Co ma Viktor Orbán w głowie - Amélie Poinssot - ebook
PROMOCJA

Co ma Viktor Orbán w głowie ebook

Amélie Poinssot

5,0

Opis

Amélie Poinssot odtwarza drogę, jaką przebył student urzeczony w latach 80. polską Solidarnością, później szef partii politycznej i premier Węgier, jedna z najbardziej wyrazistych i kontrowersyjnych postaci europejskiej sceny politycznej. Autorka próbuje zrozumieć wybory ideowe i strategię Viktora Orbána, genezę i źródła jego poglądów i decyzji politycznych, przyczyny porażek i sukcesów wyborczych. Pokazuje je wnikliwie i bezstronnie. To fascynujący portret intelektualny polityka, wobec którego nikt nie pozostaje obojętny.

Amélie Poinssot to francuska dziennikarka specjalizująca się w problematyce Europy Środkowej i Wschodniej; pracowała m. in. w Polsce, Grecji i na Węgrzech. Współpracowała z licznymi francuskimi mediami, od pięciu lat związana jest z internetowym dziennikiem MEDIAPART.



Orbán były antykomunista, który domagał się wyjścia wojsk sowieckich – i Putin, były agent KGB: zbliżenie zaskakujące. W roku 2014, Orbán – już jako szef władzy wykonawczej – ponownie udaje się do Moskwy. Oficjalnie nie ma w kieszeni planu. Ale po powrocie ogłasza zapowiedź, która zaskakuje cały aparat Fideszu: dwa nowe reaktory jądrowe zaprojektowane przez Rosjan powstaną w elektrowni Paks. Co zaszło między tymi dwoma politykami? Tego zapewne nie dowiemy się nigdy. Jedno jest jednak pewne: żaden przetarg nie został w tej sprawie ogłoszony i nic nie usprawiedliwia w obecnej sytuacji energetycznej kraju dalszego rozwoju tego przedsiębiorstwa. Od tej pory prorosyjska linia przywódcy węgierskiego tylko się potwierdza, wbrew opinii publicznej nieszczególnie sprzyjającej Moskwie. Podczas swej trzeciej kadencji Viktor Orbán odbył nową podróż do Rosji (2016), natomiast Władimir Putin był z rewizytą dwukrotnie: w roku 2015 i 2016. Węgierski premier był pierwszym, który sprzeciwił się sankcjom europejskim nałożonym na Rosję po aneksji Krymu i wojnie na wschodzie Ukrainy. Orbán nie kryje sympatii dla metod rosyjskiego prezydenta: jego polityka wobec organizacji pozarządowych jest wzorowana na prowadzonej przez Moskwę od roku 2012. Prawdziwa fascynacja czy skrywana obawa?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 171

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Dans la tête de Viktor Orbán
Redakcja: ELŻBIETA DERELKOWSKA
Projekt okładki: MAŁGORZATA FRĄCKIEWICZ
Skład i łamanie: MAŁGORZATA FRĄCKIEWICZ
© Editions Actes Sud – Arles 2019 Published by arrangement with SAS Lester Literary Agency & Associates Copyright for the Polish translation by Andrzej Bilik 2019 Copyright for the Polish Edition by Fundacja Oratio Recta 2019
ISBN 978-83-64407-60-4
Wydawca Fundacja Oratio Recta ul. Inżynierska 3 lok. 7 03-410 Warszawawww.tygodnikprzeglad.plsklep.tygodnikprzeglad.pl e-mail:[email protected]

Wstęp

Kwiecień 2018. Środowisko opozycji w Budapeszcie dotknięte zbiorową depresją. Po raz czwarty w ogóle, a trzeci z kolei Viktor Orbán zostaje premierem, a jego partia – Fidesz – odzyskuje większość dwóch trzecich w Zgromadzeniu. Są widoki na to, że to miażdżące zwycięstwo nie będzie ostatnim. W swym inauguracyjnym przemówieniu ten, który żąda „demokracji illiberalnej”[1], ma plany sięgające roku 2030. „Zachęca nas to – mówi 10 maja 2018 roku – i upoważnia do przygotowania planów w perspektywie nie czterech lat, lecz dziesięciu, a może nawet dwunastu. Do tego zresztą obliguje nas sprawowanie rządów, gdyż realizacja najbliższego budżetu Unii Europejskiej rozciąga się aż po rok 2030”[2]. Jeśli Orbánowi ten zamiar się powiedzie, będzie to oznaczało łącznie dwadzieścia cztery lata na czele Węgier.

„To tragedia bez żadnego kapitału intelektualnego” – mówi filozof Gáspár Miklós Tamás. „To obraza naszej inteligencji” – oświadcza z kolei historyk Miklós Konrád[3]. Obaj reprezentują dwa pokolenia intelektualistów – dysydentów z epoki komunizmu oraz ich dzieci. Dwa pokolenia zdezorientowane fenomenem Orbána w nadzwyczaj podzielonym społeczeństwie. Wobec rozbitej opozycji i licznych niegłosujących Fidesz utrzymał się przy władzy zdobywając około 2,8 miliona głosów przy blisko 8 milionach wyborców. W europejskich wyborach rok później uzyskał najlepszy wynik w całej Unii: 52% głosów. Jak wytłumaczyć sukces tego systemu?

