Wydawca: My Book Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 271 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cioteczka - Ireneusz Leśniak

Powieść oparta na faktach z życia autora.


Po śmierci żony ojciec bardzo szybko sprowadził nową "ciocię". Wydawałoby się, że będzie to nawet z korzyścią dla dzieci - wszak samotnemu mężczyźnie trudno byłoby zajmować się nimi, prowadzić dom, a jednocześnie zarobić na utrzymanie.
Niestety, wkrótce czwórka rodzeństwa dowiaduje się, że złe macochy nie są tylko wymysłem bajarzy.

Opinie o ebooku Cioteczka - Ireneusz Leśniak

Fragment ebooka Cioteczka - Ireneusz Leśniak

Ireneusz Leśniak
Cioteczka
© Copyright by Ireneusz Leśniak 2012Projekt okładki: Agnieszka Wachnik
ISBN 978-83-7564-363-3
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl
Publikacja chroniona prawem autorskim.Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Motto:

Nie ma złych macoch ani złych ojczymów,

są tylko źli ludzie.

I.L.

***

Chciałbym poznać bliżej tego idiotę, który pierwszy powiedział, że mężczyzna nigdy nie płacze. Bo to ponoć wstyd wielki i hańba, plama nie do zmazania na jego honorze. Niechby zobaczył naszego wychowawcę i nas, wówczas siedmiolatków, w czasie pogrzebu generalissimusa Stalina. Konkretniej zaś, podczas wysłuchiwania przez wiszący w klasie kołchoźnik niebywale przejmującej relacji z tej arcysmutnej uroczystości nadawanej w ów marcowy dzień bezpośrednio z Moskwy.

Stojąc przy ławkach na baczność, chlipaliśmy jak bobry po wyschnięciu rzeki. Najgłośniej chlipał pan Karkowski; biedak, aż się zanosił od rzęsistego płaczu i spazmy co rusz nim wstrząsały, a łzy wielkości grochu ściekały mu z policzków na podłogę.

Przeto nie mogliśmy być gorsi od naszego wychowawcy. Beczeliśmy solidarnie. To te wzruszające żałobne marsze tak nas doszczętnie rozkleiły. Powrót do domu ocalił mnie wtedy przed niechybnym utopieniem się we własnych łzach. I dopiero kiedy dziadek Ignacy wylał mi kubeł zimnej wody na rozpaloną z bólu i emocji głowę, oprzytomniałem nieco i przestałem szlochać. Uśmiechając się niemalże od ucha do ucha, iście szelmowsko, głosem w ogóle nielicującym z nastrojem żałoby narodowej, oświadczył nader odważnie:

– Dobrze, że ta kanalia zdechła, bo by nas wszystkich wymordował. Amen!

Dziadkowe „amen” to pozostałość po rocznym terminowaniu niegdyś w seminarium duchownym w Krakowie. Każdą światlejszą myśl zwykł kończyć tym hebrajskim zwrotem.

***

Po raz drugi tak obficie roniłem łzy w dniu, w którym trzeci zawał serca otworzył naszej matce bramę do niebios, a nas osierocił. Ściślej mówiąc – opółsierocił. Chociaż niektórzy ludzie powiadają, że jeżeli matka zamyka oczy, to dzieci, siłą rzeczy, skazane są na całkowite sieroctwo. Święta prawda!

Zastanawiające było to, że na samym pogrzebie nie pociekła mi nawet jedna marna łezka. Owszem, klucha w gardle mi stała, oczy zaszkliły się, ale łzy żadnej nie potrafiłem z siebie wycisnąć. Najwidoczniej kanaliki łzowe mi się wówczas całkowicie pozatykały. Być może dlatego, że w głębi serca miałem do niej ogromny żal, iż tak nagle i bez żadnego pożegnania nas opuściła.

Gdyby nie pogrzeb, to nigdy w życiu byśmy się nie dowiedzieli, że mamy aż taką liczną rodzinę. Masa ludzi zjechała zewsząd, aby matkę pożegnać. Ślady szminki i śliny pozostawione przez nich na moich policzkach ścierałem aż do późnego popołudnia.

Najobrzydliwszy był wujas nazywany przez nas „Klajstrem”, obleśny typ z grubymi wargami. Mąż kuzynki naszego ojca. Spośród wszystkich żałobników on jeden wyróżniał się w szczególny sposób: z niezwykłą żarliwością całował bowiem dzieci prosto w usta, nie żałując śliny. „Brrr!… Obrzydlistwo! Uchowaj mnie Panie Boże w przyszłości przed jemu podobnymi wujaszkami, i tak olbrzymią wylewnością” – prosiłem pokornie Wszechmogącego, unikając odtąd pocałunków prosto w usta jak ognia. Dlatego właśnie do dzisiaj nie przepadam za psami, którym z fafli ciągle kapie ślina. Zbyt mocno kojarzą mi się one z wujem Klajstrem.

***

– Posłuchajcie mnie, orły!

Oho! Kiedy ojciec rozpoczynał jakąś kwestię od „orłów”, to znaczyło, że sprawa ma rangę wagi najwyższej. Równą nieomal randze wagi państwowej, nadzwyczajną. Chociaż tym razem rzecz dotyczyła jedynie państwa Skarbków – czyli nas właśnie.

– Przyjedzie wreszcie ciocia Eleonora – obwieścił stentorowym głosem, bacznie obserwując przy tym naszą reakcję. Lubił się bawić w psychologa, chociaż z zawodu – podobnie jak ojciec Chrystusa – był jedynie prostym cieślą.

