Opis

Dla niektórych cisza jest bronią, ale Mallory „Myszce” Dodge służy ona jako pancerz ochronny. W dzieciństwie nauczyła się, że lepiej jest zachować milczenie. I choć minęły już cztery lata od kiedy jej koszmar się skończył, dziewczyna zaczyna się martwić, że strach będzie ją paraliżował do końca życia. Teraz, po latach indywidualnego nauczania pod troskliwym okiem przybranych rodziców, Mallory musi się zmierzyć z nowym wyzwaniem – ostatnią klasą w publicznej szkole średniej. Żaden ze scenariuszy, które sobie stworzyła, nie zakładał, że pierwszego dnia nauki wpadnie na Ridera Starka, niewidzianego od lat przyjaciela i opiekuna. Dziewczyna uświadamia sobie, że ich więź przetrwała. Okazuje się jednak, że nie tylko Mallory zmaga się z demonami przeszłości. Widząc, że życie wymyka się Riderowi spod kontroli, staje ona w obliczu wyboru pomiędzy dalszym milczeniem, a walką o kogoś, kogo kocha, o życie, jakiego pragnie, i prawdę, która musi zostać ujawniona.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 543

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla wszystkich, którzy wciąż poszukują swojego głosu,

a także tych, którzy już go odnaleźli.

Prolog

Zakurzone, puste pudełko po butach wydawało się wyższe i szersze niż jej niewielkie, drżące ciałko, gdy przywarła do niego plecami, przyciągając jednocześnie kościste kolanka do piersi.

Oddychaj. Po prostu oddychaj. Oddychaj.

Ukryta na dnie obskurnej szafy, przygryzając dolną wargę, nie śmiała wydać dźwięku. Skupiając się, by wtłoczyć pełne kurzu powietrze do płuc, poczuła, jak do oczu napływają jej łzy.

O rany, popełniła tak wielki błąd, a panna Becky miała rację. Była niegrzeczną dziewczynką.

Tego dnia sięgnęła do słoja na słodycze w kształcie misia po dziwnie smakujące ciastka. Nie wolno jej było samej brać łakoci ani żadnego innego jedzenia, ale czuła tak ogromny głód, że bolał ją brzuszek. Panna Becky znów się rozchorowała i drzemała na kanapie. Nie chciała zrzucić popielniczki z blatu i rozbić jej w drobny mak. Niektóre odłamki wyglądały jak sople zwisające z dachu w zimie. Inne, większe, były jak frytki.

Chciała tylko ciasteczko.

Szczupłe ramionka spięły się, gdy coś uderzyło w przyległą do szafy ścianę. Jeszcze mocniej przygryzła wargę. Jej usta wypełnił metaliczny posmak. Jutro zobaczy w tynku dziurę wielkości pięści pana Henry’ego, a panna Becky znów będzie płakać i się rozchoruje.

Zgrzyt drzwi szafy rozlegający się w ciszy był dla jej uszu niczym grzmot.

O nie, nie, nie…

Nie powinien jej tu znaleźć. To było jej bezpieczne miejsce, kiedykolwiek pan Henry się wściekał lub gdy…

Zesztywniała, wytrzeszczając oczy, gdy ktoś wyższy i masywniejszy niż ona wślizgnął się do środka, po czym ukląkł obok niej. W ciemności nie mogła dostrzec jego twarzy, ale dobrze wiedziała, kto to był.

– Przepraszam – powiedziała ochryple.

– Nie szkodzi. – Na jej ramieniu spoczęła dłoń, starając się ją uspokoić. Była to dłoń jedynej osoby, której pozwalała się dotykać. – Musisz tu zostać, dobrze?

Panna Becky powiedziała kiedyś, że miał sześć i pół roku, a ona sześć, choć zawsze wydawał się znacznie większy i starszy, ponieważ był dla niej całym światem.

Skinęła głową.

– Nie wychodź – powiedział i podał jej rudowłosą lalkę, którą upuściła w kuchni, gdy rozbiła popielniczkę i pobiegła schować się w szafie. Zbyt przerażona, by wrócić, zostawiła Velvet, ale martwiła się o nią, bo to właśnie on kilka miesięcy wcześniej podarował jej tę zabawkę. Nie miała pojęcia, skąd ją wziął, ale pewnego dnia po prostu ją dostała, więc była tylko jej.

– Zostań tutaj bez względu na wszystko.

Tuląc lalkę, zacisnęła usta i mocniej przyciągnęła kolana do piersi, kiwając przy tym głową.

Chłopak poruszył się wystraszony, gdy po ścianach poniósł się wściekły krzyk. Wstrząsnął nią dreszcz, ponieważ to jej imię zostało wykrzyczane z tak wielką furią. Z jej ust wymknął się cichutki pisk, nim wyszeptała:

– Ja tylko chciałam ciastko.

– Będzie dobrze. Pamiętasz? Obiecałem wiecznie cię chronić. Tylko się nie odzywaj. – Ścisnął jej ramię. – Siedź cicho, nie wydawaj żadnych dźwięków, a kiedy… kiedy wrócę, poczytam ci, dobrze? O tym głupim króliku.

Mogła tylko ponownie pokiwać głową, ponieważ nigdy już nie zapomni wcześniejszych konsekwencji złamania nakazu milczenia. Wiedziała jednak, co stanie się z nim, jeśli pozostanie cichutko. Nie poczyta jej później. Nie pojawi się jutro w szkole. Nie będzie z nim dobrze, choć postara się wmówić jej, że jest inaczej.

Siedział obok jeszcze przez chwilę, po czym wyślizgnął się z szafy. Trzasnęły drzwi sypialni, więc wzięła lalkę i wcisnęła w nią twarz. Guzik przy sukience Velvet wbijał się jej w policzek.

Tylko się nie odzywaj.

Pan Henry zaczął wrzeszczeć.

Tylko się nie odzywaj.

W korytarzu rozbrzmiały kroki.

Tylko się nie odzywaj.

Stłumione uderzenie. Coś z głuchym łoskotem upadło na podłogę. Panna Becky musiała poczuć się lepiej, ponieważ nagle zaczęła krzyczeć, ale jedynym dźwiękiem, który miał znaczenie dla ukrywającej się w szafie dziewczynki, były nieustające uderzenia pięści w ciało. Otworzyła usta, tłumiąc krzyk lalką.

Tylko się nie odzywaj.

Rozdział 1

W ciągu czterech lat wiele mogło się zmienić.

Trudno mi było uwierzyć, że minęło aż tyle czasu. Upłynęły cztery lata, odkąd ostatni raz postawiłam nogę w publicznej szkole. Jeśli się nad tym zastanowić, był to okres, kiedy nie rozmawiałam z nikim prócz niewielkiego, ścisłego grona osób. Cztery lata przygotowań do powrotu do szkoły, gdzie, co oczywiste, będę musiała rozmawiać z nieznajomymi, a istniało spore ryzyko, że zwrócę przy tym kilka łyżek płatków śniadaniowych, które właśnie w siebie wmusiłam.

Wiele mogło się zmienić w ciągu czterech lat. Pozostawało pytanie, czy ja również się zmieniłam?

Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos łyżeczki uderzającej o ścianki kubka.

Była to trzecia miarka cukru, którą Carl Rivas próbował niepostrzeżenie wsypać do swojej kawy. Kiedy sądził, że nikt nie patrzy, starał się dodać jeszcze dwie. Jak na człowieka po pięćdziesiątce był szczupły, jednak uzależniony od cukru. W swoim studiu, domowej bibliotece pełnej grubych czasopism medycznych, miał biurko z szufladą, która wyglądała, tak jakby obrabował cukiernię.

Zatrzymał rękę w pobliżu cukierniczki, ponownie zbliżając do niej łyżeczkę, a jednocześnie spoglądając przez ramię. Zamarł.

Uśmiechnęłam się, siedząc przy sporych rozmiarów kuchennej wyspie z miseczką płatków śniadaniowych przed sobą.

Westchnął, obrócony twarzą do mnie, opierając się o granitowy blat i zerkając ponad kubkiem, gdy upijał łyk kawy. Jego czarne, zaczesane na bok włosy zaczynały siwieć na skroniach, przez co, przy oliwkowej cerze, wyglądał według mnie niezwykle dystyngowanie. Był przystojny, tak samo jak jego urodziwa żona Rosa. Cóż, „urodziwa” w stosunku do niej to niewłaściwe określenie. Miała ciemną karnację, gęste, kręcone włosy, które zaczynały siwieć, i była bardzo ładna. Właściwie to była oszałamiająca, zwłaszcza że prezentowała się dumnie.

Rosa nigdy nie bała się mówić, co myśli.

Ostrożnie włożyłam łyżkę do miski, by nie stuknęła o porcelanowe naczynie. Nie lubiłam wytwarzać niepotrzebnych dźwięków. Było to stare przyzwyczajenie, którego pewnie nigdy się nie pozbędę.

Spoglądając znad miski, zauważyłam, że Carl mnie obserwuje.

– Na pewno jesteś gotowa, Mallory?

