Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 199 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Co pozwala powiedzieć noc - Pierre J. Mejlak

Kobieta cieszy się na wieść o śmierci męża. Do mieszkania młodej pary wlatuje wrona i niszczy wyobrażenia tej dwójki na temat ich związku. Umierający ojciec wysyła syna w podróż do dawnej kochanki. Młody chłopak zaprzyjaźnia się ze spalonymi zapałkami, a wdowa przywłaszcza sobie rękopis powieści, którą pisał jej mąż.

Czy o granicznych momentach w życiu można mówić lekko i żartobliwie? Co pozwala powiedzieć noc to zbiór, który – choć mocno osadzony w codzienności – zaskakuje.

Oto proza z samego serca Morza Śródziemnego. Mejlak to nowy głos europejskiej literatury, wrażliwy obserwator i uważny kolekcjoner ludzkich nastrojów.

Opinie o ebooku Co pozwala powiedzieć noc - Pierre J. Mejlak

Fragment ebooka Co pozwala powiedzieć noc - Pierre J. Mejlak

 

 

 

Tytuł ‌oryginału maltańskiego: Dak ‌li I-Lejl ‌Ihallik Tghid

Tytuł oryginału ‌angielskiego: Having Said Goodnight

Redakcja: ‌Kama Buchalska

Korekta: Małgorzata Wiśniowska-Deluga, ‌Urszula Włodarska

Projekt ‌okładki: Justyna Tarkowska ‌| Mile Widziane

Konwersja: ‌Magdalena ‌Kocińska ‌| O!Studio

© ‌Pierre ‌J. Mejlak, ‌first published in ‌Maltese ‌by Merlin ‌Publishers Ltd (www.merlinpublishers.com), ‌2011

© for the ‌Polish translation by ‌Krzysztof Szczurek, ‌2018

© for ‌the Polish edition by ‌Książkowe Klimaty

 

Ten ‌projekt został zrealizowany ‌przy wsparciu ‌finansowym Komisji ‌Europejskiej.

Projekt lub publikacja odzwierciedlają ‌jedynie stanowisko ‌ich ‌autora ‌iKomisja Europejska nie ponosi ‌odpowiedzialności ‌za umieszczoną wnich ‌zawartość merytoryczną.

 

This project is ‌supported ‌by Arts Council ‌Malta – Cultural Export ‌Fund | ‌Dan il-proġett hu ‌megħjun mill-Kunsill Malti ‌għall-Arti – Cultural Export ‌Fund

ISBN: 978-83-65595-93-5 (wersja ePUB)

Prolog

Po ‌pogrzebie zaprosiła ‌do ‌domu kilkoro przyjaciół. ‌Nie żeby miała ‌ochotę ‌na ‌towarzystwo, ale pomyślała, ‌że gdyby to ona ‌zmarła, on prawdopodobnie postąpiłby ‌tak samo. Lubił ‌obce zwyczaje. Pewnie ‌dlatego po ‌ślubie ciągle spraszał znajomych. ‌Ale nie ‌na ‌wieczory przy pizzy na ‌wynos itelewizorze, bynajmniej. Było ‌mojito itańce do jego ‌ulubionych kawałków. Tak ‌chciał spędzać swoje ‌lata po ‌czterdziestce: przetańczyć ten czas. ‌

Ich przyjaciele rozpierzchli ‌się po całym domu ‌– od kuchni po ‌salon idalej, aż do ‌pokoju ‌bilardowego. ‌Pomyślała, że pewnie teraz ‌się im przygląda. Cieszy ‌go ‌widok przyjaciół zgromadzonych wokół ‌nagle ‌owdowiałej żony. Ale ponieważ ‌było co jeść ipić, amoże właśnie dlatego, że zawsze kojarzyli to miejsce znocami wypełnionymi zabawą iśmiechem, już wkrótce ktoś jakby zapomniał, po co właściwie tu się zebrali, iskierował rozmowę na tę Amerykankę, która właśnie powiła ośmioraczki. Albo na tego brygadiera, który poślizgnął się wdeszczu, kiedy musztrował swój oddział. Widząc, wjakim kierunku zmierza ten wieczór, poczuła, że jeszcze bardziej pęka jej serce. Uciekła więc do sypialni, teraz należącej już tylko do niej. Uklękła przy łóżku, zaniosła się szlochem, apotem zaczęła stopniowo osuwać się coraz niżej, aż wreszcie skuliła się wpozycji embrionalnej na białym dywanie. To ztej perspektywy, ze wzrokiem na poziomie podłogi, dostrzegła wodległym rogu, pod łóżkiem, coś małego ibłyszczącego. Wyciągnęła rękę, by dosięgnąć przedmiotu. Kolczyk, całkiem elegancki, zpewnością nienależący do niej. Aponieważ był tak strasznie zakurzony, przyszło jej na myśl, że sprzątaczka najwyraźniej niespecjalnie dbała odokładne omiatanie kątów.

Później, gdy stała oparta lekko oframugę drzwi iściskała dłonie gości, do których wreszcie dotarło, że na nich już czas, kolczyk tkwił wjej mocno zaciśniętej lewej dłoni.

Jej wzrok prześlizgiwał się po uchu każdej kobiety całującej ją na pożegnanie. Iwten sposób każde ucho stawało się historią, której pragnęła słuchać podczas tych długich nocy, jakie czekały na nią włóżku, aono nie miało zamiaru wyjawiać żadnego ze swoich sekretów.

Deska do prasowania

Czas już jej się pozbyć. Może jak zostawi ją na ulicy, jakiś przechodzień podejdzie iją zabierze. Wniektóre wieczory wdrodze do domu widywał jakiś porzucony mebel na rogu ulicy, ana drugi dzień rano nie było już po nim śladu. Narzucił lekki płaszcz izszedł po schodach. Wyszedł na zewnątrz, oparł deskę do prasowania ościanę budynku. Ale wchwili gdy znalazł się na chodniku przed domem, dostrzegł sąsiada zdołu, który parkował swojego fiata pandę. Sąsiad pomachał. Do licha. Co teraz? Jeśli wróci do środka, sąsiad pomyśli, że zwariował. Kto wyłazi zdomu wniedzielę odziewiątej wieczorem zdeską do prasowania pod pachą tylko po to, żeby zaraz wnieść ją zpowrotem do środka? Askoro sąsiad już go zauważył, tym bardziej nie mógł zostawić deski opartej jak gdyby nigdy nic ościanę. Postanowił więc szybko, że zejdzie wdół ulicy itam ją porzuci. Odmachał sąsiadowi, który wdalszym ciągu usiłował zaparkować swoje auto, ipognał znią pod pachą niczym zksiążką, anie jakąś deską do prasowania.

Uwylotu ulicy skręcił za róg, przeszedł jeszcze parę metrów Źródlaną ioparł deskę obudynek bez okien idrzwi. Już-już miał zawrócić wstronę domu, gdy spostrzegł, że wjakimś tuzinie mieszkań po drugiej stronie ulicy pali się światło. Istniała spora szansa, że ktoś mógł go zobaczyć zza zasłony. Aco, jeśli zrobił zdjęcie lub nakręcił filmik komórką ipokaże to policji? Uknuł szybki plan: kucnie, żeby zawiązać sznurówki. Tak też zrobił – by zorientować się, że nie miał czego wiązać, bo wyszedł tylko wkapciach ispod-niach od piżamy. Podniósł się, złapał deskę ipodreptał wdół ulicy, wstronę jeziora, gdzie stał spory kontener na stare szkło przeznaczone do odzysku. Gdy jego żona była jeszcze sobą, chadzali tam co parę tygodni, by opróżnić torbę lub dwie. Będzie mógł bez problemu zostawić tam deskę.

Ale nieopodal kontenera jeden za drugim przejeżdżały samochody – co, jeśli któryś będzie należał do policji? Co wtedy? Minął go wysoki Murzyn wpuchowej kurtce. Skinienie iuśmiech. Ale nie był to bynajmniej dobrosąsiedzki uśmiech wstylu „miło cię widzieć”. Raczej znaczący uśmieszek, jaki posyła się staremu wariatowi, nieświadomemu, że wylazł zdomu zdeską do prasowania pod pachą. Miał ochotę zawrócić irąbnąć gościa deską przez łeb iporzucić ich tam oboje, tuż przy kontenerze. Ale zamiast tego mocniej ścisnął deskę iruszył wstronę jeziora.

„Zaraz będziemy na miejscu”, wyszeptał do swojej towarzyszki.

