Co myśli i czuje pies. Przygody ze zwierzęcą neuronauką - Gregory Berns - ebook
lub
Opis

Czy psy przeżywają emocje tak samo jak my?

By poznać odpowiedź na to pytanie, naukowiec i bestsellerowy autor Gregory Berns wraz ze swoim zespołem zrobił to, czego nikt nigdy nie próbował: wytresowali psy tak, by całkowicie świadome mogły przejść badanie MRI. To umożliwiło badaczom zrozumienie, co czują i myśli ich podopieczni.

Ale psy to dopiero początek. W Co myśli i czuje pies Berns pokazuje nam mózgi i umysły dzikich zwierząt – lwów morskich, które mogą nauczyć się tańczyć, oraz delfinów, które widzą za pomocą dźwięku. W neuroarcheologicznym eksperymencie Berns rekonstruuje mózg jednego z najbardziej tajemniczych zwierząt w historii, wilkowora tasmańskiego, by wyjaśnić, czemu ten gatunek wymarł.

Przełomowe badania Bernsa pokazują, jak podobne są mózgi zwierząt i ludzi. Sam autor udowadnia, że zwierzęta - tak samo jak my – mają uczucia. To rzuca zupełnie nowe światło na kwestię praw zwierząt.

Pełna mądrości, humoru i empatii, Co myśli i czuje pies to książka o nowym świecie, w którym inteligentne istoty są wszędzie wokół. To nowy manifest wyzwolenia zwierząt w dwudziestym pierwszym wieku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 313


Wprowadzenie

Dopóki nie zabito Usamy Ibn Ladina, nie poświęcałem wiele uwagi umysłom zwierząt.

Moje zainteresowanie wzbudził nie Ibn Ladin, lecz Cairo, pies biorący udział w tej misji. Cairo był psem wojskowym i umiał robić niezwykłe rzeczy, na przykład skakać z helikoptera. Jego wysoka odporność psychiczna na hałaśliwe i chaotyczne otoczenie podsunęła mi myśl, która dzisiaj wydaje się tak oczywista, że aż dziwne, iż nikt nie wpadł wcześniej na ten pomysł. Jeśli psa można wyszkolić do skoków ze śmigłowca, to z pewnością można go również nauczyć wchodzenia do skanera MRI. A do czego mi to było potrzebne? Oczywiście do tego, żeby dowiedzieć się, jak psy myślą.

To było nieoczekiwane olśnienie. Pracowałem naukowo od trzydziestu lat, najpierw zdobywając kwalifikacje bioinżyniera, potem zostałem lekarzem, w końcu wyspecjalizowałem się w badaniu mechanizmów podejmowania decyzji za pomocą obrazowania metodą rezonansu magnetycznego (MRI) ludzkiego mózgu. Mój ulubiony pies – mops imieniem Newton – zmarł rok wcześniej i wciąż gdzieś z tyłu głowy krążyły mi wątpliwości dotyczące relacji między ludźmi a psami. Czy Newton kochał mnie w taki sam sposób jak ja jego? Czy też były to tylko pozory, niewinne kłamstewko psa, który starał się być miły i posłuszny w zamian za schronienie i pokarm?

Na miejsce Newtona wzięliśmy suczkę, szczupłego czarnego mieszańca teriera, którą nazwaliśmy Callie. Zarówno pod względem wyglądu, jak i sposobu bycia stanowiła przeciwieństwo mopsa. Stale spięta i nerwowa, rzucała się na drugiego domowego psa, uroczego golden retrievera, który zupełnie się nie bronił. Ale obok zadziorności Callie miała cechę, jakiej nie dostrzegłem u żadnego innego mojego psa – ciekawość. Uwielbiała uczyć się czegoś nowego. Zwykłe psie sztuczki były dla niej błahostką i wkrótce odkryła w naszym życiu domowym różne interesujące sprawy. Nauczyła się na przykład, jak działają klamki u drzwi. Dzięki temu nie musiała czekać na ludzi, żeby dostać się do spiżarni. Callie zorientowała się, że jeśli stanie na tylnych łapach, przednimi będzie mogła pociągnąć klamkę w dół i popchnąć drzwi do przodu. Robiła to tak sprawnie, jakby była kapucynką o przeciwstawnych kciukach. Za tę umiejętność niestety drogo zapłaciła, lądując na pogotowiu weterynaryjnym z żołądkiem wypełnionym do oporu nie wiadomo czym.

Musiałem znaleźć Callie jakieś zajęcie. Czy nie można użyć jej talentów do czegoś bardziej produktywnego niż sprytne poszukiwanie sposobów na podwędzenie jedzenia? Na przykład wyszkolić ją tak, żeby dobrowolnie wchodziła do aparatu MRI i pozwalała mi zobaczyć, co dzieje się w jej mózgu?

Poprosiłem o pomoc Marka Spivaka, który prowadził miejscową szkołę dla psów Comprehensive Pet Therapy. Mark chętnie zaangażował się w moje przedsięwzięcie i zaczęliśmy w najdrobniejszych szczegółach opracowywać plan takiego wyszkolenia Callie, aby umiała pozostać bez ruchu w rurze skanera MRI na tyle długo, żebyśmy zbadali pracę jej mózgu. Badanie pod narkozą było wykluczone z dwóch powodów. Callie powinna być w pełni rozbudzona, żebyśmy mogli stwierdzić, jak jej mózg reaguje na bodźce: zapachy, dźwięki, a przede wszystkim na kontakt z właścicielem – czyli mną. A ponieważ mieliśmy zamiar traktować ją tak samo, jak traktowalibyśmy człowieka biorącego udział w badaniach MRI, powinna też móc wyjść ze skanera, jeśli tylko zechce. Podobnie jak w wypadku ludzi, psi uczestnik eksperymentu miał być ochotnikiem. Oznaczało to, że nie może być żadnego przymusu.

Zmajstrowałem symulator urządzenia MRI, który umieściłem w naszym salonie. Skonstruowaliśmy też namiastkę cewki odbiorczej, która wychwytuje w skanerze sygnały z mózgu, i szybko nauczyliśmy Callie wsuwać się do niej. Chociaż odbywało się to metodą prób i błędów i nabiliśmy sobie po drodze sporo guzów, okazało się, że nie jest to takie trudne, jak początkowo sądziliśmy. Po zaledwie kilku miesiącach szkolenia Callie awansowała z pozycji zdeklasowanego psa ze schroniska na pozycję pierwszego w historii psa, który bez żadnego przymusu i bez usypiania pozwala skanować swój mózg.

Zachęceni tym powodzeniem zwróciliśmy się do okolicznych właścicieli psów z apelem o przyłączenie się do naszych przełomowych badań nad tajemnicami psiego mózgu. Ku naszemu zaskoczeniu nie mogliśmy opędzić się od chętnych. Było ich tak wielu, że musieliśmy z Markiem opracować specjalną procedurę wstępną pozwalającą stwierdzić, które zwierzęta będą najlepiej nadawały się do naszych celów. W ciągu roku od pierwszego skanowania Callie nasz zespół powiększył się o blisko dwadzieścia psów. Żeby zadowolić całą grupę, prowadziliśmy prace z MRI w każde sobotnie popołudnie, w dwóch grupach, na przemian z Zespołem A i Kompanią Bravo.

