Co się stało w Jonestown? Sekta Jima Jonesa i największe zbiorowe samobójstwo - Jeff Guinn - ebook

Co się stało w Jonestown? Sekta Jima Jonesa i największe zbiorowe samobójstwo ebook

Jeff Guinn

4,5

71 osób interesuje się tą książką

Opis

Kim był Jim Jones? Genialnym manipulatorem, szalonym guru, fałszywym prorokiem. Diabłem w ludzkiej skórze, który pociągnął ludzi ze sobą wprost do piekła.

 

W listopadzie 1978 roku w Jonestown – wiosce od zera zbudowanej i zasiedlonej przez ludzi, którzy uwierzyli w Jonesa i jego projekt Świątyni Ludu – w ciągu jednej nocy zginęło ponad 900 kobiet, mężczyzn i dzieci. Część z nich odebrała sobie życie dobrowolnie, spożywając cyjanek. Inni zostali do tego przymuszeni. Opinią społeczną wstrząsnęły rewelacje o izolującej się w dżungli sekcie, której paranoiczny przywódca powiódł swoich wyznawców na śmierć. Ale ta tragiczna historia zaczęła się dwadzieścia lat wcześniej, kiedy ambitny pastor postanowił zmienić świat na lepsze…

Porażający reportaż nagradzanego amerykańskiego dziennikarza śledczego, Jeffa Guinna, jest opowieścią o powolnym staczaniu się w szaleństwo. I o ludziach, którzy dla swojego guru zrobią wszystko.

 

Przyznaję, że dziwnie się czuję, poznając tło wydarzeń, o których rozmawiało się przy stole przez całe moje dzieciństwo […].

Jim Jones junior

 

Barwny, fascynujący opis czasów i zdarzeń, które szybko przeszły do historii, chociaż ich uczestnicy wciąż żyją pośród nas, zapomniani.

„Kirkus Review”

 

Wyczerpujące, gruntowne badania Guinna, jego przenikliwe analizy oraz ujmujący język prezentują przerażającą, ale też tragiczną postać – i motywy tych, którzy zaprzedali mu dusze.

„Publishers Weekly”

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 842

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: The Road to Jonestown: Jim Jones and Peoples Temple

Copyright © 2017 by 24Words LLC

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, 2020

Redaktorzy inicjujący: Paulina Surniak, Adrian Stachowski

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Marketing i promocja: Agata Gać

Redakcja: Adrian Stachowski

Konsultacja merytoryczna: Marek Daroszewski

Korekta: Magdalena Owczarzak, Anna Królak

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce: California Historical Society

eISBN 978-83-66553-91-0

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.com

Dla Boba Bendera i Johanny Li

Prolog

Gujana, 18–19 listopada 1978 roku1

Późnym popołudniem w sobotę 18 listopada 1978 roku do Georgetown, stolicy Gujany, położonej na północnym wybrzeżu Ameryki Południowej, zaczęły docierać nieskładne wiadomości radiowe. Brzmiały jak histeryczne doniesienia o katastrofie samolotu, do której doszło prawdopodobnie w gęstej dżungli ciągnącej się na północny zachód od miasta aż do granicy z Wenezuelą. Operatorzy centrali telefonicznej na lotnisku Ogle w Georgetown, którzy odebrali informację, przekazali ją dalej personelowi sztabu generalnego Sił Obrony Gujany. W skład SOG wchodziły nieliczne i słabo wyposażone oddziały wojska. Oficer dyżurny SOG nie wiedział o żadnych lotach wojskowych, więc jeśli rozbiła się jakaś maszyna – to nie była ich.

Około osiemnastej z północnego zachodu nadleciała cessna i wylądowała na Ogle, małym, drugorzędnym lotnisku w Georgetown, używanym głównie przez wojsko. Poza pilotem na pokładzie samolotu znajdowało się dwoje pasażerów – pilot innej porzuconej maszyny oraz ranna kobieta, Monica Bagby. Dwaj piloci, nadawcy wcześniejszych transmisji, byli równie niezrozumiali jak przez radio. Zdołali przekazać, że nie chodzi o katastrofę samolotu, ale raczej o atak na odcięte od świata lądowisko. Wcześniej cessna i inny samolot, DHC-3 Otter obsługujący Guyana Airways, poleciały do Port Kaituma, małej osady w dżungli, żeby zabrać stamtąd większą grupę, amerykańskiego kongresmena z personelem oraz innych pasażerów. W sumie na wąskim pasie startowym czekały trzydzieści trzy osoby, za dużo, żeby zmieścić się w samolotach, które łącznie miały dwadzieścia cztery miejsca. Kiedy pasażerowie uzgadniali między sobą, kto odleci teraz, a kto będzie musiał poczekać na dodatkowy samolot, zaatakowali ich ludzie z karabinami i dubeltówkami. Ofiary napaści były nieuzbrojone, więc doszło do rzezi. Otter został tak podziurawiony pociskami, że jeden z dwóch silników uległ zniszczeniu, z opon zeszło powietrze i samolot nie mógł wystartować. Pilot uciekł do sprawnej cessny. Jej pilot z kolei uznał, że nie może nic zrobić. Chcąc ratować życie, skoncentrował się na wyrwaniu spod ognia i spomiędzy ciał. Odleciał, zabierając ze sobą pilota ottera i kobietę, która została ranna, gdy na samym początku strzelaniny wsiadała do cessny.

Teraz, już w Ogle, opisywali makabryczną scenę z lądowiska w Port Kaituma. Na pewno zginął kongresmen i kilku towarzyszących mu dziennikarzy. Inni zostali ciężko ranni. Ci z lżejszymi obrażeniami i nieposzkodowani uciekli do dżungli. Świadkowie na lotnisku w Ogle nie wiedzieli, czy jednostronna strzelanina już się zakończyła. Było wielu ludzi z bronią, mnóstwo ciał, kałuże krwi.

Wiadomości natychmiast przekazano do siedziby premiera Forbesa Burnhama. Choć informacje pozostawały skąpe, było ich dość, by potwierdzić, że polecenie dokonania rzezi musiało przyjść z Jonestown.

Przez ponad cztery lata członkowie amerykańskiej grupy zwanej Świątynią Ludu wycięli pod swoją osadę trzy tysiące akrów lasu w sercu niedostępnej dżungli. Miejsce znajdowało się niecałe dziesięć kilometrów od Port Kaituma. Kolonię nazwali na cześć swojego przywódcy, Jima Jonesa. Rząd gujański początkowo odnosił się do przybyszów z sympatią. Wioska Amerykanów w północno-zachodniej części kraju zapobiegała wypadom ze strony Wenezueli, która rościła sobie prawa do tego regionu i od czasu do czasu groziła inwazją. Wkrótce jednak Jones i jego zwolennicy zaczęli sprawiać kłopoty. Nie stosując się do zasad obowiązujących w nowej ojczyźnie, założyli szkołę i szpital, a do tego protestowali, kiedy kazano im podporządkować się miejscowemu prawu. Jones miał problemy prawne w Ameryce, które wkrótce podążyły za nim do gujańskich sądów, a co najbardziej irytujące, rodziny niektórych mieszkańców Jonestown twierdziły, że ich krewni są tam przetrzymywani wbrew woli. Leo Ryan, kongresmen z rejonu zatoki San Francisco w Kalifornii, naprzykrzał się rządowi Gujany, upierając się, że pojedzie do Jonestown i zbada sprawę na miejscu. Kilka dni wcześniej Ryan przybył do Gujany z ekipą telewizyjną i dziennikarzami oraz osobami, które wywołały to całe zamieszanie – Zatroskanymi Krewnymi (tak nazwali swoją organizację). Wizyta od samego początku była chaotyczna. Jones powiedział, że nie wpuści Ryana, prasy i Zatroskanych Krewnych do Jonestown. Ryan dał jasno do zrozumienia, że przyjedzie tak czy siak i zażąda wstępu, a wszystko to na oczach dziennikarzy, którzy sprawią, że Gujana wyjdzie przed całym światem na nierozsądną i zacofaną. Po dalszych negocjacjach Jones niechętnie zgodził się wpuścić Ryana i niektórych jego towarzyszy. Wylecieli z Georgetown w piątek 17 listopada w towarzystwie urzędnika ambasady amerykańskiej, który poinformował wieczorem, że wszystko idzie dobrze. A teraz coś takiego.

W komunikacji radiowej między Georgetown a Port Kaituma były zakłócenia. Poza niespójnymi relacjami trzech ocalałych pasażerów cessny nikt w Georgetown nie miał dostępu do nowych informacji. Mogli tylko zgadywać, co wydarzyło się potem, ale jedna rzecz była pewna: przedstawiciele rządu Stanów Zjednoczonych będą wściekli.

Mimo trudności gospodarczych Gujana była dumnym socjalistycznym państwem, jednak geograficzna bliskość, a także niechętna, pragmatyczna akceptacja potęgi amerykańskiej, kazała jej stawiać dobre stosunki ze Stanami Zjednoczonymi na pierwszym miejscu. Jeśli amerykański kongresmen naprawdę zginął, rząd amerykański mógłby nawet dokonać inwazji, a nie można było ryzykować pogwałcenia suwerenności Gujany i potencjalnego upokorzenia na arenie międzynarodowej. W sobotę około dziewiętnastej premier Burnham zarządził w swoim gabinecie spotkanie z amerykańskim ambasadorem Johnem Burke’em. Przywołał też dziesięciu najważniejszych ministrów oraz oficerów SOG i Obrony Cywilnej, gujańskiego programu szkolenia wojskowego dla młodzieży. Obrona Cywilna miała obóz w dżungli, około sześćdziesięciu kilometrów od Jonestown.

Burnham powiedział Burke’owi tyle, ile wiedział. Przyznał, że na razie nie da się nic zrobić. Nie było możliwości, by w Port Kaituma po zmroku wylądował samolot: wąski pas był wycięty w gęstej dżungli i musiałby być oświetlony. Nie było sposobu dowiedzieć się, ilu strzelców zaatakowało wcześniej lądowisko oraz co było ich celem oprócz zamordowania kongresmena Ryana i jego towarzyszy, wśród których najwyraźniej znajdowały się osoby próbujące uciec z Jonestown.

Desmond Roberts, gujański wojskowy, uczestnik tego spotkania, ostrzegał premiera i jego gabinet od wielu miesięcy, że Świątynia Ludu prawdopodobnie przemyca broń do Jonestown, ale Burnham nie zgodził się na przeprowadzenie śledztwa. Teraz Roberts zauważył, że zwolennicy Jonesa ­mogli dysponować już pokaźnym arsenałem. Ilu uzbrojonych ludzi może obsadzać lądowisko w Port Kaituma albo czaić się w dżungli pod Jonestown w oczekiwaniu na nowe ofiary? To może być coś więcej niż zwykła zasadzka. Może to rebelia na większą skalę. Mieszkańcy Jonestown byli fanatycznie oddani Jonesowi. Jeśli przywódca wezwałby ich do powstania, z całą pewnością by go posłuchali.

