Co za ohyda! Po mrocznej stronie nauki - Erika Engelhaupt - ebook + książka

Co za ohyda! Po mrocznej stronie nauki ebook

Engelhaupt Erika

4,2

Opis

Przyprawiona czarnym humorem, prowokacyjna książka o tym, co odrażające. Autorka popularnego bloga „National Geographic” o nazwie „Gory Details” zaprasza nas w fascynującą podróż, podczas której skonfrontujemy się z najbardziej osobliwymi i najdzikszymi zjawiskami i eksperymentami.

Dla Eriki Engelhaupt nie ma tematów tabu. Ta uznana dziennikarka naukowa zuchwale mierzy się z tym, co obrzydliwe i chorobliwe, z tematami, których nie wypada poruszać w towarzystwie, a także z pozoru absurdalnymi odkryciami na temat naszych ciał i wszechświata. Zobaczymy najbardziej mordercze ssaki na Ziemi, a także biologa, który pozwalał się ukąsić wszelkim możliwym owadom, przyjrzymy się z bliska roztoczom żyjącym na naszych twarzach i poznamy najbardziej niechlujnych kochanków w królestwie zwierząt. Biologia, przyroda, kosmos i psychologia pokażą nam się od strony, od jakiej ich jeszcze nie znaliśmy.

Napisana z polotem, skrząca się humorem książka opatrzona wywiadami z najwybitniejszymi badaczami w poszczególnych dziedzinach przynosi odpowiedzi na wszelkie pytania, których nie mieliśmy odwagi zadać.

„Engelhaupt ma smykałkę do stawiania pytań, które wszystkim nam nie dają spokoju, lecz nikt nie ma odwagi wypowiedzieć ich na głos. A potem potrafi udzielić na nie naukowej, wyczerpującej odpowiedzi, i to w sposób niepozbawiony humoru. Możliwe, że podczas lektury będziesz wzdrygać się i krzywić, ale nie zdołasz odłożyć tej książki, póki jej nie skończysz”.

Christie Wilcox, autorka książki VENOMOUS: How the Earth’s Deadliest Creatures Mastered Biochemistry

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 444

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (84 oceny)
41
24
13
5
1

Popularność




Dedykuję Gay, Darellowi i Jayowi

Engelhaupt ma smykałkę do stawiania pytań, które wszystkim nam nie dają spokoju, lecz nikt nie odważy się wypowiedzieć ich na głos. A potem potrafi udzielić na nie naukowej, wyczerpującej odpowiedzi, i to w sposób niepozbawiony humoru. Możliwe, że podczas lektury będziesz wzdrygać się i krzywić, ale nie zdołasz odłożyć tej książki, póki jej nie skończysz.

Christie Wilcox, autorka książki VENOMOUS: How Earth’s Deadliest Creatures Mastered Biochemistry

Czytelnicy, których niepohamowana ciekawość nie uznaje żadnego tabu, znajdą w książce Eriki Engelhaupt coś dla siebie. Wszystkie odrażające szczegóły podane są tu w cudownie zajmujący sposób. Idealna lektura przy śniadaniu!

Tom Siegfried, były redaktor naczelny czasopisma naukowego „Science News”

O autorce

ERIKA ENGELHAUPT od ponad 10 lat współpracuje jako dziennikarka i redaktorka z wiodącymi periodykami naukowymi, a także czasopismami i portalami internetowymi, między innymi z: „National Geographic”, National Public Radio, „Science News”, „Scientific American” czy „Philadelphia Inquirer”. Jej zamiłowanie do snucia zajmujących opowieści zawiodło ją również na scenę – występowała jako komik, gościła też w radiu, na przykład w podcaście The Story Collider. Obecnie skupia się na rozwijaniu swojego popularnego bloga „National Geographic”, Gory Details. Mieszka w Knoxville w stanie Tennessee.

WSTĘP

Do siódmego roku życia mieszkałam z rodzicami pośród łagodnych wzgórz na przedmieściach Kansas City w stanie Missouri. Nasz domek o białych murach przycupnął na szczycie niewysokiego wzniesienia, na które wspinała się długa, kręta droga dojazdowa. Każdego popołudnia, gdy wysiadałam ze szkolnego autobusu na przystanku u podnóża góry, już czekała tam na mnie matka i nasz wielki owczarek niemiecki o czarnej sierści.

Pewnego dnia w tym znajomym krajobrazie zaszła zmiana: u początku podjazdu wyrosły dwie góry (właściwie to pagórki, ale weźcie pod uwagę, że byłam wtedy mała). Jak się okazało, były to spiętrzone sterty śmieci. Najwyraźniej kierowca ciężarówki, która je tu przywiozła, uznał, że ten skrawek terenu będzie idealnym miejscem dla jego ładunku. W miarę jak zbliżałyśmy się z mamą do stert odpadów, w ich bezładnej masie zaczynałam rozpoznawać konkretne rzeczy. Były tam szafki na dokumenty i kartonowe pudła, wszystkie wypełnione jakimiś papierami. Mama wzięła do ręki jeden z ciemnych arkuszy i podniosła do światła: zdjęcie rentgenowskie czyjegoś zęba. Po chwili domyśliłyśmy się, co się stało. Zapewne pobliska przychodnia dentystyczna zakończyła działalność, a firma zajmująca się likwidacją lokalu podrzuciła obok naszej drogi zawartość gabinetów.

Wprawdzie w obu stosach zatopione były zabawki z poczekalni, ale to nie one przykuły moją uwagę. Z początku skupiłam się na szkatułce na biżuterię, w której krył się srebrny naszyjnik z maleńkimi ptaszkami z jadeitu. Dopiero po jakimś czasie odnalazłam jednak coś, co naprawdę mnie zafascynowało: gipsowe odlewy szczęk, górnej i dolnej. Po chwili zaczęłam odkładać na bok co bardziej dziwaczne okazy: ułamane zęby, zęby wystające, przywodzące na myśl odgięte sztachety w płocie, szczęki z pustymi miejscami po brakujących zębach. Innymi słowy, im były szpetniejsze, tym bardziej mi się podobały.

Odkrycie śmietniska, które ktoś urządził przed naszym domem, oczywiście wzbudziło gniew rodziców. Z odsieczą przyszedł nam wujek dysponujący sprzętem budowlanym. Za pomocą spychacza rozgarnął śmieci, ugniótł, a na koniec przysypał ziemią. W ten sposób dorobiliśmy się tuż przed domem naszego własnego małego wysypiska. A ja zyskałam dostęp do istnej kopalni skarbów. Jestem pewna, że jako jedyna dziewczynka w tej części Missouri mogłam poszczycić się domkiem dla lalek, w którym okna szczerzyły się rzędami krzywych zębów pełniących funkcję parapetów. Niekiedy, gdy w ręce wpadały mi jeszcze ohydniejsze niż dotychczas zestawy górnych i dolnych szczęk, dokonywałam drobnych zmian w jego wystroju. W letnie wieczory, gdy leżałam w ciemności na łóżku, nie mogąc zasnąć, otuchy dodawał mi widok siekaczy bielejących w blasku księżyca.

Zapewne gdyby moich rodziców przerażała osobliwa kolekcja córki, a potem utrzymująca się mimo upływu lat fascynacja krwawymi filmami przyrodniczymi i powieściami Stephena Kinga, moje życie potoczyłoby się inaczej. Może zamiast pisać na różne odrażające tematy, spełniałabym się jako księgowa albo wyrosłabym na jedną z tych wrażliwych osób, którym robi się słabo na widok krwi.

Ale najwyraźniej pisana mi była inna przyszłość. Kilka lat później przenieśliśmy się na Florydę, by zamieszkać na liczącej 28 kilometrów kwadratowych działce podmokłego gruntu. Tuż przy naszym nowym domu z prefabrykatów mój ojciec inżynier zbudował z pustaków laboratorium elektrochemiczne. To właśnie w jego czterech ścianach tata próbował potem zaprezentować mi w praktyce działanie kilku prostych naukowych prawideł. Niewiele z tego wszystkiego rozumiałam, ale jedna rzecz mnie zachwyciła: fakt, że moneta wrzucona do pojemnika z jakimś płynem i wyciągnięta następnego dnia jest pokryta lśniącym niklem. Wyniosłam z tych pokazów coś jeszcze ważniejszego – przekonanie, że można odkryć, w jaki sposób coś się dzieje, posługując się w tym celu nauką.

Od tamtej pory minęło 30 lat. Po dekadzie działalności badawczej (w tym czasie między innymi wałęsałam się po bagnach, żeby badać związki zawierające węgiel) zostałam dziennikarką i redaktorką w czasopiśmie naukowym „Science News”, wydawanym w Waszyngtonie. A gdy nadarzyła się okazja do założenia bloga, od razu zrozumiałam, że to coś dla mnie. Znalezienie pomysłu nie nastręczało żadnych trudności. Wystarczyło rzucić okiem na mój regał z książkami, na którym przeważały tytuły w rodzaju: Blood Work: A Tale of Medicine and Murder in the Scientific Revolution Holly Tucker, The Killer of Little Shepherds: A True Crime Story and the Birth of Forensic Science Douglasa Starra czy That’s Disgusting: Unraveling the Mysteries of Repulsion Rachel Herz. Co prawda dotychczas nie uważałam się za kogoś z zamiłowaniem do makabry, ale właśnie wtedy zaczęło do mnie docierać, że w gruncie rzeczy moje zainteresowania zawsze krążyły wokół dziwacznych tematów. Tak narodził się mój blog Gory Details.