Zaczęliśmy od bardzo prostych doświadczeń, żeby zobaczyć, jak mózgi psów reagują na ruchy rąk zapowiadające otrzymanie kąska. Wiedzieliśmy już, że u ludzi bliskość czegoś przyjemnego, na przykład jedzenia, pieniędzy czy muzyki, wywołuje reakcję jednej ze struktur mózgowych, tak zwanego jądra ogoniastego. Kiedy więc stwierdziliśmy, że u psów jądro ogoniaste reaguje podobnie w odpowiedzi na gesty sygnalizujące poczęstunek, zrozumieliśmy, że zbliżamy się do czegoś ważnego1. Psy traktowały te zabiegi jako coś naturalnego, po prostu jeszcze jedną zabawę ze swoimi właścicielami. Ich mózgi w oczekiwaniu na przyjemność zachowywały się bardzo podobnie do ludzkich. W miarę jak przywykały do aparatu MRI, mogliśmy proponować im bardziej złożone zadania. Kiedy podsuwaliśmy im zapachy ludzi i innych zwierząt, odkryliśmy, że reakcja ośrodka nagrody pojawia się w ich mózgach tylko pod wpływem zapachu osób, z którymi razem mieszkają, ale nie zapachu innych psów. Ponieważ zapachy te nie były bezpośrednio związane z pokarmem, był to pierwszy twardy dowód, że pies może żywić do bliskich sobie ludzi coś w rodzaju miłości.

Projekt Pies wkrótce wypełnił całe moje życie, przesłaniając laboratoryjne badania na ludziach. Ponieważ mógł wpłynąć na usprawnienie szkolenia psów wojskowych, Biuro Badań Marynarki wsparło nas finansowo, dzięki czemu zwiększyliśmy liczbę psów biorących udział w badaniach, a także rozbudowaliśmy zakres zadań wykonywanych przez nie w skanerze. Było to po prostu zajmujące, ale ponadto miałem poczucie, że jesteśmy o krok od nowego wglądu w umysły naszych najlepszych przyjaciół.

Dowiadując się coraz więcej o psim mózgu, zacząłem dochodzić do przekonania, że na najgłębszym poziomie mamy z psami wiele wspólnego. U jednego i drugiego gatunku można znaleźć te same podstawowe struktury odpowiedzialne za emocje. Poza kwestią emocji pojawiło się jednak także poważniejsze pytanie, które wygodniej mi było ignorować w pierwszej fazie Projektu Pies.

Wypłynęło ono podczas konferencji poświęconej tematyce wegańskiej. Miałem wątpliwości, czy przyjąć zaproszenie do wystąpienia na tej konferencji, ponieważ sam nie jestem weganinem, ale organizatorzy zapewnili mnie, że chcą po prostu usłyszeć, czego dowiedzieliśmy się o umysłowości psów, i że nie będzie mowy o osobistych nawykach żywieniowych. Tak to było planowane, ale wyszło inaczej. Po mojej prelekcji poświęconej Projektowi Pies inny prelegent zarzucił mi „gatunkizm”1, ponieważ nadaję psom szczególny status, posuwając się nawet do karmienia ich ciałami innych zwierząt w postaci hot dogów. To było bardzo niemiłe i poczułem się oszukany przez organizatorów imprezy.

Czy jestem gatunkistą? Pewnie tak.

Czy to źle? Nie wiem.

W czwartym roku badań nie dało się zaprzeczyć, że nasza praca doprowadziła do postawienia poważnego pytania. Skoro mamy dowody, że psy doznają emocji w podobny sposób jak człowiek, to jak to jest z innymi gatunkami zwierząt?

Ludzie zaczęli dopytywać się, czy nie dałoby się wyszkolić do udziału w doświadczeniach z MRI także kotów, a niekiedy mówili nawet o tresowaniu w tym celu świń. Wiedziałem, że to mało prawdopodobne, a skanowanie zwierzęcia będącego pod wpływem środków uspokajających byłoby niezbyt etyczne i można wątpić, czy dostarczyłoby wartościowej informacji o jego funkcjach poznawczych. Zabrnąłem w ślepy zaułek: badanie w ten sposób innych zwierząt wydawało mi się czystą fantastyką.

Zwrot akcji nastąpił, gdy w naszym laboratorium pojawił się Peter Cook. Przeniósł się do nas z Santa Cruz w Kalifornii, gdzie obronił pracę doktorską na temat pamięci lwów morskich. Jego pasją było dociekanie, jak działają umysły zwierząt, zwłaszcza w ich naturalnym środowisku. W Kalifornii morze wyrzucało na brzeg wiele lwów morskich. Niektóre z nich można było rehabilitować, ale inne odnosiły tak poważne urazy, że trzeba je było usypiać. Peter załatwił nam dostęp do ich mózgów. Nigdy nie przypuszczałem, że będę się zajmował skanowaniem martwych mózgów, i byłem zaskoczony, jak wiele dowiedzieliśmy się w ten sposób o ich dawnych właścicielach. Przyjemnie myśleć, że nawet po śmierci mogą nam powiedzieć coś o rzeczywistości, w której żyły. Lwy morskie to był dopiero początek. Z użyciem najnowszej techniki MRI zaczęliśmy przełamywać kolejne granice tego, co można skanować. Inne zwierzęta. Okazy zdjęte z półek muzealnych. A nawet mózgi gatunków uchodzących za wymarłe.

Co takiego mamy w mózgach, co czyni nas ludźmi, albo co muszą mieć w mózgach psy, żeby były psami? Przez wieki anatomowie skupiali się na rozmiarach. Większy mózg oznaczał większy „majątek” neuronowy, a milczące założenie brzmiało, że większe jest lepsze. Zasadę tę stosowano do mózgu jako całości, czyli większy mózg kojarzono z wyższą inteligencją. Ale stosowano ją również do części mózgu – uważano, że rozmiary poszczególnych struktur świadczą o ważności funkcji, jaką pełni dana struktura. Jest w tym trochę prawdy. Psy mają wielką opuszkę węchową, co wskazuje na kluczową rolę zapachów w psim świecie.

Ale sam rozmiar nie tłumaczy działania mózgu. Naprawdę liczy się to, w jaki sposób różne części mózgu są ze sobą powiązane. Tak narodziła się nowa dziedzina badań: konektomika2. Postęp techniki MRI pozwolił na badanie najdrobniejszych szczegółów w schemacie połączeń ludzkiego mózgu. Gdybym ja lub ktokolwiek inny miał kiedyś w pełni zrozumieć umysłowość zwierzęcia, to źródłem zrozumienia byłaby analiza tych połączeń i sposobu koordynacji ich aktywności. To w nich rodzi się subiektywne doświadczanie, w tym także emocje.

Nastały dobre czasy dla neuronauki, a Projekt Pies dopiero się zaczynał. Im głębiej wchodziłem w mózg psa, tym silniejsze stawało się pragnienie zbadania innych zwierząt. Gdybyśmy zrozumieli ich wewnętrzne doznania, to może lepiej byśmy się z nimi porozumiewali. Jak by to było, gdyby pies mógł powiedzieć nam dokładnie, co czuje? Jaką opinię mogłaby wyrazić świnia na temat rzeźni? Co myślą wieloryby o zamieszaniu, które wywołują w oceanach statki i okręty podwodne? Nieuchronnym rezultatem tych badań byłoby nie tylko uświadomienie sobie przez ludzi, że wewnętrzny świat zwierząt jest o wiele bogatszy, niż sobie wyobrażali, lecz także konieczność zrewidowania sposobu, w jaki je traktujemy.