Nie pamiętał już, kiedy ostatni raz odbył tę przechadzkę zżoną, iwjakimś sensie im był bliżej jeziora, tym większą czuł znią więź. Zdeską. Godzinę wcześniej, gdy przewróciła się na niego, ażelazko go oparzyło, nie mógł znieść jej widoku. Rozbita iniema wgapiała się wniego, zupełnie jak jego żona. Ale żonę zabrali. Tak więc także ina deskę przyszedł czas. No ateraz wydawała się wczepiać wniego, przestraszona, aż zrobiło mu się jej żal. Nie dość, że była zdezelowana, zjedną nogą wyrwaną zzawiasów, to jeszcze lada chwila miała ostatecznie dokonać żywota. Czuł się jak facet zpsem wostatniej drodze do weterynarza, zpsem, który towarzyszył mu przez całe lata, ateraz, niestety, trzeba było go uśpić.

Pomyślał, że przesadzi niskie ogrodzenie okalające jezioro izcałych sił ciśnie deskę do wody. Jeśli zatonie – świetnie, jeśli nie – cóż, będzie omijał to miejsce wprzyszłości, żeby już nigdy nie musieć jej oglądać. Szedł wzdłuż ogrodzenia, wypatrując miejsca, gdzie było najniżej – pamiętał je zporannych niedzielnych spacerów zżoną, gdy już kupili gazetę, chleb ikwiaty. Jakiś pies szarpał coś wciemności irozszczekał się gwałtownie, co kompletnie go zaskoczyło. Przerażony wykonał szybki wtył zwrot, niczym aktor robiący unik przed kulą, waląc przy tym deską prosto wdrzwi zaparkowanego za nim peugeota. Natychmiast włączył się alarm, którego dźwięk poniósł się echem po wodach jeziora. Jazgot zupełnie go zdezorientował. Wprzypływie paniki poczuł się, jak gdyby właśnie obrabował bank imusiał szybko znaleźć kryjówkę, zanim zostanie złapany. Jakiś patykowaty młodzian uprawiający jogging wokół jeziora wpadł na niego, rzucił mu wściekłe spojrzenie izbluzgał dość konkretnie. Stary wyjąkał przeprosiny izdeską już nie wciśniętą pod jedno ramię, lecz spoczywającą na obu rękach niczym Jezus wramionach Matki Boskiej Bolesnej, przeciął drogę izawrócił wstronę domu, wnadziei, że po drodze wypatrzy wreszcie jakiś ciemny zakątek, wktórym porzuci balast.

Jak to bywa wtym mieście, deszcz zaczął padać bez uprzedzenia, agdy mężczyzna znalazł się za rogiem, wbezpiecznej odległości od ogłuszającego alarmu, lało już jak zcebra. Delikatny chłód popłynął od zmokniętej głowy wdół ciała. Wpewnej chwili poczuł, że wraz znim przemieszcza się jakiś smród. Obejrzał się za siebie – nikogo. Ani żywego ducha również przed nim. Znieruchomiał, żeby sprawdzić, czy smród postąpi tak samo. Gdy okazało się, że smród jednak nadal mu towarzyszy, zerknął wdół, by stwierdzić, że jego kapcie są kompletnie przemoczone, aich podeszwy – uwalane wpsiej kupie. Musiał wnią wleźć, gdy usiłował oddalić się od psiego ujadania, natarczywego alarmu samochodowego iwściekłego biegacza. Ipewnie jeszcze to sprawka tamtego psa.

Usiłował zdrapać kupę zkapcia, pocierając nim okrawężnik, ale przy każdej próbie kapeć zsuwał się iprzewracał podeszwą do góry. Przemieścił się kilka metrów wgórę ulicy, aby wypłukać kapeć wwodzie, która zebrała się wzagłębieniu po brakującej płycie chodnika.

Gdy się schylał, zauważył po drugiej stronie ulicy jakiś dom wtrakcie rozbiórki. Pewnie miało tam powstać coś nowego. Zulicy widać było wykafelkowaną na zielono ścianę łazienki, ciekawe, ileż ludzi musiało się tam myć wśrodku, ijakie to dziwne, że owo pomieszczenie, tyle lat skrzętnie ukryte przed cudzym wzrokiem, teraz publicznie świeciło swą nieporadnością. Znów pomyślał ożonie. Pewnie teraz pomagali jej wkąpieli, co zwykle było jego powinnością – amoże zostawili ją samą włazience, nie zdając sobie sprawy, że sobie nie poradzi? Iczy nalali jej do wanny odpowiednio ciepłej wody, czy może umyli ją wzimnej ijuż? Pewnie oto im chodziło: żeby powoli, ale nieuchronnie gasła. Na pewno już inni emeryci czekali znadzieją na miejsce wtym domu. Bo jaka restauracja życzy sobie gości, którzy przychodzą oszóstej iprzesiadują do północy? Agdyby teraz miała umrzeć, czy nie czułby po kres swoich dni przytłaczającego ciężaru winy, że na tym ostatnim odcinku jej długiej drogi zostawił ją, zagubioną isamą?