Miał gest i tupet. Bo przywiózł tę kobietę nie wiadomo skąd, niemalże pod same drzwi naszego mieszkania. Gdyby się dało, to kazałby szoferowi wjechać aż na górę, na pierwsze piętro. Już samo pojawienie się taksówki osobowej w naszej osadzie wzbudziło wielką i zrozumiałą sensację. Stało się wydarzeniem kwartału, jeśli nie roku. Ciekawość wypędziła z chałup prawie wszystkich jej mieszkańców, złaknionych świeżych plotek jak kania dżdżu. Niektórych tubylców to jedynie las i świeże ploty utrzymywały tutaj jeszcze jakoś przy życiu. Były ich najsmaczniejszym i najkaloryczniejszym pożywieniem. Co najmniej ze trzydzieści par oczu ludzi w pełni dojrzałych, plus narybek, śledziło każdy ich krok i świdrowało na wylot dopóty, dopóki nie zatrzasnęli za sobą drzwi do mieszkania.

***

Zgrzeszyłbym ciężko, gdybym się ośmielił nazwać Kryćki największą dziurą pod słońcem, totalnym zadupiem. Chociaż metropolią również trudno byłoby mi ją nazwać. Stoją tutaj bowiem tylko cztery domy z pruskiego muru i mnóstwo różnych szop i klatek, lecz mimo to ostatnią dziurą na pewno nie jest. Bo przez którą z „ostatnich dziur” przepływa rzeka pełna różnych gatunków ryb? Albo w której dziurze jest fabryczka zatrudniająca na co dzień ponad dwie setki ludzi – kobiet i mężczyzn, tutejszych i pozbieranych ze wszystkich okolicznych wiosek? W żadnej! Ponadto która prawdziwa dziura ma stały kontakt z szerokim światem? – też żadna!

A Kryćki – owszem. Bo oprócz tej rzeki i fabryczki oraz niezmierzonej ilości tryskających w niebo drzew różnych kształtów, barw i gatunków mają one coś jeszcze bardziej zaskakującego: własną stacyjkę kolejową i przystanek autobusowy. I to właśnie odróżnia ją w sposób szczególny od reszty maleńkich osad w naszym przepięknym kraju.

Głowę dam, że każdy, kto by choć raz Kryćki ujrzał na własne oczy, rzekłby urzeczony: Boże! Toż wy, ludkowie najmilsi, jesteście niebywałymi szczęściarzami, bo już za życia trafiliście do raju. I też miałby rację.

***

Kiedy zdołaliśmy co nieco ochłonąć z wrażenia i zgodnie z udzielonymi nam wcześniej przez ojca wskazówkami, machnęliśmy tę nieznaną ciotkę na powitanie w mankiet i oba policzki, przyszedł czas na refleksje.

„Bożeńku najukochańszy! Ostro poleciałeś sobie tamtego dnia z sierotkami. Tylko czy Ty, Panie, przypadkiem aby trochę nie przesadziłeś? Czy musiałeś aż tak okrutnie z nami postąpić? Czemu powołałeś do życia prawie lustrzane odbicie naszej matki. Wprost idealnego jej sobowtóra? Czemu dałeś tej kobiecie taki sam wzrost, sylwetkę, a nawet tembr głosu? A na dobitkę jeszcze obdarzyłeś ją takim samym imieniem: Eleonora!? Co z arabskiego – jak mi mama kiedyś tłumaczyła – znaczy: „Bóg mi światłem”. W języku francuskim to rzadko spotykane u nas imię brzmi równie pięknie i śpiewnie: Alienor.

***

Nie ma co! Szybki Bill jest z naszego tatusia. Matka jeszcze dobrze nie ostygła, a on już sobie drugą babę do chałupy sprowadził. Nie bacząc na języki sąsiadów i chrześcijańską przyzwoitość nakazującą mężowi przez rok i sześć niedziel zachować wstrzemięźliwość seksualną i nosić na rękawie opaskę z czarnej krepy. I jeszcze mydli nam oczy „ciocią”, picer jeden. A przecież ani ja, ani Piotrek nigdy wcześniej nie widzieliśmy tej „cioci” w żadnym rodzinnym kręgu, przy żadnej okazji.

„Ciocia” jednakże to ciocia – i koniec pieśni. Bo z ojcem żartów nie ma. Ponadto, prawdę powiedziawszy, to nieobecność naszej rodzicielki z każdym dniem coraz bardziej dawała nam się we znaki. Toteż przyjęliśmy ją z uśmiechem i niekłamaną radością. Bez żadnych uprzedzeń, z pełną dziecięcej ufności życzliwością.

Mniemam zresztą, że sprzątanie, pranie czy gotowanie obiadów nie jest najulubieńszą rozrywką żadnego z dorastających chłopców. Ponadto para kobiecych rąk w domu bez wątpienia znaczy o wiele więcej niż dwie pary nawet najpracowitszych, ale dziecięcych dłoni.

W nawale rozlicznych obowiązków domowych i szkolnych nie mieliśmy teraz już w ogóle czasu na żadne gry i zabawy toczone zwykle w gronie naszych osiedlowych kolegów…

***

Prawdziwa burza z piorunami nadciągnęła nocą i miała moc małego trzęsienia ziemi. Ale o tym potem.

Od razu dostrzegliśmy, że ojciec traktuje tę ciotkę zupełnie wyjątkowo. Tak jakby była jakąś boginią, która raczyła wpaść do Kryciek prosto z Olimpu. Z ogromną estymą i uniżonością. Nadskakiwał jej na każdym kroku. Wyręczał w robieniu najprostszych rzeczy. Tak dziwnie to on się nigdy dotąd jeszcze nie zachowywał.

Oboje w żaden sposób nie potrafili ukryć przed nami swojej wzajemnej fascynacji. Ślepy by to zauważył. O święci pańscy! Ojciec kroił za nią nawet chleb na kolację i smarował go masłem, a dawniej czekał, aż mu mama gotowe jadło pod nos podstawi. Siedział sobie jak turecki basza w fotelu i czytał gazetę. A obecnie parzył dla tej „cioteczki” lipową herbatkę z miodem i pytał, czy jedna łyżeczka na pewno jej wystarczy. I z przejęcia wszystko wylatywało mu z rąk, taki był zakręcony.