Niniejsza książka mówi o mózgach zwierząt oraz o ich umysłowości, która jest pochodną budowy mózgu. Naukowcy nazywają ten kierunek badań neurobiologią porównawczą. Cała neuronauka jest do pewnego stopnia dyscypliną porównawczą, ale mało który z jej przedstawicieli sięga głębiej i stawia sobie pytanie, dlaczego mózgi zwierząt są ukształtowane w taki, a nie inny sposób oraz jak to się ma do ich psychicznych doświadczeń. To trudne pytania. Sięgają do samego sedna tego, co czyni nas ludźmi, i prowadzą do kłopotliwej dla nas hipotezy, iż być może nie odbiegamy aż tak daleko od wielu innych istot, z którymi dzielimy naszą planetę.

Układ książki odpowiada z grubsza kolejności, w jakiej przechodziłem kolejno od ludzi do psów, a od psów do innych zwierząt, ale podobieństwo mózgów jest osnową wiążącą wszystkie te przygody w całość. Raz po raz odkrywałem u zwierząt struktury mózgowe wyglądające tak samo i podobnie zorganizowane jak odpowiednie struktury naszych własnych mózgów. I części te nie tylko były podobne, ale również w ten sam sposób działały.

Zależność pomiędzy budową mózgu a jego funkcjami poznawczymi jest skomplikowana i często zależy od koordynacji pracy różnych jego obszarów. Do niedawna sporządzenie szczegółowego opisu sieci połączeń w mózgu było zadaniem niewykonalnym. Ale to się w ciągu paru ostatnich lat zmieniło. Postęp techniczny w dziedzinie obrazowania układu nerwowego i nowe oprogramowanie analizujące sieć połączeń mózgu poszerzyły wgląd w działanie naszych umysłów, a zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by te same narzędzia zastosować do mózgów zwierząt.

Nowa technika badawcza otwiera również drogę prowadzącą do zrozumienia subiektywnych doświadczeń zwierząt. Jeśli relacja między strukturą i jej funkcją w mózgu zwierzęcia przypomina analogiczną relację w mózgu człowieka, to prawdopodobnie zwierzę może doznawać podobnych subiektywnych doświadczeń jak my. Wierzę, że w ten sposób w końcu zrozumiemy, jak to jest być psem czy kotem, a potencjalnie – dowolnym innym zwierzęciem.

Część rozdziałów książki poświęcona jest głównie psom, ponieważ wszyscy czytelnicy dobrze je znają, a także dlatego że są one najlepszymi partnerami w badaniach. Zanurzyłem się jednak także w oceanie, żeby zbadać, jak wygląda umysłowość naszych morskich kuzynów. Są więc rozdziały o morskich ssakach najbardziej zbliżonych do psów – lwach morskich i fokach, oraz osobny rozdział o najbardziej osobliwym zwierzęciu na kuli ziemskiej – delfinie. Swoją wysoką inteligencją i umiejętnościami społecznymi delfiny od dziesięcioleci intrygują zarówno uczonych, jak i laików. Długo jednak pozostawały zagadką. Dziś, dzięki nowym technikom obrazowania, dowiadujemy się, jak są zbudowane ich mózgi i jak to się ma do warunków życia pod wodą. Może niedługo będziemy umieli się z nimi porozumieć.

I jest jeszcze tasmański wilk workowaty (wilk tasmański, wilkowór), mięsożerne zwierzę z nadrzędu torbaczy, uderzająco przypominające niewielkiego wilka. Uważa się go za gatunek wymarły od 1936 roku, kiedy ostatni znany osobnik zmarł w ogrodzie zoologicznym w Hobart w Australii. Doniesienia o tym, że komuś udało się zobaczyć tę tajemniczą istotę, pojawiają się jednak do dziś. Wszcząłem poszukiwania nietkniętego mózgu wilka workowatego, by móc dowiedzieć się czegoś o jego życiu wewnętrznym, i w końcu odnalazłem taki okaz w piwnicy Instytutu Smithsona – jeden z czterech zachowanych na świecie. Uzyskałem zgodę na skanowanie go z użyciem najnowszej techniki MRI. Ale był to tylko początek odysei, która zaprowadziła mnie do Australii w poszukiwaniu kolejnych mózgów i celem skanowania najbliższego żyjącego krewnego wilka workowatego – diabła tasmańskiego.

Książka kończy się tak, jak się zaczyna – na psach. Przyznaję, że jestem niepoprawnym gatunkistą, ale doszedłem do tego, że widzę w psie nie tylko najlepszego przyjaciela człowieka, lecz również ambasadora królestwa zwierząt. Pozostało w nim dostatecznie dużo z wilka, żeby jego mózg powiedział nam coś o tym, jak to jest być dzikim zwierzęciem. Główne wyzwanie polega na stworzeniu sposobów komunikowania się z psami. Uważam, że w tym celu powinniśmy poznać ich mózgi. Tak więc końcowe rozdziały traktują o próbach ustalenia, w jakim stopniu pies może rozumieć ludzką mowę i co to oznacza dla praw należnych nie tylko psom, lecz również wszystkim zwierzętom.

Gatunkizm (ang. specieism) – neologizm oznaczający przyznawanie pewnym gatunkom zwierząt wyższości i większych praw niż innym (wszystkie przypisy dolne pochodzą od tłumacza). [wróć]

Od ang. connection – połączenie. [wróć]

Rozdział 1

Jak to jest być psem

Wczesną wiosną 2014 roku grupa zapaleńców oswajała swoje psy z atrapą aparatu MRI.

Jeden z czekających na swoją kolej, duży żółty pies imieniem Zen, podbiegł do mnie, trzymając głowę nisko przy ziemi, a zad wypinając do góry. Machał ogonem, domagając się zabawy. Przyjąłem jego zaproszenie i zacząłem się z nim tarmosić. Po paru minutach takiej przyjacielskiej kotłowaniny Zen miał już jednak dosyć i pokazał, że trafnie dobrano mu imię. Klapnął tyłkiem na podłogę i bez szczególnego pośpiechu pozwolił, by jego przednie łapy pojechały do przodu. Obejrzał się na mnie, niewzruszony i enigmatyczny niczym Sfinks.

Zastanawiałem się, jak to jest być takim Zenem.

Zen był krzyżówką żółtego labradora z golden retrieverem i jednym z weteranów Projektu Pies. Gdy był szczeniakiem, typowano go na psa służbowego, ale kiedy dorósł, jego trenerzy uznali, że za łatwo się rozprasza, by mógł wypełniać takie obowiązki. Zrezygnowano ze szkolenia i oddano go na wychowanie jego opiekunowi. Istnieje zwyczaj, by wszystkim psom z jednego miotu nadawać imiona zaczynające się na tę samą literę. Tak się złożyło, że Zenowi i jego rodzeństwu przypadła litera Z. Ktokolwiek nadał mu takie imię, nie mógł nic wiedzieć o jego przyszłej osobowości. Być może psy dostosowują się do swoich imion, ale w tym wypadku zgodność imienia z usposobieniem wydawała się swoistym wyrokiem losu.

Zen (fot. Gregory Berns)

W sali ćwiczeń kłębiło się mnóstwo najróżniejszych psów i ludzi. Zen i podobne do niego odrzuty z hodowli psów służbowych tworzyły luźną grupę przy jednej ze ścian. Wśród jego kolegów był Pearl, dobrze zbudowany, pełen energii golden retriever, również zdyskwalifikowany za słabą koncentrację. Był też Edmond, zdrobniale Eddie, kolejna krzyżówka labradora z goldenem, z wyglądu bliźniak Zena, odrzucony z powodu predyspozycji do dysplazji stawu biodrowego. Była Ohana, czysty golden retriever, nieco mniej ruchliwa niż Pearl. Była Kady, uroczy mieszaniec retrievera, zwolniona ze służby za zbytnią nieśmiałość. I wreszcie był Big Jack, starszy już, flegmatyczny, pięćdziesięciokilogramowy golden retriever, pełen radości życia pod warunkiem stałego dostępu do hot dogów.

