Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta - Natalia Sosin-Krosnowska - ebook
Opis

Hałas, smog, zabójcze tempo. Brak czasu na oddech, książkę i rozmowę z przyjaciółmi. Zapełniony kalendarz nie przewiduje czasu na chorobę, a budzik znów przypomina, że kolejny dzień pracy dawno się zaczął. A gdyby tak wszystko rzucić? I uciec tam, gdzie korki i pośpiech będą tylko złym wspomnieniem. Tam, gdzie jest cisza i spokój.

Natalia Sosin-Krosnowska rozmawiała z blisko setką ludzi, którzy powiedzieli dość i wybrali wieś. Zapytała ich: jak szukać domu? czy można tak po prostu kupić sobie ziemię? ile potrzeba na to wszystko pieniędzy? jak na zmianę reagują dzieci? a przede wszystkim: z czego się utrzymać na wsi?

Cisza i spokój jest szczerą opowieścią o ludziach, którzy nie bali się zaryzykować i spełnić marzenie o życiu daleko od miasta. To także zbiór porad, jakie daliby przyjaciołom marzącym o podobnej zmianie, a w szczególności sobie samym z czasów, gdy zaczynali swoją przygodę. Odsłania wszystko to, o czym nie myślisz, marząc o życiu daleko od miasta, a co warto wiedzieć, by szczęśliwie osiąść na wsi.

Natalia Sosin-Krosnowska (ur. 1982) - redaktorka, absolwentka politologii i socjologii, dziennikarka Polsatu i serwisu gazeta.pl, współautorka i pierwsza redaktor naczelna polskiej wersji magazynu cafebabel.com. Współpracowała m.in. z „Polityką”, TV Arte i francuskim „ELLE”, jej artykuły były publikowane w „Courrier International", „La Stampa", „Die Zeit" i „The New York Times". Obecnie współtworzy i prowadzi program Daleko od miasta na antenie Domo+. Prywatnie interesuje się designem, architekturą wnętrz i fotografią, ćwiczy jogę i maluje. Całe życie jedną nogą w mieście, a drugą na wsi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 249

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ZAMIAST WSTĘPU

Mam najlepszą pracę na świecie. Dzięki niej mogę odwiedzać niezwykłe miejsca i poznawać ludzi, których pewnie nie spotkałabym w innych okolicznościach. Jestem dziennikarką i gospodynią programu telewizyjnego Daleko od miasta. Wraz z ekipą pokazujemy życie byłych mieszczuchów, którzy postanowili wyprowadzić się na wieś i zacząć tam wszystko od nowa. Są z różnych środowisk, w różnym wieku, mają za sobą różne doświadczenia życiowe i zawodowe. Od dyrektorów wielkich firm do niegdysiejszych hipisów, dla których wyprowadzka na wieś w latach osiemdziesiątych oznaczała wolność i ucieczkę przed mackami systemu. Od młodych ludzi ze skromnymi oszczędnościami i z małymi dziećmi do bardzo zamożnych przedsiębiorców, którzy po kilkudziesięciu latach pracy ponad siły powiedzieli sobie „stop”. Łączy ich jedno: odwaga.

W programie opowiadam historie ludzi, którzy odważyli się żyć po swojemu i spełniać marzenia. Odciąć się od tego, co znane i stabilne, porzucić wygodę, postawić wszystko na jedną kartę (często także w wymiarze finansowym!), skonfrontować się z własnymi słabościami, znieść utyskiwania rodziny i niedowierzanie znajomych, otrzeć się o wielką samotność, żyć w ciszy, próbować nowych rzeczy, nieustannie się uczyć, przekraczać swoje granice. Czyli – jak to się dziś mówi – wyjść ze strefy komfortu. Wielu z nich opowiada o prawdzie i autentyczności takiego życia – że to nie tylko inny adres, bezkresne połacie zieleni i „bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała”, ale przede wszystkim spełnienie pragnień, by mocniej czuć, zarządzać własnym czasem, osiągnąć spokój i harmonię, lepiej poznać siebie. „Tutaj mam własny kawałek lasu, moje niebo i gwiazdy” – słyszę to bardzo często, gdy pytam, co ci ludzie cenią w życiu najbardziej. Chcą czuć w nim spokój i dumę, mieć coś więcej niż metry podłogi w kredycie, gdzieś przynależeć, mieć własne miejsce.

Ta książka powstała z pytań o wszystko, co poza kamerą. Nie zliczę, ile razy doradzałam przyjaciołom, znajomym i nieznajomym, dokąd najlepiej pojechać z małymi dziećmi/ na romantyczny weekend z narzeczoną/ żeby było świetne jedzenie/ do kompletnej głuszy, ale tak do trzech godzin jazdy od miasta/ do miejsca, gdzie są zwierzęta/ do miejsca, gdzie nie ma zwierząt/ w góry/ nad jezioro / nad morze/ do lasu. Nie zliczę, ile razy słyszałam „Czy ci ludzie na serio są tacy szczęśliwi, czy tylko tak mówią dla telewizji?” oraz „Ale chyba trzeba mieć kupę kasy, żeby tak się wynieść?”. Tak, większość z nich jest szczęśliwa, i nie, nie trzeba. Trzeba za to mieć pomysł na siebie i pewność, że właśnie takiego życia chcemy.

Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi – pełnymi obaw i żyjącymi w niepewnych czasach, z kredytami i zobowiązaniami. Od dziecka wpaja się nam, że przede wszystkim powinniśmy dążyć do zapewnienia sobie i rodzinie stabilizacji finansowej. Dlatego gdy tylko zamarzysz o tak poważnej zmianie, rozsądek natychmiast zacznie generować dziesiątki podszytych obawą pytań: jak szukać domu? czy można tak po prostu kupić sobie ziemię? co ja tam będę robić? jak się utrzymam? czy moja rodzina to zaakceptuje? a może skrzywdzę swoje dzieci, odbierając im możliwości, jakie daje miasto?