Od lat gujańskie biuro imigracyjne rejestrowało Amerykanów przyjeżdżających do kraju, by dołączyć do Świątyni Ludu. Zakładano, że żyje tam około dziewięciuset Amerykanów, około stu mężczyzn zdolnych do walki. Niewykluczone, że byli wśród nich doświadczeni w walce w dżungli weterani z Wietnamu. Siły Obrony Gujany nie mogły popełnić błędu. Trzeba było zachować ostrożność.

Ambasador Burke poprosił, by wojsko przy pierwszej okazji za wszelką cenę spróbowało dostać się na ten obszar. Szczególnie martwił się o rannych w strzelaninie na lądowisku Port Kaituma. Potrzebowali natychmiastowej ochrony i pomocy medycznej. Poza tym nalegał, aby bez względu na to, kto doprowadził do tego aktu przemocy, rząd postawił go jak najszybciej przed sądem. Ameryka oczekuje przynajmniej tego.

Burnham obiecał Burke’owi, że zrobi, co będzie w jego mocy. Oddziały SOG miały być natychmiast przetransportowane na lotnisko w Matthews Ridge, dwudziestopięciotysięcznym mieście położonym o pięćdziesiąt kilometrów od małego Port Kaituma. Stamtąd część drogi miały pokonać pociągiem, po czym nocą powędrować przez dżunglę i o świcie dotrzeć do Port Kaituma. Miały ocenić sytuację na miejscu i podjąć odpowiednie kroki. Burnham poprosił ambasadora, by pilnie przekazał rządowi amerykańskiemu głębokie wyrazy współczucia z powodu tego wydarzenia. Trzeba podkreślić, powiedział premier, że rząd gujański zrobił wszystko, by ułatwić kongresmenowi Ryanowi wizytę. Na tym spotkanie się zakończyło. Była dwudziesta pierwsza. Jeśli na lądowisku Port Kaituma ktoś przeżył, to od co najmniej czterech godzin pozostawał bez pomocy.

Roberts zebrał żołnierzy. Nie miał ich zbyt wielu do dyspozycji, może około stu. Przewieziono ich samolotami transportowymi do Matthews Ridge. Tam przesiedli się do pociągu i ruszyli nocą w kierunku Port Kaituma. W połowie drogi wysiedli; Roberts, ku swemu wielkiemu niezadowoleniu, dostał rozkaz zatrzymać się w obozie Obrony Cywilnej i włączyć do swojego oddziału grupę nastolatków. Uznał, że to fatalny pomysł – nikt nie wiedział, w jaki sposób przyjdzie walczyć, a dzieciaki z bronią mogły tylko stać się dodatkowym zagrożeniem. Mimo to posłuchał przełożonych. Teraz jego oddział liczył około stu dwudziestu ludzi.

Ruszyli dalej pieszo – zalecono ostrożność, uzbrojeni powstańcy z Jonestown mogli być wszędzie. Marsz przez dżunglę był trudny nawet za dnia, ale nocą był prawie niemożliwy. Północno-zachodnia dżungla w Gujanie należy do najgęstszych na świecie, do tego zamieszkują ją jadowite węże oraz kąsające owady. Poprzedniego dnia po południu nad regionem przeszła burza i z każdym krokiem żołnierskie buty tonęły w gęstym lepkim błocie. Posuwali się jednak naprzód i o świcie dotarli do Port Kaituma. Nie było śladu oporu, uzbrojonych ludzi, nikogo. Część żołnierzy została, zabezpieczyła lądowisko i powiadomiła przez radio Georgetown, że samoloty już mogą lądować, by ewakuować rannych oraz zabrać ciała zabitych. Potwierdzili, że Ryan jest wśród pięciu ofiar śmiertelnych. Było wielu rannych, kilka osób poważnie i te pilnie potrzebowały pomocy lekarskiej. Większość żołnierzy ostrożnie ruszyła z Port Kaituma czerwonawą gruntówką w głąb puszczy. Ponad sześć kilometrów dalej znaleźli się przy wąskiej przecince prowadzącej do Jonestown. Do osady Świątyni Ludu zostały już tylko jakieś trzy kilometry. Żołnierzom brakowało doświadczenia bojowego. Szli powoli, pewni, że nie unikną starcia. Strzelcy mogli czekać na nich wszędzie, ale atak nie nastąpił.

O wschodzie słońca zrobiło się duszno. Każdy oddech palił w nozdrza i płuca. Po wczorajszej gwałtownej burzy podłoże było grząskie. Gdy żołnierze wreszcie dotarli w pobliże Jonestown, z ziemi unosiły się kłęby pary, które znacznie ograniczały widoczność. Wokół rozbrzmiewały odgłosy dżungli – ptaki śpiewały, małpy wyły, w pobliskich krzakach szeleściły niewidoczne zwierzęta – ale gdy dotarli do ogrodzenia osady, nad okolicą wisiała złowroga cisza. Wszystko wskazywało na zasadzkę, pewnie dobrze uzbrojony oddział czaił się w ukryciu i czekał, aż intruzi znajdą się w zasięgu ognia. Gęsta przygruntowa mgła ograniczała widoczność do kilku metrów. Niektórzy żołnierze nie widzieli własnych stóp, ich buty niknęły w porannej mgle.

Oficerowie przekazali szeptem rozkazy, by żołnierze się rozproszyli, a potem otoczyli centralny plac osady. Z poprzednich wizyt gujańskiej policji i przedstawicieli rządu wiadomo było, że stoi tam spory pawilon. Miejsce na zbiórkę dobre jak każde inne.

Krąg żołnierzy zacieśniał się, wszyscy tylko czekali, aż padną strzały, które potwierdzą, że strzelcy z Jonestown są na stanowiskach. Nie doczekali się. Napięcie rosło, aż nagle żołnierze zaczęli się o coś potykać, coś jakby kłody rozrzucone na ziemi przez rebeliantów z Jonestown po to, aby utrudnić im ruchy. Gdy żołnierze spojrzeli w dół i machnięciami rąk rozpędzili mgłę, niektórzy zaczęli krzyczeć, a kilku z wrzaskiem uciekło do dżungli. Oficerowie szybko przeszli naprzód, a kiedy zobaczyli to, co inni, sami też chcieli krzyczeć. Zachowali jednak względny spokój i przystąpili do przegrupowania. Z mgły wyłonił się pawilon. Chcieli do niego podejść, ale drogę w każdym kierunku blokowały im leżące przeszkody. Kiedy mgła uniosła się i pozwoliła przyjrzeć się lepiej, przez radio poinformowali Georgetown, że w Jonestown stało się coś strasznego, coś jeszcze gorszego niż zbrojny bunt i atak na lądowisko w Port Kaituma. Szukali właściwych słów. To, co tego ranka zastali w Jonestown, przerastało wszelkie wyobrażenia, było prawie niemożliwe do opisania:

Wszędzie ciała, tak dużo ciał, że policzenie ich zdawało się niemożliwe, niezliczone ludzkie zwłoki2.

1 Akta FBI dotyczące tragicznych wydarzeń w Jonestown i Port Kaituma oraz historii Świątyni Ludu zaczynają się od sygnatury RYMUR (od Ryan Murder – morderstwo Ryana) i oznaczone są liczbami 89–4286. Poniżej podane zostały dodatkowe numery identyfikacyjne oraz litery przyznane każdemu kolejnemu dokumentowi, a czasem stronom poszczególnych dokumentów. Zostały dopisane ręcznie. Czytelność jest bardzo różna – notatki poczyniło co najmniej kilkadziesiąt, a być może nawet setki różnych osób.

Poza tym wiele akt dostarczonych przez FBI w odpowiedzi na wymogi ustawy o wolności informacji wyblakło z powodu upływu czasu, zostało zamazanych obszernymi zakreśleniami lub uległo innym uszkodzeniom, przez co część sygnatur stała się nieczytelna lub przepadła we fragmentach albo w całości. Każdy cytowany fragment akt RYMUR zawiera możliwie jak najwięcej elementów identyfikacyjnych. Mam nadzieję, że nie zirytuje to czytelników, jak z pewnością irytowało mnie i innych badaczy.

Jeden z dawnych członków Świątyni Ludu zgodził się udzielić wywiadu tylko pod warunkiem zatajenia tożsamości. Zgodziłem się z powodu wagi informacji dostarczonych przez tę osobę.

2 Większość materiału z tej części pochodzi z wywiadów z Desmondem Robertsem, Geraldem Gouveią (pilotem wojskowym, który pilotował pierwszy ratunkowy lot do Port Kaituma rankiem 19 listopada 1978 r.) oraz Kitem Nascimento, ówczesnym ministrem w rządzie Forbesa Burnhama. Szczegóły porannego spotkania 18 listopada z amerykańskim ambasadorem Johnem Burke’em pochodzą z teleksu, który ambasador przesłał niemal natychmiast do Departamentu Stanu w Waszyngtonie. Rząd amerykański odtajnił ten raport w 2014 roku.

Samolot cessna z Portu Kaituma bywa opisywany jako pięcio- lub sześciomiejscowy. Po południu 18 listopada w czasie lotu z Port Kaituma do Georgetown nie miało to znaczenia, gdyż na pokładzie znajdowały się tylko trzy osoby. Tim Reiterman w Raven twierdzi, że trzecią osobą była uciekinierka z Jonestown Monica Bagby, ranna podczas ataku na lądowisku w Port Kaituma. (Tim Reiterman, Raven: The Untold Story of the Rev. Jim Jones and His People, New York 2008; pierwsze wydanie: Dutton Adult 1982, s. 535).

Część pierwszaIndiana

Rozdział pierwszy

Lynetta i Jim3

W wersji wspomnień, którą sama sobie wybrała, Lynetta Putnam Jones wychowywała się w dobrobycie, wyszła za mąż tylko raz, za inwalidę weterana z czasu I wojny światowej, była bardzo źle traktowana przez niego i jego rodzinę, po mistycznej wizji na skraju życia i śmierci urodziła chłopca, zmierzyła się z bankierami czasu wielkiego kryzysu i religijnymi szarlatanami z głębokiej prowincji, zreformowała system więziennictwa państwowego, założyła związek zawodowy gnębionych robotników i wychowała najwspanialszego człowieka na świecie, który w istocie był bardziej bogiem niż człowiekiem, a to prawie wyłącznie dzięki stałej opiece niestrudzonej matki.

Nic z tego nie było prawdą, począwszy od jej imienia.