Po drugiej stronie pomieszczenia Peter Cook, odbywający po doktoracie staż w Santa Cruz, wcześniej badacz lwów morskich, lustrował drugą grupę psów, nie tak dobrze ułożonych jak retrievery. W tej żywiołowej sforze wyróżniała się Libby, rudawy mieszaniec pitbulla, która stała sztywno jak pomnik w specjalnym kagańcu wymyślonym przez nas, żeby pomóc psom w utrzymywaniu właściwej pozycji głowy przy skanowaniu. Jej właścicielka, Claire Pearce, znalazła Libby wałęsającą się na poboczu autostrady w Kalifornii. Szczęśliwie Claire jest doświadczonym trenerem zwierząt, dzięki czemu sukę udało się wychować na tyle, by mogła przebywać w towarzystwie ludzi. Ale nie w towarzystwie innych psów. Ich obecność pobudzała ją do szczekania i prób ataku. Claire zajęła miejsce w kącie, gdzie mogła zapanować nad Libby i gdzie Libby nie mogła prowokować innych psów.

Wiele osób uczestniczących w Projekcie Pies nie lubiło Libby, ale mnie się ona podobała. Przypominała mi Callie, czarnego mieszańca teriera, którą moja żona przygarnęła ze schroniska. Callie była wycofana emocjonalnie, niepewna siebie i skłonna do wdawania się w bójki, ale uczyła się bardzo gorliwie. Była pierwszym psem szkolonym do testów z MRI i w toku eksperymentów przywiązałem się do niej jak do żadnego innego psa.

Zen i jego zgraja retrieverów to wspaniałe zwierzęta, o jakich marzy każde dziecko, natomiast Libby i Callie są dziksze i mniej udomowione. Przypominają relikt z czasów ostatniego zlodowacenia, kiedy naszym prehistorycznym przodkom udało się oswoić wilki i zamienić je w zwierzęta domowe. Życie z takimi psami wymaga pogodzenia się z ich nieprzewidywalnością. Nikt nie umiał dotąd odpowiedzieć na pytanie, czy te różnice osobowości są uwarunkowane genetycznie, wynikają z innego przebiegu socjalizacji w wieku szczenięcym, czy też są skutkiem odmienności funkcjonowania mózgu. Postawiłem sobie za cel stwierdzenie, jakie zjawiska zachodzące w mózgu Zena czynią go Zenem, tak różnym od Libby i innych psów.

Libby (fot. Gregory Berns)

Przedsięwzięcie to nie obyło się bez kontrowersji. Wielu uczonych odrzucało myśl, że możemy poznać umysł zwierzęcia, nawet za pomocą nowoczesnej techniki stosowanej w neuronauce. Istotę problemu sformułował filozof Thomas Nagel w głośnym eseju zatytułowanym What It Is Like to Be a Bat? (Jak to jest być nietoperzem?)1. Neuronauka, pisał Nagel, nigdy nie będzie w stanie wytłumaczyć subiektywnego doznania polegającego na posiadaniu myśli i uczuć. Nawet jeśli dowiemy się, jak działa mózg nietoperza, nie posunie to nas ani o krok w kierunku zrozumienia, jak to jest być nietoperzem. Nietoperze są bowiem zbyt odmienne od ludzi. Rozważmy choćby echolokację. Ponieważ ludzie nie mają takiego zmysłu, nigdy nie zdołamy wyobrazić sobie, jak się czuje nietoperz, kiedy z niego korzysta. Nie mówiąc już o lataniu. Według Nagela nie znajdziemy w mózgu nietoperza niczego, co powiedziałoby nam, jak się zwierzę czuje podczas lotu.

Esej Nagela wywarł doniosły wpływ na interpretację wyników neuronauki. Dziedzina ta zajmuje się mierzalnymi cechami mózgu, a subiektywne doświadczenia nie dawały się wyrażać liczbowo. Nie istniały narzędzia pozwalające na pomiar doznań przy wąchaniu róży albo tego, co czuje pies, kiedy jego pan wraca do domu. Im usilniej dążyliśmy do uchwycenia obiektywnych cech tych doświadczeń, tym bardziej oddalaliśmy się od ich jednostkowego, subiektywnego postrzegania. Bez możliwości ilościowej oceny subiektywnych doznań nie mogło być mowy o pożenieniu ich z neuronauką. Według Nagela możemy dowolnie głęboko spenetrować mózg, ale bez znalezienia powiązań między zjawiskami subiektywnymi i obiektywnymi nigdy nie zbliżymy się do zrozumienia, jak to jest być zwierzęciem. To samo odnosi się do ludzi. Cokolwiek mówimy i czynimy, nie mamy sposobu, by w pełni dowiedzieć się, co myśli i czuje inna osoba. Zgodnie z tą logiką grzebanie się w mózgu też nic nie pomoże.

Dwa przykłady Nagela, latanie i echolokacja, na pierwszy rzut oka wydają się bardzo odległe od ludzkiego doświadczenia. Ale przecież dzisiaj nie są niczym niezwykłym poszukiwacze mocnych wrażeń, którzy odziani w kombinezony typu wingsuit fruwają niczym wielkie nietoperze przez górskie kaniony. Ci, którzy odważyli się na taki lot, mogą nam opowiedzieć, jakie to uczucie. Nawet argument o echolokacji nie jest tak mocny, jak by się zdawało. Wszyscy mamy zalążki zmysłu badania przestrzeni dźwiękiem. Wystarczy głośno coś powiedzieć, by bez trudu odróżnić rozmiary i układ łazienki od sali balowej czy koncertowej.

Kiedy pytamy, jak to jest być nietoperzem albo psem, idzie nam o wewnętrzne doświadczenie zwierzęcia. Nazwijmy to stanem umysłu. Pytanie dotyczy różnicy między punktem widzenia zewnętrznym a wewnętrznym. Nagel dowodził, że nie można się dowiedzieć, jak to jest być nietoperzem (albo innym człowiekiem), nie będąc nim, ponieważ subiektywne doświadczenie to kwestia wewnętrznego punktu widzenia – tego, co czuje dany osobnik – a to nie to samo, co jego relacja przekazana komuś innemu czy tym bardziej obserwacja poczyniona przez osobę postronną. Opis własnych doznań jest jakimś sposobem podzielenia się z innymi swoimi przeżyciami, ale – jak wskazywał Nagel – będzie to dla nich co innego, niż gdyby doświadczyli tego osobiście2.

Lecz z faktu, że nie możemy stać się inną osobą, nie wynika jeszcze, byśmy nie mogli wyrobić sobie całkiem dobrego wyobrażenia o tym, co ona czuje. Ważną rolę odgrywa tu mowa, pozwalająca nam komunikować się i opisywać różne zjawiska, lecz sama mowa mogłaby nie wystarczyć do tego, żeby skutecznie dzielić się wrażeniami. Jeśli możemy to uczynić, to przede wszystkim dlatego, że wszyscy ludzie mają te same cechy fizyczne i przebywają w tym samym środowisku. Jesteśmy do siebie bardzo podobni i mowa wykorzystuje te zbieżności, budując symboliczną drogę na skróty.

