Co się stanie z Ameryką - Dorota Warakomska - ebook
Opis

Ostatnia kampania wyborcza obnażyła wszystkie problemy, słabości i lęki Ameryki. Dorota Warakomska pokazuje je  oczami zwykłych ludzi. Ta książka to zapis jej podróży, podczas których pokonała tysiące kilometrów i odwiedziła 20 stanów.  Autorka odwiedza miasta, wsie, miasteczka zgłębiając niezwykle wysoki poziom rozczarowania jednych Amerykanów, nadzieję  drugich, tęsknotę trzecich, niezdecydowanie innych. Przygląda się pracy sztabów wyborczych,  tłumacząc specyfikę wyborczej machiny, która w USA jest niezwykłym zjawiskiem. 

 

Jak to się stało, że na Donalda Trumpa, multimilionera i gwiazdora showbiznesu, znanego z dość lekceważącego stosunku do kobiet, oskarżanego o seksizm, rasizm i ksenofobię zagłosowała większość białych kobiet? Dlaczego doskonale przygotowana do objęcia prezydentury, kompetentna, obyta w świecie Hillary Clinton nie zdołała wytłumaczyć się ze swoich powiązań z biznesem, odeprzeć oskarżeń o kłamstwa i ocieplić wizerunku? I jak to możliwe, że w czasach, gdy kobiety na świecie sięgają po najwyższe stanowiska w polityce i gospodarce, w USA ludzie tęsknią za domowymi obiadami, jak w latach 50, gdy miejsce kobiety było w kuchni? Jak udało się zdobyć serca tych wyborców Donaldowi Trumpowi, który barwy partyjne zmieniał zęściej nawet niż żony? 

 

Kampania zmieniła Stany Zjednoczone. Podzieliła naród, jak nigdy dotąd.  Co dziś jest ważne dla Amerykanek i Amerykanów? Za czym tęsknią? Czego chcą? 

 

I Co się stanie z Ameryką ?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 388

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Ta­cza­now­ska

Ko­rek­ta: Kin­ga Sze­lest

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny ma­kie­ty: Mar­ta Krze­mień-Ojak

Skład: Ro­bert Ku­pisz

Zdję­cie na okład­ce: Shut­ter­stock (Bil­da­gen­tur Zoo­nar GmbH)

Zdję­cia: Do­ro­ta Wa­ra­kom­ska

Zdję­cie au­tor­ki: Mi­chał Mu­tor/Agen­cja Ga­ze­ta

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Bar­ba­ra Wa­lus

Re­dak­tor pro­jek­tu: Agniesz­ka Fi­las

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Do­ro­ta Wa­ra­kom­ska

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, z wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-313-8

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Wstęp

Jak to się za­czę­ło

Ni­g­dy tego nie ukry­wa­łam – je­sie­nią 2016 roku je­cha­łam do USA, by być na­ocz­nym świad­kiem hi­sto­rycz­ne­go mo­men­tu, w któ­rym na cze­le je­dy­ne­go su­per­mo­car­stwa po raz pierw­szy sta­je ko­bie­ta wy­bra­na na urząd pre­zy­den­ta. Wszyst­ko na to wska­zy­wa­ło: son­da­że – czy­li po­ten­cjal­ne po­par­cie w spo­łe­czeń­stwie; wspar­cie par­tii – Par­tia De­mo­kra­tycz­na, mimo po­dzia­łów, mu­rem sta­nę­ła za Hil­la­ry Clin­ton, gdy zo­sta­ła ofi­cjal­ną kan­dy­dat­ką, zaś czo­ło­wi po­li­ty­cy re­pu­bli­kań­scy od­ci­na­li się od Do­nal­da Trum­pa; wiel­ki apa­rat kam­pa­nii i ma­chi­na wy­bor­cza – set­ki ty­się­cy wo­lon­ta­riu­szy i za­wo­do­wych pra­cow­ni­ków kam­pa­nii, gwiaz­dy mu­zy­ki i kina oraz mi­lio­ny do­la­rów od spon­so­rów na rzecz Clin­ton, pod­czas gdy Trump prze­zna­czył sto­sun­ko­wo małe pie­nią­dze na kam­pa­nię, pro­wa­dząc ją oso­bi­ście, po­przez rzecz­nicz­kę, w sta­cji FOX News i w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych; kom­pe­ten­cje i przy­go­to­wa­nie kan­dy­da­tów – Hil­la­ry spę­dzi­ła osiem lat w Bia­łym Domu jako Pierw­sza Dama i do­rad­czy­ni pre­zy­den­ta, sześć w Se­na­cie, czte­ry po­dró­żu­jąc po świe­cie jako se­kre­tarz sta­nu, Do­nald – mi­liar­der, biz­nes­men i gwiaz­da show-biz­ne­su, nie miał żad­ne­go do­świad­cze­nia dy­plo­ma­tycz­ne­go, ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go czy po­li­tycz­ne­go.

No i wresz­cie ar­gu­ment z ka­te­go­rii hi­sto­rycz­no-roz­sąd­ko­wej – prze­cież naj­pierw pra­wo gło­su zdo­by­li w Sta­nach Zjed­no­czo­nych czar­ni męż­czyź­ni (15. po­praw­ka do kon­sty­tu­cji, któ­ra we­szła w ży­cie w 1870 roku), do­pie­ro po­tem ko­bie­ty (19. po­praw­ka do kon­sty­tu­cji, obo­wią­zu­ją­ca od 1920 roku). Oczy­wi­ście wiem, jest to duże uprosz­cze­nie, bo­wiem ko­lo­ro­wym męż­czy­znom utrud­nia­no udział w wy­bo­rach przez wie­le lat i na do­brą spra­wę peł­nię swo­ich praw mo­gli eg­ze­kwo­wać do­pie­ro po znie­sie­niu se­gre­ga­cji ra­so­wej. Ale cho­dzi mi tu o spo­sób my­śle­nia bia­łych męż­czyzn, któ­rzy byli i, jak się oka­za­ło, wciąż są ka­te­go­rią de­cy­du­ją­cą – ła­twiej po­ko­nać ra­sizm niż sek­sizm. Sko­ro był Oba­ma, to może być Clin­ton. Jaka inna ko­bie­ta da­ła­by radę? I wresz­cie mia­ło się to stać. Ame­ry­ka mia­ła po­ka­zać, że doj­rza­ła do tego, by ko­bie­ta nią rzą­dzi­ła.

Nie tyl­ko jako dzien­ni­kar­ka, ale tak­że jako oso­ba dzia­ła­ją­ca na rzecz ko­biet i rów­no­upraw­nie­nia w Pol­sce ob­ser­wo­wa­łam pre­zy­den­tu­rę Ba­rac­ka Oba­my i póź­niej kam­pa­nię Hil­la­ry Clin­ton. Prze­ko­na­na, że już czas, by Ame­ry­ką rzą­dzi­ła ko­bie­ta, czy­ta­łam ar­ty­ku­ły w „The Wa­shing­ton Post”, „The New York Ti­mes” i „Los An­ge­les Ti­mes”, utwier­dza­jąc się w punk­cie wi­dze­nia miesz­kań­ców wiel­kich miast wschod­nie­go i za­chod­nie­go wy­brze­ża Ame­ry­ki. Jed­nak wie­lo­let­nie do­świad­cze­nia, tak­że te z po­dró­ży po Dro­dze 66, pod­po­wia­da­ły mi, że to nie jest je­dy­na praw­da, bo Ame­ry­ka w grun­cie rze­czy jest kon­ser­wa­tyw­na. Te wąt­pli­wo­ści ka­za­ły mi ru­szyć poza ob­wod­ni­cę, jak to się w ame­ry­kań­skiej sto­li­cy mówi out­si­de the bel­tway, żeby po­czuć, czym na­praw­dę żyją lu­dzie, ja­kie mają pro­ble­my i co my­ślą – o kan­dy­da­tach, o wy­bo­rach, o Ame­ry­ce i przy­szło­ści.

Spę­dzi­łam wie­le lat w USA, pra­cu­jąc jako ko­re­spon­dent­ka te­le­wi­zji, wra­ca­jąc do tego kra­ju pry­wat­nie, jeż­dżąc po le­gen­dar­nej Dro­dze 66, zbie­ra­jąc ma­te­ria­ły do książ­ki. Dla mnie Ame­ry­ka za­wsze była miej­scem, gdzie każ­dy może speł­nić swój sen, gdzie umie­jęt­no­ści i kom­pe­ten­cje za­wsze się obro­nią, gdzie je­śli ktoś jest w czymś na­praw­dę do­bry, to się prze­bi­je. Była też za­wsze kra­jem, w któ­rym lu­dzie sza­nu­ją się na­wza­jem i po­zo­sta­wia­ją dla sie­bie prze­strzeń, zgod­nie z za­sa­dą „Żyj i po­zwól żyć in­nym”. I w peł­nym zro­zu­mie­niu była de­mo­kra­cją, któ­ra wca­le nie jest „wol­no­ame­ry­kan­ką”, ale praw­dzi­wą wolą więk­szo­ści. Kry­ty­ko­wa­ną przez wie­lu re­gu­łę po­li­tycz­nej po­praw­no­ści uzna­wa­łam za sy­no­nim doj­rza­ło­ści spo­łe­czeń­stwa. I pod­czas mo­ich przed- i po­wy­bor­czych po­dró­ży po USA w 2016 i 2017 roku prze­cie­ra­łam oczy ze zdu­mie­nia – to nie była ta sama Ame­ry­ka, któ­rą zna­łam sprzed za­le­d­wie kil­ku lat.

