Cmentarzysko - Władysław Reymont - ebook

Cmentarzysko ebook

Władysław Reymont

0,0
8,49 zł

lub
Opis

Cmentarzysko„ to nowela Władysława Reymonta, pisarza, prozaika i nowelisty, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

— Nie robi! Stoi! — zakrzyczał żałośnie i zmartwiał nagle, bo od miasta rozłożonego nieco niżej, że miał je całe przed sobą, z mrowiska dachów, wież i kominów, z burych, ciężkich tumanów dymów, jęły się wyrywać świsty fabryk, rwały się coraz częściej, coraz bliżej, coraz przenikliwiej, aż wkońcu buchnęły przeszywającym chórem i pomilkły.

Stary człowiek patrzył z wyrzutem na swoją fabrykę.

Nie odezwała się. Czerwone cielska gmachów pławiły się leniwie w słońcu, wysmukłe szyje kominów nie buchały dymami, zdały się chwiać w błękitnawem powietrzu i patrzeć za stadami gołębi, kołujących nad niemi wysoko.”

Fragment książki Cmentarzysko

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 40

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-300-8
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Rozdział I

Olbrzymi gabinet zapadł się w ciemnościach, grube zasłony nie przepuszczały ani jednego promienia, stała się martwa cisza, milczenie grobu zaległo ciężkim tumanem, że tylko niekiedy zadrgał ledwie pochwytny szmer kroków. Ktoś niedojrzany chodził wolno, przystawał często, jakby licząc trwożne bicie serca i te westchnienia, co się wydzierały nikłym szelestem opadających liści, to zrywał się gwałtownie z miejsca, podbiegał ku oknom i nagle nieruchomiał w zasłuchaniu...  Ale przez potężne mury nie dochodził żaden głos żywy, tylko chwilami, skądciś, jakby z pod ziemi, dudniały rozdrgane huki przelatujących pociągów; albo darł się wskróś milczącej ciemni przeszywający świst fabryczny.  I znowu pełzały leniwie długie, dławiące chwile oczekiwań.  Naraz rozkrzyczał się nerwowy brzęk dzwonka.  Jakieś drzwi się otwarły, roziskrzony, oślepiający słup światła runął w ciemności, zamigotały zwierciadła, zalśniły bronzy, zagrały barwy obić i sprzętów.  Na środku gabinetu, w słonecznej pożodze stał siwy, wysoki człowiek i, mrużąc powieki od blasków, zapytał:  — Skończyli? — Głos miał nikły, przejęty obawą.  — Jeszcze. Dopiero płacą przędzalnię.  — Dopiero! — Skinął niecierpliwie ręką, służący się cofnął, drzwi opadły bez szelestu, światła zgasły, otoczyła go znowu noc i milczenie, rozdrgane pomarłemi echami dźwięków.  Zapadł w siebie bezwładem kamienia.  Zanurzył się w jakąś głąb bezdenną, na samo dno bezczucia.  Zaczął bić jakiś zegar.  Dwanaście uderzeń wzniosło się w mrokach, jakby dwanaście słonecznych błyskawic trąciło w krysztalną czarę i zaśpiewało złotemi głosami.  Porwał się, nasłuchując chciwie i goniąc te dźwięki, co przechodziły wskróś niego lodowatym wiewem trwogi i rozsypywały się w ciemnościach złocistą rosą brzmień drgających.  — Dopiero południe! — jęknął.  Owładnęło nim gorączkowe zniecierpliwienie, że co mgnienie rozlegały się w coraz innej stronie głuche stąpania, co mgnienie zrywały się ciężkie, żałosne westchnienia, to jakiś fotel potoczył się gwałtownie na ścianę, albo sprzęt jakiś jęknął, potrącony.  — Południe! południe! — powtarzał, biegnąc ku drzwiom, szczęknęła klamka, ale się cofnął siłą woli. Przyłożył ucho do ściany, czy nie rozlega się południowy, tak znany, tak drogi świst jego fabryki.  Milczenie było zupełne, cisza grobu.  Dzwonek znowu zakrzyczał.  — Światła! — padł ostry rozkaz.  Słońce zalało pokój, a wraz z niem wdarły się splątane wrzawy i głuche krzyki wzburzenia, bijące bełkotliwie z dziedzińców, z pod murów fabryki, ale sama fabryka milczała.  — Nie robi! Stoi! — zakrzyczał żałośnie i zmartwiał nagle, bo od miasta rozłożonego nieco niżej, że miał je całe przed sobą, z mrowiska dachów, wież i kominów, z burych, ciężkich tumanów dymów, jęły się wyrywać świsty fabryk, rwały się coraz częściej, coraz bliżej, coraz przenikliwiej, aż wkońcu buchnęły przeszywającym chórem i pomilkły.  Stary człowiek patrzył z wyrzutem na swoją fabrykę.  Nie odezwała się. Czerwone cielska gmachów pławiły się leniwie w słońcu, wysmukłe szyje kominów nie buchały dymami, zdały się chwiać w błękitnawem powietrzu i patrzeć za stadami gołębi, kołujących nad niemi wysoko.  A na dole, w olbrzymim dziedzińcu, pod czteropiętrowemi gmachami, kłębił się tłum, parę tysięcy ludzi cisnęło się do kas. Szara gęstwa głów bladych, wynędzniałych twarzy, mrowisko tysięcy oczów, jak połyskliwe mrowienie się drobnych fal, kłębiło się niespokojnie. Szmer głosów wrzał ustawicznie, czasem się wznosił do krzyku i zapadał w nagłe milczenie. A niekiedy cały tłum zakołysał się gwałtownie, skłębił wzburzony i miotał się gniewnie, że rwały się z niego zaciśnięte pięści i twarde, dzikie głosy, jak grad kamienny, padały na widną w oknie głowę starca.  Cofał się wtedy śpiesznie w głąb gabinetu i tłum cichnął, uspokajał się zwolna, niby bór, gdy wichura przeleci, że tylko jeszcze szemrzą gałęzie, a nikłe krze zachwieją się niekiedy. Starzec padł w głęboki fotel jak martwy, ale nasłuchiwał milknących poszumów, jego siwa głowa czuwała i sucha twarz, podobna do dzioba drapieżnego ptaka, kurczyła się w bezsilnym gniewie. Przeżuwał przygnębiający ból niemocy.  Miotał się w sobie z wściekłości, aż jego blade, nieubłagane oczy, rzucające się po gabinecie niby oszalałe, ślepe ptaki, uderzyły w szeregi ksiąg olbrzymich, ustawionych na niskiej, długiej półce.. Stały przyodziane w szare płótno, niby w mundur jednaki, a wszystkie miały wyciśnięte na grzbietach czerwone daty lat. Było ich kilkadziesiąt, tłoczyły się w sztywnym ordynku, twarde, nieruchome, milczące — stały jak groby lat przeszłych. Czerwone daty, niby oczy dni minionych, wychylały się z niepamięci, szepcąc całą historję fabryki, najtajniejsze drgnienia jego duszy, całą pracę jego żywota.  Te księgi mówiły mu o jego potędze.  Te księgi opowiadały, że był stwórcą tych murów potężnych, że był władcą tego państwa maszyn i sił, zaprzęgniętych do pracy, że był panem tej rzeszy ludzkiej, stłoczonej tam przed kasami, tych tysięcy nędzarzy, których wzburzone głosy brzęczały mu nad głową, niby brzęk os rozsrożonych.  Te księgi śpiewały, że nie oparł mu się nikt, ni ludzie, ni rzeczy, ni żywioły.  Wszystko przemógł i zaprzągł do pracy dla siebie, bowiem wszystko wywiódł z nicości mocą woli swojej i trzymał żelazną dłonią władcy.  Pięćdziesiąt lat panował nieubłaganie.  Jak złowrogi pająk, zamknięty w tym królewskimi gabinecie, przez całe pół wieku zarzucał sieci na wszystkie strony świata i łowił bezustannie, miażdżąc w potężnych szczękach ludzi i rzeczy wszelkie, przeżuwał, wysysał złotą miazgę i sycił się nią powoli, potężniejąc coraz bardziej, że prawie co rok przybywały nowe pawilony fabryki, nowe oddziały, nowe ziemie, nowe składy i nowe rzesze ludzkie oddawały pokornie krew swoją, trud swój i żywoty swoje!  On był i