Podobieństwa te dotyczą jednak także innych zwierząt3. Z wieloma gatunkami łączą nas te same procesy fizjologiczne podtrzymujące życie, a w ramach gromady ssaków podobieństw jest jeszcze więcej. Wszystkie ssaki oddychają powietrzem. Wszystkie mają po cztery kończyny. Wszystkie potrzebują snu i pokarmu. Wszystkie rozmnażają się płciowo, są żyworodne i muszą przez pewien czas opiekować się nowo narodzonym potomstwem. Ponadto wiele gatunków ssaków to zwierzęta żyjące stadnie. Przy takim podobieństwie fizycznym dziwne byłoby założenie, że struktura naszych wewnętrznych doznań jest całkowicie odmienna, a przecież często tak właśnie się twierdzi.

Te czysto fizyczne zagadnienia podsuwają sposób na dotarcie do wewnętrznego doświadczenia innych istot. Zamiast szukać odpowiedzi na ogólne pytanie, jak to jest być psem, możemy skupić się na konkretach. W jaki sposób pies odczuwa radość? Albo jeszcze bardziej konkretnie: w jaki sposób odczuwa radość Zen? Albo jak się czuje Libby, gdy powstrzymuje się od szczekania na inne psy? Oczywistymi obszarami, w których możemy szukać odpowiedzi na te pytania, są postrzeganie, emocje i ruchy. Dochodzą do tego obszary niezbędne dla funkcjonowania organizmu, takie jak sen, pragnienie i głód. Wszystko to w sumie tworzy doświadczenie psychiczne4.

U ludzi występuje jeszcze kilka innych wymiarów doświadczania, zwłaszcza mowa i reprezentacja symboliczna. Mowa służy do porozumiewania się z innymi, lecz umożliwia nam także prowadzenie wewnętrznego monologu. Dominuje nad pozostałymi obszarami i nadaje im nazwy. Nie możemy nic na to poradzić. Zdaniem niektórych język jest tak integralną częścią ludzkiego doświadczania, że jego słowa wpływają na odbiór wszystkich innych doznań. William James, ojciec amerykańskiej psychologii, pisał, że człowiek boi się niedźwiedzia, ponieważ uświadamia sobie, że przy spotkaniu z nim serce bije mu szybciej i wtedy mówi sobie: „Jestem przerażony!”.

Ta dominacja mowy to powód, dla którego wielu badaczy odrzucało możliwość zrozumienia, czego doświadcza zwierzę. Pies nie może powiedzieć sam do siebie: „Jestem przerażony”, więc niektórzy uczeni próbowali zredefiniować najlepiej zbadaną zwierzęcą emocję – czyli lęk – przyjmując, że jest to program behawioralny, który wytworzył się u zwierząt celem unikania bolesnych doznań5. To byłby krok w tył, w kierunku kartezjańskiego postrzegania zwierząt jako automatów.

Można by sądzić, że uczony powinien w tej sprawie pozostać agnostykiem, ale warto przypomnieć, że taka sama postawa „poczekamy, zobaczymy” dominowała swojego czasu w debacie wokół zmian klimatu. To prawda, że wielu jeszcze rzeczy nie wiemy o mechanizmach rządzących klimatem, ale w pewnym momencie nie można już ignorować rosnącej liczby danych i dla każdego racjonalnie myślącego człowieka staje się jasne, że nasza planeta rozgrzewa się za sprawą ludzkiej działalności. To samo dotyczy umysłowego życia zwierząt. Podobnie jak w przypadku klimatu, negowanie go pociągało za sobą określone konsekwencje. Długotrwały agnostycyzm w kwestii tego, czy zwierzęta mają życie emocjonalne, a niektóre gatunki nawet pewien stopień świadomości, pozwalał ludziom krzywdzić je i eksploatować w najrozmaitszy sposób. Ale to się zaczyna zmieniać.

Zanim pojawiły się nowoczesne narzędzia neuronauki, jedyny sposób na poznanie stanu umysłu innej istoty polegał na obserwowaniu jej zachowań, a u ludzi na wypytywaniu, co dana osoba myśli lub czuje. Obie te metody są dalekie od doskonałości. Obserwacja zachowania pozwala jedynie snuć domysły na temat wewnętrznych doznań osobnika. Jest to dość skuteczne w odniesieniu do ludzi, gdyż mamy taką samą budowę ciała i ukształtowała nas ta sama kultura, ale kiedy idzie o zwierzęta, dzieli nas od ich stanów wewnętrznych głęboka przepaść. A jeśli zwierzę pozostaje bezczynne? Skąd mamy wiedzieć, co w tym momencie czuje i czy w ogóle coś czuje? Od tego rodzaju wątpliwości wychodził Nagel, dowodząc, że nie możemy dowiedzieć się, jak to jest być zwierzęciem.

Uczeni twierdzący, że zwierzęta nie doznają emocji, mogli też kierować się osobistymi motywacjami. Chodziło o usprawiedliwienie prac badawczych wymagających okrutnego traktowania zwierząt. Uważam jednak, że takie racjonalizacje są naiwne i egoistyczne. Fakt, że zwierzę nie potrafi uzewnętrznić swoich wewnętrznych stanów, nie oznacza, że nie czuje czegoś zbliżonego do tego, co mógłby czuć człowiek w podobnej sytuacji. Nie tylko ja kwestionuję status quo. Od eseju Nagela upłynęło czterdzieści lat ciągłego postępu badań i obecnie wahadło przechyla się na stronę neuronauki. Dwa niedawne osiągnięcia pokazały, że badając mózg, naprawdę możemy dowiedzieć się czegoś o psychicznych doznaniach jego właściciela nawet przy braku odpowiednich zachowań zewnętrznych.

W 2006 roku Adrian Owen, neuronaukowiec z Cambridge, wykorzystał funkcjonalny rezonans magnetyczny (fMRI) do badania mózgowych reakcji dwudziestotrzyletniej kobiety, która nie odzyskała przytomności po wypadku drogowym, a doznała podczas niego poważnego urazu mózgu6. Według wszelkich kryteriów klinicznych pozostawała w stanie wegetatywnym. Lecz kiedy Owen i jego współpracownicy mówili do niej, obserwowali podwyższoną aktywność lewej części kory czołowej, zwłaszcza po wypowiedziach niejednoznacznych. Co jeszcze bardziej znamienne, kiedy polecano pacjentce, by wyobrażała sobie, że gra w tenisa albo wchodzi do poszczególnych pokojów w swoim domu, stwierdzano zwiększoną aktywność obszarów kory mózgowej związanych z orientacją przestrzenną. Wyniki Owena były niezwykle znaczące. Dowodziły, że subiektywne, wewnętrzne doznania mogą być oderwane od zachowań zewnętrznych, ale obrazowanie mózgu może je ujawnić.

W 2008 roku Jack Gallant, psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, przesunął granice poznania mózgu jeszcze dalej. Udowodnił, że można stwierdzić, na co dana osoba patrzy, mierząc aktywność jej kory wzrokowej. W ciągu następnych kilku lat Gallant systematycznie udoskonalał swoją technikę, aż w końcu potrafił ustalić nie tylko, na co badany patrzy, lecz również jaki to jest widok (osoba, przedmiot, scena), a nawet stwierdzić, kiedy widok ten jest tylko przywoływany w pamięci7. Wyniki Gallanta udowodniły ponad wszelką wątpliwość, że fizyczne pomiary aktywności mózgu można przełożyć na określone stany umysłu – w tym wypadku wrażenia wzrokowe. To była triumfalna rehabilitacja poglądów materialistycznych redukcjonistów. Obserwując mózg, można odszyfrować zjawiska umysłowe.