Przygotowując materiał do tej książki, wykorzystywałam doświadczenie zdobyte przy pracy nad programem Daleko od miasta i rozmawiałam z blisko setką ludzi, którzy wybrali na swoje miejsce życia wieś, zadałam im wszystkie powyższe pytania i wiele innych. Ich zdanie na temat tego, jak TO zrobić i CO tam robić, są skrajnie różne, bo też oni są skrajnie różni, z różnym zapleczem finansowym, różnymi talentami, umiejętnościami i predyspozycjami.

Niniejsza książka nie jest przewodnikiem po Polsce ani poradnikiem, jak w stu prostych krokach zostać serowarem lub zbudować agroturystykę idealną. Jest szczerą i nielukrowaną opowieścią o ludziach, którzy z różnych względów mnie zafascynowali. Jest zbiorem historii tych, którzy przebyli drogę przeprowadzki z miasta na wieś, oraz porad, jakie daliby swoim przyjaciołom marzącym o podobnej zmianie, a w szczególności sobie samym z czasów, gdy zaczynali przygodę ze wsią. Opowiada o wszystkim tym, o czym nie myślisz, marząc o życiu daleko od miasta, a co warto wiedzieć, by uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek.

* * *

Poprosiłam moich bohaterów o przygotowanie rad dla początkujących wieśniaków, które miały poruszać kluczowe – według nich – kwestie. Jedni przestrzegali przed samodzielnymi remontami, drudzy wręcz przeciwnie – zachęcali do nich, jeszcze inni przekonywali, że najważniejsze jest sprawdzenie planów gminy na grunty w sąsiedztwie lub założenie od razu dwukrotnie wyższych wydatków. Kiedy jedni podkreślali koszty finansowe przedsięwzięcia, drudzy skupiali się na kosztach emocjonalnych.

Rady bohaterów, którzy chcieli bezpośrednio podzielić się swoimi praktykami, znajdziesz na końcu poszczególnych rozdziałów. Natomiast podsumowania po blokach tematycznych zbierają moją wiedzę i doświadczenie. Na końcu książki umieściłam zaś propozycje, co moim zdaniem warto zwiedzić i czego spróbować, a także przydatne linki.

AGROTURYSTYKA

Apartamenty do wynajęcia

Kasia i Artur – on prowadził własną działalność usługową, ona była menadżerką w międzynarodowej korporacji. Przez ostatnie cztery lata w mieście prowadziła własną działalność jako agentka ubezpieczeniowa.

Przeprowadzili się z Poznania do Piechowic-Michałowic w Karkonoszach.

Koszty: trochę poniżej 1 000 000 złotych (ze sprzedaży dwóch nieruchomości).

Czas realizacji planu: sprzedaż nieruchomości w Poznaniu i kupno domu w Karkonoszach zajęło im trzy lata. Realizacja planu od zakupu do wynajęcia pierwszego apartamentu to kolejne dwa lata.

Agroturystyka to jeden z najpopularniejszych i pierwszych pomysłów na to, jak zarabiać po przeprowadzce na wieś. Często jest to pomysł oderwany od rzeczywistości – „kupię dom, wyremontuję jeden pokój, potem drugi i jakoś to będzie”. Bywa, że potencjalni agrogospodarze liczą przyszłe zyski oszołomieni cenami noclegów w modnych agroturystykach, nie myśląc o kosztach – remontach, wyposażeniu, rachunkach za gaz i prąd, o tym, że goście muszą coś zjeść i że pragną towarzystwa, a to oznacza poświęcenie im czasu, którego nie wykorzystasz na pracę czy sen. Nie myślą o tym, że będą spędzać cały sezon na nogach od rana do nocy i że agroturystyka wychodzi na zero średnio po dwóch–trzech latach działalności. Są jednak ludzie, którzy z pełną świadomością tego wszystkiego decydują się na założenie gospodarstwa agroturystycznego, bo po prostu czują, że są do tego stworzeni. Kasia, gospodyni w Lavendowie położonym w Piechowicach-Michałowicach nieopodal Szklarskiej Poręby, choć skończyła odpowiednie studia, wcale nie uważa, żeby akurat one były szczególnie pomocne przy prowadzeniu takiej działalności: „Na pewno nie trzeba studiować hotelarstwa, żeby prowadzić własny pensjonat. Trzeba kochać i szanować samego siebie oraz drugiego człowieka, to wystarczy”– odpowiada z uśmiechem na moje pytanie o to, co pomaga w znoszeniu trudów tej pracy.

To, że Lavendowo jest autentyczne, przyjazne, rodzinne, to moim zdaniem skutek uboczny tego, jakimi Kasia i jej mąż Artur są ludźmi. Ich gościnność sprawia, że człowiek czuje się u nich mile widziany, a w każdym z ich działań widać wielkie staranie i troskę o gości. „Początki były bardzo trudne, stresów co niemiara. Choć założyliśmy, że będziemy gościć w naszym domu turystów, nie byliśmy do tego przygotowani, mimo moich studiów! – przyznaje ze śmiechem Kasia. – Nadal codziennie uczymy się, jak to robić najlepiej. Cały czas mieszkamy w domu pełnym gości i wcale nam to nie przeszkadza, zawsze tego chcieliśmy i nie żałujemy tej decyzji, ale nie dla każdego to musi być idealne rozwiązanie – podkreśla chyba najtrudniejszy aspekt prowadzenia agroturystyki. – Bądź co bądź, przyjmujesz ludzi pod swój dach i nie zawsze są to ludzie, których znasz i lubisz. Żadna praca fizyczna, sprzątanie czy koszenie trawy, nie jest tak wielkim wyzwaniem jak gotowość do zajmowania się innymi ludźmi i zapewniania im wygód od rana do nocy”.