Powinien był zatrzymać ją wdomu. Nie trzeba było nic mówić lekarzowi – gdy ten przyszedł na wizytę – otym, jak to chciała iść do domu dziadka ijak znalazł ją wśrodku nocy, gdy usiłowała otworzyć zamknięte na klucz drzwi. Może za bardzo się bał. Pewnie wtedy, gdy pchnęła go na deskę do prasowania, poczuł, że nieodwołalnie przekroczył granicę między cierpliwością ibrakiem tolerancji iże minął punkt bez odwrotu. Tak, to pewnie dlatego, pomyślał. Nikt go wcześniej nigdy nie popchnął. Ichciał jej pokazać, że nie będzie zgody na żadne rękoczyny. Amimo to, ze wzrokiem wlepionym wzieloną kratkę kafelków na ścianie burzonej rudery, uzmysłowił sobie, że powinien był zostawić ją wdomu. Wkońcu on sam też przekroczył tyle granic, aona nigdy nic nie powiedziała. Powinien był ją zatrzymać. Przynajmniej wtych momentach przytomności umysłu, jakkolwiek były rzadkie, byłaby wdomu, pośród swoich rzeczy, zmężem, którego kochała iktóry kochał ją, zzapachem masła stopionego na toście izherbatą zmlekiem. Anie wtym bezdusznym, bezbarwnym pokoju, wktórym ją teraz odwiedzał, wnadziei, że go jeszcze rozpozna.

Kiedy był uniej ostatnim razem, wzięła go za listonosza. Powiedziała, że czekała na niego miesiąc. Gdy przysiadł na brzegu łóżka izapytał osamopoczucie, zaczęła coś do siebie mamrotać, błądząc rozkojarzonym wzrokiem poza okno, gdzieś ponad dachy, wśród kominów smutnych jak doniczki odwrócone do góry dnem. Wdrodze do domu pomyślał, jak trudno byłoby teraz zastać ją przytomną, zobaczyć błagalny wzrok zniemym pytaniem, co też zrobiła nie tak.

Dwie błyskawice rozświetliły niebo, deszcz przybrał na sile. Poczłapał wstronę ściany oświetlonej jasną żarówką. Tam, próbując schronić się przed deszczem, uniósł deskę nad głowę niczym jakiś mały, kaleki Samson podtrzymujący dłońmi sufit świątyni. Ale wtym momencie obluzowana noga deski spadła zmetalicznym szczękiem prosto na jego nos, który oczywiście natychmiast zaczął krwawić. Zdeską na głowie wetknął oparzoną, ciągle jeszcze piekącą dłoń do kieszeni wposzukiwaniu chusteczek, tylko po to, by stwierdzić, że nie ma ich przy sobie. Zrękawem płaszcza przyciśniętym do nosa próbował odchylić głowę do tyłu, aby zahamować krwotok, tak jak wdzieciństwie uczyła go matka. Wszystko kiedyś przejdzie, synku. Wszystko. Ze wzrokiem wbitym wkafelki pomyślał, że wtym właśnie momencie jego żona obserwowała ulewę przez okno, wpełni świadoma. Było to jej ulubione zajęcie wte pierwsze dżdżyste noce, jakie następowały po końcu lata. Zupełnie jak dziewczynka czekająca na powrót ojca zpracy. Okim mogła teraz myśleć? Może odziadku, który, jak sądziła, czekał na jej powrót do domu? Amoże omężu, którego straciła albo który jakoś się zawieruszył? Gdzieś.

Toteż gdy deszcz bębnił wdeskę, awoda spływała kaskadami po obu jej stronach, zamknął oczy iwyobraził sobie, że to wszystko jest tylko snem. Zaraz je otworzy iokaże się, że jest wdomu, włóżku, obok żony, wokół roztacza się zapach voltarenu, maści której używała, zaraz wstaną, żeby nastawić wodę na herbatę, włączą toster iradio, by usłyszeć, co też się wydarzyło na świecie wnocy, gdy spali.

Takim go zobaczyli zokien samochodu: wątły staruszek ztrzymiesięczną brodą, zakrwawioną twarzą, wkapciach igaciach od piżamy, wktórych nikt przy zdrowych zmysłach nie wyszedłby na dwór. Izdeską do prasowania nad głową, wstrugach deszczu. Typowy bezdomny wuwalanym krwią płaszczu, prawdopodobnie skradzionym zwieszaka przy wejściu do jakiegoś baru. Wtej okolicy nie kręciło się wielu kloszardów – była to ostatnia rzecz, jakiej by sobie życzyli. Ale nie mogli go przecież zostawić na pastwę losu, żeby się wykrwawił wtym deszczu. Zatrzymali więc auto na środku drogi, za nimi ustawiły się jeszcze dwa.

Wielkoludy. To była pierwsza myśl, jaka przyszła mu do głowy, gdy zobaczył, jak zbliżają się wjego stronę. Albo to on nagle się skurczył, albo wszyscy inni urośli. Odgłosy ciężkiego człapania mogły pochodzić tylko od dwóch wnerwionych policjantów, którzy przedzierali się przez ulewę wstronę starca odzianego wstrój niespecjalnie karnawałowy, śmierdzącego psimi odchodami izdeską do prasowania na głowie.

Dokumenty? Oczywiście mam, ale nie przy sobie, wdomu. Tu niedaleko, dziesięć minut spacerkiem. Panowie pozwolą ze mną? Kawy zrobię. Nie, nie, nie zwariowałem, zapewniam panów. Co, udiabła, tu robię zdeską do prasowania na głowie? Hmm… Czekam na kogoś, komu mógłbym ją dać. Komuś, kto nie ma deski, ikomu mogłaby się przydać. Dla jednego grat, dla drugiego gratka, nie? Tylko dokręcić jedną nogę ibędzie cacy. Właśnie prasowałem iwtedy odpadła. O, ręka ciągle oparzona. Nie, proszę, dokąd mnie zabieracie? Nie, nie, nie trzeba do szpitala. To tylko trochę krwi, nic więcej. Przecież wkońcu przestanie lecieć. Wszystko kiedyś przechodzi. Wszystko.

Gdy wepchnęli go na tylne siedzenie samochodu, wnętrze natychmiast wypełniło się smrodem psiej kupy, której sprawca teraz pewnie smacznie spał pod jakimś dachem, obżarty jak bąk. Ruszyli wstronę najbliższego szpitala. Zrękawem płaszcza wciąż przyciśniętym do obolałego nosa, dłonią nadal palącą od oparzenia igłową odchyloną do tyłu niczym dziecko patrzące na machających na odjezdnym rodziców, podczas gdy obcy ludzie zabierają je dokądś, dokąd wolałoby nie jechać samo, wpatrywał się wścianę nieustającego deszczu. Iwdeskę do prasowania, która – oparta omur – niknęła woddali.

 

Odwiedziny

Zbrzegiem dłoni przytkniętym do czoła, jakbym chronił wzrok przed ostrym słońcem, nachyliłem się nad ojcem iwyszeptałem: „Pojechałem ją odwiedzić, tato. Pojechałem tam”.

Gdy odwiedziłem go ostatnim razem, nie wyglądał zbyt dobrze. Moja młodsza siostra, która właśnie od niego wychodziła, dała mi do zrozumienia, że coraz znim gorzej. Poczułem, że trzeba nieco rozładować atmosferę, zapytałem więc, jak to było ztymi kobietami wjego życiu. Itak zaczęliśmy rozmawiać oHiszpance.

Wogóle uwielbiał gadać obabkach. Wydawało się, że zapomina wtedy obólu, jego oczy od razu nabierały blasku iwidać wnich było skupienie. Od kiedy zachorował itrafił do szpitala, wspomnienia kobiet, które kiedykolwiek darzył uczuciem, ułożyły się jak zdjęcia walbumie – mógł tak bez końca przewracać kolejne karty, akażda fotografia kryła wsobie mnóstwo historii. Żaden szczegół nie umknął pamięci ojca. Czasem nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że on to zmyśla, ale miesiąc czy dwa później powtarzał wszystko ztymi samymi szczegółami, zrównym przekonaniem, identycznym spojrzeniem iuśmiechem, więc moje wątpliwości rozwiewały się.

– Bogu dzięki, że je miałem – mawiał, gdy zostawaliśmy sami. – Jak miałbym przeżyć te niekończące się noce? – Apotem ciągnął wzadumie: – Czasem zastanawiam się, oczym oni myślą, ci inni starcy, samotni jak ja teraz. Wiesz, ci, którzy nie znają tego dreszczu emocji, bo nigdy nie poczuli, jak to jest, kiedy się kocha kobietę.

Gdyby miał dość siły na rozmowę, powiedziałbym mu, że pewnie snują wspomnienia okrajach, które odwiedzili, dawnych przyjaciołach, przeżytych przygodach, zasłyszanych historiach, pracy. Może przypominają sobie psy, które wychowali, dni spędzone na słonecznych kąpielach iszczęśliwe chwile, które kiedyś zkimś dzielili. Przerwałby mi machnięciem ręki, wsposób charakterystyczny dla ludzi wjego wieku:

– Nie, synku. To nie to samo. Ileż to ja miałem różnych zajęć wżyciu! Praca… hę? Ico ztego pamiętam? Nic. Akraje, które zwiedziłem, spacery, które zaliczyłem…

– Ona na pewno bardzo chciałaby cię poznać – powiedział, gdy wróciliśmy do tematu Hiszpanki. – Słuchaj, obiecasz mi, że pojedziesz ją odwiedzić, zanim umrę? – Ciągnął, nie dając mi czasu na odpowiedź. – Jedź, opowiedz jej wszystko iprzywieź mi wieści oniej – upierał się. Akiedy zauważył, że zacząłem na serio rozważać ten pomysł, już zupełnie na poważnie poprosił mnie, żebym tam pojechał.

– Pojedź, synku, porozmawiaj znią, zanim umrę.

Przypomniało mi się, jak to ja zwykle prosiłem matkę, żeby przekazywała innym to, co sam chciałem powiedzieć, kiedy brakowało mi odwagi. Iwtedy ojciec zaczął dawać mi wskazówki, jak dojechać do domu tej kobiety, tonem zgatunku „słuchaj-uważnie-co-do-ciebie-mówię”, zupełnie jak wtedy, gdy byłem mały, aon objaśniał mi, jak dojść do dziadków albo do sklepu, kiedy wysyłał mnie po mleko.

– Słuchaj, jak wylądujesz wAlicante, wynajmij samochód – wyszeptały jego zmizerniałe wargi. Dłoń ukryta wprzydużym rękawie piżamy trzęsła się, ana jego twarzy gościł lekko tajemniczy grymas uśmiechu.

– Kiedy wyjedziesz zlotniska, kieruj się na Murcję. – Patrzy na mnie iwidzi, że nie robię notatek. – Zapisuj to, do cholery!

Wyciągam długopis zkieszeni blezera izaczynam notować wszystko na pierwszym lepszym skrawku papieru – paragonie za ciastka iwodę ze szpitalnego sklepiku.

– Jedź wtym kierunku aż do rozwidlenia autostrady, apo drugiej stronie zobaczysz duże, nowe znaki na Almerię iGranadę. Włącz kierunkowskaz, uważaj na samochody za tobą izjedź na drugą stronę. Tylko ostrożnie!

Uśmiecham się, ale on tego nie widzi, bo wtrakcie opowieści przymknął powieki: wwyobraźni przemierza Hiszpanię wdrodze do swej ukochanej.

– Jedź dalej prosto, aż zobaczysz znaki na Mazarrón.

Spoglądam na jego dłoń, wszystkie palce wskazują na mnie.

– Zjedź. Wtym momencie powinieneś już dostrzec jakieś budynki, mieszkania do wynajęcia ina sprzedaż. Morze jest blisko, ale jeszcze nie będziesz go widział. Jasne?

– Tak.

– Co parę kilometrów będzie więcej znaków, aż wpewnej chwili zauważysz tablicę „Puerto de Mazarrón”. Kieruj się wstronę portu, aż do pierwszych kierunkowskazów na Águilas.

Otwiera oczy. Widzę, jak błyszczą, nagle pojaśniałe.

– Zapisujesz wszystko?

– Tak, tak. Mów dalej.