Skoro zaś techniki te sprawdzają się w wypadku ludzi, to dlaczego nie mielibyśmy ich użyć do badania stanów umysłu zwierząt? Zdobycie wiedzy o tym, jak to jest być nietoperzem albo psem, wydaje się leżeć w zasięgu naszych możliwości.

Po rozgrzewce Claire uwolniła Libby z kagańca. Suka spostrzegła, że się jej przyglądam, i uznała to za zaproszenie do zabawy. Próbowała się rozpędzić, ale nie miała dobrego oparcia na śliskiej podłodze. Na wpół biegnąc, na wpół jadąc, dopadła do mnie wielce podniecona. Podskoczyła mi do twarzy. Przewidywałem to, więc uchyliłem się i Libby przeleciała obok. Dopiero wtedy przyklęknąłem i pozwoliłem jej na zapalczywe lizanie.

Claire podeszła i wzięła Libby na smycz.

– Libby, dosyć!

Libby siadła, spoglądając na przemian to na mnie, to na Claire. Z największym wysiłkiem powstrzymywała się, by znowu nie zacząć na mnie skakać w porywie entuzjazmu. Gdyby jej ogon nie był taki wątły, zamiotłaby nim całą podłogę.

– Włóżcie ją do rury – powiedział Peter. „Rura” to był produkt firmy Sonotube długości dwóch metrów, normalnie używany jako szalunek przy wylewaniu betonowych słupów. Zastosowałem go w roli symulatora wnętrza skanera MRI. Rura leżała poziomo na stole pośrodku pokoju ćwiczeń. Wewnątrz umieściliśmy arkusz sklejki udającej łoże dla pacjenta.

Claire poprowadziła Libby do przenośnych schodków sięgających wylotu rury. Suka uczestniczyła w Projekcie Pies od trzech lat, więc wiedziała, co ma robić. Wbiegła po stopniach i ułożyła pysk na podpórce – bloku styropianu wyciętym tak, by pasował do profilu jej szczęki. Podpórka była umocowana do imitacji cewki odbiorczej – części skanera, która wychwytuje sygnały z mózgu. Jej wersja przeznaczona dla ludzi przypomina hełm szturmowców Imperium z Gwiezdnych wojen, ale podczas pracy z psami używamy tylko dolnej części, która normalnie obejmuje kark.

Kiedy Libby już skuliła się w rurze z głową w hełmie, Claire przystąpiła do kolejnego eksperymentu. Wszystkie nasze wcześniejsze badania sprowadzały się do testów pasywnych. Dostarczaliśmy psom pewnych bodźców, takich jak ruch ręki, obraz komputerowy, smakołyk lub zapach, a one miały tylko pozostawać bez ruchu podczas pomiaru ich reakcji mózgowych. Wyniki były nadzwyczaj pomyślne. Przeszkoliliśmy w ten sposób ponad dwadzieścia psów i opublikowaliśmy kilka artykułów omawiających funkcjonowanie ośrodka nagrody w psim mózgu. Teraz Claire i Libby miały spróbować czegoś znacznie bardziej złożonego. Pracowały nad aktywnością fizyczną. Po raz pierwszy Libby miała podczas prawdziwego skanowania MRI przejawić jakieś zachowanie.

Badanie zachowań psa w toku skanowania było czymś całkowicie sprzecznym z nieruchomością, której wymagaliśmy przy wcześniejszych pracach, ale mogło stanowić klucz do zrozumienia, co sprawia, że Libby to właśnie Libby, i jakie cechy jej mózgu powodują, że różni się od Zena. Ich widoczne zachowania nie pozostawiały wątpliwości, że te dwa psy są bardzo odmienne, ale badanie ich reakcji na ludzi i inne psy za pomocą MRI było kłopotliwe. Być może Zen z właściwą mu pewnością siebie zachowałby spokój, ale było jasne, że Libby tego nie potrafi.

Zapożyczyliśmy więc pomysł eksperymentu z obszaru psychologii człowieka. Jest to coś, co potrafią nawet małe dzieci. Nazywa się to zadaniem typu „rusz – nie rusz” (Go-NoGo).

Kiedy Libby znalazla się w symulatorze, Claire wydobyła gwizdek szkoleniowy.

Spojrzała w głąb rury na Libby i gwizdnęła.

Libby bez wahania trąciła pyskiem mały plastikowy przedmiot przyklejony taśmą do podpórki centymetr od jej nosa. Claire nacisnęła przycisk na mieszczącym się w dłoni pudełku, które wydało głośne kliknięcie. Ono zasygnalizowało Libby, że zachowała się prawidłowo, i Claire nagrodziła ją smakołykiem.

Jak dotąd szło dobrze. Libby nauczyła się, co oznacza dźwięk gwizdka: Dotknij celu. Większość psów uczyła się tego dosyć łatwo. Zaczynaliśmy od umieszczenia celu na podłodze. Wskazując go psom, dawaliśmy im do zrozumienia, że jest to coś, co powinny zbadać. Robiły to z przyjemnością. Kolejnym prostym krokiem było użycie gwizdka w chwili wskazywania celu. Kiedy pies dotknął celu, właściciel nagradzał go jakimś kąskiem. Po krótkim czasie można już było zrezygnować z pokazywania.

Teraz przyszła pora na trudniejszą część zadania. Nie wyjmując gwizdka z ust, Claire uniosła ramiona i skrzyżowała je na kształt litery X. To znaczyło: Nie ruszaj się. Nawet jeśli usłyszysz gwizdek.

Ze skrzyżowanymi ramionami Claire cicho gwizdnęła.

Libby patrzyła na nią beznamiętnie.

– Dobrze – powiedział Peter. – Daj jej nagrodę.

Żeby się upewnić, czy rezultat nie był przypadkowy, Claire opuściła ramiona i jeszcze raz zagwizdała. Tym razem Libby dotknęła celu.

– Dobra dziewczynka! – pochwaliła ją Claire, wręczając kolejny smakołyk.

Wyglądało na to, że Libby rozumie, iż gwizdek oznacza Go, a skrzyżowane ramiona znaczą NoGo i są ważniejsze od gwizdka.

– Wyszło doskonale – powiedział Peter. – A teraz spróbujmy głośniej.

Powtarzaliśmy ćwiczenie ze skrzyżowanymi ramionami i coraz silniejszym dźwiękiem gwizdka, a Libby wciąż leżała spokojnie z głową na podpórce. Byłem zachwycony. To jest trudne nawet dla ludzi.

Zadanie „rusz – nie rusz” było przez dziesiątki lat jednym z podstawowych narzędzi psychologów. My używaliśmy gwizdka, by sygnalizować Libby, że ma trącić cel nosem, w eksperymentach z ludźmi chodzi o naciśnięcie klawisza. Ludzie również muszą wykazać się dobrym poziomem samokontroli, by sprostać temu zadaniu, i wcale nie każdy dobrze sobie z tym radzi. Małe dzieci, o słabo rozwiniętym płacie czołowym, w ogóle nie potrafią tego wykonać. Miałem nadzieję, że podobne indywidualne zróżnicowanie występuje również wśród psów, ponieważ otworzyłoby nam to drogę do badania różnic pomiędzy ich mózgami.

