poprawę wyników. W wieku 13 lat wygrałem Młodzieżowe Motocrossowe Mistrzostwa Szkocji. Trochę żałuję, że nie mogłem wtedy częściej startować w Anglii, bo poziom w Szkocji był nieco niższy. Problem polegał też na tym, że ojca ciągle nie było w domu i powoli robiło się to dziwne, że na zawody ciągle musiał mnie wozić ktoś inny. Naprawdę trudno było uprosić kogoś, żeby pojechał ze mną na południe. Mama w ogóle tego nie lubiła. Ze dwa razy zabrała mnie na zawody, ale przez cały czas siedziała w samochodzie, zamiast oglądać wyścigi. Prawdę mówiąc, nie znosiła tego.

W tamtym okresie nie odniosłem żadnej poważniejszej kontuzji. Kilka razy się poobijałem i nabiłem sobie kilka siniaków, ale obyło się bez złamań. W sumie byłem chyba jedyny z całej stawki, który nic sobie nie złamał. Wielu innych czołowych zawodników łapało kontuzje. W tym samym roku, kiedy wygrałem mistrzostwa Szkocji, Ian Hill, też bardzo szybki chłopak, złamał rękę, gdy już dwie trzecie sezonu mieliśmy za sobą. Oznaczało to, że nie pojechał w kilku rundach mistrzostw. Wypracowałem sobie wówczas na tyle dużą przewagę, że nie miał szans mnie dogonić.

Wtedy jeszcze w ogóle nie myślałem o tym, żeby startować samochodami. Interesowały mnie tylko motocykle – głównie motocross, ale wyścigi też były fajne. Chciałem jeździć w wyścigach na torze, ale moja matka w życiu by się na to nie zgodziła. Liczyła na to, że w końcu zainteresuję się czymś innym. Z kolei tata nie miał z tym problemu. Kiedyś sam się w to bawił i doskonale rozumiał mój pociąg do motocykli. Ojcowie i synowie wiedzą, że to trochę niebezpieczny sport, ale za bardzo się tym nie przejmują.

Mniej więcej w tym samym czasie starty w zawodach zaczynał Alister. Nietrudno sobie wyobrazić, co wyczyniała wówczas mama! Świetnie sobie radził, ale musiał skończyć z wyścigami z uwagi na kolana. Przeszedł dwie operacje i chirurg powiedział mu, że jeśli dalej będzie jeździł, to nie będzie mógł normalnie chodzić. A przecież niewiele brakowało, żeby trafił do zespołu wyścigowego i jeździł w mistrzostwach Wielkiej Brytanii. Przydarzyło mu się całkiem sporo upadków i kontuzji. Wtedy to ja byłem tym bardziej opanowanym, choć później się to zupełnie zmieniło!

Po prostu nie lubiłem robić sobie krzywdy. W samochodzie czuję się z reguły bezpiecznie, natomiast na motocyklu zachowywałem się dość rozsądnie. Zostało mi to zresztą do dziś. Nie jestem tchórzem, o nie, ale jakoś wizja bólu nigdy mnie szczególnie nie pociągała. A przecież wokół mnie co chwila ktoś łapał jakąś kontuzję. Jeździłem dla przyjemności, choć oczywiście chciałem też wygrywać. Alister wszedł na poziom, na którym musiał osiągać bardzo dobre wyniki – tylko w ten sposób mógł pozyskać sponsorów i jeździć na sensownych motocyklach. Można przez cały czas jechać na 90 procent własnych możliwości i zachowywać margines bezpieczeństwa. Ryzyko pojawia się dopiero wtedy, gdy zaczynasz jechać na maksa i urywać dodatkowe sekundy, żeby wygrać.

Nie sposób się dowiedzieć, jakie wyniki uzyskiwałoby się w innych konkurencjach, ja w każdym razie próbowałem sił w wyścigach – jeździłem na torach, brałem udział w Grand Prix 500 i tak dalej. Zawsze chciałem też wystartować w TT1, przynajmniej dopóki pierwszy raz nie pojechałem na Wyspę Man i nie zobaczyłem, jak to naprawdę wygląda. Dzisiaj nie żałuję, że nigdy się tam nie ścigałem. Przeszło mi, jak tylko zobaczyłem najszybszych kolesi w akcji. Dziękuję, nie skorzystam, pomyślałem wtedy. To przerażające. Nie znajduję innego słowa, które lepiej opisywałoby ten wyścig.

Gdy ja się ścigałem na motocyklach, tata zaczął jeździć w rajdach samochodowych. To była dla niego weekendowa odskocznia od pracy. Najpierw startował samochodami, nad którymi sam pracował, a później przesiadł się do aut przygotowywanych przez zespół mechaników. Wiele osób przez lata musi samodzielnie przygotowywać sobie maszyny, a jemu udało się z tym skończyć już po dwóch czy trzech latach. Co więcej, zaczął się ścigać dopiero w wieku 30 lat. Dzisiaj nikt nawet nie wpadłby na pomysł rozpoczynania kariery w tak późnym wieku – to po prostu niewykonalne.

Już sam fakt wyjazdów z ojcem, możliwość siedzenia w jego samochodzie, testy – to wszystko musiało na mnie wpłynąć. Kręciła mnie szybkość i to też odegrało rolę. Gdy ojciec jeździł dla zespołu Opla, Alex Strathdee i Ian Anderson, jego główni mechanicy, wpuszczali mnie do swojej furgonetki. Pozwalali mi myć szyby, wyjmować lewarki i pomagać przy tego typu drobiazgach. Naprawdę można w ten sposób złapać bakcyla. Obracałem się w tym środowisku, obserwowałem, co się wokół dzieje, i już od najmłodszych lat zaczynałem się w tym wszystkim orientować.

Ciągle jednak jeździłem motocyklem. W wieku 12 lat przeszedłem klasę wyżej w zawodach motocrossowych. Dostałem nowy motor i ścigałem się z chłopakami o rok starszymi ode mnie. Tata chciał wtedy, żebym dalej ścigał się na motocyklach, ale mama mocno na niego naciskała, więc w końcu pokierował mnie w stronę motocykli trialowych, które były znacznie wolniejsze i nieco mniej niebezpieczne. Ja dalej chciałem jeździć w motocrossie, dostałem jednak nowy fajny motocykl trialowy i bardzo mi się to spodobało. Zacząłem na przyzwoitym poziomie, a doskonalenie umiejętności dawało mi satysfakcję. Miałem wtedy 14 i 15 lat. Wtedy też zdobyłem tytuł Scottish Intermediate. Jako 16-latek wróciłem do motocrossu, bo zatęskniłem za szybkością tego sportu.

Już wtedy nie stroniłem od samochodów. Nauczyłem się prowadzić, obserwując mamę, tatę i dziadków. Nie wydawało mi się to szczególnie skomplikowane. Gdy tylko zacząłem dosięgać do pedałów, jeździłem tam i z powrotem po podjeździe przed domem. Wskakiwałem do wszystkiego, co stało tam zaparkowane z kluczykami w stacyjce, i natychmiast znajdowałem jakąś wymówkę, żeby przestawić samochód. Miałem wtedy ze 12 lat. Dwa lata później marzyła mi się już lepsza zabawa…

Mój kolega Sandy Mitchell mieszkał w Rigside, niecałe dziesięć kilometrów od Lanark. Lubił majstrować przy samochodach. Pewnego dnia zaproponował mi w szkole, żebym wpadł do niego na weekend. Miał starego mini, którego zdobył na złomowisku, i starał się go doprowadzić do porządku. Po zakończeniu prac nad samochodem planował się nim ścigać po terenie starej kopalni przed jego domem. Pojechałem zatem do niego i rewelacyjnie się tam bawiliśmy. Całkiem dobrze panowałem nad samochodem, chociaż był to w sumie wielki otwarty teren, gdzie nie miało to większego znaczenia.

Uświadomiłem sobie, że tam można nieźle poszaleć, więc załatwiliśmy sobie furgonetkę marki Bedford – jeden z samochodów z firmy mojego taty, który nie przeszedł przeglądu technicznego. Udało mi się przekonać ojca, żeby mi tę furgonetkę dał. Dzięki temu mogliśmy zacząć się ścigać. Sandy jeździł swoim mini, a ja moim bedfordem. Chyba nie da się stwierdzić, który z nas wygrał. Bardziej przypominało to zawody w spychaniu się nawzajem z drogi…

Z dzisiejszej perspektywy wiem, że była to dość niebezpieczna zabawa, ale gdy się jest dzieckiem, to się nie myśli o ryzyku. Nie mieliśmy pasów, a przecież pędziliśmy z prędkością rzędu 100, a nawet 110 kilometrów na godzinę. Raz zaliczyliśmy nawet dachowanie w mini, ale nikomu nic się nie stało. Prowadził wtedy Sandy. Samochód zatrzymał się na dachu. W ogóle mnie to nie przestraszyło ani nie zniechęciło. Setnie się wtedy ubawiliśmy.

Rywalizację za kierownicą samochodu rozpoczynałem od jazdy precyzyjnej, gdy miałem 16 lat. Sprzedaliśmy wtedy motocykl trialowy i kupiliśmy mini przygotowane do tego rodzaju zawodów. Wszystko po to, żeby zadowolić mamę. Po pierwsze przesiadłem się z dwóch kółek na cztery, a po drugie trzeba było przestrzegać przepisów. Jazda precyzyjna była raczej mało satysfakcjonująca, przynajmniej dopóki nie dotarłem do szybszych konkurencji. Po jakimś czasie jeżdżenie między pachołkami na pierwszym albo wstecznym biegu robi się dość nudne, ale wtedy miałem 16 lat i siedziałem za kierownicą samochodu, więc uznawałem, że to krok naprzód.

Kolejnym krokiem było zdobycie prawa jazdy. Do egzaminu podszedłem tydzień po 17 urodzinach. Samo prowadzenie samochodu nie stanowiło problemu, bo zdążyłem się już najeździć. Musiałem jednak wziąć parę lekcji, ponieważ stosując technikę jazdy, którą opanowałem do tej pory, na egzaminie nie miałbym szans! W tamtym tygodniu wyjeździłem cztery czy pięć godzin z instruktorem. Upchałem je jedna za drugą. Poszedłem do zawodowego instruktora nauki jazdy. Facet nazywał się Joe Garrity i uczył jeszcze moją matkę. Wiedział, kim jestem, i że umiem jeździć. Jego całe zadanie sprowadzało się do tego, żeby powiedzieć mi, co powinienem robić, a czego nie. Nie musiał mnie strofować, ponieważ podchodziłem do sprawy bardzo poważnie. Bardzo chciałem zdać, żeby móc się wreszcie usamodzielnić. Zdałem. Droga stanęła przede mną otworem!

[1] Wyścig motocyklowy rozgrywany co roku na Wyspie Man, uważany za jeden z najszybszych i najbardziej niebezpiecznych (jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od tłumacza).

The Real McRae

The autobiography of the people’s champion

Copyright © Colin McRae and Derick Allsop 2002

Colin McRae and Derick Allsop have asserted their right to be identified as the authors of this work

in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act 1988.

Afterword copyright ©Cezary Gutowski 2014

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2014

Copyright © for the translation by Bartosz Sałbut 2014

Redakcja i korekta–Tomasz Wolfke, Kamil Misiek /Editor.net.pl, Joanna Mika-Orządała

Opracowanie typograficzne i skład–Joanna Pelc

Okładka–Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Front cover photograph:©PAP/PA

Back cover photograph:©Robert Hallam/BPI/Corbis/Fotochannels

Private photographs inside the book provided courtesy of Colin McRae and his family.

First published by Ebury Press, part of Ebury Publishing. A Random House Group Company

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2014

ISBN EPUB: 978-83-7924-225-2

ISBN MOBI: 978-83-7924-224-5

Pierwszy pilot, blady ze strachu, wysiadł z samochodu i wykrzyknął:

Ten facet jest albo wariatem, albo geniuszem!

Wielokrotny mistrz świata w rajdach WRC,

absolutny geniusz i niespokojny duch.

Już jako dziecko miał tylko jedno marzenie

– jechać coraz szybciej i dzięki temu

być zawsze pierwszym.

Szukaj w dobrych księgarniach i na

www.labotiga.pl

www.wsqn.pl