Kasia mówi otwarcie także o tym, co często bywa dla wyprowadzających się na wieś par powodem frustracji i rozgoryczeń: porzucasz rzeczywistość, w której widujecie się wieczorami i weekendowo na rzecz bycia razem bez przerwy. To, co wydaje się spełnieniem marzeń („kochanie, wreszcie będziemy mieli więcej czasu dla siebie!”), często generuje wiele konfliktów. Każdy myśli „nie, nas to nie spotka” i niestety, prawie każdego to spotyka… „Oboje nie byliśmy w stanie ocenić, jak to będzie, kiedy będziemy ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę – przyznaje Kasia. – W końcu jesteśmy ze sobą, mieszkamy razem i razem pracujemy. Nie ukrywamy, że na początku nie było łatwo, ale opłacało się popracować nad sobą – każde z osobna – i nad naszym małżeństwem, bo powiem ci… nie ma nic wspanialszego od takiego życia. W prawdzie, w miłości, harmonii i bliskości z naturą. Teraz wreszcie czuję, że mam wpływ na swoje życie. Mam czas na wsłuchanie się w potrzeby własnego organizmu, na wprowadzanie do kuchni warzyw z naszej szklarni i ziół, po które wychodzę na łąkę. Mam wreszcie czas na sen, codzienny rytuał picia świeżo wyciskanych soków z naszych owoców, celebrowanie posiłków, jogę, saunę – bo mąż zbudował! – ale to wszystko nic nie znaczy wobec faktu, że jesteśmy tu wszyscy razem i dla siebie”.

Ale żeby nie było tak sielankowo – są też minusy i Kasia nie zamierza ich zatajać. Przyznaje, że prowadząc gospodarstwo na wsi, trzeba się liczyć z tym, że jest się od niego częściowo uzależnionym, a co za tym idzie, nie można sobie pozwolić na całkowicie wolne decydowanie o tym, co i kiedy się robi. „Mamy trzy koty, kilkanaście kur i dom. Zawsze może się coś wydarzyć, nie możemy zostawić tego wszystkiego i wyjechać na kilka tygodni czy nawet dni – tłumaczy. – Na szczęście otrzymujemy wsparcie i pomoc od rodziców Artura, którzy zostają w sytuacjach awaryjnych, ale nie chcemy też tej pomocy nadużywać. Do naszego rodzinnego miasta i przyjaciół mamy daleko, widujemy się rzadko i wtedy jest intensywniej. Co jakiś czas ciągnie nas do Poznania, ale gdy już tam jesteśmy, czar pryska. Czuję spaliny, źle znoszę pierwszą i drugą dobę, mam wrażenie, że się duszę, i często boli mnie głowa. Wracam do Lavendowa z ulgą”.

Kasia jest kobietą koło czterdziestki, pełną wewnętrznej siły i determinacji. Ta szczupła brunetka z roześmianymi oczami i młodzieńczą energią, którą – podejrzewam – nadal będzie mieć, nawet za dekady, była motorem wszelkich działań i to ona wymyśliła ich Lavendowo – agroturystykę w odrestaurowanym siedemnastowiecznym domu. Z dwóch apartamentów na parterze – Kominkowego i Lawendowego – przez wielkie przeszklone drzwi można wyjść wprost do ogrodu i dalej – na łąkę, boisko, plac zabaw albo do jednego z zacisznych kącików z krzesłami i leżakami. Hektarowa działka została w całości urządzona z myślą o gościach. Można odpoczywać, chodzić boso po trawie, palić ognisko, ruszyć w góry (Michałowice to punkt wyjściowy wycieczek na Śnieżne Kotły, tędy prowadzą szlaki na Przełęcz pod Śmielcem, Grzybowiec, Wielki Szyszak i Łabski Szczyt) albo wcale nie ruszać się z domu i leniuchować. Apartamenty noszą nazwy nawiązujące do ich charakterystycznych cech – w Pastelowym jest pastelowo i słodko, w Lawendowym króluje lawenda rosnąca na łące przy domu i pod różnymi postaciami obecna w całym gospodarstwie, także w nazwie, a sercem Kominkowego jest kominek i to nie byle jaki – wkład jest „gotowcem”, ale cała reszta to już dzieło gospodarzy. Artur go zbudował, a Kasia okładała gliną. Gliniane są też tynki na ścianach – kładli je własnoręcznie i pobielili wapnem. Wybrali takie wykończenie, bo jest bardziej naturalne, poza tym ma wiele zalet: tynki regulują wilgotność i temperaturę w pomieszczeniach, neutralizują szkodliwe substancje chemiczne, dzięki nim dom oddycha i jest wolny od zanieczyszczeń.

Tym trudniej uwierzyć, że ten piękny i dopieszczony w szczegółach dom wyglądał zupełnie inaczej, gdy go kupowali. „Pomieszczenia na dole były w stanie surowym, trzeba było przywrócić im funkcjonalność – wspomina mąż Kasi Artur. – Poprzedni właściciele mieszkali na piętrze, bo tam było cieplej, a na dole nie było prawie nic – żużel i goły beton. Beton był też wylany przed domem, pewnie dla wygody, bo to zawsze łatwiej, niż mieć glinę przed drzwiami wejściowymi… – Zastanawia się chwilę, po czym dodaje: – To też pewnie znak czasów. Kiedyś, w PRL, ludzie budowali z tego, co było, a wiadomo, że było niewiele. Jedną z pamiątek tamtych czasów był na przykład balkon z pręta zbrojeniowego”. Gdy tylko Kasia zobaczyła dom na zdjęciach, powiedziała, że jest piękny, ale ten balkon trzeba będzie od razu zlikwidować. Trwało to trochę dłużej niż „od razu”, bo dwa lata, ale w końcu zniknął. Prace we wnętrzach też trwały „trochę dłużej niż od razu”, a wraz z ich postępami cała rodzina wędrowała po różnych pomieszczeniach, podczas gdy remont odbywał się tam, gdzie aktualnie nie mieszkali.

Artur, cichy i spokojny człowiek o ujmującym, nieśmiałym uśmiechu, jest wykonawcą większości cięższych prac i – jak mówią żartobliwie –„realizatorem marzeń”. Całe to przedsięwzięcie nie udałoby się jednak, gdyby nie były w nią zaangażowane aż cztery osoby – Kasia, Artur i jego rodzice. „Na szczęście zdecydowali, że chcą w tym uczestniczyć, i dziś mieszkają w domku obok naszego domu – mówi Kasia. – Tata Artura prowadził kiedyś firmę budowlaną i bardzo nam pomógł. Jego mama zajmowała się naszą córką Martą, a i po rusztowaniu porusza się do dzisiaj bez problemu! Bez ich pomocy w życiu nie poradzilibyśmy sobie z remontem. Wprawdzie teść, kiedy przywieźliśmy go po raz pierwszy na miejsce, złapał się za głowę i zapytał, czy będziemy wyburzać i czy wiemy, ile to roboty w przypadku domu z kamienia. Jakież było jego zdziwienie, gdy powiedzieliśmy, że będziemy remontować! Za pieniądze włożone w ten dom moglibyśmy wybudować pewnie dwa nowe, ale co to za zabawa”– śmieje się Kasia. I tu trzeba wrócić na chwilę do początku tej opowieści, bowiem to, z czego dziś się śmieje, w rzeczywistości nie jest „zabawą”, a przedsięwzięciem okupionym latami ciężkiej pracy i wyrzeczeń.

Jak to się stało, że dwoje poznaniaków znalazło swoją przystań w oddalonej o ponad trzysta kilometrów od domu górskiej wiosce? Ta historia zaczęła się ponad dwadzieścia lat temu. „Pierwszy raz trafiłam w Karkonosze jako młoda dziewczyna i…zakochałam się po raz pierwszy i na zabój. Pewnego pięknego dnia stanęłam przy świątyni Wang, spojrzałam w przestrzeń i mimowolnie wypowiedziałam na głos: »Jak tu pięknie! Chciałabym tutaj zamieszkać!«. A wtedy ktoś, kto stał obok, powiedział: »To zrób to!«. Zatkało mnie. Oczy mi się otworzyły szeroko i już wiedziałam, że tak właśnie będzie! To był moment, kiedy podjęłam decyzję, że mój dom będzie w Karkonoszach”– wspomina kilka elektryzujących sekund, które zaważyły na reszcie życia jej samej, jej męża i córki. Tyle że wówczas męża nie było nawet na horyzoncie, a tym bardziej – córki w planach. Zakiełkowało jednak marzenie, na którego realizację przyszło jej czekać czternaście długich lat. Choć „czekać” to w przypadku tej historii nieodpowiednie słowo. Więc inaczej: zakiełkowało marzenie, na którego spełnienie Kasia ciężko pracowała przez czternaście lat.

Wróciła z tej brzemiennej w skutki wycieczki i zaczęła działać. Jako młoda osoba oczywiście nie miała pieniędzy na spełnienie marzenia o domu poza miastem. Zaczęła więc, z niespotykaną determinacją, realizować plan, który wydawał się jej najsensowniejszy. Najpierw były studia łączone z pracą: „Z nocki w hotelu, gdzie pracowałam, jechałam na ósmą na zajęcia, i tak przez kilka lat. Studiowałam hotelarstwo i gastronomię w poznańskiej AWF. Mojemu tacie nie podobał się ten pomysł, miał wobec mnie inne plany, ale zawsze powtarzałam, że będę sobie sama układać życie, i dopięłam swego”.

Potem przyszedł kolejny etap: praca w korporacji. „Żyłam szybko, intensywnie, głównie poza domem. W tamtych latach moje mieszkanie było tylko noclegownią, na przyjemności nie miałam czasu. Tak było prościej, wygodniej…W dodatku kilka spraw osobistych, które wstrząsnęły moim światem, doprowadziło do tego, że praca stała się ucieczką od myślenia o problemach. Miasto i ten styl życia powoli mnie pochłaniały. Miałam coraz mniej czasu i coraz więcej pieniędzy, a im więcej ich miałam, tym więcej wydawałam. Cała ta spirala tak szybko się kręciła, że teraz, z perspektywy czasu, podziwiam sama siebie, że wytrzymałam tak długo, żyjąc w nierealnym świecie. A że praca zapewniała mi bezpieczeństwo finansowe, tym trudniej było przerwać to błędne koło – wspomina Kasia. – Kiedy poznałam Artura, miałam już tak dość życia w dużym mieście i pracy w korporacji, że nie miałam żadnych skrupułów, by na jednej z pierwszych randek zadać mu pytanie, czy chciałby zamieszkać w górach. A on natychmiast i bez zastanowienia odpowiedział »tak«! W tym momencie poczułam, jakbym dostała wiatru w żagle, i szczerze mówiąc, dla mnie wszystkie zmiany zaczęły się tak naprawdę dopiero wtedy, w tamtej chwili. Od kiedy podjęłam decyzję o zamieszkaniu w Karkonoszach, pisałam do burmistrzów tutejszych gmin prośby o przesyłanie ofert sprzedaży. Otrzymywałam czasem listy z informacjami o aktualnych przetargach na piękne, ogromne i stare domy w moim zasięgu finansowym, bo ceny wówczas były jeszcze stosunkowo niskie, mimo to nigdy się nie odważyłam przystąpić do przetargu. Bałam się, że nie dam rady finansowo i że nie zdołam wszystkiego ogarnąć. Teraz wiem, że w tej układance brakowało Artura. Po prostu bałam się zrobić ten krok sama”.

Nie oznacza to wcale, że od powiedzenia sobie „tak, będziemy iść razem przez życie i mamy ten sam cel” wszystko było już proste i szło jak z płatka. Najpierw nastał kolejny etap pośredni: mieszkanie na obrzeżach Poznania. „To był przystanek pomiędzy górami a dużym miastem. Kupiłam piękne, duże mieszkanie w zabytkowej kamienicy w samym sercu Wielkopolskiego Parku Narodowego, w Puszczykowie, gdzie mogliśmy jeść śniadania na tarasie, wsłuchując się w szum rzeki i stukanie dzięcioła. Mieszkaliśmy tak przez prawie pięć lat, podczas których sukcesywnie zarażałam Artura swoją miłością do Karkonoszy – żartuje Kasia. – W zasadzie mogłabym w Puszczykowie mieszkać i realizować się zawodowo. Urodziłam dziecko, było nam tam bardzo dobrze i wygodnie. To były solidne przesłanki, żeby odpuścić, żyć sobie w takim pięknym miejscu i zrezygnować z marzeń, których realizacja kosztowałaby wiele wysiłku i pieniędzy, czego cały czas mieliśmy świadomość. Mogłam mieć tak zwany święty spokój, swój las na wyciągnięcie ręki, rzekę przy domu, piękne widoki i cudowną energię. Tylko że pragnęłam czegoś więcej. Nie chciałam wracać tam po pracy w mieście, odliczać dni do weekendu… chciałam po prostu tak żyć”.

Stworzyli więc plan. „Tak po poznańsku! – śmieje się, opowiadając, Kasia. – Jak to mówią o poznaniakach? Że są skąpi? Oszczędni? Ja zawsze powtarzam, że są przedsiębiorczy! Nasz plan wyglądał mniej więcej tak:

kwota, której potrzebujemy;

kwota, którą mamy, zdecydowanie odbiegająca od tej w punkcie pierwszym;

kwota, którą musimy uzyskać ze sprzedaży mojego mieszkania;

kwota, którą dodatkowo trzeba zarobić, i to w krótkim czasie;

czas, w którym musimy się zmieścić;

przekonanie teściów, by się z nami wyprowadzili”.

Wiadomo było, że nawet po sprzedaniu ówczesnego mieszkania nie będzie ich stać na kupienie domu. Ale Kasia nie jest osobą, którą powstrzymałaby taka przeszkoda. Od lat mówi się dużo o ludziach, których wykorzystały korporacje. W jej przypadku było na odwrót – to ona wykorzystała korporację. „Pamiętam, jak zapytałam Artura, gdzie można szybko zarobić większe pieniądze, a Artur, spokojnie, jak to on, odpowiedział, że w ubezpieczeniach. Niewiele myśląc, zwolniłam się z pracy, która od ponad dekady dawała mi wynagrodzenie na przyzwoitym poziomie, z założeniem, że robię to w jednym celu: by gdzieś indziej szybko zarobić więcej. Nie było innego wyjścia, czas uciekał – opowiada Kasia. Po chwili dodaje: – Na rozmowie kwalifikacyjnej powiedziałam o swoim planie, że zamierzam popracować w firmie przez kilka lat, aż zarobię wystarczająco dużo. Nie wiem, czy ktokolwiek potraktował to poważnie, ale przyjęto mnie i tak punkt czwarty z listy realizowałam już w kolejnej korporacji, którą sobie wybrałam po urodzeniu Marty”.

W tym czasie wystawili na sprzedaż swoje mieszkanie za cenę, która nie podlegała negocjacji i według wielu, w tym pani z biura pośrednictwa nieruchomości, była zdecydowanie za wysoka. Nie ugięli się jednak i w rezultacie czekali na kupca ponad rok, ale znów – w końcu się udało. Kolejny punkt odhaczony. Przeprowadzili się do domu Artura, w którym mieli tylko podłogę i w połowie zrobioną łazienkę. Wykańczali go samodzielnie i równocześnie szukali miejsca w Karkonoszach, żeby wyrobić się w założonym terminie i przeprowadzić, zanim ich córka osiągnie wiek przedszkolny. Szukali, szukali i znaleźć nie mogli. „I na co te gromadzone pieniądze, skoro nie ma czego za nie kupić?” – zastanawiali się. „W pewnym momencie zaczynaliśmy już wątpić, czy jeszcze coś znajdziemy – wspomina Kasia. – Albo oferty były już nieaktualne, albo ceny tak poszły w górę, że nieruchomości były poza naszym zasięgiem. Aż w końcu znaleźliśmy nasz dom… w internecie! Był to czysty przypadek, choć przecież ponoć przypadków nie ma. W akcie desperacji wpisałam w wyszukiwarkę ofert sprzedaży frazę »Szklarska Poręba«. I był! Wcale nie o Szklarską nam chodziło, bo to miasto, a my chcieliśmy mieszkać gdzieś na uboczu. Tymczasem nasz dom w Piechowicach-Michałowicach wystawiony był właśnie jako dom w Szklarskiej Porębie”.

Artur nie podzielał entuzjazmu małżonki. Cena przekraczała ich budżet. Miejsce było jednak urokliwe – stary, ponad trzystuletni dom, taki z historią i duszą, idealnie położony w zacisznej dolince na blisko hektarowej działce. Ale przecież chcieli kupić tylko 3000–4000 metrów ziemi i może w ogóle budować nowy dom, bo to tańsza opcja! Co tu robić?! Po długich rozmowach doszli do porozumienia i… poznaniacy przestali być tacy „poznańscy”. „Zaczęliśmy modyfikować plan. Cena przekraczała nasze możliwości, ale trochę ją negocjowaliśmy i… wzięliśmy kredyt. Tak! Na kartce pojawił się punkt, którego nie chcieliśmy tam mieć nigdy! – opowiada Kasia. – Po wielu perypetiach i walce o zdolność kredytową, w końcu, w 2010 roku, staliśmy się właścicielami naszego domu. Przyjaciele i znajomi chyba nie do końca wierzyli, że nam się uda. Zresztą trudno im się dziwić, porwaliśmy się z motyką na słońce! Kupiliśmy dom, który, zdaniem większości, nadawał się jedynie do wyburzenia, a z nim prawie hektar zaniedbanej działki. Jednym słowem, kupiliśmy sobie problem. Od czego jednak ma się dwie ręce, głowę na karku, chęć do pracy, wsparcie rodziny i dobry plan. Jak to mówią, pierwszy dom buduje się dla wroga, drugi na sprzedaż, a trzeci dla siebie”– mówi ze śmiechem Kasia. Ten był ich trzecim.

