Co zdarzyło się w Lake Falls - Artur K. Dormann - ebook + audiobook + książka

Co zdarzyło się w Lake Falls ebook i audiobook

Artur K. Dormann

3,4

Opis

Śmiertelnie chore dziecko, nieśmiertelny mężczyzna   i niebezpieczna propozycja.

Victoria  przybywa do Lake Falls, miasteczka położonego w malowniczej górskiej dolinie. Z trudem odbudowywane poczucie stabilizacji niszczy wiadomość o zdiagnozowaniu u córki nieuleczalnej choroby. W chwili gdy kobieta znajduje się na skraju załamania, pojawia się nadzieja. Obcy mężczyzna oferuje swoją pomoc, ale umowa między nimi ma drugą, mroczną stronę, a koszty okażą się znacznie wyższe, niż przewidywała. Victoria staje przed wyborami, których konsekwencji nie potrafi przewidzieć. Każda postać z jej otoczenia okazuje się kimś zupełnie innym. Nie wiedziała, że Lake Falls od początku skrywało tajemnicę…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 538

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 26 min

Lektor: Sławomir Grzymkowski

Oceny
3,4 (27 ocen)
8
5
8
1
5

Popularność



Kolekcje



Copyright © by Konrad Potrzebowski

Copyright © by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja:Elwira Izdebska-Kuchta

Korekta:Małgorzata Majewska, Justyna Jakubczyk, Jolanta Chrostowska-Sufa

Skład i łamanie: Justyna Jakubczyk

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie na okładce: copyright © by Rafinade (fotolia.pl)

ISBN: 978-83-65897-04-6

Słupsk/Warszawa 2017

Wydawnictwo Lemoniada.pl

[email protected]

www.wydawnictwolemoniada.pl

www.literaturainspiruje.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

PROLOG

Ostry zakręt ukazał rozległą panoramę doliny ze spoczywającym na jej dnie uśpionym jeziorem. Rozmigotane promienie słońca odbijały się od wpółzamarzniętej tafli, przedzierały przez drzewa i niczym w soczewce odsłaniały ukryte detale: ścieżkę wśród lasów, ratusz na pożegnanie szczerzący się szyderczo wybitymi szybami oraz malownicze kaskady rzeki Ashuelot. Z tej perspektywy dolina tchnęła spokojem i ciszą.

Bezmyślnie patrzyła na krajobraz za szybą, nie mogła sobie pozwolić, aby obraz mijanych domów i cichych, pustych uliczek przywołał niechciane wspomnienia.

Kiedyś, dawno temu, urzekł ją panujący tu spokój, który kazał jej zatrzymać się na zawsze. Ale przyszłość miała pokazać, że nie znajdzie go ani w odwiecznych lasach i solidnym domu, ani w sobie. Za każdym razem, gdy wyciągała po niego rękę, czmychał sprzed jej oczu, zostawiając chaos, pustkę i rozpacz głębszą niż otchłań jeziora. Teraz zabierała to wszystko ze sobą niczym najdroższy klejnot, który stał się jednocześnie źródłem tęsknoty i bólu.

Nie uciekała z Lake Falls, jedynie próbowała uciec od siebie, od tego, kim się stała przez dwa miesiące zamknięta w świecie skurczonym do rozmiarów domu i najbliższej okolicy.

Już po raz drugi zostawiała za sobą przeszłość, lecz tym razem jej los przypominał jadące w przeciwnych kierunkach pociągi, podczas gdy ona stała na peronie zagubiona i zdezorientowana, niezdolna do podjęcia żadnej decyzji. Jakaś cząstka umysłu rozpaczliwie pragnęła wrócić do miejsca, w którym odkryła i doświadczyła tak wiele. Inna zaś nawet nie brała pod uwagę takiej możliwości; była głosem zdrowego rozsądku, który mówił, że oprócz śmierci i zniszczenia nie odnajdzie tam niczego.

Kierowca milczał, ona także. Nie mieli sobie nic do powiedzenia. Oboje głęboko skrywali tajemnicę Lake Falls, która była niczym jątrząca się rana. Za wszelką cenę starali się z nią normalnie żyć, chociaż jednocześnie nieustannie wracali pamięcią do tego, co na zawsze i bezpowrotnie utracili. A może czynili tak tylko po to, aby ponownie coś poczuć, bo przecież każda namiętność niesie ze sobą przepowiednię cierpienia niczym drugą stronę tej samej monety.

Wszystko, na czym jej zależało, osunęło się w próżnię. Ruiny świata, który opuszczała, były jednocześnie jej własnym pogorzeliskiem. Kim była?

Nikim. Bez imienia, nazwiska, własnego miejsca na ziemi, uciekinierką skazaną na niekończącą się tułaczkę. Samotna i wewnętrznie wypalona od tej chwili musiała podejmować wysiłek przeżycia kolejnych dni.

Za szybą od oślepiającej jasności świeżego śniegu odcinały się ciemne pnie potężnych drzew. Samochód wszedł w ostatni zakręt, za którym zniknęły dolina i jezioro. Zniknęła także ostatnia szansa na powrót i pożegnanie. To był jedyny moment, aby ocalić pod powiekami widok drewnianego domu pośrodku zbocza. Obiecała sobie, że nie będzie za nim tęsknić. Miejsce, gdzie doznała tak wiele bólu, powinna opuszczać z ulgą. Dlaczego jednak jej nie czuła? Gdzie podziały się radość udanej ucieczki i podniecenie nowym początkiem?

Zostały z Nim w dolinie, która kiedyś przywitała ją z otwartymi ramionami, szczelnie osłaniając swoje najmroczniejsze sekrety leśnym płaszczem. Dolina zapewne niebawem zniknie z powierzchni ziemi, a wraz z nią miejsce, gdzie w jej marzeniach i koszmarach On będzie jej wypatrywał, gotowy, by z naddatkiem zwrócić miesiące oczekiwań i lata łez. Gotowy, by zemścić się za to, co mu uczyniła.

Wzdrygnęła się lekko, choć już nie musiała się niczego obawiać. Słońce stało wysoko na niebie, swoim blaskiem osłaniając ich ucieczkę. Dopiero teraz nadszedł czas, żeby raz na zawsze pozbyć się wspomnień, chociaż tak naprawdę tylko one jej zostały po dwóch latach spędzonych w Lake Falls.

ROZDZIAŁ I

Przyjechała tu razem z córką, bo Lake Falls miało być dla nich nowym początkiem, startem w jasną, niezmąconą koszmarami przyszłość.

Na swój nowy dom wybrała miejsce zatopione wśród wzgórz, w jednej z tych niezwykłych dolin głęboko ukrytych przed zewnętrznym bałaganem świata.

W kotlinie rozciągającej się wzdłuż wąskiego jeziora tkwiła niewielka osada. Była zbudowana przy drodze, nie wiadomo dlaczego nazywanej przez wszystkich Główną, która zaczynała swój bieg na południowym wzgórzu jako wąska, kręta asfaltówka i schodząc ze wzniesienia, mijała jezioro Surry, naturalny zbiornik wodny zasilany malutkimi wodospadami, którymi spływała rzeka Ashuelot. Później docierała do zapomnianego przez świat miasteczka leżącego pośród dolin i lasów stanu New Hampshire. Ponad siedmiuset mieszkańców uważało się za szczęściarzy, utrzymując, że znaleźli dla siebie kawałek najprawdziwszego raju.

Gości wjeżdżających do miasteczka witała wspaniała panorama. Od zachodu otwierał ją stary żelazny most czuwający ponad kaskadami Ashuelot. W oddali błyszczała rozmigotana tafla wody, nad którą domy, wykorzystując niewielką płaską przestrzeń, przycupnęły niczym skupione praczki. Inne zabudowania, uciekając od zgiełku, zagnieździły się na wzgórzach wśród gęstych lasów. Ich obecność zdradzały tylko połyskujące czerwienią dachy, na wpół ukryte za gęstą zieloną kurtyną. Gdy pogoda była idealna, nieliczni mogli dostrzec zapomniany dukt przecinający strome wzgórze. Rzadko jednak ktokolwiek zapuszczał się w tamten rejon pełen ciemnych liściastych lasów, głębokich parowów i niebezpiecznych jaskiń.

Lake Falls corocznie przyciągało rzesze letników zjeżdżających nad jezioro do swoich drewnianych domków, kempingów i niechlujnych przyczep. Wraz z nadejściem jesieni pustoszało, a od listopada niepodzielnie panowała tu sroga zima trzymająca w mroźnym uścisku dolinę aż do końca marca. Niektórzy na ten czas wyprowadzali się w cieplejsze rejony, a na placu boju zostawali tylko najtwardsi z mieszkańców.

Jezioro, które całkowicie zamarzało zimą, było miejscową chlubą. Latem głęboki granat odbijał w swoim lustrze strome północne stoki Appalachów, które zdawały się wyrastać prosto z wody.

W naturalnej dolinie utworzonej przez lodowiec przysiadło kilkaset mniej lub bardziej okazałych domów, szkoła z przedszkolem, księgarnia, niewielka kaplica, kilka podrzędnych barów i całkiem niezła restauracja. Nie zabrakło nawet dużego sklepu z obszernym parkingiem dla klientów.

Prawdziwym sercem miasteczka był owalny placyk przed reprezentacyjnym budynkiem ratusza, obok którego ulokowały się stare eleganckie domy, obejmując parkowy skwer długimi ramionami. To w nich właśnie znajdowały się okoliczne sklepy, bary i restauracje, które latem wystawiały stoliki na zewnątrz, aby strudzeni wędrowcy mogli napawać się ciszą i spokojem panującym w tej skromnej, ale urokliwej mieścinie.

Każda ludzka osada ma swoją historię i nie inaczej było z Lake Falls. Założone pod koniec dziewiętnastego wieku przez wspólnotę religijną, która szukała tu izolacji od gwaru wielkich miast leżących wzdłuż wschodniego wybrzeża, rozrastało się powoli, ograniczone naturalnym ukształtowaniem terenu. Po purytańskich gustach osadników pozostała skromna kaplica, którą nadal wykorzystywano jako miejsce modłów, choć w wolnym czasie służyła także za salę koncertową i teatralną. Wybudowana na obrzeżu miasteczka, wśród gęsto rosnącej dębiny i brzóz, była ceglanym przysadzistym budynkiem, z którego wychodziło się niemal prosto do lasu – ot taka mała niespodzianka dla wiernych.

W identycznym stylu zbudowano także ratusz. Szeroki i ciężki, kipiał od zaniechanych w połowie pomysłów architektonicznych i zaskakujących dobudówek, w których mieściły się posterunek policji oraz przyklejony z boku gabinet lekarski.

W niedalekiej przyszłości jej gabinet.

A tak naprawdę wszystko zaczęło się od zdjęcia przedstawiającego dolinę i wzgórze. Od pierwszego wejrzenia urzekł ją niesamowity widok, który rozpościerał się z okien starego drewnianego domu, ulokowanego niemal w połowie wzniesienia. Górował stamtąd dumnie nad miasteczkiem i od razu, kiedy go zobaczyła, pomyślała, że warto byłoby się w nim zestarzeć.

Bez wahania wpłaciła zaliczkę i przyjechała na stałe leczyć swoje rany, jakby od samego patrzenia na okolicę mógł zostać wymazany koszmar poprzednich lat spędzonych pomiędzy kancelarią prawniczą, pracą a sądem.

W dole wśród drzew migotało jezioro, a tu i ówdzie lśniły w słońcu pojedyncze czerwone dachy. Siedząc na swoim tarasie, widziała doskonale całą dolinę i zbocze, którym można było zejść na skróty do centrum. Dookoła pachniało spokojem, lasem oraz niespiesznym przemijaniem kolejnych pór roku.

Z poprzedniego życia zabrała tylko niezbędne do przetrwania rzeczy. Trochę ubrań Kat, mnóstwo zabawek, książki i płyty. Reszta za bardzo przypominała jej Roberta, którego miała zamiar ostatecznie wymazać z pamięci.

Bez żalu opuściła ich jasną, przestronną rezydencję, udekorowaną samymi bliznami. Zamieniła ją na dom, na którego widok była teściowa pewnie skrzywiłaby wymalowane usta w grymasie obrzydzenia i pogardy. I właśnie dlatego podobała jej się myśl, że zamiast marmurowych schodów wiodących ku imponującym wnętrzom będzie miała po prostu zwykły dom, wypełniony głośnym śmiechem córki i ciepłem kominka.

Obiecała sobie, że uczyni wszystko, co w jej mocy, aby ich nowa siedziba stała się najszczęśliwszym miejscem pod słońcem.

Od początku miała wrażenie, że samo Lake Falls emanujące ciszą i spokojem pozwoli jej uleczyć rany będące spuścizną nieudanego małżeństwa oraz koszmarnego rozwodu.

Zadrżała. Ból ostrzegawczo ścisnął skronie.

Zostawiłam to za sobą – pomyślała. I po raz kolejny obiecała sobie nie wracać pamięcią do wspomnień, które mimo stanowczych postanowień dopadały ją najczęściej późnym wieczorem, kiedy nie mogła zmrużyć powiek.

Wielokrotnie próbowała od siebie odpędzić zmory, najpierw lekami, a kiedy te nie skutkowały – potężnym kopniakiem wódki. Jednak najlepszym sposobem okazywało się zasypianie przy ciepłym zwiniętym ciałku Kat. Zyskiwała wtedy, przynajmniej na krótko, ulotne poczucie bezpieczeństwa, które bezpowrotnie opuściło ją dawno temu.

– Szanowna pani! – Usłyszała nagle. Poznała ten głos i mimowolnie się uśmiechnęła. Zasapany i purpurowy z wysiłku Tom wyłaniał się razem ze swoją różową łysiną, wschodzącą powoli zza krzaków niczym słońce znad horyzontu. Widać było, że zmęczyła go wspinaczka po stromej ścieżce.

Tylko tutaj – pomyślała z rozbawieniem – jeszcze w ten sposób zwracają się do kobiet.

Ponad pół roku temu – zdesperowana, na granicy kompletnego załamania – zadzwoniła do pośredników w kilku miejscowościach, gdzie gwarantowano jej pracę. Oprócz jednego, żaden z nich nie był zainteresowany listą jej wymagań i oczekiwań. Tym jedynym, który bez wahania zgodził się na prowadzenie poszukiwań, był właśnie Tom, i do tej pory nie żałowała, że go zatrudniła.

Wypatrzył dla niej odpowiednią siedzibę, dopełnił formalności, nie okazując nawet śladu rozczarowania tym, że przez kilka tygodni nie miała czasu odpowiedzieć na maile. Kupił meble, urządził wnętrza według nadesłanych wzorów, załatwił kredyt, zorganizował przeprowadzkę, kontaktując się jedynie telefonicznie. A pewnego dnia przywiózł ją na miejsce, wręczając klucze opakowane w czerwone pudełko. Od tej pory nieustająco trwały jej oczarowanie i zachwyt domem.

Był zbudowany z grubych drewnianych bali, stary ową szlachetną starością, która barwi ciemnym brązem ściany i dodaje miejscu charakteru. Dom stał na niewielkiej płaskiej wcinającej się w zbocze półce. Jedną stroną przytulony do lasu ogromnym tarasem, a od wejścia skierowany w stronę gór i leżącego u ich stóp jeziora. Był przysadzisty, a jego czerwony dach opadał, ocieniając szeroki podjazd i stojący nieopodal garaż.

Wnętrze nie było ani praktyczne, ani wygodne, jakby projektant zapatrzony w otaczający krajobraz postanowił do minimum ograniczyć liczbę ścian w środku.

Drzwi wejściowe ulokowane na długiej i wąskiej werandzie były bramą do ich nowego życia. Nacisnęła ozdobną klamkę, puszczając córkę przodem.

Niewielki ciemny korytarz przywitał je żywicznym zapachem. Po prawej stronie otwierał się widok na salon, który zajmował całą powierzchnię parteru. Stanęła w progu, patrząc z przyjemnością na pokój.

Ściany pociemniałe od upływu czasu dawały wrażenie solidnego, bezpiecznego oparcia, którego brakowało jej przez całe życie. Na jednej z nich cierpliwie czekała jeszcze ziejąca pustką okazała biblioteczka. A sterty pudeł obok obiecywały, że wcześniej czy później pokój dzięki księgozbiorowi nabierze nobliwego charakteru prywatnego gabinetu.

Ogromne dębowe biurko – zdobyty cudem antyk – błyszczało szlachetnym, ciepłym mahoniem, przedzielając pokój na dwie części: oficjalną i wypoczynkową, w której królował rozłożysty komplet beżowych kanap i foteli zwróconych w stronę okopconej czeluści otwartego kominka. Patrząc na nie, chciało się natychmiast zapaść w ich przepastne głębiny i delektując ciepłem, oprzeć nogi na podnóżku, by godzinami wpatrywać się w płonący ogień z dala od wszelkich trosk.

Skromne wyposażenie i olbrzymia przestrzeń, w której meble niemal ginęły, zostawiały dużo wolnego miejsca do wykorzystania w przyszłości.

Kiedy Tom po raz pierwszy pokazał jej zdjęcie wnętrza, od razu wiedziała, jak powinien wyglądać salon. Widziała go w wyobraźni, a teraz ożył, urzeczywistniając jej marzenia. Nie rozumiała, dlaczego jej entuzjastyczna reakcja tak go wtedy zaskoczyła. Okazało się – o czym uczciwie ją poinformował, zyskując tym od razu szacunek w jej oczach – że właśnie przez salon dom od pięciu lat nie mógł znaleźć kupca. Każdy potencjalny nabywca rezygnował na widok ogromnej przestrzeni, której nie dało się w całości wykorzystać, i zdecydowanie niefunkcjonalnego rozłożenia pomieszczeń na górze.

Szerokie schody prowadzące z korytarzyka na piętro kończyły się przed drzwiami do pierwszej, największej sypialni. Obok znajdowały się łazienka i kolejna sypialnia – wąska, długa, ze wspaniałym widokiem. Do niej doklejono niewielki pokój pełniący z założenia funkcję jadalni, gdyż obok na podeście znajdowała się mała otwarta kuchnia.

Po dokładnych oględzinach Vic uznała, że absolutnie nie przeszkadza jej ani niefunkcjonalna zabudowa, ani tylko jedna łazienka.

– Jesteśmy we dwie – powiedziała mile zaskoczonemu Tomowi. – Damy sobie radę.

Pod kierunkiem zaradnego pośrednika ekipa remontowa przebiła od obu sypialni drzwi do przestronnej łazienki, która teraz stała się ich wspólnym dobrem. Wolno stojąca wanna na lwich łapach kłóciła się nieco z ustawioną obok nowoczesną kabiną prysznicową, ale w końcu to był ich dom i mogły sobie pozwolić na każde szaleństwo.

Usłyszała tupanie na górze, co było dowodem, że Kat wpadła właśnie do swojego pokoju.

Trudno – pomyślała z ciężkim westchnieniem – dzisiejszej nocy zostałam skazana na samotność. Co nie było niczym dziwnym, zważywszy, że córka miała decydujący wpływ na urządzenie własnego przedsionka raju.

– Na szczęście nikt tego nie zobaczy – powiedziała, gdy Kat przedstawiła jej swoją wizję.

I dokładnie spełniła wszystkie zachcianki dziecka. Od różowego łóżka z baldachimem po miniogród zoologiczny na ścianach, kolorowe naklejki na szafie oraz mapę nieba na suficie. Widocznie jej córka nie do końca była pewna, kim chce zostać w przyszłości, i wahała się pomiędzy zawodem tresera, modelki i kosmonauty.

Widok rozszalałych kolorów – granatu łączącego się z wybujałą zielenią awokado i różem – drażnił zmysły, ale uśmiech, który wykwitł na twarzy córeczki, wart był tego oczopląsu.

Swoją sypialnię dla kontrastu urządziła w sposób niemal ascetyczny. Ogromne dwuosobowe łoże – a nuż mała zdecyduje się od czasu do czasu ją odwiedzić – nosiło cechy modnego japońskiego stylu. Niewielka szafka nocna i fotel przy oknie dopełniały całego umeblowania. Nawet decyzja, gdzie zawiesić telewizor, w takim wnętrzu okazała się niełatwa. W końcu wybrała jedyne satysfakcjonujące dla siebie rozwiązanie.

Telewizor będzie w salonie – zadecydowała. Nie zważając na protesty oburzonej Kat, konsekwentnie odmawiała wprowadzenia dysharmonii do swojego azylu.

– Od teraz – powiedziała na głos do siebie – zaczynamy nowy rozdział.

Ale nie było łatwo pozbyć się wspomnień, które prześladowały ją, wracając w snach, echach słów i mimowolnych skojarzeniach. Vic, na zewnątrz zimna i opanowana, nocami trzęsła się ze strachu, że koszmar prędzej czy później powróci, przybierając postać jej przystojnego męża.

O tym, jaki jest rzeczywiście, przekonała się dopiero po narodzinach Kat, jakby upragnione dziecko stało się czymś w rodzaju katalizatora najgorszych cech i emocji u człowieka, któremu pochopnie przysięgła miłość aż po grób.

Właściwie jeśli miała być ze sobą całkiem szczera, pierwsze symptomy zauważyła już wcześniej. Ignorowała je, oślepiona blaskiem, który wokół siebie roztaczał. Blaskiem swobody, pozycji, majątku i tej niesłychanie zniewalającej nonszalancji wobec wszystkiego i wszystkich, jaką daje tylko odpowiednie pochodzenie oraz prowadzony styl życia.

Wcześniej stroniła od ludzi, uciekając w świat książek, więc dosyć szybko na studiach uznano ją za kujona i odstawiono na boczny tor życia towarzyskiego. I właśnie wtedy w jej stateczną egzystencję wtargnęło tornado w postaci Roberta. I właśnie wtedy w jej stateczną egzystencję wtargnęło tornado w postaci Roberta. Różnili się od siebie jak ogień i woda, co sprawiło, że od samego początku dała się porwać wirowi wydarzeń.

Przystojny brunet o pięknych brązowych oczach zaczął ją uwodzić od pierwszego dnia. Był szalony, niezwykły, romantyczny i zachwycający. Krótko grała trudną do zdobycia, bo oczarował ją kompletnie i do zatracenia. Każda rzecz, którą robił, była tak egzotyczna i do takiego stopnia nie mieściła się w granicach jej pojmowania, że trwający rok romans przypominał cudowny sen.

Nic dla niego nie stanowiło problemu. Swoim urokiem osobistym podbijał otoczenie, które nie ustawało w wysiłkach, aby ułatwić mu życie, wyprostować kręte ścieżki i usunąć sprzed nóg każdą przeszkodę.

Przypomniała sobie, jak owinął sobie dookoła palca jej największą zmorę – ordynatora pediatrii doktora Pattisona, u którego miała praktyki. Był to służbista i wyjątkowy arogant, człowiek, do którego gabinetu wchodziło się jak na ścięcie. Jego komentarze znad biurka i wymowne spojrzenia doprowadzały najodważniejszych do palpitacji. Pewnego wieczoru miała dyżur na oddziale, ale Robert mimo jej protestów koniecznie chciał porwać ją na kolację. Wpadł do szpitala z kwiatami, podszedł do ordynatora i przedstawił się:

– Miło mi poznać człowieka, który sterroryzował cały rok medycyny.

Po kilku minutach uprzejmej i, sądząc po wybuchach śmiechu, wesołej konwersacji wrócił po nią.

– Idziemy – powiedział wyraźnie rozbawiony. – Dziś masz wolne.

Od tego dnia była jedyną osobą, która miała spokój na pediatrii. To, co zrobił, było czarujące i kompletnie szalone, a ona była głupio i naiwnie zakochana.

Oczy powinny jej się otworzyć w momencie, kiedy została zaproszona do jego rodziców. Jednak magiczna bańka, w której tkwiła, nie dopuszczała do świadomości przebłysków prawdy.

Zaczęło się od wykaligrafowanego na eleganckim papierze i miłego w tonie zaproszenia na podwieczorek. Gdy zapytała Roberta: „Co to jest?” – odparł zmieszany, że jego mama postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce, ponieważ nie mogła się doczekać, kiedy przedstawi swoją przyszłą narzeczoną. Nie wiedziała, co bardziej ją zaskoczyło, czy zaproszenie na rozmowę, czy określenie, którego użył – „przyszła narzeczona”.

Pojechali razem do letniej rezydencji jego rodziców, położonej na klifie górującym ponad oceanem. Posiadłość obejmowała kilka kilometrów plaży oraz okolicznych lasów. Olbrzymi dom powitał ich z otwartymi ramionami.

Ojciec, lekko szpakowaty i wysportowany, wyglądał jak filmowy wzór gentlemana, matka, w zwiewnej beżowej sukience, okazała się najbardziej uprzejmą, sympatyczną i życzliwą osobą, jaką kiedykolwiek poznała. Od razu przeszły na ty i Jane objęła ją serdecznie.

– Od dawna marzyłam, żeby poznać dziewczynę, której udało się utrzymać zainteresowanie Roberta dłużej niż tydzień – powiedziała z ciepłym uśmiechem. – Musisz być doprawdy niezwykłą osobą.

Zanim Vic się zorientowała, rozmawiały i śmiały się niczym stare przyjaciółki. Ktoś tymczasem przyniósł kawę i deser, ktoś sprzątnął ze stołu, ale ona zaaferowana rozmową niczego nie zauważyła. Przy bliższym poznaniu Jane okazała się jeszcze bardziej ujmująca.

Jej naturalne lekko falujące blond włosy były gdzieniegdzie rozjaśnione siwymi pasemkami. Oczy, których kolor odziedziczył Robert, były ciepłe i inteligentne. Ciemne rzęsy i wspaniale wykrojone usta przy leciutko, kokieteryjnie zadartym nosie świadczyły, iż kilkanaście lat temu jaśniała wyjątkową urodą. A z każdego jej gestu, z każdego ruchu emanowało to nieuchwytne coś, co dawniej nazywano klasą.

Ze swobodą rozmawiały o wszystkim. Jane znała osobiście większość wykładowców na uczelni i o wielu miała nie najlepsze mniemanie.

– Pamiętam doktora Pattisona z naszych popołudniowych herbatek. – Uśmiechnęła się. – Naprawdę nie musicie się go obawiać, to bardzo sympatyczny człowiek, który ubzdurał sobie niestety, iż młodzież należy trzymać krótko. Wiesz – na jej ustach pojawił się lekki grymas – jest samotny, nigdy nie miał dzieci, co wpływa na jego stosunek do studentów.

W tej miłej atmosferze plotek towarzyskich popołudnie minęło jak z bicza strzelił.

Pod wieczór ojciec Roberta zabrał ją na – jak to określił – rajd po okolicy. Prezentując wspaniale utrzymany park, dwa wielkie baseny, korty tenisowe i wszystkie możliwe atrakcje, wypytywał o jej plany na przyszłość, a robił to z takim wyczuciem, że nawet przez sekundę nie pomyślała, iż jest to w jakiś sposób niestosowne.

Jej zdaniem podwieczorek udał się znakomicie i nie mogła zrozumieć, dlaczego Robert ponagla ją niecierpliwie do wyjazdu, kategorycznie odmawiając skorzystania z zaproszenia na cały weekend. Sama nie miałaby nic przeciwko temu, podobał jej się dom, urzekły okolica i sposób, w jaki ją potraktowano.

Nie była – wbrew swoim wcześniejszym lękom – niechcianą biedną dziewczyną, która przez przypadek wpadła w oko ich synowi. Wręcz przeciwnie, rozmawiano z nią, słuchano tego, co ma do powiedzenia, otaczano dyskretną uwagą należną raczej gościowi o znacznie wyższej pozycji. W samochodzie, gdy zostawiali za sobą gościnną rezydencję, zapytała go wprost, dlaczego odrzucił zaproszenie.

– Co za wspaniali ludzie – dodała, a w jej głosie mimowolnie zabrzmiało rozżalenie. – Na twoim miejscu wcale nie chciałoby mi się wyjeżdżać.

– Masz rację – warknął. – Nie jesteś na moim miejscu.

Temat się urwał i aż do samego campusu nie zamienili słowa. Poczuła się dotknięta tą niczym nieuzasadnioną agresją i przez cały następny dzień starała się go unikać, nie odpowiadała na telefony, ignorowała zaczepki na stołówce.

Rano, kiedy obudziła się w swoim pokoju, zobaczyła go siedzącego z książką na fotelu.

– Nie złość się na mnie – powiedział cichym, przepraszającym tonem. – Wizyty u rodziców wyprowadzają mnie z równowagi.

– Dlaczego? – Zaintrygował ją, więc odłożyła na bok dąsy.

– Wiesz, że kota czasem można zagłaskać na śmierć. – I najwyraźniej skończywszy temat, wsunął się obok niej pod kołdrę. – Obiecaj mi, że nigdy więcej się na mnie nie zezłościsz.

Pod wpływem dotyku jego ciepłych dłoni obiecałaby mu to i tysiąc innych rzeczy. Znaczenie jego słów dotarło do niej dużo, dużo później, gdy byli już szczęśliwym młodym małżeństwem. Ślub był bajką zaplanowaną i zorganizowaną przez teściową – jej własną bajką, w której Vic nie miała nic do powiedzenia. Podobnie jak podróż poślubna…

– Ależ moi kochani – Jane założyła swój serdeczny uśmiech – do Francji pojedziecie podczas wakacji, wtedy będzie czas na zwiedzanie. Miesiąc miodowy w zatłoczonym Paryżu? Już wam zarezerwowałam domek na Hawajach – zwróciła się do Vic. – Nic tak nie działa na kobiety jak szmaragdowa toń oceanu, rozjarzone gwiazdy, zapach kwiatów i obecność męża u boku. Zobaczysz, będą to najszczęśliwsze chwile w twoim – poprawiła się – w waszym życiu.

I rzeczywiście były. Podczas obowiązkowych raportów składanych każdego wieczoru przez telefon często mówiła Jane o swojej wdzięczności za ten wspaniały pomysł. Słysząc to, Robert ironicznie rzucał:

– Tylko tak dalej, dziewczyno.

Tymczasem ona szczerze była zachwycona dwoma tygodniami na Maui i uznała, że sierpniowy pobyt w Paryżu na pewno nie przysporzyłby im tylu wrażeń. Po powrocie Jane i Marc przywitali ich na lotnisku. Dumny jak paw teść wręczył im klucze do kupionego w prezencie domu.

– Będziesz tam szczęśliwa – powiedziała Jane. – Zrobiłam wszystko, aby uwić wam wspaniałe gniazdko.

Jednak tym razem jej przepowiednia się nie sprawdziła.

W drodze do nowego domu dowiedziała się, że ojciec Roberta załatwił jej staż w renomowanej klinice, więc znów poczuła tę dozgonną wdzięczność, która powoli zatruwała jej małżeństwo.

Od tej pory w każdym punkcie, w każdym miejscu czuła ich opiekę i dyskretny nadzór. Kieliszki – wybrane przez Jane, zastawa stołowa – skompletowana przez Jane, dekorator – polecony przez Jane. Teściowa niemal zamieszkała razem z nimi i nawet gdy fizycznie była nieobecna, to w całym domu czuć było jej rękę i wolę. W końcu Vic poskarżyła się Robertowi, że jego matka wtrąca się we wszystko.

– Sama ją do nas zaprosiłaś – usłyszała odpowiedź męża.

W pracy osaczali ją sami dobrzy i bardzo dobrzy znajomi teściów. Myślała – do pewnego momentu – że pacjenci są odporni na koneksje rodziny Roberta. Aż zorientowała się, że zlecano jej opiekę tylko nad prostymi przypadkami. Tak na wszelki wypadek, aby nic nie zepsuło znakomitej renomy synowej Jane i Marca.

To nie teściowie jednak doprowadzili do kryzysu w jej związku, oni byli tylko katalizatorem, dzięki któremu uwolniła się w końcu z tego na wskroś chorego układu. Trwało to dość długo, jej sen na jawie śnił się bez cienia jakiejkolwiek skazy przez prawie dwa lata.

Czasem żeby człowiek przejrzał na oczy, musi nieźle oberwać. Ona dostała swoją porcję ciosów równocześnie z czterech stron. Po pierwsze dowiedziała się, że jest w ciąży, po drugie została zwolniona z pracy po koszmarnej rozmowie z dyrektorem kliniki, który najpierw wyściskał ją serdecznie, gratulując przyszłego szczęścia, po czym bez ogródek dodał:

– W związku z zaistniałą sytuacją rozmawiałem przedwczoraj długo z pani teściami i doszliśmy wspólnie do wniosku, że powinna pani zawiesić staż na okres ciąży i opieki nad dzieckiem. Jak sądzę, rozumie pani moje intencje i wie, że to najlepsze wyjście.

– Dla kogo, panie ordynatorze, jest to najlepsze wyjście?

Czuła, jak powoli, nieuchronnie ogarnia ją furia.

– Oczywiście dla pani i dziecka, które od teraz powinno być absolutnie w centrum naszej troski. Ma pani do swojej dyspozycji wszystkich lekarzy, a zgodnie z ustaleniami będzie pani rodzić u nas, pod opieką najlepszych specjalistów, których osobiście sprowadzę.

– Z tego, co wiem – ze wszystkich sił starała się nie krzyczeć – jestem dopiero w czwartym tygodniu, mogłabym pracować jeszcze przez pół roku bez szkody dla dziecka.

Fałszywy uśmiech spełzł mu z twarzy.

– Myślałem, że jest pani rozsądniejsza. – Wstał, chcąc zakończyć dyskusję. – Dobro dziecka jest najważniejsze, a praca przy chorych mogłaby je narazić na kontakt z niepotrzebnym ryzykiem.

Zignorowała jawną prowokację, bo nie zamierzała puścić mu tego płazem.

– Wizyta w sklepie, rozmowa z zakatarzonym sąsiadem także jest narażeniem na niebezpieczeństwo, jednak z tego powodu nikt nie każe ciężarnym zamykać się w domu ani nie wysyła ich na przymusowy urlop.

– Proszę zrozumieć, że pani obecność w szpitalu nie jest uzasadniona. Oferuję możliwość odejścia albo za obopólną zgodą, dzięki której zachowa pani możliwość podjęcia stażu ponownie, albo zmusi mnie pani do rozwiązania naszej umowy ze skutkiem natychmiastowym. Drugą opcję szczerze odradzam, ponieważ nie będzie pani miała możliwości powrotu, a szanse zatrudnienia w innej placówce bez odpowiedniej rekomendacji mogą okazać się znikome.

– I zwalnia mnie pan, bo jestem w ciąży?

Mówiła spokojnie, ale w środku się w niej gotowało.

– Absolutnie nie. – Zauważyła, nie bez satysfakcji, że lekko pobladł. – Zwolnię panią, ponieważ mamy redukcję etatów, a do tej pory nie dała się pani poznać jako odpowiednia osoba na samodzielne stanowisko w naszej klinice.

– Czyli zwolni mnie pan, ponieważ nie jestem dość dobrym lekarzem?

Zawahał się, zaczął dobierać słowa ostrożnie i powoli.

– Starałbym się unikać tak ostrych sformułowań. My, jako placówka naukowa o światowej renomie, szukamy wyjątkowych lekarzy, z dorobkiem naukowym o odpowiednim prestiżu w środowisku, a pani, mimo pomocy z naszej strony, do tej pory nie potwierdziła swoich predyspozycji do pracy w tak znaczącym ośrodku. Jest pani dobrym lekarzem, ale dla nas to trochę za mało.

– I oczywiście tak sformułowany zarzut nie ma nic wspólnego z pańską rozmową z Markiem i Jane?

– Proszę mnie nie obrażać.

Nagle odechciało jej się dalszej jałowej dyskusji. Wstała, podeszła do niego i patrząc mu prosto w oczy, zimno powiedziała:

– Nie wiem, czym pana kupili. Ale żądam, żeby mnie pan zwolnił. Nie mam zamiaru pracować w renomowanej placówce, którą kieruje kurwa, nie lekarz.

Wyszła, ostatkiem sił powstrzymując się, żeby nie trzasnąć drzwiami.

Na jej oddziale już wszyscy wiedzieli. Nieszczere wyrazy żalu, drobny pożegnalny prezent i zapewnienia o dozgonnej sympatii były tak fałszywe, że wyszła stamtąd pełna głębokiego niesmaku do siebie i całego świata.

Wróciła do domu, oczekując, że Robert poprze jej stanowisko. Tymczasem on wściekł się, że w ogóle myślała o dalszej pracy w szpitalu.

Po tej pierwszej poważnej awanturze między nimi coś się zepsuło, Robert częściej zaczął dzwonić do rodziców, a z zasłyszanych fragmentów domyśliła się, o czym rozmawiają.

– Nieodpowiedzialna… Rozumiem waszą decyzję i ją popieram… reakcje histeryczne…

Trzecim ciosem była niespodziewana wizyta jej brata. Pewnego dnia Patryk zadzwonił, wyrywając ją z pogłębiającej się depresji, i poprosił o spotkanie. Uradowana z powodu niespodziewanego odnowienia kontaktu z dawno niewidzianym bratem i nieco zaniepokojona oficjalnym brzmieniem zaproszenia ubrała się szybko, zbyła czymś zbyt ciekawską pokojówkę – oczywiście poleconą przez Jane – i pojechała na spotkanie.

Wyszła z niego po dwóch godzinach na obcy i nieprzyjazny świat, który jak po równi pochyłej osuwał się w nicość.

Patryk opowiedział o wydarzeniach przed ślubem, przyczynach, dla których nikt z rodziny nie brał udziału w tych najszczęśliwszych dla niej chwilach. Powiedział również, że zmusił się do tej rozmowy wbrew opinii matki. Przyjechał specjalnie, żeby ją ostrzec.

– Dlaczego dopiero teraz? – jęknęła. Była jednocześnie wściekła i rozżalona. – Gdybym wiedziała wcześniej…

– Nie wyszłabyś za niego? – odpowiedział z przekąsem. – Nie żartuj, byłaś śmiertelnie zakochana, świata poza nim nie widziałaś. My natomiast byliśmy przekonani o tym, że wiesz o wszystkim. Przynajmniej tak nam powiedziano.

– Dlatego nie byliście na ślubie!?

– Ty naprawdę nie znasz tych ludzi. – Pokiwał głową, jakby litował się nad jej naiwnością. – Sądzisz, że z nimi jest wszystko w porządku?

Czuła to od dawna. Podskórnie zdawała sobie sprawę z tego, że nic nie było w porządku, i ta rozmowa, która otworzyła jej oczy, utwierdziła ją tylko w tym przekonaniu.

Do jej rodziców pofatygowali się całą trójką. Przedstawili swój punkt widzenia i zostawili rozszlochaną matkę, wściekłą siostrę i śmiertelnie obrażonego ojca.

Podczas rozmowy bardzo grzecznie zasugerowali, że ona – ambitna, wspaniale zapowiadająca się lekarka – nie powinna być przez całe życie spętana dorastaniem w patologicznej rodzinie. Oni, którzy stanowili mroczny rozdział w jej młodości, powinni teraz stanąć na wysokości zadania i zerwać wszelkie kontakty.

– Zapewne ucieszy was, że dla Vic po ślubie otworzy się wielki świat. Ale musimy zastrzec – dodał milczący do tej pory Marc – że z tytułu przyjęcia do rodziny waszego dziecka nie zamierzamy w żadnym stopniu spełniać państwa zachcianek finansowych. Dodatkowo stanowczo zabronimy Victorii tracenia naszych środków na poprawę waszej sytuacji materialnej. Po tym piekle, które jej zgotowaliście w przeszłości, jesteście jej winni zadośćuczynienie, a to nie będzie możliwe, jeśli będziecie stać u naszego progu z wyciągniętymi rękoma.

– Ona ma zbyt dobre serce, a przy tym jest niebywale wręcz naiwna – powiedział jej przyszły małżonek. – Daje się łatwo wykorzystywać ludziom, którzy nigdy niczego dla niej nie zrobili i nie zrobią. Teraz my jesteśmy jej prawdziwą rodziną i postaramy się naprawić krzywdy, których doznała w tym domu.

Dlatego – pomyślała Vic z bólem rozrywającym serce – mimo ponawianych próśb nikt z rodziny nie przyjechał na ślub. Po takim zaproszeniu trudno się dziwić.

Wróciła do domu w ponurym nastroju, nie miała zamiaru rozmawiać z Robertem o tym, czego się dowiedziała, gdyż intuicyjnie czuła, że nic dobrego z tego nie wyniknie.

Jej mąż od kilku tygodni był nieustająco poirytowany i zwracał się do niej w tonie niemalże oficjalnym:

– Zejdziesz na obiad?

A kiedy słyszał odpowiedź odmowną, na głos komentował:

– Fanaberie ciężarnej.

Teściowie wpadali co dwa dni, racząc ją niekończącą się listą dobrych rad i wskazówek, do których musiała się stosować. Była niczym ptak uwięziony w złotej klatce. Co z tego, że klatka miała rozmiary hangaru, marmurowe schody i olśniewające elegancją wnętrza, skoro i tak była więzieniem. A Vic nie czuła się na tyle silna, by się z niego wyrwać.

Stres odbił się na jej zdrowiu i na trzy miesiące wylądowała w szpitalu.

Narodziny Kat były największym szczęściem, jakie ją spotkało. Nie mogła oderwać oczu od małej drobinki, która zagościła w jej życiu. Od początku nieprzytomnie zakochała się w córce, a każda sekunda rozłąki była dla niej prawdziwą katuszą.

Wtedy do akcji wkroczyła niezastąpiona Jane. Tuż po porodzie wysłała ją do psychologa.

– Na wszelki wypadek. – Była miła, zbyt miła. – Gdybyś miała, jak wszystkie kobiety, dostać depresji poporodowej. Sama przez nią przechodziłam, ale wtedy nikt nie podał mi pomocnej dłoni.

Opierała się krótko i, bardziej dla świętego spokoju niż z przekonania, zaczęła chodzić na spotkania. Rzeczywiście, trafiła na wspaniałą terapeutkę, która krok po kroku wydobywała z niej prawdę o walącym się w gruzy związku, nadopiekuńczych teściach, prześladujących ją nachalną obecnością i ingerencjami w każdy wybór i decyzję. A także o tym, jak wstrząsnęła nią utrata pracy.

Kiedy siedząc wygodnie w fotelu, spojrzała na swoje obecne życie, odkryła z przerażeniem, że jest kompletnie sama. Terapeutka zastępowała jej przyjaciółki, których nigdy zresztą nie miała, i rodzinę, która zerwała z nią kontakty. Cotygodniowe wizyty stały się zbawienną odskocznią, dzięki nim w końcu, mimo protestów męża, zaczęła szukać pracy.

Tak trafiła do szpitala, tym razem publicznego, gdzie nikt nie zwracał uwagi na jej koneksje. W tłumie stażystów była traktowana na równi ze wszystkimi, obrażana z byle powodu i wyzyskiwana do nieprzytomności. Wracając do domu po czterdziestoośmiogodzinnym dyżurze, chciała tylko przywitać się z córeczką i od razu położyć się spać. Decyzja o podjęciu pracy była o tyle łatwiejsza, że roczna Kat, zgodnie z panującą modą, była otoczona opieką niani, nauczyciela języków oraz osobistej pani od zabaw i spacerów. W natłoku codziennych zajęć dziewczynka nauczyła się zupełnie ignorować nieobecność matki. I to bolało bardziej niż wszystko inne.

Bardziej nawet niż cios czwarty – zdrada Roberta.

Okazało się, że w ich małżeństwie działo się jeszcze gorzej, niż myślała. Nieustanne szykany wiodły prym nad drobnymi złośliwościami i wybuchami gniewu.

– Jesteś kompletnie niezorganizowana – mówił, gdy spotykali się w przelocie. – Zostawiłaś rano filiżankę po kawie, ile razy mam ci tłumaczyć, że sprzątaczka nie jest twoją niewolnicą i należy jej się trochę szacunku. Człowiek na poziomie sprząta po sobie. Przykre, że dopiero ja muszę cię tego uczyć.

I odchodził od stolika, na którym zostawiał szklanki po whisky.

– Wyglądasz okropnie. – Rzucał krzywy uśmiech sponad gazety, kiedy wracała z dyżuru, ledwie trzymając się na nogach. – Mam nadzieję, że nie idziesz w takim stanie do Kat? Niepotrzebnie ją wystraszysz.

Wersja wściekła:

– Co ty sobie wyobrażasz?!! Chcesz mi powiedzieć, że zamiast jechać do moich rodziców, wolisz iść do tego przeklętego szpitala, w którym nie zarabiasz nawet na porządne perfumy? Za kogo ty się uważasz? Ach, byłbym zapomniał, pewnie wolisz sprzątać brudy po pacjentach, niż spędzić ze mną dzień!

Albo:

– Nie umiesz wychować dziecka, dlatego muszą się nią zajmować obcy.

Wybiórczo zapominał o tym, że to Jane zorganizowała cały zastęp ludzi do opieki nad Kat, tłumacząc Vic, jak ważne są pierwsze lata dziecka, w których rozwijają się wszystkie uzdolnienia i umiejętności. A ona w tej kwestii skapitulowała dopiero na wyraźne żądanie męża.

W nagrodę usłyszała:

– Gdyby nie ja, Kat w ogóle nie wiedziałaby, że ma matkę. Do tego doprowadziłaś swoim egoizmem, bo tylko to, czego ty pragniesz, jest ważne. Ważniejsze niż dobro naszej córki. Skoro wolisz pracować, po co w ogóle zdecydowałaś się na dziecko?

Nieprzerwany potok inwektyw uodpornił ją na tyle, że starała się nie zwracać na niego uwagi. Robert był niczym zły pies, którego należy omijać szerokim łukiem, bo gryzie za każdym razem, gdy się koło niego przechodzi. Równocześnie była tak zmęczona i otępiała, że bez protestów trwała w tym związku, starając się po prostu przetrwać kolejny dzień.

Czarę goryczy przelała plotka, która stała się w końcu oficjalnym newsem, że jej mąż miał kochankę. A na procesie okazało się, że ową tajemniczą flamą była osobista terapeutka Vic. To podobno dzięki pani psycholog Robert zaprzestał skandalicznych romansów, o których oczywiście Vic nie miała pojęcia.

Kiedy dowiedziała się o zdradzie, rozżalona i wściekła pojechała porozmawiać z jego rodzicami.

– A czego, na litość boską, się spodziewałaś? – Życzliwa Jane ostudziła jej emocje. – Niech się wyszaleje. Ma przecież ciebie i dziecko, nie zostawi was dla przypadkowej kobiety. Mężczyźni w naszej rodzinie nie porzucają swoich żon tylko dlatego, że jakaś sprytniejsza lub młodsza laleczka im dogodzi. Ten romans szybko się skończy, a on wróci skruszony. Poza tym część winy leży także po twojej stronie. Najpierw ciąża, długi pobyt w szpitalu, później opieka nad Kat, a teraz praca. Czy ty choć raz pomyślałaś, jaki czuł się samotny? Jego potrzeby zeszły na drugi plan, więc nie dziw się, że znalazł sobie kogoś, kto go wysłuchał, pocieszył i zapewnił ciepło, którego ty, zajęta pracą, dla niego nie znalazłaś.

Po tych słowach Vic poczuła się winna.

Pomyślała, że może jest w tym ziarno prawdy. Faktycznie, oddaliliśmy się od siebie i pewnie stało się to za obopólnym przyzwoleniem.

Chciała ratować ten związek, przede wszystkim dlatego, żeby zapewnić Kat prawdziwą rodzinę. Rozmowa z Robertem, co do której miała głupią nadzieję, że przebiegnie w sposób cywilizowany, obdarła ją z resztek złudzeń.

Pomyliła się bardzo. Tak bardzo, jak w ogóle myliła się w stosunku do niego i jego rodziny. Utrata złudzeń bezlitośnie obnażyła klęskę, którą były wspólnie spędzone lata.

Zaraz po powrocie od teściów spotkała go w salonie. Siedział na kanapie i czytał gazetę. Na jej widok złożył starannie czasopismo i odłożył na stolik.

– Wiem… – zaczęła, ale nie pozwolił jej dokończyć.

– Ty cholerna idiotko – wysyczał. – Po co tam pojechałaś? Sądziłaś, że nastawisz ich przeciwko mnie? Wielka pani Nikt z prowincji Nigdzie. Zero z ambicjami?

Słysząc te słowa i sączącą się z nich wściekłość, chciała uciec na piętro i przeczekać, aż minie mu atak furii. Nie zdążyła.

Poderwał się z kanapy i stanął między nią a drzwiami.

– Dałem ci wszystko. Moje znajomości pomogły ci skończyć studia, miałaś piękny dom, pozycję i pieniądze. – Mocny cios w brzuch nastąpił, kiedy najmniej się tego spodziewała. – Musiałaś się na to wypiąć jak zwykła wywłoka! Musiałaś wszystko popsuć!

Popatrzył na nią zimno. To już nie był jej Robert, lecz jakiś obcy, szalony człowiek, który chciał ją skrzywdzić. Przez łzy zawodu z przerażeniem spostrzegła jego nienaturalny uśmiech.

– Chciałem tylko odrobiny wdzięczności za wszystko, co ci dałem, a ty próbujesz przeciwko mnie nastawić rodzinę. Nie chciałem słuchać, gdy matka mówiła, czym kończy się wpuszczanie do domu hołoty.

Zamyślił się, patrząc niewidzącym wzrokiem w przestrzeń.

Stała przed nim, nie zwracając uwagi na strumień łez ściekający z jej policzków. Płakała nie tyle z fizycznego bólu, ile upokorzenia i złości. Mogła w każdej chwili skończyć tę zabawę, ale do tego potrzebne były siły, których jej zabrakło.

– Miałaś być inna – kontynuował. – Inna od tych wszystkich lafirynd. Uczciwa. Czysta. Takiej kobiety szukałem. Nie roześmianej dziwki. Miałaś być moja. Tylko moja. Ale ty ciągle nie miałaś dosyć. Załatwiliśmy ci staż, który porzuciłaś, chciałaś dziecko, to ci je dałem, sądząc, że przynajmniej tym się zajmiesz, jednak ciągle ci było mało. Porzuciłaś swojego bachora, żeby się puszczać w jakimś podrzędnym szpitalu. – Głos mu się podniósł niemal do pisku. – Myślisz, że o tym nie wiem? Przychodziłaś po dwóch dniach śmierdząca rują i obrażałaś mnie, posądzając o naiwność. Wiem, jakie były te twoje dyżury. Nikt normalny, mając takie warunki, nie pracowałby za tak śmieszne pieniądze. Ilu czekało na moją żonę, żeby ochoczo rozłożyła przed nimi nogi? Dlatego nie podobało ci się w klinice, bo tam z szacunku dla mojego nazwiska nikt nie chciał cię przelecieć. A teraz możesz to robić na oczach i za przyzwoleniem wszystkich.

Łzy wyschły i była całkowicie pewna, że ma dosyć. Na zawsze. Odepchnęła go mocno sprzed drzwi i wyszła z domu. Obolałe oczy drażniło słońce, które jak gdyby nigdy nic świeciło jasno nad koronami drzew.

Świat się nie skończył – jeszcze. Wsiadła do samochodu i pojechała przed siebie. Była kompletnie świadoma i pewna tego, co robi. Tak, jak była pewna, że podczas zajścia nikogo nie było w domu, że bił ją w taki sposób, aby nie zostawić śladów. Być może nawet to elegancka Jane zażądała, żeby z nią porozmawiał i nie dopuścił do skandalu. Chociaż w jednym punkcie się pomylił.

Szkoła życia, jaką odebrała w dzieciństwie, okazała się w tej chwili bezcenna. Dzięki niej nie była przerażoną światem idiotką, ale silną i dumną kobietą.

Odwaga popchnęła ją wtedy na drogę opanowania i dała wewnętrzną pewność, że decyzja, którą podjęła, jest ostateczna i nieodwracalna.

W przebłysku zrozumienia dostrzegła u Roberta cechy psychopaty. Uwikłał ją w starannie utkaną sieć, pozbawił rodziny, znajomych – uzależnił od siebie, aby kompletnie nad nią zapanować. Najgorsza z możliwych zależności – pan i władca oraz bezwarunkowo podległa, ubezwłasnowolniona kobieta. Marionetka, zabawka dla jego pokręconego umysłu.

Wiedziała doskonale, że na pierwszym akcie agresji się nie skończy. Kiedy wróci skruszona do domu, rozpęta się prawdziwe piekło. Z drżeniem będzie oczekiwała dnia, w którym pokojówka dostanie wolne, ogrodnik nie przyjdzie do pracy, a Kat pojedzie do dziadków.

Wtedy zacznie się zabawa, bo jej oprawca z niecierpliwością będzie czekał, żeby zacząć od początku swoją chorą piosenkę. Jeśli wróci i da mu na to przyzwolenie, otwarta dłoń zamieni się w pięść, pięść w każdy przedmiot znaleziony pod ręką, aż pewnego dnia być może ją zabije.

Znacznie gorsza jednak od śmierci fizycznej byłaby w tej sytuacji śmierć psychiczna. Zabijałby w niej systematycznie wszystko, czym była, sprowadzając w końcu do roli worka treningowego.

Nie bała się jechać w nieznane, nie bała się biedy zamiast życia w marmurowym pałacu, w którym od początku się dusiła. Strach ściskający ją za gardło miał twarz Kat. Twarz niewinnego dziecka, które znalazło się na linii frontu.

Te obawy okazały się całkowicie uzasadnione.

Nie miała dokąd pójść. Chociaż Robert zablokował jej karty kredytowe, to właśnie wtedy okazało się, że jest otoczona ludźmi, którzy pragną pomagać bezinteresownie i bez oglądania się na konsekwencje. Dzięki wstawiennictwu pielęgniarki z oddziału wynajęła niedrogie mieszkanie. Ordynator, który zobaczył ją na drugi dzień, kiedy pojawiła się w pracy – spokojna tym niezwykłym opanowaniem człowieka niemającego już nic do stracenia – porozmawiał z nią życzliwie i szczerze, a później wcisnął wizytówkę znajomego prawnika.

Dostała płatny urlop, wyrzuciła telefon i rozpoczęła batalię o córkę.

ROZDZIAŁ II

Nie mogła zasnąć pozbawiona przyjaznego ciepła i cichego sennego pochrapywania Kat. Do północy przewracała się z boku na bok, szukając pomocy w cichym liczeniu baranów, a kiedy w końcu wstała, aby przynieść sobie szklankę wody, sen czmychnął bezpowrotnie.

Usiadła w wielkim fotelu pod oknem, z którego roztaczał się widok na otuloną ciemnościami dolinę, z rzadka rozjarzoną kilkoma niewielkimi ognikami świateł.

I wtedy wróciły niechciane wspomnienia, które zatruwały ją swoim jadem przez ostatnie lata.

W trakcie korowodów prawnych tak bardzo potrzebowała otuchy i dobrego słowa, że wygospodarowała czas, aby odwiedzić rodziców. Miała nadzieję znaleźć w nich oparcie, przeprosić za wszystko, co się stało. Mimo starań rany zadane przez Jane i Roberta zostawiły blizny na wzajemnych stosunkach rodzinnych. Siostra, którą Vic praktycznie wychowała, w ogóle nie chciała z nią utrzymywać kontaktu.

W tym czasie zakończyła wreszcie staż, zyskała prawo do wykonywania zawodu, z odszkodowania spłaciła obu adwokatów i postanowiła natychmiast zmienić klimat, okolicę oraz swoje życie.

Tak właśnie znalazła to niezwykłe miejsce.

Za oknem pojawiły się pierwsze przebłyski nadchodzącego świtu.

Wstaje nowy dzień. Nic nie może być gorsze od tego, co zostawiłam za sobą – pomyślała, przeciągając się w cudownie wygodnym fotelu.

Nie mogła się bardziej pomylić.

Przez kilka dni porządkowała dom, układała starannie zbiory na półkach, a pozostały czas poświęcała Kat.

Dla małej dziewczynki odkrywanie tajemnic nowej siedziby było niekończącą się zabawą. Zaglądała we wszystkie zakamarki, starała się być bardzo pomocna, robiąc przy tym mnóstwo zamieszania. Każda praca nudziła ją szybko, bo obok było jeszcze tysiące rzeczy do odkrycia, więc upilnowanie jej było sztuką samą w sobie.

Vic dostała sądowe pozwolenie na zabranie z rezydencji osobistych rzeczy, prezentów, ubrań i wszystkich drobiazgów nagromadzonych przez lata. Gdy pod nadzorem Jane i prawnika weszła do swojego starego domu, przeraziło ją, jak bardzo nie był już jej.

Otwierała szafy i oglądała sukienki, w których niegdyś chodziła, bo Robert lub Jane uważali, że dobrze w nich wygląda. Dziś nie włożyłaby ich za żadną cenę. Nie pasowały do niej tak samo jak biżuteria i inne otrzymane kosztowności. Z tamtego domu zabrała jedynie swoje książki, kolekcję płyt i ponad dwadzieścia ogromnych pudeł z rzeczami Kat. Bez żalu zostawiła diamentowy pierścionek, robione na zamówienie perfumy i eleganckie futra. Zanim opuściła na zawsze dawne więzienie – odprowadzana zdziwionym spojrzeniem prawnika i pogardliwym wzrokiem teściowej – mimo protestów zabrała jedyną kosztowną rzecz, która nie była jej własnością: ogromny portret jej małej córeczki uwiecznionej przez pewnego znanego malarza. I to było wszystko. Miejsce dla niego znalazła nad kominkiem, gdzie idealnie pasował zarówno kształtem, jak i ciepłą kolorystyką.

Obie zmęczone rozgardiaszem usiadły na kanapie z ogromnymi kubkami gorącego kakao w dłoniach.

Przeprowadzka dobiegła końca. Tom, niczym dobry duch, zadbał o wszystko. W kuchni oprócz koniecznych sprzętów znalazła prostą i funkcjonalną zastawę stołową, sztućce, a nawet zapas worków na śmieci. Nie musiała się o nic martwić, szczęśliwa jak nigdy dotąd zapadła w błogostan, przytulając swój mały skarb.

Następnego dnia czekała ją wizyta w gabinecie doktora Benjamina Kenta, po którym, zgodnie z umową, miała przejąć praktykę. Podczas pierwszego spotkania nie zrobił na niej pozytywnego wrażenia – wysoki i szpakowaty, za bardzo sposobem bycia i wyglądem przypominał byłego teścia. Od razu potraktował ją z góry.

– Nie sądziłem – powiedział, taksując ją krytycznie – że jest pani taka młoda. Ile pani ma właściwie lat?

Uznała to pytanie za wielce nietaktowne, więc uśmiechnęła się nieco sztucznie.

– Jestem starsza, niż na to wyglądam – powiedziała – lecz widocznie młodsza niż obowiązujące tu standardy.

Roześmiał się, miał przyjemny, niski tembr głosu.

– I zdecydowanie bardziej pyskata. – Podniósł się z fotela. – Widzę, że wspaniale da sobie pani radę.

Doktor Kent odchodził na zasłużoną emeryturę i miał zamiar przeprowadzić się do Kalifornii.

– Na stare lata – powiedział, puszczając do niej oko – to, co oferują słoneczne plaże, jest potrzebne, aby się przekonać, czy się jeszcze żyje.

Zostawiał jej swój gabinet i pacjentów.

– Nie licz tu na ciekawe przypadki. Miejscowi nie chorują za często, czasem trafi się angina, czasem jakiś atak reumatyczny. Nic, co przydałoby się do pracy naukowej. Gorzej, kiedy zjeżdżają turyści, nie można się wtedy opędzić od pacjentów. Złamania, rany kłute i zatrucia są na porządku dziennym. Zawsze mnie zastanawiało, jak się to dzieje i co ci ludzie robią, że od rana do wieczora kłębi się u mnie nieopisany tłum. Pracy ci przez letnie miesiące nie zabraknie, to pewne.

Podpisała z nim wyjątkowo korzystną umowę, na której mocy przez pięć lat będzie spłacać raty za gabinet, określone wysokością dochodów.

– Zdobędę w ten sposób dodatkowy grosz do emerytury. – Uśmiechnął się ciepło. – A ty pewnie jesteś spłukana po tylu zakupach.

Niestety, była to okrutna prawda, na koncie zostało jej tylko tyle, żeby przetrwać do pierwszej wypłaty. Pieniędzy, które dostawała Kat z alimentów, a były to spore sumy, postanowiła nie ruszać, dopóki mała nie stanie się na tyle dorosła, żeby sama nimi dysponować. Dzięki tej decyzji czuła się całkowicie uwolniona ze szponów rodziny Roberta. Nie zawdzięczała im nic i chciała, aby tak pozostało.

Do opieki nad Kat nieoceniony Tom polecił dawną znajomą, która od razu zjednała sobie ich sympatię. Była to niezwykle ujmująca kobieta. Notabene wychowała prawie cały młody narybek w miasteczku. Sama miała trójkę dzieci, więc wszystko przekładała na własne doświadczenia.

– Nie będę kłaść jej po południu – odparła zaraz po otrzymaniu konkretnych wskazówek – dziecko odkrywa nowy dom i okolicę. Pani by na jej miejscu zasnęła? Kiedy będzie zmęczona, zauważę, ale proszę mnie nie zmuszać do przestrzegania rygorystycznie określonych godzin.

Vic bez słowa skapitulowała i od razu polubiła rozgarniętą rumianą Mary, jak zaczęła ją w myślach nazywać.

Jednak najważniejsza okazała się aprobata Kat, która z radością powitała nową opiekunkę.

– Tu jesteś, urwisie – przywitała ją Mary z promiennym uśmiechem. – Pewnie chcesz mnie oprowadzić po domu?

Onieśmielona Kat wyłoniła się zza nóg mamy, uśmiechnęła ufnie i podała Mary rękę.

Vic spadł kamień z serca. Na ile było to możliwe, organizowała sobie powoli życie, miała dom, pomoc do dziecka i pracę.

O poranku wyszła z domu podniecona i nieco zdenerwowana. Zapowiadał się dobry dzień. Tarcza słoneczna wychylała się znad drzew, w powietrzu trwał rześki zapach sosen i panował przyjemny chłodek wrześniowego poranka, który zwiastował krystaliczne przedpołudnie.

Mary i Kat, trzymając się za ręce, pomachały do niej z werandy.

Vic nie mogła się oprzeć głupiej zachciance i zamiast jechać samochodem, poszła pieszo. Na zakręcie spojrzała jeszcze raz na piękny dom tonący wśród drzew i ruszyła przed siebie, ciesząc się świeżością dnia oraz cudownym uczuciem wolności, które wręcz rozrywało serce.

Dookoła panowała cisza, przerywana tylko z dala niosącym się śpiewem ptaków. Długi łuk drogi opadał łagodnie w stronę, skąd rozpościerał się widok na całe miasteczko.

Jezdnia prowadziła zboczem, co rusz to się oddalając, to przybliżając do dwóch ogromnych czarnych sosen stojących u wylotu szerokiego parkingu. Tu przebiegała granica lasu, który musiał ustąpić miejsca rozłożonym na płaskim terenie domom. Stojące obok siebie, białe i zadbane tworzyły bardziej promenadę niż ulicę.

Subtelny zapach kwiatów przypominał jej wieczory na Hawajach, ale pospiesznie odrzuciła to skojarzenie.

Uliczka zawiodła ją na szeroki plac. Jego centralny punkt stanowił rozciągnięty owal, na którym wśród niskich krzewów i starannie utrzymanych kwiatowych klombów górowała wyjątkowo nieudana rzeźba. Urody monumentu nie można się było dopatrzeć w topornie oddanych rysach ludzi, ich zamaszystych gestach i przedziwnych pozach. Jednak sam – jak go szumnie nazywano – park robił bardzo miłe wrażenie.

Drewniane ławeczki rozsiadły się przy wysypanych białym żwirem alejkach, a pięknie utrzymane róże oplatały cztery niewielkie pergole, które stanowiły wejście do wnętrza tej oazy ciszy i spokoju.

Skwer był otoczony przez rynek z poważnymi, przysadzistymi budynkami. Na wprost pomnika stał ratusz, którego dobudowane skrzydła symbolicznie obejmowały plac. Ta budowla w każdym innym miejscu raziłaby architektonicznym chaosem, ale tu wyglądała, jakby była na właściwym miejscu, nadając całości specyficzny styl.

Po lewej stronie mieściły się restauracja i pizzeria, obok było kilka sklepów oraz niewielka księgarnia. Wzdłuż pętli, którą wyznaczała droga, stała jeszcze ceglana biblioteka i sklep z rękodziełem.

Na prawo od ratusza i połączony z nim ścianą znajdował się biały parterowy budynek. Mieściły się w nim apteka i gabinet lekarski.

Przed gabinetem na krześle siedział doktor Benjamin Kent, ostentacyjnie wystawiając twarz na być może ostatnie w tym roku promienie letniego słońca.

– Witam szanowną koleżankę – powiedział na jej widok, osłaniając oczy dłonią. – Coś nie spieszyłaś się pierwszego dnia do pracy. To źle wróży na przyszłość.

– Sądząc po liczbie oczekujących pacjentów, mogłabym spokojnie obejść całe New Hampshire. – Uśmiechnęła się do niego promiennie.

– Pozory mylą. Cały wczorajszy dzień zastanawiałem się, jak umilić ci pierwszy dzień w pracy, i przygotowałem trochę dokumentów do przejrzenia. Poproś Eve, żeby zaparzyła mi kawę i wyniosła stolik. Jeśli będziesz miała jakieś pytania, wal jak w dym, bo nie zamierzam się stąd ruszyć przez następne kilka godzin. Robię grunt pod kalifornijską opaleniznę.

Vic otworzyła drzwi i weszła do sporej poczekalni pomalowanej wesołą słoneczną farbą. Za lśniącym kontuarem siedziała, zacięcie tłukąc w klawisze komputera, recepcjonistka Eve, którą odziedziczyła wraz z gabinetem. Była to dość młoda, na oko trzydziestoletnia, pielęgniarka, a ponieważ nie dzieliła ich zbyt duża różnica wieku, od razu przypadły sobie do serca.

– Bardzo marudził? – spytała Eve, podbródkiem wskazując zamknięte drzwi.

– Niespecjalnie, chce, żebyś mu zrobiła kawy i wyniosła razem ze stolikiem. Okopał się tam i zamierza spędzić popołudnie, łapiąc opaleniznę.

Dziewczyna westchnęła z udawanym żalem.

– Rażąca niesprawiedliwość – powiedziała. – Napiszę skargę do związku, bo każe mi usługiwać poza miejscem pracy.

Vic szybko rozgryzła ich wzajemną grę. Oboje się uwielbiali, a drobne złośliwości, naburmuszone miny i kąśliwe uwagi nigdy nie przeradzały się w poważniejsze kłótnie, jakby były czymś w rodzaju zaworu bezpieczeństwa. Kent nie zwracał się do niej inaczej niż „panno Eve”, lecz gdy zachodziła taka potrzeba, umiał usadzić jednym słowem niecierpliwego lub niegrzecznego pacjenta. Zdarzało się to jednak niezwykle rzadko, ponieważ znacznie częściej musiał przywoływać do porządku tych, którym młoda pielęgniarka wpadła w oko.

Ciemnowłosa, kształtna, o ładnych rysach mimowolnie prowokowała mężczyzn uśmiechem i swobodnym zachowaniem do zamiany formalnej rejestracji niemal we flirt. Doskonale wiedziała, jak grać kobiecymi atutami. Stonowane garsonki lekko uwypuklały apetyczne krągłości, a spódniczki sięgające powyżej kolana idealnie podkreślały zgrabne nogi. Wizerunku dopełniał dyskretny makijaż i skromnie upięte długie włosy. I choć krytykom jej twarz mogłaby wydawać się nieco zbyt krągła, jednak ładnie zarysowane kości policzkowe oraz wyjątkowo miły sposób bycia sprawiały, że prawie wszyscy byli pod jej urokiem.

Eve, świadoma czaru, jaki roztaczała, z premedytacją wykorzystywała go wobec doktora Kenta, pacjentów, a nawet Vic. Robiła to w tak rozbrajająco urokliwy sposób, że nawet surowy Kent wielokrotnie kapitulował na widok jej spojrzenia spod długich rzęs. Ona z kolei traktowała przełożonego z szacunkiem, ale bez służalczości, i umiała grzecznie, choć stanowczo przedstawić swoje zdanie. Najczęściej sięgała po subtelnie kąśliwe docinki, których była mistrzynią.

Razem stanowili zgrany zespół. Vic bardzo chciała popracować z nimi przez kilka miesięcy, aby wdrożyć się do nowych obowiązków spokojnie i bez pośpiechu. Niestety, plany doktora Kenta nie uwzględniły jej powolnej adaptacji, miał zamiar dokładnie za tydzień leżeć na plaży w Santa Monica i korzystać z życia do woli.

Oczywiście nie żartował, mówiąc o przygotowanym dla niej stosie dokumentów. W pudłach oznaczonych napisami „Ważne” i „Mniej ważne” znajdowały się skrupulatnie ułożone karty pacjentów wypisane drobnym, starannym pismem. Jak zapowiedział, nie lubił i nie używał komputera do prowadzenia dokumentacji, więc każda sporządzona odręcznie karta liczyła co najmniej kilkadziesiąt stron.

Vic zabrała się najpierw za pudło opisane „Ważne” i zaczęła przeglądać informacje o przewlekle chorych mieszkańcach. Nie miała żadnych uwag do samego przebiegu leczenia, podawanych leków ani sposobu diagnozowania. Doktor Kent był rzetelnym fachowcem o ogromnym doświadczeniu i wszechstronnej wiedzy.

Dopiero zapadająca powoli ciemność zmusiła Vic do wstania z fotela. Zapaliła światło i mimowolnie spojrzała na zegarek. Było już późno. Wyszła do poczekalni. Eve podniosła na nią wzrok.

– Ależ panią urządził – powiedziała z nieukrywanym współczuciem. – Co prawda doktor Kent prosił, żeby pani nie przeszkadzać, ale dochodzi szósta i chciałabym zapytać, czy będę jeszcze potrzebna?

– Możesz iść do domu, ja tu jeszcze chwilę posiedzę i skończę to, co zaczęłam, a jeśli jutro będzie tak samo, możesz wyjść znacznie wcześniej.

Asystentka wstała, obciągając krótki kremowy żakiecik, a dusza Vic westchnęła rozdzierająco. Zazdrościła kobietom takim jak Eve urody, swobodnego stylu bycia i odwagi, uważając się za ich dokładne przeciwieństwo.

Skażona trudnym dzieciństwem i dorastaniem narzuciła sobie dystans do świata i ludzi, tym bardziej że według własnej oceny nie miała nic ciekawego do powiedzenia ani zaoferowania.

O czym miała opowiadać podczas spotkań towarzyskich? O tym, jak z regularnością szwajcarskiego zegarka jej ojciec upijał się co sobota i urządzał karczemne awantury, a potem pasem próbował wychowywać dzieci? A może o tym, że od najmłodszych lat musiała zajmować się siostrą i bratem, bo matka bez reszty poświęciła się oglądaniu programów telewizyjnych ze szczególnym uwzględnieniem tych, które specjalizowały się w sprzedaży wysyłkowej?

Młodość i dzieciństwo zapamiętała jako ponury rozdział swojego życia. Na każdą nową rzecz musiała sobie zarobić, a wypominanie, ile wydają i jak nędznie żyją, stanowiło główny temat każdej rodzinnej rozmowy, przeradzającej się w końcu w mniejszą lub większą awanturę.

Koleżanki plotkowały o chłopakach, pierwszych randkach i skrytych pocałunkach; swobodne, beztroskie, miały barwne wspomnienia i radości – dla niej niedostępne. Czuła się wśród nich jak zakompleksiony Kopciuszek. Od czternastego roku życia rozwoziła pizzę, więc zaraz po szkole gnała do pracy, później biegiem do domu, aby nakarmić młodsze rodzeństwo, sprawdzić im lekcje, przygotować do szkoły, zrobić pranie i ogarnąć cały domowy chaos.

Nie miała czasu na to, żeby umawiać się z chłopcami, a czasem po prostu była tak zmęczona, że nawet nie zauważała ich zainteresowania. Byli dla niej odrębnym światem, który w żadnym punkcie nie był styczny z jej rzeczywistością.

Z całego serca nienawidziła swojego domu, nieustannych awantur i siebie – za to, że tak łatwo dała się zaprząc w kierat. Żałowała, że nie ma odwagi przeciwstawić się ojcu, potrząsnąć otępiałą matką albo chociaż raz zbuntować się i zostawić brudne naczynia w zlewie. Jeśli nawet źle się czuła, to przerośnięte poczucie odpowiedzialności i tak kazało jej posprzątać, wyrzucić śmieci, ugotować obiad oraz dopilnować niesfornego rodzeństwa. Przecież nie mogła o tym opowiadać, kiedy inni chwalili się swoimi podbojami, wyjazdami i całym tym szalonym życiem, którego ona nigdy nie zaznała.

Dom rodzinny okradł ją z młodości, rzucając na pastwę zbyt wczesnego dojrzewania i skaził charakter nieustannym zamartwianiem się, braniem odpowiedzialności za siebie i wszystkich dookoła. Czasem czuła się wśród rówieśników jak zmęczona życiem kobieta po przejściach. W końcu sama wychowała dwójkę dzieci, z wyróżnieniem ukończyła szkołę, zdobyła stypendium, załatwiła sobie pracę i spłaciła kredyt studencki. Krótkie, burzliwe małżeństwo tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że szczęście dziwnym zbiegiem okoliczności omija ją szerokim łukiem. Na wszystko, co dobre, musiała ciężko zapracować.

Niepewna siebie, pełna kompleksów i nieufna, robiła, co mogła, aby zniknąć; nie odpowiadała na zaczepki, nie ripostowała dwuznacznych żarcików, przekonana, że ich nadawcy pomylili obiekty lub są zwyczajnie uprzejmi. Taki subtelny akt litości wobec brzydkiego kaczątka. Z reguły nie wiedziała, jak wybrnąć z podobnych sytuacji, policzki pokrywał jej wtedy lekki rumieniec, który traktowała jako kolejny powód do wstydu.

– Czerwienię się jak pensjonarka – mówiła, za wszelką cenę próbując pozbyć się tej paskudnej przywary.

Spotykani mężczyźni mówili o niej z podziwem, ale i lekko pogardliwie: „piękny posąg”, po czym biegli podrywać inne kobiety. Być może odwiecznym instynktem łowców wyczuwali konsekwencję przysięgi, którą złożyła sobie tuż po rozstaniu z mężem.

– Żadnych miłostek, romansów, przygód ani stałych związków – powiedziała z całą mocą i stanowczością, na jaką ją było stać. – Nigdy więcej nie pozwolę, żeby ktoś mnie tak upodlił.

Zdecydowana rozpocząć samotne życie, całkowicie skupiła się na wychowaniu dziecka i na pracy.

Łatwo stłumiła potrzebę bliskości, bo cały męski świat podzieliła na Robertów i potencjalnych Robertów.

Patrząc teraz na Eve, zazdrościła jej nie urody czy powodzenia, lecz nieskażonej złymi doświadczeniami naiwności, bo otwierająca się przed nią przyszłość była niczym niezapisana karta, a każdy dzień mógł okazać się na tyle łaskawy, by podarować wymarzonego księcia z bajki – w którego istnienie zgorzkniała i obdarta ze wszelkich złudzeń Vic już dawno przestała wierzyć. Podobnie zresztą jak w wiele innych rzeczy.

Te niewesołe myśli przerwał dźwięk telefonu. Dzwoniła rumiana Mary z pytaniem, kiedy można spodziewać się jej powrotu do domu, bo nie wie, czy już usypiać dziewczynkę zmęczoną po całym dniu zabaw.

Zerwała się z fotela jak oparzona. W pierwszym odruchu chciała zabrać do domu pozostałą dokumentację, ale w porę przypomniała sobie, że jak na złość przyszła na piechotę. Przeklinając własną bezmyślność, szybko zamknęła gabinet i minęła opustoszałe biurko Eve. Było bardzo późno, a ją czekał długi spacer.

Szła energicznie, mijając park i wyludnione miasteczko. Teraz, gdy noc zapadła nad ulicami i skryła w mroku las, dolina zmieniła się nie do poznania.

Vic wychowała się w mieście, więc cisza wieczoru wśród gasnących lamp i nieznanych odgłosów przenoszonych echem ze wzgórz sprawiła, że poczuła lodowaty dotyk strachu.

Byle dotrzeć do parkingu – przekonywała się bez efektu.

Ogromne czarne sosny, wcześniej stwarzające wrażenie strażników pilnujących bezpieczeństwa miasta, teraz stanowiły bramę, za którą rozpościerała się budząca grozę ciemność. Żadna lampa nie oświetlała drogi, żaden znak fluorescencyjnym blaskiem nie rozpraszał mroku. Instynktownie przyspieszyła, bo dochodzące z lasu dźwięki zjeżyły jej włosy na karku.

W połowie wzgórza musiała przystanąć, bo nie mogła złapać tchu. Odruchowo podniosła głowę, spojrzała w górę i zamarła z otwartymi ustami, wpatrzona w ogromny ciemny kształt szybujący ponad lasem. W pierwszej chwili chciała zawrócić, pobiec z powrotem do miasteczka, ale przypomniała sobie o telefonie Mary i o tym, że Kat czeka na nią w swojej niebieskiej piżamce.

– Wariatka – powiedziała na głos, próbując w ten sposób odegnać lęk. – Przestraszyłaś się nietoperza. – Nieco uspokojona ruszyła przed siebie, ale za nic nie spojrzałaby ponownie na niebo, bo to, co zobaczyła, na pewno nie było nietoperzem, i wiedziała, że drugi raz nie dałaby się tak łatwo oszukać.

Niepostrzeżenie sierpień dobiegł końca, ale turystów jak na złość przybywało. Zdarzały się takie dni, gdy w poczekalni panowały absolutna cisza i spokój, oraz takie, w których Vic miała istne urwanie głowy.

Według naprędce ułożonej przez Vic teorii wszystkie wypadki szły seriami, jakby pacjenci się zmówili, że w tym samym czasie złapią przeziębienie, coś sobie uszkodzą, a przy okazji wpadną po poradę i na plotki. Najgorsze z tego były nagłe wizyty domowe, ponieważ nigdy nie było do końca wiadomo, czego należy się spodziewać.

Domki do wynajęcia i letnie posiadłości rozłożyły się za centrum, gdzie skręcająca droga miała odnogę wiodącą nad brzeg jeziora. Pośród drzew stały przyczepy kempingowe i namioty, a nieco dalej zaczynały się tereny prywatne.

Samo jezioro nie było duże. Wąskie i długie, kształtem przypominało rozciągniętą skarpetkę. Z jednej strony zamykało je potężne wzgórze bez plaż, obrośnięte gęsto drzewami, które moczyły swoje korzenie w wodzie. Dziki, nieskażony ręką człowieka krajobraz na każdym przybyszu robił ogromne wrażenie.

Przy dobrej pogodzie wzgórze rzucało na jezioro przyjazny cień i kusiło gęstym lasem rozpiętym na jego stromym stoku.

Podczas ponurych deszczowych dni wzgórze zdawało się rosnąć i wyniośle władać doliną, zamykając ją dla świata i wprowadzając do niej mrok. Las stawał się czarny i nieprzystępny, a surowe zbocza potęgowały wrażenie klaustrofobicznej obręczy zaciskającej się na jeziorze i miasteczku.

Rzeka zasilająca jezioro była małym górskim strumykiem spływającym urokliwymi kaskadami z niewielkiego wzniesienia. To właśnie od nich wzięła się nazwa miasteczka – Lake Falls. Za wodospadami odnoga szosy łączyła się już z drogą międzystanową, która zataczała rozległy łuk i zabierała ze sobą koniec ulicy biegnącej koło domu Vic. Doskonały dojazd i wspaniałe tereny wędkarskie co roku ściągały tu setki turystów, jednak obecność gości przynosiła nie tylko korzyści.

Od początku sezonu, czyli końca maja, właściwie do połowy września lub października – jeśli rok był ciepły i słoneczny – przewalały się tu nieprzebrane tłumy, których jedyną rozrywką, jak twierdził doktor Kent (a nie był w tym odosobniony), było upijanie się oraz sprawianie wszystkim kłopotu.

Stali rezydenci, którzy wykupili działki i zbudowali tu domy, nie mogli ukryć pogardy dla niedzielnych wycieczkowiczów. Przybysze z dziką namiętnością oddawali się wędkowaniu za dnia, wieczorem zaś – rozróbom. Zdarzało się, że wzywano ją do nagłego przypadku. Nie dość, że dotarcie na miejsce było nie lada wyczynem, zważywszy, gdzie i jak rozkładali swoje przyczepy, to jeszcze często pijani imprezowicze dzwonili po lekarza, nie bardzo pamiętając dlaczego.

Pewnego razu okazało się, że wezwana do chorego miała po drodze kupić butelkę wódki oraz coś na ząb.

Po tym zajściu wściekła się na dobre i napisała kartkę, że każde nieuzasadnione wezwanie lekarza będzie dodatkowo płatne, jednak nigdy jej nie wywiesiła, ponieważ nad jezioro przybywali także ludzie, którzy przestraszeni taką informacją, nie wezwaliby pomocy nawet w razie konieczności.

A przypadków bardziej lub mniej skomplikowanych było bez liku. Od pogryzienia przez komary, poprzez otwarte złamania, wstrząsy, udary mózgu, po najgorsze – paraliże powypadkowe.

Dookoła jeziora kilka ogromnych tablic przestrzegało, że skakanie do wody jest niebezpieczne. Ale ludzkiej głupoty i brawury nie da się pokonać nawet za pomocą największych billboardów, toteż co najmniej dwa przypadki w sezonie miała niemal beznadziejne.

Młodzi ludzie odjeżdżali na sygnale całkowicie sparaliżowani, a ona myślała ze zgrozą o ich przyszłości, zdeterminowanej przez ten ułamek sekundy, gdy myśleli, że doskonale się bawią.

Praca w gabinecie wbrew zapowiedziom doktora Kenta dostarczała jej mnóstwa wyzwań, i Vic w duchu dziękowała sobie za przezorne odbycie rocznego stażu na oddziale ratunkowym.

Miejscowi nie chorowali często, co przypisać należało ich zdrowemu stylowi życia, bo od dawien dawna wszyscy poruszali się na rowerach. Nikogo nie dziwił widok wiekowych mieszkańców jeżdżących po zakupy z koszykami przyczepionymi do kierownicy. Do tego dochodziła zdrowa dieta złożona głównie ze świeżych ryb oraz warzyw hodowanych w przydomowych ogródkach.

Kilkoro starszych ludzi chorowało na reumatyzm, kilkoro miało inne związane z wiekiem dolegliwości, lecz najczęściej pomiędzy październikiem a kwietniem poczekalnia ziała pustką.

W takie dni dziękowała w duchu poprzednikowi, że wynegocjował niezależną od liczby pacjentów stałą pensję płaconą z kasy rady miejskiej. O ile w lecie spokojnie mogłaby mówić, iż jest to złoty interes, o tyle zimą nierzadko zdarzało jej się urywać z pracy. Wieszała wtedy na drzwiach kartkę z numerem telefonu, chociaż nie zdarzyło się jeszcze, aby ktoś zadzwonił.

Pierwsza zima upłynęła jej w podłym nastroju. Kat była marudna, a ziąb za oknami skuteczniej niż zakazy utrzymywał ją w domu, gdzie nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Vic kolejny raz przeklinała w duchu Jane.