Od tamtego czasu piszę o sprawach wymagających, bym odpowiedź na pytania o to, czym się zajmuję, poprzedzała ostrzeżeniem skierowanym do osób o słabych nerwach. W mojej karierze naukowej był okres, gdy koledzy i koleżanki z pracy podsyłali mi wszystkie artykuły i opracowania na temat sików i kupy. (Podobno liczba internautów odwiedzających stronę z postem omawiającym, co dzieje się z moczem wydalonym do basenu, gwałtownie rośnie co roku, gdy otwierane są miejskie kąpieliska). Nieco później, kiedy „National Geographic” przygarnął mnie pod swoje skrzydła i zaproponowano mi, bym zaczęła pisywać do działu naukowego ich portalu – wraz ze mną przeniósł się tam mój blog.

Z czasem przekonałam się, że największą popularnością wśród czytelników cieszą się te tematy, co do których zakładałam, że są zbyt drastyczne dla szerszej publiczności. Przykładowo raz koleżanka z czasopisma „Science News” niewinnie spytała, czy to prawda, że zwierzątkom domowym zdarza się zjeść właścicieli, którzy umarli. Pomyślałam wtedy, że chętnie poszukam informacji na ten temat, ale kierowała mną w tamtej chwili wyłącznie ciekawość. Wydawało mi się, że implikacje byłyby nie do przyjęcia dla miłośników zwierząt, a artykuł siłą rzeczy nie miałby wzięcia.

Ku mojemu zdziwieniu wkrótce przekonałam się, że to pytanie spędza sen z powiek wielu osobom, co więcej – w medycynie sądowej istnieje bogata literatura dotycząca podobnych przypadków. Przede mną inni dziennikarze mierzyli się już z tym zagadnieniem, ja jednak postanowiłam, że warto bardziej wnikliwie przeanalizować fachowe czasopisma. Moje obawy, że narażę się miłośnikom psów, okazały się bezzasadne – artykuł był jednym z najchętniej czytanych na całym portalu National Geographic w roku jego publikacji. Wyglądało na to, że nawet gdy jakaś kwestia wzbudza drwiące uśmieszki, pod nimi kryje się autentyczna potrzeba poznania prawdy.

Prócz zaspokojenia mojej ciekawości wszystkiego, co dziwaczne, celem, jaki przyświecał mi, gdy zaczynałam pisać bloga, było stworzenie miejsca, w którym można szczerze porozmawiać o obrzydliwych i odstręczających tematach, o tabu. A także przyjrzeć im się dokładnie oczami nauki.

Ktoś mógłby spytać: „Po co w ogóle marnować czas na rozmyślania o tak niemiłych sprawach?”. Odpowiedź jest prosta: to, o czym napiszę, nie wzbudza potem już we mnie takiego strachu. Kiedy coś nie daje mi spokoju – powiedzmy śmierć, choroba, przerażający klauni – poddanie tych rzeczy analizie naukowej ujmuje im nieco grozy.

Zapewne to zasługa moich największych lęków, że śmierć i morderstwo zajmują tak istotne miejsce w moim dziennikarstwie naukowym. To właśnie one dały mi motywację do zgłębiania zarówno najnowszych technik medycyny sądowej, jak i bardziej tradycyjnych metod badawczych, choćby miniaturowych makiet miejsc zbrodni służących do szkolenia detektywów i ekspertów kryminalistyki. Nie skupiam się jednak wyłącznie na sytuacjach, w których ktoś umiera. Interesują mnie również momenty, gdy jakieś wydarzenie doprowadza do zmiany w czyimś życiu, jak choćby wtedy, gdy ludzi zaczyna dręczyć straszliwe podejrzenie, że w ich ciele zamieszkały robaki.

Nie zawsze też stawka w opisywanych historiach jest tak wysoka. Od chwili założenia bloga zależało mi na tym, by zamieszczane na nim teksty uczyły, bawiąc. Niektóre artykuły służą po prostu zastanowieniu się nad jakimś wyjątkowo obrzydliwym zagadnieniem. Niech za przykład posłużą moje rozważania o ukąszeniach najbardziej jadowitych owadów czy też o zaskakujących faktach na temat woskowiny usznej.

Rozglądałam się za sprawami dwuznacznymi – takimi, które z jednej strony odpychały, z drugiej przyciągały. Takimi, które sprawiały, że w pierwszej chwili chciałam zasłonić oczy, ale już w następnej mimo woli nieśmiało zerkałam z zaciekawieniem przez palce. Pisarze mówią wówczas o „napięciu dramatycznym”. Jeżeli uda mi się znaleźć temat, który pozwala je wytworzyć, a zarazem wiąże się z nim jakaś intrygująca zagadka naukowa, jestem kupiona.

W niniejszej książce zebrałam najbardziej fascynujące historie, jakimi zajmowałam się przez lata na łamach Gory Details. Każdy z tekstów został poszerzony, a informacje w nim zawarte – uaktualnione. Znajdziesz tu, szanowny czytelniku, również zupełnie nowe, niepublikowane wcześniej eseje napisane specjalnie do tej książki. Jeżeli chcesz, przeczytaj dowolny tekst, który wyda ci się interesujący – każdy został pomyślany jako zamknięta całość i będzie dla ciebie zrozumiały osobno. Jeśli natomiast masz ochotę nie na przekąskę, lecz pełny posiłek, możesz pochłonąć całą część za jednym zamachem.

Wszystkie zagadnienia, jakim poświęciłam zgromadzone tu teksty, charakteryzują się tym dwojakim, odpychająco-przyciągającym oddziaływaniem na czytelnika, sprawiając, że jego apetyt rośnie. W poszczególnych częściach książki zgrupowałam eseje poruszające wspólny temat: poczynając od śmierci (Głód makabry), kończąc na naszych najskrytszych mrocznych myślach (Tajemnice umysłu). Na każdym z tych pól naukowcy bez wytchnienia poszerzają nasz zakres rozumienia tego, co obrzydliwe, przerażające i będące tabu, przy okazji dokonując zaskakujących odkryć dotyczących naszych umysłów, ciał i świata, w którym żyjemy.

Praca nad tymi zagadnieniami była dla mnie przypomnieniem, że wcale nie musimy wyrzekać się wrodzonej ciekawości, którą przejawiamy w dzieciństwie. Nie mam pojęcia, jak potoczyły się dalsze losy gipsowych odlewów dentystycznych – zapewne zapodziały się podczas którejś z moich licznych przeprowadzek. Zachowałam natomiast naszyjnik z ptakami z jadeitu, który przypomina mi, że skarby czekają również w najmniej oczekiwanych miejscach, tam gdzie większość ludzi raczej by ich nie szukała. Przyjemność sprawia mi odnajdywanie piękna w brzydocie, a także porządku w chaosie.

U podstawy takiego podejścia jest gotowość do poruszania kwestii, na które ludzie reagują zdziwieniem. Niektóre pytania mogą krępować, odpowiedzi jednak nieodmiennie okazują się fascynujące. Wierzę, że lektura mojej książki ośmieli was do zadawania nietypowych pytań. I że treści, jakie w niej znajdziecie, obudzą w was jeszcze większą ciekawość.

Część pierwsza. GŁÓD MAKABRY

Wstęp

TROCHĘ INACZEJ NIŻ W SERIALACH KRYMINALNYCH

Głód makabry i kostnica

Pierwsza sekcja zwłok, w której wzięłam udział, wyglądała zupełnie inaczej, niż sobie to wyobrażałam. Wychowałam się na medycznym serialu telewizyjnym Quincy, M.E. i sądziłam, że obdukcja zwłok zawsze ma równie ponury przebieg. (Na początku lat 80. XX w., gdy emitowany był serial, w amerykańskiej telewizji wolno było pokazać jedynie migawkowo ciało poddawane autopsji).

Serial, w którym w rolę rozwiązującego zagadki kryminalne lekarza medycyny sądowej, doktora Quincy’ego, wcielił się Jack Klugman, wyznaczył standardy przedstawiania sekcji zwłok. Późniejsze produkcje filmowe powtarzały ten schemat do upadłego: kostnica w piwnicy, zazwyczaj tonąca w ciemnościach, jeśli nie liczyć jaskrawo świecących lamp zawieszonych bezpośrednio nad stołem sekcyjnym na kółkach. Ściana z szafami chłodniczymi do przechowywania truposzy. Wisząca waga szalkowa, na której kładziono wilgotne i śliskie serce albo wątrobę. Zazwyczaj pokazywano też wydzieloną część prosektorium przeznaczoną dla członków rodziny, którzy przez okienko zaglądali do środka, gdy ktoś z obsługi ściągał zasłonę zakrywającą twarz nieboszczyka.

To również postaci doktora Quincy’ego – swarliwego, błyskotliwie inteligentnego i chorobliwie upartego mężczyzny żyjącego samotnie na łodzi – kino zawdzięcza stworzenie stereotypu ekscentrycznego lekarza medycyny sądowej. Schemat się przyjął i od tamtego czasu gdy w filmie kryminalnym napotykamy patologów albo lekarzy medycyny sądowej, zazwyczaj są oni nieco dziwaczni: rozmawiają z trupami, a rzeczowy, pozbawiony emocji ton, jakim wypowiadają się na temat zgonu, wywołuje nasz sprzeciw (co, swoją drogą, więcej mówi o nas niż o nich: ludzie pozostający w zażyłości ze śmiercią budzą w nas niepokój).

Postawmy jednak sprawę jasno: do pewnego stopnia ciekawość tego, co odrażające, jest rzeczą normalną. Wszyscy lękamy się nieznanego, a śmierć jest przecież dla człowieka największą niewiadomą. Równocześnie stanowi jednak najbardziej przykry pewnik. Ludzkość poświęcała całe gatunki literatury i sztuki zagadnieniu śmierci. Twórcy raz za razem pozwalali odbiorcom doznać dreszczu, jaki dawało zajrzenie do grobu, ale tylko na chwilę. Wszak to właśnie ten osobliwy głód każe nam zasiadać do oglądania horroru albo zwalniać i przyglądać się z ciekawością, gdy na drodze dojdzie do wypadku. Gapimy się jak zahipnotyzowani, a gdy w końcu odjeżdżamy, powtarzamy sobie, że tylko sępy żerują na ludzkim nieszczęściu.