– Jeśli dojechałeś do tego miejsca inie widzisz białych szklarni zpomidorami, które ciągną się kilometrami, to znaczy, że gdzieś źle skręciłeś. Jeśli są, to wporządku. Jedź dalej prosto do skrzyżowania. Po prawej stronie zobaczysz mały drogowskaz na Puntas de Calnegre. Skręć wtę dróżkę, ściągnij nogę zhamulca ipozwól kołom się toczyć. Uchyl okno, niech świeżość morskiej bryzy otuli twą twarz… Jak tam pięknie!

– Tato, daj spokój zpoezją, skup się na drogowskazach.

Uśmiechnął się, mrużąc oczy, iwrócił do opisu drogi.

– Teraz zwolnij. Uważaj na dzieci przechodzące przez jezdnię. Stamtąd powinieneś już widzieć wolno stojącą willę na końcu drogi. Znajduje się lekko na uboczu, nieco dalej od pozostałych domów. Wjedź na podjazd. Zaparkuj. Wysiądź. Stań na chodniku. Być może zobaczysz kota zajętego obgryzaniem jakiegoś rybiego szkieletu. Zadzwoń do drzwi.

Ojciec wysyła mnie na spotkanie zkobietą, zktórą miał trwający dziesięć lat romans. Wsumie nie robię tego, żeby sprawić mu przyjemność – raczej chciałbym zobaczyć się zosobą, która dała mu tyle szczęścia, tyle radości, zastrzyk energii na całe miesiące, na czas, gdy się nie widzieli. Akiedy zadowolenie mijało, znów udawał się do Hiszpanii pod pozorem wyjazdu winteresach. Czekaliśmy, aż wróci, zawsze zjakimś prezentem: ato zbębenkiem, ato zbączkiem, parą cymbałków, workiem kolorowych koralików iradosnym uśmiechem człowieka spełnionego. Pojadę do niej ipodziękuję za to, bez słów.

Tak więc przemierzam drogę wynajętym fordem ka zparagonem ze szpitalnej kantyny zatkniętym za kierownicę iuśmiechem na twarzy izpodziwem myślę opamięci mojego ojca. Nawet gdybym kierowanie samochodem powierzył robotowi, dojechałbym bezbłędnie.

Wdrodze do posiadłości przyjaciółki ojca uchyliłem okno ichichoczę pod nosem jak wariat, bo faktycznie świeża bryza otula mą twarz. Wyczuwam ekscytację dzieci, które uganiają się boso za piłką po plaży, słyszę, jak ich matki ucinają pogawędki ze sklepikarzami, aojcowie zachowują się hałaśliwie wdrodze zbaru na końcu ulicy do domu. Imyślę sobie, że gdybym mu wtedy nie przerwał, to opisałby również ite szczegóły.

Kiedy dzwonię do drzwi, opadają mnie setki wątpliwości. Może ta kobieta już nie żyje, amoże wyprowadziła się? Może mieszka zinnym facetem ikompletnie zapomniała omoim ojcu albo chciałaby wykreślić go zpamięci? Może dom stoi pusty albo kupił go ktoś, kto nie ma pojęcia ohiszpańskim romansie ojca? Amoże ona otworzy drzwi, ale nie będę mile widzianym gościem? Ajeśli otworzy jej syn, to co mu powiem?

Drzwi stanęły otworem, awnich – hiszpańska pani mojego ojca. Nie wątpiłem ani przez chwilę, że to ona. Odmalował jej oczy bezbłędnie: były zielone, zdelikatnym odcieniem żółci. Piękne. Ajej twarz! Oto kobieta, której upływ czasu tylko dodaje wdzięku. „Gdy ci otworzy, powiedz jej, że jesteś moim synem iże dużo oniej słyszałeś. Przekaż, że umieram, ale że ciągle noszę ją wsercu, że stale jest przy mnie. Zaprosi cię wtedy do środka izarzuci gradem pytań. Bo taka właśnie jest – na każde twoje słowo odpowie pytaniem. Apotem naleje ci odrobinę likieru 45”.

– Wiem, kim jesteś – odezwała się. – Masz oczy swojego ojca. Pokazał mi kiedyś twoje zdjęcia, niewiele się zmieniłeś. Nie stój tak wprogu, proszę, wejdź do środka.

Apotem zwróciła się do kota, który bacznie obserwował mnie spomiędzy jej nóg:

– Akysz! Mamy gościa!

Po posiłku podanym wobwieszonej rondlami ipatelniami kuchni napomknąłem o45, awtedy jej oczy napełniły się łzami. Zaprosiła mnie wgłąb domu. Zeszliśmy po spiralnych schodkach prowadzących do chłodu piwnicy, gdzie stały rzędem, butelka za butelką, opatrzone ręcznie wypisaną etykietą znumerem 45. Dostawiała jedną obok drugiej od chwili, gdy ojciec wyjechał stąd po raz ostatni.