Przez pierwsze półtora roku po przeprowadzce Kasia pracowała jeszcze w ubezpieczeniach, ciągle jedną nogą w górach, a drugą w Poznaniu. Artur z rodzicami i Martą mieszkali już w Karkonoszach. „Obawa przed utratą stałego dochodu była zbyt silna – wspomina dziś Kasia. – Jeździłam więc na kilka dni do Poznania, załatwiałam, co trzeba, i wracałam pracować w domu i kierować budową. Ponad 300 kilometrów w jedną stronę. Aż pewnego dnia w samochodzie podjęłam decyzję, że podczas swojej kolejnej wizyty w oddziale powiem dyrektorowi, że odchodzę. Tak też zrobiłam. Pamiętam tylko, że zapytał mnie: »To z czego ty będziesz żyła?«, a ja odpowiedziałam, że jakoś sobie dam radę, choć wcale nie wiedziałam tego na pewno. To był kolejny, bardzo ważny i bardzo stresujący krok. Odciąć się od stałego źródła dochodu i postawić wszystko na niewiadomą, kiedy od lat nie miało się problemów z pieniędzmi… To była trudna decyzja, wiele mnie kosztowała, ale wreszcie poczułam się wolna i mogłam rozpocząć kolejny etap”.

Wkrótce, jak w każdym dobrym dramacie, nastąpił nagły zwrot akcji. Mimo świetnego planu i zapasu gotówki im także życie nie oszczędziło zawirowań. Kasia miała dobre przeczucie w kwestii utraty stałego źródła utrzymania. Nie doszli nawet do połowy remontu, gdy środki się skończyły. „Ja nie jestem osobą skłonną do dramatyzowania, naprawdę, ale to, co przeżyliśmy, to był totalny upadek. Kwota, którą sobie założyliśmy na remont, dawno się ulotniła, inne okoliczności sprawiły, że nawet rezerwa na czarną godzinę musiała zostać wydana na instalację grzewczą, ale to jeszcze nic…W tym samym czasie, dokładnie 14 lutego, wpadliśmy w poślizg na jednej z naszych górskich dróg. Samochód roztrzaskany, my w szoku. Na szczęście wyszliśmy z tego cało, ale ten wypadek uświadomił nam, że na pierwszym miejscu jesteśmy my i nasze zdrowie, a pieniądze jakoś się znajdą”– wspomina łamiącym się głosem Kasia.

Ona, zarabiająca niegdyś krocie energiczna i przedsiębiorcza kobieta, nagle musiała prosić o pomoc z opieki społecznej. „Rozpoczęliśmy nowe życie. Ja jeździłam raz w miesiącu podpisać listę do urzędu pracy, byłam zarejestrowana jako osoba bezrobotna. Nie było innej rady, trzeba było zapewnić wszystkim ubezpieczenie, poza tym byłam gotowa iść sprzątać czy do jakiejkolwiek innej pracy. Byłam gotowa na wszystko. Cudowne panie z przedszkola zwolniły nas z opłaty miesięcznej, co kilka tygodni gościliśmy przemiłą panią z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Otrzymywaliśmy pieniądze, które pozwoliły nam przetrwać trudne chwile. Pomoc nadeszła z wielu stron – od przyjaciół, znajomych z okolicy, tak po prostu, z dobrego serca, od dobrych ludzi”– opowiada wzruszona.

Mimo że było im ciężko jak nigdy w życiu, doprowadzili swój plan do końca, jedynie z lekką modyfikacją. Inaczej niż początkowo zakładali, przyjęli pierwszych gości w nieukończonej agroturystyce. „Na pewnym etapie robót w domu byliśmy gotowi na wynajem jednego z trzech apartamentów. Przyszedł w końcu ten czas, kiedy stanęliśmy w drzwiach i z uśmiechem przywitaliśmy pierwszych gości w Lavendowie. To było to! Dostaliśmy taki zastrzyk pozytywnej energii, że dalej było już tylko lepiej. I tak to trwa do dzisiaj. Samo poczucie, że robimy coś dobrego dla drugiego człowieka, uskrzydla, nie mówiąc już o uczuciu, którego doznajemy, kiedy widzimy w oczach gości zadowolenie z pobytu. Niektórzy po wizycie u nas zmieniają nawet swoje życie! Nagle doznają olśnienia, że to już… teraz albo nigdy, bo nie ma na co czekać, i że oni też nie chcą żyć w jakiejś bańce mydlanej, która w każdej chwili może pęknąć – opowiada z pasją Kasia. – Na wsi można zwolnić, odzyskać równowagę i żyć w pełni”.

Nie należy jednak oczekiwać, że stanie się to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, bez wysiłku. „Ja całe życie ciężko pracowałam i to się tutaj nie zmieniło. Gdy mieszkasz na wsi, nie masz biurka, ale też trzeba ciężko pracować, również fizycznie. Na początku boli człowieka wszystko i o każdej porze dnia, bez względu na to, czy wcześniej uprawiał w mieście jakiś sport. W domu zawsze jest coś do zrobienia i zawsze coś może się popsuć, to też uczy pokory. Nie na wszystko mamy wpływ i nie wszystko można od razu naprawić, ale z czasem człowiek nabiera odporności i już go tak bardzo to nie wkurza. My żyjemy w pełni dopiero teraz, po kilku latach od przeniesienia się w góry”– przyznaje Kasia.

Pytam, czy czegoś z tej długiej, czternastoletniej odysei żałuje. Odpowiada bez namysłu: „Nie mogę powiedzieć, żebym żałowała, bo wszystko było po coś, ale czasem z żalem myślę o tym, że pierwsze lata życia naszego dziecka przepracowałam, podobnie Artur, który miał wtedy swoją firmę. Oboje zarabialiśmy pieniądze, konieczne, byśmy mogli zamieszkać tutaj. Martusią zajmowała się teściowa. Później pracowaliśmy przy remoncie, brakowało nam czasu na wszystko, życie nadal płynęło szybko i intensywnie. Marta miała trzy i pół roku, kiedy zamieszkaliśmy w Michałowicach. Chcieliśmy, żeby poszła do przedszkola już w nowym miejscu. Intuicyjnie czuliśmy, że tak będzie lepiej, i nadal uważam, że to był najodpowiedniejszy czas dla nas wszystkich. Dziś, kiedy ma dziesięć lat, trudno byłoby zmienić otoczenie bez większego wpływu na jej życie. A gdyby nie ona, to cóż… może sukcesywnie remontowalibyśmy dom, mieszkając cały czas niedaleko dużego miasta? Może trwałoby to latami? Może nie byłoby Lavendowa? Trudno zgadnąć. Wiemy, że Marta jest szczęśliwa, często gościmy rodziny z dziećmi i robimy wszystko, by miała kontakt z rówieśnikami. Cały czas ma towarzystwo, nawiązuje nowe kontakty, czasami nawet przyjaźnie. Próbujemy nadgonić tamte lata teraz, kiedy wszyscy możemy sobie już na to pozwolić, ale mam świadomość, że czasu nie cofnę i nie nadrobimy tego, co straciliśmy jako rodzina. Niestety, coś za coś. Taką decyzję podjęliśmy i takie były jej konsekwencje”.

Rady Kasi i Artura

Wszystko w domu robiliśmy samodzielnie, co dało nam możliwość zaoszczędzenia sporej kwoty. Taniej by było wybudować za te pieniądze nowy dom, ale plus samodzielnego remontowania jest taki, że w trakcie przychodzą nowe pomysły i zawsze można na szybko coś zmienić.

Decyzja, by remontować dom, w którym się mieszka, też ma plusy i minusy. Jest trudno, ma się za to duże pole manewru, jeżeli chodzi o niespodziewane zmiany w projekcie, a kiedy wynajmujesz ekipę i odwiedzasz ją raz na tydzień, to nie ma szans – zrobią coś i najwyżej możesz płacić dwa razy za zburzenie i robienie od nowa.

Przy tak dużej inwestycji należy pamiętać, że jeśli plan A nie wypali, trzeba mieć plan B. To taki wentyl bezpieczeństwa, a jego brak może spowodować, że plan A się nie uda.

Przed podjęciem jakichkolwiek działań oraz w trakcie poszukiwań zdobywaj nową wiedzę dotyczącą aktualnie obowiązujących przepisów związanych ze sprzedażą i z kupnem nieruchomości. Internet jest bardzo pomocny, ale zawsze warto zapytać kogoś, kto jest ekspertem i może służyć fachową radą.

Warto się zorientować, czy nieruchomość jest wpisana do rejestru zabytków, i być na bieżąco z przepisami dotyczącymi interesującej nas działalności. My, na przykład, z urzędowego punktu widzenia mieszkamy w mieście Piechowice. Michałowice były wsią i zostały przyłączone do pobliskiego miasteczka jako jego osiedle. Co to oznacza dla nas? Według przepisów musimy prowadzić pensjonat, a nie gospodarstwo agroturystyczne. W czasie kiedy rozpoczynaliśmy, byłoby nam znacznie łatwiej – przy agroturystyce do pięciu pokoi nie trzeba było zakładać działalności gospodarczej, nie musielibyśmy wysyłać pism do sanepidu z prośbą o pewne odstępstwa dotyczące na przykład jasności pomieszczeń, nie musielibyśmy robić dodatkowych mapek obiektu i płacić składki ZUS w wysokości 1200 złotych!

Kwestia ewentualnego świadczenia usług gastronomicznych to również w przypadku pensjonatu wielkie przejścia. Trzeba niemal budować restaurację przy domu. Zupełnie inaczej niż w agroturystyce, w której można żywić gości, oczywiście z zachowaniem pewnych przepisów, nie są one jednak zbyt surowe. Gdy kupowaliśmy dom, nie mieliśmy pojęcia, że sąsiad prowadzący kilka kilometrów od nas podobne miejsce ma o wiele łatwiej, bo znajduje się już na terenie wiejskim, a nie miejskim.

Agroturystyka i rajdy konne

Lokusz – z wykształcenia socjolog, pracował jako wychowawca w domu dziecka w Białołęce (wtedy jeszcze poza Warszawą), gdzie po niedługim czasie objął stanowisko wicedyrektora do spraw pedagogicznych. W latach dziewięćdziesiątych został zatrudniony w Agorze, gdzie dość szybko awansował, aż do kierowniczego stanowiska. Uciekł z korpożycia i Warszawy w 1999 roku. Najpierw do Nowicy w Beskidzie Niskim, gdzie zbudował ranczo i przyjmował gości, a później do Potoczka w Kotlinie Kłodzkiej.

Kasia – z wykształcenia projektantka, wolny strzelec. Nie mogła znaleźć sobie miejsca ani w Krakowie, ani we Wrocławiu, ani w Warszawie. Uciekła do Potoczka w Kotlinie Kłodzkiej.

Koszty: w 2010 roku kupili piętnastohektarową działkę z poniemieckim domem o powierzchni 550 metrów kwadratowych za 450 000 złotych. Zmiana dachu kosztowała ich 50 000 złotych, aktualnie odkładają pieniądze i starają się o kredyt na kolejne remonty: wymianę instalacji i stolarki, izolację fundamentów, ocieplenie budynku, odwodnienie terenu.

Czas realizacji planu: trzy lata poszukiwań domu i kolejne dwa na rozkręcenie agroturystyki.

Lokusz zwołujący swoje stado to niezwykły widok. Szczupły, długowłosy mężczyzna po sześćdziesiątce, w dżinsowym stroju i kowbojskim kapeluszu stoi na skraju opadającej zboczem łąki i nawołuje: „Koooonie! Kooonieee!!!”. Po chwili słychać w oddali jakiś ruch, szelest w krzakach, wreszcie – tętent kopyt. Zza drzew wyłania się stado i pędem podbiega do swojego pana. Konie krążą wokół niego podekscytowane. Jest ich siedem, są atletyczne, piękne. „To krzyżówka koni małopolskich z amerykańską rasą quarterhorse. Są spokojne, nieco mniejsze i lżejsze, słyną z wytrzymałości, odwagi i ze zrównoważonego charakteru, dlatego są idealne do celów turystycznych” – wyjaśnia Lokusz, który szkoli je sam w stylu uznawanym za najbliższy naturze konia i najmniej wobec niego opresyjny. Większość z nich urodziła się w Potoczku i to Lokusz jest ich jedynym przewodnikiem. „Reagują na mój dotyk i głos. Trening zwany naturalem i wymyślony być może już przez Indian polega na tym, by »przemówić« językiem konia i spowodować, żeby w sposób naturalny stał się poddany naszej woli. Ogólnie chodzi o to, żeby pokazać koniom, że to ja jestem na czele hierarchii w stadzie, że to ja jestem tu najsilniejszym ogierem. Sama jazda w stylu western jest przyjemniejsza, siodło wygodniejsze, z hornem (rożkiem) z przodu, za który możesz się złapać w razie potrzeby. Western to nie jest skakanie w toczkach i bryczesach, to jest wolność, współpraca i jedność z majestatycznym zwierzęciem”– opowiada spokojnym, radiowym głosem Lokusz. Konie w Potoczku żyją niemal wolno. Pasą się i mieszkają pod gołym niebem przez cały rok, mają dla siebie las, łąki, pola. Wspomniane „cele turystyczne” to zaś rajdy konne, które Lokusz organizuje dla gości agroturystyki – kilkudniowe przejazdy przez górskie bezdroża, sudeckie wioski i dzikie zakątki, gdzie człowiek sam miałby problem z dotarciem. Ale na koniu? Na koniu da się dotrzeć prawie wszędzie.

Lokusz trenuje konie od prawie dwóch dekad. Pierwsze kupił trzydzieści lat temu, potem miał, jak to sam określa „przerwę na korporację”, a gdy zarobił odpowiednio dużo pieniędzy, co w latach dziewięćdziesiątych działo się, jak wiadomo, szybciej niż obecnie, porzucił wielką spółkę medialną, w której pracował, i wyniósł się na ranczo w Beskidzie Niskim, gdzie organizował rajdy konne i przyjmował gości, zanim agroturystyka stała się modna. W Potoczku w Kotlinie Kłodzkiej mieszkają z Kasią od 2009 roku i – jak mówią oboje – jest to spełnienie ich marzeń, choć ich drogi do tego miejsca były bardzo różne. „To było moje marzenie od dziecka. Naprawdę, nie żartuję – zaczyna Lokusz. – Pewnego dnia, gdy miałem sześć lat, ojciec zaprowadził mnie do kina na poranek. Przez pomyłkę puszczono film z Johnem Wayne’em, W kraju Komanczów, i już wiedziałem, kim chcę w życiu być: chcę mieć swoje konie i być kowbojem”. „A ja czułam się strasznie samotna w mieście”– włącza się Kasia. To drobna, uśmiechnięta dziewczyna z krótką czupryną niesfornych czarnych loków. Jest młodsza od Lokusza o jakieś trzydzieści lat. Ma za sobą studia w ASP, jest projektantką i robi piękne zdjęcia. W ich gospodarstwie zajmuje się gośćmi, gotuje, piecze chleby, organizuje warsztaty kulinarne, pracuje nad własną książką kucharską. Tu wreszcie się spełnia. „Mam trzydzieści lat, ale już od dawna wiedziałam, że miasto nie jest mi pisane. Wielkie aglomeracje dają dużo możliwości, w zamian zabierając wolność. Zaliczam się do tych ludzi, którzy nie potrafią się wtłoczyć w ogólnie obowiązujące ramy społeczne. W pewnym momencie musiałam wybrać: miasto albo wieś. Nie było nic pomiędzy”.

W Warszawie miała tak zwane perspektywy: wygrywała konkursy dla młodych projektantów, poznawała wielu ciekawych ludzi, mogła żyć z projektowania i realizować się zawodowo. „Mogłam coś osiągnąć. Pytanie tylko: co? Zdałam sobie sprawę, że w mieście wśród tych wszystkich ludzi czułam się totalnie nieszczęśliwa, samotna. Jestem zbyt wrażliwa, by brać udział w pewnym rodzaju wyścigu. I tak było wszędzie – w Warszawie, w Krakowie, we Wrocławiu czy w Łodzi. Problem w tym, że nie nadawałam się do życia w mieście. Od dziecka każdą wolną chwilę spędzałam w parku, na spacerach wzdłuż rzeki, na wyprawach, nieraz samotnych, po okolicznych górach. Czułam się tam wolna i bezpieczna. Miasto było dla mnie przystankiem. Nigdy nie wiązałam z nim swojej przyszłości, jednak nie sądziłam, że aż tak szybko je porzucę. Przez kilka lat żyłam w dwóch miejscach równocześnie – na wsi i w mieście – i miałam do siebie wieczne pretensje, że ani tu, ani tam nie jestem w stanie niczego dokończyć. Zawsze w drodze, w pośpiechu, z ciągłym żalem do samej siebie. Nie mogłam znaleźć złotego środka i poczuć, że gdzieś w tym całym zamieszaniu mam swoje miejsce. W końcu musiałam wybrać. Porzuciłam projektowanie, które sprawiało mi dużo radości i satysfakcji, ale jest silnie związane z Warszawą, w której nie potrafię żyć. Teraz żyję w Potoczku, gdzie mieszka dwadzieścia osób. Czuję się tu jak ryba w wodzie, tylko muszę się jakoś utrzymywać, co jest trudniejsze niż w mieście”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki