Wydawca: HarperCollins Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 346 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ciężar milczenia - Heather Gudenkauf

To stało się cichym, sierpniowym rankiem, kiedy srebrzyste światło wstającego dnia przebijało się delikatnie przez wilgotne powietrze. Dwie rodziny odkryły puste łóżka swoich córek. Calli i Petra, nierozłączne przyjaciółki, zniknęły w nocy z domów.

Siedmioletnia Calli Clark trzy lata temu zamknęła się w świecie ciszy po tragicznym wydarzeniu, którego była świadkiem w rodzinnym domu. Od tamtej pory żadna siła nie mogła jej zmusić, by wypowiedziała choć  słowo. Nagle od tego jednego słowa może zależeć życie jej przyjaciółki. Dotąd to Petra Gregory zawsze ratowała ją z opresji, była jej bratnią duszą i jej głosem. Teraz Calli musi uratować  Petrę.

Ben Clark jak nikt inny zna swoją siostrę. Tylko on wie, dokąd mogła pójść Calli. Rusza do lasu na poszukiwania. Odkrycie, którego tam dokonuje, byłoby zbyt przerażające nawet dla dorosłego. Dwunastoletni chłopiec musi zadziałać jak mężczyzna, by zapobiec dalszej tragedii.

Antonia, matka Calli i Bena, stara się być najlepszą mamą dla swoich dzieci, mimo że żyje w toksycznym związku z agresywnym mężczyzną. Co prawda zaprzecza, by jej mąż mógł być zamieszany w porwanie dziewczynek, jednak coraz bardziej się obawia, że decyzja o pozostaniu w małżeństwie może ją kosztować znacznie więcej niż tylko milczenie jej córki.

Profesor Martin Gregory, ojciec Petry, jest gotów na wszystko, by odnaleźć swoje dziecko. Ten spokojny intelektualista odkrywa w sobie mroczne cechy, których istnienia nawet nie podejrzewał.

Poszukiwania dziewczynek nabierają tempa. Do końca nikt jednak nie zna przerażającej prawdy. Odpowiedź  jest ukryta w ciszy przemilczanych, rodzinnych sekretów.

Opinie o ebooku Ciężar milczenia - Heather Gudenkauf

Fragment ebooka Ciężar milczenia - Heather Gudenkauf

Heather Gudenkauf

Ciężar milczenia

Przełożyła Hanna

PROLOG

Antonia

Louis i ja dostrzegamy ciebie prawie jednocześnie. Wśród ewodii. Ciężki, duszący zapach tych drzew, bardzo słodki, zawsze będzie przypominał mi ten dzień. Widzę, jak coś różowego przemyka przez zieleń. Twoja koszulka nocna, cienka letnia koszulka, którą nałożyłaś wczoraj wieczorem. Kamień spada mi z serca, cała drżę. Twoich podrapanych nóg prawie nie dostrzegam, ani kolan w błocie, ani łańcuszka w zaciśniętych palcach. Wyciągam ręce, szczęśliwa, że znów będę mogła przytulić cię do serca. Objąć z całej siły, oprzeć policzek na twoich przepoconych włoskach.

Postanowiłem, że już nigdy więcej nie będę modlić się w kółko tylko o jedno: „Proszę, żeby Calli mówiła”. Koniec z tym bezgłośnym błaganiem, tym jęczeniem w duchu – proszę, choć jedno słowo.

Teraz będę tylko dziękować, że Calli jest.

Jesteś.

Jesteś, ale mijasz mnie i stajesz przed Louisem. Mądre dziecko, myślę. Widzi mundur, dlatego podchodzi do niego. Louis nachyla się nad tobą, ja zachłannie wpatruję się w twoją twarz. W twoje wargi, które zaczynają się poruszać, wyraźnie składają się do wypowiedzenia słów. Słowo zostaje wyartykułowane. Ulatuje z ust bez żadnego wysiłku. W głosie, tak długo nie używanym, nie ma śladu niepewności. Jest jasny, dźwięczny... kiedy ty po długich trzech latach wypowiadasz swoje pierwsze słowo...

Potem trafiasz wreszcie w moje ramiona. Płaczę, dając ujście najrozmaitszym emocjom. Przede wszystkim ulga, niewyobrażalna, i tak samo wielka wdzięczność, że los zechciał mi ciebie oddać. Radość jednak miesza się ze smutkiem, gdy widzę poszarzałą twarz ojca Petry.

Nie rozumiem, dlaczego wybrałaś akurat to słowo. Ale to nie ma żadnego znaczenia. Najważniejsze, że w końcu przemówiłaś.

CALLI

Calli poruszyła się niespokojnie w swoim łóżku. Gorąco, nie ma czym oddychać. Prześcieradło i białą narzutę z szenili skopała z siebie wiele godzin temu, różowa koszulka nocna podwinęła się do pasa. Sierpniowy poranek w stanie Iowa był duszny, parny, a przez otwarte okno zabezpieczone siatką nie przedostawał się nawet najlżejszy podmuch wiatru. Tylko mleczna poświata księżyca sączyła się przez siatkę, malując na podłodze jasną plamę, taką księżycową latarnię, która swoim mdłym światłem rozpraszała mrok pokoju.

Na dole ktoś chodzi. Tato. Dziś wybiera się na ryby. To jego kroki, mocne, zdecydowane, inne niż lekkie, szybkie kroki mamy i trochę niepewny chód Bena. Tak, to tato... Calli usiadła wśród skłębionej pościeli i pluszowych zwierzątek. Mocno ścisnęła nogi, starając się zwalczyć w sobie gwałtowną potrzebę pójścia do łazienki. Niestety, w domu była tylko jedna łazienka. Wyłożona różowymi kafelkami, nieduża, prawie połowę jej powierzchni zajmowała obdrapana biała wanna na wykrzywionych nóżkach. Żeby dostać się do łazienki, trzeba było zejść po skrzypiących schodach i przejść koło kuchni. A w kuchni był tato i popijając kawę, wkładał do specjalnej skrzynki różne rzeczy do wędkowania.

Calli absolutnie nie miała ochoty z nim się spotkać. Dlatego postanowiła odczekać. Usiadła trochę inaczej, ścisnęła nogi jeszcze mocniej i starając się zignorować pełny pęcherz, pomyślała sobie o czymś innym. O szkole. Nowy rok szkolny tuż, tuż, a Calli Clark jest już uczennicą drugiej klasy. Na stole leżał cały stos nowych przyborów szkolnych. Kredki ołówkowe, jeszcze długie, nie zatemperowane, obok kredki świeco- we. Sześćdziesiąt dziewięć. W wyprawce szkolnej dla drugoklasistów wymieniono co prawda pudełko z dwudziestoma czterema kredkami, mama jednak orzekła, że to absolutnie nie wystarczy. Obok kredek leżało jeszcze kilka cienkich skoroszytów, różowe gumki do wycierania, oczywiście pachnące, oraz cztery notesy na spirali, każdy notes w innym kolorze.

Dla Calli szkoła zawsze była taką mieszanką przyjemności z przykrością. Kochała zapach szkoły, zapach kurzu na starych książkach i zapach kredy. Kochała szelest suchych liści pod nowymi bucikami, kiedy szła na przystanek, gdzie zatrzymywał się szkolny autobus. Kochała swoje nauczycielki, wszystkie. Ale wiedziała też, że pewnego dnia w szkolnej sali konferencyjnej zebrali się dorośli – dyrektor szkoły, psychologowie, logopedzi, pedagodzy, w tym też tacy od nauczania specjalnego, doradcy szkolni i pracownicy socjalni – i wspólnie zastanawiali się nad nią, nad Calli Clark. Dokładniej – dlaczego Calli nie mówi. Calli wiedziała, że dorośli ten fakt tłumaczą na różny sposób. Zaburzenia w rozwoju umysłowym. Autyzm. Albo – odmowa mówienia. Mutyzm wybiórczy. Przecież dziewczynka jest bardzo inteligentna. Z czytaniem radzi sobie po prostu świetnie, czyta książki dla dzieci starszych od niej o kilka lat.

Panna Monroe, nauczycielka z zerówki – ładna, delikatna osoba z prostymi brązowymi włosami, wyglądająca jak członkini jakiegoś klubu dla pań, a tak naprawdę wulkan energii o tubalnym głosie – była przekonana, że Calli jest po prostu nieśmiała. Dlatego dorośli, zebrani w sali konferencyjnej, zaczęli zastanawiać się nad Calli dopiero w grudniu. Prawdopodobnie nazwisko Clark w ogóle nie trafiłoby na wokandę, gdyby pielęgniarka szkolna, pani White, kiedy wręczała Calli czystą parę skarpet, figi i spodnie dresowe, nie uświadomiła sobie, że robi to już po raz drugi w tym tygodniu.

– Calli, dlaczego nie powiedziałaś pani nauczycielce, że musisz iść do łazienki? – spytała pani White cichym, łagodnym głosem.

Calli milczała, jak zawsze. Tylko patrzyła szeroko otwartymi oczami w nieruchomej twarzy. Pani White wysłała Calli do łazienki, żeby umyła się i przebrała, a sama zaczęła przeglądać swój zeszyt, w którym starannym, okrągłym pismem notowała wizytę każdego dziecka w pokoju pielęgniarki szkolnej. Kiedy i dlaczego. Ból gardła, ból brzucha, użądlenie pszczoły. Nazwisko Calli od dwudziestego dziewiątego sierpnia, czyli pierwszego dnia nauki, wymienione było dziewięć razy. Za każdym razem była przy nim literka m – moczenie się.

W związku z tym pani White postanowiła skonsultować się z nauczycielką, panną Monroe, która przyprowadziła do niej Calli.

– Michelle, w tym roku Calli zsiusiała się dziewięć razy. Czy ona nie chodzi do łazienki, kiedy wysyłasz tam pozostałe dzieci?

– Nie wiem – odparła panna Monroe. Jej tubalny głos zadudnił tuż pod drzwiami łazienki, w której Calli zdejmowała z siebie brudne ubranie. – Ale zawsze przecież może poprosić.

– Ale zsiusiała się już dziewięć razy. Zadzwonię do jej mamy, powiem, żeby poszła z dzieckiem do lekarza. To może być infekcja dróg moczowych – oznajmiła pani White, jak to ona, chłodno i stanowczo, dlatego bardzo rzadko ktoś podważał jej decyzje. – A ty posyłaj ją do łazienki jak najczęściej, nawet jeśli sama nie poprosi.

– Dobrze.

Panna Monroe poszła sobie, a w drzwiach łazienki, przylegającej do pokoju pielęgniarki, ukazała się Calli. W o wiele za dużych różowych spodniach dresowych, które opływały jej stopy jak różowe dzwony i zwisały z pośladków. W jednym ręku trzymała reklamówkę z przemoczonymi majtkami z serii o zabawnej nazwie „Ciastko z truskawkami”. W reklamówce były również dżinsy, skarpetki i różowo-białe tenisówki. Palec wskazujący drugiej ręki bawił się kosmykiem kasztanowatych włosów.

Pani White nachyliła się, żeby jej oczy znalazły się na tej samej wysokości co oczy dziewczynki.

– Calli, masz tu jakieś buty, które zakładasz na gimnastykę?

Calli spojrzała na swoje stopy, przyodziane w sportowe skarpety tak przetarte, że widziała dokładnie swój duży palec w kolorze brzoskwini, zakończony jaskrawą plamą „Czerwieni wampa”. Lakieru, którym mama poprzedniego dnia wieczorem pomalowała jej wszystkie paznokcie.

– Calli – odezwała się ponownie pani White – czy masz tu jakieś sportowe obuwie na zmianę?

Calli zacisnęła cienkie wargi i skinęła głową.

– Świetnie, Calli. Idź i nałóż te buty, a tę torebkę schowaj do plecaka. Zadzwonię do twojej mamy. Coś takiego, jak dziś, przytrafiło ci się w tym roku już kilkakrotnie. Chciałabym, żeby twoja mama o tym wiedziała.

Pani White mówiąc, wpatrywała się uważnie w nieruchomą twarz Calli. Dziewczynka niby ją słuchała, tak naprawdę jednak jej uwaga skupiona była na tablicy na białej ścianie. Tablicy z rzędami coraz mniejszych liter, służącej do sprawdzania wzroku.

Grono dorosłych z sali konferencyjnej, czyli komisja zajmująca się przypadkami problematycznymi, po przetestowaniu Calli i uzyskaniu niezbędnych informacji na temat dziewczynki, orzekło, że Calli nie ma żadnego defektu fizycznego. Przedyskutowano więc różne opcje i po kilku tygodniach podjęto decyzję. Calli należy wyuczyć podstawowych wyrazów w języku migowym, na przykład wyrazu „toaleta”. Raz w tygodniu Calli będzie spotykać się z doradcą szkolnym. A poza tym trzeba czekać. Czekać cierpliwie, aż Calli zacznie mówić.

Calli zsunęła się z łóżka, podeszła do stołu i zaczęła po kolei każdy ze swoich przyborów szkolnych przekładać na biureczko z sosnowego drewna. Układała je tak, jak zamierzała ułożyć w swojej nowej ławce w pierwszym dniu nauki w klasie drugiej. Najpierw rzeczy duże, na nich mniejsze. Ołówki i długopisy ułożone porządnie w nowym zielonym piórniku.

Coraz bardziej chciało jej się do łazienki. Tak bardzo, że aż wszystko ją bolało. W końcu, zdesperowana, zaczęła się zastanawiać, czy nie załatwić się do białego plastikowego kosza na śmieci, ustawionego koło biureczka. Z tego pomysłu jednak zrezygnowała. Bardzo trudno będzie potem umyć ten kosz po kryjomu. Mama na pewno zauważy albo Ben. Jeśli mama, to zaraz potem nastąpi niekończąca się seria pytań, na które można odpowiedzieć „tak” albo „nie”. Łazienka była zajęta? Nie dałaś rady poczekać? Bawiłaś się z Petrą i zapomniałaś pójść do łazienki? A może jesteś na mnie zła, Calli?

Rozważyła więc inną możliwość. Wyjść na dwór. Przez okno, a ponieważ jej pokój jest na piętrze, zejdzie na dół po drabince oplecionej wilcem o białych kwiatach dużych jak jej dłoń. Niestety, nie wiedziała, jak zdjąć siatkę z okna, a poza tym mama, gdyby przyłapała ją na schodzeniu po drabince do kwiatów, mogłaby też wpaść na pewien pomysł. Zabicia okna gwoździami. A Calli uwielbiała spać przy otwartym oknie. Kiedy wieczorem padało, przyciskała mocno twarz do siatki, żeby poczuć na policzkach krople deszczu i poczuć zapach spalonej słońcem trawy, nasiąkającej teraz wilgocią. Wariant z oknem był więc też nie do przyjęcia, tym bardziej że Calli absolutnie nie chciała przysporzyć mamie jeszcze więcej zmartwień. Mama miała ich wystarczająco dużo.

Trzeba zejść do łazienki. Jak najciszej, może tato nie zauważy. Calli powoli uchyliła drzwi. Wystawiła głowę, spojrzała w lewo, w prawo i na palcach wyszła na ciemny korytarzyk, gdzie było jeszcze bardziej duszno niż w pokoju. Drzwi naprzeciwko, do pokoju Bena, były zamknięte, tak samo drzwi do sypialni rodziców. Calli podeszła do schodów, przystanęła i zaczęła nasłuchiwać. Cisza, czyli jest nadzieja, że tato wyszedł już z domu. Pojechał na ryby razem ze swoim przyjacielem Rogerem. Daleko. Mieli jechać sto dwadzieścia kilometrów wzdłuż rzeki Missisipi, na wschód, na sam kraniec hrabstwa.

Taty miało nie być trzy dni. Calli z tego powodu wcale nie była nieszczęśliwa. Przeciwnie, cieszyła się, choć czuła wyrzuty sumienia. Ale kiedy w domu byli tylko we trójkę, mama, Ben i Calli, w tym domu było zdecydowanie spokojniej.

Z tatą nigdy nic nie wiadomo. Czasami, kiedy rano schodziła na dół, zastawała go w kuchni wesołego, zadowolonego z życia. Brał córeczkę na kolana, śmiał się i drapał ją w policzek rudymi wąsami. Calli też się śmiała. Ten wesoły, zadowolony tato całował mamę, robił jej kawę, Benowi proponował wspólny wypad na miasto. W takie dni usta tacie się nie zamykały. Mówił i mówił, rozpogodzony, w jego głosie można się było nawet doszukać czułości. Bywały jednak i inne poranki. Kiedy tato siedział przy obdrapanym kuchennym stole, podpierając głowę rękami, a zlewozmywak i kuchenny blat, pokryty laminatem w brązowe cętki, zawalone były puszkami po piwie. W takie dni Calli na palcach przemykała przez kuchnię i uciekała do lasu, który zaczynał się tuż za ich podwórzem na tyłach domu. Bawiła się nad strumieniem albo wśród konarów powalonych drzew. Co jakiś czas wychodziła na skraj lasu, żeby zobaczyć, czy ciężarówka ojca stoi jeszcze koło domu. Jeśli jej nie było, Calli wracała do domu. Jeśli stała tam jeszcze, Calli znów kryła się wśród drzew. Do domu wracała dopiero wtedy, kiedy zmusił ją do tego głód.

Dalej cisza. Calli zeszła po schodach, odruchowo przestępując przez czwarty, skrzypiący stopień. Dwa kroki i będzie już w łazience. Uniosła palcami brzeg koszulki, zrobiła jeden duży krok. Teraz trwożliwe spojrzenie w głąb kuchni, gdzie paliła się tylko lampka nad piecem kuchennym. Nikogo. A więc następny krok, ręka dotyka już chłodnego metalu klamki.

– Calli! Chodź tutaj!

Znieruchomiała. A ochrypły szept powtórzył:

– Calli! Chodź!

Puściła klamkę i poszła karnie tam, skąd dobiegał głos. W kuchni taty nie było, ale przez uchylone drzwi na dwór widać było w szarym świetle poranka barczyste plecy. Tato siedział na najniższym betonowym schodku. Nad jego głową obłoczek. Dym z papierosa zmieszany z parą, unoszącą się nad kubkiem z gorącą kawą.

– Chodź tu, córeczko! Dlaczego wstałaś tak wcześnie? – spytał.

Nawet łagodnie. Callie otworzyła drzwi trochę szerzej, bardzo ostrożnie, żeby nie trącić taty w plecy, przeszła przez drzwi bokiem i stanęła obok taty.

– A więc jak, Calli? Miałaś zły sen?

Pokręciła przecząco głową i pokazała mu na palcach znak oznaczający łazienkę. Choć teraz, chwilowo, jakoś nie czuła już tej potrzeby

Tato zaśmiał się. Ten śmiech wcale nie był wesoły.

– Co mówisz? Powtórz! Powiedz głośniej. Ach! No tak, przecież ty nie mówisz! Gadasz tylko na migi!

Nagle wstał i naśladując Calli, zaczął wymachiwać rękoma i wykrzywiać palce.

– Nie umiesz mówić jak normalne dzieci! Jesteś niema, jak jakiś przygłup!

Mówił coraz głośniej. Calli spojrzała na ziemię. Zasłana zgniecionymi puszkami. Potrzeba pójścia do łazienki nagle wróciła ze zdwojoną siłą. Spojrzała na okno pokoju matki. Zasłony zaciągnięte, nie poruszają się, za szybą nie ukazuje się twarz, która zawsze dodaje Calli otuchy.

– Nie mówisz! Do cholery! A przedtem mówiłaś! „Tato”, „tato”, przede wszystkim wtedy, kiedy czegoś ode mnie chciałaś. A teraz mam niedorozwiniętą córkę. Debilkę. A może ty nie jesteś moją córką? Masz oczy tego gliniarza!

Nachylił się. Szarozielone oczy spojrzały prosto w oczy Calli.

Calli mocno zacisnęła powieki. Gdzieś niedaleko słychać było chrzęst żwiru pod oponami. Coraz bliżej. To Roger, jedzie po tatę. Otworzyła oczy w chwili, kiedy duży samochód terenowy podjeżdżał pod dom.

– Dzień dobry! Co u pani słychać, panno Calli? – zawołał Roger, niby do niej, ale tak naprawdę wcale na nią nie patrzył. Nie spodziewał się przecież żadnej odpowiedzi. – Griff! Gotowy?

Roger Hogan, najlepszy kumpel Griffa, jeszcze ze szkoły średniej, był niewysoki i szeroki, z ogromnym brzuchem wylewającym się nad paskiem spodni. Pracował w miejscowej przetwórni mięsa, był brygadzistą. Za każdym razem, kiedy Griff przyjeżdżał z Alaski, z rurociągu, Roger namawiał go, żeby został w Willow Creek na dobre. Obiecywał, że załatwi mu robotę w swoim zakładzie. A na koniec zawsze dodawał:

– I byłoby jak za dawnych dobrych lat, co, koleś?