Wydał na jej cześć najprawdziwszą ucztę. Ucztę, jakiej oczy nasze nigdy dotąd jeszcze nie oglądały. Czysta rozpusta. Było wino białe i czerwone, szynka, kabanosy z nutrii oraz węgorz wędzony. Cukier nabieraliśmy łyżeczkami firmowanymi przez samego Gerlacha z posrebrzanej cukiernicy, wyciągniętej specjalnie na tę okazję z zamykanej na klucz szuflady kredensu, w której ojciec przechowywał swoje najcenniejsze skarby. Ze zdjęciami gołych bab włącznie. Aluminiowe łyżeczki, z czubkami wyostrzonymi już jak scyzoryk, poszły na ten czas w odstawkę. Chociaż na co dzień doskonale pasowały do słoika po dżemie, udającego secesyjną cukiernicę.

Nie powiem, tego wieczoru ojciec miał szeroki gest i dał nam również do spróbowania po pół szklanki białego wina. Pamiętam doskonale, było to pyszne chorwackie wino Istra. Miało słodki, pachnący ziołami smak.

Wznosili toast za toastem kryształowymi kielichami. Tylko dwa takie piękne kielichy – prezent ślubny od dziadków, zachowały się jeszcze w naszym domu, reszta się już dawno temu wytłukła. Co rusz dotykali się czule i patrzyli sobie głęboko w oczy. Głos podniósł się ojcu nagle co najmniej o dwie oktawy i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów brzmiał całkiem przyjemnie i łagodnie.

Tatuś tokował jak młody napalony cietrzew i coraz wyraźniej widać było, że nasza obecność w domu zaczęła mu bardzo przeszkadzać. Główkował intensywnie nad tym, w jaki sposób pozbyć się nas jak najprędzej z chałupy. Wreszcie znalazł mocno naciągany pretekst. Kazał nam skoczyć po drewno na opał, chociaż za piecem było go jeszcze pełno. A w chałupie panował gorąc taki, że można byłoby chodzić całkiem na golasa – po prostu rzymska łaźnia! Dwadzieścia cztery stopnie na plusie, mimo otwartego na oścież lufcika.

Przecież to zakichane drewno z równym powodzeniem moglibyśmy przynieść dopiero jutro rano, przed pójściem do szkoły, jak zwykle. Ażeby było jeszcze weselej, to nie pozwolił nam tknąć drewna przez nas już wcześniej narąbanego, ułożonego w szopie aż pod sam dach. Tylko kazał pociąć piłą i porąbać siekierą gruby i mokry dębowy bal, leżący od dawna pod jej okapem, spryciarz jeden.

Mordowaliśmy się z tym grubaśnym klocem przez ponad godzinę. Aż pot ściekał nam z czoła, zalewając oczy, i grzbiety parowały. A w nagrodę za ten nasz morderczy wysiłek jeszcze przez bity kwadrans musieliśmy sterczeć pod drzwiami na mrozie, niczym dwa bezpańskie pieski. Bo zamknęli się na klucz od środka.

***

Wszystko byłoby cacy, gdyby po tym wypełnionym niezmiernymi emocjami dniu nie nadeszła fantastycznie rozgwieżdżona i mroźna noc. Skuteczna weryfikatorka naszych rodzinnych po- wiązań. Jeżeli komukolwiek z osób dorosłych, a zwłaszcza zaś rodzicom wydaje się, że dwunasto- i piętnastoletni chłopcy nic o seksie nie wiedzą, to znaczy, że spadli z księżyca lub stanowczo za wcześnie zeszli z drzewa, tudzież spłodzili prawdziwych debilów. Staroświecki duży kremowy kredens i stojąca obok niego bieliźniarka dzieliły pokój na dwie połowy. Z jednej strony stało nasze żelazne łoże, a z drugiej dwa takie same, na których spali rodzice.

Mateńko kochana! Ledwie tylko zgasło światło, to jedno z tych dwóch łóżek wpadło nagle w taką trzęsionkę i tak głośno stukało nogami o podłogę, że ta skrzypiała jak najęta.

W pierwszej chwili to ja nawet pomyślałem sobie, że nic, tylko Kryćki nawiedziło raptem trzęsienie ziemi. Bo wszystkie naczynia stojące w kredensie poczęły nagle brzęczeć i klekotać niemiłosiernie. Podskakiwanie tego łóżka zsynchronizowane było z dobiegającym do naszych uszu głośnym posapywaniem i mlaskaniem, co w znacznej mierze potęgowało grozę tegoż wydarzenia.

Rozbudzony owymi apokaliptycznymi dźwiękami Piotrek, przysunął w pewnym momencie swoją twarz do mojego ucha i zapytał konfidencjonalnie:

– Lucek, śpisz?

– Nie, nie mogę. Za głośno hałasują. Co oni tam wyprawiają?

– Jak to co, to ty naprawdę nic nie kapujesz? Brachu, o ile mnie słuch nie myli, to oni pierdolą się jak dwa dzikie króliki – podsumował to wydarzenie rzeczowo, bez cienia wątpliwości.

Piotrek wiedział, co mówi, bo słuch miał doskonały. O wiele lepszy od mojego. Wyczucie rytmu również. Od szczeniaka całkiem dobrze radził sobie z tańcem i śpiewem. Umiał grać na bębnie i organkach. Serducha nasze oszalały z emocji i długo jeszcze nie mogliśmy dojść do siebie i spokojnie tej nocy zasnąć.

***

Wtedy właśnie przypomniałem sobie nasz dom rodzinny w Łodzi. Z ciasną sypialnią i okrągłym stołem ustawionym w niej pośrodku. Po rozłożeniu go z powodzeniem zmieściliby się przy nim wszyscy apostołowie, taaaki był wielki! Leżąca na nim koronkowa serweta była dziełem rąk babci Amelii – matki naszej mamy, stojącej obecnie również już nad grobem. Bo wredne raczysko pożerało naszą babcię od kilku lat żywcem, w dzień powszedni i w święta.

Z cierpliwością mitycznej Penelopy szydełkowała tę serwetę przez pół roku. Jej coraz to mniejsze oczka, układające się w fikuśną jodełkę, biegły gwiaździście do środka stołu, jak paryskie ulice do Placu Gwiazdy – dziś de Gaulle’a.

O, gdybyż cały dom nie musiał stać na babcinej głowie, i gdyby nie była aż taka skrupulatna w wypełnianiu swoich dozorcowskich obowiązków, to mogłaby wówczas podobnych serwet zrobić o wiele więcej, a nie tylko tę jedną.

Doskonale wiedzieliśmy że nasza ukochana babcia ma szczerozłote serce i ręce prawdziwego magika. Umiejące wyczarować dosłownie wszystko. Bo z taką samą zręcznością lepiły one truskawkowe pierogi – za którymi wprost przepadaliśmy, co obierały codziennie cały sagan kartofli na obiad. Pieliły ogródek, prały na tarze nasze brudne ubrania i macały kury. Tak, tak, dobrze słyszycie – macały kury.

Pewnie, że dziesięć niosek to jeszcze nie farma, ale jednak zawsze coś. Gwarantowały nam świeżutkie jajeczka, jadane przez nas pod różną postacią. Najczęściej wbijano je do zacierek gotowanych na świeżym mleku lub służyły do zrobienia kogla-mogla albo omletów.

Każdego dnia o godzinie piątej rano, za sprawą nadzwyczaj jurnego pana i władcy kurnika – Pięknego Dyzia, dorodnego koguta rasy leghorn, rozlegało się na naszym podwórku donośne pienie. Co niektórych sąsiadów okropnie wnerwiało.

Teraz, dzięki „cioci”, przypomniałem sobie o tym, jak po raz pierwszy w życiu przyłapałem tego chuligana na deptaniu kury. I jakie wielkie spustoszenie uczynił ten zwierzęcy akt seksualny w mojej nadzwyczaj delikatnej i wrażliwej psychice. Jak bardzo mną wstrząsnął, oszołomił mnie i zbulwersował.

Dość powiedzieć, że na moment aż zaniemówiłem z wrażenia, by po chwili rozedrzeć się w niebogłosy:

– Grzeeesiu! Grzeeesiu! Chodź tutaj szybko! Nasz Dyzio morduje Agatkę, tę z czarną plamką na czubku głowy!

Grzesiu był naszym najstarszym braciszkiem, starszym ode mnie o całe sześć lat, i miał już ugruntowaną wiedzę o życiu ludzi, zwierząt i roślin, którą zademonstrował mi obecnie w całej pełni. Podszedł do ogrodzonego siatką kurnika i ze stoickim spokojem, niczym doświadczony ekspert, oznajmił półszeptem, tak żeby tego nikt inny poza mną usłyszeć nie mógł:

– Dobrze jej tak. Mogła mu dupy nie nadstawiać.

Niczego nie rozumiałem. Odtąd jednak mój jedenastoletni braciszek stał się dla mnie prawdziwym autorytetem naukowym, rzeczoznawcą w sprawach domowego drobiu.

O życiu erotycznym ludzi i zwierząt nie miałem wtedy jeszcze najmniejszego pojęcia. Nie wiedziałem na ten przykład, dlaczego babcia Amelia aż tak boleśnie lekceważy pięknego Dyzia i pomija go przy porannym macaniu jego koleżanek. Zachowywała się tak, jakby go w tym kurniku w ogóle nie było albo ona była już całkiem ślepa.

***

Sterczenie pod zamkniętymi drzwiami własnego mieszkania stanie się z czasem dla nas swoistym rytuałem i wejdzie nam w krew na dobre. Będzie najdelikatniejszym z upokorzeń aplikowanych nam niemalże codziennie przez tę wielce obrotną i zaborczą kobietę oraz owiniętego wokół jej małego paluszka ojca, który w krótkim czasie dał z siebie zrobić prawdziwego rolmopsa.

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Bo dzięki temu regularnemu sterczeniu pod drzwiami mieliśmy coraz spokojniejsze noce. Kredens nie cierpiał na febrę, i podłoga wcale nie skrzypiała.

***

Tatuś to szybki Bill, ale kuda mu było do cioteczki, która zaledwie po miesięcznym pobycie w naszym domu czuła się w nim już tak, jakby się tutaj urodziła. Rozkokosiła się na dobre, przejmując od ojca ster rządów absolutnych w swoje ręce. A tatuś tańczył teraz tak, jak ona mu zagrała. Matką ciągle tylko pomiatał. Cokolwiek by nie uczyniła, wszystko robiła nie po jego myśli, beształ ją przy nas okrutnie, a parę razy to nawet wcielił się w rolę damskiego boksera i mama musiała ukrywać wtedy sińce pod sukniami z długim rękawem i grubą warstwą pudru maskować swoją zmaltretowaną twarz.

***

Najpierw cioteczka ściągnęła ze ściany ślubną pamiątkę naszych rodziców. Niewielką czarno-białą fotografię, oprawioną w srebrną ramkę, na której mama i ojciec uwiecznieni zostali z minami tak skwaszonymi, jakby fotograf przed zapaleniem magnezji wetknął im w usta co najmniej połówkę cytryny. Wylęknione oczy nowożeńców daremnie wypatrywały przed sobą chociażby najdelikatniejszych symptomów lepszego jutra. Fotograf celowo ujął ich z bardzo bliska. I tylko do pasa. Inaczej nie wypadało. Gdyż wianek na głowie panny młodej wyraźnie kolidował z jej już napęczniałym brzuchem, w którym siedział sobie wygodnie nasz najstarszy braciszek – Grzesiu. Późniejszy niezastąpiony znawca kurzych obyczajów. Głupek jeden. Nie miał się kiedy pchać na ten zasrany świat, tylko akurat teraz.

Początek szóstego miesiąca ciąży jeszcze wyraźniej kolidował jednak z brakiem własnego mieszkania i widmem wiszącej nad światem już na włosku wojny. Wszak ujadanie tego bezczelnego austriackiego szaleńca, z przyklejoną pod nosem szczoteczką do pastowania czarnych butów, było w Europie coraz głośniejsze. Synagogi łódzkie pustoszały w oczach, a zamożni i obrotni Żydzi w pośpiechu ewakuowali się z tego miasta za ocean.

Później poszły pod topór wszystkie matczyne kiecki i buty. Darła je i paliła w piecu z dziką satysfakcją, krasząc sardonicznym uśmieszkiem każdy etap ich utylizacji. Jedne pantofle, całkiem nowe zresztą, to chyba nawet przypadły cioteczce do gustu, bo paradowała w nich przez całe popołudnie niczym modelka na wybiegu.

Oglądała je ze wszystkich stron z wielką uwagą. A trzeba pamiętać, iż w owym czasie takie eleganckie czółenka były ostatnim krzykiem mody i kosztowały wcale niemało. Wieczorem jednak zaskoczyła nas niesamowitą woltą. Bo ni z tego, ni z owego z wielkim impetem szmyrgnęła je do buzującego pieca, aż ogień buchnął wtedy na pokój.

– Niutuś – syknęła pełnym jadu głosem. – Całkowite bezguście. Jak w ogóle można było coś takiego włożyć na nogę? Nie pomyślałam, przecież ona mogła mieć grzybicę, nie uważasz?

Ojciec całą swoją uwagę w tym momencie skupił na wiadomościach ze świata. Siedział w swoim ulubionym bujanym fotelu i przeglądał „Trybunę Szczęśliwego Ludu”, najpoczytniejszy dziennik ogólnopolski.

Mnie zaś ta jej podła insynuacja ubodła aż do żywego. Cioteczka z takim niebywałym zacięciem niszczyła bowiem nie tyle matczyną garderobę, co wszelkie ślady jej istnienia w tym domu. Wymazywała ją brutalnie z naszej pamięci. Złapałem się na tym, że od kilku dni obgryzam z nerwów paznokcie aż do krwi.

Nasz tatuś to urodzony kawalarz, człowiek o niespotykanym poczuciu humoru. Nawet po śmierci wyciął swojej żonie perfidny numer. Bo wbrew życzeniu matki przyodział ją na drogę do niebios w najokropniejszą z jej sukien. Z rozmysłem wybrał właśnie tę, której tak nie cierpiała. O czym najlepiej świadczył fakt, że tylko raz jeden w swoim życiu miała ją na sobie. Z autoironią podkreślała, że wygląda w niej „jak stara pudernica”. A przecież zeszła z tego świata mając zaledwie trzydzieści osiem lat. Cóż to więc była za starość? Dzisiejsze panny w tym wieku to dopiero zaczynają myśleć poważnie o zamążpójściu. Pamiętam, że kiedyś nawet goszcząca w naszym domu Cyganka wzgardziła tą jej sukienką. I pozostawiła ją na ostatnim stopniu naszych niezwykle stromych schodów.

***

Zawsze, kiedy w Kryćkach szczekał tylko jeden pies, wszyscy doskonale wiedzieliśmy, że to Murzyn tak radośnie szczeka, tak spontanicznie wita starego Maklańszczaka. Bez względu na to, skąd jego pan akurat by nie przybywał.

Kiedy więc w Kryćkach któregoś poranka po przybyciu starego Maklańszczaka ze sklepu do domu Murzyn milczał, czuliśmy się ogromnie zawiedzeni i nie wróżyło to nic dobrego. Nie mogło.

Bo Filuś i spółka zabili go jednym uderzeniem obucha siekiery. Piorun by go szybciej nie uśmiercił. Nie zdążył nawet zaskowyczeć.

Niektórzy gruźlicy mają bowiem tę drobną skazę, że ślepo wierzą w uzdrawiającą moc psiego sadła. I wcinają je ponoć całymi łyżkami. Murzyn stał się ewidentną ofiarą tego pokutującego do dziś wśród ludu zabobonu.

Filuś miał jeszcze jedną, nieco szokującą przypadłość, cechującą z reguły tylko klasyczne wampiry. Ujawniała się ona najdobitniej tuż przed świętami Bożego Narodzenia albo Wielkiej Nocy. Wówczas, kiedy tylko któryś z kryćkowian bił świniaka, to on już sterczał nad nim z musztardówką w ręce i czekał, aż będzie spuszczał mu juchę. Do napełnionej ciepłą krwią szklanki dodawał szczyptę soli, potem bełtał ją łyżeczką lub patykiem i pił chciwie duszkiem. Niektórzy wzdrygali się na ten widok okropnie. Ja nie, nigdy nie czułem do niego żadnej niechęci czy obrzydzenia. Zawsze jedynie tylko ogromną wdzięczność. Ceniłem go i szanowałem za jego wielkie jak Car Kołokoł serce.

Boże, ileż ten chłop potu z siebie wylał, próbując ratować naszą matkę. Prawie przez godzinę robił jej fachowo sztuczne oddychanie, chcąc za wszelką cenę znów przywrócić ją do życia. Wyrwać z łap tej francowatej kostuchy, całkowicie niewrażliwej na klepane głośno przez baby pacierze. Aż dziw brał, że reanimując z takim olbrzymim poświeceniem naszą matkę, sam nie wyzionął ducha, nieboraczek.

***

Jeżeli w Kryćkach szczekały wszystkie psy, to zawsze oznaczało tylko jedno: że do tej zapyziałej dziury przytelepał się listonosz. Najpierw Iwiński tłukł się do nas rowerem, poniemieckim, takim z przepuszczającym okropnie łańcuchem. Jego trach! trach! słychać było niemalże na kilometr. Później – motorowerem, popularnym w tym czasie komarem. Po nim miał wuefemkę. A jeszcze później przestał się już w ogóle telepać i po czterdziestu latach pracy w niezwykle trudnych warunkach przeszedł wreszcie na zasłużoną emeryturę. Zdążył w tym czasie całkowicie wyłysieć, dorobić się bolesnych hemoroidów na tyłku i żylaków na nogach oraz chronicznego bronchitu.

Gdy tamtego dnia zobaczyłem go na ścieżce wiodącej do ogródka, to od razu tknęło mnie złe przeczucie. Zobaczywszy w jego ręce telegram, wiedziałem już wszystko. Bo przychodzące do nas telegramy zwiastowały dotychczas jedynie czyjąś śmierć albo jakieś inne tragiczne wydarzenie. Jeszcze żaden mówiący o weselu tutaj nie trafił.

Ojciec kopał akurat przydomowy ogródek, przygotowywał go do przyjęcia nasion warzyw i cebulek kwiatowych. Zgięty w pałąk, podążałem za nim, wybierając z ziemi długie i cienkie jak rosołowy makaron korzenie perzu. Byliśmy tam we trójkę: ja, ojciec i ta, ustawiająca zawsze twarz w stronę słońca, cioteczka. Ojciec pokwitował przesyłkę, zamieniając przy tej okazji z listonoszem kilka zdań o pogodzie.

Kiedy Iwiński się oddalił, ojciec rozerwał palcem kopertę z celofanowym okienkiem, wyjął z środka kartę z naklejonymi nań paskami depeszy i zaczął ją bezgłośnie czytać. Niemalże w tej samej chwili na jego twarzy pojawił się radosny uśmieszek.

– Cóż tam takiego, Niutuś? – spytała go cioteczka, wieszając swoje pulchne ramiona wraz z biustem na zmurszałym płocie. Nawet przez chwilę bała się pozostawić ojca gdziekolwiek samego. Wyjątek stanowiła droga wiodąca do wychodka.

– Bogu niech będą dzięki! – rzekł rozbawiony, wznosząc wymownie swoje niebrzydkie, niebieskie oczy w górę.

Przez chwilę nawet dałem się na tę jego perfidną gierkę nabrać, sądząc, że może wreszcie i do nas trafiła jakaś radosna nowina.

– Nic poważnego, Żuczku – odparł, bagatelizując sprawę i sięgnął do kieszeni spodni po papierosa. – To tylko ta stara jędza raczyła w końcu zamknąć oczy – uspokoił ją, zapalając sporta.

Nie wierzyłem własnym uszom i ostra szpila ukłuła mnie zaraz prosto w serce. Bo ojciec z takim niebywałym „szacunkiem” wyrażał się o śmierci swojej własnej teściowej, a mojej babci. Doskonale wiedząc o tym, że kochałem ją nie mniej niż matkę.

– Chyba nie myślisz tracić czasu i pieniędzy na jej pogrzeb? – zaniepokoiła się cioteczka, patrząc na ojca wystraszonym wzrokiem. – Niutuś, błagam cię, nie każ mi umierać z tęsknoty na tym pustkowiu. Oszaleję, siedząc tutaj sama z tymi bękartami. No powiedz, że mi tego nie zrobisz, prawda? Przyrzeknij, błagam – zażądała od ojca jasnej deklaracji. Przyciśnięty do muru, zaciągnął się z lubością dymem z papierosa i nie zwracając nawet najmniejszej uwagi na wyraz, „bękarty”, odparł pospiesznie:

– Słowo ci daję, Żuczku. – Po czym podarł na strzępy telegram i wrzucił go do kompostownika. – Dadzą sobie radę beze mnie. Nigdzie nie pojadę. Nie miałem nawet takiego zamiaru. – Podszedł do cioteczki i pogłaskał ją czule wierzchem dłoni po nadętych policzkach.

Nie mogłem tego już dłużej ścierpieć. Patrzeć na nich też już dłużej nie mogłem ani nie chciałem, tak mi obrzydli. Poryczałem się w głos i wybiegłem z ogródka. Ojciec darł się za mną, nawołując mnie do natychmiastowego powrotu. Miałem go gdzieś.

– Pożałujesz tego, ty s…synu!

Ta pogróżka już do mnie ledwo dotarła. Po raz pierwszy w życiu zignorowałem jego polecenie, nie bacząc na przykre konsekwencje.

Pobiegłem nad rzekę i wypłakałem się tam do woli, prosząc Boga o spokój dla babcinej duszy oraz o to, żeby Grzegorz z Natalką dali sobie jakoś w tych ciężkich chwilach radę. Dopiero po paru godzinach zdołał mnie tam odnaleźć Piotrek. Głodnego jak wilk i trochę przemarzniętego, bo od rzeki ciągle jeszcze wiało chłodem.

***

– Niutek, myślę, że ty tych łobuzów niesamowicie rozpuszczasz. Nie toleruj, proszę, nawet najmniejszej niesubordynacji. Nie pozwól, aby taki gówniarz, jeden z drugim, ciebie lekceważył. Ty tutaj rządzisz.

Ten pokrzepiający mojego ducha monolog usłyszałem któregoś dnia ze ślicznych usteczek naszej ukochanej cioteczki. Rewelacja! Ona potrafi myśleć. Nigdy bym jej o to wcześniej nie podejrzewał. Z wrażenia aż mi ciarki przebiegły po plecach. Bo tatuś to bardzo pojętny uczeń.

– Gdybym ja w dzieciństwie – kontynuowała swój wywód – sprzeciwiła się choć raz woli ojca, to on by mnie chyba zabił. Ubił jak sobakę, chociaż byłam dziewczynką. A ty cackasz się z nimi na każdym kroku, zamiast garbować im skórę, póki jeszcze nie jest na to za późno – perorowała.

Mówiła na tyle głośno, że wszystko bardzo dokładnie słyszałem. Słowo po słowie. Zajęci sobą, nawet nie dostrzegli mojego powrotu do domu. Nie zwrócili uwagi na trzaśnięcie zamykanych przeze mnie drzwi na dole. Stojąc cichutko na klatce schodowej, chłonąłem każde wypowiedziane przez nią słowo. Ale nie tylko uszy miałem bardzo aktywne. Przez dziurkę po małym sęczku udało mi się przy tej okazji zobaczyć ją nago. Brzechtała się w balii. Ojciec siedział na taborecie i mydlił jej plecy. Brzydka nie była, ale do Wenus z Milo trochę jej brakowało. Sądzę, że ta italska bogini ogrodów nie miała na swoim brzuchu aż tyle sadła.

Rozpalone do czerwoności fajerki emitowały tropikalny żar na tę małą i ślepą kuchnię. Tak małą, że trzecia osoba już by się tam w żaden sposób nie zmieściła.

***

Po tej szalonej nocy, kiedy to Kryćki nawiedziło nagłe i niespodziewane trzęsienie ziemi, nic już chyba w relacjach damsko-męskich nie było w stanie mnie ani Piotrka zadziwić. Myśli moje w tym momencie pobiegły jednakże po zupełnie innych torach. Zastanawiałem się mianowicie głęboko nad tym, skąd u cioteczki bierze się tak gigantyczna nienawiść do dzieci? I czy ten jej tłusty brzuch chociaż raz opuścił jakiś rozwrzeszczany „bękart”? Wątpię w to, ponieważ ona nawet na widok suszących się na sznurze pieluszek dostaje torsji. A obecnie raczej zajście w ciążę jej nie grozi, bo należycie się zabezpiecza. Śmiem tak twierdzić dlatego, że nie dalej niż wczoraj w koszu na śmieci znalazłem puste opakowanie po prezerwatywach. Głupi nie jestem, dobrze wiem, że prezerwatywy nie zakłada się na ucho.

***

Co się zaś tyczy zdyscyplinowania, to przysięgam na prochy i pamięć naszej matki, że drugiej tak idealnie wytresowanej pary chłopaków w naszym wieku próżno by szukać na tym świecie nawet z gromnicą. Ojciec tylko spojrzał na nas i już doskonale wiedzieliśmy, o co mu chodzi. Nigdy nie musiał nam dwa razy niczego powtarzać. Wystarczyła piekielna moc jego wzroku i sadystyczne zacięcie.

Trzaśnięcie otwartą dłonią w papę stanowiło zawsze zaledwie zaliczkę, udzielaną nam przez niego przed zasadniczą wypłatą. Ta zaś nigdy nie następowała natychmiast, gdy tatuś był w autentycznych nerwach, tuż po wykryciu „przestępstwa” i zdemaskowaniu sprawcy, bo to byłoby zbyt proste. Lał nas dopiero wieczorem, po zmówieniu pacierza. Chodziliśmy przeto już aż do końca dnia ze ściśniętymi pośladkami, przytłoczeni psychicznie ciężarem tej kary. A życie toczyło się dalej.

W tak zwanym „międzyczasie” nasz ojciec zachowywał się najzupełniej normalnie. Potrafił rozmawiać z nami jak gdyby nigdy nic, śmiać się, a niekiedy nawet żartować. Bo kompletnym ponurakiem nie był. A po pacierzu… A po pacierzu… to należało ściągnąć dół od piżamy, położyć się na krawędzi kozetki i… wypiąć dupę. By mógł ją skroić szerokim pasem, służącym mu na co dzień do ostrzenia brzytwy. Jednak żeby delikwent nie czuł się w tak bolesnej chwili całkowicie przez Boga i ludzi opuszczony, obowiązkowa była obecność asysty honorowej, składającej się z reszty rodzeństwa, nie wyłączając Natalki.

Uświadomiłem sobie później, że człowiek o tak zacnym profilu psychologicznym i takim zacięciu sadystycznym byłby wprost idealnym kandydatem na kapo w każdym obozie koncentracyjnym. Himmler byłby z niego dumny!

***

Tatuś nas rzeczywiście nieziemsko rozpuszczał. Podejrzewam nawet, że najchętniej to rozpuściłby nas w kwasie solnym, tak ogromnie nas kochał. Gdy po tym incydencie z telegramem powróciłem do domu, to dzięki jego nieposkromionym uczuciom wyższego rzędu w biały dzień ujrzałem wszystkie gwiazdy. Otrzymałem z jego prawicy tak soczystą fangę w nos, że aż się przykleiłem do podłogi. A krew ciekła mi z niego wartkim strumieniem. I przez dłuższy czas nie można jej było w ogóle zatamować. Chyba się nawet troszkę swojego dzieła przestraszył, ale nie na długo. Myślałem, że złamał mi nos i będę teraz wyglądał jak ten francuski komik – Bourvil, którego od dawna bardzo lubiłem.

***

Pobyt w pierwszej klasie szkoły podstawowej był dla mnie taplaniem się w bezbrzeżnym oceanie nudy i najzwyklejszą stratą czasu. Gdybym wiedział, że będzie w niej aż tak nieciekawie, to nigdy, przenigdy nie poddałbym się woli dziadka Ignacego i nie pozwoliłbym wypchnąć przedwcześnie z domu.

– Lucuś to prawdziwy geniusz – stwierdził złośliwie któregoś dnia dziadek, grubo przeceniający moje intelektualne możliwości. Powiedział to z pełną premedytacją. Wiedział, co robi. Rzucił swój niewczesny pomysł na wielce podatny grunt. Po to tylko, aby skrócić mi o rok moje dotychczasowe słodkie leniuchowanie. Uciąć brutalnie dzieciństwo, zupełnie podobnie, jak bezmyślni ludzie ucinają rasowemu psu merdający radośnie ogon. Słowem – czyste barbarzyństwo!

A wszystko przez jeden głupi budzik.

Dziadek Ignacy zemścił się na mnie w tak perfidny sposób jedynie za to, że pewnego przedpołudnia, kiedy zostawili mnie samego w domu, dorwałem się do jego słynnej już na całą ulicę kolekcji staroświeckich budzików i z jednego dużego chciałem zrobić dwa małe. Nie wyszło mi – to prawda. Ale to tylko dlatego, że w jego blaszanej skrzyni, będącej bogato wyposażonym magazynem części zamiennych, znalazłem wszystko oprócz zapasowych cyferblatów.

Rozebranie tego budzika na czynniki pierwsze zabrało mi raptem może pół godziny, góra czterdzieści pięć minut, nie więcej. A dziadek, niegdyś zegarmistrz zawodowy, fachura z długoletnią praktyką, choć lewe oko uzbrojone miał w lupkę, męczył się z jego złożeniem przez kilka dni. Składał go i przeklinał na czym świat stoi. Zrobiła się z tego bardzo nieprzyjemna historia. Zamiast cieszyć się moim zegarmistrzowskim debiutem, spiskował, aby się mnie jak najszybciej chociaż na kilka godzin z domu pozbyć. Tak długo przekonywał do swojego pomysłu babcię i rodziców, aż w końcu przerobił ich na swoje kopyto i ustąpili. Wyrazili na to zgodę.

Fakt, że dzieciak mający sześć lat umie pisać, czytać tytuły w gazetach czy rachować do stu oraz wie, która jest godzina, jeszcze o niczym nadzwyczajnym nie świadczy. Co najwyżej wskazuje na to, iż nie jest imbecylem. Co samo w sobie jest już bardzo miłym komplementem adresowanym do jego rodziców. Podejrzewam jednak, że każda małpa człekokształtna postawiona na moim miejscu nauczyłaby się tego wszystkiego równie szybko i gładko, gdyby jej troje starszego rodzeństwa, niemalże rok po roku, wkuwało na głos wciąż te same wierszyki i formułki. Mocowało się ciągle z kotem Ali, Murzynkiem Bambo i Stefkiem Burczymuchą albo tabliczką mnożenia.

Dlatego właśnie w pierwszej klasie nudziłem się jak francuski mops. Ponadto nie znosiłem drących się na nas na każdym kroku nauczycieli. Dosyć miałem krzyku ojca we własnym domu. Najbardziej jednak nie cierpiałem grubej jak słonica z łódzkiego zoo pani Moniki Z., która miała tak wielki brzuch, że wyglądała, jakby była w ostatnich dniach ciąży. Nosiła czarne i grube wąsy pod nosem. Ale największym jej felerem był fakt, że dyrektorowała temu naszemu niebywale rozwrzeszczanemu towarzystwu.

Doprawdy, trudno jest się spodziewać zbyt wiele po szkole, w której najwyższym autorytetem jest woźny. Słowo daję, w tym przypadku tak właśnie było. Tylko stary Anzelm cieszył się naszą prawdziwą miłością i szczerym uznaniem. Dawał się lubić już od pierwszego wejrzenia. Najbardziej kochaliśmy go wówczas, gdy żylastą ręką unosił ponad swoją ptasią głową ciężki spiżowy dzwonek i wzniecał nim najulubieńszy hałas, jaki znają uczniowskie uszy. Starsi chłopcy nazywali go Matrosem. Bo Anzelm w czasie wojny służył w randze miczmana w czarnomorskiej flocie. Dlatego o każdej porze roku pod wycerowaną w paru miejscach marynarką nosił bawełniane podkoszulki w niebiesko-białe poprzeczne pasy. I jak każdy rasowy marynarz palił tylko fajkę. Jej pięknie wyrzeźbiony cybuch przedstawiał roześmianą gębę brodatego Neptuna, o którym chętnie opowiadał nam w każdej wolnej chwili.

Anzelm przez kilka lat był najcenniejszą wizytówką naszej podstawówki, istną perełką wyciągniętą z lamusa historii. Szanowałem go bardziej niż własnego ojca. Bo nigdy nas nie bił i potrafił każdemu uczniowi wybaczyć nawet najgorsze świństwo, najgłupszy kawał i najordynarniejsze przekleństwo. Był naszym niekwestionowanym przyjacielem, powiernikiem wszystkich uczniowskich tajemnic i duchowych rozterek, z tymi najgłębiej skrywanymi włącznie. I w przeciwieństwie do dyrektorki szkoły, nigdy nie podnosił na nas głosu. Uśmiechem i łagodnością rozbrajał nawet największych łobuziaków, urodzonych rzezimieszków, dryblasów wyższych niekiedy od siebie o całe dwie głowy. Mówiąc, zaciągał z ruska: „Łoj, malcziki, nie nada ślizgać się po poręczy schodów. Wam nużna na dół po ludzku schodzić i toczka”.