Pies nie ma zbyt wielkiego mózgu. Jest on w przybliżeniu wielkości cytryny, a jego płat czołowy jest w proporcji do całości o wiele mniejszy niż u człowieka. Nic więc dziwnego, że psy nie są mistrzami samokontroli. Pewnie, można je nauczyć różnych sztuczek i nawet skłonić do długotrwałego siedzenia bez ruchu w oczekiwaniu na pana, który przyniesie im coś smacznego. Ale moje psy domowe nieustannie się kręcą, próbując podwędzić jakiś zapomniany kęs jedzenia lub części bielizny. Callie ledwie sięgała na blat kuchenny, ale bardzo zmyślnie umiała chwytać cząstki pokarmu, obracając głowę bokiem i wyciągając daleko język niczym mrówkojad. Albo nie potrafiła się od tego powstrzymać, albo przeciwnie, doskonale panowała nad sytuacją i wiedziała, jak daleko może się posunąć, zanim ktoś z ludzi ją zwymyśla.

Brak samokontroli często sprawia, że psy lądują w schroniskach. Gryzienie, szczekanie, niszczenie sprzętów, oddawanie moczu w domu to najpowszechniejsze przyczyny, dla których ludzie rezygnują z psa. Zbadanie, które obszary psiego mózgu odpowiadają za panowanie nad impulsami i jak te obszary funkcjonują, stało się głównym celem Projektu Pies. Gdybyśmy dokonali istotnego postępu w tej dziedzinie, moglibyśmy ograniczyć liczbę psów oddawanych do schronisk i usypianych.

Zachowaniem Libby byliśmy skonfundowani. Słabo panowała nad impulsami w kontaktach z innymi psami, ale podczas prób z symulatorem MRI zachowywała się wzorowo. Nasza prosta koncepcja mówiąca, że pies albo panuje nad sobą, albo nie, okazała się niekompletna. Jeśli Libby przejawia doskonałą samokontrolę w jednej sytuacji, a poddaje się impulsom w innej, to znaczy, że poziom samokontroli jest zależny od kontekstu. Chcieliśmy poznać tę zależność.

Chociaż inne psy nie pobudzały się tak łatwo jak Libby, to wiele z nich z trudem uczyło się wykonywania zadań typu „rusz– nie rusz”. Niektóre potrzebowały kilku miesięcy, by osiągnąć biegłość porównywalną z Libby. Trudno je za to winić. Przecież wiele z nich uczestniczyło w próbach z MRI od samego początku. Wiedziały, że kiedy mają na głowie prawdziwy hełm lub jego imitację, nie powinny się poruszać. Zadanie „rusz – nie rusz” stało w sprzeczności z całym ich dotychczasowym szkoleniem. Libby dostosowała się do nowych okoliczności, ale inne, bardziej bierne psy najwyraźniej trzymały się starych nawyków. Nie wiedziałem, czy był to upór, czy dezorientacja.

Typowym przykładem takiej umysłowej bierności była Kady, podobnie jak Zen mieszaniec golden retrievera i labradora. Miała gęstą, prawie śnieżnobiałą sierść, z którą kontrastowały wielkie oczy czekoladowej barwy. Była jednym z najsłodszych psów, z jakimi się zetknąłem, ale muszę także przyznać, że robiła wrażenie istoty bezmyślnej. Snuła się bez celu, dopóki jej właścicielka, Patricia King, nie powiedziała jej, co ma robić. Bez wątpienia było to w większości dziedzictwo genetyczne. Przewidziana na psa służbowego, Kady wywodziła się z długiej linii psów hodowanych do wykonywania na rozkaz czegoś, czego ludzie nie mogli zrobić sami. Wyglądało to niemal tak, jakby Patricia była dla Kady dodatkowym mózgiem. Nie jest jasne, czy tego rodzaju psy oddzielają własne życzenia od życzeń właściciela i czy w ogóle widzą między nimi istotną różnicę.

Samo zachowanie nie mogło nam nic powiedzieć o tym, jak to jest być Kady, ponieważ mogło wynikać z wielu motywacji. Dopiero odczytując stany jej mózgu, moglibyśmy uzyskać wgląd w powody, dla których suka robi coś lub tego nie robi. Mając Libby i Kady na dwóch krańcach spektrum psiej elastyczności, zyskalibyśmy doskonałą okazję do zbadania wewnętrznej gry między tym, czego pies pragnie, a tym, na co mu się pozwala.

Ale najpierw musieliśmy sprawić, by Kady zaangażowała się w nowy rodzaj ćwiczeń.

Kady nie chciała dotykać celu. To było dziwne, gdyż piłka stanowiła jej ulubioną zabawkę. Sądziłem, że szturchanie plastikowego przedmiotu nosem jest czymś podobnym do uganiania się za piłeczką. Obie te czynności wymagają użycia nosa i pyska. Ale w ten sposób znowu wpadłem w pułapkę myślenia na ludzki, a nie psi sposób.

Kiedy Kady miała głowę w hełmie, w ogóle się nie poruszała, dzięki czemu była szczególnie przydatna do naszego projektu. Skanowanie stawało się łatwizną. Odwrotna strona medalu polegała na tym, że gdy tylko zmieniliśmy kontekst zadania, Kady zamknęła się w sobie. Wyglądało na to, że zamiast próbować zrozumieć, czego od niej oczekujemy, woli nic nie robić i czekać na polecenia Patricii.

Szczęśliwie mogliśmy wykorzystać wyjątkową zdolność psów do interpretacji gestu wskazywania. Brian Hare, antropolog ewolucyjny z Uniwersytetu Duke’a, przebadał tę umiejętność u kilku gatunków, między innymi u psów i naczelnych. Jak stwierdził, pies zdaje się rozumieć, że kiedy człowiek na coś wskazuje ręką, to należy patrzeć w tym kierunku. Ludziom wydaje się to oczywiste, ale inne naczelne opanowują tę umiejętność dopiero po długotrwałym szkoleniu, jeśli w ogóle są do tego zdolne. Małpa zwykle będzie po prostu patrzyła na wskazujący palec. Badacze spierają się o to, czy umiejętność kierowania się takim wskazaniem jest wrodzona, czy wyuczona. Monique Udell, badaczka zachowań psowatych z uniwersytetu stanu Oregon, wykazała, że wilki wychowujące się od urodzenia wśród ludzi radzą sobie z tym równie dobrze jak psy. Dowodziła, że ręce człowieka mają szczególne znaczenie dla psów i oswojonych wilków, ponieważ psowate szybko uczą się, że z tych rąk otrzymuje się pokarm. Jej zdaniem naturalnym rozszerzeniem znaczenia przywiązywanego do ludzkiej ręki jest zwracanie wzroku w stronę przez nią wskazywaną, zwłaszcza jeśli sama ręka nie zawiera pokarmu. Hare natomiast utrzymuje, że zachowanie to jest wrodzone i że rozwijało się u psów w ciągu tysiącleci. Niezależnie jednak od tego, czy psia umiejętność podążania wzrokiem za palcem wskazującym człowieka jest wrodzona, czy wyuczona, wykorzystaliśmy ją, by nauczyć Kady, co ma robić.

Najpierw Patricia wskazała palcem plastikowy cel leżący na podłodze. Kady podeszła do niej i węszyła wokół palca, machając zadartym ogonem. Niewątpliwie spodziewała się poczęstunku. Kręcąc się, niechcący potrąciła cel. O to właśnie chodziło, więc Patricia natychmiast zawołała: „Dobry pies!” i wręczyła suce smakołyk.

Kady nie rozumiała jeszcze w tym momencie, co się właściwie zdarzyło, ale wiedziała, że spotkała ją przyjemność.

Powtarzały to ćwiczenie wielokrotnie.

Wreszcie po jakichś dwudziestu razach zagrało. Kiedy Patricia wskazała cel, Kady podbiegła do niego i z rozmysłem szturchnęła go nosem. Dopiero potem obejrzała się na swoją panią, oczekując pochwały i nagrody. Nauczyła się, że poczęstunek zależy od tego, czy dotknie celu.