– Cześć, Rog! – zawołał Griff. – Nie gniewaj się, stary, ale trochę zmieniłem plany. Jedź sam, ja dojadę. Calli miała zły sen. Trzeba z nią chwilę posiedzieć, poczekać, póki się nie uspokoi i nie zaśnie.

Roger jęknął.

– Griff, co ty? Nie może zająć się nią matka? Przecież ten wypad zaplanowaliśmy kilka miesięcy temu!

– Ale dziecko czasami potrzebuje swojego tatusia. Jak dzieje się coś złego, tatuś powinien być przy dziecku! Nawet jeśli dzieciak tego nie chce. A ty chcesz, Calli! Prawda?

Za każdym razem, kiedy powtarzał „tatuś”, żołądek Calli kurczył się coraz bardziej. Bardzo chciała teraz wbiec z powrotem do domu i obudzić mamę. Ale jednocześnie wcale nie czuła się zmiażdżona. Kiedy pijany Griff wypluwał z siebie nienawiść do niej, Calli, nie udawało mu się jej zranić. Bena – tak. Mamę też, oczywiście. Ale nie Calli.

– Wrzucę tylko rzeczy do twojego samochodu, Rog, i jedź. Dojadę po południu, spotkamy się w chacie. Po drodze kupię dobrego piwka. A wieczorem rybka na pewno będzie brała!

Griff niedbale wrzucił do samochodu swoją wielką zieloną torbę. Wędki i resztę sprzętu wkładał już o wiele ostrożniej.

– Do zobaczenia, Roger!

– Jesteś pewien, że tam trafisz?

– Jasne. Niech cię głowa o to nie boli. Trafię na pewno.

– No to cześć!

Roger odjechał. Griff podszedł do Calli. Nieruchomej figurki, mimo upału obejmującej się mocno ramionami.

– No to co, Calli? Potrzebujesz tatusia? Zaraz to załatwimy! Ten gliniarz nie mieszka daleko stąd, prawda? Trzeba iść przez las!

Złapał ją za ramię. W tym momencie przepełniony pęcherz nie wytrzymał. Po nodze Calli spłynęła ciepła struga. Płynęła nadal, kiedy tato ciągnął Calli w stronę lasu.

PETRA

Znów nie mogę zasnąć. Jest tak gorąco, że łańcuszek klei mi się do szyi. Siedzę sobie na podłodze, przed wiatraczkiem. Chłodzę twarz. Jednocześnie mówię do niego, do wiatraczka. Cichutko, a on szumi i kręci się, kręci, jakby chciał moje słowa wepchnąć mi z powrotem do buzi.

– Jestem księżniczka Petra, najważniejsza księżniczka na całym świecie.

Nagle słyszę coś za oknem. Czuję lęk, chcę obudzić mamę i tatę. Najpierw jednak sprawdzę, co to jest. Podczołguję się po szorstkim dywanie do okna. Klękam i ostrożnie wystawiam głowę nad parapet. Ciemno. Czuję jednak, że tam, w tej ciemności, ktoś jest. Ktoś duży. Patrzy na mnie. Wytężam wzrok. Tak, na pewno tam jest, a obok niego ktoś o wiele mniejszy. Strach mija. Przecież dobrze znam ich obu.

Pierwsza myśl – poczekajcie! Idę z wami! Potem druga – nie, nie wolno mi wychodzić z domu. Tak myślę przez sekundę. Potem zmieniam zdanie. Przecież tam jest ktoś dorosły, a z dorosłym mogę wyjść. Mama i tato nie będą się gniewać. Zresztą wybiegnę tylko na chwilę, aby się przywitać.

Nakładam tenisówki i wymykam się z pokoju.

Tylko się przywitam i zaraz wrócę do domu...

CALLI

Calli razem z tatą szli przez las już dobrą chwilę. Calli wiedziała dokładnie, w którym są miejscu. Niedaleko szlaku Żebraczy Stok, tutaj Calli bardzo często widywała piękne lśniące konie, które z takim wdziękiem niosły swoich właścicieli przez las. Teraz Calli marzyła o takim widoku. Gdyby spomiędzy drzew wynurzyła się klacz w kolorze cynamonu albo appaloosa z czarnymi łatkami, tato może by się opamiętał. Niestety, dziś czwartek, w dni powszednie na szlaku rzadko się ktoś pojawiał. Istniała szansa, że natkną się na strażnika leśnego. Ale strażnicy mają do pilnowania w sumie prawie dziewięćdziesiąt kilometrów szlaków. Praktycznie więc Calli była zdana tylko na siebie. Pogodziła się już z tym, że tato będzie ciągnął ją przez las. Dróżka była kamienista, dla jej bosych stóp bardzo bolesna. Domu zastępcy szeryfa Louisa, oczywiście, nigdzie tu nie było widać. W sumie to i lepiej. Gdyby dotarli pod ten dom, tato na pewno zacząłby wykrzykiwać niestworzone rzeczy, zastępca szeryfa starałby się go uspokoić, a potem zadzwoniłby po mamę. Żona zastępcy szeryfa stałaby w drzwiach, rozglądając się niespokojnie na boki, czy ktoś niepowołany nie ogląda teraz tego całego przedstawienia.

Tato miał twarz bladą jak krwiowiec, kwiatek, który mama kiedyś na początku wiosny pokazała jej podczas spaceru po lesie. Powiedziała, że kiedy przerwie się ich korzonek, sączy się z niego czerwony sok. Czerwony jak włosy taty, który mamrocząc coś pod nosem, ciągnął Calli za sobą, potykając się co chwila o wystające korzenie. Dochodzili już do miejsca, zwanego Zakątkiem Siedmiu Wierzb. W tym miejscu nad strumieniem Willow Creek rosło siedem wierzb płaczących, tworzących idealne półkole. Te wierzby podobno przywiózł ze sobą i posadził pewien francuski osadnik. Dostał je w prezencie od swego przyjaciela, samego Napoleona Bonaparte. Wierzby były ulubionymi drzewami francuskiego cesarza.

Mama Calli i Bena, Antonia, należała do mam, które razem ze swoimi dziećmi włażą na drzewo. Sadowiła się tam z nimi pośród gałęzi i opowiadała im różne historie, na przykład o swoich prapradziadkach, czeskich emigrantach, którzy w dziewiętnastym wieku przyjechali do Stanów. Często wyprawiała się z nimi do Zakątka Siedmiu Wierzb. Szykowała lunch dla całej trójki – kanapki z masłem orzechowym, jabłka – i ruszali w drogę. Przechodzili na drugą stronę strumienia, skacząc po mokrych, omszałych kamieniach. Antonia rozkładała koc pod drzewem i wszyscy wsuwali się do namiotu z wiotkich, cienkich gałęzi. Umawiali się, że teraz nie jest to żaden namiot, ale chata na bezludnej wyspie. Wszyscy zresztą przechodzili metamorfozę. Na przykład Ben zmieniał się w dzielnego żeglarza, zaś Calli była jego pierwszym oficerem, wiernym towarzyszem. Antonia wcale już nie była mamą, tylko piratem, który ścigał Bena i Calli i wykrzykiwał przy tym groźnie, naśladując nieudolnie wymowę londyńskich prostaków:

– Ej, wy, szczury lądowe! Poddajcie się! Chyba że chcecie przejść po naszej pirackiej desce!

Którą, jak wiadomo, piraci wysuwali za burtę, a ty, nieszczęśniku, musiałeś przejść po niej do samego końca, po czym była już tylko jedna opcja. Skok do wody.

– Nigdy się nie poddamy! Nigdy! – krzyczał nieustraszony Ben. – Prędzej rzucimy się rekinom na pożarcie!

– I zeżrą was! – wrzeszczała Antonia, wymachując kijem. – Zostaną same kosteczki!

W końcu nieustraszony żeglarz, pragnąc ocalić swego najwierniejszego towarzysza, kazał Calli uciekać. Calli uciekała co sił na swych długich chudych nogach ozdobionych niezliczonymi siniakami – efekt wspinaczek na drzewa i przełażenia przez płoty. Antonia goniła za nią. Kiedy zabrakło jej tchu, przystawała, ciężko dysząc, i błagała pokornie:

– Rozejm! Rozejm!

Nikt nie miał nic przeciwko temu. Cała trójka zgodnie wracała do wierzbowej chaty i wypoczywała, popijając wodę sodową. Antonia co chwilę wybuchała śmiechem. Śmiała się głośno, zaraźliwie, ten śmiech tryskał gdzieś z głębi jej piersi, nieposkromiony, taki radosny. Odrzucała wtedy głowę w tył i zamykała oczy, wokół których zaczynały się już tworzyć pierwsze zmarszczki. Świadectwo wieku i rozczarowań.

Kiedy Antonia śmiała się, śmiali się wszyscy. Wszyscy oprócz Calli. Calli uśmiechała się tylko słodko, nawet nie rozchylając ust. Ale nie śmiała się od bardzo dawna, a kiedyś robiła to tak często. Tak radośnie, jak- by rozdzwoniły się dzwoneczki. Teraz nie, choć wiedziała, że mama na jej śmiech czeka z utęsknieniem.

Antonia była tego rodzaju mamą, która w niedzielę pozwoli ci zjeść na śniadanie pizzę, a na kolację płatki śniadaniowe. Mamą, która w deszczowy wieczór ogłasza, że to wieczór w spa i zaprasza serdecznie córeczkę do Salonu Piękności Toni – naśladując przy tym wymowę francuską. Do wody w starej wannie dodaje czegoś, dzięki czemu robią się w niej bąbelki i pachnie jak bez. Po kąpieli, kiedy wytrze Calli wielkim białym ręcznikiem, przystąpi do malowania paznokci u nóg. Na przykład lakierem „Niegodziwa czerwień”. Albo nałoży na włosy Calli tyle pianki i żelu, że staną na baczność, jak dziesięciocentymetrowe kolce.

Griff natomiast był tego rodzaju tatą, który po wypiciu na śniadanie iluś tam puszek piwa wlecze siedmioletnią córkę przez las, żeby znaleźć potwierdzenie swojej wersji prawdy.