Lunett Putnam, córka Jessego i Mary Putnamów, urodziła się 16 kwietnia 1902 albo 1904 roku. Nie można odnaleźć jej aktu urodzenia, a później podawała obie te daty naprzemiennie, czasami sięgając nawet aż do roku 1908. Kwestią dyskusyjną pozostaje nawet miejsce jej urodzenia. Najczęściej zakłada się, że urodziła się w Princeton w południowo-zachodniej Indianie, ale część badaczy twierdzi, że chodzi raczej o Mount Carmel, małe miasteczko w Ohio niedaleko Cincinnati. Bez względu na to, gdzie i kiedy przyszła na świat, co jakiś czas nieznacznie zmieniała sobie imię: najpierw została Lunette, potem w kilku spisach ludności i dokumentach występowała jako Lynette, ostatecznie zaś wybrała formę Lynetta.

Wspominając później swoje życie, Lynetta opisywała siebie z dzieciństwa jako „piękną jak jutrzenka […], ale też silną jak tygrys”4. Z powodu ciemnej karnacji ludzie często brali ją za Indiankę – w dorosłym wieku Lynetta często przypisywała sobie indiańskie pochodzenie, chociaż nie istnieją na nie żadne dowody. Rodzice oczekiwali, że córka będzie siedzieć grzecznie jak „porcelanowa lalka”, ale ona miała to za nic. Wolała biegać po lesie i „tropić zwierzęta”. Jeśli to prawda, był to jeden z pierwszych przejawów cechy wyróżniającej Lynettę przez całe jej życie – zawsze postępowała wbrew oczekiwaniom.

W chaotycznych, meandrujących wspomnieniach dyktowanych w Jonestown Lynetta opisała Lewisa Parkera, najwyraźniej przybranego dziadka, który ją wychowywał, jako właściciela ogromnego tartaku w Indianie. Napisała, że Parker „miał pod kontrolą właściwie wszystko, co działo się w południowej Indianie”. Z tego, co pisze Lynetta, wynika, że dziadek Parker był wśród swoich licznych pracowników znany z życzliwości, uczciwości i stałego poprawiania warunków pracy, a przede wszystkim z tego, że zawsze miał pracę dla przyjezdnych. Jego przedsiębiorstwo podupadło z powodu kryzysu w przemyśle drzewnym, ale też dlatego, że zawsze stawiał dobro innych ponad własnym.

Chociaż skłonność Lynetty do przesady każe powątpiewać w opowieści o jej dzieciństwie i Lewisie Parkerze, pewne jest, że nastolatka znalazła się w trudnej sytuacji finansowej. Błys­kotliwą i chorobliwie ambitną Lynettę utrzymywała w tym okresie przy życiu silna wiara w duchy i reinkarnację – przysięgała, że w poprzednich życiach była silną kobietą i w tym wcieleniu nie będzie inaczej. Jednak nie dało się utrzymać ze spirytyzmu5. Atrakcyjna młoda dziewczyna w takich okolicznościach miała przed sobą oczywiste rozwiązanie i w 1920 roku Lynetta w końcu zdecydowała się na tradycyjny dla kobiet los i wyszła za mąż za Cecila Dicksona. Miała wtedy szesnaście albo osiemnaście lat. Małżeństwo przetrwało dwa lata. Lynetta zapisała się do Jonesboro Agricultural College w Arkansas, ale po rozwodzie rzuciła szkołę. Niezrażona tym rok później wyszła za Elmera Stephensa – ten związek trwał dokładnie trzy dni, od 12 do 14 marca 1923 roku, chociaż rozwód sfinalizowano dopiero w sierpniu (nie wiadomo nic więcej ani o Dicksonie, ani Stephensie.) Lynetta próbowała dokształcać się w szkole przedsiębiorczości, ale bez wsparcia finansowego ze strony męża musiała iść do pracy. Mimo że „była dobra w pisaniu, i takich tam, oraz w matematyce”, w najlepszym przypadku mogła iść do fabryki, w których to w latach dwudziestych na Środkowym Zachodzie płacili najwyżej dolara za dzień.

Ojciec Lynetty zmarł (nigdzie nie podała ani okoliczności, ani daty śmierci). Jej matka, Mary, mieszkała z Lynettą w czasie trwania jej małżeństwa z Cecilem Dicksonem. Jednak niedługo po tym, jak Lynetta rozwiodła się z drugim mężem i zaczęła żyć na własną rękę, Mary Putnam zachorowała, prawdopodobnie na gruźlicę, i zmarła w grudniu 1925 roku.

Rok później Lynetta ponownie wyszła za mąż. Do trzeciego małżeństwa miała podejście pragmatyczne. Chociaż bardzo pragnęła zostać damą, nadal pracowała w zakładach w Evansville w Indianie. Później przechwala się w typowy dla siebie sposób: „zaczęłam jako sekretarka, a po roku zostałam już główną asystentką”. Rzeczywistość była jednak taka, że utknęła na kolejnym słabo płatnym stanowisku bez perspektyw. Podupadła na zdrowiu. Później przyznała, że dokuczało jej „coś w płucach”6. Historyczka Joyce Overman Bowman dotarła do źródeł, z których wynika, że Lynetta leczyła się, prawdopodobnie na gruźlicę, w sanatorium w Illinois7. Lynetta potrzebowała poczucia bezpieczeństwa, życia na odpowiednim poziomie, żeby wykorzystać wielkie intelektualne i duchowe talenty – i ujawnić swój potencjał. Oczywistym rozwiązaniem było znalezienie dobrej partii, mężczyzny z rodzinną fortuną, która pozwoliłaby jej wieść wystawne życie – a nie w nędzy. W 1926 roku Lynetta uznała, że wreszcie go znalazła8.

John Henry Jones był w hrabstwie Randolph w Indianie postacią wpływową, zarówno z powodu posiadania rozległych ziem uprawnych, jak i działalności politycznej. Dumnie głosił, że w regionie, gdzie właściwie każdy był republikaninem, on jest demokratą. John Henry, żarliwy kwakier, był głową dużej rodziny. Miał trzynaścioro dzieci z dwóch małżeństw. Ojciec oczekiwał od nich, że będą sobą coś reprezentować, co zresztą zasadniczo czynili9. Większość, i córki, i synowie, ukończyła studia – John Henry wyprzedał część ziemi, aby opłacić ich naukę. W wieku dorosłym niektóre z nich osiadły w okolicy, w której się wychowały. Hrabstwo Randolph przylegało do granicy z Ohio. Potomkowie Jonesa pracowali na kierowniczych stanowiskach na kolei, w rolnictwie, uczyli w szkołach lub posiadali i prowadzili lokalne przedsiębiorstwa (między innymi stację benzynową i ogródek piwny). Jedno z dzieci kierowało domem dla sierot. Tylko w dwóch przypadkach jego dzieci nie odniosły sukcesu. Billy wpadł w złe towarzystwo, zaczął pić i uprawiać hazard. Ojciec szczerze ubolewał nad hulaszczym trybem życia syna, ale go nie wydziedziczył. Był jeszcze Jim, urodzony w 1887 roku i ochrzczony jako James Thurman Jones, który pojechał na wojnę i wrócił, będąc już wrakiem człowieka.

Jim rozczarowywał wymagającego ojca właściwie już od urodzenia. Pomimo że był dość sympatycznym chłopcem, nie przejawiał żadnych ambicji. Zdobył podstawową edukację, ale studia go nie interesowały. Podobnie jak ojciec i bracia, Jim doskonale obchodził się z narzędziami i wszelkimi maszynami, więc zatrudnił się w jeżdżącej po całym stanie ekipie robotników drogowych. Przemysł samochodowy właśnie rozkwitał, więc roboty mieli mnóstwo. Była to stała, choć dość monotonna praca, co idealnie pasowało spokojnemu Jimowi.

Wszystkich dziwiło, że Jim się nie ożenił. Większość jego rówieśników w hrabstwie Randolph szybko łączyła się w pary, często już w liceum, i zakładała rodziny. Jednak nie Jim. Może w romansowaniu też nie miał ambicji, jak w pozostałych dziedzinach życia. Jim miał trzydzieści lat, kiedy po raz pierwszy wykazał się jakąkolwiek inicjatywą. Kiedy Ameryka przystąpiła do I wojny światowej, zaciągnął się do armii i trafił na front we Francji. Tam padł ofiarą niemieckiego ataku gazowego. Wyziewy wdarły się głęboko w jego płuca. Wrócił do domu jako cień dawnego Jima. Miał trudności ze złapaniem głębszego oddechu, a jego układ oddechowy przez resztę życia funkcjonował z coraz większą trudnością. Z głosu został mu chrypliwy skrzek. Nie mówił dużo, a jeśli już, to ciężko było go zrozumieć.

Jako inwalidzie wojennemu, jednemu z siedemdziesięciu tysięcy Amerykanów, którzy ucierpieli od gazu bojowego podczas I wojny światowej, Jimowi przysługiwała renta wojskowa, chociaż prawdopodobnie nie więcej niż trzydzieści dolarów miesięcznie10. Nie wystarczało na utrzymanie, więc po powrocie do cywila Jim dalej pracował w ekipie drogowej. Teraz nie był jednak w stanie wytrzymać długo przy pracy fizycznej, chociaż starał się ze wszystkich sił. Dodatkowo rozwinął się u niego reumatyzm i niekiedy musiał brać wolne. Jim wiódł samotne życie, zmagając się z ciągłymi dolegliwościami i szybko zbliżając się do wieku średniego. Gdy pracował z brygadą pod Evansville, poznał bystrą kobietę, Lynette, która czasem używała imienia Lynetta. Była o piętnaście lub siedemnaście lat młodsza od Jima. Ku ogromnemu zdumieniu rodziny, która pogodziła się już z tym, że Jim zostanie do końca życia kawalerem, para pobrała się 20 grudnia 1926 roku, prawie rok po śmierci matki panny młodej.

Mimo ciężaru w postaci niepełnosprawnego męża, który mógłby być jej ojcem, Lynetta cieszyła się z wejścia do szacownej rodziny. Oczekiwała, że teraz wreszcie osiągnie stosowniejszą pozycję w życiu, które w końcu zacznie ją rozpieszczać.

Bardzo się myliła.

Nowożeńcy musieli gdzieś mieszkać, więc nowy teść Lynetty zapewnił im lokum, wpłacając zaliczkę na małą farmę w Crete, niedaleko na północ od Lynn, gdzie mieszkała większość rodziny Jonesów. John Henry Jones poprzestał na tym, chociaż miał dość środków, by zapłacić za całą ziemię z góry. Dzięki niemu syn i synowa zyskali gospodarstwo i szansę jego rozwinięcia. Reszta należała do nich.

