Clementine - Lex Martin - ebook
lub
Opis

Seksowny początek wciągającej serii New Adult!

Clementine to dziewczyna, która musi nauczyć się na nowo kochać. Wydawałoby się, że jej życie jest równie zjawiskowe, jak ona. Jednak problemy z rodzicami, zdrada ukochanego chłopaka oraz napaść seksualna ze strony nauczyciela sprawiły, że stała się nieufną i zamkniętą w sobie osobą.

Clementine wyznaje zasadę, że z nikim się nie umawia. Kiedy na horyzoncie pojawia się przystojny Gavin, chłopak, którego każda dziewczyna chciałaby spotkać na studiach, wiele się zmienia.

Z czasem zbliżają się do siebie. Kiedy wplątują się w historię tajemniczego zaginięcia studenta, Clementine nieświadomie staje się celem. Gavin wie, że musi być ostrożny, bo zagrożone jest nie tylko serce, ale też życie jego dziewczyny.

___

Lex Martin to bestsellerowa autorka serii „The Dearest…”, „All about the D” oraz „Shameless”. Jest utalentowaną pisarką i nauczycielką języka angielskiego. Uwielbia drukować czarno-białe zdjęcia, słuchać muzyki z płyt winylowych i zatracać się w doskonałych książkach. Obecnie wraz z mężem i córkami mieszka w Los Angeles.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 434

Popularność


Dla Matta i moich małych niedźwiadków, jesteście moi na całe długie i szczęśliwe życie

Nigdy nie jest za późno na to, by stać się tym, kim mogłeś się stać.

– George Eliot

Rozdział 1

Bezmyślnie kreślę piórem kółka na marginesie dziennika i gapię się przez okno zakurzonej świetlicy.

Właśnie tego potrzebowałam, żeby poczuć się pewniej, myślę, a jednocześnie staram się, by zdenerwowanie nie zapuściło korzeni w moim brzuchu.

Z korytarza dobiega mnie odgłos piszczących kółek, potem słyszę jęk i łomot upadającej na podłogę walizki.

– Czekaj, co się stanie, gdy wybuchnie pożar? Jesteśmy na siedemnastym piętrze – mówi jakaś dziewczyna, przeciągając samogłoski. Czyli pochodzi z Południa.

Pociesza ją niski męski głos:

– Wiem, że jesteśmy wysoko, ale nie korzystaj z windy. Ostatnie, czego chcesz, to utknąć pomiędzy piętrami. Sprawdzę każdy pokój, by mieć pewność, że zostałaś ewakuowana.

Nie słyszę dalszego ciągu tej rozmowy, ponieważ w korytarzu pojawiają się dwie dziewczyny.

– A niech to! Opiekun naszego akademika to niezłe ciacho! – mówi dziewczyna w letniej sukience, taszcząca wypchaną torbę. – Ciekawe, czy ma dziewczynę.

– Pewnie jest na ostatnim roku lub na studiach magisterskich, kretynko. Nie masz u niego szans – mówi ta druga, a jej akcent łagodzi wydźwięk słów.

Nigdy nie leciałam na opiekuna, studenta ostatniego roku, któremu płacą za to, by miał oko na dzieciaki. Na pierwszym roku tę funkcję pełnił Tao, który miał metr sześćdziesiąt w kapeluszu i był zapatrzony w Jezusa. To nie moja bajka.

Trudno mi sobie wyobrazić, kto mógłby chcieć zostać opiekunem akademika. Tao bez przerwy zajmował się jakimiś żałosnymi łamagami i woził je do szpitala, gdy coś sobie połamały. Nigdy nie zapomnę jego miny, kiedy znalazł moją przyjaciółkę Sarę, która leżała nieprzytomna z przepicia i miała złamaną kostkę. Nie wiem, jak udało jej się zwymiotować na wszystkie cztery ściany swojego pokoju, zanim zeszła na dół.

Stukam piórem w kartkę i wiercę się na krześle.

Przez ostatnie trzy miesiące starałam się skupić, wziąć się za bary z różnymi pomysłami, ale udało mi się jedynie zapełnić notes psychodelicznymi rysunkami.

Do cholery, to musi się udać.

Oddycham głęboko i moje nozdrza atakuje zapach zleżałych cheetosów.

Będzie dobrze, jeśli tylko uda mi się znowu wrócić do codziennego pisania. Robiłam to już wcześniej.

Powtarzam sobie te same bzdury w nadziei, że w końcu coś zaskoczy. Przez całe lato starałam się myśleć pozytywnie, nie tracić wiary, ale nie jest łatwo.

Moje kolano zaczyna podrygiwać z nerwów, jednak tuż przed nadejściem kryzysu podskakuję na dźwięk czyjegoś głosu.

– Moja droga, ty mi nie wyglądasz na pierwszaka.

Lekko odwracam głowę i kątem oka widzę go opartego o futrynę. Opiekuna akademika.

– Bo nim nie jestem – mówię bez entuzjazmu.

– To co robisz w Warren Towers? To znaczy, co sprawia, że dobrowolnie tu przebywasz? Mnie za to płacą. Jakie jest twoje wytłumaczenie?

Wiem, że żartuje. Jednak nie mam nastroju do żartów.

– Po prostu szukam białego szumu – mówię i wracam do swojego notesu. Czuję na sobie jego wzrok, oblewam się rumieńcem. – Słuchaj, nie jestem psycholką, jeśli do tego zmierzasz. Po prostu szukam inspiracji.

Zapisuję jakieś przypadkowe słowa, mając nadzieję, że któreś z nich wyciągnie mnie z niemocy twórczej: walizki, przystojny OA, kondomy, dietetyczna cola, pączki.

Starając się nie zwracać uwagi na intensywność jego spojrzenia, patrzę przez przeszkloną ścianę.

Zawsze uwielbiałam ten widok. Boston wibruje kolorem palonej sjeny – brunatnego piaskowca ogrzewanego sierpniowym słońcem. Bluszcz porastający mury faluje na wietrze wiejącym znad rzeki Charles i sprawia, że mam ochotę pobiegać.

Aż mnie zatyka na myśl o tym, ile wydarzyło się od czasu, gdy zaczynałam tu naukę. Trzy lata temu, siedząc na tym samym krześle, wpadłam na pomysł swojej pierwszej książki. I mam nadzieję, że wpadnę na kolejny.

Rzut oka na zegarek sprawia, że czuję się, jakbym przyjęła cios w brzuch. W takim tempie, jeśli nie wezmę się w garść, nigdy nie napiszę kolejnej książki. Muszę się skupić. Nikt nie opłaci moich rachunków, a Uniwersytet Bostoński nie cacka się z biednymi małymi bogaczkami − w dokumentach jestem obrzydliwie bogatą córką dwojga dupków z pierwszej pięćsetki najbogatszych ludzi według „Fortune”. Niestety, do moich rodziców nigdy nie dotarło, że powinni choć trochę interesować się moim cholernym życiem.

Nie wiem, co zrobiłam, żeby tak ich wkurwić. W tej chwili to nie ma żadnego znaczenia. Wniosek jest jeden: potrzebuję pieniędzy. Pronto.

Tylko jedno może mnie uratować. Pewnego pięknego dnia, gdy będą sprzyjać mi gwiazdy i los, zacznę pisać jak szalona. Pod koniec pierwszego roku tak się stało, gdy dostałam pismo z biura kwestora, z którego dowiedziałam się, że zalegam dwadzieścia tysiaków.

Czyż to nie ironia losu, że moja powieść, w której opisuję najbardziej poniżające chwile swojego życia, pomogła mi pokryć zobowiązania?

Nie udało mi się napisać niczego równie dobrego jak Powiedz, że to nieprawda. To moja jedyna książka, szczęśliwy los na loterii, który pomógł mi wyjść z długów. Chyba nawet nie musiałam. To, co zaczęło się jako ckliwe zapiski w dzienniku, ukształtowałam w opowieść, która jakimś cudem wskoczyła na listy bestsellerów i stała się hitem.

Opiekun akademika chrząka i odrywa mnie od moich myśli.

– Sądziłaś, że znajdziesz inspirację tutaj, w akademiku dla pierwszaków?

Nie muszę na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że się uśmiecha.

Jak, do cholery, można usłyszeć uśmiech?, nabija się mój wewnętrzny głos.

– I co, udało ci się? – Śmieje się.

W końcu omiatam go wzrokiem i aż ściska mnie w dołku. Jest wysoki, ma ciemne, potargane włosy, które opadają mu na twarz. Wpatruje się we mnie zielonymi oczami. Dziewczyny miały rację. Rzeczywiście jest przystojny. Uśmiecha się olśniewająco, a mnie aż robi się słabo na myśl, jaki musi mieć apetyczny sześciopak.

Och, na litość boską, weź się w garść, Clem.

Przygryzam dolną wargę, aż czuję ból, i ponownie wlepiam wzrok w swój notes.

– Nie – mówię, pragnąc zyskać więcej czasu na pisanie. – Nie mam szczęścia do inspiracji.

Zaciskam zęby i zaczynam rysować kółka. Nie zwracając uwagi na szybko bijące serce, które − mam nadzieję − szaleje tak tylko przez wzgląd na kolejny rachunek za studia i nie ma nic wspólnego z tym sobowtórem Henry’ego Cavilla, przeglądam strony notesu, desperacko pragnąc znaleźć w nim coś, co pomoże mi się pozbierać.

On wciąż stoi w drzwiach.

– Przy okazji, mam na imię Gavin.

– Miło cię poznać – odpowiadam bez przekonania i, działając jakby na autopilocie, zaczynam pakować swoje rzeczy, choć jest na to zbyt wcześnie.

Cholera. Kurwa jego mać! Nie możesz wyjść. Nic jeszcze nie wymyśliłaś!

– A… ty…?

– A ja wychodzę. – Mój wewnętrzny głos wzdycha z dezaprobatą. Co z ciebie za suka, Clem.

– Cóż, nie o to mi chodziło. – Jest rozbawiony.

Zarzucam torbę na ramię.

– Wiem, o co ci chodziło – mówię i podnoszę wzrok, ponieważ on blokuje mi drogę wyjścia.

Jest wyższy, niż sądziłam… i dobrze zbudowany…

Wkurza mnie to, że moje serce bije jeszcze wścieklej w chwili, gdy wyczuwam cytrusowy zapach jego wody kolońskiej. Szczycę się tym, że jestem nowoczesną dziewczyną, niepotrzebującą faceta, zwłaszcza takiego, który jedynie złamie jej serce. Wobec powyższego staję się coraz bardziej poirytowana tym, że ten facet ze swoim uśmieszkiem sprawia, że czuję motyle w brzuchu zachowujące się jak kamikadze.

Wzdycham przesadnie głośno i czekam, aż usunie się z drogi, a jednocześnie przyglądam się jego bicepsom rozpychającym się pod T-shirtem.

Przestań. Mu. Się. Przyglądać.

Kręcę głową, wymijam go i ruszam w stronę windy. Naciskam guzik i czekam całe trzy sekundy, zanim wciskam go ponownie.

– Wiesz, jesteśmy na siedemnastym piętrze. To może trochę potrwać. – Jego głos dobiega zza moich pleców. – Wydaje mi się, że będziesz miała dość czasu, żeby powiedzieć mi, jak się nazywasz. – Znowu się śmieje, widocznie nie przeszkadza mu to, że całą sobą sugeruję, żeby się odpieprzył.

To nic nie znaczy. To nie ma znaczenia, że nie wpadłaś dzisiaj na żaden pomysł.

Z nerwów ściska mnie w żołądku, rozważam już zejście po schodach, kiedy drzwi windy się otwierają, a ja czuję ulgę rozlewającą się po ciele. Nie wiem, dlaczego stąd uciekam, ale to robię.

Wchodzę do windy i się odwracam. Okropnie seksowny OA przygląda mi się, opierając się o ścianę z rękami skrzyżowanymi na szerokiej klatce piersiowej. Nasze spojrzenia się krzyżują, a on unosi brwi.

Gdy drzwi zaczynają się zamykać, czuję wyrzuty sumienia.

No dobrze.

– Clem. Mam na imię Clementine.

Drzwi się zamykają, ale wcześniej zauważam jego uśmiech.

* * *

Stęchły zapach budynku, w którym mieszkam, uderza mnie w nozdrza, gdy wspinam się po schodach. Wszyscy stoją wokół stołu wykonanego z koła od wozu, a Jenna, trzymając ręce na biodrach, stara się ochronić swoją zdobycz z wyprzedaży garażowej. Długie do ramion blond włosy zebrała w sterczący kucyk, na policzku ma ślady kurzu.

– Clem, chodź i mi pomóż – mówi ze słodkim akcentem z Karoliny Południowej, przeciągając samogłoski. – Uważasz, że jest okropny? Ja nie. Sądzę, że ma swój charakter.

Harper stoi obok Jenny i wzrokiem błaga mnie, bym wzięła jej stronę. Zdejmuje okulary i masuje nasadę nosa, po czym odsuwa z twarzy kosmyk ciemnokasztanowych włosów. Mam szczęście, że jest moją prywatną terapeutką. Jej ojciec to znany na całym świecie psychiatra, a ona pewnego dnia mu dorówna.

Dzielę pokój z Harper od drugiego semestru pierwszego roku, gdy okazało się, że żadna z nas nie jest w stanie mieszkać z dotychczasowymi współlokatorkami w Warren Towers. Wtedy też zaprzyjaźniłyśmy się z Jenną, która podobnie jak ja studiuje kreatywne pisanie. Szczęśliwym trafem na drugim roku nasze małe trio zamieszkało razem w godnym pozazdroszczenia apartamencie przy Bay State Road, gdzie stoją najokazalsze budynki z czerwonego piaskowca. Od tego czasu trzymamy się razem.

Oprócz Harper i Jenny nikt tutaj nie zna prawdziwej mnie. Nikt nie wie, że kiedyś odziedziczę pierdyliony dolarów. Fundusz powierniczy i portfele akcji przynoszą oszałamiające sumy. Nie lubię jednak, gdy ludzie patrzą na mnie jak na zmanierowaną milionerkę.

Poza tym te pieniądze nie są moje, więc ich nie chcę. Zwłaszcza jeśli musiałabym płaszczyć się przed matką. Tego nie doczeka się do usranej śmierci.

Harper chrząka, żeby przyciągnąć moją uwagę, a ja przypominam sobie, że mam przyjąć rolę egzekutora.

– Jenno, nie mamy na to miejsca w nowym mieszkaniu – mówię w nadziei, że uda jej się to wytłumaczyć w bezbolesny sposób. – W tym roku nasz salon jest mały.

Nie mówię jej, że przez całe lato planowałyśmy puścić stół z dymem.

– Kochanie – wtrąca z rezygnacją Ryan, chłopak Jenny – może byśmy go na razie zabrali do mnie? Wstawimy go do garażu, a za rok go zabierzesz.

Mimo że nim pogardzam, wiem, że tak naprawdę to świetny chłopak.

– Poza tym mamy dobre wspomnienia z nim związane. – Daje jej porozumiewawcze znaki brwiami, a ja odnoszę wrażenie, że zaraz się porzygam.

– Ohyda! – krzyczy Harper. – Dlaczego nie ograniczycie swojej aktywności seksualnej do sypialni jak inni ludzie?

– Nie da się, gdy twoja dziewczyna jest taka seksowna. – Ryan pochyla się i całuje Jennę, podczas gdy ona chichocze jak zadurzona nastolatka.

Na szczęście dzwoni domofon, więc Ryan przeskakuje przez pudła i biegnie do drzwi, żeby zapłacić dostawcy pizzy. Znajdujemy papierowe talerze i siadamy na podłodze w salonie.

Gdy kończymy jedzenie i ogarnia nas błogie zmęczenie, odechciewa nam się tej gównianej przeprowadzki do innego mieszkania na kampusie.

Znużona Harper podnosi szklankę z napojem.

– Za ostatni rok. – Podnosimy swoje kubki. – Za Ryana, żeby wyprzedał wszystkie bilety na swoje koncerty.

Chłopak puszcza oko, jest dumny ze swoich scenicznych osiągnięć, nawet teraz trochę zadziera nosa.

– Za Jennę, żeby była równie zadowolona w sypialni, lecz nieco cichsza – wylicza Harper.

Jenna strzela do niej z palca, ale robi to ze śmiechem. Harper zwraca się do mnie:

– Za Clem, żeby napisała kolejny bestseller.

Jej słowa wzbudzają we mnie zarówno nadzieję, jak i strach. Cały czas modlę się, żeby przełamać złą passę i znowu zacząć pisać.

Ryan przechyla swój kubek w moją stronę.

– Dasz mi kiedyś przeczytać tę twoją książkę?

Odpowiedź jest łatwa.

– Nie sądzę. – Unoszę jedną brew, gdy on udaje rozczarowanie. Aha, na pewno chciałby przeczytać moją książkę dla nastolatek.

Jenna wtrąca się, żeby dokończyć toast:

– I za Harper, żeby myliła się co do moich freudowskich przejęzyczeń!

Ze śmiechem trącamy się kubkami.

Jenna przerywa wznoszenie toastu i macha rękami, rozpryskując napój po podłodze.

– Nie zapominajcie, że jutro wieczorem Ryan występuje w Euphorii. – Jenna jest szczególną groupie stojącą w pierwszym rzędzie i rozbierającą wzrokiem swojego chłopaka, wokalistę grupy Tragic Paradox. – Mają świetnego nowego gitarzystę.

Pochyla się, żeby pocałować Ryana, jednak szybki całus w usta zmienia się w coś więcej, więc razem z Harper zaczynamy jęczeć. Ryan się odsuwa, ale zaraz zaczyna obmacywać swoją dziewczynę.

– Zawsze jesteś takim perwerem? – pytam, posyłając mu w zamierzeniu pogardliwe spojrzenie, ale on tylko złośliwie się uśmiecha.

Jenna w ogóle nie jest zmieszana tym, że przed chwilą złapał ją za pierś. Macanki w miejscu publicznym stały się dla niej codziennością, podobnie jak dokładne rewizje na lotnisku.

On nadal patrzy na mnie z szerokim, głupim uśmiechem. Kręcę głową.

– Jesteś odporny na moje moce, co nie?

– No raczej. – Wzrusza ramionami.

– Nigdy nie udało mi się ciebie przestraszyć.

– Fakt, za to wszyscy moi kumple srają w gacie ze strachu. – Głaszcze mnie po włosach, jakbym była dzieckiem, więc na poważnie rozważam zdzielenie go w łeb. – Dlaczego jesteś taka wredna, Clementine?

Odsuwam się i wzruszam ramionami.

– Jak ci przeszkadza ciepło, to wypierdalaj z kuchni.

– Po prostu potrzebujesz godnego siebie przeciwnika.

Zauważam błysk w jego oku. Do tego faceta nigdy nic nie dociera.

– Nie, nie próbuj swatać mnie z żadnym ze swoich żałosnych kumpli.

– Clem?

– Co?

– Nie zrozum mnie źle. – Unosi jedną brew. – Ale czy ty jesteś lesbijką? – W obronnym geście unosi ręce, zanim zdążę szyderczo się roześmiać. – Nie mam nic przeciwko, jeśli jesteś. Nie osądzam cię i naprawdę uważam, że to byłoby całkiem seksowne.

– Pierdol się, Ryan.

– Nie byłabyś taka spięta, gdybyś choć raz poszła z kimś do łóżka.

– A kto mówi, że nie poszłam?

Tak jest zawsze. Spotykam spojrzenie Harper, która krzywi się z niesmakiem. Wie, jak tego nienawidzę.

– Clem nic na to nie poradzi, że większość facetów nie jest w stanie sprostać jej standardom – mówi Jenna, zbierając nasze papierowe talerze.

– Dzięki. – Nie chodziło o to, że z nikim się nie umawiałam. Po prostu zrezygnowałam z poszukiwania faceta, który nie byłby popierdzielony. Nie zdradzałby. Nie byłby stalkerem. Tak, faceci są powaleni.

Ryan marszczy brwi.

– Już od jakiegoś czasu chodzę z Jenną i przez ten czas nie miałaś żadnego chłopaka. To popieprzone. Wszyscy moi kumple ślinią się do ciebie, a i ja sądzę, że gdybyś się z kimś związała, ludzki gatunek odniósłby korzyść.

Bardzo śmieszne. Moje geny nie wydają się niezwykłe. Jestem raczej niska, mam długie, jasne włosy i niebieskie oczy. Ludzie mówią, że Jenna i ja mogłybyśmy podawać się za siostry, ale ona ma jedwabiste i gładkie włosy, a ja dłuższe i falowane. Gdybym chciała wyglądać tak szałowo jak Jenna, kiedy wstaje z łóżka, musiałabym spędzić pół dnia z suszarką w ręce. To nie dla mnie.

Jedyne, co działa na moją korzyść, to zamiłowanie do biegania i wspinaczki, więc przynajmniej żadna z moich części ciała przez jakiś czas nie zwiększy swojej objętości.

Ryan wskazuje mnie palcem i chytrze się uśmiecha.

– To, że z nikim się nie umawiasz, zapewne oznacza, że nienawidzisz mężczyzn. Mam rację? Wszystkich oprócz mnie.

Robi minę szczeniaczka, podczas gdy Jenna grucha do niego.

Rany boskie.

– Nie nienawidzę mężczyzn. Nienawidzę przewidywalnych facetów. – Nie wiem, co dzisiaj wstąpiło w Ryana. Powinien wiedzieć, że lepiej ze mną nie zaczynać.

– Wiesz co, dziewczyno? Powinnaś chodzić z nalepką ostrzegawczą – żartuje Ryan. – Niewłaściwa obsługa może doprowadzić do urazu lub śmierci.

– Dobrze, zacznijmy więc od ciebie – mówię i udaję, że uderzam go w brzuch.

* * *

Bay State Road porastają klony i bujny bluszcz. Widok jest tak ładny, że można by go wysłać na pocztówce do domu. Gdybym tylko wysyłała do domu pocztówki.

Nasze mieszkanie na ten rok znajduje się dokładnie jedną przecznicę od Uniwersytetu Bostońskiego. Chociaż czuję się wykończona, a na ulicy jest pełno studentów i aut zaparkowanych w dwóch rzędach, niemal podskakuję z radości, patrząc na nasze nowe lokum.

Harper, Jenna i ja weszłyśmy po schodach i otworzyłyśmy drzwi nowego mieszkania.

– Zastanówmy się, jak podzielimy się pokojami. – Harper ma praktyczne podejście.

Nasz apartament znajduje się na górze trzypiętrowego budynku i jest trochę większy niż pozostałe mieszkania szeregowca, lecz to wciąż akademik.

Od frontu mamy niewielkie wspólne pomieszczenie, z którego wchodzi się do trzech pokoi – jednego dla dwóch osób i dwóch pojedynczych. Zauważam łazienkę. Cztery dziewczyny dzielące jedną łazienkę to nic zabawnego.

– Dani będzie mieszkała ze mną – mówi Jenna – dlatego biorę ten podwójny pokój od frontu.

I tak przez większość czasu pomieszkuje u Ryana, więc nie potrzebuje prywatności.

Jestem zadowolona, że to nie mnie przyjdzie dzielić pokój z nową dziewczyną.

Takie są niedogodności związane z mieszkaniem na terenie kampusu. Chociaż jest też sporo zalet. System wyboru mieszkania opiera się na losowaniu, dlatego nie wzięto pod uwagę tego, że chciałybyśmy mieszkać we trzy, i przydzielono nam mieszkanie dla czterech osób. Mogłyśmy czekać, aż przyślą nam jakąś współlokatorkę lub same kogoś znaleźć. Jenna przysięga, że polubimy Dani, ale ja wstrzymuję się z oceną, ponieważ ostrożności nigdy dość. Zwłaszcza jeśli jest się w mojej sytuacji.

Próbuję nie rzucać się w oczy, ponieważ prasa z rozkoszą drukowałaby moje nazwisko na pierwszych stronach brukowców. Mój brat bliźniak kilka razy znalazł się w takiej sytuacji, ale Jax dobrze czuje się w świetle reflektorów, bo dzięki nim może zaliczyć każdą laskę, która wpadnie mu w oko.

Moim celem jest spokojne życie, chociaż czasami bywa nudno. Bóg mi świadkiem, że doświadczyłam już dość dramatów.

Podoba mi się spokój, więc swoją książkę opublikowałam pod pseudonimem. Za nic w świecie nie przyznałabym się do porażki, która stała się inspiracją dla tej powieści.

Harper patrzy na mnie pytająco, więc wzruszam ramionami. Zapłaciłam za pojedynczy pokój, chociaż to dla mnie duży wydatek, ale nie jestem w stanie pisać, jeśli ktoś obok mnie ogląda Glee.

– Możesz zająć ten, który ci się bardziej podoba. Ja będę szczęśliwa, jeśli tylko nie zostanę zmuszona do ponownego mieszkania z Evą Richardson – mówię i wzbudzam śmiech.

Eva, moja współlokatorka, z którą mieszkałam na pierwszym roku, wredna dziewczyna należąca do żeńskiego stowarzyszenia studentek, zmieniła moje życie w piekło i sprawiła, że spiknęłam się z Harper.

Słychać kroki na drewnianej podłodze, więc odwracamy się i widzimy zasapanego Ryana.

– Cholera. Nie mogłyście dostać pokoju na pierwszym lub drugim piętrze? – Gdy wchodzi na szczyt schodów, podrzuca pudła, żeby lepiej je chwycić.

– Jutro wieczorem stawiamy drinki i kolację – mówię, zabierając od niego jedno pudło. – Poza tym to cena, jaką płacisz za możliwość chodzenia z jedną z najładniejszych dziewczyn na kampusie. Podczas przeprowadzki musisz być naszym robolem. Weź się w garść, chłopie.

Wzdycha i przytakuje.

– Masz rację.

No dobra, może nie wszyscy faceci są powaleni.

Rozdział 2

Następnego dnia wszystko mnie boli, jakbym została skopana przez średniej wielkości trzodę chlewną, więc nie mam najmniejszej ochoty iść do pracy. Jestem jedną z asystentek kierownika w kampusowej księgarni. To pożądane stanowisko wśród studentów, ponieważ przysługują na nim zniżki na książki, ubrania, a co najważniejsze – również na kawę. Księgarnia ma trzy piętra, zajmuje połowę przecznicy i znajduje się w niej wszystko z Barnes & Noble i Starbucksa, a także podstawowe elementy wyposażenia akademików oraz ubrania. Nadgorliwi rodzice mogą wyposażyć gówniane pokoiki swoich pociech, zapłacić krocie za podręczniki, a nawet kupić jakiś durnowaty kubek dla babci.

Uwielbiam swoją pracę. Zazwyczaj. Stanowi dla mnie odskocznię, sprawia, że nie zamykam się w sobie, co jest moją typową reakcją na stres. Teraz nadciąga najgorętszy okres roku.

Zajęcia zaczynają się za kilka dni, więc muszę radzić sobie z przepełnionym magazynem. Potrzebuję pieniędzy – niech mnie szlag trafi, jeśli zadzwonię do matki po pomoc – więc dodaję sobie energii, pijąc podwójne latte, i przygotowuję się na czekające mnie zadania.

Sprzedaż książki przyniosła mi sporo pieniędzy, ale studiuję na jednej z najdroższych uczelni w kraju, która mieści się w jednym z najdroższych miast w Stanach, więc moja sytuacja finansowa nie jest dobra. Matka płaci czesne za mojego brata, który na szczęście studiuje po drugiej stronie ulicy na Boston College, więc nie muszę go codziennie oglądać i przypominać sobie, jakie ma fory w rodzinie.

Piszę krótką wiadomość do Jenny. Tłumaczę, że nie jestem w stanie przyjść na występ Ryana, i obiecuję wysupłać trochę kasy, żeby kupić mu kilka drinków w zamian za pomoc przy przeprowadzce.

Jenna odpisuje: Rozumiem, ale i tak jesteś zdzirą. Szkoda, że cię nie będzie! Chciałam, żebyś poznała Murphy’ego, nowego gitarzystę. Przystojniak.

Odpowiadam jej ze śmiechem: Przestań mnie wrabiać!

Jenna: Zarośnie ci cipka i będziesz musiała iść na zabieg chirurgiczny, żeby móc jej używać.

Ja: Nie martw się. Mam ubezpieczenie. I pomocników na baterie, którzy mnie nie zdradzają ani nie stalkują. To ostateczny argument!

No dobra, nie mam ubezpieczenia. Ani wibratora. Czuję się trochę głupio, że skłamałam, ale Jenna zupełnie nie rozumie, dlaczego nie chcę się z nikim umawiać, a ja nie mam ochoty na to, żeby jej się tłumaczyć. Ponownie.

Jenna: Dobra. Pozwolę ci nie przyjść dziś wieczorem, ale pod JEDNYM warunkiem.

Ja: ?

Jenna: Dasz mi wolną rękę, żebym mogła zaplanować twoje urodziny w przyszły weekend. CARTE BLANCHE.

Ja: Ostro się targujesz. A jak powiem nie?

Jenna: To masz dziesięć minut, żeby wziąć dupę w troki i przyjść na koncert.

Ja: Ale z ciebie suka. Dobrze. Masz te urodziny.

Jenna: Kocham Cię! Nie pracuj do późna.

Kręcąc głową, odkładam telefon i biorę się za robotę.

Kiedy kończę inwenturę, jest już po północy. Kenmore Square zapełnił się studentami idącymi na Lansdowne Street, gdzie znajduje się kilkanaście barów, lecz ja skręcam w Bay State Road, a przecznica, przy której stoi mój budynek, jest ciemna. Dwie latarnie nie świecą, więc mimowolnie przyspieszam kroku. W końcu stoję przed drzwiami.

Czuję ulgę, widząc Harper siedzącą na kanapie i rozmawiającą przez telefon.

– Jesteś sama? – pytam, gdy się rozłącza.

– Tak, Jenna poszła do Ryana. Wiesz, co się z nimi dzieje po koncertach – odpowiada, wywracając oczami. – Dani wyszła na miasto z przyjaciółmi.

Podnoszę koc, którym jest okryta, moszczę się obok niej i oglądamy telewizję z wyciszonym dźwiękiem. Kiedyś będziemy musiały zająć się kartonami ustawionymi pod ścianami, ale jestem zbyt padnięta, żeby o tym myśleć. Teraz, gdy usiadłam, czuję, jak bolą mnie nogi, a zmęczenie opanowuje całe moje ciało.

– Jak było? – pytam.

– Zespół wypadł świetnie, ale Kade, ten wielki kutas, cały czas mnie obłapiał.

Kade jest bębniarzem w zespole. To syn jakiegoś polityka i wydaje mu się, że wszystko mu wolno. Faceci tacy jak on, z pieniędzmi i władzą, pozbawieni respektu dla norm społecznych, są niebezpieczni, o czym sama boleśnie się przekonałam.

– Ja pierdzielę.

– Mam gdzieś to, że mu się podobam. Jak jeszcze raz położy łapy na moim tyłku, to pożałuje.

Harper nie ma tak oczywistej urody jak Jenna, ale jest oszałamiająca na swój oryginalny sposób. Ponadto to jedna z nielicznych osób czujących się dobrze we własnej skórze, które znam. A na dodatek studiuje psychologię i z rozkoszą grzebie mi w głowie, kiedy potrzebuję jej pomocy.

– Co za oblech. Nie wiem, dlaczego Ryan się z nim przyjaźni.

Siada wygodniej.

– Ale ten nowy gitarzysta jest cudny. I śliczniutki!

– No właśnie słyszę. – Nigdy nie widziałam faceta, ale – jak widać – wpadł Harper w oko. To już coś.

– Zamierzasz rzucić swojego kochasia dla niego?

– No wiesz!

* * *

Jestem. Taką. Idiotką.

Z torebki wyjmuję spis zajęć na ten rok. Wsadziłam tam tę kartkę w maju i szybko o niej zapomniałam. Czytam nazwy przedmiotów: mity greckie i rzymskie w literaturze, psychologia, pisanie romansów i matematyka stosowana.

Przez trzy lata odraczałam dwie rzeczy – obowiązkowy kurs matematyki (ponieważ jestem matematycznie niedorozwinięta) oraz zapisanie się na to, co – jak przypuszczałam – będzie moim ulubionym przedmiotem, czyli pisanie powieści young adult z profesor Golding. Zeszłej wiosny była na urlopie macierzyńskim i nie wykładała w drugim semestrze, więc tej jesieni mam ostatnią szansę, żeby trafić na jej zajęcia. Wierzę, że pomogą mi znaleźć pomysły do książki.

Ściska mi się żołądek, gdy ponownie czytam listę przedmiotów.

Jakim trzeba być geniuszem, żeby dopiero teraz uświadomić sobie, że przypadkowo zapisałam się na pisanie romansów?

Wizja tego, że profesor Golding bierze mnie pod swoje skrzydła, szybko rozpływa się przed moimi oczami.

Szanse na to, że na jej zajęciach pozostało miejsce dla jeszcze jednej studentki, są takie same jak na znalezienie w Bostonie ulicy bez dziur w asfalcie.

Jeszcze jeden wykładowca uczy pisania young adult, ale na pierwszym roku dostał sądowy zakaz zbliżania się do mnie, więc prędzej zamarzłoby piekło, niż zapisałabym się na jeden z pieprzonych kursów prowadzonych przez niego.

Miałam całe lato, całe cholerne lato, żeby to zauważyć, ale w ogóle nie wpadłam na to, żeby spojrzeć na spis przedmiotów i sprawdzić, czy wszystko się zgadza. Pewnie zauważyłam tylko fragment pisanie powieści i założyłam, że jest tak, jak powinno być. Ja pierdolę.

Przez dziesięć minut w pełnym skupieniu porównywałam moją kartę rejestracyjną z katalogiem zamieszczonym w internecie i zauważyłam, że numery kursów z young adult i pisania romansów są prawie identyczne. Jednak niedzielny wieczór po Święcie Pracy nie jest odpowiednim czasem na takie olśnienia, ponieważ i tak nic nie wskóram, dopóki nie zaczną się zajęcia.

Kurwa!

O dziesiątej rano we wtorek koniecznie muszę się napić. Szota. Może tequili. Nie jestem pijaczką, ale widok tłumu studentów stojących pod salą i próbujących się zapisać na kurs YA prowadzony przez Golding sprawia, że czuję się pokonana. Dwa razy sprawdzam godziny jej dyżurów i postanawiam spotkać się z nią po zajęciach, po czym idę na pisanie romansów.

Wywracam oczami. Nienawidzę romansów.

Mam przerąbane.

* * *

Spóźniłam się dziesięć minut, ale w końcu dotarłam. Wchodzę, spuszczam głowę, żeby stać się niewidzialna, i siadam na jednym z ostatnich wolnych miejsc. Sala jest wielka i pęka w szwach, co mnie dziwi, ponieważ powinni tu być tylko studenci ostatniego roku pisania.

Profesor Marceaux przechadza się na przedzie sali i cmoka, patrząc na nas. Nie zdążyłam jeszcze spojrzeć na plan zajęć, a już jedna ze studentek zadaje pytanie:

– Jaka jest różnica pomiędzy Pięćdziesięcioma twarzami Greya a romansem? – pyta dziewczyna z pierwszego rzędu.

Domyślam się, że wszyscy chcieli o to zapytać, ponieważ robi się harmider. Czy jestem jedyną, która nie przeczytała Pięćdziesięciu twarzy Greya?

Marceaux zatrzymuje się w pół kroku.

– Doskonałe pytanie. Po pierwsze i najważniejsze, Ana, główna bohaterka Pięćdziesięciu twarzy, zastanawia się, czy chce być uległa Christianowi, więc cała opowieść kręci się wokół konfliktu seksualnego, który sprawia, że książkę należy przypisać do gatunku powieści erotycznych. Weźmy również pod uwagę styl. W romansie mówimy kochać się lub uprawiać seks. Wydaje mi się, że raczej nie powiemy pieprzyć się – mówi, unosząc brwi, a studenci zaczynają się śmiać.

Jezu. Czy musimy mówić o seksie? Czy romans nie może dotyczyć nieodwzajemnionej miłości i smutnych spojrzeń? Odrobiny macanek po pijaku gdzieś w szafie?

Wykładowczyni ma silny francuski akcent i gdy przechadza się przed nami, przesuwa okulary w szylkretowych oprawkach na czubek głowy. Znowu cmoka.

– Nie użyłabym również słów takich jak penis czy łechtaczka. Będziecie musieli wymyślić jakieś zabawne eufemizmy, żeby je zastąpić.

Studenci zaczynają szeptać, kilka dziewczyn chichocze.

Po jaką cholerę mam wymyślać zabawny eufemizm do słowa penis? Nie zamierzam go pisać. Nigdy.

Jest mi niedobrze.

Chłopak siedzący obok mnie dotyka mojego łokcia.

– Mogę ci z tym pomóc – szepcze, uśmiechając się złośliwie. – Z tymi eufemizmami.

– Spadaj, dupku. – Błyskawicznie się pakuję i wybiegam z sali. Profesorka coś do mnie mówi, gdy zatrzaskują się za mną drzwi. Sekundę później słyszę głośny śmiech.

Gdy wracam do domu, pęka mi łeb. Późnym popołudniem przychodzi Jenna i robi wielkie oczy na mój widok.

– Chryste Panie, Clem, co się z tobą działo na zajęciach?

– Jakich zajęciach? – Jedną nogę zginam w kolanie i przysiadam na niej na ławce pod wykuszowym oknem.

– Z romansu. Nie widziałaś, jak do ciebie machałam z tyłu sali? – Macha rękami, jakby chciała zademonstrować.

– O Boże, ty też na to chodzisz?

– Tak! Dlaczego uciekłaś?

– Żartujesz sobie? Nie będę chodziła na zajęcia pisania o seksie.

Marszczy czoło.

– One nie są o seksie. Przegapiłaś resztę wykładu. Powiedziała, że w romansie seks jest sprawą drugorzędną, a najważniejszą jest miłość. Seks może być jej częścią, ale chodzi o szerszą perspektywę.

Obejmuję głowę dłońmi i masuję pulsujące skronie.

– A co z tymi zajęciami z young adult, na które tak bardzo chciałaś chodzić? – pyta, przemierzając pokój.

Jęczę i zamykam oczy.

– Pomyliłam się podczas rejestracji na zajęcia zeszłej wiosny i przypadkowo wybrałam romans.

– Pech. – Robi sobie kawę i siada obok mnie w wykuszu.

Otwieram oczy i patrzę na nią.

– Jenna, nie jestem osobą, która lubi wymyślać zabawne eufemizmy opisujące części ciała. To nie dla mnie.

– Cóż, może to znak, no wiesz, żeby spróbować nowych rzeczy i wziąć byka za rogi.

Teraz ja marszczę czoło. Daję radę być suką, ale nie wiem, czy mam w sobie dość odwagi. Ostatnim razem coś naprawdę odważnego zrobiłam na pierwszym roku i do tej pory odczuwam tego skutki.

Może dlatego nadal nie mogę pisać.

Jenna szturcha mnie łokciem, próbując mnie pocieszyć.

– Uśmiechnij się. Przygotuję coś naprawdę zabawnego na twoje przyjęcie urodzinowe.

– Super. Cieszy mnie to, jeśli tylko nie będę musiała wymyślać eufemizmów do słowa penis.

Na jej twarzy maluje się rozczarowanie.

– Szkoda, psujesz zabawę.

Może i tak, ale dzięki temu czuję się bezpieczniej.

Rozdział 3

Nie mam pomysłu ani na książkę, ani na to, jak dostać się na zajęcia z YA. Czekam na jeszcze jedną złą wiadomość, bo gówniane wieści zawsze chodzą trójkami.

Błagałam profesor Golding, żeby pozwoliła mi przychodzić na swoje zajęcia, ale wręczyła mi tylko listę rezerwowych, która ciągnęła się na dwie strony. Schowałam więc dumę do kieszeni i przeprosiłam profesor Marceaux za to, że wybiegłam z jej wykładu. Powiedziałam jej, że to był nagły wypadek, i przemilczałam, że prawie umarłam, kiedy usłyszałam łechtaczka.

I teraz właśnie myślę nad eufemistycznymi określeniami łechtaczki, takimi jak motylek, guziczek, myszka, pączuś.

O Boże.

Przed oczami staje mi niepożądany obraz. Wkłada dłoń pomiędzy jej delikatne uda i głaszcze jej pulsującego motylka.

Jezu. Niech mnie ktoś zastrzeli, jeśli kiedykolwiek napiszę to w jakiejś książce.

Godzę się na to, że w tym semestrze będę brała udział w idiotycznych zajęciach z pisania romansów, i wybieram się na zakupy do księgarni. Zakradam się w nadziei, że nie zagonią mnie do roboty, ale kiedy podchodzę do kasy, kątem oka zauważam jego. Tego pierdzielonego złamasa.

Serce o mało nie wyrwie mi się z piersi, krew płynie szybciej w całym moim ciele. Z trudem łapię oddech i pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to ukryć się za kasą.

Chyba mnie nie zauważył. Proszę. Odejdź. Stąd.

Dziewczyna stojąca przy kasie wraca z przerwy. Jej buty pojawiają się przede mną, zaraz potem mnie zauważa. Robi wielkie oczy. Unosi jedną brew, próbując zrozumieć, co jej szefowa robi pod ladą. Po drugiej stronie stołu słyszę głos Jasona Wheelera, mojego profesora z zajęć kreatywnego pisania na pierwszym roku

– Becca, jeśli będziesz zwracała na mnie uwagę, zmiażdżę ci zębami kość udową.

Gapi się przez chwilę, unosi drugą brew na wysokość pierwszej, po czym odsuwa się i prostuje, więc znowu widzę tylko jej stopy.

– Dzień dobry, profesorze Wheelerze. Czy to wszystko?

Boże, jak ona szczebiocze.

– Tak, dziękuję, skarbie.

Chce mi się rzygać, gdy słyszę ten jego gładki, aksamitny, zasrany głos. Albo skopać mu jaja, a potem się zrzygać.

Kasa piszczy, gdy Becca skanuje zakupy Wheelera.

– Czy ja cię znam, moja droga? – pyta.

No i proszę.

Becca chichocze.

– Uczył mnie pan literatury brytyjskiej kilka lat temu. Jestem zaskoczona, że pan pamięta.

– Jesteś zbyt ładna, żeby cię zapomnieć.

Rzyg.

– Robisz magisterkę na anglistyce?

Dziewczyna zapewne potwierdza skinieniem głowy.

– Wspaniale – dodaje Wheeler.

– Jak minęło panu lato? – pyta dziewczyna, kołysząc się na piętach.

– Spędziłem je w Londynie. Było fantastycznie. Wróciłem dopiero kilka dni temu.

Becca śmieje się, chociaż nie było w tym nic śmiesznego.

Wheeler mówi coś, czego nie jestem w stanie usłyszeć. Po czym dodaje:

– Przyjdź do mnie, jeśli będziesz miała jakiś problem. Z przyjemnością ci pomogę.

Co za obleśny typ.

Wiedziałam, że wróci na zajęcia jesienią, ale nie byłam przygotowana na jego widok. Spuszczam wzrok i zauważam, że zaczęłam pocierać nadgarstek. Zamykam oczy i głęboko oddycham, żeby wziąć się w garść. Kiedy je otwieram, widzę, że Becca ukucnęła naprzeciw mnie.

– Poszedł, chociaż nie mam pojęcia, dlaczego się przed nim schowałaś. Jest cudny! Kochałam się w nim na pierwszym roku.

– Przepraszam, że postraszyłam cię przegryzieniem nogi. – Nie zamierzałam wbijać zębów w jej udo. – On i ja mamy złe wspomnienia.

– Och, dał ci złą ocenę, tak? – Wydyma usta.

– Coś w tym stylu. – Niezupełnie o to chodzi. Gdy opuszcza mnie paraliż, mogę pokręcić głową. – Becca?

Przyklęka, żeby znowu na mnie popatrzeć.

– Nie chodziło o złą ocenę. – Przełykam ślinę, próbując pozbyć się guli z gardła. – To zły człowiek. Jest… niebezpieczny. – Chcę jej powiedzieć, żeby trzymała się z dala od niego, ale nie mogę wydusić z siebie tych słów.

Patrzy na mnie, jakbym mówiła w obcym języku. Kilka dziewczyn podchodzi do kasy, ich rozmowa przerywa kłopotliwą ciszę.

Becca zerka na nie, po czym zwraca się do mnie:

– Nie wiem, co o tym myśleć, ale w porządku.

Nie mam jak jej wyjaśnić swojego osobliwego zachowania, ponieważ jedna z klientek pyta, gdzie znajdzie organizer na piloty do zawieszenia przy łóżku, więc Becca oddala się, żeby pomóc jej szukać.

Nie wiem, jak długo tam siedzę, próbując uspokoić oddech i trzęsące się ręce. Z zamyślenia wyrywa mnie sygnał przychodzącego SMS-a: Nie zapomnij kupić ogumienia!

Wiadomość od Jenny przypominająca mi o tym zadaniu jest jak wisienka na torcie tego popieprzonego dnia.

Czekam jeszcze dziesięć minut, żeby mieć pewność, że Wheeler poszedł, po czym wychodzę, z każdym krokiem czując nasilający się ból głowy. Powinnam iść na siłownię, żeby wypocić napięcie, ale najpierw muszę napełnić akwarium.

Nie, nie chodzi o rybki.

– Mój lekarz przepisał mi jakąś maść na zapalenie dziąseł – mówi starszy mężczyzna, zwracając się do farmaceuty, gdy czekam w kolejce do okienka.

Nie ma nic złego w kupowaniu prezerwatyw. To podstawowy produkt jak chleb i mleko. To tylko niewielki kawałek gumy okrywający męskie przyrodzenie. Nie powinnam się wstydzić, prawda?

Dziś rano Jenna uświadomiła sobie, że nasze akwarium z prezerwatywami jest puste, i prawie dostała ataku serca. Potem była zbyt wykończona, żeby pójść i uzupełnić zapasy, więc powiedziałam, że ja to zrobię. W końcu jest piątek. Nie mogę pozwolić, by penis znalazł się w sytuacji podbramkowej i nie mógł jej wykorzystać. Żaden członek nie przemknie się bez gumki podczas mojej warty.

Biorę głęboki oddech, nie zwracam uwagi na pot pojawiający się pod moimi pachami.

Och, jak tu gorąco.

Gorsze od samego kupowania gumek jest to, że muszę poprosić o podanie mi opakowania w rozmiarze maksi. I nie małego opakowania, lecz dosłownie ogromnego, by starczyło dla Ryana.

Jenna i jej chłopak parzą się jak wygłodniałe psy, a skoro już słyszałam z obscenicznych krzyków, jaki jest wielgachny, wiem, że powinnam poprosić o rozmiar dla giganta.

Kiedy staję przed okienkiem, wypinam pierś. Jestem nowoczesną dziewczyną. Dam radę.

– Poproszę największe opakowanie prezerwatyw Trojan Magnum w rozmiarze XL – mówię cicho, słowa brzmią obco w moich ustach.

Farmaceutka nieznacznie unosi brwi i sięga po duże, błyszczące pudełko. No widzisz, nie było tak źle, mówię sobie. Lecz zaraz słyszę gwizdanie dochodzące z tyłu.

– Maleńka, gdzieś ty była przez całe moje życie?

Spinam się, ale po chwili tylko wywracam oczami.

– Serio? Naprawdę masz taki podryw? – mamroczę. Unikam wzrokiem dwóch facetów stojących za mną i sięgam do torebki, żeby wyjąć portfel.

– Och, chodź tutaj, słodziutka. Nie odtrącaj mnie. Mam coś specjalnego dla dobrze wyposażonych dziewczyn.

Złośliwy chichot sprawia, że dostaję gęsiej skórki.

– No wiesz, jak chcesz sprawdzić jakość, mogę zorganizować dla ciebie przymiarkę. Podobno mam wspaniały okaz.

Podaję pieniądze i odwracam się do niego. Dupek jest wysoki i zbudowany jak kulturysta. Otwieram szeroko oczy i idę ku niemu, mrugając rzęsami jak lalunia, za którą mnie uważa. Przygryzam usta i mierzę go wzrokiem, przyglądam się jego szerokim ramionom, po czym spuszczam wzrok na to miejsce. Chichoczę jak zdzira i z uśmiechem patrzę mu w oczy.

– Jak miło, że mi to zaproponowałeś, bo jesteś tak zbudowany!

Uśmiecha się od ucha do ucha, jakby słyszał to już niejednokrotnie.

– Zapewne codziennie podnosisz ciężary, co oznacza, że musisz sobie coś kompensować, więc te maleństwa – mówię, dumnie potrząsając pudełkiem prążkowanych, nawilżanych gumek – są raczej daleko poza twoim zasięgiem.

Dopiero gdy kumpel dupka wybucha śmiechem, uświadamiam sobie, że skądś go znam, ale ma czapkę z daszkiem nasuniętą na oczy, więc nie widzę jego twarzy. Cholera. Gdzie ja go widziałam?

Po chwili stwierdzam, że nic mnie to nie obchodzi, i wzdycham, patrząc na zaczepiającego mnie platfusa. Nieco zbladł, zniknął też jego uśmiech.

– Suka – mówi dupek pod nosem, a ja zarzucam torbę na ramię i wychodzę.

Kręcę głową. Ktoś powinien mu powiedzieć, że to nie było obraźliwe. I że nie jest zwłaszcza wtedy, gdy zniechęcam do siebie takich dupków.

* * *

– Chyba cię posrało, jeśli sądzisz, że założę to na siebie. – Przeglądam się w lustrze. Należąca do Jenny obcisła jak druga skóra srebrna kiecka nie pozostawia nic wyobraźni. Ma głębokie wycięcie z tyłu i dekolt, więc wyglądam na gołą. – Nie ma mowy.

Nawet gdy rozpuszczam włosy, żeby okryć się nimi jak zbroją, nadal pokazuję za dużo ciała.

– Oj, przestań! – Jenna wydyma usta. Prosi mnie swoimi wielkimi piwnymi oczami.

Polubiłam Jennę w chwili, gdy się poznałyśmy, kiedy powiedziała mi, że pomiędzy przednimi zębami mam kawałek brokułu. Trudno znaleźć tak bezpośrednią przyjaciółkę, ale wciąż nie mogę uwierzyć, że ta cienka bibułka otulająca moje ciało jest odpowiednim strojem do wyjścia do ludzi.

Jenna klepie mnie w ramię.

– Zawiodłaś nas na całej linii w ostatnią sobotę. Powiedziałaś potem, że mam carte blanche w ten weekend. Carte. Blanche.

– Czy przebranie mnie za prostytutkę jest jednym z twoich celów?

Przesuwam dłońmi po cienkim materiale i zwijam się ze wstydu, że ktoś mnie zobaczy w takim stroju.

– Wyglądasz oszałamiająco, jeśli chcesz wiedzieć – mówi Harper i rzuca się na moje łóżko. – Masz zabójcze ciało, a ponadto kolor sukienki sprawia, że twoje oczy są bardziej szare niż niebieskie.

Jenna wskazuje Harper.

– Widzisz, ona nigdy nie kłamie. Proszę, zatrzymaj tę sukienkę! Powiedziałaś, że nie masz w co się ubrać. Nie mogę jej zwrócić, a na mnie nie leży tak dobrze. W sklepie wyglądała lepiej, a kiedy założyłam ją w domu, zauważyłam, że moja skóra ma w niej zielonkawy odcień. A ty jakimś cudem wyglądasz na opaloną. Nienawidzę cię, ty zdziro.

Nie mogę się powstrzymać i zaczynam się śmiać. Mówi prawdę – nie mam w co się ubrać.

Kładę dłoń na biodrze, wysuwam łokieć i prycham.

– Zamknij się, bo dostaniesz w łeb.

Chichocze, podczas gdy ja odwracam głowę i sprawdzam w lustrze, jak wyglądam z tyłu.

– Cóż, zanim wyjdę w tym do ludzi, muszę znać nasze plany.

– Idziemy na kolację do Ryana. Przyjdzie również Jax!

Jax to moja druga połowa. Urodziliśmy się w odstępie trzech minut. Jestem pod wrażeniem tego, że Jennie udało się oderwać mojego brata bliźniaka od jego drużyny piłkarskiej i od laski miesiąca. Od pewnego czasu nie jesteśmy sobie bliscy, ale i tak staram się chodzić na jego mecze.

Jenna trąca mnie biodrem.

– A potem idziemy potańczyć i być może coś jeszcze zaplanowałam. – Składa ręce, przez co wygląda, jakby zamierzała klaskać z radości.

– Niepotrzebnie tak się wysilasz. Ja nawet nie lubię obchodzić urodzin. Sama wiesz.

Robi wielkie oczy.

– Ty i Jax kończycie dwadzieścia jeden lat. To ważna okazja! Należy ją odpowiednio uczcić, co oznacza, że musisz wyglądać seksownie, bo to będzie twój wieczór.

– Jesteś pewna, że nie zostanę aresztowana za obnażanie się w miejscu publicznym? – pytam Harper.

Śmieje się i kręci głową.

– No dobrze. Niech będzie.

* * *

Jestem zaskoczona ilością jedzenia i tym, że pojawiły się tłumy dziwnych ludzi – kilkoro znam z pracy. Jest Ryan z niektórymi kumplami z zespołu, a także kilka groupies. Robi się jeszcze dziwniej, kiedy przychodzi mój brat i połowa drużyny piłkarskiej z Boston College. Powinnam założyć koszulkę z napisem Przyjaciele nie pozwalają swoim przyjaciołom studiować na BC. Studenci Uniwersytetu Bostońskiego biorą to na poważnie.

– Cześć, nudziaro – mówi Jax, uwalnia się od swojej dziewczyny i pochyla się, żeby mnie objąć.

– Cześć, frajerze. – Uśmiecham się, przytulając się do niego. – Nie widziałam cię od czwartego lipca. Już myślałam, że porwała cię jakaś rosyjska supermodelka.

– Niestety nie. Byłem zajęty piłką.

Jax wita się z Jenną i Harper. Po kilku minutach rozmowy o tym, co u kogo słychać, Jenna prowadzi mnie i Jaxa do stołu zastawionego kilkunastoma szotami.

– Musimy wznieść toast za bliźniaki! – krzyczy Jenna, a wszyscy wiwatują.

Kim są ci ludzie? Rozglądam się i widzę Kade’a, bębniarza z zespołu Ryana, rozmawiającego z kimś, kogo chyba już gdzieś widziałam. Facet jest wysoki, dobrze zbudowany. Ma ciemną flanelową koszulę założoną na opięty podkoszulek. Jest przystojny, wręcz zabójczo przystojny. Gdy to stwierdzam, natychmiast skupiam swoją uwagę na wódce, żeby uspokoić motyle w brzuchu, które nie wiadomo, skąd się tam wzięły.

Jenna nachyla się do mnie z uśmiechem.

– Wiem, że zwykle nie pijesz, ale uwierz mi, chcesz wychylić kilka szotów, zanim zaczniemy grę.

Przed nadejściem wiosny nie mogłam pić. Nie miesza się alkoholu i leków przeciwlękowych. Teraz jednak już ich nie zażywam, więc przemawia do mnie pomysł przytępienia zmysłów przed nieznaną mi kompromitującą zabawą wymyśloną przez Jennę. Sięgam po kieliszek.

– Zdrowie – mówię i wychylam zawartość.

– Dzwonili do ciebie rodzice? – pyta Jax, gdy czekamy, aż Jenna zdradzi, jakie szalone zabawy wymyśliła na ten wieczór.

– Nie. – Nigdy nie dzwonią. Mój brat pyta, bo chyba ma nadzieję usłyszeć inną odpowiedź. – A do ciebie?

– Nie. Rozmawiałem z mamą kilka tygodni temu i mówiła coś o pokazie psów, więc zapewne wyjechała z miasta. A tata… cóż.

Jakież to słodkie, mamie brakuje czasu, bo podróżuje, ale oboje wiemy, że to raczej kłamstwo. A nasz ojciec jest jak amputowana kończyna, co do której wciąż mamy nadzieję, że odrośnie. Prawda jest taka, że oboje są stuprocentowymi dupkami, interesującymi się bardziej pracą, psami czempionami i pokazami aut niż własnymi dziećmi.

– Daj mi rozpiskę swoich meczów. Chcę czasem zobaczyć cię w akcji.

Kiedy dorastaliśmy, tylko ja przychodziłam mu kibicować. Naszym rodzicom nigdy się to nie udawało. Zdobył wszystkie możliwe nagrody i wyróżnienia oraz pełne stypendium na Boston College, a nasi starzy zapewne nie wiedzą nawet, na jakiej gra pozycji.

– Prześlę e-mailem. – Chrząka i wkłada ręce do kieszeni. – Wiesz, hm, Daren wciąż o ciebie pyta.

Mrużę oczy.

– Przestań.

Spogląda na mnie znacząco.

– Dlaczego ludzie zakładają, że nadal się w nim kocham? – mówię szeptem. – Jax, to już historia.

– Serio? Przecież potem z nikim się nie umawiałaś.

– Możesz mówić trochę głośniej? Ci ludzie tam pod ścianą mogli nie usłyszeć. – Obrzucam go poirytowanym spojrzeniem i wychylam kolejnego szota. – Sypiał z moją najlepszą przyjaciółką, ponieważ ja widocznie kazałam mu zbyt długo czekać na seks. Wybacz, ale raczej nie zaufam mu ponownie.

Wzdryga się, chce coś powiedzieć, ale Jenna nam przerywa, żeby ogłosić, że zaplanowała dla nas niespodziankę:

– Jubilatka musi założyć ten naszyjnik z cukierków i potrzebuje waszej pomocy, chłopaki, ponieważ nie dostanie niesamowitego prezentu od swoich współlokatorek, dopóki nie zjecie z niej wszystkich słodyczy. – Jenna chichocze.

Gdy uświadamiam sobie, czego ode mnie wymaga, postanawiam udusić ją gołymi rękami. Jax patrzy na mnie i śmieje się, ale Jenna ma również coś dla niego.

– Jubilat, którego niektórzy z was znają jako gwiazdę futbolu z BC, musi dostać dwadzieścia jeden całusów. Dziewczyny, jeśli zdecydujecie się go pocałować, nalepcie na jego koszuli jedną z tych naklejek w kształcie serca, bo inaczej wasz całus nie będzie się liczył.

Mój brat od razu zapalił się do zabawy, zauważył jakąś ładną dziewczynę i poszedł w jej kierunku. Odwracam się i widzę, że Kade zmierza w moją stronę z drapieżnym błyskiem w oku. Cholera. Znowu będzie próbował mnie wyrywać. Czy on się nigdy nie nauczy? Jego ojciec jest właścicielem połowy stanu, a on po prostu chce mnie dodać do swojego katalogu zdobyczy.

– Clementine, wyglądasz dzisiaj olśniewająco – mówi i dotyka dłonią moich włosów. – Posuwałbym cię bez końca.

Rzucam mu obojętne spojrzenie i strącam jego dłoń.

– Odpuść sobie, Kade. Już kiedyś odbyliśmy podobną rozmowę. – Chcę odejść, ale łapie mnie za rękę z taką siłą, że chyba zostaną mi siniaki.

– Zostań moją dziewczyną. Obiecuję, że będzie ci ze mną dobrze. Chcę posmakować twojego cukiereczka, przez cały rok nie myślę o niczym innym.

Skąd on się nauczył takiej gadki? Z bycia dupkiem dla początkujących?

– Przepraszam, ale mamy pewien problem. – Staję z nim twarzą w twarz. Mierzę niecałe sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, więc góruje nade mną, ale chcę podkreślić to, co zamierzam powiedzieć. – Dupki nie są w moim typie. A gdybyś nie zrozumiał, co mam na myśli, to wiedz, że kwalifikujesz się jako dupek. – Następnie wyszarpuję rękę i odchodzę. Boże, teraz mam ochotę wziąć prysznic, by zmyć jego dotyk z siebie.

Podchodzę do stołu z drinkami i staję naprzeciw Wysokiego, Ogorzałego Przystojniaka, który opiera się o ścianę, trzymając rękę w kieszeni.

– Znam cię – mówię, sięgając po Absolut, i próbuję odnaleźć w pamięci okoliczności wcześniejszego spotkania.

– Tak, znasz.

Och, ale ma seksowny głos.

Uśmiecha się lekko, a ja zmuszam się do oderwania wzroku od jego ust.

– Mógłbyś odświeżyć moją pamięć? Skąd się znamy?

– Skarbie, łamiesz mi serce, mówiąc, że mnie nie pamiętasz.

Ignoruję dreszcz przeszywający moje ciało na dźwięk słowa skarbie, wzruszam ramionami i skupiam się na kieliszku z szotem, który jest teraz moim najlepszym przyjacielem. Mężczyzna ma słabo słyszalny akcent z Południa. Dlaczego w ogóle zastanawiam się nad jego akcentem… i jego ustami… tymi pełnymi wargami…? Wzdrygam się, zastanawiając, gdzie podziało się moje silne postanowienie, żeby unikać przystojnych facetów.

Jenna dopada mnie ze śmiechem.

– Clem, to jest Murphy, nowy gitarzysta Ryana. Murphy, to jest moja cudowna współlokatorka, Clementine.

Zadowolona z tego, że przedstawiła nas sobie, Jenna znika w tłumie, a ja rzucam okiem na Pana Seksownego.

Tłumaczę to sobie koniecznością przypomnienia, skąd go znam, ale szczerze mówiąc, chcę popatrzeć, jaki jest przystojny. Ciemne, lekko falowane włosy, muśnięta słońcem skóra, oszałamiająco zielone oczy, szerokie ramiona. Wow. Wow. Wow. Przyłapuję się na tym, że oblizuję usta.

Po chwili kręcę głową.

– To nie jest twoje imię.

Wyciąga do mnie rękę.

– Nazywam się Gavin Murphy. Wspaniale móc cię oficjalnie poznać, Clementine.

Gdy podaję mu rękę, wracają wspomnienia.

– Jesteś opiekunem w Warren Towers.

Szczerzy zęby i jest przy tym uroczy. Ma dołeczki w policzkach. Muszę się pilnować, żeby się nie gapić. Zaczynam skłaniać się ku stwierdzeniu, że przyjście tutaj nie było takim złym pomysłem, ale w tej chwili chłopak odzywa się ponownie:

– A ty kupujesz prezerwatywy w rozmiarze XL.

Krew odpływa z mojej twarzy, zabieram swoją rękę.

– Słucham?

Śmieje się, a ja stoję sparaliżowana. Potrzebuję chwili, żeby skojarzyć.

– To ty byłeś z tym frajerem w aptece – mówię chrapliwie.

– Po prostu stałem tam w kolejce. Nie mam pojęcia, kim jest ten facet z małym kutasem, którego prawdopodobnie pognębiłaś tak, że poszedł na terapię.

Być może jestem wyjątkowo przewrażliwiona, ponieważ są moje urodziny i spożyłam więcej alkoholu niż w ciągu ostatnich lat, ale okno możliwości, które z początku uchylało się w jego stronę, nagle zatrzasnęło się z hukiem. Mrużę oczy i uśmiecham się ironicznie.

– Cóż, oszczędź sobie wysiłków, ponieważ ty również masz małe szanse – mówię, wychylam szota i odchodzę. Dupek.

Dwadzieścia minut później rozmawiam z bratem na tarasie za domem, gdy podchodzi do nas Harper.

– Muszę cię ostrzec. Jenna planuje karaoke, zanim pójdziemy do klubu.

– Okej – przeciągam to słowo. – Jenna nie potrafi śpiewać, więc będzie zabawnie.

– Ona nie ma zamiaru sama śpiewać. Chce wyciągnąć ciebie na scenę.

– Cholera. Chyba nie jestem dość pijana na takie atrakcje.

Harper śmieje się i rozgląda po ogrodzie, gdzie stoją imprezowicze.

– Masz ładny głos, więc udawaj, że jesteś pod prysznicem, i wyobraź sobie, że wszyscy są nadzy. To znaczy, może oprócz twojego brata, ponieważ to byłoby obleśne.

Jax unosi brwi.

– To jest obleśne. – Śmieję się.

– Nie ma nic obleśnego w tym, że jestem goły – mówi.

Harper wywraca oczami i trąca mnie łokciem.

– Udawaj, że nic nie wiesz – mówi szeptem – ponieważ Jenna bardzo się stara, żeby to była niespodzianka. Po prostu nie chciałam, aby cię to przytłoczyło.

– Dzięki. Zapamiętam to sobie.

Jenna chyba wyczuła nas szóstym zmysłem, ponieważ zbliża się ku nam z chytrym uśmiechem.

– Jeszcze jedna niespodzianka, jubilatko!

Bierze mnie pod ramię i ciągnie z powrotem do salonu.

Kątem oka widzę Gavina rozmawiającego ze swoimi przyjaciółmi. Jakaś wysoka rudowłosa laska opiera się o niego i śmieje prowokacyjnie. Szepcze mu coś do ucha i kładzie dłoń na jego mostku, a mnie zalewa fala gorąca.

Wygląda na wyluzowanego i pewnego siebie. Założę się, że to taki typ, który wszystko już sobie zaplanował – swoją karierę, perfekcyjną żonę, dwupiętrowy dom na Cape Cod i golden retrievera. Prawdopodobnie znajdzie sobie dziewczynę podobną do tej − długonogą flirciarę z krągłościami.

Kiedy ze mną rozmawiał, byłam słodka i czarująca. Kiedy zażartował, odgryzłam mu głowę.

Typowe.

Pieprzyć to. A co mnie to, do cholery, obchodzi, z kim rozmawia?

Spogląda na mnie, a ja odwracam wzrok.

– Moja Clem zaraz dla was zaśpiewa! – krzyczy Jenna, a ja otrząsam się ze swoich myśli, gdy wkłada mi mikrofon do ręki. – Jaką chcesz piosenkę?

Wzruszam ramionami i mówię, żeby sama wybrała. Zaczyna się You Know I’m No Good Amy Winehouse. Uśmiecham się. Już ona mnie zna.

Gdy śpiewam, czuję na sobie jego wzrok, a kiedy zaczyna się refren, nabieram odwagi i spoglądam w jego stronę.

That’s right, Mr. Perfect. I’m talking to you. Because I’d never fit in your perfect little world*.

Nie wiem, czego spodziewałam się z jego strony, ale widzę, że kącik jego ust unosi się do góry w krzywym uśmiechu. Nagle czuję, że bardziej zdenerwowała mnie jego reakcja niż śpiewanie przed tymi wszystkimi ludźmi.

Kiedy kończę, jest tak cicho, że słychać zegar na ścianie, zastanawiam się więc, czy naprawdę zaśpiewałam tak beznadziejnie, lecz po chwili wszyscy zaczynają krzyczeć i klaskać.

A niech to. Może powinnam częściej to robić.

* Tak jest, Panie Idealny. To do ciebie mówię. Nigdy nie będę pasować do twojego małego idealnego świata (ang.).

Rozdział 4

Nie lubię, jak ktoś mnie potrąca. Ani. Trochę.

Pamiętam, że wyszliśmy od Ryana i udaliśmy się do klubu… a potem taniec pod wirującymi światłami… i jeszcze kilka szotów.

– Jest nawalona. Kurwa.

Słyszę, jak ludzie mówią o mnie, jakbym nie stała tuż obok nich. No dobra, opieram się o kogoś, ale prawie stoję.

Jenna coś mówi, ale jej głos jest zniekształcony.

– …chciałam pójść do Ryana, a Harper już wyszła do swojego chłopaka. Cholera. Nie sądziłam, że się tak ubzdryngoli. Nigdy nie widziałam, żeby tyle piła.

– Mogę ją zabrać do domu – mówi jakiś znajomy męski głos.

– Serio? – Jest cicho, tylko mi dzwoni w uszach. Znowu ktoś mnie popycha, a potem słyszę brzęczenie kluczy. – Ufam, że nie tkniesz mojej najlepszej przyjaciółki ani jej nie porwiesz. Lepiej, żeby jej zdjęcie nie pojawiło się na cholernym kartonie mleka.

– Nie martw się. Nie kręcą mnie pijane laski.

Świat się przekręca, gdy ktoś zarzuca sobie moją rękę na ramię. A potem tracę styczność z podłożem.

– Jesteś lekka. Trzymaj się, skarbie.

* * *

Tak ładnie pachnie. Przytknęłam nos do jego ciepłej i gładkiej szyi i mam ochotę wtulić się w niego.

– Nigdy nie piję – mamroczę, przysuwając twarz do jego ciała. Kiedy otwieram oczy, uświadamiam sobie, że jesteśmy w salonie mojego mieszkania, a ja spoczywam w ramionach Gavina.

– Jasne, właśnie widzę. Clementine, który to twój pokój?

Wskazuję, mam nadzieję, właściwy kierunek. Drzwi się otwierają, on kładzie mnie na łóżku i wysuwa się z moich ramion. Pokój kołysze się i przez alkoholową mgłę dociera do mnie myśl, że podobało mi się, gdy mnie tulił.

– Nie odchodź. Jest mi zimno. Jesteś ciepły i ładnie pachniesz.

Śmieje się i omiata mnie wzrokiem.

– Na pewno chcesz, żebym został? Przez cały wieczór sugerowałaś, że mam się odpieprzyć.

– Po prostu zostań. Jestem zepsuta. – Padam na łóżko.