Trzy miesiące po wyborach parlamentarnych Fidesz jak co roku zorganizował swój letni uniwersytet. Te spotkania są zazwyczaj dla Orbána okazją do przedstawienia głównych zarysów planowanych posunięć, zwłaszcza w polityce zagranicznej. Z trybuny winszuje sobie po raz kolejny wyniku wyborów i zajmuje się perspektywą wyborów europejskich. Potem, przy okazji oficjalnego wystąpienia, odbywa krótką improwizowaną wymianę zdań z przybyłą na spotkanie z nim delegacją młodzieży flamandzkiej. Kumplowski, cały w uśmiechach, zaczyna od wytłumaczenia swej strategii młodym Belgom, którzy dopiero co stworzyli swą organizację. Po angielsku, porozumiewawczym tonem tłumaczy im, że jego przemowa jest rodzajem kombinacji polityki i showbizu. Ten rodzaj imprezy z wiernymi Fideszu pozwala im na zadawanie pytań. To nazywa się demokracją bazową, mówi ze znaczącym uśmieszkiem. Czuć w tym ironię, ale młodzi Belgowie wierzą w wartości rodzinne, co wychwycili w przemowie węgierskiego „Pierwszego”, który zapewnił, że regres demograficzny jego kraju będzie powstrzymany do roku 2030. Młodzi Flamandowie nie przyjechali wysłuchiwać przepisów na zwycięstwa wyborcze, przyjechali szukać inspiracji i wysłuchać przesłania politycznego. Chcą przeciwstawić się „tej masowej imigracji, tej kulturowej dekadencji na Zachodzie” i zastanawiają się, czy jest to możliwe w Belgii. Orbán natychmiast zmienia ton. „W końcu każdy naród dostaje to, na co zasługuje – mówi zdecydowanym tonem. – Tak więc obudźcie się. Obudźcie się jak najszybciej, bo inaczej będziecie mieli problemy. Obecne trendy są nie tylko dokuczliwe i nieodpowiednie, one zmieniają dramatycznie podstawy naszej cywilizacji”. Flamandowie zgadzają się z tym. „Pierwszym etapem jest wiara, że można wprowadzić zmiany” – mówi jeden z członków grupy. „I znaleźć dobrych partnerów i strategiczne sojusze – odpowiada mu Orbán. – Potrzeba wam drużyny, dobrego zespołu. Bez drużyny nie ma polityki”.

W istocie, czwarte zwycięstwo Fideszu w wyborach parlamentarnych w żadnym razie nie było przypadkowe. Zostało przemyślane i przygotowane przez zespoły biegłe w rozgrywkach wyborczych, które od reform 2010–2011 korzystają z nadzwyczaj sprzyjających rozwiązań instytucjonalnych. W trakcie kampanii w znacznej mierze finansowanej z budżetu państwa społeczeństwo zostało zalane rozmaitymi przekazami. W całym kraju afisze straszyły niebezpieczeństwem nieistniejącej migracji, wskazując jako odpowiedzialnego za nią miliardera pochodzenia węgierskiego, George’a Sorosa.

Prorządowe media pełne były agresji, prześmiewczych filmików i fake newsów. Po trzydziestu latach istnienia machina wyborcza partii jest idealnie dotarta, a przywództwo szefa niekwestionowane.

Trwanie Viktora Orbána od 2010 roku mogłoby wskazywać, iż dysponuje on jakąś bazą ideologiczną. Szef rządu węgierskiego w ciągu kilku lat całkowicie zmienił instytucje kraju, przekształcając demokrację węgierską w reżim, w którym władza Fideszu jest niezwykle rozległa. Zrobił z tego nawet doktrynę polityczną, ogłaszając w 2014 roku zasadę „demokracji illiberalnej” – określenie, którego już nie powtórzy, ze względu na zalew komentarzy, jakie ono wzbudzi. Orbánowi udało się ponadto faktycznie wprowadzić politykę antyimigracyjną aż na poziom europejski. Jest to polityka zabezpieczeń, polegająca na zamknięciu granic i odrzucająca wszelkie przejawy solidarności.

A przecież na początku swej kariery politycznej Orbán był obrońcą postaw całkowicie sprzecznych z tymi, które wciela dzisiaj. Gdy w 1989 roku upada reżim komunistyczny, jest obrońcą wolności jednostek i państwa prawa. Później staje się otwarty na nieoczekiwane sojusze polityczne. Stopniowo zaczyna się kierować innymi wyznacznikami. Szef Fideszu dostosowuje się do wszystkich okoliczności, by każdorazowo wyciągać dla siebie jak największe korzyści.

Czy Viktor Orbán kieruje się wewnętrznymi przekonaniami, czy też nieumiarkowanym pędem do władzy, godząc się na wszystko, byle tylko zdobyć głosy?

Aby zrozumieć, co dzieje się obecnie na kontynencie europejskim, kluczowe wydało mi się odszyfrowanie przemówień węgierskiego przywódcy, a także rozmowy z otaczającymi go osobami. To, co dzieje się w głowie Viktora Orbána, jest w istocie charakterystyczne dla pewnej elity politycznej w Europie środkowej, która po trzydziestu latach przeszła drogę od opozycji demokratycznej wewnątrz bloku komunistycznego do tego, co kiedyś zwalczała: autorytarnego sprawowania władzy. Warszawa, Budapeszt, Bratysława, Praga, Bukareszt mają tu wiele punktów wspólnych.

W odróżnieniu od skrajnej prawicy w krajach zachodnich Fidesz, podobnie jak PiS w Polsce, wywodzą się z prawej strony sceny politycznej i nie potrzebują się „normalizować” ani „oddemonizowywać”, by dojść do władzy lub się przy niej utrzymać. Wręcz przeciwnie: po zdobyciu najważniejszych instytucji w państwie partie te się radykalizują i stopniowo przekraczają wszelkie granice tego, co uchodzi za „poprawne politycznie”. W przypadku Fideszu ewolucja ta odbywa się przy zachowywaniu fasady partii umiarkowanej, dzięki przynależności do wielkiej formacji europejskiej prawicy EPL (Europejskiej Partii Ludowej). Parasol ten jest niezmiernie przydatny, bo dla nikogo nie ulega wątpliwości, że system Orbána przyczynił się do zbudowania tego, co socjolog i były minister Bálint Magyar nazwał „państwem mafijnym”[4].

W okresie, gdy wiele krajów popada w coś, co media zazwyczaj określają jako populizm, przypadek Orbána pokazuje kombinację tendencji wspólnych dla wielu krajów z tymi szczególnymi, właściwymi dla Węgier. Szef Fideszu wprowadził politykę tożsamościową, zbieżną w wielu punktach z innymi prawicami europejskimi. Rozgrywa jednak również specyficzne węgierskie problemy, weryfikując na swój sposób bolesną narodową historię. Świat Orbána pełen jest ofiar i postaci bohaterskich – i do tych ostatnich przywódca węgierski chciałby się być zaliczony.

1Cement antykomunizmu

Budapeszt, Plac Bohaterów, 16 czerwca 1989. Po tygodniach negocjacji, na Węgrzech, gdzie zaczyna się walić system monopartyjny, z inicjatywy rodzin ofiar organizowany jest ponowny pochówek męczenników powstania z 1956 roku. To pierwsze oficjalne uczczenie tej rewolucji, zmiażdżonej przez sowieckie czołgi. Po trzydziestu latach kłamstw o tej krwawej rzezi ponad 2500 ofiar, ci, których komunistyczne władze nazywały „kontrrewolucyjnymi zdrajcami”, doczekali się publicznej rehabilitacji.

Ceremonia odbywa się na jednym z najbardziej symbolicznych placów Budapesztu i jest transmitowana na żywo przez telewizję państwową. Szczątki szefa rewolucyjnego rządu Imre Nagya i jego czterech współpracowników, którzy zostali zamordowani z zimną krwią i pogrzebani w anonimowych mogiłach, zostały ekshumowane i godnie pochowane. Szósty grobowiec, pusty, symbolizuje setki innych ofiar. Dla dziesiątków tysięcy zgromadzonych Węgrów to bardzo wzruszająca chwila. Dla Socjalistycznej Partii Robotniczej – komunistycznej partii rządzącej – to świadectwo moralnej klęski: nie zaproszono jej przedstawicieli do zabrania głosu. Występują tylko bliscy ofiar... i jeden przedstawiciel młodego pokolenia.

Ten dwudziestosześcioletni mężczyzna o półdługich włosach i niewielkim zaroście mówi przez kilka minut do mikrofonu. Nie jest zbyt wysoki, swój tekst czyta, ale głowę trzyma prosto i przemawia pełnym głosem. Podczas ceremonii pełnej żałoby i skupienia zaskakuje stanowczymi sformułowaniami. Jego wypowiedź ma charakter polityczny. Armia radziecka powinna natychmiast opuścić Węgry, ogłasza wobec osłupiałego tłumu.

Ten młody człowiek to Viktor Orbán. Od dwóch lat student wydziału prawa w Budapeszcie, wraz z grupą jakichś trzydziestu osób założył organizację młodzieżową, która nie chce mieć nic wspólnego z komunistycznym reżimem. To Fidesz (Związek Młodych Demokratów ). Ten antyklerykalny, antyautorytarny, liberalny ruch jest politycznie nieznaczący, ale szybko przyciąga wielu członków. Obalenie reżimu jest jeszcze poza zasięgiem jego nadziei. To, czego pragną ci młodzi „radykałowie” – jak sami się określają – to zagwarantowanie przestrzeni wolności wewnątrz systemu. To zaś, czego nie chcą – to wejścia w skład organizacji młodzieżowej partii komunistycznej.

Kiedy tego czerwcowego dnia 1989 roku Viktor Orbán pojawia się na trybunie, jest jeszcze kimś całkiem nieznanym. Ale parę minut później, gdy skończy swe wystąpienie, jego twarz pozostanie w pamięci obecnych. „Domagając się wyjścia wojsk radzieckich, żąda czegoś, co nie mogło się dokonać przez pstryknięcie palcami. Wymagało to miesięcy rokowań i przygotowań – co więcej: w chwili, gdy wszystko jeszcze mogło ulec zmianie”, przypomina sobie jedna ze znaczących osobistości epoki, Géza Jeszenszky. Ówczesny rzecznik Węgierskiego Forum Demokratycznego (MDF), partii konserwatywnej, powstałej sześć miesięcy przed Fideszem, zostanie ministrem spraw zagranicznych rządu przejściowego, zaś parę lat później ambasadorem Orbána w Stanach Zjednoczonych. „Przypomnijmy sobie zamach stanu generałów latem 1991 roku w Moskwie; nic nie było jeszcze przesądzone, właśnie rozpoczęty w Polsce i na Węgrzech proces demokratyzacji w 1989 roku nie miał jeszcze charakteru definitywnego. Orbán podejmuje ryzyko, to, czego żąda, może go kosztować aresztowanie. Daje dowód odwagi i wyciągnie stąd lekcję, że w polityce niekoniecznie trzeba być ostrożnym; potrzebne jest natomiast posiadanie wizji”. Po tym wystąpieniu, którego ostateczną wersję zmienia w ostatniej chwili po konsultacji z bliskim przyjacielem László Kövérem (od 2010 roku będzie zajmował urząd przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego), Orbán zrozumie, że atak – bez przejmowania się wątpliwościami ani wdawania w dyskusje – może prowadzić do sukcesu.

Od początku lat 1980 obaj przyjaciele stoją w zajadłej opozycji wobec partii komunistycznej. Rozwinęła się ona na ławach wydziału prawa w Budapeszcie. „Było to pierwsze pokolenie, które nie musiało posiadać legitymacji partyjnej dla objęcia stanowiska na uniwersytecie – mówi László Kéri, jeden z dawnych profesorów Orbána, wtedy członek grupy komunistów reformatorów. – Mojemu pokoleniu wydawało się to nie do wiary, ale ówczesne władze z tym się godziły”. Orbán urodził się w 1963 roku. Tak więc nie uczestniczył w powstaniu z 1956 roku ani w „konsolidacji”, która po nim nastąpiła. Jego pokolenie, mniej doświadczone indoktrynacją reżimu zależnego od Moskwy i mniej obawiające się ewentualnych represji, pozwala sobie na więcej niż poprzednie. Okoliczności też są bardziej przychylne: kiedy Orbán w roku 1983 zaczyna studia na uniwersytecie, reżim węgierski jest już najbardziej tolerancyjny w całym bloku wschodnim. Pod wodzą Jánosa Kádára otwiera się stopniowo zgodnie z zasadą ogłoszoną przez niego w 1961 na łamach „Prawdy”: „Kto nie jest przeciwko nam, jest z nami”. Aby uniknąć frontalnego starcia, reżim przyznaje korzyści materialne i godzi się na pojawienie niektórych idei, póki nie zwracają się one bezpośrednio przeciw niemu. W porównaniu z obywatelami innych demokracji ludowych, Węgrzy łatwiej podróżują na Zachód. Dysydenci są mniej prześladowani. Prawo do obecności na uniwersytecie ma myśl niemarksistowska. W łonie partii rządzącej pojawia się prąd reformatorski... To właśnie w takim klimacie, sprzyjającym dyskusji o ideach i krytyce komunizmu kształtuje się osobowość polityczna Orbána.

Kolegium studiów wyższych[5] Bibó, powstałe w 1983 roku, w którym Orbán rezyduje i uczy się, działa według tej zasady. Nazwa tego budapeszteńskiego domu studenckiego, do którego nowych mieszkańców dokooptowują sami studenci, jest symboliczna. Nosi imię węgierskiego filozofa i prawnika Istvána Bibó, niezależnego demokraty, który w 1956 roku krótko był ministrem w rządzie Nagya, wyróżniając się powściągliwością i niezależnymi osądami.

Skazany na więzienie, Bibó, który bronił parlamentaryzmu i rozdziału władzy, napisał wiele tekstów o historii politycznej Węgier i specyfice małych narodów Europy środkowej. Jego prace nie były jednak oficjalnie publikowane i krążyły w formie samizdatów. Po śmierci Bibó w 1979 roku w środowiskach krytycznych wobec systemu komunistycznego znów zaczęto je studiować. „Bibo uważał, że Węgry i Europa środkowa miały przed sobą własną drogę, nie będącą ani tą Zachodu, ani Rosji – tłumaczy László Kövér, członek tego kolegium w latach osiemdziesiątych. – Tymczasem on sformułował te myśli grubo przed tym, zanim sowieckie represje dotknęły Węgier. Uznaliśmy jego idee za alternatywę do pogłębienia”. Bibó jest między innymi autorem koncepcji „małych kręgów wolności”, zgodnie z którą wolność i demokracja mogą istnieć wyłącznie wówczas, gdy opierają się na istnieniu małej wspólnoty. Może wtedy funkcjonować względna autonomia wobec utrzymującego się reżimu. Według László Kövéra lektura Bibó zachęciła studentów kolegium do powiększenia marginesu manewru ich wspólnoty wewnątrz systemu, którego upadku nie mogli wówczas przewidzieć.

Jak świadczy inny bliski wtedy człowiek Viktora Orbána, József Szájer – później także jedna z kluczowych postaci Fideszu – studenci z tego kolegium prawa istotnie korzystali ze znacznego marginesu wolności: „Mieliśmy naszą wewnętrzną gazetkę. Wybieraliśmy własnych przedstawicieli. Decydowaliśmy o doborze wykładowców. Mieliśmy pewien rodzaj samorządu, tak jakbyśmy zmianę reżimu rozpoczęli wewnątrz wydziału”. Dyrektor kolegium, István Stumpf – który później będzie zajmował różne pierwszoplanowe stanowiska polityczne i który dzisiaj zasiada w Radzie Konstytucyjnej – „pozwalał nam robić to, co chcieliśmy”. Kolegium, którego celem było kształcenie elity politycznej kraju, było w pewnym sensie chronione: wszyscy profesorowie byli członkami partii komunistycznej, natomiast sam Stumpf był zięciem ministra spraw wewnętrznych. Studenci interesowali się tym, co nie było do tej pory oficjalnie nauczane, w szczególności zaś ewolucją polityczną na Węgrzech i w krajach sąsiednich w ciągu trzydziestu ostatnich lat. „Wykładowcy prowadzili nam zajęcia o tym, co zdarzyło się w Pradze w 1968 roku, o wydarzeniach lat 1980–1981 w Polsce – wspomina József Szájer. – Omawialiśmy rok 1956 w najmniejszych detalach. Z grupą studentów, wśród których był Orbán, próbowaliśmy ustalić, co się wydarzyło podczas tej rewolucji, dzień po dniu”.

O ile na uniwersytecie węgierskim wciąż jeszcze dominuje myśl marksistowska, o tyle w kolegium Bibó pojawia się liberalizm anglosaski. Orbán i jego przyjaciele odkrywają filozofię Brytyjczyka Johna Locke’a, myśliciela z XVII wieku i jego podstawy pojęcia państwa prawa, jak również bardziej współczesną teorię prawa Amerykanina Johna Rawlsa. Dyskutują o podziale władzy, szacunku dla wolności indywidualnych, pluralizmie politycznym.

Na uniwersytecie jedną z pierwszych rozpraw Orbán poświęca nieregularnościom w tym obwodzie w Budapeszcie, w którym kandydatowi niezależnemu uniemożliwiono udział w wyborach. Praca została doceniona przez profesorów: Orbán ma dopiero 22 lata i już stawia sobie pytanie o dalsze działania polityczne w sytuacji, którą obserwuje na Węgrzech w latach osiemdziesiątych.

W kolegium Orbán wyróżnia się szybko dzięki talentowi oratorskiemu i ekstremizmowi. László Kéri, który był wówczas jego profesorem nauk politycznych, przypomina sobie, że poczynając od drugiego roku Orbán i jego dwaj koledzy z pokoju, Tamás Vargha (później deputowany Fideszu ) i Lajos Simicska (w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku jeden z głównych właścicieli węgierskich mediów, zanim stracił wpływy wskutek głębokich nieporozumień z Orbánem) usiłowali narzucić swoją wolę wewnątrz kolegium i nie mieli żadnych skrupułów w przeciwstawianiu się profesorom. „Ich agresywność i ambicje już wtedy były wyraźnie widoczne” – mówi Kéri. „Orbán wyrażał się jasno i dokładnie przedstawiał opinie kolegów, co sprawiło, że bardzo szybko zyskał szacunek wszystkich” – mówi ze swej strony József Szájer, należący do wcześniejszego rocznika, który poczynając od roku 2004 będzie bez przerwy deputowanym do Parlamentu Europejskiego.

W tej małej bańce wolności, gdzie wszystko wydawało się dozwolone, Orbán interesował się zwłaszcza walką z reżimem komunistycznym w Polsce. Swoją pracę na zakończenie studiów poświęcił związkowi zawodowemu Solidarność, który strajkiem w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku powoduje pierwszy wyłom w bloku komunistycznym. Owszem, konsekwencje tego są brutalne – w 1981 roku generał Jaruzelski wprowadza stan wojenny. Polacy pokazali jednak, że w kraju uzależnionym od Moskwy możliwe było wystąpienie z roszczeniami socjalnymi, zaistnienie samorządów w przedsiębiorstwach, wreszcie – masowa mobilizacja społeczeństwa. W tej dysertacji[6], napisanej pod opieką młodego profesora Tamása Fellegiego – człowieka, później bardzo bliskiego Orbánowi, dziś będącego w Budapeszcie doradcą do spraw kontaktów z Waszyngtonem – Orbán rozwija myśl, że organizacje obywatelskie, takie jak Solidarność, mogą umożliwić otwarcie przestrzeni wolności wewnątrz systemu komunistycznego oraz przedstawiać perspektywy państwa, skrajnie odległego od tego, które stworzy dwadzieścia pięć lat później.

W drugiej części rozprawy poświęconej polskim ruchom samorządowym autor rozważa, w czym są one „interesujące dla nas” i co „nowego” przynosi Solidarność. W charakterystycznym dla epoki napuszonym stylu podkreśla rolę strajku w doprowadzeniu do ustąpienia osłabionej władzy. Pokazuje, że w Polsce kryzys gospodarczy przeszedł w kryzys polityczny, natomiast istnienie społeczeństwa obywatelskiego pozwoliło na ograniczenie roli państwa. „Solidarność jest ruchem społecznym, ponieważ sformułowała roszczenia, które popierały masy – pisze we wnioskach. – Liczba jej członków wynosiła około 10 milionów i nawet ci, którzy do niej nie należeli, byli Solidarności przychylni, gdyż odpowiadała ona oczekiwaniom ludzi [...] Fakt, że Solidarność przetrwała (zjazd, rejestracja) stanowi doświadczenie pokazujące, że pierwszym zadaniem jakiegoś ruchu jest ograniczenie sfery władzy publicznej i stworzenie terenu dla niezależnej organizacji”.

Młody Orbán pisze dalej: „Rola Solidarności w budowie społeczeństwa obywatelskiego nie różni się od tego, co Touraine nazwał samotworzeniem się społeczeństwa i walką, by do tego doprowadzić. Fakt, że Solidarność mogła doprowadzić do uznania istnienia przestrzeni społecznej, w której partia nie odgrywała kierowniczej roli, sprawił, że stało się możliwe powstanie innych organizacji. W sytuacji Polski to nie tylko organizacje, które powstały w podziemiu; została bowiem stworzona sfera dotycząca całości społeczeństwa. Solidarność otworzyła drogę do pluralizmu, umożliwiającego wyrażanie różnych interesów. Powstały inne organizacje. To, co jest naprawdę interesujące w tworzeniu struktur społeczeństwa obywatelskiego, to program ruchów samorządowych. Dążą one do tego, by istnienie społeczeństwa obywatelskiego miało charakter stały”.

Jak zobaczymy, koncepcji tej w najmniejszym stopniu nie wykorzysta Viktor Orbán, gdy stanie na czele rządu węgierskiego. Poczynając od roku 2015 jedną z głównych osi jego polityki będzie właśnie ograniczanie sfery autonomii węgierskiego społeczeństwa obywatelskiego, między innymi przez stawianie najrozmaitszych przeszkód funkcjonowaniu organizacji pozarządowych (NGO). W latach osiemdziesiątych daleko mu jednak jeszcze do tego zaparcia się własnych poglądów. Młode pokolenie ma dość pozostawania pod rządami władzy – więc aby posunąć sprawy do przodu, przygląda się uważnie temu, co dzieje się w Polsce.

W czerwcu 1987 roku Orbán jedzie tam ze swoim przyjacielem László Kövérem wraz z partnerkami, a także z tym, który w 2012 roku zostanie prezydentem Węgier, Jánosem Áderem, oraz z promotorem jego rozprawy, Tamásem Fellegim. Jadą samochodem aż do Gdańska, żeby wysłuchać polskiego papieża. Jan Paweł II po raz trzeci podróżuje do rodzinnego kraju i po raz kolejny udzieli wsparcia polskiej opozycji. „Sama msza nie wzbudzała większego zainteresowania Viktora Orbána – opowiada Kövér. – Zobaczyliśmy natomiast ogromną siłę moralną polskiego społeczeństwa. W tym momencie zrozumieliśmy, że polscy komuniści nie mieli już żadnego marginesu manewru. Wiedzieliśmy, że nasze systemy są powiązane. Oni przegrali. Ale my absolutnie nie wiedzieliśmy, czy i kiedy wygramy”.

W takiej właśnie sytuacji, gdy wewnątrz bloku wschodniego rysy stawały się coraz głębsze, pewnego marcowego dnia 1988 roku Orbán i jego koledzy zbierają się w jednym z pomieszczeń w kolegium Bibó. Jest ich trzydziestu siedmiu i postanawiają powołać Związek Młodych Demokratów – Fidesz. Warunkiem przystąpienia jest wiek: poniżej trzydziestu pięciu lat. Rok później organizacja liczy sobie 6 000 członków i ogłasza doraźny program. Co jest jej celem? Pismo „La Nouvelle Alternative”, które dla czytelników francuskich relacjonowało wówczas przemiany polityczne bloku wschodniego, pisało o jej „założeniach liberalnych na sposób amerykański”[7]. Fidesz opowiada się za szybką prywatyzacją 50 procent majątku narodowego, postuluje deregulację i wzrost konkurencji. Określa się jako „organizacja radykalna, liberalna i alternatywna”, reprezentująca „pokolenie”. Przyszła partia zapowiada się poza tym jako otwarta na wszystkie sojusze polityczne... z wyjątkiem komunistów i podobnych im formacji.

Teksty publikowane w tym okresie pozwalają ocenić zwrot ideologiczny Orbána wykonany kilka lat później. W dzienniku „Magyar Nemzet” w grudniu 1988 roku Gábor Fodor, wówczas jeden z głównych mózgów ruchu (ich drogi rozejdą się w 1993 roku, gdy Orbán dokona konserwatywnego zwrotu) – wyjaśnia ich cele: „Chcemy przeprowadzić radykalne i szybkie zmiany, które będą gwarantowane przez prawo. Chcemy żyć w kraju, w którym mówi się to, co się myśli i robi się to, co się mówi. [...] Naszym celem nie jest zdobycie władzy państwowej, lecz przyczynienie się do spontanicznej reorganizacji społeczeństwa. Niezbędny jest system wielopartyjny, ale on sam nie wystarczy. Najważniejsze to wiedzieć, czy kraj jest zdolny do zorganizowania się i czy ta polityka może przyciągnąć większą i bardziej spójną masę zwolenników niż obecnie”.

W tamtym czasie Orbán opowiada się za pewną formą radykalizmu. „Program Fideszu był dużo śmielszy od programu innej powstającej wtedy partii, Związku Wolnych Demokratów (SzDSz) – mówi Klára Ungár, członkini powstającego Fideszu, zajmująca się wówczas tworzeniem programu gospodarczego. – Broniliśmy praw człowieka, rynku, demokracji i wielopartyjności”. Viktor Orbán wydawał jej się wtedy „człowiekiem dociekliwym, uważnym, świadomym tego, co wie i czego nie wie i słuchającym ekspertów”.

Ważniejszy jednak niż idee był sposób działania – ocenia József Szájer. „Różniliśmy się od innych grup opozycyjnych, które głównie toczyły dyskusje intelektualne. My byliśmy organizacją, stawialiśmy sobie konkretne pytania, nasza działalność była skoordynowana. W latach 1988–1989 było to funkcjonowanie demokratyczne i mogliśmy debatować nad różnymi poglądami”. Był to więc zespół pragmatyczny. „Obalenie reżimu sowieckiego było poza naszymi możliwościami. Mogliśmy natomiast dysponować naszą wolnością nie idąc na kompromisy z systemem. To tutaj inspirowaliśmy się filozofią Bibó: nie mogliśmy zmienić systemu od wewnątrz, ale mogliśmy przetrwać w jego wnętrzu. Nie musieliśmy zmieniać wszystkiego, by korzystać z podwyższonej jakości życia”.

Dowodem na to, że dla Viktora Orbána przygotowanie intelektualne nie było priorytetem w przekształcającej się Europie środkowej jest fakt, że szybko skraca swoje studia. Nie kończy roku w Oksfordzie, finansowanego dzięki stypendium przyznanemu przez tego, kto dwadzieścia pięć lat później zostanie jego największym wrogiem – miliardera George’a Sorosa[8]. W obowiązującej wówczas logice dwóch bloków biznesmen urodzony w 1931 roku w Budapeszcie, który dorobił się majątku spekulując na brytyjskim funcie, wspiera w istocie ruchy demokratyczne w środkowej Europie i zapewnia studentom z tego regionu możliwość kształcenia się w kontakcie z zachodnią myślą liberalną. Wśród tych, którzy później będą tworzyli twarde jądro Fideszu, trzech korzysta z tego systemu stypendialnego: József Szájer w roku 1987, Zsolt Németh – nieprzerwanie wybierany do parlamentu jako przedstawiciel Fideszu od pierwszych wolnych wyborów – w roku 1988. W roku 1989 przyszła kolej Viktora Orbána.

W Oksfordzie Orbán uczęszcza przez jakiś czas na wykłady z filozofii politycznej Polaka Zbigniewa Pełczyńskiego, konserwatywnego myśliciela, który bierze pod swe skrzydła wielu studentów pochodzących z krajów komunistycznych. Wtedy też Orbán odkrywa Brytyjczyka Rogera Scrutona, filozofa moralistę, przeciwnika roku 1968, który głosi model społeczeństwa opartego na posłuszeństwie obywatelskim. Scruton, który w latach osiemdziesiątych zaangażuje się aktywnie po stronie przeciwników reżimów komunistycznych w Europie środkowej, „cieszy się jeszcze wśród nas wielkim prestiżem – tłumaczy mi w Budapeszcie Zsolt Németh – ponieważ kładzie nacisk na tradycje, system wartości, religię i rolę tożsamości w polityce”. Roger Scruton regularnie jeździ zresztą na Węgry z wykładami, a oprócz tego zajmuje się innymi prawicami europejskimi. Jego idee są bliskie pojęć szefa republikanów francuskich Laurenta Wauquieza, który cytował Scrutona w swym przemówieniu na otwarcie roku politycznego w sierpniu 2018 r.

Zaledwie trzy miesiące po przyjeździe do Londynu Orbán kończy karierę akademicką i wraca na Węgry. Na horyzoncie jawią się pierwsze wolne wybory, a on zamierza odegrać w nich pierwszoplanową rolę. István Hegedűs, który wstąpił do Fideszu miesiąc po jego powstaniu i został wybrany na deputowanego pierwszej kadencji, nim zmienił kurs, tak opowiada o tym okresie szybkich zmian: „My nie byliśmy w założeniu partią polityczną. Działaliśmy zgodnie z logiką społeczeństwa obywatelskiego, z celem, aby to społeczeństwo było tak niezależne od władzy, jak tylko to możliwe”. Podjęto jednak decyzję o udziale w wyborach w czerwcu 1990 roku i od tej chwili wszystko ulega przyśpieszeniu. „Porzuciliśmy koncepcję społeczeństwa obywatelskiego. Fidesz staje się partią i interesy polityczne zaczynają brać górę nad wartościami. Od tej pory polityka postrzegana jest przez szefów partii jako gra, jako walka”.

Wbrew temu, co powie później Orbán, założyciele Fideszu nie byli więc rewolucjonistami. Ci, którzy dziś zajmują główne stanowiska we władzach kraju i którzy antykomunizm uczynili swą ideologią – co doprowadzi ich w latach dziewięćdziesiątych do kategorycznej odmowy jakiegokolwiek sojuszu z postkomunistami – byli w istocie pragmatykami, dążącymi do powiększenia bańki wolności w ramach systemu, do którego się dostosowywali. Starsi od nich, węgierscy intelektualiści dysydenci, określali się bardziej jako „opozycja demokratyczna” niż jako „antykomuniści”, postulując reformy w imię socjalizmu demokratycznego. W łonie rodzącego się Fideszu nikt nie wyobrażał sobie, że blok komunistyczny tak szybko upadnie. Młodzi członkowie Fideszu tym bardziej nie zastanawiali się nad przejściowym modelem postkomunistycznym czy nad modelem alternatywnym wobec logiki dwóch bloków. Kiedy tylko zmiana reżimu stała się możliwa, opowiedzieli się bez dyskusji za modelem zachodnim.

Ten pragmatyzm widoczny jest w dziedzictwie politycznym, do którego przyznaje się Fidesz w swych początkach. W kolegium Bibó organizacja Orbána i jego współpracowników próbuje dokonać syntezy między dwoma głównymi prądami myśli węgierskiej początków XX wieku. Fidesz przedstawia się – według jego własnych oświadczeń – jako „dziecko rozwiedzionych rodziców”: tradycji miejskiej, reprezentowanej między innymi przez opozycję demokratyczną, oraz ludowej tradycji chłopskiej, myśli konserwatywnej, koncentrującej się na narodowej tożsamości węgierskiej. Fidesz chce pogodzić ten „atawistyczny” konflikt i deklaruje się jako partia nowego pokolenia.

Nawet jeśli później szybko wyprze się tego podwójnego dziedzictwa, utożsamiając się zdecydowanie od połowy lat dziewięćdziesiątych z drugim prądem, Fidesz w swych początkach dąży jak najmocniej do tego połączenia. Pragnie przede wszystkim być reprezentantem młodzieży poszukującej nowych sposobów działania i nie waha się tego okazywać na różne sposoby. Dwadzieścia osiem lat to średnia wieku dwudziestu jeden deputowanych Fideszu wybranych do pierwszego demokratycznego parlamentu. Demonstrują oni rozluźniony styl, ostentacyjnie odmawiają stosowania kodeksu zachowań związanych z funkcją i z niejaką arogancją odrzucają konserwatywne wartości wcielane przez wybrane władze. „Rząd kłamie!” – pokrzykują z ław parlamentu. We wrześniu 1990 roku Orbán i jego ludzie odmawiają udziału w uroczystości zorganizowanej w Zgromadzeniu Narodowym w rocznicę traktatu z Trianon, niezatartej rany nacjonalizmu węgierskiego, ponieważ spowodował drastyczne zmniejszenie terytorium kraju[9].

Orbán lekceważy tych, którzy spoglądają w stronę przeszłości i głośno krytykuje reżimy autorytarne. Podczas wydarzeń na placu Tiananmen w 1989 r. manifestuje przed ambasadą chińską w Budapeszcie, a potem występuje jako zwolennik wolnego Tybetu. Równocześnie sprzeciwia się wprowadzeniu katechizmu do szkół i zwróceniu Kościołowi dóbr znacjonalizowanych przez komunistyczne państwo, opowiada się za aborcją, zniesieniem kary śmierci... i chętnie występuje w roli udzielającego lekcji. Zarzuca więc Związkowi Wolnych Demokratów (SzDSz) brak odpowiedniej liczby kobiet w jego szeregach.

W ostatecznym więc rozrachunku, pod względem idei tylko czynnik antykomunistyczny wydaje się odróżniać Fidesz od formacji politycznej wywodzącej się z łona reformatorów poprzedniego reżimu, Węgierskiej Partii Socjalistycznej (MSzP). Nie można przypisywać Fideszowi słowa „socjalistyczny”, określenia, które się „zdyskredytowało”, podkreśla jeden z członków, András Vágvölgyi, w „La Nouvelle Alternative” w 1990 roku[10], ale „wartości lewicowe będą odgrywały w Fideszu rosnącą rolę, jeśli pozostanie on partią opozycyjną, a rządzić będzie partia konserwatywna”– jak sądzi.

Tymczasem dzieje się na odwrót. Po pierwszym doświadczeniu władzy partia konserwatywna MDF przeszła w 1994 roku do opozycji. Fidesz natomiast chciał zostać partią rządzącą. Orbán już nigdy więcej nie odwoływał się do założeń politycznych początków ruchu. Jedyną rzeczą z tego okresu, do której się odwołuje w swoich wystąpieniach, jest fakt podjęcia inicjatywy fundamentalnych zmian dla Węgier, przynależności do pokolenia pierwszych szeregów zmieniających reżim. Dla Historii i swych wyborców Orbán chce być odpowiednikiem Lecha Wałęsy lub Václava Havla. Chce zająć miejsce obok tych, którzy obalili komunizm.

2Konserwatywny zwrot

„Umiarkowanie to cecha nadzwyczaj ważna, gdyż w przeszłości Fidesz był rzeczywiście partią radykalną. Tę zmianę uważam za najważniejszy akt polityczny partii. Radykalizm był bowiem uzasadniony przed rokiem 1990, natomiast dzisiaj ma z gruntu inny sens. Przedtem Fidesz był najbardziej radykalną partią antykomunistyczną, natomiast po roku 1990 radykalizm stracił sens, ponieważ nasze wymagania zostały w przeważającym stopniu spełnione”. Mówi to Viktor Orbán, w marcu 1994 roku. Szef Fideszu udziela wywiadu magazynowi „Kritika”[11]. Jego partia zaledwie od czterech lat zasiada w parlamencie, a już przychodzi czas zmiany kursu. „Radykalizm”, tak mocno w początkach akcentowany przez Fidesz w opozycji wobec rządzącej partii komunistycznej, przestał istnieć.

Pierwszy rząd demokratycznych Węgier kierowany jest przez Józsefa Antalla, jednego z głównych negocjatorów Okrągłego Stołu – czasu dyskusji, które od czerwca do września 1989 roku gromadziły przywódców politycznych i przedstawicieli opozycji, aby doprowadzić do wolnych wyborów i końca systemu jednopartyjnego. Antall jest konserwatystą i jego rząd składa się z osób podobnie jak on sam związanych z MDF, Węgierskim Forum Demokratycznym.

W opozycji znajdują się socjaldemokraci ze Związku Wolnych Demokratów ( SzDSz ), seniorzy i mentorzy pokolenia Orbána – formacja wywodząca się z dawnej partii komunistycznej, która stała się Węgierską Partią Socjalistyczną (MszP) – oraz Fidesz, jeszcze bez większego znaczenia. Przed Fideszem otwierają się dwie perspektywy: podtrzymywać opozycję wobec konserwatystów... bądź przeciwnie: wybrać strategię sojuszu, by zająć miejsce we władzach wykonawczych.

Wewnątrz młodej partii napięcia sięgają szczytu. Wiosną 1993 roku afera korupcyjna wokół siedziby Fideszu spowodowała kilka odejść z partii. Wewnątrz walka o władzę toczy się między „klanem Orbánistów” a bardziej postępową frakcją Gábora Fodora, kiedyś bliskiego Orbánowi. Podobnie jak gdzie indziej w Europie środkowej, w tych bardzo burzliwych latach postkomunizmu różnice się pogłębiają. Obóz liberalny, do tej pory solidarny i związany krytyką systemu komunistycznego, ujawnia pierwsze pęknięcia, zaś między jego liderami pojawia się rywalizacja. Niektórzy bardziej dążą ku nacjonalizmowi, inni bardziej ku socjaldemokracji, jeszcze inni są nie bardzo antykomunistyczni... Wewnątrz Fideszu grupa Fodora staje się wkrótce mniejszością. István Hegedűs, który należał do tego „lewego skrzydła”, opowiada: „Pojawił się problem, do kogo należały oryginalne wartości Fideszu. Obie strony rościły sobie do tego prawa. Orbán i jego ludzie twierdzili – i robią to do dziś – że wszyscy kierowaliśmy się tymi samymi wartościami. Tyle tylko, że lewe skrzydło składało się ze zdrajców, agentów, tych którzy się zmienili”. Na kongresie wiosną 1993 roku, podczas którego partia odrzuca kolegialne kierownictwo i wybiera sobie przewodniczącego, liderem zostaje Orbán. Ostatni deputowani lewego skrzydła odchodzą z końcem kadencji parlamentu. „Od tej chwili – kontynuuje István Hegedűs – Fidesz jest już całkowicie nową partią. Zamiast promować wartości swobód indywidualnych, jak robił to od początku, staje się partią nacjonalistyczną, broniącą Kościoła i rodziny. Towarzyszy temu retoryka, która określa jako wrogów wszystkich tych, którzy nie są razem z nim”.

W 1994 roku partia płaci w kolejnych wyborach za tę zmianę ideologiczną. Zbiera zaledwie 7% głosów. Za to cztery lata później – z tym samym programem – zdobywa prawie 30% głosów. Wystarczająco dużo, by móc rządzić z dwiema partnerami koalicyjnymi, wywodzącymi się z rodziny konserwatystów: MDF i Partii Drobnych Właścicieli (najstarszej partii węgierskiej, zakazanej w okresie rządów komunistycznych).

Powrót do czasów sprzed błędu młodości? Przekonanie, że początkowe założenia partii nie odpowiadały już Węgrom społeczeństwa postkomunistycznego? Kalkulacja polityczna? Powody reorientacji Fideszu przez Orbána wywołały na Węgrzech całą falę komentarzy. Według niektórych Fidesz po prostu wrócił tylko do tego, czym był od początku: partią ludzi wywodzących z tradycyjnych, prowincjonalnych rodzin. Jednakże gdy po dwudziestu pięciu latach pyta się o to świadków z tamtych czasów, przeważają opinie o względach wyborczych. Z początkiem lat dziewięćdziesiątych Orbán ma tylko jedną myśl w głowie: zdobyć władzę. Wraz ze śmiercią konserwatywnego premiera Józsefa Antalla w końcu 1993 roku młody lider uświadamia sobie, że pojawiła się polityczna próżnia do wypełnienia: tradycyjna prawica straciła swego przywódcę, podczas gdy wiele ugrupowań zajmuje lewą stronę sceny politycznej.

„Orbán mówi sobie, że na lewicy jest za gęsto – twierdzi były dyrektor Banku Centralnego Péter Ákos Bod, który będzie później doradzał Orbánowi w kwestiach gospodarczych. – Zmienił punkt widzenia z czystego oportunizmu, aby nie zaryzykować, że w przyszłości zabraknie przestrzeni do zaistnienia”.

Orbán puszcza wówczas w obieg mit: na łożu śmierci József Antall miał mu powiedzieć, że widzi w nim swego następcę, choć obaj politycy oficjalnie nie podzielali wówczas swoich poglądów. Tę historyjkę, raczej będącą legendą, dementowało wiele osób. Jedno jest jednak pewne: obaj politycy wielokrotnie ze sobą rozmawiali i mimo różnych poglądów politycznych Antall wysoko cenił Orbána. Jak wielu innych, widział wówczas w tym młodym człowieku, niespełna trzydziestoletnim, kogoś dynamicznego i obiecującego, zdolnego do objęcia w przyszłości wysokich funkcji. Miał również bez wątpienia nadzieję na zbliżenie Fideszu z jego własną partią. Do czego zresztą dochodzi za pierwszych rządów Orbána: MDF i Fidesz rządzą wspólnie w latach 1998–2002. Rzeczywistość jest