MARTIN

Czuję na plecach ciepłą twarz Fieldy, ręce Fieldy wokół mojej talii, która w zastraszającym tempie liczy coraz więcej centymetrów. Na tego rodzaju konfigurację dwóch ciał jest stanowczo za gorąco, ale ja za nic w świecie nie odsunąłbym Fieldy od siebie. W ciągu czternastu lat naszego małżeństwa rozstawaliśmy się tylko dwa razy. O drugim razie wolałbym nie pamiętać. Pierwszy raz natomiast związany był z moim wyjazdem na sympozjum ekonomiczne organizowane na uniwersytecie w Chicago. Było to w niecały rok po naszym ślubie. Pamiętam, że wieczorem, kiedy położyłem się do hotelowego łóżka, na nierównym materacu i pod sztywną, szorstką kołdrą, po prostu wyłem z tęsknoty. Po tej jednej samotnej nocy dałem sobie spokój z sympozjum i wróciłem do domu. Fielda śmiała się ze mnie, czułem jednak, że w głębi duszy jest bardzo zadowolona.

Fielda w moim życiu pojawiła się późno, kiedy miałem już czterdzieści dwa lata i ożeniony byłem ze swoją pracą. Profesor ekonomii w prywatnym College’u Świętego Gilianusa w Willow Creek, w którym kształci się rocznie około dwustu studentów. Osiemnastoletnia Fielda Mourning nie była studentką, lecz kelnerką w Mourning Glory Cafeu, kawiarni swojej matki. W tej kawiarni w którymś momencie zacząłem bywać codziennie. W drodze do college’u wstępowałem tam na kawę, mufinkę i przeczytanie gazety. Kawa była zawsze cudownie gorąca, mufinka przekrojona na pół, jedna połówka posmarowana słodkim masłem. Czyli obsługa znakomita. Byłem pewien, że to standard. O tym, że się myliłem, przekonałem się gdzieś tak po roku, pewnego zimowego poranka. Wtedy to Fielda, z jedną ręką opartą na krągłym biodrze, stanęła przede mną i – dosłownie – wycelowała we mnie filiżanką z kawą.

– Proszę pana! – Głos świadczył, że jego właścicielka jest na pograniczu histerii. – Ja bardzo chciałabym wiedzieć, co ma zrobić dziewczyna, żeby pan w końcu oderwał się od tej gazety i zwrócił na nią uwagę! Na tę dziewczynę!

Filiżanka prawie z hukiem wylądowała tuż przede mną. Moje okulary ze zdumienia wylądowały na końcu mego nosa. Kawa, oczywiście, rozlała się po stole. Zanim zdążyłem cokolwiek wykrztusić, Fielda rzuciła we mnie mufinką, prosto w pierś, i wybiegła z kawiarni. Po czym podeszła do mnie jej matka – nieco już zmęczona życiem starsza wersja Fieldy – i wznosząc oczy ku niebu, westchnęła. Po czym przekazała:

– Panie Gregory, błagam, niech pan pójdzie do niej i porozmawia. Ona wzdycha do pana już od wielu miesięcy. Niech pan nią potrząśnie i pomoże jej wrócić na ziemię. Albo niech się pan z nią ożeni.

Poszedłem za Fieldą. Miesiąc później byliśmy już małżeństwem.

Gorąco, gorąco nie do wytrzymania. Odwracam się, odnajduję w ciemnościach gładki policzek Fieldy. Całuję ją i wstaję z łóżka. Wychodzę z pokoju, idę korytarzem i jak zwykle zatrzymuję się przed drzwiami do pokoju Petry. Są uchylone, słyszę szum wiatraczka. Otwieram je trochę szerzej i wchodzę do środka, do tego sanktuarium małej dziewczynki. Zawsze to robię, kiedy jestem w pobliżu. Lubię spojrzeć na starannie poukładane zbiory sosnowych szyszek i żołędzi, liści, piór i kamieni, wszystkie te trofea wyłowione bacznym wzrokiem na naszym podwórzu za domem. Lubię spojrzeć przede wszystkim na moje dziecko. Śpiącą Petrę, dookoła której śpią lalki, duże i malutkie, pluszowe pieski i misie, wszystkie ułożone i przykryte bawełnianymi myjkami pełniącymi rolę kocyków.

Wchodzę, moje oczy po chwili przyzwyczajają się do ciemności. Widzę, że łóżko jest puste. Czyli Petra nie mogła zasnąć, co zdarza jej się dość często. Wtedy cichutko schodzi na dół i ogląda sobie telewizję.

Schodzę na dół. W salonie nikogo, Petra wcale nie ogląda telewizji. Robię szybko obchód domu. Zaglądam do każdego pokoju, zapalam światło. Salon, jadalnia, kuchnia, łazienka, mój gabinet. Wracam do kuchni i schodzę do piwnicy. Nigdzie nie ma Petry. Pędzę po schodach na parter, potem na piętro, do Fieldy. Potrząsam nią.

– Nie ma Petry! – wołam. – Nie ma jej w łóżku!

Fielda budzi się natychmiast. Wyskakuje z łóżka i sprawdza cały dom, podążając dokładnie moim śladem. Petry nigdzie nie ma. Biegnę na tył domu, wybiegam na dwór i okrążam dom. Trzykrotnie. Petry nie ma. Fielda i ja spotykamy się w kuchni. Spoglądamy na siebie bezradnie. Fielda wydaje z siebie rozpaczliwy jęk, chwyta za słuchawkę telefonu i wystukuje numer policji.

Ubraliśmy się bardzo szybko. Podczas rozmowy z zastępcą szeryfa wypadałoby wyglądać jak ludzie cywilizowani. Kiedy czekamy na niego, Fielda dalej chodzi po domu, szukając Petry. Zagląda do każdej szafy, sprawdza pod schodami. Zastanawia się.

– Może poszła do Calli?

– O tej porze? – pytam. – Myślę, że jej po prostu było za gorąco. Nie mogła spać, wyszła na dwór i straciła poczucie czasu. Usiądź, Fieldo. Denerwuje mnie, jak tak biegasz po domu. Przecież jej tutaj nie ma!

Mówię to o wiele za głośno. Twarz Fieldy zaczyna się mienić.

Podchodzę do niej.

– Przepraszam – szepczę, choć jej bieganie po domu naprawdę mnie wkurza. – Chodź, zrobimy kawę. Zaraz przyjdzie Louis...

– Kawę! Kawę! – krzyczy Fielda nienaturalnie cienkim głosem. – Zaparzymy sobie kawkę, usiądziemy i spokojnie zastanowimy się, jakim cudem nasza córka mogła zniknąć ze swojego pokoju w środku nocy! Może jeszcze podamy Louisowi śniadanko? Jajka sadzone? Płatki? Martin, na litość boską! Nasze dziecko... zaginęło! Nasze...

Głos Fieldy załamuje się. Głaszczę ją po plecach, coś tam szepczę, choć wiem, że teraz nic nie jest w stanie jej uspokoić.

Kiedy słyszymy pukanie, oboje idziemy do drzwi. Zastępca szeryfa Louis to wysoki, szczupły, długonogi facet. Jasne włosy opadają na czoło nad poważnymi niebieskimi oczyma. Jest młodszy ode mnie prawie dwa razy, właściwie rówieśnik Fieldy.

Zapraszamy go do środka. Louis siada na sofie i pyta:

– Kiedy widzieliście swoją córkę po raz ostatni?

Biorę Fieldę za rękę i opowiadam policjantowi dokładnie, co wydarzyło się tego ranka.

ANTONIA

Budzi mnie jakiś pomruk. Niegłośny. W pierwszej chwili myślę, że to grzmot, gdzieś jeszcze daleko. Burza, więc i deszcz. Cudownie. Ulewa. Chłodne, duże krople. Może obudzić dzieci? Calli i Ben z rozkoszą pobiegają po ulewnym deszczu, spłukując z siebie suche, upalne lato. Wyciągam rękę, macam miejsce obok. Puste, pościel chłodna. Dziś czwartek, Griff już pojechał na ryby razem z Rogerem. Czyli to nie grzmot, tylko ciężarówka.

Przesuwam się na miejsce Griffa, pragnę poczuć choć przez moment chłód prześcieradła. Próbuję zasnąć, w czym skutecznie przeszkadza mi stukanie, właściwie walenie we frontowe drzwi. Na litość boską! Przecież dopiero szósta! Zirytowana, wstaję z łóżka, nakładam szorty i przeczesuję palcami włosy. Wychodzę na korytarz. Drzwi do pokoju Calli uchylone, drzwi do pokoju Bena jak zwykle starannie zamknięte. Pokój Bena to jego forteca. Nawet nie próbuję tam wejść. Ben zaprasza do siebie tylko swoich kolegów. I siostrę, Calli, co jest dla mnie zaskakujące. Moi czterej bracia wpuszczali mnie do siebie tylko w ostateczności, kiedy na nich to wymusiłam.

Przez całe życie otoczona jestem mężczyznami. Ojciec, bracia, Louis, teraz Griff. W szkole miałam więcej kolegów niż koleżanek. Moja matka zawsze trzymała się trochę na uboczu. Zmarła, kiedy miałam siedemnaście lat. Teraz żałuję, że nie spędzałyśmy ze sobą więcej czasu. Moja matka była bardzo elegancka, zawsze w sukience albo spódnicy, nigdy w spodniach. Kiedy siadała, zakładała nogę na nogę. Brązowe włosy upinała w kok. Mnie nie mogła zmusić do chodzenia w sukienkach, zainteresować makijażem czy nauczyć poruszać się jak dama. Dała radę wywalczyć tylko jedno. Długie włosy. Ściągałam je w koński ogon i nakładałam czapkę bejsbolówkę. Buntowałam się, a teraz żałuję, że nie przyjrzałam się dokładniej, jak mama maluje sobie usta, jaką ilością perfum skropić sobie nadgarstek. Ja też przecież teraz mam córkę.

Moją Calli. Moją zagadkę. Cichego duszka, który nigdy nie mówi ani słowa. Obserwuję ją, bez przerwy, staram się nie przeoczyć żadnej miny, żadnego gestu. Żeby wiedzieć, czego dziecko chce. Kiedyś mówiło, teraz zamknęło się w świecie ciszy i muszę wszystko odgadywać. Oczywiście, staram się traktować ją jak zwyczajną siedmioletnią dziewczynkę, o której nie dyskutują obcy ludzie w szkole, nie szepczą sąsiedzi. A szepczą, ciągle szepczą o tym dziwnym dziecku Clarków.

Mam ochotę teraz do niej zajrzeć, ale stukanie do drzwi jest wyjątkowo natarczywe. Szybko zbiegam po wypaczonych schodach. Za ciężkimi dębowymi drzwiami stoją Louis i Martin Gregory, ojciec Petry. Louis po raz ostatni był tu trzy lata temu, kiedy leżałam na sofie nieprzytomna po upadku ze schodów. Co go sprowadza tym razem?

– Dzień dobry – mówię niepewnym głosem. – Czy coś się stało?

– Czy Petra jest u was? – pyta Louis.

– Nie – odpowiadam, zerkając na Martina. Martin pochyla głowę, ale zaraz ją podrywa i teraz on pyta:

– Toni, czy mógłbym porozmawiać z Calli? Petry... nie ma. Może Calli podpowie, gdzie ona może być.

– Petry nie ma?! Och, mój Boże! Wchodźcie, proszę. Bardzo proszę!

Wprowadzam ich do salonu. Mały stolik zastawiony jest puszkami po piwie. Zbieram je szybko i wynoszę do kuchni, wołając po drodze:

– Już idę obudzić Calli!

Biegnę po schodach na górę, pokonując po dwa stopnie. Biegnę z ciężkim sercem. Biedny Martin, biedna Fielda...

– Calli! Calli! – zaczynam wołać już w korytarzu. – Obudź się, skarbie! Musimy z tobą porozmawiać.

Drzwi do pokoju Bena otwierają się, wychyla się z nich ruda głowa mojego syna.

– Dzień dobry, Ben – rzucam w przelocie. – Nie mogą znaleźć Petry!

Otwieram szeroko drzwi do pokoju Calli. Pościel na łóżku skotłowana, na podłodze uśmiechnięta małpka z włóczki.

– Ben! Gdzie jest Calli?!

Ben wzrusza ramionami i cofa się w głąb swojego pokoju. Zaglądam tam, dla pewności, potem do pokoju gościnnego, do swojego pokoju i zbiegam pędem na dół.

– Nie ma jej! Jej też nie ma!

Mijam obu mężczyzn i biegnę dalej w dół, w wilgotny chłód naszej piwnicy wylanej cementem. Przerażona. Człowiek słyszy przecież, że dzieci podczas zabawy w chowanego potrafią zamknąć się w starej lodówce czy zamrażarce. Potem nie mogą się z niej wydostać. A tyle razy mówiłam Griffowi, żeby powynosił te rupiecie! On oczywiście nigdy nie ma na to czasu. Nigdy!

Podbiegam do starej zamrażarki, podnoszę klapę, w nozdrza uderza mnie zapach stęchlizny. Zamrażarka jest pusta. Co za ulga! Na sekundę – przecież nadal nie wiem, gdzie jest moja córka! Odwracam się, widzę na szczycie schodów Louisa i Martina. Pędzę po schodach, mijam ich i wybiegam przez drzwi na tyłach domu. Szybko ogarniam spojrzeniem całe podwórze i znów biegnę. Przed siebie. Zatrzymuję się na skraju lasu. Przez chwilę wpatruję się w mroczną gęstwinę, odwracam się i biegnę z powrotem do domu.

Louis i Martin czekają w drzwiach.

– Nie ma jej! – wołam.

– Spokojnie – mówi Louis. – Najprawdopodobniej dziewczynki poszły gdzieś razem. Pobawić się.

– Ale dokąd? Do parku? Do szkoły? – zastanawiam się głośno. – Tak wcześnie? Jest dopiero szósta!

– A Petry nie ma w domu od wpół do piątej – mówi Martin. – Dokąd mogły pójść o tak wczesnej porze?

– Nie mam pojęcia – mówię szczerze. Louis pyta mnie, czy mógłby rozejrzeć się po domu. Oczywiście, zgadzam się. Louis robi obchód domu, ja depczę mu po piętach. Zagląda do szaf, pod łóżka. Calli nigdzie nie ma.

– Przekazałem już wiadomość innym policjantom – informuje mnie. – Szukają dziewczynek po całym mieście. A wam proponuję, żebyście sprawdzili miejsca, dokąd dziewczynki zwykle chodzą.

Oboje, Martin i ja, skwapliwie kiwamy głową.

– Toni, widzę ciężarówkę Griffa. Czy Griff jest w domu? – pyta Louis. – Może on będzie miał jakiś pomysł, dokąd mogły pójść dziewczynki?

– Griffa nie ma, pojechał na ryby – odpowiadam. – Razem z Rogerem, mieli wyjechać około wpół do czwartej.

– Może zabrali ze sobą dziewczynki? – pyta Martin z wyraźną nadzieją w głosie.

Mimo woli wybucham śmiechem.

– A tego to ja sobie nie wyobrażam! Poza tym wracają dopiero w sobotę!

– Ale wszystko jest możliwe – mówi Louis. – Może Griff zostawił wiadomość na kartce.

– Nie, Louis. Griff na pewno by czegoś takiego nie zrobił. Jestem pewna.

– No dobrze. W takim razie proponuję spotkanie za godzinę. Jeśli do tego czasu dziewczynki się nie odnajdą, zastanowimy się, co robić dalej.

Słyszę za sobą jakiś szelest. Odwracam się. Na schodach siedzi Ben. Jakże on podobny jest do swego ojca! Te same barczyste plecy i rude włosy. Oczy tego samego koloru, ale wyraz inny. W oczach Bena jest spokój.

– Ben! – wołam. – Calli i Petra dokądś poszły. Nie domyślasz się, dokąd?

– Do lasu – odpowiada bez wahania. – Rozniosę gazety i pójdę ich szukać.

– Zawiadomię kolegów, żeby przeszukali las za waszym domem – mówi Louis. – A my spotykamy się za godzinę.

BEN

Tego ranka obudziłem się nagle. Znów miałem ten głupi sen o tym, jak ty i ja włazimy na stary orzech koło Mostu Samotnego Drzewa. Podsadzam ciebie, ty chwytasz się gałęzi tak mocno, że twoje palce z obgryzionymi paznokciami robią się białe. Podciągasz się i zaczynasz piąć się w górę po grubych konarach. Wspinasz się coraz wyżej, coraz wyżej. Nie widać już nawet twoich kościstych kolan, tylko tenisówki. Zaczynam wrzeszczeć.

– Calli! Złaź! Jesteś za wysoko! Złaź, bo jeszcze spadniesz!

Nie widzę już nawet tenisówek. Ale słyszę głos:

– Ben! Chodź tu do mnie! Musisz to zobaczyć! Właź, słyszysz?!

Wiem, że to twój głos. Na pewno twój, chociaż tak naprawdę zapomniałem już, jak on brzmi. Ty dalej się drzesz, a ja nie mogę wleźć na drzewo. Nie mogę do- sięgnąć nawet najniższej gałęzi. Jest za wysoko.

– Calli! – wołam. – Poczekaj! A co ty tam widzisz?

Wtedy budzę się, cały zlany potem. Nie takim normalnym, tylko zimnym, takim, kiedy boli też głowa i żołądek jest dziwnie ściśnięty. Próbuję znowu zasnąć, ale wcale mi się to nie udaje.

A teraz ciebie nie ma. Poszłaś nie wiadomo dokąd i jest mi z tym po prostu głupio. Jesteś moją młodszą siostrą, masz dopiero siedem lat i powinienem ciebie pilnować. Zawsze tak było. Pamiętasz, jak miałem dziesięć lat, a ty pięć i mama kazała iść nam razem na przystanek autobusowy.

– Pilnuj Calli, Ben – powiedziała mi na pożegnanie, czym wcale nie byłem zachwycony. Zacząłem piątą klasę, a tu każą mi się bawić w opiekunkę dzieciaka z zerówki. Wziąłem cię za rękę, ale kiedy doszliśmy do końca naszej dróżki i mama nie mogła już nas zobaczyć, puściłem ciebie i pobiegłem jak najszybciej na przystanek. Oczywiście, obejrzałem się, czy jesteś za mną. Trzeba przyznać, że zrobiłaś niezły sprint. Twoje chude nogi tylko migały, nowiutki różowy plecak podskakiwał ci na plecach. Ale potknęłaś się o rynsztok przed domem Olsenów. Upadłaś. Miałem już do ciebie biec, naprawdę. Wtedy jednak podszedł do mnie Raymond i zaczęliśmy gadać. Dotarłaś na przystanek w chwili, gdy autobus właśnie nadjeżdżał. Kolana miałaś podrapane do krwi, czerwona spinka wysunęła się z włosów i dyndała na jednym z kosmyków. Przepchnęłaś się przez kolejkę i ustawiłaś obok mnie. Udawałem, że cię nie widzę. W autobusie usiadłem obok Raymonda. Ty stanęłaś w przejściu i wyraźnie czekałaś, że posunę się i zrobię ci miejsce. Ale ja gadałem z Raymondem. Dzieciaki za tobą zaczęły wołać, żebyś się w końcu ruszyła. Usiadłaś naprzeciwko nas, mnie i Raymonda. Kazali ci się przesunąć do okna. Twoje nogi nie sięgały podłogi. Po jednej z tych nóg spływała strużka krwi.

Potem w domu ani razu na mnie nie spojrzałaś. Kiedy po kolacji zaproponowałem ci, że opowiem ci bajkę, wzruszyłaś tylko ramionami i poszłaś sobie.

Wiem, że byłem dla ciebie wredny, ale chłopak z piątej klasy nie mógł przy innych chłopakach zachować się inaczej. Próbowałem to jakoś naprawić. Te cukierki, tootsie rolls, które tego wieczoru znalazłaś pod poduszką, to ode mnie. Głupio mi, że podczas twoich pierwszych tygodni w szkole w ogóle się tobą nie opiekowałem. Chciałbym cię przeprosić. Ale ty sama wiesz najlepiej, jak to jest, kiedy chcesz coś powiedzieć, a nie możesz. Po prostu nie potrafisz.

CALLI

Kiedy o wschodzie słońca dotarli do Zakątka Siedmiu Wierzb, Griff zarządził krótki odpoczynek. Usiadł, opierając się plecami o pień jednej z wiekowych wierzb, zamknął oczy i zwiesił głowę. Ale grube palce nadal zaciskały się wokół nadgarstka Calli. Zacisnęły się jeszcze mocniej, kiedy Calli próbowała uwolnić rękę. Dlatego zrezygnowała z dalszych prób. Usiadła i też oparła się plecami o pień.

Las dla Calli był zawsze ulubionym miejscem zabawy, także miejscem pełnym spokoju, gdzie można było sobie pochodzić, pomyśleć, pooglądać. Często wyobrażała sobie, jak to jest, kiedy człowiek znajdzie się w lesie bez picia i jedzenia, bez niczego. Tak na dziko, jak mówił jej brat. A Ben o lasach w Willow Creek wiedział wszystko. Wiedział, że zajmują powierzchnię ponad czternastu tysięcy akrów i ciągną się przez dwa hrabstwa. Wiedział, że las rośnie głównie na wapieniu i piaskowcu, części płyty paleozoicznej, a to oznacza, że przez stan Iowa nigdy nie przechodził lodowiec. Ben pokazał jej też, gdzie można spotkać myszołowa rdzawoskrzydłowego, ptaka zagrożonego wyginięciem, którego nawet strażnik leśny Phelps nigdy przedtem nie widział.

Teraz była w tym lesie od kilku godzin i miała już dość. Może mama zauważyła, że Calli nie ma, może martwi się i szuka...

Griff nagle sapnął i otworzył oczy.

– Idziemy. Zrobimy sobie taki mały zjazd rodzinny. Którędy teraz?

Chudym brudnym palcem wskazała kierunek. Wstali i poszli. Para dosyć dziwna. Dziewczynka przodem, ojciec dokładnie za jej plecami, jedną rękę trzymając na jej ramieniu. Rękę tak ciężką, że dziewczynka idzie lekko przygarbiona.

Przeszli kawałek, jakieś sto metrów, do miejsca, gdzie zaczynał się kręty szlak zwany Szlakiem Szerokiego Liścia. Calli, kiedy wchodziła na tę wąską ścieżkę, zawsze wiedziała, czy tego dnia ktoś już tędy szedł. W nocy pająki snuły swoje pajęczyny, od gałęzi z jednej strony dróżki do gałęzi drzew po drugiej stronie. W świetle porannego słońca Calli widziała cieniutkie niteczki, zdające się mówić – omiń mnie. I tak robiła. Szła bardzo ostrożnie, starając się nie uszkodzić żadnej pajęczyny. Dziś też z tego właśnie powodu obeszła czerwony klon. Obeszła i zatrzymała się, ojciec też przystanął, bo nagle z prawej strony zaszeleściło i na ścieżkę wbiegł piękny rudy pies. Biegł z nosem przy ziemi. Kiedy ich mijał, zaczął obwąchiwać im stopy. Calli wyciągnęła rękę, żeby go pogłaskać, ale on popędził dalej, niosąc za sobą wspaniały puszysty rudy ogon.

– Jezu! – wykrzyknął Griff. – Ale mnie ten kundel przestraszył! Idziemy dalej.

Calli podczas swoich wypraw do lasu tylko raz czegoś się przestraszyła. Zlękła się wrony. Piękna wielka wrona o czarnych jak sadza skrzydłach siedziała na krzywym konarze klonu i swoim natrętnym krakaniem zagłuszała wszystkie inne leśne dźwięki.

Calli spojrzała w górę. Żadnych wron. Tylko jakiś samotny szaropióry kowalik schodzi w dół po pniu drzewa, szukając robaków.

Griff przystanął.

– Calli, jesteś pewna, że dobrze idziemy?

Skinęła potakująco głową. Poszli dalej, po dziesięciu minutach zeszli ze Szlaku Szerokiego Liścia i weszli między krzaki jeżyn. Jeszcze kawałek i las się skończył. Wyszli dokładnie w miejscu, gdzie zaczynało się podwórze na tyłach domu Louisa. Przerośnięta trawa była mokra od rosy. Koło huśtawki walały się kije bejsbolowe, rękawice i mnóstwo innych rzeczy. Zielony van stał na podjeździe przed pięknym domem z brązową oblicówką. Cisza, słychać tylko brzęczenie pszczół uwijających się wokół więdnących kęp margerytek.

Griff nie wyglądał już tak pewnie. Jego ręka na ramieniu Calli lekko drżała.

– Proszę, proszę... Ty też mogłabyś mieszkać w takim pięknym domu. Domu twojego prawdziwego tatusia! Chyba wpadniemy do niego, żeby powiedzieć mu dzień dobry? – Zarechotał głupim śmiechem i potarł ręką przekrwione oczy. Wyraźnie tracił animusz.

W tym momencie trzasnęły drzwi i z domu wyszła jakaś kobieta, w szortach i T-shircie, na bosaka. Do ucha miała przyciśniętą słuchawkę telefonu, do której prawie krzyczała.

– Oczywiście, jesteś na każde jej skinienie! Teraz też lecisz do niej jak na skrzydłach, bo jej najukochańsza córeczka gdzieś się zawieruszyła!

Żona Louisa, Christine.

– Nie obchodzi mnie, że zaginęły jakieś dwie smarkule! Obchodzi mnie to, że nic innego dla ciebie się nie liczy! – wypluwała z siebie gorzkie słowa. – Wystarczy, że Antonia kiwnie palcem, a ty już stajesz na baczność!

Na chwilę zamilkła, słuchając tego kogoś na drugim końcu drutu, po czym dokończyła rozżalonym głosem:

– Och, daj mi spokój, Louis. Rób, co do ciebie należy, ale nie spodziewaj się, że z tego powodu będę skakać z radości!

Rozłączyła się, z pasją naciskając przycisk i zamachnęła się, jakby zamierzała cisnąć telefon w krzaki.

– Cholera! – Zreflektowała się i opuściła rękę, zaklęła jeszcze raz i weszła z powrotem do domu.

– Cholera – powtórzył Griff i spojrzał na Calli. – Czyli z tego wynika, że zaginęłaś. Ciekawe, kto ciebie podwędził?! Jezu! A więc jestem wstrętnym kindaperem! Wracamy, bo mi twoja matka głowę urwie!

Calli bez oporu dała się wprowadzić z powrotem między drzewa. Szła, pojękując cicho. Każdy krok była to dla niej męka. Ale szła, pragnąc jak najszybciej znaleźć się w domu, przy mamie, która zdejmie z niej tę cuchnącą koszulę, umyje Calli, zabandażuje nogi i położy do łóżka. Calli naciągnie kołdrę na głowę i będzie spać, spać, spać...

MARTIN

Byłem wszędzie, dokąd moja Petra chodziła najchętniej. W bibliotece, szkole, piekarni, w domu Kerstin i w domu Ryana. Teraz jestem w parku, na placu zabaw, pustym o tak wczesnej porze. Postałem chwilę wśród huśtawek, drabinek, wież i zjeżdżalni. W końcu wsiadłem do starej czarnej lokomotywy, którą kolej podarowała miastu, a miasto ustawiło na placu zabaw. Przedtem wymontowano z niej wszystkie niebezpieczne części, szkło zastąpiono plastikiem, zlikwidowano ostre kanty. Ja jednak nie jestem do końca przekonany, czy ta lokomotywa ze swoimi drabinkami, zakamarkami, penetrowanymi przez dzieci, jest bezpiecznym miejscem do zabawy. Nadal jest to wielka maszyna, a udostępniono ją małym dzieciom, które nie czują lęku. Widziałem malucha, jak wgramolił się na najwyższy punkt w lokomotywie i skoczył. Zadudniło. Byłem pewien, że połamał sobie wszystkie kości. A on wstał, otrzepał sobie spodenki i pobiegł dalej się bawić.

Ja również wspiąłem się na lokomotywę. Kiedy usiadłem okrakiem na jej czarnym grzbiecie, zrozumiałem dlaczego tak fascynuje dzieci. Też w pierwszej chwili poczułem zachwyt, wręcz uniesienie. Kiedy jesteś tam, gdzie najwyżej, a najkrótsza droga w dół to skok... wtedy po prostu masz ochotę pofrunąć.

Rozglądam się dookoła, lustrując wzrokiem cały park. Pusto. Spoglądam na swoje ręce, czarne od sadzy, którą lokomotywa przesiąkła do takiego stopnia, że nigdy nie będzie można zmyć jej do końca. Patrzę na czarne smugi na rękach i myślę o moim dziecku.

Tej nocy, kiedy urodziła się Petra, postanowiłem zostać w szpitalu do rana. Posiedzieć na krześle koło łóżka Fieldy na porodówce, krześle wyjątkowo wygodnym. Byłem zaskoczony luksusami na porodówce. Ściany wyklejone były drogimi tapetami o delikatnych, pastelowych barwach. Ostrość światła regulowana, wystarczyło odpowiednio przekręcić wyłącznik i już miałeś światło łagodne, przytłumione. Łazienka z bąblem, czyli jacuzzi.

Byłem bardzo zadowolony, że Fielda rodzi w takim właśnie miejscu, pod opieką troskliwej położnej, która zaglądała do niej bardzo często, kładła rękę na jej czole i przemawiając serdecznie, dodawała Fieldzie odwagi.

W przeszłości zetknąłem się z całkiem inną rzeczywistością. Urodziłem się w Missouri, na farmie hodowlanej. Świń. Mam siedmioro rodzeństwa, siostry i braci, wszyscy ode mnie młodsi. Moja ciężarna matka do ostatniej chwili normalnie prowadziła dom, aż do momentu, kiedy nagle, czując pierwsze skurcze, łapała się za kuchenny blat. Jej surowa, dumna twarz wykrzywiała się z bólu. Wtedy robiłem się czujny. W końcu matka kazała mi biec do ciotki, u której mieszkała też babka. Powiedzieć, żeby obie przyszły, bo już się zaczęło. Ten kilometr pokonywałem błyskawicznie. Jeśli było lato, biegłem na bosaka. W lecie zawsze chodziłem na bosaka, moja skóra była tak stwardniała, że nie czułem ziemi czy kamyków. Oczywiście, że wolałem chodzić w butach, ale matka kazała je oszczędzać, na niedzielę i do szkoły. A ja przeżywałem męki, że ludzie oglądają moje bose stopy z brudnymi paznokciami. Miałem zwyczaj stać na jednej nodze, jedną stopę zakrywałem drugą, podkurczając w niej mocno palce. Jak już mają oglądać, to przynajmniej niech widzą tylko jedną. Babcia i ciotka śmiały się ze mnie, nazywały mnie bocianem. Ale śmiały się tak serdecznie, że śmiałem się razem z nimi.

Kiedy przybiegałem do nich z nowiną, szybko ładowaliśmy się we trójkę do zdezelowanego forda i jechaliśmy do nas. Po drodze przejeżdżaliśmy koło chlewni. Ojciec machał do nas i uśmiechał się szeroko. Nasz widok był przecież dowodem, że niebawem na świecie pojawi się kolejny syn albo kolejna córka.

Jednym słowem, byłem synem farmera. Takim synem, który farmy nie kochał, tylko książki i liczby, co absolutnie jednak nie zwalniało mnie z moich obowiązków, czyli sprzątania w chlewni i zanoszenia świniom żarcia. Uczestniczenia w uboju stanowczo odmówiłem. Mimo że nie miałem żadnych oporów, jeśli chodzi o jedzenie wieprzowiny. Ale nie wyobrażałem sobie, że mógłbym istocie żywej odebrać życie. Dlatego kiedy nadchodził dzień uboju, znikałem. Nakładałem buty, mocno zawiązywałem sznurowadła i szedłem trzy kilometry. Kiedy dochodziłem do miasta, plułem na palce i ścierałem z butów kurz. Sprawdzałem, czy faktycznie mam ze sobą kartę biblioteczną, zniszczoną od częstego używania, i maszerowałem do biblioteki, gdzie mogłem siedzieć nad książkami godzinami. Historia i numizmatyka, to były moje pasje. Bibliotekarka znała mnie bardzo dobrze, często odkładała mi książki, o których wiedziała, że mnie zainteresują.

– Nie musisz oddawać ich za dwa tygodnie – mówiła mi konspiracyjnym szeptem, kiedy chowałem książki do płóciennej torby. Wiedziała, że niełatwo mi robić wycieczkę do miasta co dwa tygodnie.

Pod wieczór, kiedy było już po uboju, chyłkiem wracałem na farmę. Ojciec, mężczyzna wyjątkowo duży i mocny, jednocześnie bardzo łagodny, nie robił mi wymówek. Aż do chwili, kiedy ukończyłem dwanaście lat. Wtedy to, kiedy po wymiganiu się od farmerskiego obowiązku wracałem do domu, czekał na mnie oparty o ogrodzenie koło chlewni. Jego zwykle pogodna twarz wcale nie była pogodna, a potężne ramiona były groźnie skrzyżowane na potężnej piersi. Miałem wielką ochotę rzucić płócienną torbę z książkami na ziemię i zwiać. Ale nie zrobiłem tego. Tylko na sztywnych nogach podeszłem do ojca, wpatrującego się nieruchomym wzrokiem w moje zakurzone buty. Buty do kościoła i do szkoły.

– Martin – odezwał się ponurym głosem, jakiego nigdy jeszcze u niego nie słyszałem. – Martin, spójrz na mnie.

Podniosłem głowę, spojrzałem mu w twarz i nagle poczułem na sobie cały ciężar jego rozczarowania.

– Martin, jesteśmy jedną rodziną. A nasz rodzinny interes to hodowla świń. Wiem, że ty się tego wstydzisz...

Pokręciłem głową, bardzo energicznie. Bo naprawdę wcale tak nie uważałem.

– Martin – mówił dalej ojciec – wiem, że wstydzisz się mojej brudnej roboty. Ale ja się tego nie wstydzę. Jestem, kim jestem. Hodowcą świń. A ty jesteś synem hodowcy świń, przynajmniej na razie. Ja nie czytam takich grubych książek jak ty, ale dzięki mojej pracy jest co do garnka włożyć i masz na nogach buty. Niestety, jesteś najstarszy z rodzeństwa i musisz mi pomagać. W czym konkretnie, to już twoja sprawa. Zastanów się nad tym. Zamiast uciekać do miasta, musisz mi pomagać. Jasne? Daję ci czas do jutra.

Tej nocy prawie nie spałem, zastanawiając się, w czym ja, dwunastoletni chłopak, mogę pomóc swojej rodzinie. Pilnowanie młodszego rodzeństwa wcale mi się nie uśmiechało, do prac manualnych, jak naprawy czy prace budowlane, absolutnie nie miałem smykałki. W czym byłem dobry, oprócz czytania książek? W matematyce. I wtedy wpadłem na pomysł...

Następnego ranka, kiedy ojciec wszedł do kuchni, czekałem już na niego przy kuchennym stole.

– Tato, wiem już, jak mógłbym pomóc – odezwałem się nieśmiało.

Ojciec uśmiechnął się.

– Wiedziałem, że coś wymyślisz – powiedział i usiadł koło mnie.

Wtedy mu wszystko wyłożyłem. Powiedziałem o sytuacji finansowej farmy, wspomniałem o pewnych niedociągnięciach, oczywiście starając się nie wymądrzać. Po czym oznajmiłem, że mogę pilnować przepływu gotówki. Znajdę sposób, jak oszczędzać i zwiększyć wydajność. Ojciec był zadowolony z mojego planu, ja bardzo dumny, że uwierzył we mnie.

Nasza farma nigdy nie zmieniła się w żyłę złota, ale poziom życia zdecydowanie nam się podniósł. Mogliśmy pozwolić sobie na sporo nowoczesnych sprzętów domowych i założyć telefon. Każde dziecko dostało parę butów, nikt już nie musiał chodzić na bosaka. Chociaż w lecie tylko ja chodziłem w butach, moje rodzeństwo i tak ganiało na bosaka. A kiedy miałem szesnaście lat, zimą, tuż przed urodzinami ojca, wziąłem naszą ciężarówkę i pojechałem do jedynego supermarketu w okolicy, gdzie sprzedawano dosłownie wszystko. Tam ponad dwie godziny spędziłem na kontemplowaniu dwóch modeli odbiorników telewizyjnych, rozważając wszystkie „za” i „przeciw”. W końcu zdecydowałem się na dwunastocalowy z anteną pokojową. Kupiłem i owinąwszy go kocami, żeby przetrwał jazdę po wyboistej drodze, położyłem w szoferce na fotelu obok. Wróciłem do domu i tego wieczoru, kiedy ojciec po wieczornym obrządku wrócił z chlewni, wszyscy, czyli mama i ośmioro dzieci, zebraliśmy się w pokoju dziennym. Cała dziewiątka, wystarczająca liczba osób, żeby zasłonić urodzinowy prezent.

– Co się dzieje? – spytał zdziwiony ojciec.

Rodzina w komplecie był to rzadki widok, wyjąwszy oczywiście wspólne kolacje.

Matka zaczęła śpiewać urodzinową piosenkę, reszta zawtórowała. A pod koniec piosenki rozsunęliśmy się, żeby odsłonić malutki, czarno-biały telewizor, ustawiony na półce.

– A co to ma być? – spytał ojciec.

My wszyscy uśmiechnęliśmy się od ucha do ucha, a Lottie, moja młodsza siostra, siedmiolatka, zaczęła piszczeć:

– Tato, włącz, włącz!

Ojciec podszedł do odbiornika i nacisnął przycisk. Pokazywali akurat jakieś show. Wszyscy zachwyceni wlepili oczy w ekran, śmiali się głośno, a ojciec w pewnej chwili odciągnął mnie na bok, położył mi rękę na karku i spojrzał mi głęboko w oczy. Byliśmy już prawie tego samego wzrostu.

– Mój chłopak – szepnął. – Moja krew...

Nigdy przedtem ani potem tak się nie wzruszyłem. Do chwili, gdy moja Petra po raz pierwszy powiedziała:

– Ta... ta...

Poród był długi. Kiedy wreszcie pozwolono mi wziąć małą na ręce, nie mogłem uwierzyć, że natura potrafiła stworzyć coś tak doskonałego jak moja Petra.

Prześliczna istotka o długich czarnych rzęsach, czarnych włoskach i mięciutkiej fałdce pod szyjką. Z malutkimi usteczkami, poruszającymi się pracowicie. Ruchem ssącym, oczywiście.

Teraz siedzę w parku na starej lokomotywie i zrozpaczony kryję twarz w umazanych sadzą dłoniach.

Moja Petra... Nie mogę jej odnaleźć.

Nie mogę znieść myśli o powrocie do domu bez dziecka.

Przed oczyma mam twarz Fieldy, zbolałą, w oczach wielkie rozczarowanie. Wstydzę się, jak wtedy, gdy rozczarowałem swego ojca. Znów nie wywiązałem się ze swoich obowiązków, tym razem jako ojciec.

Gdzie szukać mojej córeczki? Nie wiem.

ZASTĘPCA SZERYFA LOUIS

W drodze do domu Gregorych kontaktuję się z szeryfem, Henrym Mottsem, żeby przekazać mu najświeższe informacje, także powiadomić, że odnośnie tej sprawy mam jak najgorsze przeczucia. Wcale nie uważam, że te dwie dziewczynki wymknęły się z domu i poszły gdzieś się bawić.

– Masz jakieś dowody? – pyta Motts.

– Nie, nie mam żadnych dowodów. Nie ma śladów włamania ani śladów walki w pokoju żadnej z dziewczynek. Mam jednak przeczucie, że to paskudna sprawa, Motts. Powinna włączyć się w to policja stanowa. Niech przyślą kogoś, żeby powęszył. Poza tym, wiadomo, pomoc się przyda, nasze możliwości są bardzo ograniczone.

– Fakt. Dzwonię do nich. Będziemy potrzebować techników z laboratorium?

– Na razie nie. Mam nadzieję, że w ogóle nie będą potrzebni. Poczekamy, zobaczymy. Myślę, że trzeba też zmobilizować naszych rezerwistów.

Koniecznie. Willow Creek ma około ośmiu tysięcy mieszkańców, jesienią, kiedy zjeżdżają studenci college’u, liczba ta zwiększa się o dwieście osób. A policjantów garstka. Zaledwie dziesięciu, na służbie jest zwykle trzech. Za mało, żeby zorganizować poszukiwania dwóch siedmiolatek

– Louis, myślisz, że to coś podobnego do sprawy McIntire z zeszłego roku? – pyta Motts.

– Przyznaję, że zastanawiałem się nad tym.

Wtedy też nie było żadnych śladów, a potem okazało się, że dziesięcioletnia Jenna McIntire została uprowadzona i zamordowana. Trudno więc było nie kojarzyć obu tych spraw i nie obawiać się, że obu siedmiolatkom mogło przytrafić się coś podobnego.

PETRA

Nie mogę ich dogonić. Idą za szybko. Ale on mnie zauważył, na pewno, bo odwrócił głowę i uśmiechnął się. Nie mogliby na mnie poczekać? Wołam za nimi, a oni wcale się nie zatrzymują. Są gdzieś tam, przede mną. Nie wiem dokładnie, gdzie, ale są na pewno, słyszę głosy.

Postaram się ich jednak dogonić.

CALLI

Było coraz bardziej gorąco. Cykady cykały jak najęte, a tato milczał. W jego przypadku to raczej rzadkość. Calli domyślała się, że tato po prostu nad czymś się zastanawia. Czymś, co dla niej wcale nie byłoby miłe, dlatego starała się o tym nie myśleć. Starała się zająć czymś innym, na przykład wpatrywać się w pnie drzew i gałązki, i wyszukiwać wzrokiem przylepione do nich cienkie skorupki, w których ukrywają się poczwarki cykad. Naliczyła dwanaście. Ben zbierał te skorupki. Zdejmował je z drzewa bardzo ostrożnie i wkładał do starego wyścielonego czerwonym aksamitem pudełeczka, które kiedyś należało do ich babci. Często wołał Calli, żeby przyszła po- patrzeć, jak groźnie wyglądająca cykada wychodzi ze swojej starej skóry. Skorupka zaczynała pękać, wychodził z niej biały robak o wilgotnych skrzydłach. Wychodził, po czym czekał cierpliwe, aż stwardnieje jego nowy szkielet. A w opustoszałej skorupce zostawały tylko maciupeńkie nóżki, pozostałość po poprzednim życiu.

– Nawet jego żona widzi, co się dzieje – wymamrotał nagle tato.

Serce Calli zabiło szybciej. Liczyła dalej. Trzynaście, czternaście...

– Nawet jego żona widzi to! – powiedział tato o wiele głośniej. – Toni z każdym problemem leci do niego. Nie do mnie, do swojego męża, tylko do Louisa! A ja od tylu lat jestem niby twoim tatusiem! Od tylu lat!

Palce taty wpiły się w ramię Calli. Twarz taty była purpurowa od upału, pot spływał po czole. Nad głową krążyły maciupeńkie komary, kilka z nich usiadło mu na twarzy. Jak drobinki pyłku.

– Czy ty wiesz, jak ja się czuję, kiedy wszyscy, dosłownie wszyscy wiedzą, co się dzieje z twoją matką?!

Pchnął Calli. Bardzo mocno. Upadła na ziemię i wystraszona zaczęła cofać się na czworakach, jak krab. Łzy płynęły po policzkach. Dlaczego tato tak mówi? Przecież to on jest jej tatą. Mają takie same małe uszy, takie same piegi na nosie. Podczas świąt Bożego Narodzenia wyjmowano zawsze wielki album ze zdjęciami, oprawiony w zieloną skórę. Było tam mnóstwo zdjęć Bena i Calli w różnym wieku, także zdjęcia ich rodziców. Sześciomiesięczna Calli na kolanach ojca wyglądała prawie identycznie jak tato, kiedy był malutki i siedział na kolanach swojej mamy.

Tuż nad sobą zobaczyła wykrzywioną ze złości twarz taty.

– Ty... ty... – wysyczał. – Łazisz po moim domu, a to wcale nie twój dom! Ach, ty!

Kopnął ją. Nie za mocno, w ostatniej chwili cofnął nogę, ale czubek buta i tak zdążył trafić w goleń dziewczynki.

– Jak wrócimy do domu, powiesz matce, że sama polazłaś do lasu. Zabłądziłaś, a ja ciebie znalazłem. Zrozumiano?!

Próbował ją jeszcze raz kopnąć. Poderwał nogę, ale Calli szybko odsunęła się, osłaniając głowę rękami. Tato zachwiał się i przewrócił na stos połamanych, ostrych gałązek.

– Do cholery! – ryknął, spoglądając na swoje podrapane ręce.

Calli pierwsza poderwała się z ziemi, gotowa do ucieczki. Tato wyciągnął rękę, chwycił ją za ramię, ale palce nie zdążyły się zacisnąć. Calli odwróciła się na pięcie, wykonując coś w rodzaju bardzo niezgrabnego piruetu, wysunęła się spod jego ręki i umknęła w las.

ANTONIA

Siedzę przy kuchennym stole i czekam. Louis powiedział, żebym nie wchodziła do pokoju Calli, bo będą chcieli przejrzeć jej rzeczy, może natrafią na coś, co pomoże zorientować się, dokąd dziecko poszło. Więc nie wchodzę tam, tylko siedzę w kuchni. Czekam i rozmyślam. Martin martwi się o swoją Petrę o wiele bardziej niż ja o Calli. Jestem złą matką? Ale Calli z natury jest włóczykijem. Kiedy szłyśmy razem do sklepu, wystarczyło, że na moment spuściłam ją z oka, studiując nalepkę na jakimś słoiku, a Calli już nie było. Latałam jak wariatka między regałami, szukając dziecka. Raz znalazłam ją w dziale mięsnym, a innym razem przed akwarium z homarami.

– Mamusiu, popatrz! – powiedziała, postukując pulchnym paluszkiem w szklaną ścianę. – One mają związane rączki. Na pewno je to boli!

No cóż... Mogłam tylko zwichrzyć żartobliwie mięciutkie ciemnobrązowe włoski i zapewnić:

– Nie, skarbie. Nie boli ich.

– Ale one tęsknią za oceanem! Mamusiu, kupmy je wszystkie i wypuścimy je do rzeki.

– Niestety, kochanie. W rzece umrą, mogą żyć tylko w wodzie oceanu.

Calli ze smutną minką jeszcze raz zastukała w akwarium i posłusznie poszła za mną. Oczywiście, było to dawno temu, kiedy Calli jeszcze mówiła. Kiedy nie zastanawiałam się, czy kiedykolwiek jeszcze usłyszę jej głos. Kiedy nie śnił mi się zawsze ten sam sen. Sen, w którym moja córeczka mówiła do mnie.

Do Griffa na komórkę dzwoniłam już chyba kilkadziesiąt razy. Nie odbiera. Zastanawiałam się, czy nie zadzwonić do jego rodziców. Też mieszkają w Willow Creek, w śródmieściu. Ale zrezygnowałam. Między Griffem a jego rodzicami nigdy nie było dobrze, poza tym oni pili jeszcze więcej niż on. Tak naprawdę to było prawie tak, jakby nie miał rodziców. Myślę, że między innymi z tego powodu zbliżyliśmy się do siebie. On czuł się samotny, ja też. Moja matka umarła, ojciec po jej śmierci pogrążył się w rozpaczy. Z Louisem rozstałam się, na spokojnie, bez żadnego przedstawienia. Obojgu nam po prostu było bardzo przykro. Griff natomiast miał tylko rodziców alkoholików, w stosunku do syna bardzo obojętnych. Siostra Griffa wyjechała, starając się uciec jak najdalej od dramatu życia z rodzicami alkoholikami. Na początku, kiedy Griff i ja staliśmy się parą, było nam bardzo dobrze ze sobą. Cieszyliśmy się z posiadania drugiego, bliskiego człowieka. Niestety, potem było już inaczej...

Wyjmuję z szuflady ściereczkę do naczyń. Zaczynam machinalnie składać ją i rozkładać, zastanawiając się jednocześnie, czy nie powiadomić moich braci o tym, co się stało. Rezygnuję. Nie czuję się na siłach ubierać w słowa przerażający fakt, że Calli zaginęła. A może stało się coś jeszcze gorszego.

Wyglądam przez okno. Widzę Martina i Louisa, wysiadających z samochodu Louisa. Koszula Martina jest już przepocona upałem tego dnia. Dziewczynek nie ma z nimi. Ale Ben je odnajdzie. Ja to wiem. On, Calli i Petra myślą podobnie. Dlatego kto jak kto, ale Ben na pewno je odnajdzie.

ZASTĘPCA SZERYFA LOUIS

Martin Gregory i ja podchodzimy do drzwi domu Toni. Martinowi nie powiodło się, nie odnalazł ani swojej córki, ani córki Toni. Mam cichą nadzieję, że teraz obie dziewczynki, całe i zdrowe, zastaniemy w kuchni, zajadające się naleśnikami Toni. Albo okaże się, że przed sekundą dzwoniła Fielda, że dziewczynki właśnie pojawiły się u niej.

Niestety, twarz Toni, witającej nas w progu, wcale nie jest radosna. Patrzę na Tonię i myślę, że nadal jest bardzo piękna. Stoi przed nami ubrana tak, jak zawsze ubierała się w lecie. Szorty z denimu, T-shirt bez rękawów. Na bosaka, opalona na brąz.

– Nie znaleźliście ich – stwierdza.

Tak, stwierdza, bo to nie jest pytanie.

– Nie – mówię i obaj z Martinem przekraczamy próg. Toni prowadzi nas nie do salonu, jak poprzednim razem, lecz do kuchni, gdzie na kuchennym blacie stoi dzbanek z mrożoną herbatą i trzy szklanki z kostkami lodu.

– Za gorąco na kawę – mówi i zaczyna nalewać herbatę. – Proszę, siadajcie.

Siadamy.

– Toni, może ty masz jakiś pomysł, gdzie one mogą być? – pyta Martin. W jego głosie słychać rozpacz.

– Las – mówi krótko Toni. – Ben szuka teraz w lesie. On dokładnie wie, dokąd chodzi Calli.

Dziwne, że mówi to tak spokojnie. Jakby nie docierało do niej, że sytuacja jest naprawdę poważna.

– Czy Calli często chodzi sama po lesie, Toni? – pytam.

– Dla niej las to jak drugi dom. Jak zresztą dla nas wszystkich, Lou. Ale nigdy nie odchodzi od domu za daleko.

– Nasza Petra nigdy nie chodzi do lasu sama – mówi Martin stanowczo, ale absolutnie nie napastliwie. – Zawsze pod opieką dorosłych. W lesie jest zbyt niebezpiecznie. Poza tym Petra nie zna dobrze lasu, mogłaby zabłądzić.

A ja przez moment przetrawiam fakt, że Toni zwróciła się do mnie jak kiedyś, dawno temu. Lou. Nie zwracała się do mnie tak od lat. Od dnia swych zaręczyn z Griffem mówi do mnie jak wszyscy – Louis. Jakby w ten sposób odgradzała się ode mnie ostatecznie.

– Ben wkrótce tu się zjawi, Martin – mówi Toni łagodnym głosem. – Jestem pewna, że przyprowadzi obie dziewczynki.

– Może my też powinniśmy pójść do lasu? – zastanawia się Martin. – Im więcej osób będzie szukać, tym większa szansa, że je odnajdziemy!