Wprawdzie nie brak głosów krytycznych, które obecną fascynację kultury popularnej historiami o morderstwach uznają za objaw choroby przemysłu rozrywkowego, należy jednak pamiętać, że przywiązywanie uwagi do spraw śmierci i przemocy nie jest wcale w kulturze zjawiskiem nowym. Jego ślady znajdujemy w najstarszych podaniach ludzkości. Nie brakuje ich w Biblii, a także naszych ukochanych historiach, legendach, mitach i bajkach z całego świata.

Sama opowieść o morderstwie nie jest niczym nowym, zmienił się natomiast sposób, w jaki ją snujemy. Żyjemy w czasach, gdy możemy 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu chłonąć historie o zabójstwach, niekiedy bardzo drastyczne, za pośrednictwem audycji poświęconych prawdziwym zbrodniom albo dokumentalnym kanałom telewizyjnym w rodzaju Investigation Discovery. Olbrzymi sukces tego typu produkcji świadczy o potężnej, pierwotnej mocy, z jaką oddziałuje na nas głód makabry.

Niektórzy biolodzy ewolucyjni postrzegają tę ciekawość jako przejaw podejmowanej przez ludzki umysł racjonalnej analizy zagrożenia: przyglądamy się śmierci, żeby nauczyć się, jak jej uniknąć[1]. Takie reakcje spotykamy również u zwierząt: przykładowo wrony, które gromadzą się wokół nieżywego członka swojego stada, równocześnie wypatrują zagrażających im drapieżników. W podobny sposób można spojrzeć na zachowania ludzi, których fascynują zagadki kryminalne: być może kontakt z takimi historiami pozwala im analizować niebezpieczeństwo i opracowywać potencjalnie przydatne strategie unikania go w rzeczywistości. (Niedawno oglądałam dokumentalny serial telewizyjny zatytułowany I Survived, w którym różni ludzie opisywali, w jaki sposób udało im się ujść z życiem ze śmiertelnie groźnych sytuacji. Nie mogłam się od niego oderwać). Do podobnych wniosków mógłby skłaniać również slogan promujący niezwykle popularny podcast My Favorite Murder poświęcony prawdziwym zbrodniom: „Bądź seksowna i nie daj się zabić”.

Istnieje też inne wyjaśnienie naszej fascynacji tym, co związane ze śmiercią. Zdaniem niektórych psychologów pociąga nas makabra, ponieważ w głębi duszy łakniemy empatii. Pragniemy wczuć się w sytuację pechowej ofiary, skłania nas ku temu nasza społeczna natura. Inni badacze sugerują, że popycha nas pragnienie, by zrozumieć, co sprawia, że w umysłach niektórych osobników rodzi się potrzeba krzywdzenia innych. Wszystkie te teorie mają wspólny mianownik – pozwalają założyć, że nie przyświecają nam żadne występne intencje.

W moim wypadku głód makabry zawiódł mnie do Biura Głównego Lekarza Sądowego Baltimore, gdzie miałam wziąć udział w seminarium poświęconym dochodzeniom w sprawie morderstw. Jak się okazało, jako uczestnicy kursu mieliśmy okazję przyglądać się sekcjom zwłok. Jedynym elementem, który pokrywał się ze znanymi z telewizji wyobrażeniami autopsji, była waga. Ach, na wspomnienie zasługuje jeszcze jeden drobny szczegół – pośród wiszących na ścianie fotografii zatrudnianych wcześniej w placówce lekarzy sądowych znajdowało się zdjęcie Jacka Klugmana w białym kitlu, z podpisem „J. Quincy”.

Chciałam zobaczyć na własne oczy, jak wygląda prawdziwa sekcja zwłok. Baltimore – to tu znajduje się największy amerykański zakład medycyny sądowej i dlatego tutaj przeprowadza się naprawdę dużo autopsji – było idealnym miejscem. Ośrodek mieści się w sześciokondygnacyjnym gmachu Centrum Medycyny Sądowej i zatrudnia szesnastu specjalistów, którzy rocznie przeprowadzają około 4 tysięcy sekcji na zwłokach pochodzących z całego stanu (to mniej więcej 10% wszystkich zgonów w Marylandzie). Trafiają tam bowiem nie tylko ofiary morderstw i wypadków, ale ciała wszystkich osób zmarłych nagłą śmiercią. Ponoć najlepszą gwarancją, że się pośród nich nie znajdziesz, jest zgon w szpitalu pod okiem lekarza.

Centrum Medycyny Sądowej to nowoczesna placówka utworzona w 2010 r. Zdaniem Bruce’a Goldfarba, asystenta głównego lekarza sądowego, to „instytucja z przyszłością”. Do budynku ciało wwożone jest przez garaż, potem winda towarowa transportuje je piętro wyżej, gdzie następuje szybkie ważenie i wykonywane jest błyskawiczne, trwające 13 sekund, prześwietlenie rentgenowskie[2]. Stamtąd zwłoki trafiają bezpośrednio do jednej z dwóch sal prosektoryjnych, z których każda wyposażona jest w 8 stanowisk. W żadnym innym ośrodku medycznym lekarz nie zajmie się tobą szybciej niż tutaj.

Nieco inaczej sprawa wygląda ze „zgniłkami”, czyli zwłokami w zaawansowanym stanie rozkładu. Ponieważ unoszący się wokół nich odór mógłby się nie spodobać pozostałym umarlakom, delikwenci tacy transportowani są do jednej z dwóch mniejszych sal przeznaczonych dla przypadków stanowiących zagrożenie biologiczne. Pomieszczenia takie wyposażone są w specjalny system wentylacyjny, który 30 razy na godzinę wymienia całe powietrze. Fetoru jednak nigdy nie udaje się pozbyć do końca. Każda osoba, która spędziła chwilę w takim pokoju, wychodząc, zabierze ze sobą charakterystyczną nieprzyjemną woń kwasów tłuszczowych, znaną jako zapach śmierci.

Moją uwagę od razu zwrócił brak szaf chłodniczych ze stali nierdzewnej, które zazwyczaj kojarzymy z kostnicami. Zamiast tego znajdowała się tam chłodzona, przylegająca do sali prosektoryjnej „poczekalnia” dla denatów, którzy po zakończonej autopsji mieli być przewiezieni do zakładu pogrzebowego. „Zwłoki spędzają u nas maksymalnie 24 godziny” – jak tłumaczył Goldfarb. Zawiedzie się również ten, kto liczył na specjalne pomieszczenie dla żałobników, w którym czekaliby oni przed zidentyfikowaniem ciała. W centrum anonimowe zwłoki identyfikuje się przy użyciu zdjęć, wycisków dentystycznych, odcisków palców albo próbek DNA.

Kiedy zjawiłam się tam po raz pierwszy, w placówce znajdowało się 17 zwłok, z czego 5 w salach dla ciał w zaawansowanym rozkładzie. O godzinie 8:30 lekarze dokonują porannego obchodu. Przydział zwłok przebiega sprawnie i w swobodnej atmosferze; wszystkie ciała zostają rozdzielone po równo między 5 lekarzy. Niektórym przypada w udziale zajęcie się zgniłkami, ale nikt z tego powodu nie wszczyna awantur.

Tego dnia pięć spośród siedemnastu przywiezionych ciał miało rany postrzałowe. Na liście, którą każdego ranka wywiesza się niedaleko pojemnika z niebieskimi osłonami na buty, przypadki takie oznaczane są skrótem GSW (ang. gun shot wound). Po założeniu ochraniaczy weszłam do jasno oświetlonego pokoju o wysokim suficie. Czekały tam zwłoki ułożone na siedmiu z ośmiu stanowisk do autopsji.

Grupa lekarzy żwawo przesuwała się od jednego ciała do drugiego. Medycy pokazywali sobie nawzajem różne szczegóły ciał i kiwali w zamyśleniu głowami. Przy paru przypadkach z ranami postrzałowymi wymagana była obecność policjantów przydzielonych do prowadzenia śledztwa w danej sprawie. Funkcjonariusze dzielili się z lekarzami informacjami, które mogły im się przydać: wspominali o liczbie zaobserwowanych dziur po kulach w ścianach, ilości łusek znalezionych na miejscu zbrodni, przytaczali zeznania naocznych świadków.

Kiedy zaliczyłam już obchód obu sal prosektoryjnych, towarzyszący mi student medycyny sądowej spytał, czy mam ochotę zajrzeć do pokoju ze zgniłkami. Ponieważ grupa parła przed siebie, a ja nie chciałam zostać z tyłu, zgodziłam się. Przeszliśmy do znacznie mniejszego pomieszczenia, w którym leżały tylko trzy ciała żółtofioletowej barwy kojarzącej się z siniakami. Pierwszą rzeczą, jaką człowiek napotyka po wejściu, jest smród: okropny, ale właściwie da się go wytrzymać. Nikt z zaglądających do zgniłków nie zakłada maski ani nie stosuje zatyczek do nosa.

Mimo to poczułam ulgę, gdy mogłam razem z grupą opuścić pokój. Kiedy więc nieoczekiwanie student spytał, czy chcę odwiedzić też drugą salę ze zgniłkami, zawahałam się. Drugą salę? Zauważyłam, że tym razem grupa była już nieco mniej liczna. „Raz się żyje” – odparłam po namyśle i skierowaliśmy się do pokoju usytuowanego najdalej od głównych pomieszczeń prosektoryjnych. Zastałam tam dwa ciała w stanie bardziej zaawansowanego rozkładu. Parę dni po zgonie na skutek bakteryjnych procesów gnilnych w ciele gromadzą się gazy, które powodują jego puchnięcie, w medycynie określane mianem rozdęcia. W pokoju, do którego mnie zaprowadzono, mogłam na własne oczy przekonać się, czym są: rozdęcie, towarzyszące mu procesy rozkładu i skutki w rodzaju trupiego odoru.

Potem już do końca dnia nie mogłam uwolnić się od tego pokoju, który dosłownie uczepił się mojej skóry. Po godzinie nadal spowijał mnie obłoczek eau de decomposition. Stawał się on szczególnie wyraźnie wyczuwalny, gdy się poruszałam. Zaczynałam się obawiać, że smrodem przesiąkły moje długie włosy. „Nie martw się, prócz ciebie nikt tego nie poczuje” – pocieszały mnie dwie studentki, gdy w damskiej toalecie obwąchiwałam swoje ubrania. Na umywalce stała co prawda buteleczka dezodorantu, ale uznałam, że nie będę go używać w obecności tych dziewczyn. Po jakimś czasie wróciłam do łazienki i upewniwszy się, że jestem w niej sama, popsikałam w powietrze, a potem zanurzyłam się w cudownie pachnący obłoczek. Nawet wieczorne ablucje nie uwolniły mnie jednak od ohydnego odoru, który do tego czasu zadomowił się już nie tylko w moim nosie, ale też umyśle.

Nazajutrz rano, po kolejnym prysznicu, wraz ze studentami obserwowałam przebieg prawdziwej autopsji. W tym celu zaprowadzono nas do pomieszczenia, za którego szklaną ścianą otwierał się widok na dwie położone niżej główne sale prosektoryjne. Sama sekcja zwłok jest procesem bardzo pracochłonnym i drobiazgowym. Już na etapie przygotowawczym laboranci sekcyjni i lekarze pobierają z ciała wszelkiego rodzaju materiał dowodowy: usuwane są kule, z palców zdejmowane paznokcie bielizna chowana jest do woreczka.

W drugiej sali, gdzie umieszczono sześć ciał pozbawionych ran postrzałowych, prace posuwały się znacznie sprawniej. Z rozkrojonych klatek piersiowych zwisały płaty żółtego tłuszczu, czerwonych mięśni i skóry.

W pierwszej kolejności spojrzenie wędruje jednak ku głowom. W paru przypadkach laboranci sekcyjni obrali już twarze ze skóry – czaszki rozkrojono i wyjęto z nich mózgi. Najokropniejsze wrażenie zrobiły na mnie właśnie te czarne dziury, przez które dokonano ekstrakcji. Wyobrażałam sobie wcześniej, że w tym celu wykonany zostanie tylko niewielki otworek u szczytu głowy. Myliłam się. W rzeczywistości usuwano mniej więcej jedną czwartą powierzchni czaszki, tnąc u góry w poprzek, do miejsca nad uszami, a potem posuwając się do tyłu głowy.

Na moich oczach jeden z asystentów wyposażony w piłę do kości zabrał się do roboty. Otwarcie czaszki zajęło mu kilka minut. Nim się spostrzegłam, sięgał już do środka, żeby wyciągnąć mózg. Wcześniej konieczne było jeszcze przecięcie pnia mózgu. I już po chwili trzymał go w dłoniach – różowy i ociekający krwią. Mężczyzna owinął go w biały ręcznik i delikatnie umieścił na wyłożonej folią wiszącej wadze szalkowej.

Kiedy dzień za dniem obserwuje się ludzi wykonujących tę procedurę, z czasem przestaje ona szokować. Zarówno lekarze medycyny sądowej, jak i ich asystenci są podczas pracy spokojni i skoncentrowani. Kiedy wydarza się coś ohydnego, nikt nie krzywi się z obrzydzeniem. Ich zadaniem jest ustalenie przyczyny i przebiegu śmierci. W tym celu konieczne jest dokładne zbadanie każdej części ciała denata.

Nie było to przyjemne doświadczenie, ale cieszę się, że widziałam na własne oczy sekcję zwłok. Przynajmniej teraz już wiem, że jeśli umrę w tajemniczych okolicznościach, moimi zwłokami zajmą się ludzie znający się na swojej pracy i będą z determinacją szukać wszelkich poszlak mogących wskazywać, co spowodowało mój zgon. Ogólnie rzecz biorąc, było coś pokrzepiającego w tych sterylnych, przestronnych wnętrzach Centrum Medycyny Sądowej, wraz z wchodzącymi w jego skład laboratoriami wypełnionymi jednostajnym szumem sprzętu – wszystko tutaj zdawało się przesiąknięte aurą powagi i rzeczowości.

Zasadniczo człowiek nie ma dostępu do wiedzy na temat tego, co tak naprawdę dzieje się z naszymi ciałami po śmierci. Nawet najbardziej drastyczne odcinki seriali w rodzaju CSI. Kryminalne zagadki Las Vegas czyKości są w gruncie rzeczy dość ugrzecznione. Martwi ludzie ukazywani są tak, aby byli nierozpoznawalni, a zamiast przykrych realiów sekcji zwłok oglądamy holograficzne rekonstrukcje i efektowne animacje komputerowe. Jestem zresztą pewna, że dzieje się to z pożytkiem dla przeciętnego widza – większość ludzi wcale nie ma ochoty przyglądać się z bliska krwawym szczegółom autopsji.

Ponieważ jednak, szanowny czytelniku, sięgnąłeś po niniejszą książkę, mam prawo zakładać, że nie należysz do tej grupy. Znajdziesz w niej kilka opowieści, które powinny cię zainteresować. Zgłębiając temat śmierci, natrafiłam na wiele zaskakujących zjawisk w fascynujący sposób łączących się z nauką – poczynając od tak zwanych trupich farm, przez ręcznie wykonane miniaturowe makiety miejsc zbrodni, po tajemnicze stopy, które woda wyrzuca na brzeg w Kolumbii Brytyjskiej. W tej części przyjrzymy się bliżej także wielu innym historiom, a przy okazji pogłębimy naszą wiedzę na temat tego, co dzieje się z naszymi ciałami po śmierci. Tak się bowiem składa, że ustanie pracy serca bynajmniej nie oznacza kresu życia dla ciała, lecz to, że będzie się ono toczyć odtąd na poziomie drobnoustrojowym.

Wprawdzie tematy te niejako z definicji są makabryczne, niemniej nie wydają mi się wcale ponure czy przygnębiające. Śmierć jako taka może sprowadzać na żyjących wielkie cierpienie, ale głód makabry nie jest jednoznaczny z pragnieniem nurzania się w smutku. Pojmuję go raczej jako łaknienie wiedzy, które może przybliżyć nas do poznania prawdy, choć podążanie wiodącą do niej ścieżką nie zawsze będzie przypominać przyjemny spacerek. (W taki sam sposób można scharakteryzować motywacje ekspertów kryminalistyki analizujących przyczyny śmierci i prowadzących śledztwa). Co więcej, posłuchanie podszeptów głodu makabry ma też dobroczynny wpływ na nasze umysły, sprowadzając na nie spokój płynący z odkrycia, że nawet śmierć stosuje się do prawideł, którym podlega cała przyroda. To coś, co wszyscy jesteśmy w stanie pojąć, ale pod warunkiem że odważymy się przyjrzeć temu z bliska.

[1] Mimo że naukowe dowiedzenie, dlaczego ludzie przejawiają głód makabry, nastręcza trudności, testy jednak niezbicie dowodzą, że zjawisko to jest jak najbardziej prawdziwe. W 2017 r. holenderska psycholożka Suzanne Oosterwijk donosiła o przeprowadzeniu szeregu eksperymentów, których celem było zbadanie ludzkiej fascynacji tym, co związane ze śmiercią. Okazało się, że gdy testowanym dano możliwość wyboru, decydowali się jednak na oglądanie obrazów przedstawiających śmierć i przemoc. Co więcej, badani dłużej przyglądali się takim właśnie scenom niż tym o neutralnym czy nawet pozytywnym wydźwięku.

[2] Specjalne aparaty RTG stosowane w prosektoriach produkowane są przez firmę Lodox Systems. Pierwotnie zostały zaprojektowane z myślą o ukróceniu praktyk stosowanych przez pracowników kopalni diamentów, polegających na połykaniu kamieni szlachetnych bądź też wynoszeniu ich ukrytych w otworach ciała. Wprawdzie zwłokom większa dawka promieniowania nie może zaszkodzić, niemniej takie urządzenie wykorzystuje promieniowanie rentgenowskie o bardzo niskiej mocy. Dzięki niemu pracownicy prosektorium mogą w prosty sposób zlokalizować tkwiące w ciele kule, guzy nowotworowe, a także innego rodzaju uszkodzenia czy ślady chorób.

NAJMNIEJSZE MIEJSCA ZBRODNI NA ŚWIECIE

We wnętrzu miniaturowych makiet wykorzystywanych do szkolenia detektywów

Wszyscy członkowie rodziny Judson są martwi. Bob Judson, brygadzista w firmie produkującej obuwie, leży na podłodze przy łóżku, na kołdrze, twarzą w dół. Nadal ma na sobie zakrwawioną pidżamę. Jego żona Katie wygląda, jakby była pogrążona w głębokim śnie. Zdradza ją jednak krew, którą zachlapana jest poduszka i ściana za jej głową.

W sąsiednim pomieszczeniu czeka nas jeszcze straszniejszy widok. Niemowlę, Linda Mae, ma zakrwawioną twarz, leży z wyciągniętymi w górę rączkami. Pokój wygląda jak miejsce, w którym doszło do jatki. Tym bardziej szokujące wrażenie robi widok dziewczynki starannie przykrytej różowym kocykiem w tańczące słonie i pieski w spódniczkach baletnicy.

To przygnębiająca, przerażająca scena, a ja zostałam przydzielona do zbadania, co tu się wydarzyło. To moje pierwsze śledztwo w sprawie zabójstwa i zżera mnie trema, mimo że wszyscy członkowie rodziny Judsonów mierzą niespełna 15 centymetrów wzrostu i zostali wykonani z porcelany.

Otóż ta martwa rodzina stanowi część makiety sceny zbrodni. Model wielkości domku dla lalek jest dziełem Frances Glessner Lee, spadkobierczyni fortuny firmy International Harvester, odpowiedzialnej za stworzenie znanego traktora i sprzętu rolniczego. W latach 40. i 50. XX w. Lee zbudowała 20 takich niesamowicie wiernych dioram, które nazwała Nutshell Studies of Unexplained Death (miniaturowe modele dochodzeniowe w sprawie niewyjaśnionych śmierci). Słynęły z niezwykle szczegółowego wykonania, a inspirację do ich stworzenia Lee czerpała z autentycznych miejsc zbrodni. Do tego stopnia wiernie odtwarzają okoliczności realnych mordów, że 18 z nich nadal wykorzystywanych jest jako pomoce naukowe na studiach dla detektywów (w latach 90. XX w. udało się odszukać jeszcze jedną makietę – kryła się na strychu domu w New Hampshire; ostatnią, 20., przypadkowo zniszczono podczas przeprowadzki).

Znajduję się teraz w słabo oświetlonym biurze lekarza sądowego Baltimore i otacza mnie 18 miniatur. Rodzina Judsonów to część makiety o nazwie Trzypokojowe domostwo, największej z całej kolekcji, wyróżniającej się największą liczbą lalek przedstawiających denatów (być może to właśnie ten ostatni szczegół sprawił, że moją uwagę przyciągnęła ta, a nie inna miniatura – lubię wyzwania).

Niektóre z pozostałych scen można by w pierwszej chwili wziąć za migawki z odcinka programu telewizyjnego o remontach, w którym doszło do tragedii. W miniaturze zatytułowanej Różowa łazienka widzimy martwą kobietę, której odbicie widoczne jest w dużym lustrze. W Kuchni inna kobieta chyba popełniła samobójstwo, trując się gazem z kuchenki. A może ktoś ją zamordował? W Ciemnej łazience jakaś kobieta leży w wannie, a foliowa woda rozpryskuje się na jej twarzy.

Każda z tych scen roi się od maleńkich szczególików, które należy odszukać. Dołączam teraz do szeregów detektywów, którzy mierzyli się z tym zadaniem przede mną. Jestem uczestniczką 73. seminarium poświęconego dochodzeniu w sprawie zabójstw metodą Frances Glessner Lee. Jego fundatorem jest Harvard Associates in Police Science, organizacja opiekująca się spuścizną Lee, a odbywa się ono w Biurze Głównego Lekarza Sądowego Baltimore. Co roku w tym wstępnym kursie bierze udział kilkudziesięciu detektywów, funkcjonariuszy służby więziennej, prokuratorów oraz garstka innych stróżów prawa. Niekiedy są skłonni przystać na obecność kogoś takiego jak ja, czyli dziennikarki.

Seminarium trwa tydzień, w tym czasie uczestnicy biorą udział w wykładach i zajęciach prowadzonych przez 16 medyków sądowych i ekspertów kryminalistyki. Zakres tematyczny prezentacji komputerowych jest szeroki: od interpretacji plam krwi, przez zabezpieczanie materiału dowodowego w traseologii, po identyfikację różnorakich urazów. O tym, jak szczegółowo traktowane są te zagadnienia, łatwo przekonać się, gdy weźmie się pod uwagę, że przykładowo ranom spowodowanym przez ostre i tępe narzędzie poświęcone są dwa osobne, półtoragodzinne wykłady. Podczas każdego z nich słuchaczom prezentowane są setki zdjęć autentycznych uszkodzeń ciała spowodowanych obydwoma rodzajami obiektów. (Fotografie obrażeń zadanych ostrymi narzędziami są z reguły bardziej drastyczne, ponieważ nie brakuje wśród nich przypadków, gdy dana część ciała została przebita na wylot; ale i wśród ran od tępego narzędzia zdarzają się takie, obok których trudno przejść obojętnie).

W przerwach między prezentacjami – choć po czterech dniach jawiły mi się one już nie tyle jako prezentacje, co raczej pokazy okropnych sposobów, w jakie można umrzeć – studenci dobierają się w trzy- albo czteroosobowe grupy. Ich zadaniem będzie rozwikłanie zagadki kryjącej się w jednej z makiet Lee. W piątek, ostatni dzień kursu, drużyny prezentują swoje ustalenia. Muszą wówczas wypowiedzieć się, czy ich zdaniem doszło do morderstwa, a także przedstawić wskazówki zidentyfikowane na miejscu zbrodni, które skłaniają ich ku takiej, a nie innej interpretacji. Na samym końcu uczestnicy dowiadują się, czy ich ustalenia pokrywają się ze scenariuszem stworzonym przez Frances Glessner Lee. Opracowane przez nią rozwiązania zagadek kryminalnych są trzymane w wielkiej tajemnicy, o czym wielokrotnie mi przypominano.

Lee, obecnie uważana za „matkę chrzestną kryminalistyki”, tworzyła swoje dioramy z myślą o wpajaniu podstaw kryminalistyki początkującym detektywom. W tamtym czasie, ponieważ dziedzina była jeszcze w powijakach, stanowiło to dla nich pierwszą okazję do zapoznania się z tą tematyką. Lee powołała do istnienia również Wydział Medycyny Sądowej na Harvardzie, gdzie w latach 1931–1966 szkolili się zarówno lekarze, jak i stróże prawa. Wydział stał się miejscem, gdzie mogły rozwinąć się badania zarówno nad metodami trucia, jak i analizą pozostałości prochu strzelniczego na dłoniach i ubraniu zabójcy. Obecnie modele Frances Glessner Lee stanowią namacalne świadectwo tego, jak wielki wkład wniosła ona w rozwój amerykańskiej kryminalistyki.

Miniaturowe modele Lee zostały wykonane w skali 1:12. Do pozyskania wszystkich szczegółów, z których słynęły jej makiety, autorce służyły raporty z autopsji, dane z policyjnych kartotek i zapisy zeznań świadków, przy czym w pewnym stopniu celowo je gmatwała. Niekiedy zmieniała nazwiska i daty w opisach makiet, z większą swobodą podchodziła też do detali, które nie miały znaczenia jako materiał dowodowy, takich jak tapety czy inne szczegóły wystroju wnętrz.

Zdaniem Bruce’a Goldfarba, asystenta wykonawczego głównego lekarza sądowego Marylandu i de facto kuratora kolekcji dioram, koszt stworzenia niektórych z nich dorównywał wydatkom poniesionym przy budowie domu o normalnych rozmiarach. Goldfarb jest życzliwym, pełnym energii mężczyzną ze szpakowatą siwą bródką i modnymi okularami w grubych, czarnych oprawkach. Wcześniej pracował jako dziennikarz, ale jak sam twierdzi, posada w biurze lekarza sądowego dosłownie spadła mu z nieba. Kiedy się spotykamy, Bruce kończy pracę nad książką poświęconą wkładowi Lee w rozwój kryminalistyki.

Z trudem za nim nadążam, gdy oprowadza mnie po gmachu. Zaglądamy między innymi do laboratoriów, a w pewnym momencie Bruce pokazuje mi naturalnej wielkości mieszkanie nazywane Scarpetta House. To dar tajemniczej pisarki Patricii Cornwell – w celach szkoleniowych odtwarza się w nim miejsca drastycznych zbrodni. Bruce zwalnia dopiero, gdy docieramy do słabo oświetlonego pokoju, w którym przechowywane są miniaturowe modele.

Kiedy zaczyna mówić o dziełach Lee, w jego głosie pobrzmiewa szacunek: „Jeżeli założymy, że można było osiągnąć zamierzony efekt w sposób łatwy i trudny, Lee zdecydowała się na to drugie rozwiązanie”. (Jakby na potwierdzenie swoich słów nadmienia, że miniaturowy kubeł na śmieci w dioramie zatytułowanej Trzypiętrowa weranda wypełniony jest najprawdziwszymi śmieciami). Dowiaduję się, że wszystkie postacie w makiecie pod ubraniami noszą bieliznę. Tej informacji akurat nie jestem w stanie sprawdzić, ponieważ miniatury trzymane są w gablotach z pleksiglasu.

Jeden z pokoi został zaprojektowany w taki sposób, że aby mu się przyjrzeć, trzeba wcześniej rozebrać na kawałki całą scenę. W innym znajduje się fotel na biegunach, co do którego Lee nalegała, by po pchnięciu go palcem bujał się dokładnie tyle razy co jego pełnowymiarowy odpowiednik. Pokrywający ściany gips i znajdująca się pod nim drewniana konstrukcja są realistyczne. Pokoje oddzielają od siebie najprawdziwsze ściany szkieletowe, a drzwi wprawione są w ościeżnice.

Nie posiadałam się z radości – nareszcie miałam zobaczyć te cuda, o których dotąd tylko słyszałam, a przy tym mogłam patrzyć na nie w taki sam sposób jak prawdziwi detektywi, dla których były one pomocami naukowymi. Czekał mnie sprawdzian wiedzy z zakresu kryminalistyki i spostrzegawczości, niezbędnych do wydedukowania, co tak naprawdę wydarzyło się w każdej z tych maleńkich, makabrycznych scen.

Towarzystwo miałam doborowe. Razem ze mną nad tymi samymi zagadkami łamali sobie głowę Anthony Benicewicz, psycholog z Baltimore szykujący się do zostania psychologiem sądowym; Ayomide Oludoyi, student medycyny sądowej; kapitan Mike Wahl, dyrektor Wydziału do spraw Poważnych Przestępstw policji hrabstwa Montgomery; a także Haley Nelson, agentka specjalna w Agencji Ochrony Porządku Publicznego Karoliny Południowej. Wśród wszystkich tych fachowców czułam się wyjątkowo niekompetentna.

Nelson, z długimi blond włosami i pistoletem u pasa, bez trudu mogłaby uchodzić za gwiazdę jakiegoś serialu kryminalnego. Kiedy zebraliśmy się wokół Trzypokojowego domostwa i umieszczonej w środku martwej rodziny, by rozpocząć nasze dochodzenie, przyłapałam się na tym, że mimo woli staram się stanąć jak najdalej od broni Haley.

W przerwach między kolejnymi prezentacjami wracaliśmy do naszej makiety, żeby przedyskutować możliwe scenariusze. Należało rozstrzygnąć, czy mamy tu do czynienia z tak zwanym samobójstwem rozszerzonym – sytuacją, gdy ojciec przed odebraniem sobie życia uśmiercił swoich bliskich – czy też może mordercą była osoba trzecia. Na tę drugą ewentualność mogły wskazywać dwa uchylone okna w sypialni oraz wywrócony stolik przy otwartym nieco szerzej oknie w pokoju Lindy Mae. Ten stolik nie dawał spokoju agentce Nelson: czyżby przewrócił go włamywacz, kiedy wdarł się do mieszkania?

Miałam jednak wątpliwości, czy okna są otwarte na tyle szeroko, by zdołał się przez nie przecisnąć napastnik. Przystąpiliśmy do badania po kolei każdego z pomieszczeń, analizując potencjalne scenariusze zdarzeń. Pod stołem w kuchni znaleźliśmy broń, leżała nieopodal kałuży krwi. Z pojemnika na ścianie wyciągnęliśmy małe latareczki LED i zaczęliśmy omiatać światłem ściany w poszukiwaniu otworów po kulach, a także szukać łusek. Broń była długa i w pierwszej chwili wzięłam ją za karabin. W pewnym momencie w snopach światła z naszych latarek na ścianie ukazało się zbiorowisko niewielkich otworków.

– Czy zabójca mógł użyć strzelby? – spytałam wtedy Mike’a Wahla, wychodząc z założenia, że to pytanie dla prawdziwego gliniarza.

Mike zbliżył twarz do pleksiglasu chroniącego makietę i wytężył wzrok.

– Karabinu albo małokalibrowej strzelby.

Nie mieliśmy szansy rozwinąć tematu, bo w tym samym momencie zapędzono nas z powrotem do sali wykładowej na prezentację poświęconą ranom postrzałowym. Przez większą część wykładu siedziałam z nosem w komputerze, studiując dzieje strzelby na Wikipedii. Kiedy znów mogliśmy wrócić do makiety, skupiliśmy się na poszukiwaniu nabojów w pokojach.

Z Benicewiczem umówiłam się, że nazajutrz z samego rana zjawimy się w pokoju z dioramami, żeby poszukać innych poszlak. Kiedy przybyłam na miejsce o ósmej, zastałam puste pomieszczenie. Nadarzała się okazja, by choć przez chwilę pobyć sam na sam z makietami. Próbowałam wczuć się w sytuację dziedziczki fortuny, która w latach 40. XX w. postanawia, że swoje życie – i niemałą fortunę – poświęci tworzeniu miniaturowych modeli miejsc zbrodni. Wyobraziłam sobie, jak mogła wyglądać jej rozmowa z rzemieślnikiem, gdy prosiła go, by – zachowując wszystkie proporcje – zbudował miniaturę drewnianej chaty, a potem kazała mu ją spalić. Tak właśnie postąpiła Frances Glessner Lee, dzięki czemu mogłam teraz oglądać maleńkie zwęglone ciało leżące na łóżku w spalonym budynku.

Wkrótce dołączył do mnie Benicewicz i zabraliśmy się do pracy. Po pewnym czasie stało się jasne, że nasze dochodzenie utknęło. W zasadzie wszystko w Trzypokojowym domostwie mogło być znaczącym tropem. Na kuchennym stole leżały talerze, filiżanki do herbaty i coś, co w pierwszej chwili wzięłam za miniaturowe buteleczki z sosem chili. Zachodziłam w głowę, do jakiego posiłku nakryty był stół. Benicewicz, pamiętając, że Lee miała niesamowite wyczucie szczegółu, próbował odczytać teksty w gazecie leżącej na podłodze w kuchni. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć komórkami, potem je powiększaliśmy. Ostatecznie Anthony’emu udało się odszyfrować nagłówek na pierwszej stronie. Artykuł dotyczył koncertu uczniów z miejscowej szkoły. Było oczywiste, że Lee podsuwała nam tutaj fałszywy trop.

Pracując z modelami dochodzeniowymi, nie mogłam wesprzeć się analizą DNA ani nawet badaniem daktyloskopijnym. Zmuszona byłam bazować na najbardziej podstawowych danych kryminalistycznych. To w dużej mierze domena wiedzy biologicznej na temat tego, co dzieje się z ciałem po śmierci oraz w jej trakcie, a także w mniejszym stopniu znajomości zasad dynamiki Newtona. (Te ostatnie opisują podstawowe prawidła obowiązujące w przyrodzie, za których sprawą krew rozpryskuje się zawsze w kierunku, w jakim mknie kula, a u martwego człowieka spływa do najniżej położonych części ciała). Żeby rozwikłać zagadkę, konieczne jest przykładowo przyjrzenie się maleńkiemu włoskowi, którzy przyczepił się do – z pozoru wyglądającego zupełnie niewinnie – tępego przedmiotu, albo zwrócenie uwagi na kończynę denata, która była sztywna, zanim ciało zdążyło upaść.

Moi partnerzy potrafili odszukać mnóstwo tego rodzaju drobnych poszlak. Jak się okazało podczas prezentacji wyników dochodzenia, większość drużyn zdołała zbliżyć się do rozwiązania przewidzianego przez Lee. W niektórych wypadkach uczestnicy seminarium odkrywali, że doszło do morderstwa, które potem próbowano upozorować na nieszczęśliwy wypadek; w innych stwierdzali, że ofiary popełniły samobójstwo. Jedna z makiet była wyjątkowo podchwytliwa – to, co z początku wyglądało na ewidentne morderstwo, ostatecznie okazało się przypadkowym samobójstwem.

W naszym zespole omówiliśmy po kolei wszystkie scenariusze, jakie podpowiadała nam wyobraźnia. Przyświecaliśmy sobie naszymi miniaturowymi latareczkami, kierując światło po kolei w miejsca, w których – jak sądziliśmy – mogło dojść do mordu. Braliśmy pod uwagę pozycję, jaką mógł zajmować zabójca, kiedy oddawał strzał, a także to, dokąd skierował się później. Analizując poszczególne scenariusze, przez cały czas poszukiwaliśmy śladów, które mogłyby potwierdzać ich słuszność. W końcu doszliśmy do wniosku, że wszystkie poszlaki wskazują tylko na jedną możliwość spośród branych pod uwagę.

Nie mogę wam zdradzić, jakie rozwiązanie zagadki morderstwa Judsonów zaproponował mój zespół, ponieważ zostałam zobowiązana do zachowania tego w tajemnicy. Powiem tylko tyle, że gdy przyszło do przedstawienia wyników, zgłosiłam się na ochotnika. Podczas prezentacji przesadziłam z liczbą szczegółów, to moja wada. Najważniejsze jednak, że wyniki naszego śledztwa były prawidłowe.

Gdybyście chcieli kiedyś spróbować swoich sił z modelami scen zbrodni Lee, nic nie stoi na przeszkodzie. Co prawda kolekcja nie jest ogólnie dostępna, ale z inicjatywy Smithsonian Institute przy okazji wystawy w 2017 r. wykonano szczegółową dokumentację fotograficzną wnętrz, dostępną teraz w Internecie[3]. Możecie nawet wybrać się na wirtualny spacer przy użyciu telefonów. Rozwiązania zagadek nie są dostępne online, ale nie powinno was to zniechęcać.

W badaniu modeli nie chodzi wyłącznie o znalezienie właściwej odpowiedzi. Powinny raczej nauczyć cię dostrzegania tego, co niewidoczne, mimo że masz to przed oczami. Dzięki temu gdy znajdziesz się w miejscu, w którym doszło do jakiejś makabrycznej zbrodni, będziesz potrafił zwalczyć w sobie pokusę, by odwrócić wzrok. Najważniejsze w tym doświadczeniu jest przyzwolenie na to, by zanurzyć się w niepewności. Przypomina to realne życie, gdy mamy wątpliwości, co jest istotne, a co nie. I właśnie ten niepokój, który budzą w nas owe sceny, czyni je wiarygodnymi. To on skłoni cię, byś poddał zdolność dedukcji sprawdzianowi i stawił czoła swoim największym lękom.

[3]https://americanart.si.edu/exhibitions/nutshells

ŻYWE TRUPY

Albo mikroby górą

Czy wiesz, że liczba mieszkających w tobie mikroorganizmów jest mniej więcej równa liczbie komórek twojego ciała[4]? Znaczna część tych maleńkich oportunistów tylko czeka, żebyś padł trupem. To, co dzieje się potem, pozwala zrozumieć, kiedy tak naprawdę ostatecznie umieramy.

Mniej więcej cztery minuty po ustaniu akcji serca mieszkające w tobie bakterie zaczną dokazywać jak imprezowicze w sylwestra 1999 r. Najpierw, za sprawą procesu zwanego autolizą albo samotrawieniem, twoje komórki otworzą się niczym butelki szampana, z których wyskoczyły korki. Położenie drobnoustrojów, dla których całym życiem była dotąd walka o resztki w twoich jelitach, można by porównać do sytuacji człowieka, który nagle znalazł się w Las Vegas i odkrywa, że może do woli korzystać z gigantycznego bufetu. Gdy bakterie zaczną chłeptać komórkowe soki w twoim wnętrzu, ich kompani rezydujący na skórze przystąpią do podgryzania cię od zewnątrz. W taki sposób rozpoczyna się proces rozkładu gnilnego.

Kiedy się nad tym zastanowić, to jest to odrobinę niepokojąca perspektywa. No dobrze, może nawet nie odrobinę, tylko bardzo niepokojąca. Niemniej na usta ciśnie się pytanie: „Co właściwie powstrzymuje wszystkie te bakterie przed schrupaniem cię za życia, już teraz?”.

„Cóż za idiotyczny pomysł!” – mógłbyś odpowiedzieć. Przecież tylko umarlaki podlegają rozkładowi.

Słuszna uwaga. Ale dlaczego tak się dzieje? Jednym z zasadniczych powodów jest fakt, że dopóki żyjesz, twój system odpornościowy nieustannie toczy bój na śmierć i życie z drobnoustrojami. Nasze ciała bez przerwy szturmowane są przez bakterie, grzyby i wirusy, które tylko marzą, by dobrać się do nas, skonsumować naszą przepyszną materię organiczną i przystąpić do namnażania się w obłędnym tempie. Gdy mikroby zaczynają wyrządzać nam krzywdę – pożerając nas żywcem, przejmując kontrolę nad naszymi komórkami, żeby się namnożyć, albo produkując toksyczne odpady zalegające w naszym organizmie – mamy do czynienia z zakażeniem. Nasz układ immunologiczny musi być nieustannie w pełnej gotowości, aby odpierać ataki tych intruzów, równocześnie nie blokując bakterii o bardziej pokojowych zamiarach, jak choćby te, które egzystują w naszych trzewiach i pomagają w trawieniu pożywienia. Nawiasem mówiąc, zachowywanie takiej równowagi to nie lada wyczyn ze strony systemu odpornościowego.

Rozkład gnilny to coś zupełnie innego – rozpoczyna się dopiero po śmierci, gdy mechanizmy obronne już nie działają. To moment, kiedy twoje ciało nareszcie może zażyć odpoczynku po wojnie, którą toczyło przez całe życie. Krwiobieg przestaje zaopatrywać tkanki i organy w niezbędne do ich funkcjonowania tlen i składniki odżywcze, a w rezultacie komórki obumierają. Do akcji wkraczają enzymy, które rozpuszczają je od środka – to właśnie pod ich wpływem komórki w końcu otworzą się niczym wstrząśnięte butelki szampana. Najszybciej proces ten zachodzi w trzustce i wątrobie, ponieważ to narządy bogate w enzymy, a także w mózgu, który jest wyjątkowo dobrze nawodniony. Bakterie popadają w istny szał i zaczynają przejmować kontrolę nad kolejnymi organami, namnażając się w zawrotnym tempie.

Wielu z nas zapewne wzbrania się przed szczegółowym wyobrażaniem sobie, jak będzie przebiegać rozkład gnilny naszych ciał, ale dla specjalistów medycyny sądowej niezwykle przydatne jest ustalenie, które konkretnie bakterie ucztowały na naszych zwłokach, a także określenie czasu, w jakim zasiadały do kolejnych części posiłku. Nadali nawet specjalną nazwę tej pstrej zbieraninie padlinożerców: nekrobiom. Analizując sekwencje mikrobów, które zjawiały się i znikały na kolejnych etapach procesu rozkładu, są w stanie bardziej precyzyjnie określić, jak dawno nastąpiła śmierć.

Mimo postępu technologicznego nadal pozostaje to jednym z najtrudniejszych zagadnień w medycynie sądowej. Medycy sądowi najchętniej podają dość szerokie ramy czasowe, w których według podejrzeń doszło do zgonu, opierając się przy tym na ocenie plam opadowych (będących efektem pośmiertnego zbierania się krwi w najniżej położonych częściach ciała), działalności owadów czy też stopnia rozkładu zwłok. Im dłuższy czas upłynął od śmierci, tym szerszy zakres czasowy podawany przez ekspertów.

Do niedawna nasza wiedza o tym, które konkretnie mikroby posilają się naszymi zwłokami i jak przebiega wśród nich batalia o panowanie, była bardzo ograniczona. W 2013 r. zespół naukowców z Kolorado przedstawił wyniki przełomowych badań, z których wynikało, że społeczność drobnoustrojów zamieszkująca martwe myszy z upływem czasu podlegała pewnym powtarzalnym i dającym się opisać zmianom. Oznaczało to rewolucję dla specjalistów badających ludzkie zwłoki – możliwe stało się oszacowanie czasu śmierci na podstawie obserwacji mikroorganizmów zasiedlających ludzkie zwłoki i zestawienia ich z opracowanym wzorcem.

Na tej samej zasadzie opiera się entomologia sądowa, nauka badająca owady żerujące na trupach. Wiadomo na przykład, że stosunkowo szybko po śmierci na zwłokach zaczną przysiadać muchy, żeby złożyć jaja. Wyklują się z nich larwy, które następnie przekształcą się w dorosłe osobniki – przy czym wszystko to przebiega w stałych i przewidywalnych odstępach czasowych. Dzięki temu za sprawą obserwacji larw konkretnego gatunku muchy możemy oszacować, od jak dawna dana osoba nie żyje. W podobny sposób można też badać bakterie. W tym celu pobiera się wymaz z poszczególnych części ciała i analizując DNA, określa się, jakiego gatunku bakterie rozwinęły się na nich szczególnie obficie. Następnie pozyskane w ten sposób dane zestawia się ze schematem czasowym przebiegu typowego procesu rozkładu.

Dzięki rozwojowi technologii, który umożliwia analizę ogromnych ilości danych bakteryjnego DNA, metoda ta, jak się zdaje, ma przed sobą świetlaną przyszłość. Badania nad ludzkimi zwłokami dowodzą, że bakterie rozwijają się na nich według stałego, dość przewidywalnego wzorca. Dzieje się tak dlatego, że różne rodzaje bakterii mają słabość do odmiennych dań głównych oferowanych w bufecie w Las Vegas, do którego zostały zaproszone – to znaczy w ludzkim ciele i proponowanym przez nie wyborze przystawek.

Raz w życiu miałam okazję przekonać się, czym jest otwarty bufet w Las Vegas. Pamiętam, że w zdumieniu krążyłam pośród stert pieczonego kurczaka i krewetek, próbując w myślach zestawić domyślną cenę i pyszność danego jedzenia z objętością mojego żołądka. Przez głowę przelatywały mi myśli w rodzaju: „Czy powinnam najpierw skosztować nóżek krabowych, czy może od razu rzucić się na stek z antrykotu?”. Mikroby, które posilają się nami, również mają swoje preferencje i przestrzegają kolejności, w jakiej konsumują dania. Niektóre najlepiej czują się w ustach, podczas gdy inne preferują koniec układu trawiennego. Część świetnie radzi sobie w środowisku beztlenowym, dzięki czemu mogą zabrać się za pożywne organy wewnętrzne jeszcze przed tym, jak będą one mieć kontakt z powietrzem.

Zanim jednak udało się ustalić porządek chronologiczny, w jakim zachodzi rozkład ludzkiego ciała, konieczne było pobranie wymazu z wielu zwłok. Jako pierwsi pokusili się o to badacze z ośrodka Southeast Texas Applied Forensic Science – jednej z zaledwie kilku amerykańskich placówek badawczych antropologii sądowej zwanych trupimi farmami, w których analizuje się rozkład ludzkich zwłok w zmiennych warunkach. W 2013 r. skatalogowali oni bakterie rozwijające się w zwłokach dwóch osób. Ciała gniły na świeżym powietrzu, a badacze skoncentrowali się tylko na fazie rozdęcia.

W procesie rozkładu bakterie wytwarzają gazy takie jak siarkowodór (cuchnie) i metan (wbrew powszechnemu mniemaniu nie śmierdzi). Gazy te stopniowo wydymają zwłoki od środka, aż wreszcie dochodzi do uwolnienia nagromadzonych w ciele truposza płynów, co w medycynie sądowej określa się mianem wycieku. Jak łatwo się domyślić, jest to dość obrzydliwy widok, jednakże wyciek stanowi jedną z kluczowych faz rozkładu, a badaczom kryminalistyki i medycyny sądowej tradycyjnie służy do wstępnego oszacowania, od jak dawna dana osoba nie żyje. Przykładowo w wypadku rozdętego ciała możemy być pewni, że śmierć nastąpiła od dwóch do sześciu dni temu, w zależności od temperatury otoczenia i innych warunków. Do wycieku dochodzi zazwyczaj między piątym a jedenastym dniem po śmierci.

Naukowcy z Teksasu pobrali ze zwłok na trupiej farmie próbki z ust i odbytów – a więc sfer szczególnie bogatych w bakterie – przed rozpoczęciem i po zakończeniu fazy rozdęcia. Następnie dokonano identyfikacji bakterii w pobranych próbkach, rozpoznając ich charakterystyczne markery genetyczne. Stwierdzono wówczas, że pod koniec fazy rozdęcia zaczęły dominować bakterie beztlenowe z rodzaju Clostridium[5]. Wymaz z jamy ustnej u obu ciał w fazie rozdęcia wykazywał przesunięcie ku Firmicutes, typowi bakterii, do którego należą między innymi Clostridia. Odkrycie to było pierwszą zapowiedzią, że być może uda się ustalić wzorzec rozwoju bakterii na zwłokach.

Ale badanie tamtych dwóch ciał stanowiło zaledwie początek długiej drogi. Do zidentyfikowania modelu, który byłby na tyle powtarzalny, że można by go stosować jako wzorzec do ustalania czasu zgonu, konieczne było przebadanie znacznie większej liczby zwłok w różnych warunkach. I właśnie z takim zadaniem postanowiła zmierzyć się Jennifer Pechal, badaczka medycyny sądowej z Michigan State University.

Do 2019 r. Pechal zdołała zgromadzić próbki mikrobów z blisko 2 tysięcy ludzkich zwłok. Mogłam na własne oczy przekonać się, jak wielkie postępy poczyniono na tym osobliwym poletku wiedzy o bakteriach śmierci, gdy dane mi było przysłuchiwać się jej prezentacji zorganizowanej w ramach posiedzenia American Academy of Forensic Sciences. Pechal współpracuje obecnie z Biurem Lekarza Sądowego hrabstwa Wayne, które regularnie pobiera próbki bakterii ze zwłok przywożonych do miejscowej kostnicy. W badania zaangażowało się też kilka innych placówek w Stanach Zjednoczonych i na świecie. Naukowcy z Francji, Austrii i Włoch porównują swoje dane i dochodzą do wniosku, że niezależne od tego, gdzie żyjemy i umieramy, nasze nekrobiomy rozwijają się podług podobnych wzorców.

Na obecnym etapie badań jesteśmy w stanie stwierdzić, że po upływie 48 godzin od śmierci w populacji drobnoustrojów zamieszkujących ludzki organizm dochodzi do zasadniczej zmiany i że ma ona charakter powtarzalny. Mając do dyspozycji tak wyraźny marker, stosunkowo łatwo ustalić – na podstawie analizy składu populacji mikrobów – czy zwłoki liczą sobie mniej czy też więcej niż dwa dni. Pechal przewiduje, że wraz z postępem badań szacowanie czasu śmierci stanie się bardziej precyzyjne i zawęzi przedział czasowy do 12 godzin lub nawet ograniczy go jeszcze bardziej. „Jestem przekonana, że to tylko kwestia czasu, nim medycy sądowi zyskają taką możliwość” – dodaje.

Zespół, któremu przewodzi, dokonał jeszcze jednego zaskakującego odkrycia: bakterie pobrane z jamy ustnej człowieka, którego śmierć nastąpiła niedawno, mogą zawierać wskazówki pozwalające określić jego stan zdrowia przed śmiercią. Jest to możliwe, ponieważ te same bakterie, które kojarzone są z chorobami kardiologicznymi u żywych ludzi, znaleziono w jamach ustnych osób, których śmierć nastąpiła do 24 godzin wcześniej. Odkrycie to pozwala, zdaniem Pechal, oczekiwać, że nadejdzie czas, gdy analiza drobnoustrojów w zwłokach pozwoli patologom nie tylko ustalić, od jak dawna osoba nie żyje, ale też poznać przyczynę zgonu – przykładowo stwierdzić, czy śmierć może mieć związek z niezdiagnozowaną chorobą serca.

Pechal tłumaczy, że naukowcy obecnie skupiają się na opracowaniu komputerowych modeli, które pozwolą analizować drobnoustrojowych lokatorów zwłok i określić czas, jaki upłynął od zgonu. Nim jednak specjaliści medycyny sądowej będą mogli skorzystać z tych modeli, konieczne jest przetestowanie ich na ciałach, w których wypadku nie ma wątpliwości co do czasu śmierci, aby upewnić się, że dane pozwalają na precyzyjne szacunki. Ostatecznym celem, jak wyjaśnia Pechal, jest stworzenie „żywego narzędzia” na użytek lekarzy medycyny sądowej i śledczych, które w połączeniu z innymi metodami stanowić będzie wiarygodną metodę precyzyjnego ustalania czasu zgonu.

Na to przyjdzie nam jeszcze poczekać pięć do dziesięciu lat. Badaczy czeka sporo pracy przy rozwiązywaniu pewnych praktycznych kwestii – na przykład nie wiadomo jeszcze, z których miejsc na ciele należy pobierać bakterie do analizy, by zyskać najbardziej wiarygodne wyniki. Już na wstępnym etapie badań Pechal musiała zadać sobie następujące pytania: „Czy powinniśmy pobrać bakterie z zewnątrz ciała? A może skupić się na jego wnętrzu? Czy też należy pójść na kompromis i zdecydować się na połączenie obu tych podejść?”. Na podstawie pierwszych 188 zwłok, jakie przebadał jej zespół, można stwierdzić, że w wypadku ciał martwych od kilku dni najlepsze miejsca do pobrania próbek to jama ustna i uszy. Dają one łatwy dostęp do materiału, który będzie analizowany. Pechal liczy, że w przyszłości wymaz bakteriologiczny stanie się nieodłączną częścią każdej autopsji.

Jak się wydaje, bakterie, które ucztują na martwych ciałach, zostawiają po sobie również inne wskazówki pozwalające na ustalenie czasu śmierci. Możemy przyglądać się nie tylko rodzajowi bakterii i badać liczebność ich populacji, ale też skupiać się na obecności charakterystycznych związków chemicznych, jakie powstają w wyniku rozkładu naszego ciała.

W latach 90. XX w. badacz antropolog sądowy Arpad Vaas postanowił skatalogować związki chemiczne wytwarzane przez tę barwną zbieraninę bakterii podczas rozkładania ciała na czynniki pierwsze. Wskazał wówczas trzy związki chemiczne pozwalające na oszacowanie czasu śmierci; były to kwasy tłuszczowe powstałe na skutek rozkładu ludzkiego tłuszczu, mięśni oraz resztek pokarmu zalegających w naszych trzewiach po śmierci. Od tamtej pory były one, wraz z innymi związkami biochemicznymi, już niejednokrotnie wykorzystywane w medycynie sądowej. W jednym wypadku opisanym przez Vaasa na podstawie analizy kwasów tłuszczowych w zwłokach mężczyzny znalezionych w lesie stwierdzono, że zgon nastąpił 52–57 dni wcześniej. Policja szybko przeanalizowała zgłoszenia o zaginięciach z tego okresu i bez trudu zidentyfikowała mężczyznę, który – jak potem wyszło na jaw – zmarł 50 dni przed odnalezieniem ciała. Stało się jasne, że kwasy tłuszczowe mogą być całkiem dokładnym wskaźnikiem czasu śmierci.

Jak się okazuje, do ustalenia czasu, jaki upłynął od zgonu, może posłużyć również DNA umarlaka. Jest to możliwe dzięki temu, że aktywność pewnych genów nie ustaje nawet w momencie śmierci. Tom Gilbert, genetyk z duńskiego Muzeum Historii Naturalnej, w rozmowie ze mną posłużył się porównaniem do gotującego się makaronu – woda nie przestanie bulgotać, gdy skręcimy gaz, z czasem będzie po prostu gotować się coraz mniej intensywnie.

Coś podobnego zachodzi w niektórych częściach ciała, w których pewne geny pozostają aktywne dłużej niż inne. Analizując różnego rodzaju tkanki pozwalające na uzyskanie najbardziej przewidywalnych wyników, Gilbert w swoich eksperymentach laboratoryjnych osiągnął zdumiewające wyniki – gdy pracował ze zwłokami kilka godzin po śmierci, udało mu się ustalić czas zgonu z dokładnością do dziewięciu minut. Zauważył zarazem, że po upływie dłuższego czasu degradacja informacji genetycznej postępuje za szybko i wówczas bardziej przydatnym narzędziem staje się analiza zmian w nekrobiomie.

Jeff Tomberlin, entomolog sądowy związany z Texas Agricultural and Mechanical University, nie ma wątpliwości, że analiza zmian chemicznych już niedługo pozwoli ustalać czas śmierci z większą dokładnością. Tomberlin w swojej pracy naukowej skupia się na badaniu aktywności obydwu typów paskudztwa, jakie dokazuje na ludzkich zwłokach – zarówno owadów, jak i drobnoustrojów. Jego zdaniem istnieje tak wiele typów mikrobów, a przy tym różnią się one między sobą w tak olbrzymim stopniu, że skatalogowanie ich i przetestowanie, jak zachowują się w różnych środowiskach, siłą rzeczy będzie bardzo czasochłonnym procesem. Zaznacza jednak, że koniec końców zyskamy możliwość połączenia wszystkich tych podejść. Stwierdza dobitnie: „Rzeczywistość niedostrzegalna gołym okiem stanowi przyszłość medycyny sądowej”. Być może pewnego dnia badanie zwłok pod kątem aktywności bakteryjnej i chemicznej będzie czymś równie naturalnym jak identyfikacja daktyloskopijna.

[4] Mogłeś nawet słyszeć, że mikroby przewyższają liczebnością komórki twojego ciała w stosunku 10:1. To najsłynniejszy fakt, jaki w powszechnej świadomości wiązany jest z mikrobiomem człowieka. Tak się jednak składa, że to nieprawda. Nieporozumieniu winny jest artykuł naukowy opublikowany w 1970 r. przez mikrobiologa Thomasa D. Luckeya. Badacz ten dowodził, że w jednym gramie ludzkiego kału i płynu jelitowego kryje się około 100 miliardów drobnoustrojów. Przy założeniu, że w organizmie dorosłego człowieka znajduje się około kilograma tego materiału, dawałoby to 100 bilionów (1014) mikrobów. Wiele lat później mikrobiolog Dwayne Savage, wykazując się równie wielką fantazją, oszacował liczbę komórek w ciele ludzkim na 10 bilionów (1013