Oba­wy, by nie ura­zić ko­goś swo­imi sło­wa­mi, za­stą­pio­no bru­tal­ną praw­dą, praw­dę – kłam­stwem po­da­wa­nym w za­leż­no­ści od po­trzeb. Miej­sce wszech­obec­nej uprzej­mo­ści i uśmie­chu za­ję­ły agre­sja i nie­uf­ność. Rów­ne szan­se już nie były dla wszyst­kich. A ra­mio­na za­miast otwar­tych – skrzy­żo­wa­ne. Daw­ne po­czu­cie, że wszy­scy są tu imi­gran­ta­mi i ra­zem wy­ku­wa­ją wspól­ną przy­szłość, za­stą­pi­ła nie­chęć do ob­cych.

Roz­ma­wia­jąc z ludź­mi, za­sta­na­wia­łam się, skąd to się wzię­ło. Jak to moż­li­we, że w USA wszyst­ko się tak bar­dzo zmie­ni­ło?

Jesz­cze przed roz­po­czę­ciem kam­pa­nii wy­bor­czej 2016 roku ry­wa­li­za­cja re­pu­bli­ka­nów (ma­ją­cych więk­szość w Izbie Re­pre­zen­tan­tów i Se­na­cie, a więc blo­ku­ją­cych dzia­ła­nia pre­zy­den­ta Ba­rac­ka Oba­my) i de­mo­kra­tów zmie­ni­ła Ame­ry­kę. Woj­na o wszyst­ko. Po­tem ry­wa­li­za­cja Do­nal­da Trum­pa i Hil­la­ry Clin­ton, dwoj­ga naj­bar­dziej nie­lu­bia­nych kan­dy­da­tów w hi­sto­rii USA, wy­zwo­li­ła nie­spo­ty­ka­ne do­tąd emo­cje.

Kam­pa­nia wy­bor­cza sku­pi­ła jak w so­czew­ce wszyst­kie bo­lącz­ki Ame­ry­ki.

Naj­le­piej to wi­dać w ma­łych miej­sco­wo­ściach, wsiach, mia­stecz­kach, gdzie mia­łam oka­zję zgłę­bić nie­zwy­kle wy­so­ki po­ziom roz­cza­ro­wa­nia jed­nych, na­dziei dru­gich, tę­sk­not trze­cich, nie­zde­cy­do­wa­nia in­nych.

Dzię­ki tej po­dró­ży i nie­zli­czo­nym roz­mo­wom z ludź­mi o róż­nych po­glą­dach, róż­nym sta­tu­sie, róż­nych ras i za­wo­dów, nie by­łam zdzi­wio­na wy­ni­kiem wy­bo­rów. By­łam roz­cza­ro­wa­na, i to bar­dzo, ale nie zdzi­wio­na.

Na zdzi­wio­ne­go wy­glą­dał za to Do­nald Trump, któ­ry prze­cież – jak dziś to wie­my – kan­dy­do­wał, bo chciał na­mie­szać, nie są­dził, że wy­gra. Jed­nak jego we­zwa­nie do ze­rwa­nia z es­ta­bli­sh­men­tem, „osu­sze­nia ba­gna”, a przede wszyst­kim za­wo­ła­nie „Make Ame­ri­ca Gre­at Aga­in” do­tar­ło do sed­na wspo­mnień i tę­sk­not mi­lio­nów Ame­ry­ka­nów. I zwy­cię­ży­ło z ha­słem „Stron­ger To­ge­ther”. De­mo­kra­ci, po­wta­rza­ją­cy „I am with her”, prze­gra­li na wła­sne ży­cze­nie – zbyt pew­ni sie­bie, uspo­ko­je­ni son­da­ża­mi, prze­ko­na­ni o mocy swo­jej kan­dy­dat­ki, wie­rzą­cy, że wszy­scy są tak za­do­wo­le­ni z ży­cia i po­stę­po­wych de­cy­zji pre­zy­den­ta Oba­my jak oni. Gorz­ko się roz­cza­ro­wa­li.

Ta kam­pa­nia zmie­ni­ła Ame­ry­kę. Po­dzie­li­ła na­ród jak ni­g­dy do­tąd. Przy­czy­nił się do tego w du­żej mie­rze sam Do­nald Trump – nie­prze­bie­ra­ją­cy w sło­wach, przy­zwy­cza­jo­ny do re­flek­to­rów i ka­mer, z ła­two­ścią rzu­ca­ją­cy oskar­że­nia – tak jak nie­gdyś w swo­im show The Ap­pren­ti­ce (Prak­ty­kant), kie­dy zwal­niał lu­dzi, krzy­cząc „You’re fi­red” i ce­lu­jąc w nich pal­cem jak pi­sto­le­tem – i do­wol­nie in­ter­pre­tu­ją­cy fak­ty. Fake news i nie­zwy­kle spraw­ny apa­rat in­for­ma­cyj­ny, mi­strzow­skie uży­cie me­diów spo­łecz­no­ścio­wych – to jed­nak nie wszyst­ko. Nie moż­na tak­że za wy­nik wy­bo­rów ob­wi­niać je­dy­nie sze­fa FBI, Ja­me­sa Co­meya, któ­ry w de­cy­du­ją­cym mo­men­cie, na kil­ka dni przed wy­bo­ra­mi, ujaw­nił fakt po­now­ne­go przyj­rze­nia się e-ma­ilom usu­nię­tym z kon­ta Hil­la­ry Clin­ton, w któ­rych, jak się po­tem oka­za­ło, nie było ni­cze­go nie­zgod­ne­go z pra­wem. Osta­tecz­nie bo­wiem to lu­dzie, któ­rzy po­szli na wy­bo­ry, pod­ję­li de­cy­zję. De­cy­zję nie­zwy­kle brze­mien­ną w skut­kach.

Czy to chwi­lo­we za­uro­cze­nie wy­bor­ców? Czy Ame­ry­ka zry­wa z po­li­tycz­ną po­praw­no­ścią na do­bre? Po roku urzę­do­wa­nia 45. ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta py­ta­nia te po­zo­sta­ją ak­tu­al­ne. Zwłasz­cza że Do­nald Trump ogło­sił już za­miar kan­dy­do­wa­nia na ko­lej­ną ka­den­cję i za­pro­po­no­wał nowe ha­sło: „Keep Ame­ri­ca Gre­at Aga­in” – utrzy­maj­my Ame­ry­kę wspa­nia­łą. Ob­ję­cie urzę­du pre­zy­denc­kie­go przez Do­nal­da Trum­pa wy­zwo­li­ło ogrom­ne po­kła­dy nie­zgo­dy, zwłasz­cza ko­biet i mniej­szo­ści. Czy ta nie­zgo­da wy­star­czy do zmia­ny? I jaka może być ta zmia­na?

Nie­wąt­pli­wie 2017 rok – pierw­szy rok urzę­do­wa­nia 45. ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta – był ro­kiem pro­te­stów. Dał mu po­czą­tek Marsz Ko­biet na Wa­szyng­ton – naj­więk­szy pro­test w hi­sto­rii USA. Póź­niej na­stą­pi­ły ko­lej­ne – prze­ciw­ko de­kre­to­wi an­ty­imi­gra­cyj­ne­mu, prze­ciw­ko znie­sie­niu Oba­ma­ca­re (po­wszech­ne­go ubez­pie­cze­nia zdro­wot­ne­go kry­ty­ko­wa­ne­go przez re­pu­bli­ka­nów), prze­ciw­ko mu­ro­wi na po­łu­dnio­wej gra­ni­cy, prze­ciw­ko nie­wła­ści­wym za­cho­wa­niom i prze­mo­cy sek­su­al­nej w ra­mach ak­cji #Me­Too.

Tym­cza­sem Do­nald Trump krok po kro­ku speł­niał swo­je obiet­ni­ce wy­bor­cze. Wal­czył z ca­łym świa­tem i prze­ciw­no­ścia­mi losu, cza­sem jak mały chło­piec upie­ra­jąc się, że ma ra­cję, bo ma. Udo­wad­nia­jąc, że jest mą­dry, bo jest. Wy­mie­nia­jąc lu­dzi, na­wet tych naj­bar­dziej za­ufa­nych, jak Ste­ve Ban­non, gdy mu pod­pa­dli lub gdy uznał, że le­piej mu bę­dzie bez nich.

Wsz­czę­cie śledz­twa w spra­wie kon­tak­tów szta­bu Trum­pa z Ro­sja­na­mi i wpły­wu ro­syj­skich ha­ke­rów na wy­nik wy­bo­rów w USA spra­wia, że Trum­po­wi może za­cząć pa­lić się grunt pod no­ga­mi. Ale, moim zda­niem, nie mniej niż spe­cjal­ne­go pro­ku­ra­to­ra Ro­ber­ta Mu­el­le­ra, po­wi­nien oba­wiać się nie­zwy­kłej mo­bi­li­za­cji róż­nych śro­do­wisk, zwłasz­cza ko­bie­cych. Tym bar­dziej że rok 2018 bę­dzie jesz­cze waż­niej­szy, bo to rok, w któ­rym wy­mie­nia­ny jest cały skład Izby Re­pre­zen­tan­tów i jed­na trze­cia Se­na­tu. A po lo­kal­nych wy­bo­rach w 2017 roku de­mo­kra­ci za­cie­ra­ją ręce, ma­jąc szan­sę na od­zy­ska­nie więk­szo­ści w izbie niż­szej i wy­rów­na­nie szans w wyż­szej.

Co­raz czę­ściej sły­chać we­zwa­nia do im­pe­ach­men­tu, czy­li usu­nię­cia pre­zy­den­ta z urzę­du. Pod­da­wa­na jest w wąt­pli­wość zdol­ność Do­nal­da Trum­pa do peł­nie­nia naj­wyż­sze­go w USA urzę­du. Sam pre­zy­dent wy­da­je się tym nie przej­mo­wać. Po­dob­nie jak fak­tem, że jego i tak naj­niż­sze wy­ni­ki w hi­sto­rii no­to­wań po­pu­lar­no­ści pre­zy­den­tów jesz­cze bar­dziej spa­dły. Zrzu­ca winę na nie­przy­chyl­ne me­dia i pusz­cza oko do swo­ich zwo­len­ni­ków, któ­rzy utwier­dza­ją się w prze­ko­na­niu, że me­diom nie moż­na wie­rzyć. I pa­trzą na ro­sną­ce wskaź­ni­ki gieł­do­we, wie­rząc, że i obiet­ni­ce o po­now­nym otwar­ciu ko­palń i hut Trump wresz­cie speł­ni.

Ta książ­ka jest bar­dzo oso­bi­stym spoj­rze­niem na Ame­ry­kę. Nie jest to szcze­gó­ło­wy, chro­no­lo­gicz­ny za­pis kam­pa­nii wy­bor­czej. Nie ma też być pod­ręcz­ni­kiem sys­te­mu wy­bor­cze­go USA, choć znaj­du­ją się w niej wy­ja­śnie­nia po­zwa­la­ją­ce go zro­zu­mieć oraz opi­sy dzia­łań wo­lon­ta­riac­kich god­nych na­śla­do­wa­nia w każ­dej kam­pa­nii wy­bor­czej. Nie za­wie­ra tak­że do­kład­ne­go opi­su po­su­nięć i de­cy­zji Do­nal­da Trum­pa jako pre­zy­den­ta. To re­por­taż, bę­dą­cy efek­tem mo­ich trzech po­dró­ży do USA w mi­nio­nych osiem­na­stu mie­sią­cach, pod­czas któ­rych po­ko­na­łam wie­le ty­się­cy ki­lo­me­trów. Za­le­ża­ło mi na tym, by być z ludź­mi, po­ka­zać, co oni my­ślą. Nie chcia­łam re­la­cjo­no­wać tego, co wszy­scy mogą zo­ba­czyć w te­le­wi­zji czy prze­czy­tać w in­ter­ne­cie. To jest spoj­rze­nie na zmie­nia­ją­cą się Ame­ry­kę ocza­mi zwy­kłych lu­dzi.

Roz­dział 1

Gniew ko­biet

Czu­ję, że to bę­dzie nie­zwy­kły dzień, gdy tyl­ko wcho­dzę ran­kiem na sta­cję me­tra. Pe­ron wy­peł­nio­ny ko­bie­ta­mi w róż­nym wie­ku. Nie ma gdzie szpil­ki wcis­nąć. Sto­ją w grup­kach, trzy­ma­jąc zwi­nię­te ru­lo­ny pla­ka­tów i trans­pa­ren­tów. Są przy­go­to­wa­ne zgod­nie z in­struk­cją: za­miast ple­ca­ków nie­du­że płó­cien­ne tor­by na ra­mię, wy­god­ne buty, spor­to­we blu­zy na wy­pa­dek wia­tru lub desz­czu. Nad­jeż­dża­ją­cy po­ciąg wi­ta­ją okrzy­ka­mi ra­do­ści, wi­dząc, jak dużo w nim lu­dzi. Ale me­tro jest tak na­pcha­ne, że żad­na z nich, żad­na z nas, tych na pe­ro­nie, nie daje rady wejść. Po­ciąg od­jeż­dża. Na­stęp­ny na­wet się nie za­trzy­mu­je na na­szej sta­cji. Wszyst­kie cier­pli­wie cze­ka­my. Gdy wresz­cie pod­jeż­dża pu­sty skład, roz­le­ga­ją się okla­ski.

Wa­szyng­ton, 21 stycz­nia 2017. Dzień po in­au­gu­ra­cji 45. ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta. Marsz Ko­biet na Wa­szyng­ton.

W me­trze ści­śnię­te jak sar­dyn­ki w pusz­ce pa­sa­żer­ki ko­men­tu­ją po­ra­dy udzie­la­ne przez czo­ło­we dzia­łacz­ki na rzecz praw oby­wa­tel­skich z lat sześć­dzie­sią­tych XX wie­ku, dru­ko­wa­ne wraz z map­ka­mi mar­szu w dwóch naj­więk­szych ga­ze­tach wschod­nie­go wy­brze­ża – „The Wa­shing­ton Post” i „The New York Ti­mes”. Jed­na: na gaz łza­wią­cy naj­lep­sza jest lek­ko zwil­żo­na ban­dan­ka – za­kryj nią usta i nos. Dru­ga: wy­pisz nie­zmy­wal­nym fla­ma­strem na przed­ra­mie­niu nu­mer te­le­fo­nu bli­skiej oso­by. Jed­na z ko­biet wy­cią­ga pi­sak i wszyst­kie po ko­lei pi­szą nu­me­ry. Szy­ku­ją się jak na woj­nę…

Od sta­cji me­tra idę w pod­eks­cy­to­wa­nym, ra­do­snym tłu­mie. W po­bli­żu In­de­pen­den­ce Ave­nue nie je­stem w sta­nie prze­do­stać się bli­żej czo­ła mar­szu, czy­li sce­ny, gdzie naj­pierw od­bę­dzie się de­mon­stra­cja. Na­pły­wa­ją­ce masy ludz­kie po­py­cha­ją sto­ją­ce już oso­by, wy­peł­nia­jąc prze­strzeń mię­dzy nimi. Nikt się nie de­ner­wu­je, ale też nikt ni­ko­go nie prze­pusz­cza. Ko­bie­ty są zde­ter­mi­no­wa­ne. Zo­sta­ję więc tuż przy Mu­zeum Lot­nic­twa i Ko­smo­su, po­środ­ku Alei Nie­pod­le­gło­ści, trzy prze­czni­ce od sce­ny. Wi­dzę wiel­ki ekran usta­wio­ny kil­ka­dzie­siąt me­trów przede mną, a na nim ob­raz z ka­mer usta­wio­nych na sce­nie. Wraz ze mną stoi mo­rze ko­biet, ty­sią­ce, dzie­siąt­ki, set­ki ty­się­cy osób. Jak się po­tem oka­że, Marsz Ko­biet na ame­ry­kań­ską sto­li­cę był naj­więk­szym w hi­sto­rii USA jed­no­dnio­wym pro­te­stem. Było nas w Wa­szyng­to­nie mi­lion. Au­to­ka­rów przy­je­cha­ło ty­siąc osiem­set, me­tro ogło­si­ło hi­sto­rycz­ny re­kord prze­wo­zów – pra­wie sześć­set ty­się­cy. A mar­sze so­li­dar­no­ścio­we od­by­ły się we wszyst­kich pięć­dzie­się­ciu sta­nach i w po­nad trzy­dzie­stu kra­jach na świe­cie. W su­mie po­nad sześć­set mar­szów i pięć mi­lio­nów uczest­ni­czek i uczest­ni­ków.

Wszyst­ko za­czę­ło się od jed­ne­go wpi­su na Fa­ce­bo­oku.

Te­re­sa Sho­ok, miesz­ka­ją­ca na Ha­wa­jach ko­bie­ta po sześć­dzie­siąt­ce, praw­nicz­ka i bab­cia – o czym z dumą mówi, bo ma czwo­ro wnu­cząt – po wy­bo­rach na­pi­sa­ła, że może by tak ko­bie­ty zje­cha­ły się do Wa­szyng­to­nu na in­au­gu­ra­cję pre­zy­den­tu­ry, by po­ka­zać swo­ją nie­zgo­dę na to wszyst­ko, co Do­nald Trump mó­wił i ro­bił w kam­pa­nii. Za­pro­si­ła na marsz czter­dzie­stu swo­ich zna­jo­mych. Gdy obu­dzi­ła się na­stęp­ne­go ran­ka, już dzie­sięć ty­się­cy osób de­kla­ro­wa­ło chęć ma­ni­fe­sto­wa­nia. Ideę pro­te­stu pod­chwy­ci­ły ko­bie­ty w ca­łych Sta­nach. Po­dob­ne stro­ny z pro­po­zy­cją mar­szu utwo­rzy­ły też Bob Bland, no­wo­jor­ska pro­jek­tant­ka mody, i Fon­ta­ine Pe­ar­son z Mem­phis w sta­nie Ten­nes­see. Z Fon­ta­ine dłu­go roz­ma­wia­łam dwa dni przed mar­szem o po­trze­bach ko­biet i ich ocze­ki­wa­niach, nie­bez­pie­czeń­stwach pre­zy­den­tu­ry Trum­pa i pro­ble­mach to­czą­cych Ame­ry­kę, któ­re spra­wi­ły, że wy­grał, a tak­że o ku­li­sach or­ga­ni­za­cji mar­szu.

Gdy kil­ka dni po rzu­ce­niu po­my­słu mar­szu chęt­nych do wzię­cia w nim udzia­łu było już sto ty­się­cy, trze­ba było sko­or­dy­no­wać róż­ne lo­kal­ne ini­cja­ty­wy. Po dys­ku­sjach na te­mat na­zwy (po­cząt­ko­wo miał to być Marsz Mi­lio­na Ko­biet, ale taki od­był się już w 1997 roku z udzia­łem Afro­ame­ry­ka­nek) i skła­du ko­mi­te­tu or­ga­ni­za­cyj­ne­go (nad­miar bia­łych ko­biet mógł znie­chę­cać przed­sta­wi­ciel­ki in­nych ras i grup et­nicz­nych, wszak bia­łe ko­bie­ty gło­so­wa­ły jed­nak na Trum­pa) przy­go­to­wa­nie de­mon­stra­cji wzię­ły w swo­je ręce czte­ry pa­nie z młod­sze­go po­ko­le­nia. Do Bob Bland do­łą­czy­ły do­świad­czo­ne ak­ty­wist­ki: czar­no­skó­ra Ta­mi­ka Mal­lo­ry, La­ty­no­ska – Car­men Pe­rez i mu­zuł­man­ka o ko­rze­niach pa­ki­stań­skich – Lin­da Sar­so­ur.

Gdy wy­cho­dzą na sce­nę, są za­sko­czo­ne roz­mia­rem swo­je­go suk­ce­su. Spo­dzie­wały się dwu­stu, mak­sy­mal­nie dwu­stu pięć­dzie­się­ciu ty­się­cy osób. Dźwięk z gło­śni­ków nie do­cie­ra na­wet do po­ło­wy zgro­ma­dzo­nych. Marsz miał przejść dwie mile, od stóp Ka­pi­to­lu do Bia­łe­go Domu, a tym­cza­sem cała jego tra­sa jest za­pcha­na pro­te­stu­ją­cy­mi. Ale – jak po­tem się oka­że – nie do­szło do żad­nych zajść, ni­ko­go nie aresz­to­wa­no.

At­mos­fe­ra jest na­praw­dę nie­zwy­kła. Uśmiech – to naj­bar­dziej rzu­ca się w oczy. Ko­bie­ty są szczę­śli­we, że mogą wy­ra­zić swo­je zda­nie, wy­krzy­czeć, co my­ślą. Są złe, za­gnie­wa­ne, ale szczę­śli­we. Nie prze­szka­dza im stycz­nio­wy chłód.

Te­re­sa Sho­ok wska­ku­je na sce­nę. Od­gar­nia rude, dłu­gie wło­sy. Jest prze­ję­ta, pod­eks­cy­to­wa­na. Mówi krót­ko, że wpa­dła na po­mysł pro­te­stu, bo my­śla­ła o wnucz­kach, żeby mia­ły lep­szą przy­szłość. Po niej na sce­nie po­ja­wia­ją się dzia­łacz­ki, fe­mi­nist­ki, pio­sen­kar­ki, ak­tor­ki – li­sta wy­stę­pu­ją­cych jest dłu­ga i do­brze prze­my­śla­na. Ich krót­kie prze­mó­wie­nia mają po­ka­zać wszyst­ko to, co boli ko­bie­ty w USA, a więc: prze­moc do­mo­wa, mo­le­sto­wa­nie sek­su­al­ne, zbyt ła­twy do­stęp do bro­ni, czę­ste przy­pad­ki zbyt szyb­kie­go uży­cia bro­ni w sto­sun­ku do czar­no- i brą­zo­wo­skó­rych osób, nie­rów­ne pła­ce ko­biet, sła­ba ochro­na zdro­wia, edu­ka­cja. Ale pro­te­stu­ją­ce ko­bie­ty upo­mi­na­ją się też o pra­wa in­nych grup: LGB­TQ, osób trans­sek­su­al­nych, osób nie­peł­no­spraw­nych, więź­niów – Afro­ame­ry­ka­nów i La­ty­no­sów, imi­gran­tów, mu­zuł­ma­nów.

– Nie bo­imy się Do­nal­da Trum­pa! – krzy­czy tłum.

Ame­ri­ca Fer­re­ra – ak­tor­ka, któ­rej ro­dzi­ce są imi­gran­ta­mi z Hon­du­ra­su – mówi ze sce­ny, że być i ko­bie­tą, i imi­grant­ką to dziś wy­jąt­ko­wo trud­ne.

– Ale pre­zy­dent to nie Ame­ry­ka. Jego ga­bi­net to nie Ame­ry­ka. Kon­gres to nie Ame­ry­ka. Ame­ry­ką je­ste­śmy my! – mówi. – Je­śli bę­dzie­my ra­zem, sil­ne i zde­ter­mi­no­wa­ne, ura­tu­je­my du­szę tego kra­ju.

Ma­ry­um Ali, cór­ka pię­ścia­rza Mu­ham­ma­da Ali – jed­ne­go z naj­waż­niej­szych spor­tow­ców ame­ry­kań­skich XX wie­ku, któ­rzy prze­szedł na is­lam – wzy­wa:

– Nie fru­struj­cie się, lecz an­ga­żuj­cie. Nie na­rze­kaj­cie, tyl­ko się or­ga­ni­zuj­cie.

So­phie Cruz, sze­ścio­lat­ka, któ­rej ro­dzi­ce są nie­le­gal­ny­mi imi­gran­ta­mi z Mek­sy­ku i gro­zi im de­por­ta­cja, ape­lu­je po an­giel­sku i hisz­pań­sku:

– Ochroń­cie nas!

So­fie na­pi­sa­ła list do pa­pie­ża Fran­cisz­ka, by po­mógł.

– Si se pu­ede, yes we can (mo­że­my, damy radę) – wy­do­by­wa się z ty­się­cy gar­deł.

„Nie będę mil­czeć”, „Je­ste­śmy wnucz­ka­mi tych wszyst­kich ko­biet, któ­rych nie by­li­ście w sta­nie spa­lić”, „Marsz ko­biet na rzecz rów­no­ści” – ko­bie­ty z dumą ma­ni­fe­stu­ją z wła­sno­ręcz­nie przy­go­to­wa­ny­mi trans­pa­ren­ta­mi.

W tłu­mie sieć in­ter­ne­to­wa jest prze­ła­do­wa­na. Nie mogę nic wrzu­cić na Fa­ce­bo­oka. Ro­bię zdję­cia, na­gry­wam te­le­fo­nem, pod­no­sząc go wy­so­ko nad gło­wę na sel­fie-stic­ku. Wier­cę się i krę­cę. By uspra­wie­dli­wić swo­ją ru­cho­wą nadak­tyw­ność, przed­sta­wiam się, mó­wię o Pol­sce. Po kil­ku mi­nu­tach znam ko­bie­ty sto­ją­ce wo­kół mnie. Wszyst­kie sły­sza­ły o Czar­nym Pro­te­ście.

Gdy na sce­nie po­ja­wia się Glo­ria Ste­inem, dzien­ni­kar­ka i le­gen­da fe­mi­ni­zmu, w tłu­mie wy­bu­cha en­tu­zjazm.

– Ni­g­dy nie bę­dzie­my już ta­kie same, bo je­ste­śmy ra­zem – mówi o zmia­nie, jaka za­cho­dzi w ko­bie­tach. A tak­że o sio­strza­nych pro­te­stach w Niem­czech („Niem­ki do­brze wie­dzą, że bu­do­wa­nie mu­rów nic nie daje”) i w Pol­sce („Pa­trz­my na Pol­skę, ko­bie­ty w ma­so­wym pro­te­ście za­trzy­ma­ły za­ostrzo­ną usta­wę an­ty­abor­cyj­ną”).

Moje są­siad­ki po­kle­pu­ją mnie z apro­ba­tą po ra­mie­niu. A Glo­ria Ste­inem do­da­je:

– Kon­sty­tu­cja nie za­czy­na się słów „Ja, Pre­zy­dent”, tyl­ko: „My, Na­ród”!

Sto­ją­ce obok mnie ko­bie­ty ko­men­tu­ją, że Glo­ria Ste­inem jest w zna­ko­mi­tej kon­dy­cji, mimo że ma osiem­dzie­siąt dwa lata. A ona z za­pa­łem na­ma­wia uczest­nicz­ki pro­te­stu:

– Przed­staw­cie się so­bie na­wza­jem i za­sta­nów­cie, co bę­dzie­cie ro­bić ju­tro, ja­kie ak­cje przed­się­weź­mie­cie.

Ko­bie­ty po­da­ją so­bie dło­nie, przed­sta­wia­ją się, roz­ma­wia­ją.

– Je­stem tu, bo nie zga­dzam się na po­pu­lizm i nie­na­wiść do ko­biet i in­nych grup spo­łecz­nie dys­kry­mi­no­wa­nych, jaką pre­zen­tu­je Do­nald Trump i jego zwo­len­ni­cy – mówi Nan­cy, eme­ryt­ka z Ka­li­for­nii.

– Sek­sizm i po­ni­ża­nie ko­biet – to mnie przy­wio­dło na pro­test – mówi trzy­dzie­sto­lat­ka z Ohio, któ­ra nie chce, by pre­zy­dent Trump da­wał zły przy­kład dzie­ciom. Na gło­wie ma zro­bio­ną na dru­tach ró­żo­wą czap­kę z ko­ci­mi uszka­mi. Nosi je więk­szość uczest­ni­czek pro­te­stu. To tzw. pus­sy hats. Cho­dzi o grę słów, bo tym sa­mym sło­wem co „ko­tek”, okre­śla się in­tym­ne czę­ści ko­bie­ce­go cia­ła, mó­wiąc wprost – cip­kę, za któ­rą ła­pał ko­bie­ty Do­nald Trump. Mó­wił o tym w na­gra­niu ujaw­nio­nym w paź­dzier­ni­ku. Stąd ko­cie uszka i ró­żo­wy ko­lor. In­struk­cję wy­ko­na­nia czap­ki roz­po­wszech­nio­no w in­ter­ne­cie.

Dzię­ki pus­sy hats tłum jest ko­lo­ro­wy, ró­żo­wy, try­ska­ją­cy do­brą ener­gią. Ali­cia Keys do­dat­ko­wo roz­grze­wa nas pio­sen­ką Girl on Fire.

W tłu­mie jest też dużo męż­czyzn, nie­któ­rzy – zwłasz­cza ci młod­si – w ró­żo­wych cza­pecz­kach. Trzy­ma­ją pla­ka­ty, mię­dzy in­ny­mi z żą­da­niem rów­nych praw dla wszyst­kich. Męż­czy­zna w sile wie­ku pre­zen­tu­je ta­blicz­kę z na­pi­sem: „Moja żona jest wku­rzo­na”. Inny na­pis gło­si: „Oże­ni­łem się ze wstręt­ną ko­bie­tą”. Such a na­sty wo­man po­wie­dział Do­nald Trump o Hil­la­ry Clin­ton w kam­pa­nii wy­bor­czej pod­czas ostat­niej de­ba­ty pre­zy­denc­kiej. Me­dia spo­łecz­no­ścio­we w mig pod­chwy­ci­ły te sło­wa, okre­śla­jąc mia­nem „na­sty wo­man” sa­mo­dziel­ne, wal­czą­ce o swo­je pra­wa ko­bie­ty.

– Czy jest Hil­la­ry Clin­ton? – do­py­tu­ją co chwi­la uczest­nicz­ki de­mon­stra­cji.

Hil­la­ry Clin­ton nie ma, ale na­pi­sa­ła twe­eta z po­dzię­ko­wa­niem za zor­ga­ni­zo­wa­nie i obec­ność na mar­szu oraz re­pre­zen­to­wa­nie war­to­ści, któ­re są te­raz waż­ne jak ni­g­dy do­tąd. „Je­ste­śmy sil­ne ra­zem” – na­pi­sa­ła wiel­ka prze­gra­na wy­bo­rów pre­zy­denc­kich.

Ko­bie­ty przez chwi­lę ko­men­tu­ją fakt, że po wy­bo­rach Hil­la­ry zu­peł­nie znik­nę­ła z prze­strze­ni pu­blicz­nej. To zro­zu­mia­łe, mu­sia­ła prze­ana­li­zo­wać przy­czy­ny po­raż­ki i od­po­cząć po mor­der­czej kam­pa­nii. Do­sko­na­le pa­mię­ta­ją jej pierw­sze pu­blicz­ne po­ja­wie­nie się, jesz­cze w li­sto­pa­dzie, na gali „Po­ko­nać prze­ciw­no­ści losu”, przy­go­to­wa­nej przez or­ga­ni­za­cję cha­ry­ta­tyw­ną Chil­dren’s De­fen­se Fund. Z po­sza­rza­łą, za­pad­nię­tą twa­rzą, bez swo­jej fir­mo­wej fry­zu­ry i bez ma­ki­ja­żu, bu­dzi­ła współ­czu­cie. Przy­zna­ła wte­dy, że przyj­ście na galę było dla niej trud­ne, naj­chęt­niej ukry­ła­by się w łóż­ku pod koł­drą. Ale we­zwa­ła ko­bie­ty do ak­tyw­no­ści, mó­wiąc o ro­bo­cie do wy­ko­na­nia.

– Dla do­bra dzie­ci, ro­dzin, kra­ju. Pro­szę was, an­ga­żuj­cie się na każ­dym po­zio­mie – mó­wi­ła Clin­ton z prze­ko­na­niem. – Ame­ry­ka po­trze­bu­je was, wa­szej ener­gii, am­bi­cji, ta­len­tu.

No i te­raz ta ener­gia jest na uli­cach Wa­szyng­to­nu.

Ak­tor­ka Scar­lett Jo­hans­son zwra­ca się ze sce­ny do Do­nal­da Trum­pa:

– Pro­szę o wspar­cie dla mo­jej cór­ki, któ­ra w efek­cie zmian, ja­kie pla­nu­je pan wpro­wa­dzić, może do­ra­stać w kra­ju, któ­ry za­miast się roz­wi­jać – cofa się. Kra­ju, w któ­rym może jej zo­stać ode­bra­ne pra­wo do de­cy­do­wa­nia o sa­mej so­bie i swo­im cie­le, pra­wo, któ­re mia­ła pana cór­ka – Ivan­ka.

Jo­hans­son, na­gra­dza­na co chwi­la bra­wa­mi i okrzy­ka­mi, mówi o edu­ka­cji sek­su­al­nej, o pla­no­wa­niu ro­dzi­ny, o pra­wie ko­biet do abor­cji i o pra­cy Plan­ned Pa­ren­tho­od – or­ga­ni­za­cji dzia­ła­ją­cej na rzecz praw re­pro­duk­cyj­nych, pro­mu­ją­cej świa­do­me ro­dzi­ciel­stwo, edu­ka­cję sek­su­al­ną oraz do­stęp do an­ty­kon­cep­cji i le­gal­nej abor­cji. Or­ga­ni­za­cja za­rzą­dza też jed­ną z naj­więk­szych sie­ci kli­nik dia­gno­zu­ją­cych cho­ro­by we­ne­rycz­ne i prze­pro­wa­dza­ją­cych za­bie­gi zwią­za­ne z abor­cją. Fi­nan­so­wa­na jest z dat­ków pry­wat­nych oraz z pie­nię­dzy pu­blicz­nych. Re­pu­bli­ka­nie chcą za­trzy­mać jej fi­nan­so­wa­nie z bu­dże­tu, mię­dzy in­ny­mi li­kwi­du­jąc Oba­ma­ca­re, czy­li Af­for­da­ble Care Act – sys­tem po­wszech­nych ubez­pie­czeń zdro­wot­nych.

Chwi­lę póź­niej Ce­ci­le Ri­chards, sze­fo­wa Plan­ned Pa­ren­tho­od, mówi:

– Je­ste­śmy dziś tu­taj po to, by po­dzię­ko­wać tym wszyst­kim ko­bie­tom, któ­re two­rzy­ły se­kret­ną sio­strza­ną sieć, za­kła­da­ły przy­chod­nie, do­ma­ga­ły się roz­wią­zań praw­nych. Je­ste­śmy tu, by po­wie­dzieć ja­sno: nie pod­da­my się. Na­sze drzwi po­zo­sta­ną otwar­te.

Tłum skan­du­je:

– Pra­wa re­pro­duk­cyj­ne są pra­wa­mi czło­wie­ka!

Ce­ci­le Ri­chards ape­lu­je:

– Dzwoń­cie do swo­ich kon­gres­me­nów, se­na­to­rów – nie cof­nie­my się. Jed­na może być od­pra­wio­na, dwie zi­gno­ro­wa­ne, ale ra­zem je­ste­śmy nie do za­trzy­ma­nia.

Ten sam apel po­wta­rza re­ży­ser Mi­cha­el Mo­ore:

– Co­dzien­nie, każ­de­go dnia, zwłasz­cza w pierw­szych stu dniach rzą­dze­nia Trum­pa – dzwoń­cie do swo­ich przed­sta­wi­cie­li w Kon­gre­sie, mó­wiąc, na czym wam za­le­ży. Gdy dzie­je się coś nie­po­ko­ją­ce­go, dzwoń­cie kil­ka razy dzien­nie. Oto nu­mer cen­tra­li: 202 225 3121. – I tłum kil­ka­krot­nie skan­du­je nu­mer.

Sto­ją­ca obok mnie Ann z De­tro­it (nie pra­cu­je, wy­cho­wu­je dzie­ci, chce, by mia­ły do­bre wzor­ce, dla­te­go tu jest) wy­cią­ga swój te­le­fon i za­pi­su­je nu­mer. – Będę dzwo­nić – de­kla­ru­je.

To mię­dzy in­ny­mi zma­so­wa­ny na­cisk te­le­fo­nicz­ny i e-ma­ilo­wy wy­bor­ców i wy­bor­czyń spra­wił, że kil­ka mie­się­cy póź­niej dwie re­pu­bli­kań­skie se­na­tor­ki, Su­san Co­olins z Ma­ine i Lisa Mur­kow­ski z Ala­ski, nie po­par­ły li­kwi­da­cji Oba­ma­ca­re.

Mi­cha­el Mo­ore tym­cza­sem ape­lu­je, by an­ga­żo­wać się, wspie­rać or­ga­ni­za­cje po­za­rzą­do­we, za­pi­sy­wać się do sto­wa­rzy­szeń, pła­cić skład­ki. Ale tak­że or­ga­ni­zo­wać wła­sne gru­py dzia­ła­nia.

„Oże­ni­łem się ze wstręt­ną ko­bie­tą” – trans­pa­rent jed­ne­go z pa­nów, któ­ry jest dum­ny ze swo­jej nie­za­leż­nej, wal­czą­cej o wła­sne pra­wa ży­cio­wej part­ner­ki.

– Po­trze­ba do tego pięć, dzie­sięć osób, człon­ków ro­dzi­ny i przy­ja­ciół, lu­dzi do któ­rych za­dzwo­ni­cie, wy­śle­cie ese­me­sa lub e-ma­ila wte­dy, gdy trze­ba bę­dzie dzia­łać szyb­ko – prze­ko­nu­je. Wzy­wa też do prze­ję­cia Par­tii De­mo­kra­tycz­nej: – Sta­ra gwar­dia musi odejść, po­trze­bu­je­my mło­dych przy­wód­ców, ko­biet, ko­lo­ro­wych, LGBT, trans.

A na ko­niec, po­pę­dza­ny już przez Ash­ley Judd, ak­tor­kę i dzia­łacz­kę spo­łecz­ną, woła:

– Ko­bie­ty! Kan­dy­duj­cie! Nie bój­cie się, nie wstydź­cie się, kan­dy­duj­cie naj­pierw na mniej eks­po­no­wa­ne sta­no­wi­ska, zdo­by­waj­cie do­świad­cze­nie, a po­tem się­gaj­cie po co­raz waż­niej­sze sta­no­wi­ska i funk­cje!

Gło­wy w ró­żo­wych czap­kach z apro­ba­tą po­ta­ku­ją. Roz­le­ga­ją się burz­li­we okla­ski. Ale już mi­kro­fon chwy­ta Ash­ley Judd. Nie sta­je za mów­ni­cą, tyl­ko cho­dzi po sce­nie.

– I am a na­sty wo­man – za­czy­na swo­je po­ry­wa­ją­ce wy­stą­pie­nie. Jak się póź­niej oka­że – de­kla­mu­je wiersz, któ­re­go au­tor­ką jest dzie­więt­na­sto­let­nia stu­dent­ka po­cho­dzą­ca ze sta­nu Ten­nes­see, z miej­sco­wo­ści Fran­klin. Tam też miesz­ka Ash­ley Judd. – Je­stem wstręt­ną ko­bie­tą. Ale nie tak okrop­ną, jak kon­fe­de­rac­ka fla­ga wy­ta­tu­owa­na przez całe moje mia­sto… Nie je­stem tak wstręt­na jak ra­sizm, oszu­stwo, kon­flikt in­te­re­sów, ho­mo­fo­bia, prze­moc sek­su­al­na, trans­ofo­bia, bia­ła su­pre­ma­cja, mi­zo­gi­nia, igno­ran­cja i bia­łe przy­wi­le­je…

Tłum w sku­pie­niu słu­cha.

– Je­stem okrop­na jak czer­wo­ne pla­my na moim prze­ście­ra­dle. My nie wy­bie­ra­my tego, czy i kie­dy mamy okres. Dla­cze­go tam­po­ny i pod­pa­ski są opo­dat­ko­wa­ne, a ta­blet­ki na erek­cję i pre­pa­ra­ty na po­rost wło­sów nie? – pyta Ash­ley Judd, a tłum krzy­czy, żeby to zmie­nić. A ak­tor­ka da­lej:

– Na­sze cip­ki nie są od tego, żeby za nie ła­pać. Są po to, żeby udo­wod­nić, że ko­bie­ty są sil­niej­sze, niż Ame­ry­ka kie­dy­kol­wiek bę­dzie. Na­sze cip­ki są dla na­szej przy­jem­no­ści. Są po to, żeby ro­dzić ko­lej­ne po­ko­le­nia spro­śnych, wul­gar­nych, wstręt­nych, wy­nio­słych ko­biet. Chrze­ści­ja­nek, mu­zuł­ma­nek, bud­dy­stek, si­khów – pro­szę so­bie wy­brać. Więc je­śli je­steś wstręt­ną ko­bie­tą albo ko­chasz wstręt­ną ko­bie­tę, to krzycz: Hell, yeah!

– Hell, yeah! – tek­sań­skie „O, tak!” wy­do­by­wa się z ty­się­cy gar­deł.

Sto­ją­ce wo­kół mnie ko­bie­ty są wy­raź­nie po­ru­szo­ne. I tre­ścią wy­stą­pie­nia, i za­an­ga­żo­wa­niem ak­tor­ki. Wte­dy jesz­cze nie mają po­ję­cia, jaką la­wi­nę uru­cho­mi Ash­ley Judd, mó­wiąc pu­blicz­nie o mo­le­sto­wa­niu sek­su­al­nym, ja­kie ją spo­tka­ło (wię­cej w roz­dzia­le Seks i wła­dza).

Na sce­nie wy­stę­pu­ją ka­to­licz­ka, ży­dów­ka, hin­du­ska, In­dian­ka. Prze­ma­wia­ją les­bij­ki, oso­by trans­sek­su­al­ne. Na­uczy­ciel­ki, eko­loż­ki, przed­sta­wi­ciel­ki związ­ków za­wo­do­wych i te upo­mi­na­ją­ce się o pra­cow­ni­ce do­mo­we, sprzą­tacz­ki, ku­char­ki, opie­kun­ki.

Kri­stin Rowe-Fink­be­iner z or­ga­ni­za­cji Mom­sri­sing.org mówi o nie­rów­nych pła­cach. Ko­bie­ty w USA za­ra­bia­ją śred­nio 80 cen­tów z 1 do­la­ra, któ­re­go otrzy­mu­ją męż­czyź­ni za tę samą pra­cę. Mat­ki za­ra­bia­ją 71 cen­tów z do­la­ra, a ko­lo­ro­we mat­ki – 46 cen­tów. – Nasz kraj ceni mat­ki i wy­no­si je na pie­de­stał. Ale rze­czy­wi­stość jest bru­tal­na.

Wy­stę­pu­ją mat­ki za­bi­tych przez po­li­cję czar­no­skó­rych chłop­ców (o pro­te­ście wo­bec ra­so­we­go pro­fi­lo­wa­nia i prze­mo­cy po­li­cji wo­bec ko­lo­ro­wej lud­no­ści wię­cej w roz­dzia­le Sport i po­li­ty­ka).

Czar­no­skó­ra Kier­ra John­son, dy­rek­tor­ka za­rzą­dza­ją­ca or­ga­ni­za­cją URGE (Uni­ted for Re­pro­duc­ti­ve & Gen­der Equ­ity), mówi:

– Do­bra wia­do­mość jest taka, że te­raz Do­nald Trump pra­cu­je dla nas. I musi nas sły­szeć każ­de­go dnia. Musi sły­szeć od nas, że nie zga­dza­my się na jego agre­sję, od­ma­wia­my po­li­ty­kom pra­wa de­cy­do­wa­nia za nas i okra­da­nia nas z god­no­ści.

Na sce­nie Ste­pha­nie Schriock, pre­ze­ska Emi­ly’s List, or­ga­ni­za­cji wspie­ra­ją­cej de­mo­kra­tycz­ne kan­dy­dat­ki (wię­cej o Emi­ly’s List w roz­dzia­le Co da­lej? Ko­bie­ty idą do wy­bo­rów):

– Mamy taki wy­bór: albo same kan­dy­du­je­my, albo wspie­ra­my jed­ną z na­szych sióstr, któ­ra bę­dzie kan­dy­do­wać. – W tłu­mie wy­bu­cha en­tu­zjazm, a Ste­pha­nie koń­czy:

– I wte­dy wy­gra­my!

Przed­sta­wia trzy świe­żo upie­czo­ne se­na­tor­ki, któ­re or­ga­ni­za­cja wspie­ra­ła pod­czas kam­pa­nii: Kir­sten Gil­li­brand z No­we­go Jor­ku, Tam­my Duc­kworth z Il­li­no­is (wię­cej o niej w roz­dzia­le Pra­co­wi­tość, po­ko­ra, za­an­ga­żo­wa­nie) i Ka­ma­lę Har­ris z Ka­li­for­nii (wię­cej o niej w roz­dzia­le Wście­kłość i na­dzie­ja).

„Nie mogę uwie­rzyć, że wciąż mu­szę pro­te­sto­wać prze­ciw­ko temu g…” – ko­bie­ty w tłu­mie przy­zna­ją, że nie są­dzi­ły, że w XXI wie­ku będą mu­sia­ły wy­cho­dzić na uli­ce, by wal­czyć o swo­je pra­wa.

Tam­my Duc­kworth mówi moc­nym gło­sem:

– Nie po to na­ra­ża­łam ży­cie, wy­krwa­wia­łam się, by pre­zy­dent ła­mał kon­sty­tu­cję. – Tam­my stra­ci­ła oby­dwie nogi w Ira­ku. Stoi na pro­te­zach na sce­nie i każ­de jej zda­nie na­gra­dza­ne jest okla­ska­mi.

Ka­ma­la Har­ris mówi, że ten pro­test jest mo­men­tem, któ­ry zde­cy­du­je o przy­szło­ści. Uprze­dza, że ła­two nie bę­dzie. – Ale damy radę. Za­pnij­cie pasy, bę­dzie tro­chę trzę­sło. Wra­caj­my do Ohio, na Flo­ry­dę, do Ka­li­for­nii i bierz­my się do pra­cy! – Ka­ma­la Har­ris koń­czy swo­je prze­mó­wie­nie przy ogrom­nym aplau­zie.

– O tych no­wych se­na­tor­kach na pew­no bę­dzie gło­śno w tej ka­den­cji – ko­men­tu­je jed­na ze sto­ją­cych obok ko­biet.

– Czy je­ste­ście go­to­we wstrzą­snąć świa­tem? – Ma­don­na po­ja­wia się na sce­nie nie­spo­dzie­wa­nie. Nie było jej na­zwi­ska na li­ście pla­no­wa­nych mów­czyń.

Ma­don­na ape­lu­je o „re­wo­lu­cję mi­ło­ści”, prze­ciw­sta­wie­nie się no­wej erze ty­ra­nii, któ­ra za­gra­ża nie tyl­ko ko­bie­tom, ale i in­nym mar­gi­na­li­zo­wa­nym śro­do­wi­skom. Nie prze­bie­ra­jąc w sło­wach, mówi, co my­śli o pre­zy­den­tu­rze Do­nal­da Trum­pa. Za­uwa­ża, że ko­bie­ty w USA żyły w le­tar­gu pod­czas przy­ja­znych rzą­dów Ba­rac­ka Oba­my i po­trzeb­ny jest szok wy­wo­ła­ny pre­zy­den­tu­rą Trum­pa.

– Ten okrop­ny mo­ment ciem­no­ści był ko­niecz­ny, by nas wresz­cie, do cho­le­ry, obu­dzić. Re­wo­lu­cja za­czy­na się tu­taj. Wal­ka o pra­wo do by­cia wol­ną i wol­nym, do by­cia sobą, do by­cia rów­ną i rów­nym – prze­ko­nu­je z mocą. – Ma­sze­ruj­my wspól­nie przez tę ciem­ność i z każ­dym kro­kiem wiedz­my, że nie ma się cze­go bać, że nie je­ste­śmy same, że nie damy za wy­gra­ną. Moc tkwi w na­szej jed­no­ści i żad­na ciem­na siła nie ma szans w star­ciu z praw­dzi­wą so­li­dar­no­ścią. A do wszyst­kich kry­ty­ków, któ­rzy uwa­ża­ją, że marsz ni­cze­go nie wnie­sie – pie­prz­cie się! Marsz Ko­biet na Wa­szyng­ton to do­pie­ro po­czą­tek re­wo­lu­cji, wal­ki o pra­wo ko­biet do rów­ne­go trak­to­wa­nia – krzy­czy Ma­don­na do mi­kro­fo­nu. – Na­szą siłą jest jed­ność!

Ręce mi mdle­ją od trzy­ma­nia w gó­rze apa­ra­tu, te­le­fon po­chło­nął już dru­gi po­wer bank. Sto­ją­ce wo­kół mnie ko­bie­ty prze­stę­pu­ją już z nogi na nogę. Po jed­ną, któ­ra za­sła­bła, przy­szła eki­pa ra­tow­ni­cza z po­bli­skie­go na­mio­tu, w ułam­ku se­kun­dy stwo­rzy­ły­śmy „ko­ry­tarz” dla no­szy.

Wresz­cie, po czte­ro­ipół­go­dzin­nej ma­ni­fe­sta­cji, or­ga­ni­za­tor­ki dają ha­sło do mar­szu. Nie ma jed­nak jak i do­kąd iść. Drep­cze­my w miej­scu w rytm śpie­wu Ma­don­ny, roz­ma­wia­jąc. Ko­bie­ty, męż­czyź­ni.

– To do­ty­czy nas wszyst­kich – mówi Fred z No­we­go Jor­ku, na­uko­wiec. – Ko­bie­ty mu­szą co­dzien­nie ra­dzić so­bie z sys­te­mo­wy­mi nie­rów­no­ścia­mi. My, męż­czyź­ni, mu­si­my upo­mnieć się o pra­wa ko­biet, tak, jak bia­li mu­szą upo­mnieć się o pra­wa Afro­ame­ry­ka­nów.

Cyn­die Daw­son z Ka­li­for­nii przez trzy­dzie­ści pięć lat była na­uczy­ciel­ką w szko­le śred­niej. Na marsz przy­le­cia­ła sa­mo­lo­tem, z przy­ja­ciół­ka­mi. Mar­twi się za­nie­czysz­cze­niem po­wie­trza i glo­bal­nym ocie­ple­niem oraz lek­ce­wa­że­niem tych pro­ble­mów przez Trum­pa. – To nie mój pre­zy­dent – mówi. – Jest bar­dzo złym przy­kła­dem dla mło­dzie­ży. Będę dzwo­nić do kon­gres­me­nów i pi­sać li­sty. Ata­ko­wa­nie mu­zuł­ma­nów, dys­kry­mi­na­cja – to nie­god­ne Ame­ry­ki. Za­wsze by­li­śmy otwar­ci na imi­gran­tów. Nie chcę, by to się zmie­ni­ło. Moi przod­ko­wie przy­je­cha­li ze Szwe­cji i Ir­lan­dii. Jej – po­ka­zu­je na ma­sze­ru­ją­cą obok ko­bie­tę – z Włoch.

Alex Fa­bro, ku­zyn­ka Cyn­die z Los An­ge­les, była in­ży­nier­ką w lot­nic­twie woj­sko­wym, te­raz uczy nie­peł­no­spraw­ne dzie­ci. Oba­wia się, że ad­mi­ni­stra­cja Trum­pa bę­dzie fa­wo­ry­zo­wać pry­wat­ne szko­ły, za­nie­dbu­jąc pu­blicz­ne.

Jess Phi­lips, dwu­dzie­stocz­te­ro­lat­ka z Las Ve­gas, mówi, że pod­czas tego pro­te­stu na­bra­ła pew­no­ści, że trze­ba ja­śniej i gło­śniej wy­ra­żać opi­nie, nie­zgo­dę. De­kla­ru­je do­ta­cje na Plan­ned Pa­ren­tho­od i pra­cę wo­lon­ta­riac­ką dla dzie­cia­ków z lo­kal­nych spo­łecz­no­ści (warsz­ta­ty te­atral­ne).

Idzie gru­pa ma­tek z or­ga­ni­za­cji Moms De­mand Ac­tion(Mat­ki żą­da­ją dzia­łań) i Eve­ry­town for Gun Sa­fe­ty (Każ­de mia­sto na rzecz bez­pie­czeń­stwa bro­ni). Jest ich na mar­szu pra­wie ty­siąc, chcą za­ka­zu sprze­da­ży wie­lo­strza­ło­wej bro­ni au­to­ma­tycz­nej i do­głęb­ne­go spraw­dza­nia prze­szło­ści ku­pu­ją­cych. (Wię­cej o do­stę­pie do bro­ni i dzia­ła­niu tych or­ga­ni­za­cji w roz­dzia­le Wol­ność i broń).

Wpa­dam na dwie zie­lo­ne sta­tuy wol­no­ści. To Lee Fi­del z Ka­ro­li­ny Pół­noc­nej i Nan­cy Wi­sniew­ski z De­tro­it (jej mama po­cho­dzi z Po­zna­nia). Mó­wią:

– Mo­gły­śmy pra­co­wać in­ten­syw­niej, żeby Hil­la­ry wy­gra­ła. Do gło­wy nam nie przy­szło, że może prze­grać. – Są po­ru­szo­ne za­rów­no pre­zy­den­tu­rą Do­nal­da Trum­pa, któ­ry ich zda­niem re­pre­zen­tu­je tyl­ko bo­ga­tych, jak i sa­mym pro­te­stem, bo taki ogrom­ny i waż­ny. – Marsz jest po­cząt­kiem. Wró­ci­my te­raz do domu i za­cznie­my dzia­ła­nia od­dol­ne – mó­wią.

Lee z Ka­ro­li­ny Pół­noc­nej i Nan­cy ze sta­nu Mi­chi­gan są zde­ter­mi­no­wa­ne do dzia­ła­nia na rzecz ko­biet i rów­no­ści. Wy­rzu­ca­ją so­bie, że w kam­pa­nii nie dość dużo zro­bi­ły, by ich kan­dy­dat­ka wy­gra­ła wy­bo­ry. „Przy­szłość jest wstręt­na” gło­si ich trans­pa­rent.

Po ja­kimś cza­sie wa­szyng­toń­ska po­li­cja de­cy­du­je o otwar­ciu in­nych ulic dla uczest­ni­czek i uczest­ni­ków mar­szu i tłum roz­le­wa się po ca­łym cen­trum Wa­szyng­to­nu.

Idę ra­zem z in­ny­mi pod Bia­ły Dom. Po dro­dze przy­sta­nek pod ho­te­lem Trum­pa. Tu de­mon­stru­ją­cy zo­sta­wia­ją swo­je ręcz­nie wy­pi­sa­ne ha­sła, trans­pa­ren­ty. Praw­dzi­wy prze­gląd żą­dań, po­stu­la­tów.

Za­czy­na się moja je­de­na­sta go­dzi­na na no­gach. Za­raz umrę ze zmę­cze­nia. Wy­sta­łam się w tłu­mie i prze­szłam ki­lo­me­try. Ale jed­no­cze­śnie roz­pie­ra mnie duma i ra­dość. Po­czu­cie so­li­dar­no­ści, sio­strzeń­stwa. Po­czu­cie, że ra­zem mo­że­my wię­cej. Za­glą­dam w twa­rze prze­cho­dzą­cych osób i wi­dzę to samo. Zmę­cze­nie, ale i ra­dość, że gniew zo­stał wy­krzy­cza­ny, że nie sto­imy obo­jęt­nie z boku. Grup­ki mło­dzie­ży chęt­nie po­zu­ją do zdjęć. Star­sze oso­by przy­sia­da­ją na kra­węż­ni­kach. Ściem­nia się już. Po­li­cjan­ci na ko­niach pil­nu­ją po­rząd­ku.

Gi­gan­tycz­na ko­lej­ka do me­tra przy sta­cji Ar­chi­ves cią­gnie się wo­kół ogrom­ne­go pla­cu, do­bre pół ki­lo­me­tra. Czar­no­skó­ry pra­cow­nik sta­cji przy scho­dach po­ma­ga, pil­nu­je, by ko­lej­ka two­rzy­ła cy­wi­li­zo­wa­ny „ogo­nek” i in­for­mu­je, że bram­ki me­tra są otwar­te (nie trze­ba pła­cić).

– Dzię­ku­je­my! – od­krzy­ku­je kil­ka zmę­czo­nych ko­biet z ko­lej­ki.

– To ja wam dzię­ku­ję, że tu je­ste­ście i że pro­te­stu­je­cie tak­że w moim imie­niu.

– To do­pie­ro po­czą­tek! – od­po­wia­da­ją jed­nym gło­sem. – To do­pie­ro po­czą­tek.

Roz­dział 2

Wi­zja Oj­ców Za­ło­ży­cie­li

Gdy Oj­co­wie Za­ło­ży­cie­le przy­go­to­wy­wa­li Kon­sty­tu­cję Sta­nów Zjed­no­czo­nych i dys­ku­to­wa­li o sys­te­mie wy­bor­czym i sys­te­mie wła­dzy, byli pew­ni, że na cze­le po­wsta­ją­ce­go pań­stwa sta­nie nie kto inny, jak tyl­ko Je­rzy Wa­szyng­ton. Oj­ciec Na­ro­du, jak się dziś mówi, głów­no­do­wo­dzą­cy ar­mii w zwy­cię­skiej woj­nie nie­pod­le­gło­ścio­wej, któ­re­go za­słu­gi były bez­sprzecz­ne. Mło­da re­pu­bli­ka po­trze­bo­wa­ła przy­wód­cy, któ­ry miał po­słuch. Pod cha­rak­ter i tem­pe­ra­ment Wa­szyng­to­na stwo­rzy­li więc sys­tem pre­zy­denc­ki i go­rą­co na­ma­wia­li go do ob­ję­cia urzę­du.

Tho­mas Jef­fer­son, po­dob­nie jak Wa­szyng­ton wy­wo­dzą­cy się z Wir­gi­nii, i tak­że bę­dą­cy po­sia­da­czem ziem­skim oraz wła­ści­cie­lem wie­lu nie­wol­ni­ków, dzie­lą­cy z ge­ne­ra­łem-sa­mo­ukiem za­mi­ło­wa­nie do pi­sa­nia li­stów, w prze­ci­wień­stwie jed­nak do star­sze­go od nie­go o je­de­na­ście lat Wa­szyng­to­na, miał za­cię­cie po­li­tycz­ne i nie­cier­pli­wą chęć do dzia­ła­nia. To on był głów­nym au­to­rem De­kla­ra­cji Nie­pod­le­gło­ści ogło­szo­nej 4 lip­ca 1776 roku w Fi­la­del­fii, da­ją­cej po­czą­tek ist­nie­niu Sta­nów Zjed­no­czo­nych, uza­sad­nia­ją­cej pra­wo trzy­na­stu ko­lo­nii bry­tyj­skich do wol­no­ści i nie­za­leż­no­ści od bry­tyj­skie­go kró­la. Ale Jef­fer­son mu­siał cze­kać do 1801 roku, by zo­stać (trze­cim z ko­lei) pre­zy­den­tem. Do tego cza­su Jef­fer­son wraz ze swo­im ko­le­gą praw­ni­kiem, tak­że z Wir­gi­nii, Ja­me­sem Ma­di­so­nem, utwo­rzy­li Par­tię De­mo­kra­tycz­no-Re­pu­bli­kań­ską opo­wia­da­ją­cą się za więk­szą sa­mo­dziel­no­ścią sta­nów, w prze­ci­wień­stwie do zwo­len­ni­ków sil­nej wła­dzy fe­de­ral­nej – fe­de­ra­li­stów.

To wła­śnie Ja­mes Ma­di­son, go­rą­cy zwo­len­nik trój­po­dzia­łu wła­dzy (zo­stał czwar­tym z ko­lei pre­zy­den­tem w 1809 roku), przy­go­to­wał pro­jekt ame­ry­kań­skiej Kon­sty­tu­cji. Osta­tecz­nie jej za­pi­sy wy­pra­co­wa­no pod­czas burz­li­wych czte­ro­mie­sięcz­nych ob­rad w Fi­la­del­fii w 1787 roku. Naj­więk­sze spo­ry bu­dzi­ła spra­wa re­pre­zen­ta­cji licz­niej za­lud­nio­nych sta­nów pół­noc­no-wschod­nie­go wy­brze­ża oraz tych, któ­re mia­ły dużą po­pu­la­cję nie­wol­ni­ków, nie­uzna­wa­nych za oby­wa­te­li. Osta­tecz­nie za­war­to kom­pro­mis obo­wią­zu­ją­cy do dziś: wszyst­kie sta­ny są re­pre­zen­to­wa­ne w izbie wyż­szej przez taką samą licz­bę se­na­to­rów – dwóch, w izbie niż­szej zaś licz­ba re­pre­zen­tan­tów za­le­ży od licz­by miesz­kań­ców. Na po­cząt­ku ist­nie­nia USA do licz­by miesz­kań­ców wli­cza­no też trzy pią­te nie­wol­ni­ków, co za­pi­sa­no enig­ma­tycz­nie jako trzy pią­te ogó­łu po­zo­sta­łych osób.

Ko­lej­ny spór do­ty­czył tego, czy oby­wa­te­le po­win­ni bez­po­śred­nio wy­bie­rać pre­zy­den­ta, czy też – ze wzglę­du na to, że „lud” ła­two ule­ga­ją­cy de­ma­go­gom nie ma kwa­li­fi­ka­cji do po­dej­mo­wa­nia ra­cjo­nal­nych de­cy­zji – po­wi­nien go wy­ła­niać Kon­gres. W wy­ni­ku dys­ku­sji po­wstał ko­lej­ny kom­pro­mis – dwu­stop­nio­wy sys­tem wy­bor­czy, zgod­nie z któ­rym lu­dzie wy­bie­ra­ją Ko­le­gium Elek­to­rów, a oni do­pie­ro wska­zu­ją pre­zy­den­ta oraz wi­ce­pre­zy­den­ta, któ­ry w ra­zie śmier­ci, ustą­pie­nia lub po­waż­nej cho­ro­by pre­zy­den­ta zaj­mu­je jego miej­sce.

Każ­dy stan ma w Ko­le­gium Elek­to­rów tyle miejsc, ilu ma re­pre­zen­tan­tów w Kon­gre­sie. W ten spo­sób Oj­co­wie Za­ło­ży­cie­le za­dba­li o in­te­re­sy sta­nów mniej­szych i sła­bo za­lud­nio­nych, tych rol­ni­czych, da­jąc im szan­sę re­pre­zen­ta­cji przy po­dej­mo­wa­niu naj­waż­niej­szych de­cy­zji, po­rów­ny­wal­ną ze sta­na­mi uprze­my­sło­wio­ny­mi z dużą licz­bą miesz­kań­ców. Sys­tem przez lata ni­we­lo­wał roz­dar­cie po­li­tycz­ne mię­dzy Po­łu­dniem i Pół­no­cą, a dziś tak­że wy­rów­nu­je nie­co róż­ni­ce mię­dzy bar­dziej za­lud­nio­ny­mi i li­be­ral­ny­mi wy­brze­ża­mi a we­wnętrz­ną, bar­dziej kon­ser­wa­tyw­ną czę­ścią kon­ty­nen­tu.

Ko­le­gium Elek­to­rów

Elek­to­rów jest obec­nie 538, co jest rów­ne licz­bie człon­ków Kon­gre­su (435 Re­pre­zen­tan­tów i 100 Se­na­to­rów) plus 3 do­dat­ko­we gło­sy dla Dys­tryk­tu Ko­lum­bii, czy­li Wa­szyng­to­nu*.

Licz­ba gło­sów elek­tor­skich przy­pa­da­ją­cych na każ­dy stan – po­dob­nie jak licz­ba człon­ków Izby Re­pre­zen­tan­tów – jest płyn­na; w za­leż­no­ści od wzro­stu bądź ubyt­ku lud­no­ści (na pod­sta­wie da­nych ze spi­su po­wszech­ne­go), sta­ny zy­sku­ją bądź tra­cą gło­sy.

Sta­ny z naj­więk­szą licz­bą gło­sów elek­tor­skich to: Ka­li­for­nia – 55, Tek­sas – 38, Nowy Jork – 29, Flo­ry­da – 29, Il­li­no­is – 20, Pen­syl­wa­nia – 20, Ohio – 18.

* O spe­cjal­nym sta­tu­sie ame­ry­kań­skiej sto­li­cy czy­taj w roz­dzia­le Osu­szyć ba­gno!.

Aby wy­grać wy­ścig o pre­zy­den­tu­rę, kan­dy­dat musi ze­brać mi­ni­mum dwie­ście sie­dem­dzie­siąt gło­sów, czy­li bez­względ­ną więk­szość z pię­ciu­set trzy­dzie­stu ośmiu gło­sów elek­tor­skich.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis tre­ści

WstępJak to się za­czę­ło

Roz­dział 1Gniew ko­biet

Roz­dział 2Wi­zja Oj­ców Za­ło­ży­cie­li

Roz­dział 3 Stron­ger To­ge­ther

Roz­bić szkla­ny su­fit

Nie bój się przy­znać, że je­steś de­mo­kra­tą

I am with her – Je­stem z nią

Żyj i po­zwól żyć in­nym

Naj­więk­sza mniej­szość. La­ty­no­si

Wście­kłość i na­dzie­ja. Po­tom­ko­wie nie­wol­ni­ków

Pra­co­wi­tość, po­ko­ra, za­an­ga­żo­wa­nie. Ame­ry­kań­scy Azja­ci

Duma i nie­za­leżność. Pierw­si Ame­ry­ka­nie

Ostat­nia szan­sa

Dzień praw­dy

Roz­dział 4 Make Ame­ri­ca Gre­at Aga­in

Czer­wo­na mapa z nie­bie­ski­mi punk­ta­mi. Trum­pizm

Dzi­ki Za­chód. Ko­niec z po­praw­no­ścią po­li­tycz­ną. Pra­wo i po­rzą­dek

Ko­bie­ty nie po­win­ny mieć wła­dzy nad męż­czy­zna­mi

Za­po­mnia­ni

Żeby było jak daw­niej

Ostat­nia de­mo­krat­ka w mie­ście za­gło­su­je na Trum­pa

Chrze­ści­jań­scy fun­da­men­ta­li­ści mają głos. Za­trzy­mać zło. Wy­ba­czyć grzech

Osu­szyć ba­gno!

Roz­dział 5 Ame­ry­ka przede wszyst­kim.Dok­try­na Trum­pa

Roz­dział 6 Sport i po­li­ty­ka.Dwa ob­li­cza pa­trio­ty­zmu

Roz­dział 7 Wol­ność i broń. „Bóg stwo­rzył lu­dzi, a puł­kow­nik Colt uczy­nił ich rów­ny­mi”

Roz­dział 8 Seks i wła­dza. Ból nie­opo­wie­dzia­nych hi­sto­rii

Roz­dział 9 Co da­lej? Ko­bie­ty idą do wy­bo­rów