Cierpliwość diabła - Maxime Chattam - ebook + audiobook
Opis

"„Bardzo lubię straszyć czytelników. Opisuję rzeczy, które naprawdę mogą się zdarzyć”.  Maxime Chattam „Jeśli lubicie mroczne, przesiąknięte krwią thrillery, w których zło jest zarazem wszechpotężne i pospolite, z czystym sumieniem polecam powieści Francuza”.   portal Dzika banda Podczas akcji policyjnej wymierzonej przeciwko dealerom narkotyków śledczy dokonują makabrycznego odkrycia. Jeden ze złapanych handlarzy ma przy sobie torbę z ludzką skórą. Trop wiedzie na przedmieścia Paryża do przeznaczonego do rozbiórki domu, gdzie sprawca zbrodni pozostawił oprawiony w ludzką skórę pamiętnik naśladujący Necronomikon. Jego lektura pozostawia niezatarte wrażenia. Nieugiętej porucznik Ludivine Vancker nic nie powstrzyma przed rozwiązaniem zagadki i dotarciem do źródła nieszczęść. Do korzeni zła."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 577

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 20 min

Lektor: Filip Kosior

Popularność


Tytuł oryginału:

LA PATIENCE DU DIABLE

Copyright © Editions Albin Michel - Paris 2014

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Kula

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Barbara Meisner, Anna Just

ISBN: 978-83-7999-304-8

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Jeśli chcecie czytać tę powieść zamknięci w przytulnym kokonie, jaki sobie stworzyłem, pisząc ją, radzę odgrodzić się od realnego świata muzyką z tych kilku filmów:

– Johanna Johannssona z Labiryntu

– Marca Streitenfelda z Prometeusza

– Marca Streitenfelda z Przetrwania

– Howarda Shore’a z Milczenia owiec

– Daniela Pembertona z Szeptów.

Wszystkim, którzy pomogli mi się ukształtować. Rodzicom, rodzinie, nauczycielom, przyjaciołom i żonie.

Jesteście cegłami, z których zbudowany jest mój dom; kiedy na zewnątrz szaleje wichura, dzięki wam mogę spokojnie przespać noc.

Oni organizują się w cieniu i ciszy. Są niewidzialni, a my na ich trop trafiamy tylko za pośrednictwem ich istnienia: zbrodni.

JOSHUA BROLIN

Najwspanialszym podstępem diabła jest przekonanie nas, że wcale nie istnieje.

CHARLES BAUDELAIRE

Prolog

Sytuacja była beznadziejnie zwyczajna.

I Silas gorąco tego żałował. Wyobrażał sobie tę chwilę jako niezwykłą, niecierpliwie czekał na ten dzień, moment, był podniecony jak dziecko w przededniu Gwiazdki, a teraz czuł tylko nik­łe zadowolenie. Pierre był natomiast zachwycony, oczy mu lśniły, a głupawy uśmiech nie znikał z ust, odkąd dotarli na dworzec Montparnasse. A przecież od samego początku to on przejawiał więcej entuzjazmu, on nie wahał się przed tym krokiem i teraz czuł z tego powodu wielką dumę.

Silas stanął pod tablicą odjazdów, w smudze woni słodkich bułeczek prosto z pieca. Wyszukanie ich pociągu przyszło mu bez trudu – godzina odjazdu wyświetlała się dużymi cyframi, a cel podróży, Hendaye, błyszczał jak obietnica długich, leniwych wakacji, zasłużonego odpoczynku, którego nic nie zmąci.

Właściwie to nie były wakacje, poprawił się w myśli, ale co za różnica.

Podano już peron, więc dał Pierre’owi kuksańca i wskazał tablicę. Ten, zafascynowany widokiem gęstniejącego tłumu, który wypełniał halę dworca, drgnął.

– Chodźmy, podstawili pociąg.

Nastolatkowie zarzucili plecaki na ramiona i torowali sobie drogę pośród żywej tkanki kraju w szczytowej fazie codziennych migracji. Przechodząc obok kiosku z kanapkami, Pierre zatrzymał się, żeby kupić butelkę soku pomarańczowego – na który wcześ­niej wziął pieniądze od kolegi – był tak spragniony, że wypił go duszkiem, podczas gdy Silas opróżnił małą butelkę wody mineralnej i rzucił ją na ziemię. Poturlała się kilka centymetrów, a on patrzył, jak dopada ją poranna zgniatarka – perfekcyjnie wypastowany weston, który spadł na nią z góry, a potem odrzucił wprost pod podeszwę roboczego buciora, który zmiażdżył jej szyjkę i pchnął w rwący strumień, gdzie odbiła się od obcasa ocieplanego ugga – choć był początek maja, nie zdziwiło to nikogo oprócz Silasa – i zniknęła w gęstwinie rozpędzonych nóg: hipnotyzującej machinie o niewyobrażalnej dynamice. Nikt nie był w stanie zatrzymać tego ogromu energii.

Dwaj nastolatkowie zatrzymali się przy wejściu na peron, czując, jak pasy plecaków wżynają się im w ramiona. Pociąg był już na dworcu, wypełniał się mrowiem pasażerów.

– Nie rusza cię to? – zapytał z euforią Pierre.

Ale jeśli pominąć przyjazne dla oka kolory TGV, Silas nie dostrzegł ani w sobie, ani w otoczeniu niczego i zachowywał irytującą obojętność. To było wręcz załamujące.

– Ani trochę.

– Odbiło ci? Nie kręci cię to? Ja nie mogę ustać w miejscu! Wziąłeś muzę?

– Jasne. Mam naładowanego iPoda i zabrałem słuchawki.

– A okulary przeciwsłoneczne?

– Głupie pytanie.

– Krem do opalania i gumki?

Tym razem Silas rzucił Pierre’owi pogardliwe spojrzenie.

– Dobra, już dobra – mruknął Pierre. – Widzę, że nie da się z tobą pożartować.