Gdy Kady wiedziała już, że szturchanie nosem plastikowego przedmiotu to fajna zabawa, Patricia wprowadziła do gry gwizdek. Zamiast tylko wskazywać cel, jednocześnie gwizdała. Po kolejnych dwudziestu powtórzeniach Kady przeniosła skojarzenie na dźwięk gwizdka i Patricia nie musiała już w ogóle wskazywać niczego palcem.

Kady nauczyła się dotykać nosem celu leżącego na podłodze, więc przyszła pora na przeniesienie go do hełmu. Żeby bowiem nasz eksperyment się powiódł, wszystkie psy, lękliwe czy nie, musiały szturchać cel nosem w trakcie skanowania MRI. Psy są jednak zaskakująco wyczulone na kontekst sytuacji. Chociaż Kady umiała wykonać zadanie, gdy cel leżał na podłodze, nie znaczyło to bynajmniej, że zrobi to samo w hełmie. Nie mieliśmy nawet gwarancji, że uzna, iż ma do czynienia z tym samym celem co poprzednio, chociaż dla człowieka byłoby to oczywiste. Wciąż nie wiedzieliśmy, jak to jest być Kady.

Gdy Kady miała już na głowie hełm z celem przyczepionym taśmą do bocznej osłony, o centymetr od jej nosa, Patricia zagwizdała. Suka jedynie obejrzała się w jej stronę. Jej oczy pozostały bez wyrazu.

Patricia powtórzyła próbę jeszcze kilka razy i spojrzała na nas zirytowana: „I co z tym poczniemy?”.

Odpowiedź brzmiała naturalnie, że trzeba zrobić to samo co poprzednio na podłodze. Wskazywać cel, a w razie potrzeby go dotykać, używając gwizdka tak długo, aż Kady zrozumie, czego od niej chcemy.

Z psami takimi jak Kady nie szło to szybko. Inaczej niż Libby, po prostu nie miały ochoty poruszać się w hełmie. W końcu jednak wszystkie nauczyły się szturchać cel nosem na gwizdek, a także, choć w niejednakowym stopniu, powstrzymywać się od tego na widok skrzyżowanych ramion. Niektóre potrzebowały na to dwóch miesięcy, inne aż pół roku.

Teraz przyszła pora na skaner. Przy odrobinie szczęścia i właściwym ustawieniu eksperymentu mieliśmy się wkrótce dowiedzieć, co się dzieje w mózgach tych psów.

Rozdział 2

Test słodkiej pianki

Patricia chciała jak najwcześniej przejść do badań z MRI, więc przydzieliliśmy jej pierwszy termin – piękny kwietniowy dzień 2014 roku. Przyjechałem pół godziny wcześniej, żeby włączyć komputery sterujące skanerem i przygotować pomieszczenie dla psów. Ułożyłem świeże prześcieradło na łożu pacjenta i ustawiłem obok schodki, żeby psy mogły wejść na nie samodzielnie. Kilka minut później zjawił się Peter i zaczął rozstawiać swoje urządzenia. Pierwszym było pudełko z przyciskami służące do mierzenia czasu każdej próby. Miał naciskać jeden przycisk w chwili, gdy Patricia dmuchnie w gwizdek, a następny, kiedy Kady dotknie nosem celu. Potem Peter umocował wewnątrz rury skanera lusterko, w którym miał obserwować ruchy psa. Wreszcie za pomocą taśmy dwustronnej przykleił podpórkę dla pyska wewnątrz hełmu i naciśnięciem przycisku na skanerze wysłał całość do wnętrza rury.

Kady wpadła do pomieszczenia kontrolnego, wywijając ogonem i całym zadem. Już dziesiąty raz brała w tym udział. Żadnego śladu niepokoju. Patricia dała jej kilka minut na uspokojenie się, po czym powiedziała:

– Hełm!

Kady pokonała kilka stopni, ułożyła pysk na podpórce i poczekała, aż jej pani obejdzie od tyłu skaner, żeby mogły patrzeć sobie w oczy. Planowaliśmy dla rozgrzewki powtórzyć dziesięć razy ćwiczenie Go i dziesięć razy NoGo, zanim zaczniemy naprawdę skanować. Nie spodziewaliśmy się idealnego wykonania, ale 80 procent udanych prób każdego rodzaju w pełni by nas zadowoliło.

Lecz Kady wróciła do swojej zasady: w skanerze nie będę się ruszać. Żadne gwizdki nie zdołały skłonić jej do działania. Trzeba było coś z tym zrobić. Mark zaproponował, żebyśmy wypuścili ją ze skanera i wrócili do wcześniejszych zabaw.

– Wolna! – powiedziała Patricia.

Kady wycofała się z rury i zeszła ze schodków z taką miną, jakby wszystko było w porządku. Rozłożyliśmy kilka plastikowych przedmiotów na podłodze, tak jak na początku szkolenia. Chociaż w zasadzie chcieliśmy, żeby psy zachowywały się spokojnie, tym razem postanowiłem odwołać się do osobowości Kady i zacząłem ją tarmosić, żeby się ożywiła i była chętna do zabawy. Patricia gwizdnęła i wskazała cel. Kady pobiegła do niej, potrącając po drodze zabawki. Wszyscy ją dopingowali.

Po dziesięciu minutach takiej zabawy Kady wydawała się gotowa do kolejnej próby w skanerze. Tym razem się powiodło. Choć nie wykonała zadania perfekcyjnie, to na blisko 75 procent gwizdnięć reagowała dotknięciem celu. Mogliśmy zaczynać.

MRI to cudowne narzędzie. Jak dotąd najdoskonalsza technika pozwalająca zajrzeć w głąb ciała. Nie wymaga promieni X ani innej formy promieniowania jonizującego, potrzebny jest tylko wyjątkowo silny magnes i bardzo wyrafinowane oprogramowanie służące do tworzenia obrazów. A ponieważ nie ma radiacji, MRI jest nieszkodliwe dla pacjentów.

Skanery MRI miewają jednak kaprysy. Zdarza się, że niektóre podzespoły zawodzą i na ekranie kontrolnym pojawiają się niezrozumiałe komunikaty o błędach, wymagające interwencji tajnego zakonu techników, znanego jako obsługa serwisowa. Głównym źródłem zamieszania jest konieczność utrzymywania magnesu w niskiej temperaturze. Żeby urządzenie działało, musi być w nim wytworzone pole magnetyczne 60 tysięcy razy silniejsze od naturalnego pola Ziemi. Jedyny sposób, by to osiągnąć, polega na owinięciu rury skanera kilometrami przewodów i przepuszczeniu przez nie prądu elektrycznego. Właśnie ten prąd generuje wewnątrz rury pole magnetyczne. Chodzi o to, że aby to pole było wystarczająco silne, natężenie prądu musi być tak wysokie, iż stopiłoby każdy przewód wykonany z miedzi. Dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku rozwiązano ten problem dzięki odkryciu specjalnych materiałów zwanych nadprzewodnikami. W skanerze MRI używa się przewodów zrobionych z niobu i tytanu. Kiedy te egzotyczne metale schłodzi się do skrajnie niskiej temperatury, tracą całkowicie oporność elektryczną i mogą przewodzić dowolnie silne prądy. Z powodu braku oporu przewody nie nagrzewają się i nie ma utraty energii. Raz uruchomiony magnes nadprzewodnikowy działa już bez przeszkód.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki