Ćma - Kettu Katja - ebook
Opis

Jest rok 1937. Piętnastoletnia Finka Irga Malinen romansuje z radzieckim agitatorem, a kiedy po jego wyjeździe okazuje się, że jest w ciąży, postanawia ruszyć za nim przez zieloną granicę do Związku Radzieckiego. Zamiast w ramiona ukochanego, trafia jednak do gułagu w Workucie. Tam zaprzyjaźnia się z inną więźniarką. Po uwolnieniu jedna z nich trafia do wsi w Republice Maryjskiej, gdzie dzieją się dziwne rzeczy, których przyczyny tkwią w obozowej przeszłości.

Mistrzowska powieść, którą Katja Kettu potwierdza, że fińska literatura przeżywa wspaniałe chwile

Todo Literatura

Tajemnica, nieoczekiwane zwroty akcji, niepowtarzalny styl, bogactwo symboli i perfekcyjnie oddane surowe prawa historii i biologii. Po doskonale przyjętej przez krytyków i czytelników – także w Polsce – Akuszerce Katja Kettu ponownie udowadnia, że zasłużenie jest uznawana za jedną z najbardziej oryginalnych młodych pisarek.

Fragment:

Olbrzym nigdy nie był z dobrą kobietą. Ale najwyraźniej z jakąś był. Ruchy ma takie same jak przy kiełznaniu klaczy, głos przeciągły i spokojny, gdy pyta:

Chcesz tego na pewno? Ty uwieriena?

Wydaję z siebie krótki pomruk. Ciepłe usta przylegają do moich w pocałunku. Coś takiego nie przydarzyło mi się już od dłuższego czasu, odkąd szłam ze szpitala w Meilahti na basen przy Yrjönkatu i przysięgałam sobie, że nie chcę już niczego ani nikogo. Nagle ogarnia mnie tęsknota, pragnę, żeby ktoś mnie przytulił. Nie tak jak Rainer. „Szczęście jest jak parszywa suka, trzeba je bić i smagać, żeby było posłuszne”. Kostia nadal trzyma uzdę.

? Mógłbyś mnie związać? – pytam szeptem, zebrawszy się na odwagę. – Sprawić, żebym była bezpieczna. Przez chwilę boję się, że przekroczyłam granicę i olbrzym tego nie zrozumie, że muszę się oddać bezwarunkowo. Że trzeba mi założyć więzy i przymusić, inaczej będę brzydka, wulgarna i groteskowa. Pochylający się nade mną samiec przygląda mi się krytycznie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 405

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału YÖPERHONEN

WydawcaGrażyna Woźniak

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaJoanna Popiołek

KorektaEwa Grabowska Marzenna Kłos

© Katja Kettu and WSOY 2015 First published in Finnish by Werner Söderström Ltd. (WSOY) in 2015 With the original title YÖPERHONEN Published by arrangement with Bonnier Right Finland, Helsinki, Finland Szkice Katja Kettu z wyjątkiem mapy Związku Radzieckiego, która pochodzi z archiwum wydawnictwa WSOY Copyright © for the Polish translation by Bożena Kojro, 2017

Świat Książki Warszawa 2017

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o., Sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected] tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-724-6

Osoby, którym dziękuję:

Jukka Rislakki, Ildiko Lehtinen, Leena Laulajainen, Kirsikka Moring, Margarita Hiltunen, Kaisa Ijäs, Swietłana Grigoriewa, Tatiana Jefremowa, Eemil Karila, Joel Kontro, Anselmi Kiununen, Pekka Heikkinen.

Szczególne podziękowania: Lari Mä

Prolog

Petsamo, 1937

Irga

Jestem córką Białego Boga i nie złapiecie mnie. Szusuję na nartach po zboczu Neitotunturi, ratując swoje życie. I życie mojego dziecka. Na dole we mgle ujadają psy gończe, krzyki ścigających odbijają się echem:

– Dziwka jedzie tam na nartach! Chce uciec do Rusków!

Nie mam pewności co do głosów, ale to sługusy ojca, grupa honornych rzeźników, zabawiających się ze Skoltkami[1] i dziewczynami w ciąży.

– Hej, Irkku! Zjedź na dół. Co powie ojciec?

W okrzykach pobrzmiewa obawa. No właśnie, co powie dowódca straży granicznej, biały generał Henrik Malinen, na wieść, że jego najmłodsze dziecko jedzie na nartach przez granicę w stronę Wielkiej Przygody.

– Mordercy nienarodzonych – mówię i spluwam za siebie, zwiększając tempo.

Na północy Morze Arktyczne wyje w wiosennym podnieceniu, śnieżną scenę wypełniają po brzegi promienie słońca i sterczące bazie wierzb. Uwite z brzozowych gałązek wiązania nart skrzypią przy każdym kroku, a kółka kijków się skarżą. Spódnica w wiśniowe kwiaty szoruje po moich udach, gdy śmigam w dół zbocza na lody Jaurujoki w kierunku stromego klifu, na którym śnieg pociemniał już od ciepła. Wydaje mi się, że pod lodową taflą wyczuwam prąd rzeki, i waham się przez chwilę. Głupi ten, kto pakuje się tu w przeddzień roztopów. Ale ja mam powód. Muszę się śpieszyć. Zza drogi dobiega mnie jodłowanie wilka, w oddali, spod tunturi[2] odpowiada mu całe stado. Przede mną pięć kilometrów do rosyjskiej granicy, a niedługo się ściemni.

Goniący mnie mężczyźni boją się wejść na lód. W ludzkiej pamięci żywy jest jeszcze przypadek dzieci, które utonęły w Venakkovirta – z tego powodu mówi się, że niekiedy na przesmyku migocze czyśćcowy ogień.

Słyszę głosy:

– Postoj! Zatrzymaj się. Przecież cię nie zabijemy!

Nie odwracam się. Z nozdrzy unosi mi się para, wąskie narty lśnią, a w ustach czuję smak metalu. Pierś ogrzewa mi przywieziona przez hodujących renifery Skoltów kwadratowa karta od Wilczego Zęba. Napisał na niej: „MiłajaIrgoczko, prijezdżajtie tu budować lepszy świat. Załatwię paszport i przepustkę”. Myślę o atramentowych zawijasach i twardych, kościstych dłoniach, które to napisały. Wkrótce te wysmukłe palce mnie obejmą.

*

Z wyjazdu trudno się zazwyczaj wytłumaczyć. Jak i z tego, dlaczego Irga Malinen, córka Białego Boga, biegnie na nartach do radzieckiego kraju. Jednym z powodów jest oczywisty bunt, wściekłość, która mnie ogarnęła, ale taką mam naturę. Tydzień temu, w moje piętnaste urodziny, papoczka zapomniał zaznaczyć na futrynie drzwi kreskę wskazującą, ile urosłam w ciągu roku. Jeśli chodzi o Sisko, to pamiętał o tym bardzo dobrze, nie omieszkał się pochwalić, jak urodziwe i czyste rasowo dziewczę spłodził, chociaż matka należała do ludzkich wyrzutków.

– Ta córka oczyszcza swoje żyły z dziedzictwa zła, zapala elektryczną lampę, która zaćmiewa lapońskie gwiazdy.

Rozgniewało mnie to tak bardzo, że musiałam pójść za saunę, żeby pogryźć kość renifera i cichutko pochlipać. Sisko, zawsze Sisko. Od olimpiady w Berlinie ta podstępna panienka była oczkiem w głowie i ulubienicą ojca, bo jakimiś cwanymi sztuczkami sprawiła, że wybrano ją do reprezentacji akrobatycznej i miała okazję pić herbatę z samym kanclerzem Trzeciej Rzeszy Hitlerem. Cholerna baletnica. Od tamtej pory dla ojca nie istniał nikt inny. I wszystkich potrafiła zauroczyć tymi kręconymi w tajemnicy jedwabistymi lokami. Gapiących się na nią nie brakowało.

Ale gdy zza gór przybył Wilczy Ząb i zamieszkał w chacie Hettego, żeby wygłaszać mowy agitacyjne, postanowiłam, że go sobie wezmę. I stał się cud, bo dziwnym trafem Wilczy Ząb zechciał właśnie mnie.

Miał miękkie usta, z których wystawał lewy kieł, przez co wyglądał cudownie okrutnie.

Oczywiście, nie wierzyłam w jego opowieści. W domu już z mlekiem matki wyssaliśmy strach przed Ruskami i komunizmem, tak więc głupoty nadawane w niedzielę w porze mszy przez radio z Murmańska tylko nas śmieszyły. Zauważyłam jednak, że od kilku tygodni zaczęłam jeździć na nartach do Hettego, co nie było trudne, bo nikt nie miał na mnie oka. I jakoś mi się to spodobało. Przesiadywałam tam owinięta w skórę renifera, popijałam z kuksy[3] reniferowe mleko, przypatrywałam się Wilczemu Zębowi i słuchałam, jak czerwoni przeklinają ojca i życzą mu, żeby poszedł do piekła. Niczym najlepsi prorocy nawijali o cudownym świecie komunizmu i raju ludu roboczego. Podobno tam, za granicą, wyśmiewano substytut kawy, a biodra kobiet otulały wałeczki tłuszczu, bułki pieczono z jedwabistej pszenicy, a kołchozowa krowa z pełnymi wymionami ryczała: Przyjdź i wydój mnie! Ktoś uciekł bojerem do Ruskich i od razu mianowano go komisarzem na terenie Murmańska.

– A niby jak się przedostał za granicę? – odważyłam się wyrazić powątpiewanie.

– To proste! – krzyknęła baba Hettego.

Lapońscy Skolci cały czas wędrują przez granicę za swoimi reniferami. Dla innych to też łatwe. Wystarczy wskoczyć na sanie, postawić maszt z drąga do siana, wsadzić za pazuchę butelkę z wódką na popitkę podczas podróży i ruszać przed siebie! Droga sama się znajdzie, bo w stronę Związku Radzieckiego wieją zawsze pomyślne wiatry, a potoki same zawracają spod pagórków i płyną w odwrotnym kierunku, jakby nie chciały wylewać wody z raju.

– Prawdę mówicie? – spytałam z kąta izby, w której gromadzili się ludzie.

Wilczy Ząb się zaśmiał i wsunął mi ciepłą rękę pod spódnicę.

– Spodoba ci się tam. Przyjedź do Moskwy na tańce. Co wieczór grają tam nowi muzykanci.

Rozbudził we mnie kobietę i w lecie, przed konfirmacją, wsadził mi penisa w stodole u Hettego i tak mnie przycisnął, że aż chciało mi się śmiać. Podobało mi się, jak dyszał prosząco i dusił okrzyki, gryząc skórę renifera: „Irkku, cholera jasna, masz najpiękniejszą na świecie”. Obiecałam przyjechać w odwiedziny, jak tylko czas pozwoli. Rozstaliśmy się w cudownym nastroju pod znakiem wspólnej tajemnicy i przyszłych, celebrowanych razem, zlanych potem dni. Jednak wkrótce rankami zaczęłam się czuć źle. Zrobiłam tak, jak Sisko, światowa dziewczyna, mnie nauczyła. Miałam nasikać na ziarno jęczmienia i jeśli ono wykiełkuje, to znaczy, że jest źle. Ziarno wykiełkowało. Powiedziałam o tym Sisko, a ona na następnym zebraniu Lotty Svärd[4] doniosła, że Irga puściła się z Ruskiem. Ojcu nikt nie śmiał o tym powiedzieć, ale wcześniej czy później wszystko stanie się dla niego jasne, a miejscowa akuszerka nie chciała pomóc.

*

– Z ruskim agitatorem się puściłaś – oskarżył mnie Anselm. – No to teraz wyznawaj swoje grzechy.

Ten krzykacz też padał mi do filcowych butów, chwytał za spódnicę i zalecał się do mnie, córki Białego Generała. Owszem, pamiętał o tym i widział, że ja też pamiętam. Wstyd zaróżowił policzki chłopca, więc spróbowałam wykonać dobry ruch.

– Może powiem o tym ojcu,

Anselm się przestraszył.

– Tylko nie mów głupot.

Mój ruch na nic się nie zdał. Zmusili mnie, żebym podwinęła do góry spódnicę, przyłożyła język do lodowatego żelaznego pręta, aż przywarł do niego, a potem kazali iść na czworakach do tyłu. Bili mnie po udach skórzanym pasem, gdy się cofałam, ale język nie chciał się oderwać. Wtedy Jaakima Alakunnas chwycił nóż i machnął raz, aż odciął duży kawałek. Trysnęła krew, ale bardziej mnie to rozgniewało, niż przestraszyło.

– Do diabła, cożeś narobił! – wybuchnął Anselm.

*

Stanęłam na nogi i pobiegłam przez stężałe zaspy do domu. Ktoś wrzasnął za mną:

– Przyjdziemy po ciebie, ruska kurwo!

Siedziałam skulona w stajni przez cały wieczór, spuchnięty policzek okładałam gorącym mchem z białym serem i myślałam. Ponieważ zaspy były zamarznięte, więc moje buty nie zostawiły śladów na śniegu. Ale oni zgadną, dokąd poszłam, i wczesnym rankiem przyjadą tu po mnie na nartach. Albo udadzą się do Hettego i jeszcze podpalą mu chatę. Wiedzą, że ojciec jest na inspekcji gdzieś w Pummanki, a Sisko pojechała na noc do kuzynostwa.

Zaczęłam się pakować. Czarno-czerwone getry i kożuch. Kilka marek z dziurką, pozostawionych przez przejezdnych Szwabów. Kartę od Wilczego Zęba wsunęłam pod koszulę, w okolicę serca. Potem zaczęłam się zastanawiać nad prezentem. Zwinęłam w rulon tyle map z gabinetu ojca, na ile tylko starczyło mi odwagi. Wilczy Ząb ucieszy się z nich. Masło i pieróg na maślance, malutka butelka rumu. W ostatnim akcie złośliwości pochwyciłam wyrzeźbionego z kości wielorybiej czarnego konia stojącego na szachownicy ojca. Jeśli nic innego, to na pewno zniknięcie tej bierki go wkurzy. Przystanęłam, by się zastanowić. Język miałam jak z drewna, panika mąciła mi myśli. Wzięłam z biurka wieczne pióro i papier ze stemplem straży granicznej, przysiadłam przy szafce z miską i zaczęłam pisać. Oświadczyłam, że uciekam do Związku Radzieckiego przed wstydem, którego sama sobie przysporzyłam. Że wszystko na pewno będzie dobrze, a jak nie, to wrócę. Spojrzałam na list z poczuciem triumfu: O tym, głupi obcinacze języków, nie pomyśleliście! Córka Białego Generała potrafi pisać. Wyciągnęłam z kufra matki starą krajkę. Wyszukując w pamięci dawne słowa, zawiązałam na niej powoli trzy węzły czterech wiatrów i czekałam na poranną jasność. Wraz z nią zacznie się pościg.

*

Mrok opada, gdy tak szusuję na nartach wieczorem, pod koniec długiego dnia, w stronę Związku Radzieckiego, do Wilczego Zęba, który czeka na mnie przy granicy i zdobędzie paszporty i pracę, a dla dziecka królicze mleko. Jeśli będzie chciał. Z tyłu głowy pulsuje mi strach, że Wilczy Ząb nie ucieszy się z płodu w moim brzuchu, choćby nawet mapy i współrzędne zrobiły swoje. Ale nie czas się cofać! Kikut języka w ustach wydaje mi się dziwnym zwierzęciem. Czuję parcie na pęcherz, dziecko wije się w brzuchu, woła pod skórą o jedzenie. Docieram do zakrętu rzeki, wdrapuję się na skalne wzniesienie. Ścigający są na dole, zaledwie rzut kamieniem ode mnie, wydaje mi się, że słyszę szum nart i głuche przekleństwa. Przede mną, w odległości jedynie kilkuset metrów, majaczy linia graniczna. Na chwilę ogarnia mnie chęć, by poszusować od razu do celu. Cierpliwości, Irgo! Cierpliwości! Mogą tam się czaić wysłannicy ojca albo sowieccy żołdacy. Świszczący oddech wywołuje ból w piersi.

Zatrzymuję się niechętnie, zrywam z bioder krajkę. Drżącymi palcami rozplątuję jeden węzeł czterech wiatrów, modlę się do starożytnych bogów matki:

– Bieggagállisie Odwieczny. Pomóż mi teraz.

Cienie skradają się powoli w moim kierunku. Sztywnymi palcami szarpię drugi węzeł i powtarzam modlitwę, nasłuchując. Zakrwawionymi paznokciami rozrywam ostatni węzeł. Unoszę twarz i wołam:

– Bieggagállisie, Człowieku-Wietrze! Pomóż mi teraz!

Wtedy dzieje się cud. Od północy nadbiega miażdżący podmuch, porywa śnieg leżący luźno na zaspie i stawia między mną a moimi prześladowcami jasny mur. Słyszę, jak pęka lód, przestraszony pies gończy skowyczy, ścigający wrzeszczą, a potem moje uszy zatyka jęk zimnego prądu powietrza. Nie czekam, aż gęsta zasłona się rozrzedzi.

Pamiętam z opowieści Wilczego Zęba, że wkrótce trzeba będzie skręcić w lewo. Biegnie tam odwieczna trasa wędrówki reniferów, dla której granice ludzkich państw się nie liczą. Oby teraz wiązanie nie utknęło w śniegowym błocie… Obym teraz nie upadła…

Ale ja się nie załamuję. Wichura słabnie przy skraju lasu. Kilkudziesięciometrową przecinkę, wyrąbaną przez pograniczników w rzadkim lasku brzozowym, wypełnia już mrok, kiedy moje zdrętwiałe, trzęsące się nogi przechodzą na drugą stronę. Zatrzymuję się, by się przyjrzeć wielkiej niedźwiedziej jaskini w skale i rosnącej na niej słabowitej brzozie. Powiadają, że w pobliżu może znajdować się saamska seida[5]. Podjeżdżam na nartach bliżej i ogarnia mnie radość: do pnia brzozy przymocowana jest, jak się umówiliśmy, zajęcza łapka. Tak, to ona. Zaskoczenie i niedowierzanie ogarniają mój umysł. Uciekłam. Czy to prawda? Głosy pościgu i psów przycichły. Wjeżdżam prędko do niskiego lasku brzozowego, by złapać oddech. Cichy podmuch nocy owija góry w niebieskawą czerwoność, rozciągając nad rozlewiskiem rzeki szarą zasłonę, za którą mogę się schronić i odpocząć. Ciemność opada na zaspy, horyzont gaśnie.

Nasłuchuję.

Z tyłu nie dochodzi już do mnie szum narciarzy. Ściągam narty i opieram je o niedźwiedzią skałę.

Na granicy bagna łopoczą ognie zorzy polarnej.

Wystawiam twarz na ciemne, mroźne powietrze i zastanawiam się, czy w komunizmie jest choć odrobinkę cieplej.

*

Po chwili niepokój i niewygodna pozycja wyrywają mnie z drzemki. Czemu Wilczy Ząb nie nadchodzi? Jednocześnie uświadamiam sobie, że bardzo chce mi się sikać. Podnoszę się z trudem i zdejmuję narzeczeńską bieliznę, którą Sisko podarowała mi na konfirmację – kobiece majtki, świadczące zwykle o tym, że dziewczyna jest gotowa, by ją wydać za mąż. Ja, ladacznica, nie umiałam na nie zaczekać, zmęczenie i strach poniewczasie wydobywają chichot z mojego gardła. Gdy ciepła strużka rzeźbi ślad w śniegu, powtarzam sobie w myślach: – Żegnaj, faszystowska Finlandio.

Po załatwieniu potrzeby opadam z powrotem na ziemię. Wzdrygam się, gdy w splątanych zaroślach słyszę szept:

– Zdrawstwujtie, Finlandia!

Wytężam w ciemności wzrok i wydaje mi się, że w trzcinach miga znajomy kożuch. Otwieram usta do krzyku, by stwierdzić, że nie mogę wypowiedzieć nawet swojego imienia. Kikut języka szamocze się w powietrzu, z gardła wydobywa się skrzek przestraszonego zwierzęcia. Padam na kolana i trzymam nóż wymierzony do ciosu. Może to obcy komunista albo jakiś znajomy pogranicznik od ojca? Z jakiegoś powodu przychodzi mi na myśl czarny koń ukradziony z szachownicy Białego Generała. Czy popełniłam ostatni i jednocześnie największy błąd swojego życia? Zagrałam jednak złymi kartami i teraz moje życie się kończy, zanim się jeszcze na dobre zaczęło. Postać zbliża się szybkimi krokami, czuję zapach żywicy i bimbru. Choć nie mam ku temu podstaw, to szepczę głośno nienarodzonemu dziecku: Nie bój się. Wszystko będzie dobrze.

1 Skolci – grupa etniczna należąca do Saamów, żyjąca w fińskiej Laponii na półwyspie Kola (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2 Tunturi – niskie wzgórza o zaokrąglonych wierzchołkach.

3 Kuksa – lapońskie naczynie z drewna używane do picia.

4 Lotta Svärd – fińska organizacja kobieca działająca na rzecz obrony kraju w latach 1920–1944.

5 Seida – święta skała Saamów.

CZĘŚĆ I

Tę niewidzialną cząstkę, która oddziela się od ludzkiego ciała w trakcie umierania, Czeremisi nazywają trzema różnymi słowami. Jednak nie mają one tego samego znaczenia. Duch (właściwie Oddech – šülaš), który w żaden sposób nie opuszcza człowieka podczas jego życia, odchodzi z ostatnim tchnieniem przez usta. Dokąd? – tego Czeremisi nie potrafią wytłumaczyć.

Uno Holmberg, Wierzenia Czeremisów, Werner Södeström 1914

Republika Mari El, wieś Ławra, około 50 kilometrów od Joszkar-Oły, 2015

Verna

Jestem spóźniona. Niemiłosiernie spóźniona. Wpatruję się w oparte na pulpitach drzwi od obory i leżące na nich ciało.

W klasie kołchozowej szkoły unosi się kredowy pył, a przez zabite na amen okna prześwituje blask stojącej na zewnątrz lampy.

W ciemnym wnętrzu pali się, trzeszcząc, tylko jedna żarówka w zielonej osłonie, dokoła której o dostęp do światła rywalizują stawonożne sówki. W oblepionej pyłem szklanej witrynie szczerzą się wykrzywione małe zwierzęta, ropuchy zwabione do omszałych słoików obietnicą wiecznego snu, równonogi i kosarze z płaskimi odwłokami i ośmiorgiem oczu. Lekarza nigdzie nie widać. Jesteśmy we dwójkę, ja i zachowujący się jak prokurator Wąsaty Chłoptaś, który przedstawił się jako wiejski policjant. Szturcha trupa składaną metrówką i skrobie w zeszycie swoje uwagi. Potem wyciąga szczypce i zaczyna rozprostowywać sztywne od rigor mortis, pokaleczone palce nóg zmarłego. Pozostało ich tylko cztery. Szczęki ojca zieją pustką, oczy są wpółotwarte. Odwracam głowę, aby uniknąć tego widoku. Rysujące się na ścianach skrzydlate cienie nocnych motyli drżą i unoszą się jak niespokojne duchy, a potem znów znikają w ciemności. Ogromna pomarszczona mapa Związku Radzieckiego, wisząca z prawej strony, upstrzona jest wystającymi z niej szpilkami o kolorowych główkach. Finlandia na mapie wydaje się być tylko małą, malusieńką, położoną na północnym zachodzie pluskwą przy małżowinie usznej wielkiego niedźwiedzia. Natomiast Moskwa wygląda niczym olbrzymi, opity krwią myszy pająk spachacz ze szczypcowatymi szczękami, którego odnóża sięgają na wszystkie strony wielkiej krainy, w każdy jej zakątek. Przedstawiają one sieć kolejową. Rysuję palcem zębatą linię w warstwie kurzu. Staram się zorientować, w którym miejscu mapy się znajduję. Gdzieś tam, na zakręcie Wołgi, ale gdzie konkretnie? Odnajduję pierwsze zakole. Na prawym, stromym, skalistym brzegu rzeki leży obwód maryjski górny. Niżej, po lewej stronie maryjski łąkowy, a na nim ten budynek z niewielką salą szkolną.

Dokładny jak prokurator policjant kieruje światło latarki na otwarte usta trupa i wpycha w nie potężne obcęgi, które wyglądają, jakby wykorzystywano je dawniej do zabiegów przy cielących się krowach. Przez jedną nieznośną chwilę wpycha instrument głębiej, odchylając głowę nieboszczyka do tyłu. Słychać chrzęst jak przy odrywaniu głowy szczupaka.

– Czto eto? Co my tu mamy?

Ogarnia mnie obrzydzenie. Nie chcę na to patrzeć.

Pamiętam, co ojciec mi odpowiedział, gdy go zapytałam, dlaczego mamy tylko książki i puste butelki po winie, natomiast żadnej filiżanki ani wazonu.

– Człowiek jest zwierzęciem, które chce wiedzieć.

Ojcze, podczas gdy inni czytali dzieciom na dobranoc bajki, ty czytałeś swoim zwyczajem takie fascynujące twoje dziecko dzieła jak Państwo Platona. Pamiętam jeden jego fragment. Leontios, syn Aglajona, widzi trupy walające się na placu egzekucyjnym i chce się odwrócić, ale nie może. Chęć uczestniczenia w tym obrzydliwym akcie bierze w nim górę, więc wytrzeszcza oczy, podbiega do trupów i powiada z jękiem: „No dobrze, przeklęte oczy, patrzcie do woli na ten piękny widok”.

I oczywiście, ojcze, ja patrzę.

Trup ma paskudnie poszarpane palce u rąk i nóg, jakby pokiereszowało go jakieś zwierzę. Inne części ciała też są mocno pokaleczone, brakuje kawałka ciemienia, zwisa oderwane ucho. Staram się uświadomić sobie, że obsypany złuszczoną farbą trup jest ze mną spokrewniony, że leży tutaj mój ojciec Henrik Malinen, szanowany profesor Instytutu Etnografii, człowiek, którego podziwiałam i czciłam nieprzytomnie przez całe dzieciństwo, ale którego właściwie nie znałam. Ten ostatni raz ci się udało, zwabiłeś mnie, zaufałam ci i przybyłam do ciebie, w czeluść obcego i strasznego kraju, do tej wypchniętej z macicy matki ziemi karłowatej wsi, która na pierwszy rzut oka przypomina idylliczną, unurzaną w błocie pierwotną osadę spokrewnionego z Finami plemienia.

Przysłałeś list, błagając, bym przyjechała, a teraz leżysz z rozrzuconymi kończynami, przypominając zająca, który właśnie został wytrząśnięty z pułapki.

Wybacz mi, ojcze.

Podchodzę bliżej i wyciągam rękę, by dotknąć twojego zesztywniałego pośmiertnie ramienia. Wzdrygam się, bo wydaje mi się, że przez moje palce przebiegł prąd, a twoje oczy zalśniły.

Cofam rękę. Uspokój się! Światło faluje mi w oczach, nerwy robią psikusa. Moją uwagę przyciągają obcęgi, którym posługuje się policjant, i to, co znalazł w gardle. Na metalowej tacy spoczywa coś, co sprawia, że ramiona drżą mi bezwiednie. Obiekt jest tak dobrze zachowany, że rozpoznaję go bez trudności. Skrzydła ma ułożone pięknie po bokach, delikatne odnóża przylegają do włochatego odwłoka. Mała ćma, rozpiętość skrzydeł zaledwie trzy centymetry. Policjant włącza dyktafon i szepcze, oddychając ze świstem:

– Posledniej piszczej, kotoruja żertwa progłatiła, ostałsja motyliok.

Szybko tłumaczę zdanie w myślach: Jako ostatni posiłek ofiara połknęła motyla.

Co za ironia, ojcze! Na ósme urodziny otrzymałam od ciebie cienką książkę Roms atlas over sommer uge og møl[6]. Pachniała mięta, kwitł ostrożeń, gdy po raz pierwszy wzięłam do ręki siatkę na motyle.

Pierwszy dostojka malinowiec na leśnej łące, chmura zorzynków rzeżuchowców na padoku. Larwa mieniaka tęczowca na liściu wierzby niczym duże, zielone, nagie dziecko. A teraz to.

– Co było przyczyną śmierci ojca? – dukam, zwracając się do wiejskiego policjanta po rosyjsku, i żałuję, że na lekcjach tego języka grałam w wisielca.

– Ja tylko wykonuję swoją pracę, i to w trudnych warunkach. A wy, diewoczka? Zostaniecie moją żoną?

Pytając, Wąsaty Chłoptaś szczerzy zęby.

Potrząsam zaskoczona głową.

– No tak, oczywiście, jesteśmy z miasta, wiejski policjant nas nie interesuje.

Wąsacz rzuca na stół buty i palto; to cały majątek nieboszczyka. Ale nie może tego przekazać bez ważnych papierów.

– U was jest dokumienty? Macie papiery?

Głos kołchozowego policjanta nabiera godności jak u samego satrapy.

Wygrzebuję z torebki zaświadczenie o rejestracji, które mi przysłano z Joszkar-Oły po kilkudniowym czekaniu. Potwierdza ono, że mieszkam w hotelu Walentyna, i zawiera warunek poinformowania władz, jeśli będę chciała stąd wyjechać. Przez chwilę mam nadzieję, że policjant nie zorientuje się, że przebywam we wsi bez pozwolenia. Na próżno.

– Diewoczka, nie lzia guliat’ zdies’!

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6 Atlas duńskich motyli i ciem.