Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Colette. Biografia - Fernande Gontier, Claude Francis

„Postrzegają mnie w sposób iście szablonowy” – mówiła o sobie.

Gdyby Sidonie-Gabrielle Colette urodziła się sto lat później, niż to rzeczywiście miało miejsce, bez wątpienia przyćmiłaby wszystkie bohaterki kronik towarzyskich i kolorowej prasy. Skandal wydawał się jej sposobem na życie, odsuwał w cień jej literaturę. Starała się wychodzić poza reguły, przekraczać utarte wzorce zachowań. Liczne „przyjaźnie” homo- i heteroseksualne oraz na poły kazirodczy związek z pasierbem wydobyły Colette z uwierającego ją gorsetu stereotypów. Próbowała spełniać się w najróżniejszych rolach: pisarki, aktorki, tancerki, mima, dziennikarki i krytyka teatralnego, ale też żony i matki.

Claude Francis i Fernande Gontier podjęły próbę wskazania tego, co w jej życiu należy do legendy i tego, co naprawdę się wydarzyło. Z ich książki wyłania się postać dużo bardziej dwuznaczna, bardziej złożona, bardziej amoralna i z pewnością bardziej utalentowana niż ta, która stała się bohaterką legendy. Nie bez przyczyny nazywana „Proustem w spódnicy”.

 

 

Claude Francis i Fernande Gontier – wykładały literaturę francuską na amerykańskich uniwersytetach. Za pierwszą wspólnie napisaną książkę – studium biograficzne Simone de Beauvoir (1985) – otrzymały Grand Prix czytelniczek miesięcznika „Elle”. Colette. Biografia to ich drugie wspólne dzieło, po raz pierwszy opublikowane w 1986 r.

 

 

Opinie o ebooku Colette. Biografia - Fernande Gontier, Claude Francis

Fragment ebooka Colette. Biografia - Fernande Gontier, Claude Francis

Claude FrancisFerdnande Gontier

COLETTE

Biografia

przełożyła Katarzyna Bartkiewicz

Cet ouvrage a bénéficié du soutien des Programmes d’aide à la publication de l’Institut français.

Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Institut Français w ramach programów wsparcia wydawniczego.

Cet ouvrage, publié dans le cadre du Programme d’aide à la publication BOY-ŻELENSKI, a bénéficié du soutien du Service de Coopération et d’Action Culturelle de l’Ambassade de France en Pologne.

Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Wydziału Kultury Ambasady Francji w Polsce w ramach Programu Wsparcia Wydawniczego BOY-ŻELENSKI.

Tytuł oryginału: Colette

Copyright © Perrin, 1997

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Wydanie I Warszawa

Słowo wstępne

Colette zmarła ponad pięćdziesiąt lat temu. Państwo francuskie uczciło jej pamięć, organizując z wielką pompą uroczystości pogrzebowe; były przemowy, wyrazy hołdu i ostatni skandal: biskup nie wyraził zgody na pochówek kościelny. Żegnano pisarkę uosabiającą skrawek ziemi, z którego wyrosła, kobietę zdeprawowaną w młodości na skutek moralnego nieładu panującego w paryskich kręgach bohemy, która wszakże znalazła odkupienie dzięki magii stylu i niedoścignionej sztuce opowiadania. Jej twórczość ograniczyła się jednak zasadniczo do wątków osobistych i bezustannej refleksji nad sobą.

Dziś, pół wieku po jej śmierci, dostrzec trzeba w Colette pisarkę najbliższą współczesnym pośród wszystkich dwudziestowiecznych autorów. Jej twórczość zdaje się bowiem najlepiej oddawać postawy obecnego młodego pokolenia: narcyzm, brak zainteresowania polityką, wymóg nieograniczonej wolności, dążenie za wszelką cenę do szczęścia w świecie, który szczególnie czci zmysłowość i seksualność, uważając je za wartości nadrzędne.

Colette pierwszy raz wywołała skandal w 1900 roku. Skandale, te, u podstaw których legły jej życiowe wybory, i te spowodowane kolejnymi powieściami, skandale, których nigdy nie próbowała ukrywać, przeciwnie, zawsze się do nich przyznawała, znosiła z pełną obojętnością na reakcje otoczenia. Jej zadziwiający spokój i pewność siebie z trudem tłumaczyć można wyłącznie egoizmem czy amoralnością. Jej pisarstwo niezmiennie zaliczane jest do tandetnej literatury, a ją samą przedstawia się jako pisarkę, przede wszystkim kobietę – żeby nie powiedzieć: osobnika płci żeńskiej – której „zamiarem jest opowiadać i urzekać”, myślącą wyłącznie ciałem: Colette zmysłowa, Colette zakochana, Colette narcystyczna, Colette hedonistka. Jej samej, krótko mówiąc, odmawia się zdolności myślenia.

U schyłku życia Colette żaliła się, że bywa postrzegana w „sposób szablonowy”, a mąż, Maurice Goudeket, człowiek gruntownie wykształcony, twierdził, że „Colette-pisarka pozostaje ciągle nieodkryta”.

W istocie, kiedy pochylamy się nad jej spuścizną pisarską i innymi dotyczącymi jej dokumentami, wyłania się całkiem inny obraz Colette, osobowość dużo bogatsza, bardziej złożona, bardziej dwuznaczna i jeszcze bardziej bulwersująca. Jej kodeks etyczny – będący owocem wychowania, które dziś wydaje się równie radykalne jak pięćdziesiąt lat temu w Saint-Sauveur-en-Puisaye – tkwił w niej tak głęboko, że z czasem stał się istotą jej charakteru i nieodłącznym elementem twórczości. Matka Colette, słynna Sido, spędziła młodość w Brukseli w środowisku ultraliberalnych emigrantów, pośród których liczną grupę stanowili adepci Charles’a Fouriera. To od nich przejęła niektóre radykalne przekonania, a gardziła wszystkim, co ogranicza wolność jednostki: religią, instytucją małżeństwa, wszelkimi tabu, włącznie z tabu kazirodztwa. w świecie Sido zakazywano zabraniać, lecz nie było w tym ani krzty dydaktyki, w każdym razie nie więcej niż w twórczości Colette. Pospolity kwiatek, banalny przedmiot czy zwykły owad potrafił natomiast podsunąć matce opowieść, za pomocą której „przerabiała na użytek [dzieci] całą paletę ludzkich uczuć”. Tym sposobem Sido wpoiła małej Gabri swoje przekonania i przeświadczenie, że jest istotą niepowtarzalną, urodzoną za wcześnie, w zbyt starym świecie, w którym trzeba iść własną drogą, nie zważając na nic.

Colette trzymała się tej wskazówki przez całe życie, krocząc z podniesionym czołem. Co się zaś tyczy jej powieści, z całą pewnością nie wyjawiły one wciąż wszystkich swych tajemnic i, jak to zwykle bywa w przypadku wielkich pisarzy, długo jeszcze będą przedmiotem dyskusji.

Postrzegają mnie w sposób iście szablonowy.

Colette

1Rodzina Colette

Na Martynikę wróciłabym choćby dziś wieczorem...

Colette, L'Étoile Vesper

Na starość dają o sobie znać najbardziej szalone atawizmy. Wystarczy jedno słowo, a już mknę [...] nad to nasze ciepłe morze, które w początkach ubiegłego wieku przywiodło do Europy plantatorów kakao, o kolorze skóry zdradzającym domieszkę kolonialnej krwi, kędzierzawych włosach i paznokciach mieniących się fioletem jak wnętrze muszli, rodzinę mojej matki.1

To niejedyna wzmianka Colette dotycząca jej antylskich przodków. „Moi starsi krewni też wywodzili się z ciepłych wysp – zwierzała się w liście do Francisa Jammes’a. – Noszę we krwi ślad zamorskich korzeni”2. Aktorka i tancerka przedstawiała się tymi słowy: „Colette Willy. W stu procentach Burgundka, jeśli idzie o akcent, ale gdyby dobrze poszukać – i to niezbyt daleko – znalazłoby się jej przodków o wyjątkowo ciemnej karnacji”3, a jedna z przyjaciółek, Natalie Barney, bez skrępowania mówiła w towarzystwie o jej cerze Mulatki. Colette nie wyparła się nigdy swych antylskich korzeni, zrobili to za nią jej biografowie. ostatnio ktoś dostrzegł w tej historii prosty twór literackiej fantazji, inni doszli do wniosku, że nie ma „nic egzotycznego w drzewie genealogicznym rodziny Landoy”4. Nie chcąc podważać twierdzeń pisarki, poszłyśmy własnym tropem, i tak, przez hugenotów w Szampanii, trafiłyśmy na siedemnastowieczną Martynikę. Wyniki żmudnych poszukiwań rzucają nieco światła na przyczyny, dla których w rodzinie Landois „nie przechowuje się żadnych papierów ani wspomnień”5. To prawda, zachował się jedynie dagerotypowy portret dziadka Colette, kwarterona „z okiem bladym i pogardliwym, z długim nosem i murzyńską wargą”6, atrakcyjnego i światłego mężczyzny. Skąd pochodził Henri Landois, protoplasta rodu dziennikarzy, wydawców i pisarzy, którego czołową przedstawicielką została Colette?

W 1787 roku w Charleville, miasteczku niedaleko ówczesnej granicy francusko-holenderskiej, znanym z przemytu tytoniu i zamorskich towarów, zjawił się młody Mulat Robert Landois, właściciel niemałej fortuny, i otworzył sklep kolonialny przy Saint-Charles, głównej ulicy. W tamtych czasach, w przededniu rewolucji francuskiej, kupiec korzenny był kimś więcej niż sklepikarzem, był przedsiębiorcą i hurtownikiem, a już z całą pewnością członkiem potężnej Gildii Kupców Korzennych, która w ciągu stuleci zyskała wiele przywilejów, między innymi zdobyty w XVIII wieku monopol na produkcję czekolady oraz sprzedaż owoców tropikalnych i importowanych wyrobów chemicznych. Pod koniec stulecia była najpotężniejszą organizacją handlową na Starym Kontynencie i w koloniach, z przedstawicielstwami w miastach portowych i przygranicznych. Zdobycie prawa do obrotu detalicznego choćby niewielką ilością pieprzu wymagało wówczas trzech lat nauki i trzech lat stażu czeladniczego, po którym uczeń składał przysięgę przed urzędnikiem królewskim i otrzymywał dyplom mistrzowski poświadczony podpisami trzech wyższej rangi urzędników mających pieczę nad wzorcem miar i wag. Certyfikat kosztował niebagatelną sumę 900 liwrów. Wygląda na to, że Robert Landois7, dwudziestolatek, który osiadł w Charleville, dysponował odpowiednimi środkami. Trzy lata później, w roku 1790, ożenił się z urodzoną w Grand-Pre Marie Mathis, córką barkarza z Ardenów.

Robert Landois był potomkiem hugenotów z Szampanii, którzy w XVII wieku znaleźli schronienie na Martynice. Wyspę podzielono wówczas między dziewięć kompanii, w skład których wchodziły obronne gospodarstwa, cazes. Jedną z kompanii zarządzał niekwestionowany przywódca francuskich protestantów na Antylach, Le Vasseur (lub Le Vassor) de La Touche. Powierzenie mu przez Ludwika XIV misji kolonizacyjnej na wyspach wynikało z pewnością z pobudek czysto politycznych, bo w metropolii protestantów dotykały w tym czasie wzmożone prześladowania; monarcha wyszedł prawdopodobnie z założenia, że w rejonie Karaibów, gdzie wśród grasujących na morzu korsarzy nie brakowało francuskich protestantów, hugenot będzie bardziej skuteczny. Le Vasseur podjął się więc misji skolonizowania, czyli uznania za ziemie koronne, wysp odgrywających w tym rejonie rolę pirackich przyczółków. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że na te ziemie ostrzyły sobie zęby także Anglia i protestanckie Niderlandy. Realizując powierzone mu zadanie, Le Vasseur werbował ochotników we Francji, w środowiskach hugenockich poddawanych coraz bardziej dotkliwym represjom. To do jego kompanii w latach pięćdziesiątych XVII wieku trafili przodkowie Colette. Już pierwszy spis ludności przeprowadzony na Martynice w roku 1664 przynosi nazwisko niejakiego François Landois, trzydziestodwulatka kierującego jedną z cazes Le Vasseura. Pod jego rozkazami służyli trzej inni Francuzi: pięćdziesięcioczteroletni Jean La Treuille, dwudziestoośmioletni Jean Musnier i jego równolatek Pierre Lesné, wszyscy trzej z Hawru, który najprawdopodobniej nie był ich rodzinnym miastem, lecz tylko miejscem zaokrętowania. W kolejnym spisie, obok danych tegoż samego François, figurują nazwiska dwóch czarnoskórych kobiet i dwójki czarnoskórych dzieci w wieku sześciu i trzynastu lat. Siedem lat później, według spisu z roku 1671, czyli okresu nasilonych represji wobec protestantów we Francji, pochodzący z Szampanii Pierre Landois, bezpośredni przodek Colette, zarządzał jednym z folwarków kompanii Le Vasseura. ze spisu wynika ponadto, że Pierre miał jednego czarnoskórego służącego, lecz nie towarzyszyła mu żadna kobieta. Francuz zostawił w Szampanii żonę i syna Guillaume’a urodzonego w 1664 roku, pierwszego z rodziny Landois wpisanego do księgi parafialnej. W związku z powszechną praktyką denuncjowania heretyków i pozbawiania ich dóbr, wielu francuskich hugenotów decydowało się wówczas na formalną zmianę wyznania, inni osiedlali się w protestanckich krajach Europy, a najodważniejsi szukali szczęścia w rozległym i bliżej nieznanym Europejczykom rejonie wysp amerykańskich. Tak właśnie postąpił Pierre Landois, upewniwszy się, że jego „właściwie” ochrzczony syn pozostanie bezpieczny aż do momentu, kiedy będzie go mógł sprowadzić tam, dokąd zechce go rzucić fortuna lub opatrzność. Tymczasem w 1685 roku granice królestwa zostały zamknięte, a każdy złapany protestant dostawał wyrok skazujący na galery. Guillaume Landois przebywał więc nadal w Szampanii, najmując się do rozmaitych prac rolnych. Ten sam marny żywot był udziałem trzech następnych pokoleń Landois; potomkowie Guillaume’a: Henri, Jean-Louis i Robert, znajdowali się na samym dole drabiny społecznej. Podczas gdy jednak z reguły, poza bardzo nielicznymi wyjątkami, najemnicy rolni byli niepiśmienni, wszyscy członkowie tej rodziny składali w rejestrach parafialnych zgrabne, można by rzec eleganckie podpisy. i nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ dzieci z najuboższych nawet środowisk protestanckich, gdzie trzeba było ukrywać swe przekonania, uczyły się czytać na Biblii. Pierre Landois pozostawał tymczasem na Martynice. Według danych spisu z 1678 roku kompania Le Vasseura liczyła 82 mężczyzn, 55 kobiet, w tym jedną „panią Landois”, 43 chłopców, 44 dziewczynki, 46 najemników europejskich, 123 czarnoskórych mężczyzn, 118 czarnoskórych kobiet i 77 czarnoskórych dzieci.

W tym samym czasie we Francji padł rozkaz ostatecznego zdławienia herezji; królewscy dragoni wymuszali przemocą zmianę wyznania. Największy terror zapanował w Burgundii i w Szampanii. Trzeci z kolei członek rodziny Landois, czterdziestoletni Jacques, znalazł wówczas schronienie na Antylach, w gościnnym domu Le Vasseura de La Touche, dokąd przybył z czterdziestodwuletnią żoną Madeleine i synami: dziesięcioletnim François, ośmioletnim Christofle’em i pięcioletnim Pierre’em. W 1680 roku był już dobrze prosperującym plantatorem mającym w swym gospodarstwie dziewięciu czarnoskórych niewolników, jedenaście czarnoskórych niewolnic, sześcioro czarnoskórych dzieci i jednego francuskiego najemnika, Jeana Mabeila. Tak więc dalecy przodkowie Colette osiedli na Martynice, wyspie, którą w oficjalnym sprawozdaniu z 1677 roku opisano jako „kraj niemożliwy do zasiedlenia zarówno ze względu na nieurodzajne ziemie, jak i niedostępny brzeg morski, pełen zdradliwych skał”.

W gospodarstwach opartych na systemie paternalistycznym dzieci z prawego i nieprawego łoża chrzczono i rejestrowano pod nazwiskiem ojca. Ustanowiony przez Ludwika XIV „Code Noir” [Czarny Kodeks] regulował wszystkie kwestie dotyczące ich życia na wyspach i we Francji. Stanowił on między innymi, że przybywający z panem do metropolitalnej Francji niewolnik musiał się uczyć. Kształcenie robotników rolnych miało istotne znaczenie dla plantatorów, ponieważ już w końcu XVII wieku stało się jasne, że napływ europejskich najemników nie zdoła zaspokoić popytu na siłę roboczą dla szybko rozwijającej się gospodarki wyspy. Młodzi Mulaci posyłani byli na nauki do cechów, w pierwszym rzędzie do Gildii Kupców Korzennych, która zdobyła monopol na handel towarami kolonialnymi. Niektórzy z nich pozostawali we Francji, gdzie otwierali firmowe sklepy w wielkich miastach portowych: Bordeaux, Hawrze czy Nantes. Liczba przybyszy z wysp, którzy osiedlali się we Francji, znacznie wzrosła w XVIII wieku z powodu burzliwych wydarzeń, jakie w tym okresie rozegrały się na Antylach. Anglicy, od dłuższego czasu mający oko na Martynikę, po trzykroć próbowali opanować wyspę; mieszkańcom dawały się we znaki ciągłe ataki ze strony Holendrów lub działających na tych terenach korsarzy, nie wspominając o szeregu katastrof naturalnych, jakie nawiedziły te strony, przynosząc same straty w handlu. Wielu mieszkańców kolonii zjechało wówczas do Francji. I tak, w 1780 roku osiadł w Hawrze potomek plantatora Pierre’a Landois z Szampanii, kupiec kolonialny Pierre Landois. Z Hawrem zwiążą się na stałe trzy pokolenia rodziny Landois. Sklep kolonialny przejmie od Pierre’a dziadek Colette, Henri, noszący mało pochlebny przydomek „Goryl”. Jego córka Irma, ciotka pisarki, modystka, pani dość lekkich obyczajów, także urodzi się w Hawrze. Mimo że życie spędzi między Paryżem i Brukselą, gdzie umrze, przez cały czas przedstawiać się będzie jako „modystka z Hawru”.

Francuskie władze, zaniepokojone wzrostem liczby ludności kolorowej, wydały dekret ustanawiający obowiązek rejestracji Murzynów i Mulatów, który zmuszał ich ponadto, pod groźbą deportacji, do noszenia plakietek identyfikacyjnych. W policyjnym sprawozdaniu z roku 1782 liczbę czarnoskórych, wolnych i niewolników łącznie, szacowano na cztery do pięciu tysięcy, ale „Lista alfabetyczna Murzynów i Mulatów” sporządzona w latach 1777–1778 obejmowała jedynie 770 nazwisk. Różnica zdaje się wynikać z mobilności tej części populacji, a także z faktu, że na liście nie umieszczono osób urodzonych we Francji. Nie figuruje na niej między innymi François Fournier de Pescay, urodzony w Bordeaux, założyciel szkoły medycznej w Brukseli, osobisty lekarz króla Hiszpanii Ferdynanda VII. Przybyli na Stary Kontynent członkowie rodziny Landois nie urodzili się we Francji. Jak wielu innych przybyszy, aby uniknąć deportacji, przedstawili fałszywe dokumenty zaświadczające o ich przynależności do parafii katolickiej. Najprostszym sposobem obejścia prawa było w tym przypadku zapożyczenie tożsamości od jednej z gałęzi krewnych mieszkających w kraju. W odtwarzaniu tym sposobem powstałej genealogii pomagali członkowie diaspory protestanckiej oraz inne, mniej godne polecenia osoby.

Dwaj synowie Pierre’a Landois zajęli się z woli ojca handlem towarami kolonialnymi. Pierre osiadł w Paryżu, jego skład i mieszkanie znajdowały się przy rue des Fossés Saint-Jacques, natomiast Robert, pradziadek Colette, zamieszkał przy rue Saint-Charles w Charleville, miasteczku położonym na szlaku tranzytowym towarów kolonialnych. Z francuskich portów przeładunkowych w Nantes, Hawrze i Granville trafiały one do Holandii, skąd przemycano je do Francji już jako wyroby manufakturowe: papierosy, czekolada i tym podobne, na które obowiązywały wysokie stawki celne. W świetle tych informacji łatwiej zrozumieć, dlaczego młody Robert Landois otworzył sklep w Charleville i skąd ożenek z Marie Mathis, córką przewoźnika.

Dwudziestego trzeciego września 1792 roku urodził się im syn, Henri Marie Landois, dziadek Colette, a w roku III córka, Marie-Charlotte, która zmarła po kilku miesiącach. W okresie cesarstwa, korzystając z czasowego zniesienia reglamentacji obrotu tytoniem, Robert otrzymał koncesję na handel tym towarem i uzyskiwał z tego tytułu przychód roczny rzędu 400 franków. Żyło mu się wówczas dostatnio, zatrudniał subiekta i służącą, był także wystarczająco bogaty, by móc wstąpić do Gwardii Narodowej. Zapewnił swemu jedynakowi bardzo porządne wykształcenie.

Henri Landois był Mulatem o jasnych oczach, „brzydkim, ale przystojnym, i urzekającym”8, wedle słów jego córki Sido oczarowanej ojcem, którego liczne zalety, w tym doskonały gust, świetny wygląd, dobre maniery i powodzenie u kobiet często wychwalała w obecności Colette. W czasach wypraw napoleońskich nienasycona machina wojenna wciągnęła także dwudziestoletniego Henriego. Dzięki znajomościom wcielony został do elitarnej jednostki, jaką był drugi pułk szwoleżerów-lansjerów utworzony przez Napoleona dwa lata wcześniej. Świadom psychologicznej wagi wojskowego munduru, cesarz wybrał dla swych lansjerów strój szczególny. Składały się nań karmazynowe spodnie z niebieską lamówką, granatowa kurtka z kremowymi wyłogami, płaszcz z białego płótna, pikowany niebieską nicią, z długimi rękawami i pelerynką oraz niebieska czapka z szutaszem, ozdobiona mosiężną blachą i zwisającym czerwonym piórem. Uprząż końska była ze skóry w trzech kolorach, siodła z egzotycznych gatunków drewna wykonano specjalnie dla lansjerów. Szwoleżerowie zostali także bardzo bogato uzbrojeni: na ich rynsztunek składała się kawaleryjska szabla, pistolet, muszkieton oraz broń najgroźniejsza ze wszystkich, ogromna lanca długa na 2,84 metra, zakończona z jednej strony trójkątnym żelaznym grotem, a z drugiej metalową stópką, z której zwisał na dwóch uszkach proporczyk. Broń ta była ogromnie trudna w użyciu i wymagała gruntownej zaprawy. Szwoleżerowie stali się wkrótce ulubieńcami Francuzów: opiewano ich czyny w piosenkach, oklaskiwano ich na paradach i bawiono się, tańcząc kadryla lansjerów, najmodniejszy taniec epoki. Napoleońscy lansjerzy zawrócili z pewnością w niejednej głowie, a Henri Landois nie pozostawał w tyle w swych podbojach.

W czasie gdy drugi pułk stacjonował w Wersalu, Henri z właściwym sobie wdziękiem zabiegał o względy córki zarządcy wersalskiej manufaktury zegarów, dwudziestotrzyletniej Sophie Chatenay. Niczym Otello uległ powabowi blondynki o bladoróżowej cerze. Colette pisała później, że „zanim po wielekroć nie zdradził małżonki, on, lekko coloured, zachwycił się niechybnie bielą skóry paryżanki”9. Wszystko zresztą wskazuje na to, że ich spotkanie nie było czysto przypadkowe. Sophie miała dwóch wujów mieszkających w Chareville, z których jeden był prokuratorem i członkiem Gwardii Narodowej, a drugi sukiennikiem.

Ślub przyśpieszono, ponieważ Sophie spodziewała się dziecka. Henri otrzymał specjalną zgodę dowództwa drugiego pułku szwoleżerów-lansjerów, więc ceremonia ślubna mogła się odbyć 29 kwietnia 1815 roku w Wersalu. Dopiero po kilku dniach, 7 maja, spisano umowę majątkową. Państwo Chatenay zapisali Sophie 4000 franków w złocie tytułem zaliczki spadkowej, wykorzystując przy tym wszystkie możliwe subtelności Kodeksu Napoleona, by jak najlepiej ochronić interesy córki. W intercyzie figuruje między innymi zapis, w myśl którego, gdyby Sophie zmarła bezpotomnie jako pierwsza, Henri miałby jedynie prawo do użytkowania jej dóbr. W przeciwnym wypadku Sophie odziedziczyłaby całość majątku męża. Wkrótce po podpisaniu dokumentów lansjerzy wyruszyli do Belgii, gdzie mieli wesprzeć cesarza, który wbrew wszelkim oczekiwaniom powrócił do władzy, żeby bronić cesarstwa przed pragnącymi go zniszczyć siłami w Europie. Pułk Henriego znalazł się pod rozkazami marszałka Grouchy’ego, tego samego, którego opieszałość w najczarniejszej godzinie cesarstwa pozwoliła armii pruskiej dołączyć do Wellingtona i rozgromić Napoleona pod Waterloo. W walkach poległo ponad 40 000 żołnierzy Wielkiej Armii, ale pułki Grouchy’ego nie poniosły żadnych poważniejszych strat. Dla rozbitych wojsk napoleońskich, a więc także dla Henriego, nastąpił okres niepewności. Król śpiesznie rozwiązał elitarne jednostki i wezwał Francuzów do odbudowy zrujnowanej gospodarki państwa. Henri Landois powrócił do Charleville, gdzie wspólnie z ojcem zajął się rodzinnymi interesami. Gildia Kupców Korzennych podzieliła los innych stowarzyszeń kupieckich i została zlikwidowana, lecz demokratyzacja zawodu postępowała bardzo powoli. Po zniesieniu blokady kontynentalnej handel towarami kolonialnymi i, szerzej, handel spożywczy, którego rozwoju nie hamowało już nic, przeżywał okres niekontrolowanej prosperity. Rodzina Landois zaczęła się bogacić.

Dwudziestego szóstego listopada 1815 roku Sophie wydała na świat synka, Henriego-Celestina, który zmarł po dwudziestu dniach. Rok później, 17 października, urodził się drugi chłopiec, Henri-Eugene-Celestin. Małżonkowie wprowadzili się wówczas do nowego domu przy rue du Petit Bois 112. Dwa lata później przyszedł na świat trzeci syn, Paul-Emile, który przeżył zaledwie trzy i pół roku, a w roku 1821 urodziło się czwarte dziecko, Jules-Hyppolyte, które zmarło dzień po porodzie. Trzydziestego pierwszego lipca 1823 roku Sophie powiła piątego chłopca, Jules’a-Paulina zwanego Paulem. W oficjalnych dokumentach Henri Landois figurował już wtedy jako „pan Henri Landois”. Trudno powiedzieć, jakie handlowe interesy wówczas prowadził. Jedno jest pewne: nie było go w Charleville w dniu śmierci Paula-Emile’a, ponieważ odbiór aktu zgonu dziecka podpisał niejaki pan Delahaut. W grudniu 1825 roku Henri był nieobecny przy podpisywaniu powództwa o podział majątku, które wnieśli do sądu w Wersalu państwo Chatenay i Sophie. Wyrokiem sądu Henri zobowiązany został do zwrotu 4000 franków wniesionych przez małżonkę, a także do „zagwarantowania i wynagrodzenia” żonie „każdej szkody, jaką mogłaby ponieść z tytułu zobowiązań męża”10. Od tej chwili Sophie nie odpowiadała już za długi Henriego, który mógł kontynuować działalność handlową, nie narażając rodzinnych dóbr. Sądowy podział majątku bywał często legalnym sposobem na jego uchronienie. Lecz Henri podpisał właściwy dokument dopiero po czterech latach, 22 grudnia 1829 roku, gdyż w dniu sądowego rozstrzygnięcia sprawy także był nieobecny. Gdzie wówczas przebywał? Wszystko zdaje się wskazywać, że wyjechał na Antyle, zabrawszy ze sobą najstarszego syna Henriego-Eugène’a, który w autobiograficznym tekście opublikowanym wiele lat później w piśmie „Illustration” napisze: „Bardzo wcześnie zostałem oderwany od ziemi rodzinnej, moja pełna przygód młodość widziała niejeden morski brzeg”11. W jego bogatej twórczości literackiej odnaleźć można wiele fragmentów przywołujących uczucie smutku i tęsknoty dziecka żyjącego z dala od uwielbianej matki.

Czteroletnia podróż okazała się bardzo owocna. Po powrocie Henri zamówił u znanego miniaturzysty Foularda portret Sophie malowany na kości słoniowej. Przedstawia on elegancką damę w sukni z dekoltem, bufiastymi rękawami i talią ściągniętą pasem z szeroką klamrą. W uszach okazałe, długie na sześć centymetrów kolczyki. Trzydziestoośmioletnia Sophie wygląda na szczęśliwą kobietę. Dagerotypowa podobizna małżonka ukazuje wytwornego mężczyznę w dobrze skrojonym surducie, z wysoko i finezyjnie upiętym krawatem oraz modną w owych burzliwych czasach rozwichrzoną fryzurą. Przenikliwe spojrzenie, lekceważący uśmiech – Henri sprawia wrażenie człowieka inteligentnego i budzącego respekt.

Idąc w ślady dziadka, Henri Landois otworzył swój skład w Hawrze, przy rue des Drapiers pod numerem 35, dokąd spływały kolonialne towary: kawa, kakao, bawełna, rum, cukier i egzotyczne gatunki drewna. W 1834 roku stać go już było na otwarcie kolejnego sklepu pod szyldem Henri Père et Fils [Henri Ojciec i Syn], tym razem w Paryżu, przy bulwarze Saint-Denis, Cité d’Orléans 4. Został „negocjantem”. Terminem tym, utworzonym za panowania Ludwika Filipa, określano poważnych kupców, importerów i eksporterów.

W tym samym roku Sophie wydała na świat dziewczynkę, która otrzymała imiona Irma Céleste Désirée, oddające radość z narodzin pierwszej córeczki. Niedługo potem rodzina Landois przeprowadziła się do paryskiej rezydencji, wielkiego mieszkania zajmującego dwa piętra w kamienicy Cité d’Orléans pod numerem 3, w sąsiedztwie rodzinnego składu towarów. Henri i Sophie cenili luksus i mogli sobie na wiele pozwolić, a mimo to wiedli bardzo oszczędny tryb życia. Ich elegancki kabriolet ubezpieczony był na dziesięć lat, na tyleż samo ubezpieczyli wina przechowywane w butelkach częściowo w piwnicy rezydencji, częściowo w magazynach pana Soupaulta i przy rue des Flandres 50, na przedmieściach Paryża, w la Grande Villette. A były to przednie wina: margaux, saint-émilion, beaune, frontignan, sauternes, château-lafite, madera, szampan, l’hermitage médoc, saint-estèphe. Na okrągłą sumę 10 000 franków ubezpieczono także meble i wyposażenie mieszkania. W czasach cesarstwa najrozmaitsze gatunki egzotycznego drewna zastąpiły rodzime i osiągały niebotyczne ceny. Szczególnym powodzeniem cieszył się mahoń. Wszystkie meble Henriego były mahoniowe, z wyjątkiem kuchennych, które wykonano z wiśniowego drewna. Nawet przenośny bidet zrobiony był z mahoniu. Kominek zdobił pochodzący z manufaktury wersalskiej wytworny zegar na palisandrowym cokole inkrustowanym pozłacaną miedzią, prezent od François Chatenaya, wart 120 franków w złocie. okna wielkiego niebiesko-złotego salonu zdobiły zasłony z żółtego płótna wykończone frędzlami w morskim kolorze. Firany były muślinowe w kwiaty lub bawełniane z białymi frędzlami. Rodzina Landois lubiła muzykować, grano na skrzypcach i gitarze, która po podboju Hiszpanii przez Napoleona stała się we Francji modnym instrumentem. Colette odziedziczyła zdolności muzyczne po przodkach. W ostatnim wywiadzie radiowym, jakiego udzieliła, stwierdziła wręcz, że wyrosła „w rodzinie muzyków”.

Swego czasu, idąc w ślady dziadka, pisarka wylansowała modę na zbieranie przycisków do papieru i wyznała słabość do wszelkiego rodzaju akcesoriów biurowych. Zgromadzona przez Henriego kolekcja liczyła osiem takich przycisków, zwieńczonych rozmaitymi figurkami zwierząt, wśród których wyróżniał się pudelek, koń i centaur. Biurko zdobił przybornik do pisania z pozłacanej porcelany ze starannie dobranym pojemnikiem na pióra i nóż do listów o trzonku z masy perłowej. Doprawdy, „szalone atawizmy”... Na stolikach w salonie znaleźć można było najnowsze numery czasopism „Journal des Connaissances” i „Almanach de l’Armurerie”. W rodzinie Landois mężczyźni interesowali się białą bronią i ćwiczyli fechtunek. W hallu wejściowym wisiało osiem masek szermierczych, dwadzieścia pięć floretów i dwie pary szermierczych rękawic. O tym natomiast, że Henri Landois jest członkiem Gwardii Narodowej, świadczyła ładownica oraz cały zestaw pasów i rzemieni wchodzących w skład wojskowego rynsztunku, dopełniający panoplię. Jedynie zamożni mieszczanie, których stać było na tak kosztowny ekwipunek, wchodzili w skład oddziałów broniących zdobyczy monarchii konstytucyjnej. Kiedy król Karol X rozwiązał Gwardię Narodową po tym, jak został przez jej członków przywitany okrzykami: „Niech żyje Konstytucja! Precz z ministrami! Precz z jezuitami!”, gwardziści kontynuowali walkę w tajnych stowarzyszeniach: Amis du peuple [Przyjaciele Ludu], Chevaliers [Rycerze Wolności], Société des droits de l’homme [Stowarzyszenie Praw Człowieka] czy Karbonariusze. W tym samym czasie członkami Gwardii Narodowej byli Nathé Weil, dziadek Marcela Prousta ze strony matki, oraz Henri Landois, dziadek Colette.

„Najważniejsza postać mego życia”

Matka Colette, Adèle Eugénie Sidonie Landois, zwana Sido, przyszła na świat w mieszkaniu przy bulwarze Saint-Denis 31 sierpnia 1835 roku. Kilka tygodni później paryskie niebo przecięła kometa Halleya. „Jeśli prawdą jest, że w październiku 1835 roku nie pozwalałam mej niani zasnąć, mogła przynajmniej podziwiać kometę..., a ponieważ towarzyszył mi od narodzin grzech ciekawości, być może ja sama także ją widziałam”12, pisała Sido13 do swej córki po latach.

Sophie zmarła zaledwie miesiąc po urodzeniu córki. Henri wezwał do chorej żony dwóch znanych lekarzy, doktora Meurdefroy i doktora Dufaya, płacąc za opiekę ogromną sumę 300 franków w złocie. Do końca życia nie wybaczył Sido tego, że przyczyniła się do śmierci matki, nigdy też jej nie pokochał. „Byłam dla ojca jedynie źródłem wiecznej zgryzoty, bo moje narodziny kosztowały życie matki, a mój widok przywoływał zbyt żywo te chwile”14. Sido została oddana pod opiekę mamce, pani Guille z Puisaye, ubogiej okolicy, która, podobnie jak Bretania i Morvan, miała wątpliwy zaszczyt być dostarczycielką najlepszych nianiek dla zamożnych mieszczuchów. Pani Guille zabrała małą do Matignons, wioski sąsiadującej z Mézilles, gdzie jej mąż był kowalem. Według danych ze spisu ludności z roku 1837 dwuletnia Adèle Landois mieszkała nadal u Guille’ów. Z reguły dzieci oddawano wówczas piastunkom na okres dwóch lub trzech lat.

Henri-Eugène, jedyny syn Henriego przejawiający talenty artystyczne, terminował w tym czasie w fabryce szkła przy rue Aubry le Boucher 34, należącej do Laurenta Jousserandota, przyjaciela ojca. Jak wielu młodych romantyków obracał się w tajnych stowarzyszeniach i bywał w opanowanym przez furierystów salonie przy rue des Saints-Pères, gdzie poznał Victora Considéranta, z którym przyjaźnił się później przez długie lata. Zaglądał także do Stowarzyszenia Przyjaciół Ludu założonego przez François Raspaila, bohatera młodych republikanów, który chętnie udostępniał mu szpalty swego dziennika „Le Réformateur”. Młody Eugène Landois stawiał tam pierwsze dziennikarskie kroki, ale pisywał też do „Le Figaro”, wówczas pisma satyrycznego. W lipcu, podczas uroczystości związanych z rocznicą rewolucji 1830 roku, anarchista Giuseppe Fieschi dokonał zamachu, uruchamiając piekielną machinę15, która zabiła dziewiętnastu uczestników parady, lecz nie zdołała skrzywdzić rodziny królewskiej. Władze zareagowały natychmiast, i to dość surowo. „Le Réformateur”, pismo domagające się absolutnej wolności słowa i całkowitej przebudowy struktur politycznych państwa, zostało skazane na zapłacenie grzywny wysokości 112 000 franków i przestało się ukazywać, a wszyscy współpracownicy trafili pod dozór policyjny. Wobec grożących im sankcji osobistych i materialnych liberałowie szukali azylu w Belgii. Henri Landois wraz z synami znalazł się w pierwszej fali uchodźców.

Czwartego grudnia, w przeddzień ucieczki, Henri Landois naprędce sporządził u notariusza pełnomocnictwo dla Philippe’a Dupuis. Dawał mu pełną swobodę zarządzania pieniędzmi, mieniem ruchomym i nieruchomościami, a także majątkiem dzieci: dziewiętnastoletniego Henriego, dwunastoletniego Paula, półtorarocznej Irmy i czteromiesięcznej Adèle. Philippe Dupuis został ponadto zobowiązany do uregulowania spraw spadkowych po Sophie. Akt podpisał także krewny zmarłej żony, Auguste Delahaut, urzędnik trybunału obrachunkowego, zamieszkały przy rue de Fleurus 8. Po załatwieniu wszystkich formalności, uciekając przed niechybnym aresztowaniem, Henri opuścił Francję w towarzystwie synów.

Tymczasem w Paryżu Philippe Dupuis zwołał radę familijną, całkiem nową instytucję powołaną do obrony interesów nieletnich dzieci. Henriego reprezentowali Philippe Dupuis, właściciel, Laurent Jousserandot, producent szkła i kryształów, i kuzyn, pan Landois mieszkający przy rue des Fossés-Saint-Jacques. Wuj Sophie, Honoré Delahaut, został ustanowiony opiekunem zastępczym. Spis majątku nadzorował notariusz, mecenas Perret. Taksator Louis Pelevers miał oszacować wartość mebli i przedmiotów sztuki, a René Toublet, pośrednik handlowy, wycenić towary zgromadzone w składach. Inwentaryzacja trwała sześć dni. Dokument liczący 20 stron wypełnionych drobnym pismem notariusza pozwala ocenić poziom życia rodziny. Świadczy także o bardzo pośpiesznym wyjeździe. Henri zostawił bowiem wszystkie swoje dokumenty, w tym także papiery wojskowe, zabrał jedynie biżuterię i rzeczy osobiste.

Podczas przeglądania ksiąg rachunkowych z lat 1834–1835 mecenas Dupuis nie omieszkał zaznaczyć, że

w związku z niepowodzeniami w interesach pięć miesięcy temu pan Landois został zmuszony do wyjazdu za granicę, skutkiem czego jego księgi nie były prowadzone w sposób systematyczny, żaden rachunek nie został uregulowany i w świetle istniejących dokumentów nie może być uregulowany.16

Po stronie długów figurowała suma 56 113 i pół franka, po stronie wierzytelności – jedynie 15 762 franki. Henri Landois, jak wielu innych w tym czasie, wpadł w wir spekulacji. Ówczesny system bankowy niepodlegający żadnej kontroli ze strony państwa pozwalał szybko zgromadzić kapitał. Henri wypuszczał więc akcje i pożyczał pieniądze akcjonariuszom, zastawiając własne towary. Był jednak człowiekiem przezornym, o czym świadczy troska o interesy finansowe dzieci. W maju 1835 roku wykupił kolejną polisę ubezpieczeniową w Towarzystwie Asekuracyjnym Salamandre na majątek ruchomy i towary na sumę 50 000 franków. Śmierć żony i represje wobec liberałów zachwiały rodzinną firmą, ale nie doprowadziły jej do upadku, a Henri Landois był wystarczająco obrotnym przedsiębiorcą, żeby szybko odbudować fortunę. Dzięki intercyzie, która nie została unieważniona, spadek po Sophie w całości przypadł jej dzieciom. Sido miała więc regularne przychody i, wbrew temu, co nieraz pisała Colette, nigdy nie była sierotą bez grosza.

W Belgii firma „Henri, ojciec i syn” zmieniła szyld na „Eugène, ojciec i syn”. Henri wprowadził także zmianę w pisowni nazwiska, które od tego momentu kończyło się literą „y”.17 Firma podjęła działalność wydawniczą oraz produkcję i sprzedaż czekolady18. Rodzina Landoy wybrała dwa sektory handlu rozkwitające w nowo powstałym Królestwie Belgii. Henri od razu zdał sobie sprawę z korzyści, jakie mógł mu przynieść obrót kakao, towarem w pozostałej części Europy obłożonym wysokim podatkiem. odkąd pewien Francuz pochodzący z Martyniki otworzył w Londynie w roku 1657 sklep, gdzie sprzedawał kakao, ziarno kakaowe stało się produktem luksusowym i takim pozostało do połowy XIX wieku. Ludzie mniej zamożni, przygotowując czekoladę, musieli się zadowolić gorzką masą otrzymywaną z włóknistych łupin. Ponieważ Belgia nie stosowała żadnych stawek celnych na import kakao, Henri i Eugène Landoy osiągnęli wkrótce dość znaczny dobrobyt.

W niecałe dwa lata po śmierci żony czterdziestoletni Henri ożenił się ponownie. Wybranką była trzydziestodziewięcioletnia Thérèse Leroux, wdowa po producencie czekolady zmarłym, jak Sophie, w roku 1835. Świadkami na ślubie zostali pewien agent handlowy i adwokat. Henri przejął zarządzanie firmą małżonki. Sprowadził z Hawru Irmę i Sido z Puisaye. Rodzina, która mieszkała początkowo w Molenbeek-Saint-Jean, przeniosła się wówczas do Brukseli, na rue Longue Neuve, by po pewnym czasie znowu zmienić adres, jako że członkowie rodziny Landoy, podobnie jak później Colette, lubili zmieniać miejsce pobytu. Kupowali domy i mieszkania w nowo powstałych dzielnicach, kursowali regularnie między Brukselą i Gandawą, Schaerbeek i Saint-Josse-ten-Noode, Londynem i Lyonem, Paryżem i ostendą. ot, taki rodzinny zwyczaj, który sprawiał, że Sido szybko się nudziła, jeśli pozostawała dłuższy czas w jednym miejscu. Była dzieckiem pełnym temperamentu, bardzo ruchliwym, nie znosiła monotonii. Mawiała później, że „nuda jest rzeczą straszliwie deprawującą. Jaka moralność oprze się nudzie?”19.

Sido ze swym rodzeństwem, Eugène’em, Paulem, Irmą i przyrodnią siostrą – przypuszczalnie z nieprawego łoża – dorastała w wielkim domu, w którym mieściła się także należąca do Henriego fabryka czekolady. Ojciec podarował im nawet oswojoną małpkę o imieniu Jean. Rodzinna rezydencja, podobnie jak ta paryska, była bogato wyposażona, o wystawnym wystroju. Sido zapamiętała szczególnie ogromny obraz Salvatore Rosy, siedemnastowiecznego malarza słynącego z romantycznych pejzaży. Córka odziedziczyła po ojcu zamiłowanie do przepychu. Wiele lat później nieraz prosiła Colette o przysłanie jej czekoladek, cukierków i herbaty od Rebatteta czy Hédiarda, a pomarańcze kazała sprowadzać z Nicei. Jako siedemdziesięciolatka chełpiła się tym, że w życiu pijała jedynie z kryształowych kieliszków i porcelanowych filiżanek.

Brukselskie środowiska liberalne, w których obracali się ojciec i bracia, wywarły duży wpływ na kształtującą się osobowość Sido. Przyswojone wówczas wzorce stały się później podstawą wychowania jej własnych dzieci, co częstokroć budziło zgorszenie wśród mieszkańców Saint-Sauveur. W Brukseli młody Eugène szybko dał się poznać jako dziennikarz polityczny w „L’Émancipation”, piśmie walczącym o niezawisłość Belgii i wolność prasy. Belgia stała się wkrótce jedynym krajem, w którego ustawie zasadniczej widniał zapis gwarantujący niezależność gazet. Ta sama konstytucja uznawała za nielegalne wszelkie formy cenzury i rzeczywiście cenzura już nigdy nie została przywrócona. Przez długi czas, aż do I wojny światowej, wszystkie publikacje polityczne czy erotyczne wstrzymywane przez cenzorów we Francji wydawano w Belgii, gdzie kwitł przemysł wydawniczy, a wraz z nim rosła liczba wychodzących tytułów prasowych. W roku 1880 ukazywało się tam 77 dzienników i 224 tygodniki, a dwadzieścia lat później – 1100 gazet, w tym 500 dzienników. Ale już w roku 1836 Belgia dawała dzieciom Henriego nieograniczone możliwości. Zdobywszy uznanie jako dziennikarz, Eugène założył wydawnictwo z siedzibą w Brukseli, przy rue Longue 67. Bardzo sprytnie zagospodarował dwa nowo powstałe sektory: rynek stworzony przez rozwijającą się sieć połączeń kolejowych i rosnącą modę na uzdrowiska. Bestsellerem stał się Le Guide de la Belgique [Przewodnik po Belgii], wznawiany 42 razy; Le Guide indispensable du voyageur sur les chemins de fer de la Belgique [Niezbędnik podróżującego koleją żelazną w Belgii] towarzyszył zwiedzającym i przyjezdnym, którzy mogli także kupić w dworcowych kioskach Le Moniteur des chemins de fer [Monitor kolei żelaznej] i Journal des touristes et des flâneurs [Dziennik turystów i spacerowiczów], pełne praktycznych wskazówek, artykułów okraszonych rysunkami satyrycznymi i dowcipnych tekstów. Eugène, który, obok dziennikarstwa, zajmował się także pisaniem sztuk teatralnych i powieści, nigdy nie zaprzestał wydawania przewodników, a ostatni La Belgique illustrée, ses monuments, ses paysages, ses oeuvres d’art [Ilustrowany przewodnik po Belgii. Zabytki, krajobrazy, dzieła sztuki] ukazał się w roku jego śmierci (1890). W wydawnictwie, które dzięki sukcesom mogło przenieść swą siedzibę na rue de la Montagne, Eugène publikował także utwory swych przyjaciół i mistrzów, między innymi Raspaila20. W Belgii ukazały się jego dwa tytuły, Le Médecin des familles [Lekarz rodzinny], zaraz po wydaniu paryskim, i Le Manuel-annuaire de la Santé [Almanach zdrowia]. Te dwie pozycje napisane przez jednego z najbardziej postępowych ówczesnych uczonych wywarły ogromny wpływ na Sido, która przez wiele lat przestrzegała zalecanych przez niego zasad higieny. Raspail wywołał prawdziwy wstrząs w środowisku lekarskim, gdy oświadczył między innymi, że powodem większości chorób jest zanieczyszczenie powietrza, złe przyswajanie potraw, tytoń, alkohol i inne substancje toksyczne. Tworząc bezpłatne kliniki, starał się propagować podstawowe zasady higieny i zdrowe nawyki wśród najuboższych, często wyniszczonych przez alkoholizm. Eugène Landoy, jako prezes belgijskich towarzystw filantropijnych, wspierał jego działalność na terenie Belgii. Sido natomiast sprawowała pieczę nad przychodnią dla ubogich w Saint-Sauveur, wspomagana przez polskiego lekarza emigranta.

Tymczasem Eugène nadal współpracował z „Le Figaro” kierowanym wówczas przez Alphonse’a Karra, który wydawał również pismo satyryczne „Les Guêpes” [Osy]21. Eugène pisywał także tam, sygnując swe artykuły pseudonimem „Une Guêpe exilée” [Osa na wygnaniu]. Przez długi czas czuł się wygnańcem: „Jak wielu innych, kierowałem wzrok ku Brukseli”. Nie krył ogarniającego go czasami smutku: „Kiedy usiłuję rozmyślać, nie potrafię już odnaleźć w sobie tych najcenniejszych wspomnień, w których tak cudownie splatają się obrazy i wrażenia”22. Po siedmiu latach pobytu w Belgii miewał jeszcze przypływy nostalgii: „Siadam czasami na marmurowym parapecie okna i wypatruję w dali zalesionych szczytów Ardenów, gdzie tak beztrosko i szczęśliwie upłynęło mi dzieciństwo”23.

Wiosną 1848 roku Europę ogarnęła rewolucyjna zawierucha. Eugène i trzynastoletnia Sido przebywali wówczas w Paryżu u pana Dupuis, w domu przy bulwarze Bonne-Nouvelle, lecz w związku z rosnącymi niepokojami w mieście postanowiono dla bezpieczeństwa umieścić dziewczynkę na jakiś czas u opiekunki w Mézilles. Jej pobyt w Burgundii pozostawił ślad w postaci wzmianki w spisie ludności miasta z roku 1848, a także pogłosek – być może po części prawdziwych – jakoby została tam ukryta przez masonów, ale nigdy nie uiszczono opłaty za jej utrzymanie. Nastoletnią Sido cechowała bardzo silna osobowość: „...uwielbiam wichury, zawsze je lubiłam. Kiedy mieszkałam w Mézilles i zbliżała się zawierucha, wymykałam się z domu, stawałam na górce i czułam, jak wiatr rozkosznie smaga mi twarz i rozwiewa włosy”24. W Mézilles Sido zaprzyjaźniła się z siostrami de Vathaire, Octavie i Irène, mieszkającymi w majątku du Fort, a potem w zamku des Gouttes w pobliżu Saint-Sauveur.

Sido opuszczała spokojne burgundzkie lasy Puisaye, gdzie ciszę zakłócał jedynie stuk siekiery drwala łupiącego szczapy na węgiel drzewny, by wrócić do rodzinnego domu rozpalonego rewolucyjną gorączką i kipiącego od utopijnych teorii. Eugène Landoy wydał niezwłocznie Histoire de la Révolution Française de 1848 [Historię rewolucji francuskiej 1848 roku]. Był przekonany, że zryw powstańczy z roku 1848 zapowiada upadek „wszystkich oligarchii i wszystkich królestw na świecie”. Wydarzenia, które nastąpiły wkrótce potem, rozwiały jednak szybko to złudzenie; książę Napoleon, były carbonaro, ogłosił się cesarzem, kładąc kres marzeniom Eugène’a. Ten porzucił więc ton liryczno-heroiczny i zaczął uprawiać elegancką ironię. „Landoy był pierwszorzędnym polemistą, posługiwał się ironią rozważnie, z klasą, we właściwy sobie sposób”25. Nie brał już udziału w politycznych sporach, zajął się działalnością społeczną, zabiegając usilnie o tworzenie żłobków i o laicki model nauczania. W 1851 roku został mianowany redaktorem naczelnym pisma „L’Émancipation”. Publikował także recenzje teatralne i muzyczne w „Journal de Gand”, podpisując je pseudonimem Bertram.

W Belgii zatrzymywali się wówczas regularnie uchodźcy szukający schronienia przed cesarską policją, i zaraz potem uciekali dalej, do Londynu, gdzie nie mogła ich już dosięgnąć cesarska ręka. Napoleon III, dla którego Bruksela leżała zbyt blisko Paryża, nie ustawał w naciskach na władze belgijskie, zabiegając o natychmiastowe wydalenie wszystkich jego krytyków. Ojciec i syn Landoy przygarnęli w tym czasie wielu radykalnych myślicieli. Wśród nich znaleźli się Victor Schoelcher, któremu w okresie rządu tymczasowego udało się przeforsować dekret o zniesieniu niewolnictwa, Edgar Quinet, naczelny bojownik o rozdział Kościoła i państwa, Alexandre Ledru-Rollin, Étienne Arago, a przede wszystkim bliski przyjaciel rodziny i orędownik furieryzmu Victor Considérant.

Do Victora Considéranta dołączyła wkrótce żona Julie i jej matka, Clarisse Vigoureux, prawdziwa krzewicielka myśli Fouriera. Arystokratka, żona właściciela huty w Besançon, jedna z najpiękniejszych kobiet swych czasów, w wieku dwudziestu ośmiu lat została wdową z dwójką dzieci, Paulem i Julie. Cały swój majątek poświęciła na propagowanie myśli Charles’a Fouriera. (Przypadek, jakie czasami notuje historia, sprawił, że za własne pieniądze wydrukowała u Gauthiera w Besançon, dziadka Willy’ego, Le Traité de l’Association [Traktat o zrzeszeniu].) To właśnie w jej paryskim salonie przy rue des Saints-Pères, gdzie rozprawiano wyłącznie o utopijnych koncepcjach francuskiego filozofa, młody elew politechniki Victor Considérant uległ zarazem czarowi Julie i Fourierowskiej utopii. Considérant cieszył się dużym poparciem w stolicy Belgii, gdzie w roku 1845 wygłosił szereg odczytów i zjednał dla swych przekonań dziennik „Le Débat social”. Po krótkim czasie Clarisse skupiła wokół siebie całe towarzystwo wyznawców doktryny Fouriera. Podczas spotkań w atmosferze konspiracji czytano i omawiano niepublikowane teksty mistrza, między innymi Le Nouveau Monde amoureux [Zakochany nowy świat]. Charles Fourier twierdził w nim, że „światem rządzą” namiętności, które nasza kultura potępia, ponieważ widzi w nich grzech lub niewłaściwe przyzwyczajenia. Tymczasem walka z namiętnościami jest przyczyną zła, nieszczęść, zbrodni i wszelkich patologii nękających cywilizowane społeczeństwa. Zamiast dławić uczucia, należy je zasymilować, przyznać im pełnię praw obywatelskich i nadać moc dobroczynną. W ten sposób, burząc ustalony porządek moralny, Fourier szerzył ideę rewolucji seksualnej jeszcze śmielszej niż ta, która dokonała się w XX wieku. Siły przyciągania powodowane namiętnościami – nazywał to „przyciąganiem namiętnościowym” – miały być dla ludzi tym, czym ciążenie powszechne dla planet, czyli rzeczą zupełnie naturalną. Sido, która przejęła od niego te przekonania, mawiała, że „zło i dobro mogą być na równi radosne i twórcze”. Fourier liczył, że potrzeba będzie trzech stuleci, żeby przekształcić cywilizację ziemską w świat Powszechnej Harmonii, inaczej mówiąc, stworzyć idealne społeczeństwo. Sido, która uważała się za pionierkę nowego ładu społecznego i uczuciowego, żaliła się Colette w roku 1909: „Zawsze byłam trochę szalona... ale nie tak, jak myślisz. A prawda jest taka: urodziłam się trzysta lat za wcześnie i świat mnie nie rozumie, nawet moje dzieci nie mogą mnie jeszcze zrozumieć”26. Działo się tak dlatego, że w pełni utożsamiała się z ideą głoszonej przez Fouriera rewolucji seksualnej, przy której teorie Sigmunda Freuda, Wilhelma Reicha czy Alfreda Kinseya wydają się dziś wręcz nieśmiałe. Z kolei Colette w całej swej twórczości odwołuje się do filozofii matki, a więc też pośrednio do koncepcji Fouriera. To między innymi dzięki temu pisarka mogła stawić czoło wszystkim życiowym skandalom, zachowując czyste sumienie harmonianki i spokój „misjonarki” furieryzmu. W roku 1927, przeglądając raz jeszcze korespondencję i notatki Sido, Colette uświadomiła sobie ze zdumieniem ogrom bagażu intelektualnego, jaki odziedziczyła po matce. Zrozumiała, dlaczego Sido miała zdolność „nadawania podług własnego kodeksu nowego miana starym, zatrutym cnotom i biednym grzechom, które od wieków czekają już na swój wstęp do raju”27. Napisała wówczas Narodziny dnia, opowiadanie Sido oraz esej o miłości Czyste, nieczyste, w którym w pełni dała wyraz swym poglądom na seksualność.

Victor Considérant otrzymał pozwolenie na pobyt w Brukseli, pod warunkiem że nie będzie robił za wiele hałasu. Tymczasem on, niepomny wymogu, udzielał się, wygłaszał odczyty i publikował książki, między innymi La Solution ou le Gouvernement direct du peuple [Rozwiązanie, czyli bezpośrednie rządy ludu]. Król wyznaczył mu miejsce pobytu najpierw w Bouillon, potem w Laroche, następnie Victor przenosił się z wioski do wioski, jak najdalej od stolic francuskiej i belgijskiej. Eugène Landoy pozostawał z nim w bliskim kontakcie, odwiedził go także w Ardenach, i napisał traktat z ekonomii politycznej Les Trois Âges de la démocratie européenne [Trzy epoki europejskiej demokracji], którego nie powstydziłby się sam Fourier. Ożenił się z przyjaciółką Julie Considérant, Caroline de Trye, słynną ciotką Klaudyny, Coeur. W tym czasie coraz liczniejsi emigranci decydowali się na pobyt w Belgii, a w stolicy coraz częściej dało się słyszeć stłumiony głos uchodźców. Victor Hugo, który spędził w Brukseli kilka miesięcy, skupił wokół siebie inteligencję, planując zorganizowanie „cytadeli” pisarzy i wydawców, którzy obrzuciliby cesarza oskarżycielskimi pamfletami. Przedsięwzięciem miał pokierować Jules Hetzel, zagorzały republikanin, wydawca Balzaca i George Sand. Całe emigracyjne środowisko literatów gorąco poparło projekt, lecz do jego realizacji nie doszło, gdyż przeczuwający niebezpieczeństwo Hugo postanowił szukać schronienia na Wyspach Normandzkich. Eugène Landoy oddał pisarzowi poruszający hołd podczas bankietu zorganizowanego na jego cześć. Zgaszone emocje zdołało nieco ożywić pojawienie się François Raspaila, który miast starej dewizy „Bóg i Ojczyzna” począł głosić nowe hasło: „Urodzić się bez księdza, wziąć ślub bez księdza i umrzeć bez księdza”. To credo wywarło na osiemnastoletniej Sido tak wielkie wrażenie, że do końca życia pozostała ateistką i wolnomyślicielką. W wieku sześćdziesięciu jeden lat, w jednym z listów do Colette, drwiła z naiwności pewnej wdowy po lekarzu, pani Hardy, która usiłowała ją nawrócić: „...ja ateistka, ona bardzo głęboko wierząca... Namawia mnie usilnie do przeczytania dwóch tomiszczy na temat wiary pióra ojca Bonnarda! Czy wyobrażasz sobie, że mogłabym to przeczytać?”28.

Wpływ na kształtowanie się osobowości Sido miała nie tylko emigracyjna grupa liberałów, lecz także wielu muzyków, pisarzy, aktorów i malarzy. Młodszy z braci Landoy, Paul, po zakończeniu pracy w wytwórni czekolady zainteresował się dziennikarstwem i literaturą. Karierę rozpoczął w „L’Indépendance belge” i w „Le Constitutionnel de Mons”, żeby wkrótce zostać głównym wydawcą „Le Télégraphe de Bruxelles”, w którym przepracował następne 20 lat. Eugène, malarz amator, wydawał tymczasem swe „Salons” [Salony], na łamach których wspierał nowe malarstwo. Przyjaźnił się z braćmi Stevensami, Josephem, malarzem zwierząt, i Alfredem, wziętym artystą, ulubieńcem kobiet z towarzystwa, które portretował. W jego paryskim salonie bywali twórcy, których zaliczano wówczas do „malarzy realistów”: Degas, Manet, Berthe Morisot, a także znany fotograf Nadar, Puvis de Chavannes i Fantin-Latour. Jego letnia rezydencja w Boulogne, gdzie goście grywali w krykieta, posłużyła za motyw jednego z bardziej znanych obrazów Maneta29. Sido wspominała czasami pobyt w Ostendzie w towarzystwie Eugène’a i Alfreda Stevensa, a w szczególności chwile spędzone na plaży, kiedy to zauroczył ich widok młodej Angielki o jasnych włosach, u której stóp leżał ogromny broholmer. Zastanawiali się wtedy, co zrobić, by zechciała pozować Stevensowi.

Tak więc osobowość Sido kształtowała się w niezwykle wytwornym towarzystwie obracającym się między Brukselą i Paryżem, co pozwala lepiej zrozumieć słowa Colette z listu do André Billy’ego, w którym to pisarka napomyka o „słabości jej matki, Sido”30 do bractw literackich i tajnych stowarzyszeń.

W styczniu 1854 roku, w wieku sześćdziesięciu dwóch lat odszedł Henri Landoy. Zmarł w samotności w jednym z lyońskich szpitali. Żaden z członków rodziny nie potwierdził aktu zgonu, na którym widnieją jedynie podpisy dwóch pracowników szpitala. Dziadek Colette umarł prawdopodobnie na dżumę, która pochłonęła wówczas tysiące ofiar w Marsylii i Lyonie.

Rodzeństwo Landoy weszło w związki małżeńskie dopiero po śmierci ojca. Trzydziestoośmioletni Eugène poślubił przedstawicielkę starej francuskiej arystokracji i spadkobierczynię wielkiej fortuny, Caroline Cuvelier de Trye, córkę dramatopisarza Jeana Cuvelier de Trye. Cuvelier de Trye, postać dziś już zupełnie zapomniana, przez ponad dwadzieścia lat był najbardziej wziętym autorem sztuk i reżyserem teatralnym w Paryżu. Urodził się w Boulogne i zanim trafił do teatru, był wysokim urzędnikiem państwowym, komisarzem do spraw departamentów zachodnich i oficerem armii. Napoleon I powierzył mu misję stworzenia oddziału „przewodników-tłumaczy”, którym miał dowodzić, a którego celem było przygotowanie kampanii angielskiej cesarza. Planu tego nigdy nie zrealizowano, a Jean Cuvelier został wysłany do Prus i do Polski, gdzie podupadł na zdrowiu. Opuścił wówczas armię i wybrał teatr. Jean-Guillaume Auguste Cuvelier de Trye uświadomił sobie dość szybko, że nowa publiczność o mało wyrafinowanych gustach potrzebuje silnych emocji, prostego języka i łatwej w odbiorze fabuły. Tworzył więc sztuki na tuziny, nierzadko wystawiano je równolegle w trzech teatrach. Dominował w nich temat sukcesów militarnych Napoleona, chronologicznie i zgodnie z rozwojem sytuacji na frontach, a więc Les Français vainqueurs en Pologne [Francuzi zwyciężają w Polsce] w 1808 roku czy L’Entrée triomphale des Français à Madrid [Triumfalne wkroczenie Francuzów do Madrytu] w roku 1809. Teatr propagandowy nie liczył się z wydatkami: w pełnych przepychu dekoracjach cwałowała po scenie kawaleria, strzelały armaty, a publiczność pokrzykiwała z radości. Bitwy konne reżyserował słynny Franconi. Spektakle odbywały się najczęściej w paryskim Cirque Olympique31.

Po triumfach Napoleona przyszła kolej na świętowanie osiągnięć królestwa. Aby dodać otuchy romantykom, Cuvelier de Trye zwrócił się ku przeszłości. Powstały wtedy Mazeppa ou le cheval tartare [Mazepa, czyli tatarski koń] i Les Martyrs [Męczennicy], rozbudowana pantomima oparta na utworach Chateaubrianda. Podczas uroczystości organizowanych dla wojska przez władze Paryża dla uczczenia zwycięstw księcia Angoulême w Hiszpanii, Cuvelier de Trye przygotował spektakl La Gloire et la Paix [Chwała i pokój]. Odnosił także wielkie sukcesy w teatrze bulwarowym, gdzie jego sztuki poruszały widzów do głębi, co można łatwo zrozumieć, gdy pozna się ich tytuły: La Fille sauvage ou l’inconnue des Ardennes [Dzikuska, czyli nieznajoma z Ardenów] czy La Famille savoyarde ou les jeux de la fortune [Sabaudzka rodzina, czyli igraszki losu]. Ponieważ był również kompozytorem, tworzył czasami muzykę do swych spektakli. Napisał dwie opery, La Mort du Tasse [Śmierć Tassa] i Alcibiade solitaire [Samotny Alcybiades], które wystawiono w Królewskiej Akademii Muzyki. Nazywano go Crébillonem Teatru Bulwarowego32 i choć krytycy byli zdania, że za całą jego twórczością kryją się jakieś spekulacje finansowe i nie chodzi tu z pewnością o żadne dzieła literackie, Cuvelier de Trye przez dwadzieścia lat cieszył się niekwestionowaną sławą mistrza dramatu ludowego. Do końca pozostał zwolennikiem wolności prasy i wyznawcą m łodzieńczych ideałów. Przyjaźnił się z Ledru-Rollinem, był także mentorem młodego Étienne’a Arago, któremu pomógł rozpocząć karierę, sygnując razem z nim Le Pont de Kehl ou les Faux-Témoins [Most w Kehl, czyli fałszywi świadkowie], melodramat wystawiony w teatrze Ambigu Comique.

Caroline de Trye, przyjaciółka Julie Considérant, wychowała się w kręgach literackich i liberalnych salonach. Mówiła płynnie po hiszpańsku, angielsku i niemiecku, uczyła też swych synów greki i łaciny. Była doskonałą pianistką i, w mniemaniu najbliższych, cudownie grała Chopina. Jej niespotykana uroda, kruczoczarne włosy i zielone oczy zawsze fascynowały Colette, która widywała ją w Brukseli czy Paryżu i uwieczniła w powieści Klaudyna w Paryżu pod postacią ciotki Coeur. Pisarkę najbardziej zdumiewała rozbieżność między dostojnym wyglądem ciotki, która przypominała cesarzową Eugenię, i secesyjnym wystrojem jej paryskiego mieszkania przy avenue de Wagram. Po wyjściu za mąż pani Landoy regularnie zaglądała do Paryża, gdzie utrzymywała stały kontakt ze środowiskiem literackim i artystycznym. Sido podziwiała bratową, była to jedyna kobieta, którą wspomina w listach bez awersji czy uszczypliwości. Co więcej, stawiała ją za przykład swej córce, chwaląc jej pobłażliwość dla wybryków męża: „...moja bratowa Caro, bardzo przeze mnie podziwiana, opłacała kochankę lub kochanki swego męża, a mojego brata, który był przystojnym i kochliwym mężczyzną, i cóż z tego?”33. Eugène miał nieślubną córkę z niejaką panią Deleau.

Po śmierci ojca Sido zamieszkała u Eugène’a. Jej pochodząca z tych lat dagerotypowa fotografia ukazuje młodą, szczupłą, nad wyraz poważną dziewczynę w grubej aksamitnej sukni ze strojnym kołnierzykiem i mankietami z koronki, która na ręku ma okazałą bransoletę wysadzaną kamieniami. Sido nie jest kobietą „urodziwą ani specjalnie pociągającą, ma wydatne usta, drobny podbródek”, wystające policzki i oczy „koloru deszczu”. Colette wspominała często jej „ponure, wręcz nieczułe spojrzenie”, czasem „jadowite i nieufne”34. Matka była dumna ze swych zgrabnych dłoni i drobnych stóp. Poruszała się z gracją, ledwo dotykając piętami podłoża, palcami do zewnątrz, krokiem tancerki. Miała czarujący głos, „mieniący się sopran, który załamywał się przy najlżejszym wzruszeniu”35, a ponieważ sama grała na skrzypcach, nauczyła przy okazji solfeżu swoje dzieci i wnuczki.

Sido była ponadto kobietą kapryśną, lubiła przyciągać uwagę, narzucać swoją wolę i prowokować. W jej oczach dostrzec można było czasem „jakieś roześmiane szaleństwo, jakąś wszechobejmującą wzgardę taneczną stopą depczącą wszystko...”, spojrzenie to wyrażało „nagłą potrzebę umknięcia wszystkim i wszystkiemu, potrzebę wyrwania się wzwyż, tam gdzie panowały prawa ustanowione przez nią samą dla niej samej tylko”. Nieraz „spoza jej twarzy [...] wyzierała nagle inna twarz, dzika, zbuntowana, wyzbyta wszelkiego miłosierdzia i uczuć ludzkich”336. Niewiele osób zdawało sobie sprawę z targających nią gwałtownych emocji. W salonie Caroline, gdzie błyszczała dowcipem, znana była także z tego, że „narzucała swe zdanie w dyskusji, nie bacząc na argumenty”, ta cecha pozostała jej do końca życia. Sido wiodła żywot kobiety wolnej i zwykła była poprzestawać w męskim towarzystwie. Łączyły ją liczne przyjaźnie z „malarzami, muzykami i poetami, młodą bohemą artystyczną francuską i belgijską”37.

„Był obrzydliwy... i trochę przygłupi, ale przynajmniej bogaty”

Dwudziestoletnia Sido pozostawała nadal panną. Paul właśnie się zaręczył z Clémentine Louise Cérisier, córką bogatego właściciela z Rousies. Sido miała wprawdzie zapewniony spadek po rodzicach, ale wobec swej słabości do zabaw i luksusu zaczęła popadać w długi. Bracia pragnęli tylko jednego: żeby się ustatkowała, za wszelką cenę bowiem chcieli oszczędzić jej losu Irmy modystki, której imię raz na zawsze wymazano z drzewa genealogicznego rodziny Landoy ze względu na nieobyczajną konduitę. W tamtych czasach jedynie „kobieta upadła” mogła zostać odrzucona w ten sposób przez najbliższych. Colette nigdy o niej nie wspomina w swych książkach, z wyjątkiem jednej wzmianki w opowiadaniu Córka mego ojca38, gdzie, pisząc o matce, zaznacza, że wyrosła ona w towarzystwie Paula, Eugène’a i Irmy. Nigdy też nie złamano zakazu mówienia o Irmie, nawet Sido nie wymienia jej w swych listach. Mimo to niechlubna historia tej kobiety zaciążyła w dużej mierze na wychowaniu Colette. Sido uległa bowiem traumatycznej obsesji, prześladowała ją zupełnie irracjonalna obawa, że jej nastoletnia córka zostanie zbałamucona i siłą porwana przez dojrzałego mężczyznę. Irma była nieco ponad rok starsza od siostry, i to być może o niej, szesnastolatce uprowadzonej dwukonnym powozem, mówiła czasami Sido, lecz w przeciwieństwie do opowieści w rzeczywistości nigdy nie było mowy o zadośćuczynieniu przez małżeństwo. Irma została modystką, która, na wiele lat przed Chanel, pod osłoną profesji prowadziła życie kokoty. Obracała się w półświatku pod nazwiskiem Irma de Montigny (nie należy jej mylić z panią Montigny, właścicielką słynnego domu publicznego). W roku 1860, skończywszy dwadzieścia sześć lat, czyli będąc w wieku, w którym kurtyzany umierają lub wycofują się z zawodu, Irma poślubiła czterdziestodwuletniego księgowego Auguste’a Josepha Philiasa Chevala, Francuza niedawno osiadłego w Brukseli. Dzięki temu małżeństwu na krótko powróciła na łono rodziny. Mieszkała początkowo w Brukseli, często zmieniała adresy, jednak w oficjalnych dokumentach w rubrykach „zawód” i „miejsce zamieszkania” powtarzała niezmiennie: „modystka, zamieszkała w Hawrze”. W szybkim czasie przepuściła fortunę męża. Zubożała, bez środków do życia, zmarła w brukselskim przytułku. Fascynacja Colette światem kobiet lekkich obyczajów, kurtyzan i utrzymanek zrodziła się zapewne ze wspomnień o tej tajemniczej postaci, o której w rodzinie Landoy mówiło się jedynie półgębkiem.

Należało więc bezwzględnie wydać Sido za mąż. Właśnie nadarzała się okazja: przysłano swaty z Mézilles, gdzie rodzina Bourgoin poszukiwała żony dla jednego z kuzynów, Claude’a Jules’a Robineau-Duclos z Saint-Sauveur, czterdziestodwuletniego właściciela ziemskiego, będącego w ostatnim stadium choroby alkoholowej. Nie było łatwo znaleźć kandydatkę na żonę; rodzina obciążona była psychicznymi ułomnościami, matka i wuj zmarli w zakładzie dla obłąkanych, a i sam Robineau cierpiał na „zaburzenia osobowości”. Siostra próbowała wziąć go pod kuratelę, lecz to oznaczało publiczne przyznanie się do czegoś, co dotychczas skrzętnie ukrywano. Dalsi krewni Robineau, Robineau-Bourgneuf i Robineau-Desvoidy, porozumieli się wówczas, by ratować honor familii. Była to przecież zacna rodzina. Przez stulecia Robineau zajmowali się produkcją szkła, co dało im prawo do tytułu szlacheckiego. Rozległe tereny leśne w okolicach Puisaye dostarczały drewna potrzebnego do wyrobu masy szklanej. Niestety, konkurencja powstała po utworzeniu Królewskiej Manufaktury Luster w Saint-Gobain39 doprowadziła większość małych hut do upadku. Wśród przodków Jules’a znaleźć by można ziemian i kancelistów, sędziów, adwokatów, lekarzy, a nawet jednego znanego uczonego, entomologa Robineau-Desvoidy’ego.

Jules był ostatnim potomkiem Robineau-Duclos. Urodził się w lutym 1814 roku i dorastał „niczym dzikie zwierzę”. Nawet jego wygląd budził wówczas przerażenie, nie wypadły mu bowiem mleczne zęby, miał więc podwójne uzębienie aż do szesnastego roku życia, kiedy to wędrowny cyrulik uzbrojony w obcęgi i butelkę gorzałki wyrwał mu za jednym razem czternaście mleczaków. Wyczyn ten zapisany został w annałach Saint-Sauveur. Ojciec wysłał Jules’a na nauki do Collège de Fontenay-aux-Roses, w okolicach Paryża. Kiedy miał piętnaście lat, matkę umieszczono w klinice dla umysłowo chorych, gdzie zmarła po siedmiu latach. Tego roku pan Robineau-Duclos sporządził testament, w którym podzielił majątek między syna i córkę. Uwłasnowolnił ich, ustanowił ich opiekunem prawnym pana Givry’ego i zaraz potem umarł. Nie tracąc czasu, opiekun ożenił swego syna z młodziutką spadkobierczynią. Dwudziestodwuletni Jules odziedziczył wówczas liczne folwarki, lasy, stada bydła i winnicę, z której uzyskiwał rocznie pięć tysięcy litrów wina i wódki z wytłoczyn. Wartość całego majątku szacowano na jakieś 500 000 franków w złocie. Dzień w dzień Jules przemierzał konno swe włości, pola i lasy, doglądał żniw, produkcji węgla drzewnego i wycinki drzew. Był wszakże słabej konstytucji psychicznej, miewał lęki, bał się ciemności, nie znosił być sam w nocy. Wziął sobie konkubinę, Marie Miton, córkę młynarza. W 1843 roku urodziła mu syna, Antonina Mitona, który jednak w dokumentach pozostał dzieckiem nieznanego ojca, ponieważ rodzina Robineau pilnowała spraw majątkowych. Przez dwadzieścia lat panna Marie zarządzała domem, co nie budziło niczyjego zdumienia, póki Jules nie postanowił wprowadzić swej konkubiny na salony Saint-Sauveur. Pewnego razu, na bal wyprawiany przez jaśnie wielmożnego pana Sibillata, Jules – choć zaproszono go samego – przybył z kochanką, której odmówiono wstępu. „Nie chcę, żeby tańczyła w tej samej sali, co moja żona”, tłumaczył odmowę pan Sibillat. Jules, który swym zwyczajem miał już dobrze w czubie, wpadł w szał ku uciesze gapiów zagrzewających go do bitki. Aby uniknąć większego skandalu, wpuszczono Marie na tańce... Jej życie u boku Jules’a nie było łatwe. Mąż znęcał się nad nią regularnie. Zdarzało się, że Marie, odziana jedynie w nocną koszulę, wpadała do obórki, tuląc w ramionach synka, i prosiła stajennego Luciena, żeby ukrył dziecko u siostry. Raz nawet sama musiała ratować się ucieczką. Tego wieczoru szaleniec zbudził Luciena, który zdążył już zasnąć przy źrebakach: „Masz tu, chłopie, dwie flaszki białego wina i jedną wódki, wypijemy razem, potem pójdziemy spać”. Lucien musiał spędzić noc w łóżku pijaka, który za nic nie chciał zostać sam w domu.

W swym pijaństwie Jules doprowadzał się czasem do stanu, w którym miewał zwidy, widział afrykańskich żołnierzy szturmujących dom, był marszałkiem Francji, nie pozwalał domownikom opuszczać mieszkania, rożnem niczym szablą broniąc dostępu do drzwi. Próbowano go leczyć, lecz on odmawiał brania leków z obawy przed otruciem. Pewnego dnia wypalił ze strzelby do swego stróża. W 1855 roku, w czasie kolejnego ataku szaleństwa, rzucił się w pogoń za dziewką folwarczną, którą chciał zabić, żeby z niej zrobić przynętę na raki. Innym razem kazał zbudzić o północy jednego z gospodarzy i wygonił go na pole, nakazując rozpoczęcie żniw, a służącego zmusił do rozebrania dachu w jego własnym domu.

Po serii podobnych incydentów siostra Jules’a, Louise Givry, wniosła sprawę o jego ubezwłasnowolnienie. Rodzina i przyjaciele podzielili się wówczas na dwa obozy: stronników rodziny Givry uznających niepoczytalność Jules’a i jego sprzymierzeńców, którzy uważali, że jego szwagier po zagarnięciu majątku siostry ma teraz chrapkę na fortunę brata. Sąd przesłuchał w tej sprawie aż dwudziestu ośmiu świadków. Jules, jąkający się i przygarbiony, stawił się w towarzystwie dużej grupy krewnych. Byli tam między innymi Victor Gandrille, milioner, właściciel pałacu w Saint-Sauveur, doktor Carreau, doktor Robineau-Desvoidy i doktor Lachassagne, którzy podczas przesłuchań stanęli murem za kuzynem hulaką. Świadkowie strony przeciwnej, służące, stajenny i parobek, mimo że opowiadali, jak to Jules zadźgał nożem krowę, która złamała sobie nogę, nie mieli szans wobec świadków Jules’a, miejscowych notabli: niepraktykującego już notariusza, emerytowanego komornika sądowego, adwokata, mera Saint-Sauveur, który był z Jules’em w internacie, i trzech lekarzy. Jules nie był obłąkany, owszem, pił, lecz nigdy nie widziano go nietrzeźwego w publicznym miejscu, ponadto dość sprawnie zarządzał majątkiem. Sędzia oddalił więc wniosek rodziny Givry.

Krewni Jules’a doszli wówczas do wniosku, że przed ostatecznym upadkiem i utratą dobytku uchronić go może jedynie małżeństwo. Tylko że po procesie trudno mu było znaleźć w Puisaye narzeczoną z dobrego domu. Wybór padł na Sido, którą bezzwłocznie zaproszono do Mézilles. Formalnościami zajął się doktor Lachassagne, który towarzyszył Jules’owi w drodze do Brukseli. Siódmego stycznia 1857 roku, po długich naradach, udano się do mecenasa Langendriesa w celu spisania intercyzy, do której Sido po powtórnym zamążpójściu, już jako kapitanowa Colette, nie będzie się chciała zastosować, i która stanie się przyczyną licznych konfliktów między jej najbliższymi. Zapisy umowy były jasne: jako że oboje narzeczeni są obywatelami francuskimi, małżeństwo oparte będzie na zasadzie wspólnoty majątkowej. Zrobiono jednak trzy zastrzeżenia. Małżonkowie nie odpowiadają za długi współmałżonka zaciągnięte przed ślubem. Ta klauzula dotykała w pierwszym rzędzie Sido, która wydawała znacznie więcej, niż pozwalały na to jej przychody, i nigdy nie zrezygnowała z pewnych wydatków. Sama więc miała spłacać swoje długi, czasami mogła liczyć na pomoc braci. W umowie zapisano również, że „aby dać wyraz wzajemnemu przywiązaniu”, przyszli małżonkowie w razie śmierci jednego z nich przekazują użytkowanie wspólnych dóbr pozostającemu przy życiu małżonkowi. W przypadku braku spadkobierców udział spadkowy Jules’a pozostaje w rodzinie Robineau. Tym niemniej związek z tym „przeraźliwie brzydkim” człowiekiem pozwalał Sido utrzymać dotychczasowy styl życia, czyli otaczać się względnym luksusem.

W roku 1922 w zbiorze wspomnień Dom Klaudyny Colette umieściła swoją wersję opowieści o pierwszym małżeństwie matki. Oto pewnego dnia Jules Robineau, którego nazwała „dzikusem”, przemierzając swe włości na „czerwonym jak wiśnia rumaku”, spotkał dziewczynę „w blond anglezach” i od tego momentu śnił o niej bez przerwy, „jego szlachetna karnacja, bezkrwista niczym u wampira” spodobała się Sido. on wtedy „poruszył mecenasów i całą rodzinę”, chcąc poślubić „dziewczynę bez grosza i żadnej profesji”. W pisarskiej wizji Colette zwyrodniały alkoholik przybrał postać romantycznego bohatera.

Ślub odbył się 15 stycznia 1857 roku w Schaerbeek, w eleganckiej okolicy Brukseli. Doktor Lachassagne z żoną odprowadzili nowożeńców na pociąg do Saint-Sauveur. W Auxerre czekał już na nich powóz, który zawiózł ich do „pięknego domu z gankiem i ogrodem”.

„Małżeństwo nie przynosi żadnego szczęścia, z wyjątkiem sytuacji, w której przynosi ogromną fortunę...”40

Saint-Sauveur-en-Puisaye nosi piętno burzliwej przeszłości całego ubogiego regionu. „Tak, to wieś, i nawet nie bardzo ładna”, pisała Colette w powieści Klaudyna w szkole. Wioska położona jest na wschodnim zboczu wzgórza otoczonego mokradłami i rozległymi lasami „zgrzebnej Burgundii”, która może tylko pozazdrościć dostatniej Burgundii i jej winnicom o dźwięcznie brzmiących nazwach: Beaujolais, Beaune, Chablis...

Przez wieki Saint-Sauveur pełniło rolę wysuniętej strażnicy księstwa Burgundii i służyło za miejsce zgromadzeń nielicznych mieszkańców tych podmokłych okolic. Była to więc przede wszystkim twierdza otoczona trzema rzędami murów obronnych. Wioska i kościół znajdowały się poza murami. Z wysokości wzgórza Saint-Sauveur właściciele tych ziem kontrolowali szlaki łączące dolinę rzeki Loing i rzekę Yonne, która wpada do Sekwany w okolicach Fontainebleau. Średniowieczna zabudowa, obracana w gruzy, odbudowywana i niszczona ponownie, znikła już prawie całkowicie. Odkąd książę Burgundii sprzymierzył się z Karolem VII, porzucił zainteresowanie okolicą, która powoli straciła na znaczeniu i podupadła.

Budowę zamku, mieszczącego dziś muzeum Colette, wzniesionego na nierównym terenie ogromnego gmaszyska, którego trzy piętra od strony wioski górują nad zwartą zabudową Saint-Sauveur, rozpoczęto w roku 1600; potrzeba było ponad stu lat, by zakończyć prace, co w dużej mierze tłumaczy eklektyzm zamkowej architektury. Na przedzamczu znajdują się ruiny dwunastowiecznej wieży „saraceńskiej, niskiej, obrośniętej bluszczem i wykruszającej się powoli od góry”41, wchodzącej w skład rozbudowanego systemu umocnień wzniesionego dla ochrony przed najazdami Saracenów. Ta średniowieczna Linia Maginota powstała jednak długo po tym, kiedy znikła groźba ataków.

W Saint-Sauveur nie ma więc zamku godnego tej nazwy, nie ma też dzwonnicy. W XII wieku, w czasach rozkwitu religijności, kiedy to na francuskich ziemiach jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kościoły, katedry i klasztory, salwatorianie rozpoczęli budowę nowej świątyni na miejscu starej, galo-rzymskiej. Prace trwały z górą trzy stulecia i nigdy nie zostały zakończone. Dzwonnica kościoła posadowiona była bowiem na żelazistej ziemi i miała rzadką moc przyciągania piorunów. Z początku odbudowywano ją po każdym zniszczeniu, lecz kiedy nastała republika, miasto zaprzestało walki z gniewem żywiołów i zostawiło kościół bez dzwonnicy.

Wed ług spisu ludności z roku 1881 Saint-Sauveur liczyło 1100 mieszkańców, choć wydaje się, że liczba ta mogła być zawyżona na skutek działań przedstawicieli miejscowych władz, którym bardzo zależało, by na terenie gminy powstał dworzec kolei żelaznej. W całej wiosce wybrukowane były tylko dwie ulice: jedna prowadziła pod górę do zamku, druga zaś ciągnęła się wzdłuż dawnej linii murów i dochodziła do targowiska. Pozostałe drogi utwardzono dwoma rzędami kamieni, tak by koła wozów nie grzęzły w błocie. „Ulice, Bogu dzięki, nie są brukowane; ulewy spływają po nich pienistymi strugami, a po dwóch godzinach już jest sucho”42, pisała Colette, która jako dziecko bawiła się, skacząc z kamienia na kamień, kiedy wysyłano ją po zakupy. Do ulic przylegały w zwartym szyku parterowe domy z jednym oknem i drzwiami w fasadzie. Tylko nieliczne mieszczańskie kamienice liczyły więcej pięter i okien z widokiem na ulicę. Taki ścisk i brak światła spowodowany był podatkiem od drzwi i otworów okiennych. Tak więc jedenaście okien w fasadzie i dwa piętra należącego do Jules’a Robineau-Duclos domu z zewnętrznymi schodami i podestem w wąziutkiej rue de l’Hospice musiały świadczyć o zamożności i długich tradycjach rodu. Nowa burżuazja stawiała poza wioską klockowate domy w wielkich ogrodach o alejkach wysypanych żwirem, otoczonych wysokimi na trzy metry murami.

Sido weszła po schodach – które, z powodu nierówności terenu, z jednej strony liczyły sześć, z drugiej osiem stopni – zabezpieczonych kutą żelazną barierką ozdobioną inicjałami rodziny. Ujrzała „duży stateczny dom, szorstki z tym swoim dzwonkiem jak do sierocińca”43. W progu witała przybyłych Marie Miton w towarzystwie służby. Sido skierowała pierwsze kroki do dużego salonu, całego w bieli i złocie. Trzy największe pomieszczenia były bardzo wysokie, z podłogą wyłożoną kamiennymi płytami. Salonik wychodził na południową stronę, gdzie znajdował się zadaszony taras obrośnięty glicynią. Pierwsze piętro było od dawna niezamieszkałe, ściany zżerała wilgoć i sól. Nikt nie zajmował się domem przez całe trzydzieści lat, od chwili, gdy matka Jules’a trafiła do zakładu. Pokoje służyły do składowania kasztanów, jabłek i orzechów włoskich. „Górny ogród”, spacerowy, wznosił się nad „dolnym ogrodem”, warzywniakiem, znajdującym się po drugiej stronie ulicy. Zabudowania gospodarcze, stajnie, kurnik i pralnia przylegały do budynku mieszkalnego.

Miesiąc miodowy Sido trwał bardzo krótko. Pewnego razu Jules, który natychmiast powrócił do nałogu, próbował podnieść na nią rękę, tak jak dawniej okładał pannę Marie. Sido bez wahania chwyciła wówczas z kominka ciężką lampę i zdzieliła nią męża w głowę. Jules do końca życia nosił ślad tego ciosu w postaci szramy na policzku, a do żony odnosił się już czujnie, z respektem. Nigdy jej nie uderzył, ale za to szukał zapomnienia w ramionach Marie, zostawiając Sido samą sobie. Znów musiała interweniować rodzina. Trzeciego sierpnia odbył się ślub Marie. Wydano ją za mąż za młodszego o czternaście lat Jeana Cebe’a, który zgodził się nawet uznać Antonina za swego syna, mimo że ten urodził się, kiedy Jean miał trzynaście lat. Młodzi zamieszkali w domu przylegającym do posesji Robineau. W ten sposób w czasie powtarzających się ataków delirium Marie przebywała zawsze w pobliżu, jako że tylko ona była w stanie uspokoić Jules’a. Cebe’owie pozostaną aż do śmierci sąsiadami Sido. Jean Cebe był żarliwym republikaninem, który rokrocznie na 14 lipca farbował swemu białemu psu łeb na niebiesko, a siedzenie na czerwono.

Tymczasem Sido zajęła się prowadzeniem domu. Wyjęła z szaf i kredensów srebrną zastawę z herbem Robineau – kozą w błękitnym polu – i koronkowe obrusy. Ubrana w jedwabie nadzorowała pracę służących, które przędły konopie z jej pola, tkały zgrzebne płótna na pościel dla służby, robiły masło i wytwarzały sery. Zatrudnianie służby, którą opłacano słabo lub wcale, nie było wówczas luksusem, nawet robotnik mógł mieć gosposię, o pozycji społecznej świadczyła za to liczba zatrudnionych. Tak więc, mając pod rozkazami pokojówkę, kucharkę, służącą, ogrodnika, stangreta, nie licząc krawcowej na dniówki i robotników najemnych pracujących przy praniu, prasowaniu czy wielkich porządkach, Sido wiodła prawdziwie wielkopańskie życie.

Jesienią, w sezonie wielkich polowań, które gromadziły wszystkich okolicznych włościan, Sido nie stroniła od wypraw na wilki czy dziki. W 1908 roku przyznała w jednym z listów do Colette, że jest w stanie ocenić, czy Rudyard Kipling naprawdę widział i obserwował zwierzęta, „o których mówi z takim znawstwem..., ponieważ sama spędziła z górą dziesięć lat w towarzystwie myśliwych”44. Opowiedziała ponadto córce historię o lisie, którego Robineau ponoć widział, gdy ten zanurzał się w jeziorze, by pozbyć się pcheł, i żeby się nie utopić, wypchał sobie pysk trawą. A także historię o wygłodniałym wilku, który przez pięć godzin biegł za jej powozem. Jej córka powie o niej, że była dość przaśna, ale nie małomiasteczkowa.

Sido prowadziła także bujne życie towarzyskie, odwiedzała okoliczne dwory i pałace, których właściciele tylko przez pewną cześć roku przebywali na wsi, a resztę czasu spędzali w Paryżu, skąd do Puisaye nie jest daleko. Zapraszano ją do pałacu des Baronets, gdzie mieszkał pan de Lacour, były ambasador Francji w państwie osmańskim, do zamku de Ratilly, rezydencji Vivienów, bliskich przyjaciół, do pałacu des Gouttes i pałacu des Janets. Prezes banku Crédit foncier, właściciel pałaców de l’Orme i des Bennes, udzielał Sido pożyczek na interesujących warunkach. W pobliżu znajdował się także zamek Saint-Fargeau, w którym czuło się jeszcze ducha La Grande Mademoiselle45, co z pewnością budziło zaciekawienie poszukującej wrażeń Sido. Często bywała także w zamku w Saint-Sauveur, gdzie kilka miesięcy w roku spędzał Victor Gandrille, cioteczny brat Jules’a, okoliczny donżuan. Kiedy jednak donżuan zdecydował się kandydować na mera, przegrał, „ponieważ wywołał gniew wielu ojców i mężów”46. Przeżywszy życie pełne uciech, zmarł w 1879 roku w wieku pięćdziesięciu jeden lat. Jednak nigdy nie przebaczył mieszkańcom Saint-Sauveur porażki w wyborach. W testamencie przekazał zamek i 10 000 000 franków w złocie gminom, na których terenie posiadał nieruchomości, z przeznaczeniem na dom dla ubogich. Tylko Saint-Sauveur został w tym zapisie wykluczony, tak więc żaden mieszkaniec wioski nigdy nie doczekał końca swych dni w zamku. W ten sposób, już po śmierci, Victor Gandrille pomścił swą przegraną.

Gandrille był jednak bardzo przywiązany do Sido i wielokrotnie, aż do śmierci, stawał w obronie jej interesów. Uchodził zresztą za jej kochanka. Tak przynajmniej utrzymuje w swym raporcie sędzia pokoju, pisząc, że Sido wiodła nieuporządkowane życie, a jej kochankiem był najbogatszy podatnik w Saint-Sauveur. I tak, podczas gdy przyjaciele Sido podziwiali jej żywy temperament i umiłowanie wolności, nieprzyjaźni jej ludzie mawiali, że jest ona „kobietą niedbałą, rozrzutną i niezdolną do prowadzenia domu”47. To fakt, jakiekolwiek rutynowe działanie czy myśl o konieczności podporządkowania planom doprowadzały ją do wściekłości. W liście do Colette stwierdziła wręcz, że czyszcząc chińską porcelanę, ma wrażenie, iż się starzeje. Zawsze dziwiło ją zamiłowanie córki do porządku, nieraz wyrażała swoje zdumienie, widząc jej nienagannie ułożoną garderobę: „Och, co za szafy!... I bynajmniej nie był to komplement”48. Pasjonowała się za to muzyką, sztuką, literaturą i życiem towarzyskim. Znalazła to wszystko w Paryżu i Brukseli. „Nic nie zastąpiło w sercu mojej matki piękna belgijskich miast, dobrej energii toczącego się tam życia, światłego, spokojnego, łakomego i miłującego uciechy ducha”49.

Sido nie liczyła się z pieniędzmi; łudziła się, że oszczędza, kiedy udało jej się pomalować „z uniesionym paluszkiem” klatkę dla ptaków kupioną za pięć groszy. Zadłużała się więc nawet przy „przychodach rzędu stu dwudziestu tysięcy franków”50. Znalazła cichego wspólnika i zarazem kochanka w osobie notariusza Adriena Jarry’ego, brata najlepszej przyjaciółki Adrienne de Saint-Aubin. W ciągu kilku lat jej długi urosły do 80 000 franków w złocie.

Trzy i pół roku po ślubie, 14 sierpnia 1860 roku, Sido urodziła dziewczynkę, Juliette Héloïse Emilie, tak długo oczekiwaną spadkobierczynię fortuny Robineau-Duclos.

„Stworzony, by się podobać i walczyć...”51

Dwa