– Byłam pewna, że któregoś dnia wróci. Nie raz powtarzał, że więcej się nie zobaczymy. Tak często to słyszałam! Nigdy mu nie wierzyłam, bo chociaż czasem wizyty oddzielały całe miesiące, to jednak zawsze wracał. Od ostatniego spotkania chodziłam do ogrodu zbierać morele wrękawicach, które wkładał, kiedy sam zrywał owoce.

To przypominało rytuał. Wchodziła do kuchni ze skrzynką moreli iopróżniała ją na szerokim blacie. Nożem, którego ojciec zwykł używać, przepoławiała jeden owoc po drugim. Następnie wrzucała je do sporego garnka ipozwalała im gotować się przez minutę, żeby pozbyć się ewentualnych robaków, tych zczarną główką, które kryją się we wnętrzach owoców.

– Dokładnie tak, jak on to robił – powiedziała zlekkim uśmiechem, bez cienia złości. – Zero listów. Zero telefonów. Nic. Taki był twój ojciec. Albo oślepiające światło, albo najgłębszy mrok.

Po jakimś czasie szeroką chochlą wyławiała rozgrzane, ociekające syropem morele, apotem zanurzała je wpięciu litrach koniaku. Leżakowały tak półtora miesiąca. Czterdzieści pięć dni. Ani dnia mniej, ani więcej.

– Tak jak zawsze robił.

Czterdzieści pięć dni nadziei, że wchwili przecedzania koniaku przez sito on znów zjawi się ujej boku wkuchni, zdziwiony, że ona nadal przyrządza jego likier. Przelewała odcedzony płyn do szklanych butelek. Na każdą naklejała żółtą etykietę zwypisaną czarnym flamastrem liczbą „45” – tak jak on to robił. Tak oznaczała każdy dzień, który sprawiał, że trunek nabierał mocy, barwy ismaku.

– Ten napój jest jak my – powtarzał jej, prawdopodobnie tym samym tonem, którym dawał mi wskazówki, jak mam dojść do szkoły.

Apotem, jak zawsze, wlewym dolnym rogu żółtej naklejki wypisywał datę.

– Smakuje ci?

– Bardzo.

– Każdy gość musi odrobinę spróbować. Przy każdym toaście myślę onim. Wiesz… Spędzałam całe miesiące wten sposób – mówi ze szklaneczką 45 wdłoni iwzrokiem utkwionym wmorelach rosnących za domem. – Patrzę na ogród imyślę onim, myślę, co teraz porabia, czy całkiem już omnie zapomniał, czy też jeszcze coś pamięta. Czy przypadkiem go nie rozczarowałam ostatnim razem? Może powiedziałam coś, czego nie powinnam, albo opacznie mnie zrozumiał? Czy zamierzał jeszcze kiedyś wrócić? Czy miał nadzieję, że gdzieś się jeszcze spotkamy, wjakiś sposób? Iczy któregoś dnia usłyszę dzwonek, otworzę drzwi izobaczę go wprogu?

Przerwała. Spojrzała na mnie. Milczałem, więc podjęła: – Dużo czasu zajęło mi zaakceptowanie faktu, że nigdy już nie zobaczę twojego ojca. Dużo, bardzo dużo. Nadal zbierałam morele wsadzie, skrzynkę po skrzynce, wnadziei, że zanim napełnię kolejną butelkę, on znów będzie przy mnie.

Czuję, że powinienem coś powiedzieć, ale nie znajduję żadnego słowa, które mogłoby przełamać ciszę.

– Gdy zrozumiałam, że nie wróci, usiłowałam wzbudzić wsobie złość. Liczyłam, że ona wypełni pustkę wmoim sercu. Ale nie mogłam wściekać się na kogoś takiego jak on. Nie miałam czego wybaczać. Twój ojciec nigdy nie kłamał. Postawił sprawę jasno już wpierwszej chwili, kiedy spotkaliśmy się wporcie. Poszłam na układ, wktórym widujemy się, kiedy to jemu pasuje. Myślałam, że może mogłabym spotykać go icieszyć się nim, zachowując serce dla siebie. Ale zanim zorientowałam się, że to on był moim sercem, a