Silas zerkał kątem oka na mężczyznę, który od pewnego czasu dziwnie im się przyglądał. Facet był wysoki i chudy, o szpakowatych, przylizanych po bokach włosach, a w kamizelce z zamierzchłych czasów i sztruksowych spodniach wyglądał jak chłopek ze wsi. Chyba poczuł się nieswojo, bo zaciągnął się papierosem elektronicznym, a potem dźwignął najwyraźniej ciężką torbę i wsiadł do wagonu.

Pierre dał kumplowi prztyczka w ucho i przypomniał:

– Już czas. Ja wsiadam tutaj.

– Jasne, pierwsza klasa twoja, druga moja…

Chociaż do odjazdu pociągu zostało jeszcze dobrych dziesięć minut, sterczenie na peronie nie miało sensu.

– Spotkamy się w restauracyjnym – dodał.

Zamierzał odejść, kiedy Pierre chwycił go za ramię.

– Ej! – rzucił, uśmiechając się jakoś smutno.

Siedemnastolatek o czarnych, obciętych na jeża włosach wyciągnął do niego zaciśniętą pięść, marszcząc z niezadowolenia gęste brwi.

Silas zacisnął pięść i przybił z przyjacielem żółwika.

– Silas, powinieneś tryskać radością zamiast się odymać. Cholera, przecież to wielki dzień! Co z tobą?

– Nic, wszystko w porządku.

– Na pewno?

Silas uśmiechnął się wesoło, żeby uspokoić obawy przyjaciela.

– Po prostu jeszcze się nie obudziłem.

– Lepiej się pospiesz, brachu, pociąg za moment ruszy! Kurwa!

– W porzo, nie przejmuj się.

Pierre zrozumiał, że nie warto przyciskać Silasa, i tylko wzruszył ramionami.

– Okej, do zobaczenia w restauracyjnym.

Chłopcy się rozdzielili. Silas szedł dość długo, szukając wagonu, a potem, kiedy czekał, aż stojący przed nim pasażerowie wsiądą, zobaczył swoje odbicie w szybie. Był jeszcze bledszy niż zwykle, a przecież zdarzało się, że ludzie brali go za albinosa, tak jasną miał cerę i włosy! Wyglądał na chorego. Odrzucił do tyłu niesforny pukiel włosów i umieściwszy torbę na stojaku przy wejściu, poszedł na miejsce.

Kiedy zapowiedziano odjazd pociągu, poczuł lekki dreszczyk emocji, które nareszcie dały o sobie znać: mrowienie w żołądku, potem jakby setki igiełek wbijających się w nogi. Odetchnął z ulgą, jednak zaczynał coś czuć.

Zauważył, że każde światełko nabrało nagle osobliwego blasku. Czy to za sprawą ogarniającej go euforii? Młoda kobieta powiedziała „przepraszam”, siadając obok niego. Była całkiem niezła, w krótkiej spódniczce i grubych rajstopach. Silas uwielbiał dziewczyny w grubych rajstopach, które podkreślały zgrabne nogi. Uznał jej obecność za znak i tym razem na jego twarzy pojawił się niewymuszony uśmiech. Trochę się rozluźnił, czekał już tylko, aż pociąg ruszy. Pierre i on byli w wagonach. Dopiero teraz w pełni uświadomił sobie, co to oznacza, dotąd bowiem przyglądał się całej sytuacji okiem obojętnego obserwatora. Serce uderzyło mu mocniej, a dłonie zwilgotniały, gdy usłyszał sygnał dźwiękowy poprzedzający automatyczne zamknięcie drzwi.

Jego sąsiadka wyjęła z torby czytnik e-booków i pogrążyła się w lekturze jakiejś niewidzialnej książki. Silas nie mógł oswoić się z tą nowinką. Czytać bez odwracania kartek. Czytać, nie trzymając książki w ręce. Czytać, nie gładząc palcami okładki. Czytać, nie wpisując w książkę chwil własnego życia – tu śladu brudnego palca, tam rzęsy, która wsunęła się w grzbiet tomu na dwadzieścia lat, zagiętego rogu, który ma przypominać o ważnym zdaniu, albo choćby wartym zapamiętania słowie. Nie, ta mania czytania z ekranu wcale mu się nie podobała. Dla niego było to tak, jakby zwracać się do ducha książki.

A na temat duchów Silas wiedział naprawdę dużo.

Kątem oka zerkał na dziewczynę. Nawiązując zbyt częsty kontakt z duchami powieści, które pochłaniała, doprowadzi w końcu do tego, że ją opętają. Będą wolniutko wciskały się do jej głowy za pośrednictwem tego ekranu – słowo za słowem, będą przenikały do kory mózgowej jako fale płynące z ekranu. Bo książka papierowa tylko czekała, żeby ktoś zechciał naznaczyć ją swoją historią, a z e-bookiem było zupełnie inaczej – fale płynęły, tworzyły pole elektromagnetyczne czy coś w tym rodzaju, coś naładowanego słowami, wywołującego podświadomy rezonans semantyczny, który w końcu przemieniał się w głosy.

Opętana. Zostanie opętana.

Silas dostał gęsiej skórki. Był świadkiem zdarzeń, w które nie uwierzyłby żaden z pasażerów. Wiedział naprawdę sporo.

Pociąg się rozpędzał, krajobraz wolno się przesuwał.

Lekkie mrowienie przeistoczyło się w ściskanie w żołądku. Silas się rozbudzał. Nie mógł już usiedzieć na miejscu, chciał wstać, ruszyć się. Mimo to został na swoim fotelu, obok dziewczyny, którą czekało opętanie, i cierpliwie znosił udrękę. Raz po raz spoglądał na zegarek i czekał na pełną godzinę.

Pięć minut przed czasem wstał i rzucił okiem na sąsiadkę, która najwyraźniej już była opętana, bo nawet nie zareagowała, a potem podszedł do drzwi wagonu. Znalazł zostawioną wśród wielu bagaży torbę, wyjął iPoda, słuchawki i wsunął je na uszy.

8.58.

Zostały mu jeszcze dwie minuty. Zamknął oczy, żeby się skoncentrować. Od przyjścia na dworzec dokuczał mu lekki ból usytuowany za oczami. Światła były oślepiające, a kolory bardzo intensywne. Przypomniał sobie, że w bocznej kieszeni plecaka ma okulary przeciwsłoneczne, i wsunął je na nos. Od razu poczuł się lepiej. W dodatku fajnie w nich wyglądał i cieszyło go, że ludzie nie zobaczą jego spojrzenia. Nikt nie zasługiwał, by patrzeć mu prosto w oczy, by przeniknąć źrenice, które ujrzały tyle tajemnic.

8.59.

Sekundy płynęły, zbliżała się dziewiąta.

Serce Silasa biło teraz szybko i mocno, waliło o koszulkę w kolorze khaki, jakby nakazywało mu nie czekać ani chwili dłużej.

Pierre powinien być już na miejscu.

Zerknąwszy przez okno, Silas przekonał się, że wokół, aż po horyzont, ciągną się pola. Idealnie, tak jak planowali. Włączył iPoda i usłyszał muzykę.

Orelsan, Samobójstwo społeczne. Tytuł stosowny do okoliczności.

Wykonując kilka szybkich, wprawnych gestów, wyekwipował się w mgnieniu oka, potem wyjął z torby narzędzie prawdy i wszedł do przedziału.

Przez moment wydawało mu się, że słyszy dobiegający z daleka głuchy dźwięk, ale nie był tego pewien. Może Pierre już zaczął…

Silas uważnie przyglądał się siedzącym z przodu pasażerom, skupionym na telefonach, laptopach, notebookach albo czasopis­mach. Odgrywał tę scenę wielokrotnie i w jego wizjach ludzie zawsze krzyczeli. A tu nic. Jakby nikt nie zwrócił na niego uwagi.

Tak minęło wiele sekund, przez które mógł dokładnie rozważyć, kto zostanie pierwszym wybrańcem. Nigdy nie przypuszczał, że będzie mógł sobie pozwolić na taki luksus.

Nagle jakaś kobieta zaczęła potwornie krzyczeć.

Siedziała w piątym rzędzie i patrzyła na niego wytrzeszczonymi oczyma, przerażona bronią, którą trzymał w ręku.

Nareszcie! Najwyższy czas!

I nagle wszyscy wyszli z kokonów izolacji i odrętwienia, by nerwowo rozglądać się po wagonie, próbując zrozumieć, co się stało.

Kiedy zauważyli Silasa, było już za późno.

Lufa obrzyna zwróciła się w kierunku mężczyzny w garniturze i zanim zdążył się odchylić, rozległ się potworny huk i jego mózg eksplodował razem z zagłówkiem fotela. Woń prochu w ułamku sekundy rozniosła się po wagonie, potęgując panikę.

Uwięzieni na swoich miejscach pasażerowie, którzy znaleźli się najbliżej Silasa, ledwie zdążyli się poderwać, zanim ołów rozerwał pierś drugiej ofiary, rzucając ją z powrotem na fotel, trzeciej rozsadził gardło, niemal urywając głowę, a twarz kolejnej, od strzału z bliska, dziwacznie wgniotła się w czaszkę, jakby pożarła ją własna głowa.

Pasażerowie pociągu Paryż–Hendaye zaczęli biegać, depcząc się i wrzeszcząc. Nastolatek płynnym ruchem wyciągnął zza pasa pistolet i zaczął strzelać. Nie musiał nawet celować, wystarczyło, że naciskał spust, mierząc przed siebie – tłum wciągał kule. Chwytał je jedną po drugiej, oddając w zamian ciała – nieruchome, w konwulsjach albo krzyczące, błagające, płaczące – przerażone i zdumione.

W powietrzu rozbrzmiewał huk wystrzałów, boleśnie drażniąc bębenki. A Silas miarowym krokiem szedł między rzędami, szedł w rytm serii słów Orelsana. Czasami natrafiał na skulone w fotelach postacie i bez litości, celnym strzałem, przemieniał je w ciepłe trupy.

Dotarł do dziewczyny, której groziło opętanie. Tuliła się do okna. Była blada, po policzkach spływały jej łzy. Przyciskała do siebie ten szatański czytnik, zasłaniając nim pół twarzy, jakby próbowała się chronić.

– To gówno – powiedział głuchym głosem – zlasuje ci mózg, rozumiesz?

Dziewczyna chyba nie usłyszała albo nie zrozumiała, trzęsła się tylko i jęczała.

No cóż, wybór należał do niej, prawda?

Silas wymierzył w nią lufę.

– Uwierz mi, tak będzie lepiej, nie chciałabyś zostać pewnego dnia opętana przez te wszystkie książki. Daję słowo.

Czytnik rozpadł się na setki kawałków, które wbiły się w twarz dziewczyny, odrywając jej żuchwę.

Silas zwrócił się ku najdalszej części wagonu, gdzie tłoczyli się i przepychali ostatni pasażerowie. Jakaś dziewczyna upadła – dwaj mężczyźni brutalnie przeszli po niej. Wystarczyły dwie kule, żeby pozbyć się ich obu. Przez krótką chwilę Silasowi wydawało się, że dziewczynka, która płakała, trzymając się za rękę i próbując otrzeć krew z buzi, porozumiewawczo do niego mrugnęła, ale to było niemożliwe. Nie, przecież dokładnie to widział – podziękowała mu! Oszczędzi to dziecko. Już zdecydował.

Silas opróżnił kolejny magazynek, strzelając w tłum. Ci ludzie wyli ile sił w gardle. W dodatku uciekali jak stado owiec – wszyscy w tym samym kierunku.

W stronę Pierre’a.

U niego widowisko na pewno też już się zaczęło. Pasażerowie wpadną w pułapkę, między dwa ognie. Dwie zbite ludzkie gromady wpadną na siebie, będą się spychać i zadeptywać… Aż w końcu zrozumieją…

Ale jak uciec z rozpędzonego TGV? W końcu ktoś pociągnie za hamulec bezpieczeństwa, zatrzyma pociąg. Żywi uciekną w pole. Na całkowicie odkryty teren.

A wtedy Pierre i Silas po prostu ustawią się na schodkach wagonu, nieco wyżej, i będą celować tak, żeby wystrzelać jak najwięcej uciekinierów. Łatwizna.

Prawdziwa rzeź.

Silas był z siebie dumny. Zapiszą się w historii.

Ustanowią nowy rekord.

1

Powieki miała jak z ołowiu, rozchyliła je z najwyższym trudem. Smuga światła oślepiła wrażliwe, zmęczone oczy. Ludivine mruknęła, osłaniając twarz ramieniem. Jej wargi rozchylały się jak suwak – milimetr po milimetrze. Miała sucho w ustach, czuła, że spuchł jej język, piekło ją w gardle. Rozedrgana siła ocknęła się wraz z nią, napierając ze środka głowy na skronie.

Kurwa… co mi znowu odbiło?

Wolniutko uniosła powieki i zmrużyła oczy, żeby oswoić się ze światłem, a potem usiłowała rozpoznać sufit, karnisz i aksamitne zasłony, które zobaczyła. Wspomnienia z minionego wieczoru napływały dość wolno, tłoczyły się w głowie, w której coraz mocniej dudniło, jakby nie mogła pomieścić i wspomnień, i oparów alkoholu.

Fatalny wieczór. Ciężka chandra. Na maksa. Czerwony alarm. Wdrożony błyskawicznie plan ratunkowy. Lexomil nieskuteczny. Xanax za słaby. Paląca potrzeba kontaktu z życiem, otarcia się o ludzi, znalezienia się w towarzystwie, uśmiechu, upojenia się śmiechem, spojrzeniami, słowami, gestami. Chciała, żeby skupiona na niej uwaga dusiła ją, przenikała, oszałamiała.

Bary. Alkohol. Faceci.

Facet.

Ludivine westchnęła, rozmasowała skronie i wreszcie szeroko otworzyła oczy. Jej obawy się potwierdziły – nie była u siebie. Ani nawet w znajomej sypialni. Z trudem wsparła się na łokciu i unios­ła, żeby spojrzeć na leżące obok ciało. Niedogolony, o krzaczastych brwiach, z wytatuowanymi na szyi i ramionach płomieniami i motywami kabalistycznymi. Mocno zbudowany. Dobrze, że przynajmniej nie był odrażający. Rysy miał dość toporne, ale nie był brzydki. Lekko pochrapywał przez rozchylone, wtulone w poduszkę usta.

Ludivine uniosła kołdrę. Jej przeczucia się potwierdziły – była naga.

Powiedz mi chociaż, że miał prezerwatywę.

Opadła na poduszkę i zakryła twarz dłońmi, przytłoczona tym wszystkim. Przespali się ze sobą? Prawdę mówiąc, nie czuła nic szczególnego, absolutnie niczego nie pamiętała. Cuchnęło jej z ust tak, że oddechem mogłaby stopić świecę.

Coś ty znowu narobiła, dziewczyno? To naprawdę silniejsze od ciebie?

I nagle Ludivine uświadomiła sobie, że nie wie nawet, jaki jest dziś dzień i która godzina. Ogarnęła ją panika. A jeżeli trzeba było przeprowadzić jakąś rewizję? Wyskoczyła z łóżka i zaczęła przetrząsać rozrzucone po podłodze ubrania, szukając telefonu. Był w tylnej kieszeni dżinsów. 10.12.

Do diabła!

Poniedziałek, 5 maja.

Chandra niedzielnego wieczoru. Te pieprzone niedzielne chandry. Niebezpieczne. Najgorsze ze wszystkich.

W popłochu szperała w pamięci, ale szybko się uspokoiła – niczego nie przeoczyła, to był jej wolny dzień.

Huczało jej w głowie, coraz bardziej nachalna siła napierała na delikatne kości skroni, jakby chciała się wyrwać na zewnątrz.

Doskonale cię rozumiem, też bym chciała uwolnić się z włas­nej duszy.

Włożyła majtki, przyglądając się ramie łóżka. Noga wytatuowanego wystawała spod kołdry – nad kostką miał jeszcze jeden rysunek. Nazywał się Dom. Dominique? Nie, Dam! Damien. Tak, miał na imię Damien! Pracował w zakładzie pogrzebowym czy czymś podobnym.

No i co z tego?

Skrzywiła się z bólu. Naprawdę wypiła o wiele za dużo. Jej żołądek obudził się z opóźnieniem, skręcając się w tak gwałtownym skurczu, że zgięła się wpół i zakryła usta ręką. Zamknęła oczy, żeby zebrać myśli, ale wtedy zrobiło się jeszcze gorzej, bo cały świat zaczął wirować w mroku. Zacisnęła pięści, i chociaż kwas palił jej przełyk, powstrzymała wymioty. Musiała stąd jak najszybciej wyjść. Nie miała ochoty niczego wyjaśniać, chciała uniknąć żenującej rozmowy przygodnych kochanków na kacu, a zwłaszcza uprzejmej wymiany numerów telefonu. Wskoczyła w dżinsy, a raczej z trudem wcisnęła się w mocno dopasowane biodrówki, podniosła skąpą bluzeczkę Zadig & Voltaire i odszukała wiszący na klamce stanik.

To nieprawda, że wyszła wczoraj tylko po to, żeby znaleźć się wśród ludzi, nie mogła się oszukiwać. Wiedziała, że ten biały fatałaszek z trupią czaszką wyszytą cekinami miał piekielny dekolt, istną pułapkę dla oczu, skuteczny lep na facetów. Nie ubrała się tak przez przypadek. Nie wczoraj wieczorem. Doskonale wiedziała, co robi.

Szukając pantofli na koturnie, zauważyła rozdarte opakowanie po prezerwatywie i odetchnęła z ulgą. Przynajmniej tyle – głupota nie powinna się mnożyć.

I znów do gardła podeszła jej żółć. Musiała jak najszybciej stąd wyjść.

Na palcach wymknęła się z mieszkania, nie zostawiając nawet zdawkowego liściku ani nie spoglądając na wytatuowanego Dana. Oboje upili się do nieprzytomności, potem się pieprzyli, ale na tym koniec. I tak posunęłam się za daleko, pomyślała. Nigdy więcej się z nim nie spotka. Wolała, żeby jego widok nie przypominał jej o wszystkich błędach, o słabościach, bo to by jej wcale nie pomogło.

Delikatnie pchnęła drzwi i zamknęła je bardzo wolno, żeby nie trzasnęły. Nie musiała nawet wsiadać do metra – wytatuowany Dan mieszkał niespełna dziesięć minut drogi piechotą od niej.

Ale ze mnie kretynka! Nie mogłam znaleźć sobie faceta z drugiego końca Paryża?!

Tak czy inaczej, nawet gdyby się spotkali, to pewnie by go nie poznała i miała nadzieję, że on też by jej nie pamiętał.

Rześkie powietrze dobrze jej zrobiło, ale wiosenne słońce było za ostre, więc szybko osłoniła oczy ciemnymi okularami. Jej jasne loki wiły się wokół grubych oprawek. Ubrana w tym stylu, wyglądała jak stuprocentowa łajdaczka, ledwie otrzeźwiała, domorosła kreatorka mody, która dała się poderwać nieznajomemu facetowi w niedzielny wieczór. Ohyda. Żałosna karykatura kobiety. W takich chwilach szczerze się nienawidziła.

Tuż po wejściu do domu Ludivine zrzuciła pantofle i poszła do łazienki, żeby zażyć tabletkę prontalginy, a potem zagotowała wodę na herbatę. Zaschło jej w gardle, w ustach wciąż miała posmak piwa i tequili. Trochę lepiej poczuła się pod prysznicem, kiedy wreszcie strumień wody zmył z niej gorzkawe zapachy nocy, potu jej i obcego mężczyzny, woń seksu. Przez dobrych kilka minut zmywała wszelkie ślady, odzyskując feromonalne dziewictwo, a potem padła na sofę w salonie, trzymając w ręce drugą filiżankę herbaty.

Teraz, kiedy słońce błyszczało na błękitnym niebie, a cywilizacja wyległa na ulice, kiedy zmysły wyczuwały wszędzie wokół życie, wsłuchiwały się w kojący szmer odległych dźwięków, Ludi­vine z konsternacją myślała o swoich wczorajszych wyczynach. Nie potrafiła uciszyć obaw, panować nad sobą. Powinna poskromić te mroczne skłonności, postępować jak osoba dorosła i pogodna. Ale nie, ona znowu się pogrążyła.

Wstała i poszła do kuchni. Stanęła przed kalendarzem paryskiej straży pożarnej. Markerem przekreśliła cyfrę 2 i wpisała zamiast niej 3.

3/5.

Pozwalała sobie rocznie na pięć wygłupów. Na pięć wpadek. Taka tolerancja była jej zdaniem do przyjęcia dla kogoś, kto chciał godnie iść przez życie, nie popadając w żadną przesadę. Wartość matematyczna – z braku lepszych wskaźników – miała odmierzać szaleństwa.

Już trzy, a przecież to dopiero maj. Zapowiada się ciężki rok.

W ubiegłym roku poradziła sobie całkiem nieźle, więc dlaczego? Od śmierci Alexisa i rzezi w Val-Segond upłynęło półtora roku. Najgorsze miała już za sobą, dlaczego teraz miałaby się załamać?

Od jak dawna nie zaniosłam kwiatów na jego grób?

Ludivine pokręciła głową. Szukała wymówek.

Znów popatrzyła na kalendarz.

3/5.

Można by pomyśleć, że to ocena jej zdrowia psychicznego, odporności na obłęd. Zapełniła trzy czwarte zbiornika na gówno, należało pomyśleć o jego opróżnieniu. Ale jak?

Ludivine wróciła do sportów walki, i żeby się rozładować, poważnie zajęła się dżiu-dżitsu i krav magą, poświęcając im kilka wieczorów w tygodniu, a poza tym miała jeszcze strzelanie w klubie, bo chciała stać się niezawodnym narzędziem walki. Ale to nie wystarczało – od początku zdawała sobie sprawę, że sam wysiłek fizyczny i umysłowy nie jest rozwiązaniem długofalowym.

Muszę pracować. Kiedy zajmuję się sprawą, jest mi lżej.

Rzuciła marker na lodówkę.

Poświęciła półtora roku na analizowanie psychiki najgorszych zboczeńców. Dużo czytała, chodziła na wykłady, na kursy wieczorowe, chciała jak najwięcej zrozumieć, żeby skuteczniej ich ścigać. Ta wiedza dodawała jej pewności siebie. Musiała stawić czoło najohydniejszym osobnikom, toteż postanowiła odpędzać od siebie zmory, obnażając ich dusze. Rozbierając je na części, uwalniała się od strachu, przeganiała koszmary, uczyła się patrzeć na niemal dziecinny lęk przed potworami jak na temat badań klinicznych, okiem naukowca. Dzięki temu emocje pozostawały na zewnątrz, a ona zyskiwała władzę nad własnymi nerwicami i lękami, czyniąc z nich źródło wiedzy. Przechodziła od etapu empatii do etapu analizy.

Jednak człowiecza cząstka Ludivine często brała górę, wyskakiwała jak diabeł z pudełka, kapryśna, żądna wrażeń, pełna prag­nień. Nie da się tak po prostu stłamsić w sobie tego, co czyni z nas żywą istotę. Być może tak było lepiej, ale to bardzo bolało.

Jej mentor uprzedzał ją, że żeby zrozumieć demony świata, trzeba wejść w strefę mroku. A taka podróż zawsze wiąże się z ryzykiem.

Na stoliku w salonie rozdzwonił się telefon komórkowy. W słuchawce rozległ się głos jej kolegi, Segnona.

– Słonko, dziś wieczorem ruszamy w teren – powiedział na powitanie.

– Co się dzieje?

– Ci z antynarkotykowego dostali cynk – w nocy szykuje się transport. GIGN1 są przeciążone, nie mogą tak szybko wkroczyć, a pułkownik nie chce zmarnować okazji, więc ruszamy wszyscy, żeby dopaść ich na gorącym uczynku. Briefing o dwudziestej.

Praca wzywa, przemknęło przez myśl Ludivine.

Sprawy narkotykowe nie należały do jej ulubionych, ale akcja w terenie dobrze jej zrobi. Poza tym musiała spojrzeć prawdzie w oczy: śledztwo, jakie przeżyła z tymi fanatykami Gertem Brussinem i Marcusem Locardem, zdarzało się raz na sto lat. To była niesamowita sprawa, przy której typowe morderstwa już zawsze będą się jej wydawały banalne. Ale życie toczyło się dalej, trzeba było nauczyć się znów angażować w „drobne” codzienne sprawy. Była do tego zdolna, już nieraz tego dowiodła. Kiedy skupiała się na sprawie, ta stawała się dla niej najważniejsza. I biada winnym, bo w porównaniu z nią wygłodzony pitbul, który walczy o kość, wydałby się łagodny jak baranek.

Transport. Jeszcze nigdy tego nie widziała. To będzie jej pierwszy raz. W wydziale śledczym paryskiej żandarmerii często słyszała o konwojach przewożących pod osłoną nocy narkotyki, pędzących tak, żeby maksymalnie skrócić czas przejazdu. Najpierw jechał samochód zwiadowczy, który miał uprzedzić pozostałe o obecności glin, ładunek transportowano innym, trzymającym się daleko w tyle, jadącym z prędkością powyżej dwustu kilometrów na godzinę. Akcja policji wymagała chirurgicznej precyzji, bez prawa do najdrobniejszego błędu – nie przy tych prędkościach.

Czekało ją ciekawe doświadczenie. Nareszcie coś, co pozwoli oczyścić umysł ze wszystkich gnębiących ją zmor.

Ludivine wyciągnęła się na sofie, wciąż czując ból w skroniach.

Miała przed sobą całe popołudnie – czas, żeby dojść do siebie.

O wiele za dużo czasu.

2

Stożki światła przesuwały się z dużą prędkością, kładły się żółtawym blaskiem na autostradzie, tworząc kordon sanitarny między wstęgą jasności a otaczającymi ją ciemnościami. Tylne światła samochodów przemieszczały się na lewo, jakby ta szybkość je wchłaniała.

Trzy porsche cayenne GTS żandarmerii lekko niczym strzały mknęły A1, by ugodzić cel, z powodu matowo czarnego lakieru pozostawały niemal niewidoczne w smugach świateł latarni. Tym celem były trzy samochody handlarzy narkotyków. Muszą je zatrzymać zgodnie z literą prawa, pokonując przestępców na ich włas­nym terytorium.

Ludivine pociągnęła za kołnierz gniotącą jej piersi kamizelkę kuloodporną z białym napisem ŻANDARMERIA z przodu i na plecach. Poruszyła palcami w nowiutkich gore-texach, które wybrała na tę okazję do dżinsów. Chciała pewnie poruszać się po śliskim asfalcie. W cayenne siedziało ich czworo – wszyscy w identycznych kamizelkach i z bronią służbową. W bagażniku mieli też strzelby typu pump action. Poza nią cała trójka należała do paryskiego wydziału antynarkotykowego SR. Pułkownik jechał pierwszym cayenne, a Segnon ostatnim.

Briefing był krótki i rzeczowy. Podsłuchując rozmowy telefoniczne, dowiedziano się, że wkrótce wyrusza duży transport towaru z Lille. Wkrótce, czyli tej samej nocy. Trzy miesiące śledztwa i szczypta szczęścia pozwolą aresztować w ciągu paru godzin dużą grupę przestępczą. Pułkownik uprzedził ich, że transportu dokonują grube ryby. Celem operacji było schwytanie ich na gorącym uczynku i wsadzenie do więzienia. Resztę siatki zamierzano dopaść nazajutrz rano, o szóstej, w domach.

Wbrew temu, co wyobrażała sobie Ludivine, transporty rzadko jeździły na złamanie karku. Wykorzystywano do nich szybkie samochody, żeby w razie problemów móc uciekać, wymknąć się policji albo konkurencji chcącej przechwycić ładunek, jednak większą część drogi pokonywano z normalną prędkością, nie zwracając na siebie uwagi. Przodem rzeczywiście jechał wóz zwiadowczy. Pułkownik dokładnie jej to wszystko wyjaśnił. Podczas operacji prowadzonych przez żandarmerię często decydowano się przepuścić „zwiadowcę”, żeby nie wzbudzać podejrzeń kierowcy przewożącego towar. Zwiadowcę przejmowali nieco później motocykliści lub zatrzymywano go nazajutrz, kiedy był już w domu. Tym razem jednak ekipa Ludivine miała właśnie za zadanie zatrzymać zwiadowcę z pomocą dwóch motocyklistów z jednostki zmotoryzowanej SR. Młodą kobietę denerwował fakt, że nie znajdzie się w centrum akcji.

– Gdzie te motocykle? – zapytała.

– Z tyłu, niewidoczne. Zbliżą się na nasze wezwanie – wyjaśnił siedzący obok kierowcy Yves. – Tak samo jak cztery inne wozy, które czekają przy bramkach. Damy im łupnia.

Yves był z antynarkotykowego. Upstrzony piegami, o głębokich zmarszczkach wokół oczu, włosach sztywnych i czarnych, ale poprzecinanych już białymi pasmami, choć siwizna wyraźniej dominowała w zaroście wokół jego ust. Spojrzenie miał wyraziste i głębokie jak barwa mocnej kawy.

Zatrzeszczała krótkofalówka, którą trzymał na kolanach.

„Właśnie minęli zjazd na A29, mamy niewiele czasu na zajęcie pozycji”, uprzedził głos pułkownika.

Trzy porsche cayenne przyspieszyły w tej samej chwili, sunąc coraz prędzej przy pomruku silników V8, z których wydobywał się świst, gdy koła bolidów połykały asfalt metr po metrze.

Znów odezwała się krótkofalówka.

– Yves, odłączacie się na najbliższym zjeździe i szykujecie do przechwycenia zwiadowcy.

– Zrozumiano.

Ich wóz skręcił kilka kilometrów dalej i zjechał po ślimaku z autostrady. Czteropasmówka była teraz w dole, pod wiaduktem, który doprowadził ich do dwóch motocyklistów z żandarmerii, czekających przy łączniku z nitką autostrady biegnącą w przeciwnym kierunku. Yves wysiadł, żeby z nimi pogadać, a potem wrócił do wozu.

– Teraz oglądamy pokaz i czekamy, żeby wkroczyć na scenę w ostatniej chwili – oznajmił wypranym z emocji głosem.

Niespełna dziesięć minut potem pułkownik poinformował ich o zajęciu pozycji przy bramkach. Yves dał znak kierowcy Arnaudowi, ten skinął głową, a potem poszedł po ciężką broń, która leżała w bagażniku. Podał karabin Yves’owi, a wręczając drugi Ludivine, zapytał:

– Wiesz, jak się tym posługiwać?

– Wolę moją dziewiątkę – odparła, klepiąc się po biodrze i wskazując sig-sauera. – Lubię jego precyzję i szybkość.

Arnaud popatrzył na nią ze zrozumieniem i pokiwał głową, którą golił, żeby zamaskować przedwczesne łysienie. Podał broń trzeciemu pasażerowi auta, Frankowi, który wziął ją i sprawdził.

„Zwiadowca właśnie nas minął. Powtarzam: zwiadowca jest za bramkami. Yves, słyszałeś mnie?”

– Wyraźnie.

„Szary volkswagen touareg, przyciemniane szyby, informacja potwierdzona”.

– Tablice się zgadzają?

„Tak. Będzie koło was za dziesięć minut, przygotujcie się. Ale nie wkraczajcie, dopóki nie dorwiemy konwojenta”.

– Zrozumiano.

Arnaud mignął światłami dwóm motocyklistom. Jeden z nich wziął lornetkę i przykucnął za kępą krzewów, tuż przed wjazdem na wiadukt, żeby dokładnie widzieć autostradę. Przypatrywał się nadjeżdżającym samochodom.

Ludivine czuła narastające napięcie. Serce biło jej coraz mocniej, z każdą minutą coraz szybciej, żeby przygotować organizm do działania. Wszystko zależy od właściwego przygotowania, powtarzała sobie w myśli. Żeby być skutecznym, trzeba w odpowiedniej chwili zmobilizować siły. Nie ulec emocjom, skupić się na zadaniu, rozpoznać teren i sytuację, przeanalizować każdy element i reagować właściwie, zgodnie z zasadami sztuk walki.

W przyjaznej ciszy uśpionego cayenne, w środku nocy, przy oszałamiającym ruchu w dole, łatwiej było popaść w letarg i usnąć niż przygotować się do błyskawicznego aresztowania. Trudno było uwierzyć, że lada chwila rozpęta się tu piekło. A przecież to stanie się szybko – wiedziała, że nie może być inaczej. Pościg, migające koguty. Trzeba będzie wyskoczyć z cayenne, z bronią wymierzoną w touarega, krzyczeć, rzucając polecenia, skuć zatrzymanego i czekać na resztę… Szybka, pełna napięcia akcja. Ale najgorszą robotę wykonają ci przed nimi.

Nagle cała kabina zawibrowała od głosu pułkownika:

„Cel się zbliża! Minęli ostatni wiadukt! Pełna gotowość”.

Zanim minęły dwie minuty, usłyszeli:

„Są! Czarny, lewy pas! Ruszamy! Ruszamy! Brać ich!”

Trzy minuty oczekiwania. Długie jak wieczność. Cisza wypełniona setkami pytań, wątpliwości, możliwości. Lęków.

A po chwili:

„Mamy ich. Są na zewnątrz, skuci!”

Moment ulgi. A potem skupienie na własnym zadaniu. Bo to było przecież dopiero przed nimi.

„Nie stawiali oporu. To owce w wilczej skórze. Yves, zwiadowca jest wasz”.

– Przyjąłem, zajmiemy się nim.

Żandarm, który obserwował drogę przez lornetkę, podniósł się dokładnie w tej samej chwili i biegł w stronę cayenne, wskazując palcem autostradę. Wskoczył na motocykl i ostro ruszył. Oba motocykle pełnym gazem pokonały wjazd, rozświetlając noc blaskiem kogutów.

Silnik terenowego porsche zawył, czwórka pasażerów wbiła się w siedzenia, kiedy wóz ruszył.

Szary touareg pojawił się po lewej, dokładnie wtedy, kiedy żandarmi na motorach wjechali na autostradę. Mieli go jak na talerzu.