Od początku szło im jak po grudzie. Mieli kukurydzę i soję do posiania i pielęgnowania, a do tego tuczniki do hodowania na ubój i sprzedaż. Mimo zapewnień Lynetty, że dzieciństwo spędziła na włóczęgach po lesie i zastawianiu wnyków na zwierzęta, tak naprawdę nie miała pojęcia o hodowaniu zwierząt, nie wspominając nawet o orce, uprawie i żniwach. Jej mąż nieco lepiej orientował się w codziennych obowiązkach gospodarskich, ale często go nie było. Potrzebowali pieniędzy na nasiona, narzędzia i karmę dla zwierząt, więc od czasu do czasu nadal zatrudniał się w ekipach drogowych krążących po całym stanie. Z tego powodu czasem znikał z domu na kilka dni lub tygodni, a Lynetta zostawała ze wszystkim sama. Pracę z pewnością ułatwiłyby jej nowoczesne urządzenia rolnicze, ale nie było ich z Jimem na nie stać.

Kiedy Jim przebywał w domu i próbował włączyć się w kierat obowiązków, szybko się męczył i musiał usiąść albo nawet położyć do łóżka. Lynetta nie mogła toczyć z mężem długich rozmów. Wykluczały to jego problemy z drogami oddechowymi. W innym miejscu mogłaby integrować się towarzysko z sąsiadami, ale tu mieli ich niewielu. W Crete było tylko kilka farm i spichlerz. Społeczność liczyła dwadzieścia osiem osób. Cztery razy dziennie przez osadę przejeżdżały pociągi11, dwa przemykały ze świstem, a pozostałe dwa zatrzymywały się tylko po to, aby załadować ze spichlerza zboże zebrane w ciągu dnia przez miejscowych rolników. W miejscowym żargonie Crete nie było wsią, lecz „stacją przelotową”12. Pociągi towarowe przewoziły też węgiel, więc zaraz po ich przejeździe mieszkańcy Crete rzucali zajęcia i biegli do torów, żeby zebrać wszystkie bryłki, które spadły z wagonów. Mimo bliskości Lynn, miasteczka ze sklepami spożywczymi, wszyscy mieszkańcy Crete z całych sił starali się wyżyć z ziemi, jadać produkty własnej pracy, a dietę uzupełniać poziomkami i malinami rosnącymi przy drogach. Nazywali to „mądrym gospodarowaniem”13. Jim nie mógł zbierać dziko rosnących owoców, nie robiła też tego wykończona pracą Lynetta. Ich posiłki były ubogie i monotonne. Wszystkie czynności poza przyrządzaniem prostych dań wymagały energii i zaangażowania, których nie mogła z siebie wykrzesać. Inne rodziny w Crete bardzo im współczuły – w końcu Jim był inwalidą wojennym – ale same też musiały sobie jakoś radzić. Wszyscy podchodzili też trochę nieufnie do Lynetty, która nie stosowała się do zwyczajów miejscowych kobiet i zamiast robić to dyskretnie w domu, paliła publicznie14. Przeklinała też, jeśli czuła taką potrzebę, nie troszcząc się, czy ktoś jest w zasięgu jej głosu. Lynetta lubiła te spojrzenia. Skoro nie mogła być szczęśliwa, niech chociaż będzie inna.

Zamiast korzystać z okazji i na weekendowych spotkaniach klanu Jonesów w Lynn udzielać się towarzysko, Lynetta patrzyła na elegancko ubrane kobiety z ładnymi domami z coraz silniejszą niechęcią. Nienawidziła życia na farmie w Crete i pragnęła „o wiele bardziej lukratywnych sposobów zrealizowania niezwykle ważnych celów”, jakie sobie wyznaczyła.

Zła już na samym początku sytuacja w ciągu kolejnych kilku lat pogorszyła się jeszcze bardziej. Jim wciąż podupadał na zdrowiu. Musiał zarzucić dorabianie w brygadach drogowych, więc dochód rodziny Jonesów siłą rzeczy spadł. Jim niezbyt wspierał Lynette przy gospodarstwie, a jego starania najczęściej i tak niewiele dawały. Jeśli Lynetta wcześniej miała w ogóle jakikolwiek szacunek dla męża, teraz go straciła: „Ten człowiek nic nie [wiedział] o obchodzeniu się z inwentarzem ani o rolnictwie”. Nie stać ich było na nasiona, nie wspominając o zatrudnieniu pomocy. Rachunki rosły. Comiesięczna spłata hipoteki stanowiła nie lada wyzwanie. Najchętniej rzuciłaby ten, jak to nazywała, „rodzaj niewolnictwa”, ale nie miała dokąd pójść15.

Na farmie przynajmniej było jedzenie, ale o ile nie nastąpiłby jakiś cud, o tyle Lynetta i Jim nie mieli szans utrzymać tego gospodarstwa. Najbardziej oczywistym źródłem pomocy finan­sowej był teść, John Henry. Sam doświadczył już własnych kłopotów spowodowanych wielkim kryzysem i teraz przez część czasu mieszkał z rodziną syna w Lynn, a część spędzał na własnej farmie w Crete. Pozostał względnie zamożnym człowiekiem, podobnie jak reszta rodziny Jonesów. Może przyjęliby Jima, gdyby farma przepadła, ale Lynettę chętnie zobaczyliby bezdomną i w nędzy. Sądziła, że jej nie lubią, co nie było prawdą. Ekscentryczna osobowość Lynetty mogła wydawać się odpychająca, ale większość powinowatych podziwiała jej przebojowość16. Pozwolenie, by Lynetta i Jim zawalczyli o swoje było oznaką szacunku. Lynetta tego nie rozumiała i uważała, że musi zrobić coś, co wzbudzi ich współczucie i sprawi, że będą bardziej skłonni do pomocy.

Lynetta była zupełnie pozbawiona naturalnego instynktu macierzyńskiego. Nigdy nie chciała i nie zamierzała zostać matką. Później będzie opowiadać o tym, jak zachorowała i w malignie doznała wizji, w której stanęła nad „egipską rzeką śmierci”. Kiedy już miała przez nią przejść, ginąc w jej odmętach, pojawił się duch jej matki. Zjawa powiedziała Lynetcie, że nie może umrzeć, ponieważ jej przeznaczeniem jest urodzić dziecko, które stanie się wielkim człowiekiem17.

Nie wiadomo, czy stało się to z przypadku czy z desperacji, ale jesienią 1930 roku Lynetta ogłosiła, że jest w ciąży. 13 maja 1931 roku na farmie w Crete urodziła Jamesa Warrena Jonesa. Jednak poza obarczeniem Lynetty jeszcze większą odpowiedzialnością, pojawienie się dziecka nic nie zmieniło.

Ojciec dziecka, Jim, mimo narastających dolegliwości fizycznych nigdy nie skarżył się na swój los nieszczęśliwej żonie, która ciągle krytykowała jego i całą rodzinę. Ale niedługo po narodzinach dziecka Jim kompletnie się załamał z nadmiaru stresu i trafił na kilka miesięcy do szpitala w pobliskim Oxfordzie w Ohio18. „Nerwowy, rozchwiany emocjonalnie, drażliwy; układ nerwowy i ogólny stan zdrowia słaby” – opisał Jima lekarz prowadzący. Po powrocie do domu Jim wymagał co jakiś czas pobytu w szpitalu i leczenia. Nie mógł się skupić na problemach, którym sprostać musiała jego żona, szczególnie w kwestii utrzymania farmy. Nie mógł liczyć na współczucie Lynetty. Co to za facet, który ma ataki paniki? Później, już w Jonestown, napisze pogardliwie: „Mój mąż, zalewając się łzami, pogodził się z tym, że komornik zajął gospodarstwo”.

Lynetta opisała konfrontację z 1934 roku z przedstawicielem banku, który, jak twierdziła, miał wyrzucić jej rodzinę z domu i ziemi. Opowiadała, że nigdzie nie pójdzie bez gwarancji lokum zastępczego w Lynn: „Musiałam mieć dach nad głową dla dziecka, choćby się paliło i waliło […]. [Proszę powiedzieć szefowi], że nie potrafię być zerem i nie zamierzam się tego uczyć”19. W rzeczywistości w tym momencie wkroczyła reszta rodziny Jonesów. Znaleziono w Lynn niewyszukany, ale odpowiedni dom dla Jima, Lynetty i Jimmy’ego Warrena, jak nazywali małego. Mieścił się przy Grant Street, gdzie mieszkali także dwaj bracia Jima. Wojskowa renta Jima miała iść na opłatę czynszu, podobnie jak pieniądze, które być może zarobi, jeśli zdrowie pozwoli mu wrócić do pracy. Ojciec i bracia obiecali wziąć na siebie resztę finansowych zobowiązań. Lynetcie to pasowało, ale wtedy Jonesowie wyłożyli, czego oczekują z jej strony. Dopóki jej syn jest malutki, może zostać w domu i go wychowywać. Kiedy dziecko rozpocznie naukę w szkole, rodzina będzie jej pomagać finansowo, tylko jeśli znajdzie pracę i zacznie dokładać się do domowego budżetu20.

Nie miała wyboru. Jim, Lynetta i Jimmy Warren przeprowadzili się do Lynn.

3 W większości przypadków nie da się ustalić, co czuła dana osoba – irytację, zazdrość, niechęć. Jednak Lynetta często pisała i mówiła o dzieciństwie oraz życiu w Crete i Lynn. Przesadnie podkreślała swoje dokonania i bardzo lubiła opisywać krzywdy zadane przez rzekomych wrogów, ale relacjonując własne codzienne rozterki, zwykle przedstawiała swoje emocje otwarcie.

Kopie dokumentów dotyczących załamania Jamesa Thurmana Jonesa oraz kolejnych pobytów w szpitalu dostarczyła mi historyczka Joyce Overman Bowman. Odnalazła je za pośrednictwem Ohio Historical Society, które niedawno zmieniło nazwę na Ohio History Connection.

W kilku przypadkach informacje z akt śledczych FBI RYMUR zostały przepisane przez Fieldinga McGehee III i opublikowane na stronie Jonestown Institute, Alternative Considerations of Jonestown & Peoples Temple, jonestown.sdsu.edu. Większości czytelników łatwiej będzie wejść na stronę Jonestown Institute, niż prosić o akta z FBI zgodnie z ustawą o wolności informacji, dlatego w tych momentach powołuję się na źródło Jonestown Institute.

4 Lynetta opisała dzieciństwo w: Wywiady z Lynettą Jones, 1 i 2, Jonestown Institute.

5Peoples Temple and Black Religion in America, red. Rebecca Moore, Anthony B. Pinn, Mary R. Sawyer, Bloomington 2004, s. 123–124.

6 Wywiady z Lynettą Jones, 1 i 2, Jonestown Institute.

7 Wywiad z Joyce Overman Bowman.

8 We wspomnieniach spisanych w Jonestown Lynetta twierdzi, że „znała go [Jima] bardzo długo” i że „z osiem razy” zrywała z nim zaręczyny, zanim w końcu się pobrali. Biorąc pod uwagę dwa małżeństwa w ciągu poprzednich sześciu lat, wydaje się bardziej prawdopodobne, że pobrali się krótko po poznaniu. Wywiady z Lynettą Jones, 1 i 2, Jonestown Institute.

9 Wywiad z Jeanne Jones Luther.

10 12 lipca 1973 roku w pożarze przepadła większość wojskowych akt w National Personnel Records Center w St. Louis, gdzie przechowywano dokumenty z czasu I wojny światowej. Akta te nie miały duplikatów i nie zostały zmikrofilmowane. Szacuje się, że ogień pochłonął 80 procent z nich, w tym najwyraźniej akta Jamesa Thurmana Jonesa. Dlatego niemożliwe jest ustalenie, gdzie i kiedy ucierpiał w Niemczech w wyniku ataku gazowego, jakiemu leczeniu został poddany oraz dokładnej wysokości renty. Podane 30 dolarów jest szacunkiem opartym na informacjach uzyskanych od armii.

11 Wywiad z Robertą Horne.

12 Wywiad z Monesą Wisener.

13 Wywiad z Lindą Black.

14 Wywiad z Larrym McKissickiem.

15 RYMUR 89–4286-FF-1–71 i 72.

16 Wywiad z Jeanne Jones Luther.

17 RYMUR 89–4286-EE-1-L-100.

18 Wywiad z Joyce Overman Bowman.

19 RYMUR 89-4286–FF–1–72.

20 Wywiad z Jeanne Jones Luther.

Rozdział drugi

Lynn

Lynn w stanie Indiana było miastem na rozdrożach. Krzyżowały się tu drogi stanowe nr 27 i 36, przebiegały też ­linie kolejowe New York Central i Pennsylvania. Większość z 950 mieszkańców pochodziła z rodzin, które mieszkały tu albo w hrabstwie Randolph od pokoleń. Wszyscy się znali. Utrzymanie tajemnicy było niemożliwe. Mieszkanie tutaj wiązało się z niepisanym, ale zrozumiałym obowiązkiem dopasowania się do reszty. Konformizm był tu fundamentem dobrego obywatelstwa. W pewnym stopniu Lynn istniało po to, by zaspokajać potrzeby farmerów, których ziemie otaczały miasto21. Ludzie z okolicznych gospodarstw ściągali w soboty do miasta, żeby sprzedać towary – mleko, masło, jajka, świeżą wołowinę i drób – i zakupić rzeczy, których nie mogli wyhodować lub wytworzyć samodzielnie. Lynn oferowało im pomoc lekarską, dentystyczną i weterynaryjną, a specjaliści często otrzymywali zapłatę w kurczakach lub domowych wypiekach.

W Lynn działało kilka sklepów spożywczych, zakład fryzjerski, jedna czy dwie kawiarenki, apteka, redakcja miejscowego dziennika, sala bilardowa i kilka kościołów, co świadczyło o tym, jak ważna dla społeczności była religijność. Podobnie jak w pozostałej części tego tradycyjnie konserwatywnego stanu, dominował tu Kościół ewangelicki. Istniały w Lynn małe wspólnoty metodystów, Kościoła Chrystusowego, Kościoła Nazarejczyka i kwakrów – ale nie katolicka. Jeśli w Lynn mieszkali jacyś katolicy, wyznawali wiarę po cichu, a na msze uczęszczali gdzie indziej.

Lynn było przyjaznym miejscem. Ludzie ciężko pracowali, by zapewnić sobie byt. Ci, którym wiodło się lepiej, nie afiszowali się z tym. Wszyscy ubierali się tak samo – czysto, ale bez ekstrawagancji. Rodzice pilnowali wszystkich dzieci, nie tylko swoich. Wychodząc, nikt nie zamykał drzwi, ponieważ mieszkańcy wiedzieli, że w Lynn nie ma złodziei, a sąsiedzi będą mieli oko na podejrzanych obcych. Życie biegło według ustalonego porządku – w każdą środę wieczorem przy ładnej pogodzie wszyscy gromadzili się w centrum miasteczka i oglądali za darmo filmy wyświetlane na prześcieradle wywieszonym na ścianie budynku22. Największą popularnością cieszyły się westerny, w których szlachetny bohater zawsze daje wycisk złoczyńcy.

W soboty odbywał się handel, a niedziele mieszkańcy spędzali w kościele. Wszyscy szli. Nie istniała rywalizacja między różnymi pastorami i ich kongregacjami23. Często w ważniejsze święta duchowni łączyli swoje stadka na wspólnym nabożeństwie. W każdy piątek po ostatniej lekcji wszyscy uczniowie średnich szkół w Lynn gromadzili się w sali gimnastycznej, gdzie pastorzy kolejno wygłaszali godzinne pogadanki o tym, jak żyć właściwie i przyzwoicie się prowadzić.

Mężczyźni mieli w Lynn swoje kluby – popularne były loże Odd Fellows i Red Men’s, a w latach trzydziestych największym uznaniem cieszyły się loże masońskie, chociaż w pierwszym i drugim dziesięcioleciu XX wieku na czoło wysunął się Ku Klux Klan24. Ośrodek władzy Klanu przesunął się na północ, do Indiany, a organizacja stała się największą w stanie25. W ciągu jednego roku, od lipca 1922 do lipca 1923 roku, liczba zarejestrowanych członków wzrosła w Indianie z 445 do prawie 118 tysięcy. W przeciwieństwie do oddziałów w stanach na Południu, Ku Klux Klan w Indianie nie koncentrował się na propagowaniu nienawiści rasowej. W Indianie mieszkało zbyt mało ciemnoskórych (mniej niż 3 procent całej ludności stanu), aby miało to jakieś znaczenie, chociaż dominacja białych i czystość rasowa zawsze stanowiły element programu każdego oddziału tej organizacji. W Indianie Klan zajmował się poprawą stanu edukacji publicznej i prohibicją, gdyż te właśnie sprawy lepiej tu się sprzedawały, szczególnie na obszarach wiejskich. Przywódcy sprytnie zainstalowali swoje grupy w miasteczkach, sponsorując pikniki i parady. Płacili za wszystko i sprawiali wrażenie, że oni również są przyzwoitymi ludźmi wyznającymi konserwatywne i chrześcijańskie wartości.

Prohibicja, wprowadzona w 1920 roku zgodnie z 18. poprawką do konstytucji, została zniesiona w 1933 roku, ale w hrabstwie Randolph i Lynn nie zrobiło to żadnej różnicy. Tutaj dumnie podtrzymano zakaz. Pastorzy w Lynn grzmieli z ambony przeciwko trunkom. W takim miejscu nie było możliwości napić się tak, żeby nikt się nie dowiedział, nawet jeśli po alkoholu jechano autobusem do sąsiedniego Ohio. Nieliczni szmuglerzy z okolicy wiedzieli, że lepiej nie upłynniać towaru w rejonie Lynn. Nawet w miejskim klubie bilardowym, uznawanym przez niektórych za grzeszne miejsce z powodu rozgrywanych tam karcianych partyjek o groszowe stawki, nie podawano alkoholu. Do dziś miejscowi przepraszają za sklepy alkoholowe w pobliżu. Czują się skalani samą ich bliskością.

Państwowa szkoła w Lynn wyróżniała się w najlepszy możliwy sposób26. Od dziesięcioleci dzieci z okręgów wiejskich w Indianie otrzymywały skąpe wykształcenie w jednoizbowych szkółkach, w których uczniowie w różnym wieku tłoczyli się razem i często byli nauczani przez nauczycieli, którzy sami nawet nie ukończyli szkoły średniej. Jednak około 1910 roku hrabstwo Randolph zatrudniło doktora Lee Drivera, który miał przeprowadzić restrukturyzację systemu szkolnictwa. Driver scalił wszystkie jednoizbowe klasy w pełnoprawne szkoły miejskie. Jedną umieścił w Lynn. Zapewniono transport. Zamiast chodzić pieszo z odległych miejsc, dzieci z farm jeździły w obie strony autobusem, dzięki czemu po raz pierwszy uczęszczały na zajęcia regularnie. Driver domagał się uporządkowanego programu nauczania, a za pozyskane pieniądze zatrudniał wykwalifikowanych nauczycieli. Wkrótce odsetek osób o średnim wykształceniu gwałtownie wzrósł do 70 procent, a dzieci osiągały poziom wiedzy, który pozwalał im dostać dobrą pracę czy nawet ubiegać się o przyjęcie na studia. Drivera ściągnęła potem Pensylwania, żeby podobnego cudu dokonał z tamtejszą edukacją; wówczas szkoły w hrabstwie Randolph były już tak sławne, że przyjeżdżały do nich delegacje z Kanady i Chin oraz innych stanów amerykańskich, chcąc podejrzeć pomysły i wprowadzić podobny system u siebie. Uczniowie w Randolph mieli szczęście. Szczególnie ci w Lynn, gdzie istniała możliwość nauki języków obcych (w tym łaciny), matematyki dla zaawansowanych i przedmiotów ścisłych. Po raz pierwszy w historii Buldogi z Lynn uzyskały dostęp do innych dróg kariery zawodowej niż praca na roli lub w fabryce. Niektórzy zostali architektami, inni lekarzami albo sami zaczęli uczyć w szkole.

Wielki kryzys spowodował jedną dużą zmianę w społeczności Lynn – odmłodził strukturę mieszkańców miasta. Wcześniej większość tutejszych stanowili starsi ludzie, często małżeństwa, które prowadziły gospodarstwa i powiększały rodziny. Kiedy nie mogli już dłużej wykonywać ciężkiej pracy fizycznej, rodzice pod sześćdziesiątkę lub zaraz po niej przekazywali gospodarstwa dzieciom i przenosili się do miasta. Na początku lat trzydziestych, w okresie bardzo złych warunków gospodarczych, wiele młodych par zostało zmuszonych do pozbycia się farm i przenosin z dziećmi do Lynn. Miasto wchłonęło ich dość łatwo. Większość miała tu krewnych lub przyjaciół. Nowo przybyli mężczyźni zatrudniali się w fabrykach w pobliskich metropoliach, Winchesterze lub Richmond. Młode matki zajmowały się domem i wychowywaniem dzieci. Przybysze automatycznie przystosowali się do doskonale im znanych zasad Lynn27. Oczekiwano, że Jim, Lynetta i Jimmy Warren Jones, członkowie szacownego rodu Jonesów, właśnie tak się zachowają.

Jonesowie nie spełnili tych oczekiwań.

Mieszkańcy miasteczka byli gotowi wziąć pod swe skrzydła Jima i Lynettę Jonesów oraz ich synka. Wszyscy znali Jima: dorastał tutaj i w Crete. Wszyscy uważali go za sympatycznego chłopaka, a z powodu wojennego kalectwa spotykał się ze współczuciem i szacunkiem. Tutejsi ludzie dystansowali się wobec rządu, ale nigdy wobec kraju. Wszyscy byli patriotami, szanowali Jima za wojskową przeszłość i chcieli mu pomóc. Znaleźli mu w biurze kolei łatwą papierkową robotę w niepełnym wymiarze godzin – nie dałby rady wykonywać żadnej pracy fizycznej28.

Krewni i hojni sąsiedzi pomagali rodzinie Jonesów, która zamieszkała w domu przy Grant Street. Podobnie jak inne budynki w mieście, nie był on ani wytworny, ani podupadły, ot, zwykły dom z ładną werandą, na której Jim lubił wieczorami przesiadywać. Był też garaż – Jim i Lynetta mieli auto, używane, po kimś z rodziny, ale na chodzie. Wiele rodzin w Lynn nie posiadało samochodu, ludzie musieli korzystać z autobusów, gdy chcieli się dostać tam, dokąd nie mogli dojść piechotą. Nad garażem było poddasze, idealne na schowek, ale Jim i Lynetta nie mieli co w nim przechowywać. Dom przy Grant Street wyposażono w najbardziej podstawowe meble, do tego lekko zużyte: albo zwiezione z utraconej farmy w Crete, albo oddane przez członków rozległej rodziny Jima. Mieli zatem stół, kilka krzeseł, łóżko dla Jima i Lynetty oraz dziecinne łóżeczko dla małego Jimmy’ego29. Można było zrobić mnóstwo rzeczy, które uatrakcyjniłyby to wnętrze, ale to raczej było zadanie dla żony, a Lynetta nie miała drygu do urządzania mieszkań ani też jej to nie interesowało.

Sąsiedzi nie potępiali tak ascetycznego sposobu prowadzenia domu. W tej społeczności nie było tajemnic, wszyscy wiedzieli, że Jonesowie wspomagają finansowo Jima i Lynettę. Brak mebli, wyposażenia i tradycyjnych posiłków przypisywano dumie. Pewnie Jim i Lynetta nie chcieli brać od krewnych ani centa więcej, niż musieli.

Lynetta cały czas marzyła o lepszym życiu. Wymyśliła sobie, że jest pisarką i uwierzyła, że była nią też w poprzednich wcieleniach. Chciała prowadzić rozmowy na wielkie tematy, o reinkarnacji, rozwoju i postępowych, neokonserwatywnych ideach, a nie o bzdurach – o rodzajach zasłon czy przepisach na ciasto. Dlatego odrzucała zaproszenia na wizyty u innych pań i nie zapraszała ich do siebie. Nawet kiedy wychodziła na miasto, na zakupy czy środowe seanse filmowe, rzadko z kimś rozmawiała, a jeśli już, to ograniczała się do minimum. Wiele osób uważało, że się wywyższa, chociaż nie ma powodów – nie umiała nawet stworzyć przyzwoitego domu. Ale Lynetta po prostu nie miała z nimi o czym rozmawiać i nie widziała szans na zawiązywanie przyjaźni.

Lynetta nie mogła jednak unikać spotkań z rodziną męża. Bez nich ona, mąż i syn staliby się niewypłacalni. Dlatego widywała się z nimi, ale była przewrażliwiona na punkcie każdej uwagi wygłoszonej do niej lub o niej i zawsze spodziewała się obrazy. Szczególnie irytowało ją, gdy ciągle zwracali się do niej „Lynette” zamiast „Lynetta”30. Kiedy ją poznali, przedstawiła się jako Lynette, więc tak do niej mówili wtedy i po prostu się przyzwyczaili. Nie chcieli jej urazić, a już z pewnością zastosowaliby się, gdyby ich poprosiła, by mówili do niej Lynetta. Nie zrobiła tego jednak, wolała wmawiać sobie świadomą obrazę. Nieustannie sfrustrowanej Lynetcie, pozbawionej możliwości zrealizowania ambicji bycia wielką damą, kolejne monotonne dni mijały na pielęgnowaniu niechęci i wyobrażaniu sobie konfrontacji, w której triumfowała nad wrogami błyskotliwością i odwagą. Lynetta spisała potem barwne opisy tych fantazji, podmieniając fakty na karmioną ego autokreację. Jednak w pierwszych latach spędzonych w Lynn jej jedyną publicznością był mały synek. Dwie najwcześniejsze i najtrwalsze mądrości, które wpajała Jimmy’emu brzmiały: zawsze będą jacyś oni, którzy będą próbowali cię dopaść, a rzeczywistość jest taka, w jaką sam wierzysz.

Po przeprowadzce do Lynn Jim coraz bardziej podupadał na zdrowiu31. Dopadały go dolegliwości fizyczne i psychiczne. Oprócz planowych wizyt w szpitalu w Oxfordzie w Ohio, czasem któryś z braci woził go na doraźne leczenie do szpitala dla weteranów w Dayton. Jim ciągle kaszlał, a na problemy z oddychaniem wcale nie pomagał fakt, że nałogowo palił. Z jego ust zawsze zwisał papieros32. Coraz bardziej się garbił. Przestał pracować na kolei. Rano sadowił się na werandzie, gdzie czasem spędzał cały dzień. Ludzie mu współczuli. Machali do niego, kiedy przechodzili, pozdrawiali. Jim odpowiadał najlepiej, jak potrafił. W niektóre dni mówił lepiej, w inne gorzej. Niezmiennie jednak był przyjazny. Miastowe dzieciaki lubiły Jima, ponieważ w przeciwieństwie do innych dorosłych zawsze zwracał się do nich po imieniu33. Z bliska zaskakiwał wyglądem. Był po czterdziestce, ale miał twarz pooraną zmarszczkami, a skórę obwisłą34. Kiedyś w mieście mówili o nim „Duży Jim” – tak odróżniali go od syna, Jimmy’ego. Teraz jednak mieszkańcy Lynn coraz częściej nazywali go „Starym Jimem”.

Lynetta nadal trzymała się na uboczu. Kiedy wyprawiała się do centrum miasta, robiła z siebie widowisko, ponieważ paliła i zamiast sukienki nosiła spodnie35. Ludzie gapili się na nią, a ona odpowiadała im znaczącym spojrzeniem. Kiedy się odzywała – do sprzedawcy w sklepie lub przechodnia, z którym koniecznie musiała się przywitać – do rozmowy wtrącała przekleństwa. W Lynn nikomu nie mieściło się w głowie, by „cholera” i „psiakrew” mogły paść z damskich ust. Lynetta używała tych słów na okrągło, wplatając czasem „gówno prawda”. Nigdy nie rozumiała, dlaczego przeklinanie denerwowało tak wiele osób – przecież to tylko słowa. Bardzo ją bawiło, gdy kogoś oburzał jej język.

Mieszkańcy Lynn mogliby w pewnym stopniu zaakceptować nawet ten przejaw ekscentryczności, ale była jedna rzecz w zachowaniu Jima i Lynetty Jonesów, którą odróżniali się od otoczenia w sposób zdecydowanie istotniejszy36. W mieście wszyscy w niedzielę chodzili do kościoła, wszyscy – oprócz nich. Z tego powodu wiele religijnych osób mogło ich skreślić. Nie stało się tak wyłącznie z szacunku dla pozostałych członków rodziny Jonesów, którzy w każdą niedzielę sumiennie uczestniczyli we mszy u kwakrów, oraz z szacunku dla wojennej przeszłości Starego Jima. Ale i tak było to kłopotliwe.

Jesienią 1936 roku wreszcie przyszedł czas, żeby Jimmy poszedł do pierwszej klasy. Lynetta musiała znaleźć pracę. Okoliczne fabryki szukały pracowników, pozostawała tylko kwestia wyboru zakładu. Później Lynetta będzie opowiadać, jak to krewni ją prześladowali. Zaczęli, twierdziła, zniechęcać ją do wielu dobrze prosperujących pracodawców, którzy chcieli ją zatrudnić – jakby w ogóle nie chcieli, żeby zaczęła pracować: „[Rodzina męża uważała], że praca poza domem psuje reputację gospodyni domowej, szczególnie jeśli chodzi o osobę tak uzdolnioną jak ja, o tak pożądanych umiejętnościach jak moje”37.

Lynetta zatrudniła się w hucie szkła w Winchesterze. Codziennie rano wstawała i jechała do pracy autobusem. Przed wyjściem pakowała Jimmy’emu kanapkę i wyprawiała go do szkoły. Męża zostawiała samemu sobie. Stary Jim najczęściej z trudem kuśtykał do miejskiego klubu bilardowego. Miał do wyboru to lub siedzenie w pustym domu. Kiedy się doczłapał na miejsce, grał w karty i pił kawę lub coś gazowanego – właściciel stosował się do zwyczajów panujących w Lynn i nie podawał alkoholu38.

Wieczorami i w weekendy, kiedy cała trójka Jonesów była w domu, z rzadka ktoś ich odwiedzał, głównie członkowie rodziny podrzucający jedzenie – Lynetta zwykle była zbyt zmęczona lub wzburzona, żeby gotować – albo dzieci z sąsiedztwa, które wpadały pobawić się z Jimmym, ale szybko uciekały, odstraszone ponurą atmosferą. Wydawało się wręcz, że oprócz pani Jones w tym domu nikt nie mówi, a jej wypowiedzi zawsze przybierają raczej formę diatryby niż rozmowy. Wrzeszczała na pana Jonesa i Jimmy’ego albo wyrzucała z siebie lawinę przekleństw na tych złośliwych sukinsynów w pracy, którzy mieli za nic kobietę zaharowującą się na śmierć. Nie obchodziło jej, że ktoś jest obok i tego słucha. Żadna inna kobieta w Lynn nie zachowałaby się w ten sposób; żaden inny mąż by tego nie tolerował.

Jednak gdzieś po dwóch i pół roku mieszkańcy Lynn przywykli do Starego Jima i Lynetty. Ta para była dziwna, bez wątpienia, ale od chwili, gdy mały Jimmy Jones zaczął pojawiać się na uliczkach miasta, wkrótce stało się jasne, że w porównaniu z chłopcem rodzice są prawie zupełnie normalni.

21 Wywiady z Bobem Hayesem, Joyce Overman Bowman oraz Billem Townshendem.

22 Wywiady z Robertą Horne i Billem Coxem.

23 Wywiady z Billem Townshendem i Richardem Grubbsem.

24 Wywiad z Billem Townshendem.

25 James H. Madison, A Lynching in the Heartland: Race and Memory in America, New York 2001, s. 38–39; Leonard J. Moore, Citizen Klansmen: The Ku Klux Klan in Indiana, 1921–1928, Chapel Hill 1997, s. 17, 27, 58, 81; wywiady z Jamesem H. Madisonem, Gregorym Hindshawem i Kay Straley.

26 Wywiady z Gregorym Hinshawem, Monesą Wisener, Jeanne Jones Luther, Billem Coxem i Richardem Grubbsem.

27 Wywiad z Billem Townshendem.

28 Wywiad z Bobem Hayesem.

29 Wywiad z Billem Townshendem.

30 Wywiad z Jeanne Jones Luther.

31 Wywiady z Jeanne Jones Luther i Joyce Overman Bowman.

32 Wywiady z Billem Coxem i Billem Manningiem.

33 Wywiad z Bobem Hayesem.

34 Wywiad z Chuckiem Willmore’em.

35 Wywiady z Lindą Black i Monesą Wisener.

36 Wywiady z Billem Townshendem, Jamesem H. Madisonem i Jeanne Jones Luther.

37 RYMUR 89–4286-FF-7-e-1 i 2.

38 Wywiady z Robertą Horne, Rachel Sheeley, Chuckiem Willmorem i Billem Manningiem.

Rozdział trzeci

Jimmy

Pewnego weekendowego poranka dwunastoletni Max Knight pojechał z ojcem do centrum miasta. Pan Knight zajmował się obsługą małego lotniska pod Lynn. W weekendy zawsze miał coś do załatwienia, a Max lubił z nim jeździć. Obserwowanie startujących i lądujących samolotów, w większości maszyn do opylania z powietrza, było świetną zabawą39.

Gdy zbliżali się do centrum, Max zobaczył o wiele młodszego chłopca – ocenił jego wiek na jakieś sześć lat – który szedł poboczem. Krok w krok za nim podążał beagle. Pies wyglądał prawie tak samo jak suczka Maxa, Queenie. Pan Knight zgodził się, że podobieństwo jest zdumiewające i zatrzymał auto, aby Max mógł wyskoczyć i przyjrzeć się lepiej zwierzęciu. Kiedy to zrobił, mniejszy chłopiec rzucił się do ucieczki, a beagle ruszył za nim. Max nie chciał przestraszyć dzieciaka. Pobiegł za nim i krzyczał, żeby się zatrzymał. Dopiero w połowie następnej przecznicy chłopiec zmęczył się i spróbował schować za drzewem. Max nie dał się oszukać. Dopadł chłopaka i ze zdumieniem zauważył, że mały cały się trzęsie. Prawie osiemdziesiąt lat później Max opisze, że chłopiec „nie wiadomo dlaczego całkiem skamieniał, śmiertelnie wystraszony”. Max przedstawił się. Młodszy chłopiec powiedział, że ma na imię Jimmy.

– Mam psa, który wygląda prawie tak samo jak twój.

Jimmy chyba pomyślał, że właśnie oskarża się go o kradzież zwierzęcia.

– To nie mój pies. To pies sąsiada, on po prostu za mną poszedł. – Próbował się tłumaczyć.

Max poczuł wyrzuty sumienia. Nie chciał zdenerwować chłopca, chciał tylko przyjrzeć się z bliska beagle’owi, który wyglądał tak samo jak Queenie. Zmienił więc temat i wspomniał, że jedzie autem z tatą, a tata zarządza lotniskiem. Na te słowa Jimmy’emu rozbłysły oczy. Powiedział, że uwielbia samoloty. Max zaproponował, żeby kiedyś zaszedł na lotnisko. Będzie mógł wtedy obejrzeć samoloty z bliska.

Następną rzeczą, która zapadła w pamięć Maxowi i jego tacie, było to, że Jimmy przychodził na lotnisko w każdy weekend, bawił się z Maxem i opowiadał Knightowi, że w przyszłości chce zostać pilotem i latać samolotami. Ujęło to Knighta. Mnóstwo dzieciaków z okolicy lubiło wałęsać się po obrzeżach lotniska i obserwować samoloty, ale Jimmy zrobił na Knighcie tak dobre wrażenie, że zyskał specjalne przywileje. Mógł podchodzić do samolotów i ich dotykać, a nawet rozmawiać z pilotami przygotowującymi maszyny do lotu. Wkrótce Knight nie miał już żadnych wątpliwości: Jimmy Jones kocha samoloty najbardziej w świecie i mały mówił poważnie, kiedy obiecywał, że dzięki panu Knightowi zostanie w przyszłości pilotem. Max Knight zaczął traktować Jimmy’ego jak młodszego brata. Różnica wieku sprawiła, że nie mogli się kumplować, ale za każdym pobytem w Lynn Max wpadał do małego przyjaciela sprawdzić, co u niego słychać. Jimmy wspominał mimochodem o trudnościach w domu, głównie z powodu ojca, którego się bał. Jimmy niewątpliwie potrzebował pomocy. Max polubił go i chciał chronić.

Jeszcze zanim zaczął naukę w szkole, Jimmy Jones dużo czasu spędzał, bawiąc się na ulicy. Nie było w tym nic niezwykłego40. Mali chłopcy biegali po okolicy od chwili, gdy nauczyli się chodzić. Uznawano to za nieodłączny element dorastania. Najpierw trzymali się najbliższej ulicy przy domu, potem stopniowo wychodzili w najbliższe sąsiedztwo, a wreszcie, kiedy osiągnęli odpowiedni wiek, sami chodzili do szkoły i z powrotem. Odtąd szwendali się po okolicznych polach i lasach, zawsze pieszo, aż gdzieś po dziesiątych lub jedenastych urodzinach prezent w postaci roweru znacznie rozszerzał zasięg ich włóczęgi. Rodzice nie martwili się o nich, ponieważ każdy dorosły w mieście miał oko na chłopaków. (Dziewczynki trzymały się bliżej domu. Chociaż chłopcy namawiali je na wyjście i zabawę, od dziewczynek oczekiwano, że będą niedaleko domu, by pomagać matkom przy obowiązkach domowych i gotowaniu). Bez względu na to, w jakim punkcie Lynn dzieciaki się bawiły, zawsze ktoś ich pilnował. Obecność obcych dorosłych nigdy nie pozostawała niezauważona. Dzieci były bezpieczne.

Rzeczą wyjątkową w przedszkolnym życiu Jimmy’ego był fakt, że jego rodzice nie uczestniczyli w zbiorowym nadzorze nad dziećmi. Mimo to od najwcześniejszych wycieczek Jimmy znajdował się pod czujnym okiem innych dorosłych41. Przy Grant Street mieszkały również dwie rodziny ciotek i wujów. Ciotki matkowały mu, kiedy Lynetta zamykała się w domu – czyli przez większość czasu. Najczęściej to ciocie podrzucały Jimmy’emu przekąski, kiedy był głodny, i opatrywały rany, gdy starł łokieć albo kolano. Pierwszymi towarzyszami zabaw Jimmy’ego byli jego kuzyni. W Lynn lub w okolicznych gospodarstwach mieszkało kilkudziesięciu małych Jonesów. Mądry nad wiek Jimmy wmieszał się w tę grupę. Nigdy nie brakowało mu towarzystwa. I, podobnie jak inne dzieciaki, wracał do domu dopiero o zachodzie słońca.

Jednak sytuacja Jimmy’ego bardzo się zmieniła, gdy zaczął chodzić do pierwszej klasy. Matka cały dzień pracowała. Ojciec ciągle przesiadywał w klubie bilardowym. Od dnia, kiedy Lynetta zaczęła pracować w hucie szkła w Winchesterze, wprowadziła zasadę: Jimmy nie może przebywać w domu, dopóki ona nie wróci42. O zarządzeniu wkrótce dowiedziało się całe miasto. Ludzie nie rozumieli przyczyny, nikt też nie był na tyle blisko z Lynettą, żeby ją o to zapytać. Zakaz zjednał Jimmy’emu wielkie współczucie, a drzwi domów wszystkich krewnych zawsze stały dla niego otworem.

Jimmy jednak rzadko korzystał z tej możliwości. Wolał błąkać się po ulicach Lynn. Wyglądał przy tym samotnie i bezradnie. Wydawało się oczywiste, że małemu, opuszczonemu chłopcu jest ciężko, więc dla mieszkanek miasta spoza rodziny Jonesów było rzeczą naturalną, że częstowały go drobnymi smakołykami albo zapraszały na posiłki, kiedy mówił, że jest bardzo głodny43. Za każdym razem przysięgał, że to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek jadł. Jimmy był bardzo grzecznym dzieckiem, okazywał wdzięczność za najdrobniejszy gest życzliwości. Prawie wszystkie kobiety uważały, że łączy je z nim szczególna więź – zdawało się, że chłopiec ma wiele wspólnego z każdą z nich, podziela zainteresowanie kwiatami, zwierzętami lub robótkami ręcznymi. Tak było szczególnie w przypadku Myrtle Kennedy.

Myrtle wyglądała jak strach na wróble. Miała prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu i była na tym punkcie przewrażliwiona44. W małym miasteczku, gdzie wszyscy byli religijni, wiara Myrtle przybrała skrajną postać. Orville, jej mąż, był pastorem Kościoła Nazarejczyka w Lynn. Wierni tego Kościoła bardzo konserwatywnie podchodzili do moralności – żadnych tańców, picia ani przekleństw. Kobiety nigdy nie nosiły wydekoltowanych lub krótkich sukien w obawie przed rozbudzeniem grzesznego pożądania mężczyzn. W Lynn nikt nie nagabywał innych o zmianę Kościoła, ale Myrtle była wyjątkiem. Dla niej istniały dwie drogi: można było należeć do Kościoła Nazarejczyka albo iść do piekła. Inne możliwości nie istniały. W niedzielne popołudnia chodziła, zagadywała ludzi na ulicach i pytała, czy już byli w kościele – bo z pewnością nie widziała ich na mszy w Kościele Nazarejczyka. Nic nie radowało jej bardziej niż widok obrzędu chrztu, polegającego na zanurzaniu konwertytów w pobliskiej rzece.

Ludzie wybaczali Myrtle jej gorliwość, ponieważ poza tym była przemiła. Nie było w Lynn osoby hojniejszej dla potrzebujących. Ponieważ przez Lynn przebiegała linia kolejowa, a w pobliżu kilka autostrad, podczas kryzysu w latach trzydziestych do miasta trafiało wiele włóczęg, a mieszkańcy czujnie obserwowali ich wszystkich. Podejrzanych ponaglano do dalszej drogi, ale nieszkodliwi ubodzy wędrowcy mogli liczyć na nakarmienie. Ze wszystkich mieszkańców największą szczodrość dla tułaczy okazywała Myrtle. Słynęła z tego, że wypiekała kilkanaście ciast i wystawiała jeszcze ciepłe porcje na parapecie otwartego okna, więc przechodzący wędrowcy mogli obsłużyć się sami. Oprócz jedzenia musieli wysłuchać przez chwilę tyrady Myrtle o prawdach Kościoła Nazarejczyka. Twierdziła, że dołączenie do jej Kościoła gwarantuje chwałę w przyszłym życiu lub nawet jeszcze w obecnym. O dobroci Myrtle świadczyło to, że wciąż wykładała ciasta, chociaż żaden włóczęga nigdy się nie nawrócił.

Myrtle dostrzegła nazarejski potencjał też w małym Jimmym Jonesie. Przecież to dziecko nie miało swojego Kościoła. Rodzice nigdy nie zabierali go na niedzielną mszę, więc wyrastał na bezbożnika. Poza tym był atrakcyjnym dzieckiem, ciemnowłosym i ciemnookim jak matka, ale nie tak nieprzystępnym jak ona. Państwo Kennedy mieszkali naprzeciwko Starego Jima i Lynetty przy Grant Street. Myrtle codziennie widziała nieszczęsnego, błąkającego się Jimmy’ego. Musiała go więc zapraszać i napychać ciastem, kiedy był głodny – czyli przez cały czas. Matka rzekomo dawała mu kanapkę, na której miał przetrwać cały dzień, ale za każdym razem, gdy Myrtle pytała go, czy ma coś do jedzenia, Jimmy zaprzeczał, a przecież ten słodki chłopaczek na pewno by nie skłamał.

Gdy ciasto zostało zjedzone, Myrtle korzystała z okazji i dzieliła się z Jimmym Dobrą Nowiną: Jezus chciałby, by każdy należał do Kościoła Nazarejczyka. Nieoświeceni ludzie uważali, że nazarejskie zasady są bardzo surowe, ale tak naprawdę brały się z przykładu ustanowionego w Biblii. Myrtle czytała ją Jimmy’emu. Dziecko spijało każde słowo z jej ust i zapamiętywało je. Wkrótce Jimmy recytował fragmenty Pisma Świętego z pamięci. To wprawiało ją w zachwyt.

Wówczas Myrtle zrobiła następny krok: zaczęła w niedziele zabierać Jimmy’ego do kościoła. Lynettę nic to nie obchodziło. Była wykończona po całotygodniowej pracy, a jeśli ta wścibska sąsiadka chciała przez całe rano zajmować się Jimmym, cóż, była to ostatnia rzecz, jaką Lynetta by się martwiła w dzień wolny od pracy. I tak co niedziela Jimmy wędrował do kościoła nazarejczyków z panią Kennedy i słuchał, jak pan Kennedy mówi o Panu i tych wszystkich rzeczach, których nie powinno się robić.

Po jakimś czasie Jimmy zaczął niekiedy nocować u Kennedych. I z tym również matka nie miała problemu. Lynetta gardziła ludźmi wierzącymi w jakiegoś tam Boga w chmurach, który wysyłał każdego do nieba albo do piekła. Duchowość Lynetty była o wiele bogatsza, zajmowała ją reinkarnacja, kolejne wcielenia, przeznaczenie. Czasem w życiu, które nie było jedynym, czyjeś przeznaczenie udaremniają niewdzięcznicy albo osoby zazdrosne o czyjąś doskonałość. Właśnie to ciągle jej się przydarzało. Ale jej syn w obecnym wcieleniu będzie wielkim człowiekiem. Była tego pewna. Ktoś tak wielki jak on nie da się nabrać na nazarejskie bzdury Myrtle Kennedy. Lynetta prawdopodobnie od czasu do czasu mówiła o tym Jimmy’emu tylko po to, aby się upewnić, że chłopiec nie da się ogłupić. Poza tym pozwalała mu spędzać czas ze starszą panią Kennedy i chodzić z nią do kościoła. Dzięki temu Jimmy nie denerwował matki, a poza tym Lynetta nie uważała, by mogło to zakłócić jego przeznaczenie. Jimmy uwielbiał chodzić z Myrtle do kościoła. Wykazywał zdumiewający talent do zapamiętywania wszystkiego, co tam usłyszał, szczególnie czytań z Biblii. Po kilku tygodniach powtarzał z pamięci długie cytaty. Nie mógł się doczekać następnej niedzieli, żeby iść do kościoła z państwem Kennedym. Na osobności zaczął mówić do pani Kennedy „mamo”. Myrtle była zachwycona. Ocaliła dla Jezusa duszyczkę. Teraz odbierała zasłużoną nagrodę, patrząc, jak chłopiec dorasta w łasce Boga, na usankcjonowany przez Biblię nazarejski sposób.

Później sytuacja przyjęła nieoczekiwany obrót. Jimmy lubił msze w kościele nazarejczyków, ale ciekawiły go też inne kościoły w mieście. Zaczął chodzić na spotkania przebudzeń duchowych, które regularnie odbywały się w okolicy. Organizowały je wszystkie miejscowe wspólnoty wyznaniowe, a na niektórych występowali też nieafiliowani kaznodzieje. Od tego momentu w niektóre niedziele można było zastać Jimmy’ego w miejskim kościele metodystów, u kwakrów albo w Chrystusowym. W ciągu kilku lat przystąpił do wszystkich, ochrzcił się w tych, które tego wymagały, a w pozostałych przysiągł posłuszeństwo w inny sposób45. Jimmy’ego interesowało wszystko. W pewne niedziele spędzał część porannej mszy w jednym kościele, po czym przechodził na końcówkę nabożeństwa do innego. Z całą pewnością musiał zwrócić na siebie uwagę mieszkańców Lynn. Okazało się, że chłopak Jonesów jest tak samo dziwny jak rodzice, chociaż przynajmniej w pozytywny sposób. Była szansa, że w końcu się ustatkuje i wybierze jakiś kościół na stałe. Tymczasem przynajmniej chodził na msze, czego nie można było powiedzieć o jego mamie i tacie.

To matka nauczyła Jimmy’ego odcinać się od otoczenia. Jednak sztuka sprawiania na innych wrażenia, że dzielą z nim przekonania i nadzieje, była już jego własnym talentem. Do tego już jako małe dziecko opanował sztukę tłumaczenia swoich działań, które pozornie wydają się sprzeczne z jego słowami. Wyraźnie pokazała to jego relacja z Myrtle Kennedy po tym, kiedy zaczął uczęszczać do innych kościołów poza kościołem nazarejczyków. W każdym innym przypadku Myrtle czułaby się zraniona czy nawet zdradzona. Skierowała kroki tego dziecka na właściwą ścieżkę, a on zbłądził. Ale Jimmy’emu w jakiś sposób udało się zachować sympatię Myrtle. Nie wiadomo, jak jej się tłumaczył. Może tak, że chodził do innych kościołów, aby na własne oczy przekonać się, jak bardzo się mylą. W każdym razie zadziałało. Myrtle nadal hołubiła chłopca.

Później często mówiono, że Jim Jones wykorzystywał innych bez skrupułów, bezlitośnie realizował swój cel i nigdy nie troszczył się o nikogo, nawet o tych, którzy pomogli mu najbardziej. Liczne przypadki potwierdzają te opinie – ale nie relacja z Myrtle Kennedy. Po tym, jak Jimmy wyjechał z Lynn, a w jego życiu dokonało się wiele nieoczekiwanych zwrotów, nigdy nie zerwał kontaktu z wyznawczynią Kościoła Nazarejczyka, która niegdyś się nim zaopiekowała. Z wielkiego Indianapolis, z Kalifornii, gdzie stał się sławny, nawet z dżungli Gujany, przez całe dorosłe życie co tydzień lub dwa Jim Jones siadał i kreślił do Myrtle Kennedy liścik, w którym dzielił się z nią złagodzonymi wersjami swoich planów i wyrażał nadzieję, że u niej wszystko w porządku. Dla Jima Jonesa nic z tego nie wynikało, poza zapewnianiem Myrtle, że nigdy o niej nie zapomniał i na zawsze pozostał wdzięczny za jej życzliwość46.

We wrześniu 1977 roku Jim Jones oświadczy w wywiadzie planowanym jako element jego wspomnień, że tak naprawdę nigdy nie wierzył w Boga47. W religii dostrzegł szansę „zinfiltrowania” Kościoła i przeciągnięcia chrześcijan na stronę socjalizmu. Oświadczenie mogło być prawdziwe. Nie da się zajrzeć komuś do umysłu i poznać prawdę o wierze lub jej braku. Istnieje jeszcze możliwość, że jego wiara była żarliwa w dzieciństwie, ale utracił ją w wieku dorosłym – i później upierał się, że nigdy nie wierzył. Jednak w przypadku wczesnego pociągu Jimmy’ego do religii nie może być wątpliwości. Dziecku, które – jak później przyznają sami Jonesowie – „tak cholernie potrzebowało aprobaty”, Kościół zaoferował idealny życiowy cel48.

Max Knight mieszkał w pobliskim Spartanburgu, ale kiedy tylko był w Lynn, wpadał do Jimmy’ego sprawdzić, co słychać u młodszego kolegi. Kiedyś zapukał do drzwi, ale w domu nikogo nie było. Poszedł więc na drugą stronę ulicy do domu państwa Kennedych. Myślał, że Myrtle to babcia Jimmy’ego, ponieważ chłopiec przebywał tam tak często i na pierwszy rzut oka widać było ich wzajemną sympatię. Myrtle Kennedy powiedziała mu, że Jimmy chyba bawi się w pobliskim lasku. Max miał trochę czasu, więc poszedł we wskazaną stronę i zaczął szukać chłopca. Nagle usłyszał donośny głos dobiegający zza drzew. Jimmy nie zauważył Maxa, który nadszedł zza jego pleców. Chłopiec stał na pniu z ręką przyciśniętą do serca i wygłaszał kazanie – Max zapamiętał je jako „prawdziwe widowisko, jak to Jezus cię kocha, i że musisz w niego wierzyć, jeśli chcesz zostać zbawiony i iść do nieba”. Max krzyknął – Hej! – Jimmy odwrócił się, zobaczył go, prawie spadł z pieńka i zaczął płakać, zupełnie jak wtedy, gdy Max spotkał go spacerującego z beaglem. Knight nie potrafił tego zrozumieć – przecież już znał Jimmy’ego, nie był obcym. Być może Jimmy mógł się przestraszyć, że ktoś przyłapał go na oszustwie – wielokrotnie powtarzał Maxowi i panu Knightowi, że chce zostać pilotem, gdy dorośnie, a tu przyłapują go na czymś takim.