W odpowiedzi na to niewinne pytanie moje serce się zająknęło. Było niczym naładowany karabin. Czułam się na tyle gotowa, na ile tylko mogłam. Jak jakaś idiotka wydrukowałam sobie plan lekcji i mapę szkoły średniej Lands High, a Carl zadzwonił wcześniej do sekretariatu, by zapytać o numer mojej szafki, więc dokładnie wiedziałam, gdzie się wszystko mieściło. Przestudiowałam mapę. Poważnie. Jakby zależało od tego moje życie. Nie musiałam pytać nikogo o drogę do sal, nie musiałam też niepotrzebnie błądzić. Wczoraj Rosa pojechała nawet ze mną pod budynek szkoły, bym zapoznała się z trasą i wiedziała, ile czasu zajmie mi przejazd.

Spodziewałam się, że Rosa zostanie w domu, skoro był to tak ważny dzień, coś, nad czym pracowaliśmy cały ubiegły rok. Zawsze jedliśmy razem śniadania. Jednak Carl i Rosa byli lekarzami. Ona – kardiochirurgiem. Nieplanowana operacja zmusiła ją do pracy, nim wstałam dziś z łóżka. Musiałam przyznać, że to ją usprawiedliwiało.

– Mallory?

Skinęłam szybko głową, zacisnęłam usta i położyłam ręce na kolanach.

Carl odstawił kubek na blat za sobą.

– Jesteś na to gotowa? – powtórzył.

Żołądek skurczył mi się ze zdenerwowania, naprawdę zrobiło mi się niedobrze. Częściowo nie byłam gotowa. Dziś czekał mnie trudny dzień, ale musiałam to zrobić. Popatrzyłam Carlowi w oczy i przytaknęłam.

Jego pierś uniosła się, gdy wziął głęboki wdech.

– Wiesz, jak dotrzeć do szkoły?

Ponownie przytaknęłam, zeskoczyłam z wysokiego stołka i wzięłam miskę. Jeśli wyszłabym w tej chwili, byłabym na miejscu piętnaście minut przed czasem. Zapewne powinnam tak zrobić – pomyślałam, wyrzucając resztkę płatków do śmieci i wkładając miseczkę i łyżkę do zmywarki.

Carl nie był wysokim mężczyzną, miał niecały metr siedemdziesiąt pięć, ale i tak sięgałam mu jedynie do ramion, gdy stanął przede mną.

– Używaj słów, Mallory. Wiem, że jesteś zdenerwowana i masz tysiąc problemów na głowie, ale musisz używać słów. Nie tylko kiwać albo kręcić głową.

Używaj słów.

Zamknęłam oczy. Psycholog, do którego wcześniej chodziłam, doktor Taft, powtórzył to zdanie już jakiś milion razy, tak samo jak logopeda, do którego chodziłam trzy razy w tygodniu przez dwa lata.

Używaj słów.

Była to mantra zupełnie sprzeczna z tym, co wpajano mi przez pierwsze trzynaście lat mojego życia, ponieważ słowa powodowały dźwięk, a dźwięk wywoływał strach i agresję. Jednak teraz dźwięk nie oznaczał bicia. Cztery lata wymagającej terapii miały mnie przyzwyczaić do używania słów. Rosa i Carl poświęcali każdą wolną chwilę, by wymazać z mojej głowy koszmary przeszłości, widząc jednocześnie, jak ich wysiłki idą na marne.

Słowa nie były problemem. Przelatywały przez moją głowę niczym stada ptaków migrujących na zimę na południe. Słowa nigdy nie stanowiły problemu. Zawsze przy mnie były, ale nie potrafiłam ich z siebie wydobyć, nie umiałam ich wyartykułować, ponieważ głos płatał mi figle.

Wzięłam głęboki wdech, po czym powiedziałam oschle:

– Tak. Tak. Jestem… gotowa.

Na twarzy mojego przybranego ojca zagościł nieśmiały uśmiech, gdy odsuwał mi długie pasmo włosów z twarzy. W cieniu były one bardziej brązowe niż rude, jednak w słońcu zmieniały się w ogniście czerwone, zbliżone barwą do pojazdu straży pożarnej.

– Poradzisz sobie. Wierzę w to całym sercem. Rosa również w to wierzy. Teraz już tylko ty musisz w to uwierzyć, Mallory.

Głos uwiązł mi w gardle.

– Dziękuję.

Jedno słowo.

Nie było wystarczająco mocne, bo jakże mogłoby być, skoro Carl i Rosa uratowali mi życie? Dosłownie i w przenośni. Jeśli chodzi o moje pojawienie się w ich życiu, to znalazłam się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie, choć z najgorszych na świecie powodów. Nasza historia była wyciągnięta wprost z programu Oprah lub filmu familijnego. Nierealna. Po wszystkim, co dla mnie zrobili, samo „dziękuję” miało już nigdy nie wystarczyć.

A ze względu na to, co zrobili, i ile możliwości mi dali, chciałam zachowywać się tak perfekcyjnie, jak tylko potrafiłam. Byłam im to winna. I właśnie o to w tym chodziło.

W pośpiechu podeszłam do wyspy kuchennej, wzięłam plecak i klucze, nim miałabym szansę rozpłakać się jak dziecko, które właśnie odkryło, że Święty Mikołaj nie istnieje.

Jakby czytając mi w myślach, Carl, stając przy drzwiach, powiedział:

– Nie dziękuj mi. Okaż to.

Zaczęłam kiwać głową, ale szybko się powstrzymałam.

– No tak – szepnęłam.

Uśmiechnął się, aż skóra zmarszczyła mu się w kącikach oczu.

– Powodzenia.

Otworzyłam drzwi, wyszłam na wąski ganek i stanęłam w ciepłych promieniach słońca. Był późnosierpniowy poranek. Rozejrzałam się po naszym ogródku przy domu, wyglądającym identycznie jak ten po drugiej stronie ulicy na przedmieściach Pointe.

Każdy jeden.

Czasami wciąż dziwiło mnie, że mieszkam w takim miejscu – w wielkim domu z ogródkiem kwiatowym i z należącym do mnie samochodem, stojącym na asfaltowym podjeździe. Czasami wydawało mi się, że to nie jest prawdziwe. Jakbym miała się kiedyś obudzić i wrócić tam, skąd przybyłam…

Otrząsnęłam się z tych myśli i podeszłam do dziesięcioletniej Hondy Civic. Samochód należał do córki Carla i Rosy, Marquette, która dostała go jako prezent z okazji ukończenia liceum, nim wyjechała na studia, by stać się, podobnie jak rodzice, lekarzem.

Była ich prawdziwą córką.

Doktor Taft zawsze mnie poprawiał, gdy mówiłam o niej w ten sposób, i wmawiał mi, że ja również jestem ich dzieckiem. Chciałam mu wierzyć, ponieważ niejednokrotnie czułam się podobnie jak wtedy, kiedy myślałam o wielkim domu z ogrodem.

Czasami moja sytuacja również wydawała się nie być prawdziwa.

Marquette nigdy nie ukończyła studiów. Miała tętniaka. W jednej chwili była, w drugiej już nic nie dało się zrobić. Wyobrażałam sobie, że Rosa i Carl nieustannie się z tym zmagali. Uratowali tak wiele ludzi, a nie potrafili ocalić życia własnej córki.

Nieco dziwaczne było to, że samochód należał teraz do mnie, jakbym zastępowała im dziecko. Nigdy nie sprawili, bym czuła się w ten sposób, nigdy nie powiedzieli tego na głos, ale mimo to, kiedy siadałam za kierownicę, mimowolnie myślałam o jego wcześniejszej właścicielce.

Położyłam plecak na miejscu pasażera. Rozejrzałam się i zobaczyłam w lusterku wstecznym własne spojrzenie. Zbyt szeroko otwarte oczy. Wyglądałam jak łania, która miała zostać potrącona przez ciężarówkę – gdyby tylko łanie miały niebieskie oczy, ale mniejsza o to. Skóra mojej twarzy była blada, brwi ściągnięte w linię. Wyglądałam na przerażoną.

Westchnęłam.

Nie tak miałam wyglądać pierwszego dnia szkoły.

Chciałam odwrócić wzrok, ale moją uwagę zwrócił srebrny medalion zawieszony na lusterku. Nie był większy niż ćwierćdolarówka. Wewnątrz krążka wygrawerowany został brodaty mężczyzna. Pisał ptasim piórem w księdze. Nad nim widniał napis „ŚWIĘTY ŁUKASZU”, a pod spodem „MÓDLSIĘZANAMI”.

Święty Łukasz był patronem lekarzy.

Medalik należał do Rosy. Podarowała go jej matka, gdy córka dostała się na studia medyczne, a Rosa dała go mnie, gdy oświadczyłam, że jestem gotowa pójść do szkoły, by ukończyć czwartą klasę liceum. Zgadywałam, że wcześniej podarowała go Marquette, ale nie pytałam o to.

Podejrzewałam, że Carl i Rosa liczyli w duchu, że pójdę w ich ślady, obiorę drogę, którą zaplanowała dla siebie ich zmarła córka. Jednak praca chirurga wymagała asertywności, pewności siebie i silnej osobowości, czyli cech, za pomocą których nikt by mnie nigdy nie opisał.

Carl i Rosa wiedzieli o tym, więc popychali mnie bardziej ku karierze analityka, ponieważ według nich podczas nauczania w domu wykazywałam to samo zamiłowanie do nauk ścisłych co Marquette. Choć nie sprzeciwiałam się ich namowom, spędzanie czasu na studiowaniu drobnoustrojów lub badaniu komórek było dla mnie tak samo interesujące jak nieustanne malowanie ścian mojego pokoju na biało. Jednakże nie wiedziałam jeszcze, co chciałabym robić. Poza tym, że zamierzałam pójść na studia, ponieważ zanim Carl i Rosa pojawili się w moim życiu, dalsza nauka w ogóle nie wchodziła w grę.

Podróż do szkoły Lands High zajęła mi jakieś dwadzieścia minut, dokładnie tak, jak zakładałam. W chwili, w której ujrzałam trzykondygnacyjny budynek z przyległymi boiskami do baseballa i futbolu, spięłam się tak, jakby piłka wyrzucona z murawy zmierzała prosto w moją twarz, a ja zapomniałabym założyć rękawicę.

Żołądek mi się skurczył i zacisnęłam palce na kierownicy. Budynek szkoły był ogromny i stosunkowo nowy. Na stronie internetowej wyczytałam, że powstał w latach dziewięćdziesiątych, więc w porównaniu z innymi szkołami wciąż był błyszczący.

Błyszczący i potężny.

Ominęłam autobusy zmierzające na przystanek, by wysadzić uczniów, i pojechałam za innym samochodem na rozległy parking, który nie został zapełniony, ponieważ było jeszcze wcześnie. Przez pozostałe piętnaście minut siedziałam w samochodzie, co krępowało mnie i wyglądało żałośnie.

Dam radę. Poradzę sobie.

Nieustannie powtarzałam te słowa, wysiadając z auta i zakładając nowy plecak na ramię. Serce biło mi jak oszalałe, galopowało tak szybko, że zrobiło mi się niedobrze, gdy się rozejrzałam po morzu ciał zmierzających do wejścia liceum Lands High. Przywitały mnie przeróżne twarze, kolory, kształty i rozmiary. Czułam, jakby w moim umyśle zaraz miało dojść do zwarcia. Wstrzymałam oddech. Wszyscy mi się przyglądali, niektórzy powoli, inni pospiesznie, jakby nie docierał do nich fakt, że tam stałam, co było dobre, ponieważ przywykłam być traktowana jak duch.

Zaschło mi w ustach. Złapałam szelkę plecaka i zmusiłam nogi do ruszenia z miejsca. Dołączyłam do rzeki ludzi, maszerując tuż obok nich. Skupiłam wzrok na blond kucyku dziewczyny przede mną. Spojrzałam niżej. Miała na sobie jeansową spódniczkę i sandały. Jasnopomarańczowe rzymianki. Były ładne. Mogłabym jej o tym powiedzieć. Nawiązać rozmowę. Jej kucyk również mi się podobał. Włosy miała upięte na czubku głowy w sposób, którego nie opanowałabym nawet po obejrzeniu tuzina poradników na YouTube. Ilekroć sama próbowałam się tak uczesać, wyglądałam, jakbym miała na głowie ptasie gniazdo.

Jednak milczałam.

Kiedy ponownie uniosłam głowę, moje spojrzenie osiadło na stojącym nieopodal chłopaku. Miał zaspany wyraz twarzy. Nie uśmiechał się ani nie krzywił, tylko patrzył na trzymaną w ręce komórkę. Nie byłam pewna, czy mnie w ogóle zauważył.

Poranek był ciepły, ale w chwili gdy weszłam do chłodnej szkoły, cieszyłam się, że miałam na sobie kardigan, który uważnie dobrałam do koszulki na ramiączkach i jeansów.

Od wejścia wszyscy rozchodzili się w różnych kierunkach. Mniejsi uczniowie, którzy byli mojego wzrostu, lecz z pewnością młodsi, spieszyli w kierunku części z pomalowaną na czerwono i niebiesko podłogą. Plecaki obijały się im po plecach, gdy wymijali osoby o wyższych, szerszych ciałach. Inni szli niczym zombie, powoli i pozornie bez celu. Ja znajdowałam się gdzieś pośrodku, poruszałam się tak, jak zakładałam, normalnym tempem, choć tak naprawdę miałam je wyćwiczone.

Widziałam też kilkoro uczniów, którzy biegli, ściskając się ze sobą i głośno się śmiali. Domyślałam się, że byli przyjaciółmi, którzy nie widzieli się przez całe wakacje, albo po prostu zachowywali się bardzo wylewnie. Tak czy inaczej przyglądałam się im po kolei, gdy ich mijałam. Widok ten przypomniał mi o mojej przyjaciółce Ainsley. Podobnie jak ja uczyła się w domu – nadal – ale gdyby nie to, wyobrażałam sobie, że byłybyśmy w tej chwili jak te dzieciaki – przytulające się, uśmiechnięte i rozmawiające ze sobą. Byłybyśmy normalne.

Ainsley prawdopodobnie w tej chwili nadal spała.

Nie dlatego, że była leniwa, ale dlatego, że harmonogram naszych letnich zajęć różnił się od siebie. Wciąż miała wakacje, jednak gdy jej rok szkolny znów się rozpocznie, godziny nauczania w domu będą równie surowe i regularne jak moje.

Otrząsnęłam się z zadumy, gdy weszłam na schody znajdujące się na końcu szerokiego korytarza, blisko wejścia na stołówkę. Będąc w pobliżu tego pomieszczenia, poczułam, że żołądek skurczył mi się niemiłosiernie mocno.

Lunch.

O Boże, co niby miałam robić podczas lunchu? Nie znałam nikogo, ani jednej osoby, a…

Przerwałam sama sobie, ponieważ nie mogłam w tej chwili o tym myśleć. Istniała spora szansa, że gdybym to zrobiła, odwróciłabym się na pięcie i uciekła do bezpiecznego samochodu.

Moja szafka znajdowała się na piętrze, pośrodku korytarza, miała numer dwieście trzydzieści cztery. Bez problemu ją odnalazłam i, co zaskakujące, otworzyłam za pierwszym razem. Obróciłam się, z plecaka wyciągnęłam zeszyt, który miał mi się przydać dopiero podczas popołudniowych zajęć, i włożyłam go na górną półkę, wiedząc, że mam dziś odebrać masę podręczników.

Trzasnęły drzwiczki szafki obok, przez co się wzdrygnęłam i spięłam. Uniosłam głowę. Wysoka dziewczyna o ciemnej skórze i maleńkich warkoczykach posłała mi szybki uśmiech.

– Cześć.

Język stanął mi kołkiem w gardle i nie potrafiłam wydusić głupiego pojedynczego słowa, a dziewczyna już odwróciła się i odeszła.

Porażka.

Czując się jak idiotka, przewróciłam oczami i zamknęłam szafkę. Odwróciłam się, a mój wzrok spoczął na plecach chłopaka, który zmierzał w drugą stronę. Spięłam się ponownie, gdy mu się przyjrzałam.

Nie wiedziałam, jak ani dlaczego wpatrywałam się w niego nieprzerwanie. Może dlatego, że był o głowę wyższy od pozostałych. Jak jakiś zboczeniec, nie byłam w stanie oderwać od niego wzroku. Miał kręcone, ciemnobrązowe, niemal czarne włosy, przycięte na krótko przy karku o brązowym odcieniu, jednak na czubku głowy były dłuższe. Zastanawiałam się, czy opadały mu na czoło. Poczułam też ucisk w piersi, przypominając sobie chłopaka o podobnych włosach – opadających nieustannie na oczy, bez względu na to, jak często je odgarniał – którego niegdyś znałam. Serce zabolało mnie na samą myśl o nim.

Chłopak miał szerokie ramiona, okrywała je czarna koszulka, jego bicepsy były ukształtowane w sposób, który wskazywał na to, że uprawiał sport lub wykonywał ciężką pracę fizyczną. Miał wytarte jeansy, ale nie w fabryczny sposób. Wiedziałam, czym różniły się spodnie stylizowane na znoszone od jeansów, które były po prostu stare i wielokrotnie używane. Chłopak trzymał w ręce zeszyt – równie sterany jak jego spodnie.

Poczułam coś dziwnego, coś znajomego, gdy tak stałam przed szafką i myślałam o jedynym dobrym, jasnym aspekcie w morzu cieni i mroków przeszłości.

Myślałam o chłopaku, przez którego bolało mnie serce, o tym, który przyrzekł mi wieczność.

Minęły cztery lata, odkąd widziałam go i rozmawiałam z nim po raz ostatni. Cztery lata, które upłynęły na próbach wymazania z pamięci wszystkiego, co wiązało się z tą częścią mojego dzieciństwa, ale jego wciąż pamiętałam. Zastanawiałam się, co się z nim stało.

Jakżeby mogło być inaczej? Zawsze już miałam to robić.

Tylko dzięki niemu przetrwałam w domu, w którym musiałam się wychowywać.

Rozdział 2

Po pierwszej lekcji szybko przyswoiłam sobie, że tylne ławki były najbardziej pożądane. Stały wystarczająco blisko, by dobrze widzieć tablicę, i na tyle daleko, że istniały spore szanse na to, że nauczyciel nie zapyta siedzących w nich uczniów.

Na zajęcia o rozszerzonym programie przychodziłam przed wszystkimi i zajmowałam miejsca z tyłu, wtapiając się w tło, nim ktokolwiek zdołał mnie zauważyć. Nikt się do mnie nie odzywał. Było tak do lekcji angielskiego przed lunchem, kiedy to dziewczyna o ciemnobrązowej skórze i ciemnych oczach zajęła puste miejsce obok mnie.

– Hej – powiedziała, kładąc gruby zeszyt na blacie. – Słyszałam, że pan Newberry to palant. Popatrz tylko na te zdjęcia.

Przeniosłam wzrok na przód sali. Nasz nauczyciel jeszcze nie przyszedł, ale na tablicy zostały przyczepione zdjęcia sławnych pisarzy. Szekspir, Wolter, Hemingway, Emerson i Thoreau byli tymi, których rozpoznawałam, choć z pewnością tak by się nie stało, gdybym nie dysponowała tak dużą ilością wolnego czasu.

– Sami faceci, nie? – ciągnęła dziewczyna, więc ponownie na nią popatrzyłam. Jej ciemne loki kołysały się, kiedy tylko kręciła głową. – Dwa lata temu moja siostra miała z nim lekcje. Ostrzegała mnie, bo gość ponoć uważa, że trzeba mieć fiuta, by być zdolnym do stworzenia wartościowej literatury.

Wytrzeszczyłam oczy.

– Wydaje mi się, że powinnyśmy mieć na tych lekcjach niezły ubaw. – Uśmiechnęła się, pokazując białe zęby. – A w ogóle jestem Keira Hart. Nie pamiętam cię z ubiegłego roku. Nie żebym znała wszystkich, ale wydaje mi się, że nigdy cię tu nie widziałam.

Dłonie mi się spociły, gdy się we mnie wpatrywała. Kwestia, którą poruszyła, była prosta. Odpowiedź jednak – wręcz przeciwnie. Zaschło mi w gardle, czułam, że zaczynam się rumienić.

Używaj słów.

Podwinęłam palce u stóp w miękkich skórzanych sandałach i wydusiłam przez ściśnięte gardło:

– Jestem… jestem nowa.

Proszę! Zrobiłam to. Odezwałam się.

Widzicie?! Udało mi się ujarzmić słowa.

Dobra, może wyolbrzymiałam swoje osiągnięcia, ponieważ ściśle biorąc, wypowiedziałam trzy słowa, z czego dwa były takie same, ale nie miałam zamiaru umniejszać wagi tego wyczynu, ponieważ rozmawianie z obcymi przychodziło mi naprawdę ciężko. Tak ciężko, jak komuś innemu wejście nago do wypełnionej po brzegi sali.

Keira wydawała się nie zauważać moich wewnętrznych zmagań.

– Tak właśnie myślałam. – Umilkła na chwilę, choć nie wiedziałam, na co tak dokładnie czekała. W końcu mnie olśniło.

Imię. Czeka, aż się przedstawię. Syknęłam z zaciśniętymi zębami:

– Mallory… Mallory Dodge.

– Fajnie. – Skinęła głową i oparła się na krześle. – O, idzie.

Nie rozmawiałyśmy już więcej, ale czułam się dobrze po wypowiedzeniu siedmiu słów – i tak, te powtórzone też się liczyły. Przynajmniej dla Rosy i Carla.

Pan Newberry przemówił pretensjonalnym tonem, który powinien porazić nawet takiego świeżaka jak ja, ale mi nie przeszkadzał. Cieszyłam się swoim pierwszym sukcesem.

Aż nadeszła pora lunchu.

Wchodząc do wielkiej, głośnej sali, czułam, jakby duch opuścił moje ciało. Umysł nakazywał mi znalezienie cichszego – bezpieczniejszego – miejsca, ale zmusiłam się do marszu przed siebie, wlokąc nogę za nogą.

Pod wpływem nerwów żołądek związał mi się w twardy supeł, gdy udało mi się ustawić w kolejce do lady. Wzięłam jedynie banana i wodę. Wokół mnie było tyle ludzi, tyle hałasu – śmiechu, okrzyków, a także niecichnącego szumu rozmów. Czułam się całkowicie nie na miejscu. Wszyscy siedzieli przy długich, prostokątnych stołach, tworząc zwarte grupy. Z tego, co zauważyłam, nikt nie siedział samotnie, a nie znałam tu ani jednej osoby. Tylko ja miałam zostać sama przy stole.

Przerażona tym odkryciem, zacisnęłam palce na bananie. Przytłoczył mnie zapach przypalonego jedzenia i płynu dezynfekującego. Ścisnęło mnie w piersi, a gardło się zacisnęło. Wciągnęłam powietrze, ale wydawało się ono nie docierać do moich płuc. Wstrząsnął mną dreszcz.

Nie dawałam rady.

Zbyt wielu ludzi powodowało zbyt wielki hałas w tym nagle małym, zamkniętym pomieszczeniu. W domu nigdy nie było tak głośno. Nigdy. Rozejrzałam się, tak naprawdę na nikim nie skupiając wzroku. Ręka drżała mi tak mocno, że bałam się, że upuszczę banana. Włączył się mój instynkt, a nogi poruszyły się samoistnie.

Wyszłam na o wiele cichszy korytarz, gdzie pospiesznie mijałam uczniów zebranych przy szafkach, wyczuwając od nich słabą woń dymu papierosowego. Wzięłam kilka głębokich, uspokajających wdechów, które w ogóle mnie nie ukoiły. Upragniony skutek miało przynieść oddalenie się od tej głupiej stołówki, nie jakieś tam bezsensowne oddechy. Wyszłam zza rogu i przystanęłam, ledwo unikając zderzenia z o wiele wyższym ode mnie chłopakiem.

Zatoczył się i spojrzał na mnie zaczerwienionymi, zdziwionymi oczami. Wyczuwałam od niego woń, która skojarzyła mi się najpierw z dymem, ale kiedy ją wchłonęłam, okazała się bogatsza, cięższa, ziemista.

– Przepraszam, laseczko – mruknął, powoli wiodąc wzrokiem od moich palców u stóp aż do oczu. Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Z końca korytarza zawołał go wyższy chłopak.

– Jayden, gdzie się, u diabła, podziewasz? Musimy pogadać.

Chłopak, który najprawdopodobniej był Jaydenem, przeczesał palcami krótkie, ciemne włosy i wymamrotał:

– Mierda, hombre.

Otworzyły się drzwi, na korytarz wyszedł nauczyciel, który zmierzył wzrokiem obu chłopaków.

– Już, panie Luna? Właśnie tak zamierza pan rozpocząć ten rok?

Pomyślałam, że czas najwyższy ulotnić się z korytarza, ponieważ twarz wyższego chłopaka nie przedstawiała się pogodnie ani przyjacielsko, a skrzywienie malujące się na obliczu nauczyciela, gdy Jayden milczał, wyglądało tak, jakby miało kogoś porazić. Obeszłam Jaydena, zwieszając głowę, starając się z nikim nie nawiązywać kontaktu wzrokowego.

Skończyłam w bibliotece, grając w Candy Crush na komórce, aż rozbrzmiał dzwonek i spędziłam kolejną lekcję – historię – wściekła na siebie, ponieważ wcale nie starałam się uspołecznić. Tak wyglądała prawda. Zamiast tego schowałam się w bibliotece jak jakaś idiotka, grając w głupią gierkę, którą mógł stworzyć jedynie sam diabeł, ponieważ naprawdę byłam beznadziejna.

Wątpliwości otuliły mnie niczym ciężki, gruby koc. Przez ostatnie cztery lata bardzo się zmieniłam. Nie byłam już taka jak kiedyś. Tak, wciąż miałam blokady, ale czułam się o wiele silniej. Nie tak jak pusta skorupa, która kiedyś mnie stanowiła, prawda?

Rosa byłaby mną rozczarowana.

Poszłam na ostatnie zajęcia, odczuwając mrowienie na skórze. Mój puls prawdopodobnie graniczył z zawałem, ponieważ ostatnia lekcja była najgorsza na świecie.

Zajęcia oratorskie.

Znane też jako komunikacja. Kiedy wiosną zapisywałam się do szkoły, wykazałam się brawurą, choć Carl i Rosa patrzyli na mnie, jakbym oszalała. Powiedzieli, że będą w stanie zwolnić mnie z tego przedmiotu, nawet jeśli jest on w programie nauczania w tej szkole, jednak miałam coś do udowodnienia.

Nie chciałam, by się do tego mieszali. Pragnęłam – nie, potrzebowałam go zaliczyć.

Ugh.

W tej chwili żałowałam, że nie wykazałam się zdrowym rozsądkiem i nie pozwoliłam im wkroczyć do akcji w sprawie zwolnienia, bo czekał mnie istny koszmar. Kiedy zobaczyłam otwarte drzwi klasy na drugim piętrze, czekające, by wciągnąć mnie do okropnie jasnej sali, zatrzymałam się.

Obeszła mnie dziewczyna, przyglądając mi się przy tym z zaciśniętymi ustami. Miałam ochotę odwrócić się na pięcie i uciec. Wskoczyć do samochodu i odjechać do bezpiecznego domu.

Niczego nie zmieniać.

Nie.

Chwyciłam za szelki plecaka i zmusiłam się, by ruszyć do przodu, ale czułam, jakbym poruszała się po ruchomych piaskach. Każdy krok był mozolny. Z każdym wdechem musiałam wciskać powietrze do płuc. Świetlówka nad moją głową brzęczała, a toczące się wokół rozmowy były dla moich przewrażliwionych uszu niczym krzyk, mimo to mi się udało.

Nogi przyniosły mnie do ławki na tyłach. Miałam zdrętwiałe palce i pobladłe knykcie, gdy upuściłam plecak na podłogę i opadłam na krzesło. Zajęłam się wyjmowaniem zeszytu, następnie przytrzymałam się blatu.

Dotarłam na zajęcia z komunikacji. Byłam na nich.

Dokonałam niemożliwego.

Po powrocie do domu zamierzałam to uczcić. Zjeść ciasto z polewą prosto z pudełka. Iść na całość.

Palce zaczynały mnie boleć, więc rozluźniłam je i spojrzałam na drzwi, układając mokre od potu dłonie płasko na ławce. Pierwszym, co zauważyłam, był szeroki tors odziany w czarną koszulkę, następnie zobaczyłam dobrze umięśnione ręce. Był także podniszczony zeszyt, który już się niemal rozpadał, przyciśnięty do uda okolonego znoszonym jeansem.

W drzwiach stał chłopak, którego widziałam rano na korytarzu.

Zaciekawiona jak wygląda jego twarz, uniosłam głowę, ale stał bokiem. Dziewczyna z korytarza, ta, która wcześniej musiała mnie obejść, wchodziła właśnie przez drzwi. Ponieważ siedziałam i znów mogłam oddychać, nadeszła moja kolej, by zmierzyć ją wzrokiem. Ładna. Śliczna jak Ainsley. Miała proste włosy koloru karmelowego, które były tak samo długie jak moje i sięgały jej aż do piersi. Była wysoka, a koszulka na ramiączkach ujawniała jej płaski brzuch. Tym razem spojrzenie ciemnobrązowych oczu nie skupiało się na mnie, ale na chłopaku stojącym przed nią. Jej mina mówiła, że ten widok ją cieszył, a kiedy chłopak się roześmiał, różowe usta dziewczyny rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, który przekształcił jej twarz z ładnej w piękną. Jednak przestałam skupiać na niej uwagę, a włoski stanęły mi dęba na całym ciele. Ten śmiech… głęboki, bogaty i jakże znajomy. Gęsia skórka pojawiła się na moich rękach. Ten śmiech…

Chłopak szedł tyłem i tak naprawdę zrobiłam się zazdrosna, że się nie wywrócił, co było dla mnie niesamowite. Uświadomiłam sobie, że kierował się ku ostatnim ławkom. Ku mnie. Rozejrzałam się. Były wolne jedynie dwa miejsca po mojej lewej. Dziewczyna szła za nim. Nie tylko za nim podążała, ale i dotykała go.

Dotykała, jakby często to robiła.

Wyciągnęła szczupłą rękę, a jej dłoń znalazła się na jego brzuchu, tuż pod klatką piersiową. Przygryzła dolną wargę, gdy jej palce ześlizgnęły się nieco niżej. Złote bransoletki zadźwięczały na nadgarstku, który znalazł się blisko znoszonego skórzanego paska jego spodni. Zaczerwieniłam się, gdy chłopak odsunął się od niej. Było coś figlarnego w jego ruchach, jakby codziennie w ten sposób tańczyli.

Odwrócił się przy ławkach, wchodząc za zajęte krzesło, a mój wzrok spoczął na jego wąskich biodrach, brzuchu, którego dotykała dziewczyna, aż dotarł do jego twarzy.

I przestałam oddychać.

Mój umysł nie potrafił przetworzyć tego, co widziały oczy. Organy nie potrafiły się porozumieć. Gapiłam się na chłopaka, naprawdę się w niego wpatrywałam, ponieważ jego twarz była znajoma, a mimo to całkiem dla mnie nowa, doroślejsza niż pamiętałam, choć wciąż uderzająco piękna. Znałam go. O Boże, wszędzie bym go poznała, nawet jeśli minęły cztery lata, a ostatnim razem widziałam go w tę straszliwą noc, gdy moje życie na zawsze się zmieniło.

Było to teraz tak surrealistyczne…

Powód, dla którego pomyślałam o nim rano, nabrał sensu, ponieważ naprawdę go widziałam, choć wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Nie mogłam się ruszyć, nie mogłam nabrać wystarczającej ilości powietrza do płuc i nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Ręce ześlizgnęły mi się z blatu i opadły luźno na kolana, gdy chłopak zajął miejsce obok mnie. Nadal wpatrywał się w dziewczynę, która usiadła przy nim, a ja patrzyłam na jego profil – mocną szczękę, która była dużo mniejsza, niż gdy ostatni raz go widziałam, przechyloną pod kątem, kiedy zaczął przyglądać się przedniej części sali i długiej tablicy zawieszonej na ścianie. Wyglądał jak wtedy, choć był dużo większy i… umięśniony. Miał brwi ciemniejsze niż brązowoczarne włosy, gęste rzęsy, wysokie kości policzkowe i lekki zarost.

Boziu, zmienił się dokładnie tak, jak zakładałam, gdy miałam dwanaście lat i zaczęłam zwracać uwagę na jego urodę, zauważać w nim chłopaka.

Nie mogłam uwierzyć, że tu siedział. Serce próbowało wyskoczyć mi z piersi, gdy usta – pełniejsze niż zapamiętałam – rozciągnęły się, a żołądek znów związał mi się w supeł, kiedy na jego prawym policzku zobaczyłam dołeczek. Jedyny, jaki miał. Nie było drugiego do pary. Tylko ten jeden. Moje myśli wróciły do tych rzadkich chwil, gdy widywałam go tak wyluzowanego. Opierając się na krześle, które zdawało się być dla niego za małe, powoli obrócił głowę w moim kierunku. Spojrzenie brązowych oczu o złotych plamkach skrzyżowało się z moim wzrokiem.

Oczu, których nigdy nie mogłabym zapomnieć.

Spokojny, niemal leniwy uśmiech, jakiego nigdy u niego nie widziałam, zamarł na jego twarzy. Chłopak rozchylił wargi i pobladł. Otworzył szerzej oczy, przez co uwydatniły się złote drobinki w jego tęczówkach. Rozpoznał mnie, choć mocno się zmieniłam. Po jego minie widać było jednak, że mnie poznał. Ponownie się poruszył, przekręcił w moją stronę na krześle. Cztery słowa zabrzmiały echem w mojej głowie.

Tylko się nie odzywaj.

– Myszka? – szepnął.

Rozdział 3

Myszka.

Tylko on mnie tak nazywał, a nie słyszałam tego określenia od tak dawna, że nie sądziłam, bym miała je jeszcze kiedykolwiek usłyszeć.

I nawet za milion lat nie śmiałabym żywić nadziei, że go jeszcze zobaczę. Ale oto siedział przede mną i nie potrafiłam odwrócić od niego wzroku. Nic nie pozostało z trzynastoletniego chłopca w tym młodym mężczyźnie, który siedział przede mną, jednak to był on. Te same ciepłe oczy ze złotymi plamkami i ta sama opalona skóra, odziedziczona po ojcu, który był zapewne w połowie Latynosem. Chłopak nie wiedział, skąd pochodziła jego matka i jej rodzina. Jeden z naszych… z pracowników socjalnych sądził, że w żyłach kobiety również płynęła niejednorodna krew, w połowie rasy białej, w połowie południowa, być może brazylijska, ale raczej nie mieliśmy się już tego dowiedzieć.

Nagle go zobaczyłam – chłopca z przeszłości, kiedy stanowił dla mnie jedyną stałą w świecie pełnym chaosu. Gdy miał dziewięć lat, był większy ode mnie, choć wciąż mały, i bronił mnie przed panem Henrym, jak wielokrotnie wcześniej, a ja sama stałam, ściskając rudowłosą lalkę –Velvet – którą mi podarował. Tuliłam ją, trzęsąc się, gdy wydął pierś i stanął na szeroko rozstawionych nogach. „Zostaw ją”, warknął, zaciskając dłonie w pięści. „Lepiej się do niej nie zbliżaj”.

Porzuciłam to wspomnienie, ale tak często poświęcał się, by mnie ratować z tego czy innego powodu, aż już nie mógł, aż obiecana wieczność roztrzaskała się w drobny mak i wszystko… wszystko się rozpadło.

Odetchnął głęboko, a kiedy się odezwał, jego głos był niski i ochrypły:

– To naprawdę ty, Myszko?

Niezbyt świadoma obecności obserwującej nas z drugiej strony dziewczyny, zauważyłam, że jej oczy stały się wielkie, aż zdawało mi się, że moje musiały być w tej chwili takie same. Mój język stał się bezużyteczny, co choć raz mnie zdziwiło, ponieważ chłopak był… jedyną osobą, z którą bez problemu rozmawiałam, chociaż miało to miejsce w innym świecie, w zupełnie innym życiu.

Całe wieki temu.

– Mallory? – szepnął. Kiedy obracał się całkowicie w moją stronę, pomyślałam, że wstanie z miejsca. Byłoby to do niego podobne, ponieważ niczego się nie bał. Nigdy niczego się nie obawiał. Ponieważ siedzieliśmy blisko siebie, widziałam bliznę na jego prawym łuku brwiowym, o dwa tony jaśniejszą niż jego skóra. Przypomniałam sobie, czemu ją zawdzięczał, i ból w mojej piersi rozgorzał ponownie, bo stanowiła ona „pamiątkę” po skradzionym ciastku i rozbitej popielniczce.

Siedzący przed nami chłopak obrócił się na krześle.

– Joł. – Pstryknął palcami, gdy nie doczekał się odpowiedzi. – Ej, koleś? Heloł?

Chłopak zignorował kolegę, wciąż wpatrując się we mnie, jakby przed jego oczami pojawił się duch.

– A tam – mruknął chłopak przed nami, odwracając się do dziewczyny, ale ona również go zignorowała, ponieważ była skupiona na nas. W końcu rozbrzmiał dźwięk dzwonka i wiedziałam, że do klasy wszedł nauczyciel, bo wszelkie rozmowy ucichły.

– Poznajesz mnie? – głos chłopaka był jedynie szeptem.

Wciąż wpatrywał się w moje oczy, gdy wypowiedziałam najłatwiejsze słowo w moim życiu.

– Tak.

Zakołysał się na krześle, prostując spięte plecy. Zamknął oczy.

– Jezu Chryste – mruknął, pocierając dłonią mostek.

Wzdrygnęłam się, gdy nauczyciel uderzył dłonią w stos dokumentów ułożonych na biurku, ściągając na siebie mój wzrok. Serce wciąż mnie bolało, jakby młot pneumatyczny nieustannie uderzał w moją klatkę piersiową.

– Wszyscy powinniście wiedzieć, kim jestem, skoro przyszliście na moją lekcję, ale w razie gdyby ktoś jednak zabłądził, nazywam się Santos. – Oparł się o biurko, krzyżując ręce na piersi. – A to zajęcia z komunikacji. Jeśli brzmi to dla was dziwnie, prawdopodobnie powinniście być w tej chwili gdzieś indziej.

Pan Santos mówił dalej, ale przepływająca przeze mnie krew zagłuszyła jego słowa, a myśli pochłonął fakt, że on siedział tuż obok. Znajdował się tutaj, po tych wszystkich latach, tuż obok, jak wtedy, gdy mieliśmy po trzy lata, jednak nie wydawał się być szczęśliwy, że mnie zobaczył. Nie wiedziałam nawet, co powinnam myśleć. Kotłowała się we mnie mieszanina nadziei i rozpaczy, łącząc się ze słodko-gorzkimi wspomnieniami, których oboje się trzymaliśmy, choć pragnęliśmy o nich zapomnieć.

Był… Zamknęłam oczy i przełknęłam gulę blokującą mi gardło.

Rozdano podręczniki i sylabusy. Obie te rzeczy znalazły się na mojej ławce nietknięte. Pan Santos omawiał typy przemówień, które mieliśmy przygotować i przedstawić w tym roku, począwszy od krótkiej mowy informacyjnej do wywiadu przeprowadzonego z kolegą bądź koleżanką z klasy. Choć po wejściu do sali wariowałam, to teraz wizja wygłoszenia nieskończonej ilości mów przed trzydziestoma uczniami była ostatnim z moich zmartwień.

Patrząc przed siebie, uświadomiłam sobie, że Keira również chodziła na te zajęcia, siedziała przede mną z chłopakiem, który wcześniej starał się zwrócić na siebie uwagę. Nie byłam pewna, czy dziewczyna zauważyła mnie, gdy weszła do klasy. A może zauważyła, ale nie chciała podejść. Dlaczego miałaby to zrobić? To, że odezwała się do mnie na poprzedniej lekcji, nie oznaczało, że miałyśmy się stać najlepszymi przyjaciółkami.

Lunch wydawał się odległy o wieki. Byłam świadoma każdego wziętego oddechu. Nie mogąc się powstrzymać, zarzuciłam włosy za ramię i spojrzałam w lewo.

Moje spojrzenie skrzyżowało się z jego, przez co gwałtownie wciągnęłam powietrze. Kiedy byliśmy młodsi, zawsze potrafiłam rozszyfrować wyraz jego twarzy. Ale teraz? Nie umiałam z niej niczego wyczytać. Był zadowolony? Zły? Smutny? A może równie zdezorientowany jak ja? Nie wiedziałam, choć nie próbował nawet ukryć faktu, że się na mnie gapi.

Zaczerwieniłam się, spuściłam głowę i przeniosłam wzrok na dziewczynę siedzącą obok. Patrzyła przed siebie, zaciskając usta w prostą linię. Zauważyłam też, że zaciskała dłonie w pięści, opierając je na blacie. Ponownie odwróciłam wzrok.

Minęło może pięć minut, nim odważyłam się unieść głowę i ponownie na niego zerknąć. Nie patrzył w moją stronę, ale zaciskał zęby, przez co napinał się mięsień na jego policzku. Mogłam jedynie gapić się na niego jak jakaś kretynka, całkowicie niezdolna, by zrobić cokolwiek więcej.

Kiedy był młodszy, wszyscy wiedzieli, że wyrośnie na kogoś o powalającym wyglądzie. Miał ku temu zadatki – duże oczy, wyraziste usta i dobrze ukształtowane kości policzkowe. Czasami było to dla niego czymś… złym. Zwracał na siebie uwagę. Wydawało się, że przez to pan Henry miał ochotę połamać go niczym chińską porcelanę. Byli też ludzie, którzy pojawiali się w naszym domu. Niektórzy… interesowali się nim w niewłaściwy sposób.

Zaschło mi w gardle, więc odsunęłam od siebie te myśli. Nie powinno mnie dziwić, że stał się tak przystojny, ale, jak powiedziałaby Ainsley, był nieroztropnie apetyczny.

Z jakiegoś powodu przegapiłam moment, gdy pan Santos rozdawał karty informacyjne. Siedzący przed nami chłopak znów się odwrócił, patrząc zielonymi jak mech oczami na mojego sąsiada.

– Zostaniesz po szkole?

Ja również mimowolnie na niego spojrzałam. Wciąż zaciskając usta i trzymając ręce skrzyżowane na piersi, skinął głową.

Chłopak przede mną uniósł brwi i zerknął w stronę pana Santosa.

– Musimy pogadać z Jaydenem.

Jaydenem? Przypomniał mi się chłopak, na którego niemal wpadłam na korytarzu.

Dziewczyna również popatrzyła w tę stronę, przechylając głowę na bok.

– Dobra, Hector – odparł mój sąsiad z ławki obok, a mnie uderzyło to, jak głęboki był teraz jego głos. Minęła chwila, po której obrócił głowę w moim kierunku.

Zaczerwieniłam się i odwróciłam wzrok, jednak zauważyłam przy tym wbite we mnie, zaciekawione spojrzenie Hectora. Reszta lekcji przebiegła mi na ćwiczeniu ukradkowych spojrzeń w kierunku chłopaka, jakbym musiała go widzieć, by przypomnieć sobie, że naprawdę jest obok. Nie byłam jednak w tym dobra, ponieważ z pewnością siedząca po drugiej stronie dziewczyna, która dotykała go przy wejściu do klasy, przyłapała mnie na tym wielokrotnie.

Z każdą minutą mój żołądek ściskał się w coraz większy supeł. Niepokój wił się niczym żmija czekająca, by zaatakować paraliżującym jadem.

Poczułam ucisk w gardle, przez co nie mogłam nabrać powietrza. Na karku palił ogień, rozprzestrzeniając się u podstawy mojej czaszki. Następny oddech uwiązł mi w płucach, gdy zalały mnie wspomnienia, przez które zaczęłam tracić nad sobą kontrolę.

Oddychaj.

Musiałam oddychać.

Zacisnęłam palce i zmusiłam pierś do równomiernego napełniania się tlenem, a serce do zwolnienia pracy. Kiedy chodziłam na terapię, doktor Taft wyciągnął ze mnie fakt, że nie traciłam kontroli nad ciałem, gdy dopadał mnie ten stan. Wszystko działo się w mojej głowie, czasami wywołane przez głośniejszy dźwięk lub określony zapach, przez który cofałam się w czasie. Niekiedy nie byłam nawet pewna, co go wywoływało.

Dziś wiedziałam.

Katalizator siedział tuż obok. Czułam panikę, ponieważ on był prawdziwy i nie wyobraziłam sobie przeszłości, którą symbolizował.

Co miałam mu powiedzieć, gdy zadzwoni dzwonek i skończy się lekcja? Od tamtej nocy minęły cztery lata. Będzie w ogóle chciał ze mną rozmawiać? A co, jeśli nie zechce?

O Boże.

Co, jeśli nie spodziewał się mojej obecności w tym miejscu, nie liczył na nią i w ogóle o mnie nie myślał? Zebrał… za mnie wiele cięgów. Choć przez lata, które spędziliśmy razem, przeżyliśmy też dobre chwile, bardzo wiele było złych. Naprawdę wiele. I byłoby do bani, gdyby wstał i wyszedł z klasy, nie odzywając się do mnie, chociaż pod pewnymi względami tak byłoby lepiej. Przynajmniej wiedziałam teraz, że żył i fizycznie nic mu się nie stało, a najwyraźniej zaprzyjaźnił się też z blondynką siedzącą po jego drugiej stronie. Może była jego dziewczyną. Oznaczałoby to, że jest szczęśliwy, prawda? Szczęśliwy i spokojny. Wiedząc, że jest z nim dobrze, mogłam w końcu zamknąć ten rozdział życia.

Choć do tej pory zdawało mi się, że już go zamknęłam. Teraz został powtórnie otwarty, przywracając wszystko do samego początku.

Kiedy rozbrzmiał dzwonek, instynkt obronny przejął nade mną kontrolę, jak wielokrotnie w przeszłości. Nie byłam nawet świadoma, co robię. Instynkt uśpiony niczym stary smok, nad którym próbowałam zapanować przez cztery ubiegłe lata, dziś już mi się sprzeciwił.

Wstałam, porwałam zeszyt z ławki i plecak z podłogi. Serce obijało mi się o żebra, gdy rzuciłam się pośród ławek i nie oglądając się za siebie, nie pozwoliłam, by wyszedł jako pierwszy. Sandały klapały o podłogę, gdy spieszyłam korytarzem, z łatwością wymijając uczniów idących wolniej, jednocześnie wkładając zeszyt do plecaka. Prawdopodobnie wyglądałam jak idiotka. Cóż, tak też się czułam.

Wypadłam na zewnątrz na ostre słońce. Zwiesiłam głowę, poszłam chodnikiem na parking, ręce mi się trzęsły, gdy otwierałam i zamykałam palce, ponieważ miałam wrażenie, że krew zatrzymuje mi się na nadgarstkach. Czułam w opuszkach mrowienie.

Wzięłam urywany wdech, gdy moim oczom ukazała się srebrna honda. Miałam zamiar jechać do domu i…

– Mallory.

Na dźwięk mojego imienia serce mi przyspieszyło, a nogi zatrzymały się w miejscu. Stałam niedaleko auta, które stanowiło możliwość ucieczki, ale powoli się odwróciłam.

Stał przy czerwonej furgonetce, której nie widziałam tu, gdy rano parkowałam, i której nie zauważyłam w szalonym sprincie w kierunku samochodu. W promieniach słonecznych jego włosy były bardziej brązowe niż czarne, skóra miała bogatszy odcień, a rysy jego twarzy wyglądały na ostrzejsze. W mojej głowie kłębiło się wiele pytań, które chciałam mu zadać. Co robił przez te cztery lata? Czy ktoś go w końcu adoptował? Czy może przenosił się nieustannie do tymczasowych rodzin zastępczych?

A co ważniejsze, czy odnalazł bezpieczne miejsce?

Nie każdy dom był zły. Nie każdy rodzic zastępczy zachowywał się podle. Wystarczyło popatrzeć na Carla i Rosę. Byli nad wyraz wspaniali. Adoptowali mnie, ale zanim pojawili się w moim życiu, stojący przede mną chłopak i ja nie mieliśmy tyle szczęścia. Opiekowali się nami najgorsi z ludzi, którym w jakiś sposób udawało się przechodzić wszelakie kontrole. Pracownicy opieki społecznej byli źle opłacani, i choć z reguły robili, co mogli, zdarzały się również nieobliczalne przypadki, a my trafiliśmy na jeden z najgorszych. Większość dzieci nie pozostawała w szponach systemu lub w tym samym domu dłużej niż dwa lata. Zwykle zgłaszały się po nie rodziny lub ktoś, kto ich adoptował. Ale nas nie chciał nikt poza panem Henrym i panną Becky. Nie rozumiałam, dlaczego w takim razie traktowali nas tak okropnie. Nasi opiekunowie socjalni zmieniali się niczym pory roku. Nauczyciele w szkole musieli widzieć, co działo się w domu, ale nie mieszali się, by nie ryzykować utratą pracy. Gorycz wykluczenia i pominięcia na tak długi czas w przeciążonym i pełnym dziur systemie przylgnęła do mnie niczym druga skóra. Wiedziałam również, że będzie musiało upłynąć wiele, wiele lat, nim się otrząsnę.

Jednak we wszystkim istniały plusy i minusy. Czy w końcu odnaleźliśmy w tym chaosie coś dobrego?

– Poważnie? – zapytał, zaciskając palce na starym zeszycie. – Po tym wszystkim, po czterech latach niewiedzy, co się z tobą działo, po prostu pojawiasz się na zajęciach z komunikacji, a następnie uciekasz? Ode mnie?

Odetchnęłam ostro i opuściłam ręce. Plecak zsunął mi się z ramienia i wylądował na gorącym asfalcie. Byłam w szoku, jednak nie dziwiłam się, że chłopak mnie dogonił. Nigdy przed niczym nie uciekał. Nigdy przed niczym się nie chował. To ja zawsze tak robiłam. Byliśmy niczym Yin i Yang. Moje tchórzostwo kontra jego odwaga. Moja słabość kontra jego siła.

Jednak się zmieniłam.

Nie byłam już Myszką.

Nie byłam tchórzem.

Nie byłam słaba.

Zbliżył się o krok, po czym się zatrzymał, kręcąc głową, gdy jego pierś unosiła się w nierównych oddechach.

– Powiedz coś.

Walczyłam, by wydusić choć słowo.

– Co?

– Moje imię.

Nie byłam pewna, dlaczego właśnie to chciał usłyszeć, i nie wiedziałam, jak się będę czuła, wymawiając je ponownie po tym wszystkim, ale wzięłam głęboki wdech.

– Rider. – Zadrżałam przy kolejnym wdechu. – Rider Stark.

Jego grdyka podskoczyła, ale przez chwilę nie wykonaliśmy żadnego ruchu, jedynie lekki wiatr rzucił kilka pasm włosów na moją twarz. Następnie zeszyt chłopaka upadł na chodnik. Zdziwiłam się, że nie rozpadł się przy tym w pył. Nagle Rider skoczył ku mnie. W jednej chwili znajdował się kilka metrów przede mną, w następnej stał tuż przy mnie. Był teraz o wiele wyższy. Ledwo sięgałam mu do ramion.

Natychmiast mnie objął.

Serce eksplodowało mi w piersi, kiedy przytulił mnie do siebie. Zamarłam na moment, ale w końcu złapałam go za szyję. Trzymałam go, zaciskając mocno powieki, gdy wdychałam jego świeży zapach wymieszany z wodą kolońską. To on. Jego uścisk się zmienił, był znacznie silniejszy. Podniósł mnie z ziemi, trzymając jedną rękę na mojej talii, a drugą wsuniętą we włosy, w wyniku czego moje piersi zostały przyciśnięte do jego zaskakująco twardego torsu.

Wow.

Jego uścisk z pewnością był inny, niż gdy mieliśmy po dwanaście lat.

– Jezu, Myszko, nie masz nawet pojęcia… – Jego głos był ochrypły i niski. Rider postawił mnie z powrotem na chodniku, ale nie wypuścił z objęć. Jedna ręka wciąż obejmowała mnie w pasie, palce drugiej zamknęły się na moich włosach. Oparł podbródek na czubku mojej głowy, a ja przesunęłam dłońmi po jego piersi. – Nie sądziłem, że jeszcze cię kiedyś zobaczę.

Oparłam czoło na torsie, wyczuwając bicie jego serca. Słyszałam ludzi wokół nas, prawdopodobnie niektórzy się w nas wpatrywali, ale miałam to gdzieś. Rider był ciepły i mocny. Prawdziwy. Żywy.

– Do diabła, nie wybierałem się dzisiaj nawet do szkoły. Gdybym nie przyszedł… – Dotknął moich włosów i się odsunął. – Co za fryzura. Nie jesteś już marchewką.

Zachichotałam. Kiedy byłam mała, moje włosy tworzyły pomarańczową burzą potarganych węzłów i niesfornych fal. Dzięki Bogu przez lata kolor nieco ściemniał. Pomogła też wizyta u fryzjera. Nadal pojawiały się w nich fale i węzły, chociaż tylko wtedy, kiedy w powietrzu panowała wilgoć.

Rider odsunął się na tyle, że gdy otworzyłam oczy, napotkałam jego uważne spojrzenie.

– Tylko popatrz – mruknął. – Wyrosłaś. – Puścił moje włosy, po czym przeszył mnie dreszcz, gdy musnął kciukiem moją dolną wargę. Zaskoczył mnie tym dotykiem. – I nadal jesteś cicha jak myszka.

Spięłam się.

Myszka.

– Nie jestem… – Cokolwiek zamierzałam powiedzieć, zamarło to na moich ustach, gdy powiódł palcem po moim policzku. Jego opuszka była szorstka, choć jej dotyk stanowił czułą pieszczotę.

Uniosłam wzrok do oczu, których nie spodziewałam się już nigdy zobaczyć, ale on naprawdę tu był. Mój Boże, Rider był tutaj, a w mojej głowie kołatało się tak wiele myśli. Mogłam uchwycić się jedynie kilku z nich, jednak napłynęły też wspomnienia, niczym słońce obejmujące górski szczyt.

Obudziłam się pewnej nocy, przestraszona grzmiącymi w ciemności głosami dobiegającymi z dołu. Wślizgnęłam się do przyległego pokoju zajmowanego przez Ridera i przytuliłam się do chłopaka. Czytał mi ulubioną książkę, którą nazywał Historią głupiego królika. Nieustannie mnie wzruszała, ale czytał mi ją, by odciągnąć myśli od krzyków wypełniających mały szeregowy dom. Miałam pięć lat, a od tamtej chwili mój towarzysz stał się całym moim światem.

Rider odsunął się nagle i złapał mnie za prawą rękę. Uniósł ją i obrócił, podciągnął też rękaw swetra. Ściągnął brwi, marszcząc czoło.

– Nie rozumiem.

Spojrzałam na jego palce zaciśnięte na moim nadgarstku. Skóra w okolicy przegubu mojej ręki była bardziej zaczerwieniona, tak jak skóra wewnątrz moich rąk i dłoni, choć nie rzucało się to w oczy.

– Mówili, że byłaś bardzo poparzona. – Uniósł wzrok do mojej twarzy. – Widziałem, jak wywieźli cię na noszach, Myszko. Pamiętam, jakby to było wczoraj.

– Ja… Carl… – Pokręciłam głową, gdy po jego grymasie uświadomiłam sobie, że nie wiedział, kim był Carl. Skupiłam się i spróbowałam raz jeszcze. – Lekarze w szpitalu Johna Hopkinsa. Zrobili mi… Przeszczepili mi skórę.

– Przeszczepili skórę?

Przytaknęłam.

– Miałam… najlepszych lekarzy. Blizn… prawie nie widać. – Cóż, moje pośladki, skąd wzięli skórę, również były bardziej różowe, ale zgadywałam, że nikt nie będzie ich w najbliższym czasie oglądał.

Powoli pogłaskał mnie kciukiem po nadgarstku, aż poczułam mrowienie. Milczał przez dłuższą chwilę, patrząc mi w oczy. Złote drobinki w jego tęczówkach były teraz jaśniejsze, przez co wyglądały bardziej na piwne niż brązowe.

– Powiedzieli, że nie mogę się z tobą zobaczyć. Prosiłem. Poszedłem do szpitala.

Serce mi się ścisnęło.

– Naprawdę?

Skinął głową, zaciskając z nerwów usta.

– Nie było cię tam. A przynajmniej tak mi powiedzieli. Jedna z pielęgniarek wezwała policję. Skończyłem… – Pokręcił głową. – To bez znaczenia.

– Skończyłeś… gdzie? – zapytałam, ponieważ to miało znaczenie. Wszystko, co spotkało Ridera, miało znaczenie, nawet jeśli czułam, jakby nikogo innego to nie obchodziło.

Opuścił na chwilę ciemne rzęsy.

– Policja i opieka społeczna myślała, że uciekłem, co było cholernie głupie. Dlaczego miałbym uciekać do szpitala?

Prawdopodobnie dlatego, że opieka miała nasze kartoteki grube aż pod sufit. Pewnie dlatego też, że uciekaliśmy już wcześniej. I to niejednokrotnie. Miałam ponad osiem lat, a on ledwie skończył dziewięć, kiedy postanowiliśmy, że lepiej nam będzie samopas.

Dotarliśmy do McDonalda dwie przecznice dalej, zanim znalazł nas pan Henry.

Uciekaliśmy wiele razy, zbyt wiele, by to zliczyć.

Rider się roześmiał, a mnie ścisnęło w piersi, ponieważ gdy na niego spojrzałam, na jego twarzy nie było żadnych oznak wesołości.

– Tamtej nocy… – Przełknął ślinę. – Przepraszam, Myszko.

Cofnęłam się z grymasem, ale nadal trzymał mnie za rękę.

– Powinienem był go powstrzymać, ale tego nie zrobiłem. – Jego oczy pociemniały. – Powinienem był się postarać…

– To nie była twoja wina – szepnęłam, bo nie podobało mi się to, o czym mówił. Spojrzałam na niego. Naprawdę uważał, że zawinił?

Przechylił głowę na bok.

– Tak, przyrzekłem ci coś i nie dotrzymałem tego przyrzeczenia.

– Nie – odparłam, a gdy chciał coś powiedzieć, zabrałam rękę. Na jego twarzy zagościło zdziwienie. – Nie powinieneś był go w ogóle składać. Nikomu. – Przyrzekał mnie wiecznie chronić i robił, co mógł, by nie złamać danego słowa. Jednak nie mógł nad wszystkim zapanować, zwłaszcza gdy sam był dzieckiem.

Uniósł brwi, a jego usta wykrzywiły się w powolnym grymasie.

– Chyba nigdy wcześniej mi się nie sprzeciwiłaś.

Otworzyłam usta, by wyznać, że nigdy nie miałam ku temu powodu, ale przeszkodziła mi muzyka. Było to przypomnienie, że nie zostaliśmy w naszej małej bańce. Wokół nas był cały świat. W miarę zbliżania się muzyki, gdy niski bas sprawiał, że szyby drżały w oknach furgonetki stojącej nieopodal, Rider spojrzał ponad moim ramieniem. Przysunął się do mnie na tyle, że znoszone trampki dotknęły moich sandałów.

Pochylił głowę i wyciągnął komórkę z tylnej kieszeni spodni.

– Podaj mi swój numer, Myszko.

Najwyraźniej zamierzał odejść, ale nie chciałam tego. Miałam tak wiele pytań, miliony, jednak podałam mu numer, jednocześnie ocierając spocone dłonie o jeansy.

– Joł, Rider, spadamy? – Rozległo się wołanie z głośnego samochodu. Rozpoznałam głos z zajęć komunikacji. Hector. – Musimy jechać.

Rider znów spojrzał na mnie i westchnął. Odsunął się, podniósł z chodnika swój zeszyt i mój plecak. Powiesił mi go na ramieniu, zwinnymi palcami wyjmując moje włosy spod szelki.

Uśmiechnął się krzywo, gdy jego wzrok osiadł na mojej twarzy.

– Myszko.

– Ktoś zaraz skopie ci dupę! – zawołał Hector, a moje serce przyspieszyło swój bieg. Jednak uspokoiłam się, gdy dotarło do mnie, że jego ton był lekki. Chłopak po prostu się droczył.

Rider zabrał rękę i odsunął się ode mnie. Odwróciłam się za nim, jakby miał moc przyciągania. Za moimi plecami stał stary Ford Escort z niebieskimi pasami na masce. Za jego kierownicą siedział Hector, szczerząc zęby w uśmiechu, wystawiając głowę przez okno i bębniąc palcami o karoserię drzwi.

– Hej, mami – zawołał, uśmiechając się jeszcze szerzej i przygryzając dolną wargę. – Que cuerpo tan brutal.

Nie miałam pojęcia, co właśnie powiedział, ale wydawało się, że mówił do mnie.

– Zamknij się – odparł Rider, kładąc wielką dłoń na jego twarzy i wpychając go z powrotem za kierownicę. – No la mires.

Wciąż nie wiedziałam, co to znaczyło, jednak słowa wymieniane pomiędzy Riderem a Hectorem nie brzmiały na typowo hiszpańskie, które słyszałam pomiędzy Rosą a Carlem w domu. Mógł to być jednak hiszpański. Próbowali mnie go nauczyć, ale poddali się w tej kwestii dawno temu.

Z samochodu popłynął głęboki męski śmiech, gdy Hector oparł się o zagłówek. Chwilę później zobaczyłam znajomą, młodszą twarz Jaydena, który siedział na miejscu pasażera, obok Hectora.

– Hej – zawołał. – Chyba cię znam.

– Nie znasz jej – odparł Rider, otwierając tylne drzwi. Zajął miejsce i po raz ostatni na mnie popatrzył. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na chwilę, po czym drzwi zostały zamknięte, a jego widok skryła przyciemniana szyba.

Escort odjechał.

Stałam zamrożona na miejscu, niejasno świadoma, że ktoś wsiadł do znajdującej się za mną furgonetki. Nadal oszołomiona, wskoczyłam za kierownicę swojej hondy i położyłam plecak na fotelu pasażera.

– Cholera – szepnęłam, patrząc na wprost przez przednią szybę. – Cholera.