Przez piętnaście sekund obraz jakby się zatrzymał – touareg nie zmieniał pasa ani nawet nie zwolnił, mimo że jeden z żandarmów sygnalizował mu, że ma zjechać na prawy pas i stanąć. Potem tył terenówki aż przysiadł od gwałtownego przyspieszenia.

– Skurwiele! – warknął Arnaud, mocniej chwytając kierownicę cayenne. – Uciekają!

– Wejdź im na ogon! – rozkazał Yves.

Porsche przeskoczyło dwa pasy i warczało, rozpędzając się, by dogonić ściganych. Z przodu jeden z motocyklistów wsunął się przed touarega, próbując zmusić go do hamowania, ale wóz pędził, i gdyby żandarm nie dodał gazu, wjechałby na niego.

– Próba ucieczki! – rzucił Yves. – Jedziemy za nimi.

„Jeżeli ruch się nasili, pozwólcie mu uciec! Zrozumiano? Nie chcę żadnych głupstw! W najgorszym razie dorwiemy ich potem w mieście!”

Ludivine kurczowo trzymała się uchwytu nad drzwiczkami, obserwując drogę, o tej porze nocy niezbyt ruchliwą.

– Co on ma pod maską, że tak zasuwa? – zaniepokoił się Arnaud. – To nie jest normalny samochód! Nieźle go podrasowali!

– Nie puścimy ich! – rzucił kierowcy Yves. – Przyciśnij ich od prawej.

Czterysta dwadzieścia koni mechanicznych GTS zawyło, strzałka prędkościomierza błyskawicznie się obróciła, przekraczając 250 kilometrów na godzinę. Oba motocykle zostały w tyle, z trudem rywalizując z terenówkami z turbodoładowaniem.

„Wyprowadzili nas w pole – rzucił pułkownik. – Konwojent jest czysty”.

Yves, który jedną ręką trzymał się uchwytu, uniósł krótkofalówkę do ust:

– Na pewno? Dokładnie go przeszukaliście?

„Jasne. Nawet pies niczego nie wywęszył”.

Trzymając kierownicę, Arnauld krzyknął:

– Skoro nie było transportu, dlaczego ci durnie uciekają? To debi….

Yves, który domyślił się prawdy równocześnie z nim, wskazał touarega krótkofalówką:

– To on ma narkotyki! Chcieli nas zmylić.

Terenowe porsche mknęło ze świstem przez noc, dzięki potężnemu silnikowi zrównując się z uciekającymi. Po chwili Arnauld dostosował do nich prędkość, a siedzący z tyłu Frank wycelował w szyby touarega. Dwaj żandarmi jechali na motocyklach z tyłu, zmuszając nieliczne samochody osobowe i ciężarówki do zachowania sporego dystansu i tworząc w ten sposób strefę bezpieczeństwa.

– Są ugotowani! – krzyknął podekscytowany Arnauld. – Są ugotowani!

Kierowca cayenne zredukował bieg i silnik znów zawył.

W jednej chwili wyprzedził wóz zwiadowcy i wsunął się przed niego, odskakując to w prawo, to w lewo, żeby dać ściganemu do zrozumienia, że nie zdoła się wymknąć.

Touareg nieco zwolnił, w ślad za nim uczyniło to porsche żandarmów. Auta wolno zjechały na pas bezpieczeństwa, gdzie dołączyły do nich motocykle.

Ledwie wóz stanął, wyskoczyła z niego trójka funkcjonariuszy, zostawiając tylko siedzącego za kierownicą Arnaulda i mierząc w przyciemnianą szybę touarega. Koguty motocykli rzucały niebieską poświatę na karoserię, a ciężarówki przemykały tuż obok, nawet nie zwalniając.

– Żandarmeria! Wyłącz silnik! – krzyknął do kierowcy touarega Yves.

Ale hałas panujący na autostradzie zagłuszał wszystko, a przez ciemne szyby nie widać było, co dzieje się w samochodzie.

Ludivine cofnęła się na bok i oparła o barierkę, żeby nie oślepiały jej światła samochodów. Mierzyła z sig-sauera prosto w miejsce, gdzie najprawdopodobniej znajdował się fotel pasażera, gotowa strzelać w razie podejrzanego ruchu. Stawką było ich życie. Gdyby pojawił się jakikolwiek problem, należało reagować natychmiast, bez wahania, które ktoś z nich mógłby przypłacić życiem.

Trzymaj nerwy na wodzy, Lulu, rozkazała sobie. Nie mogła pozwolić, żeby pęknięta dętka wytrąciła ją z równowagi.

– Silnik! – powtórzył Yves, wskazując czubkiem lufy maskę samochodu. – Wyłącz silnik i wyłaź! Tylko powoli! Już!

Jednak pasażerowie touarega nie dawali znaku życia. Wahali się jeszcze? Ale jaki mieli wybór? Raczej marny! Naprawdę marny!

Ludivine trochę mocniej zacisnęła palce na rękojeści. Wiedziała, że gdyby trzeba było strzelać, potrafi zrobić to błyskawicznie i celnie. Ale żandarm nie strzela, dopóki nie padnie strzał ze strony przeciwnika. A w tych warunkach mogło to oznaczać rzeź. To był zły plan. Wręcz fatalny!

Kurwa, to miał być tylko wóz zwiadowczy!

Motocykliści nie ruszali się z miejsca, celując w tył samochodu. Stali niemal na wprost żandarmów.

W panice moglibyśmy się nawet powybijać.

Ludivine wolno przeszła nad barierą bezpieczeństwa, odsuwając się jeszcze o metr, i spokojnie przesuwała się do przodu, nie odrywając oczu od szyby samochodu. Gdyby otworzyły się drzwi po jej stronie, oberwałaby.

Nagle silnik touarega umilkł i napięcie nieco opadło. To była przecież pierwsza oznaka kapitulacji.

– Wyłazić! – wrzasnął Yves. – Z wozu. Spokojnie!

Drzwi po stronie Ludivine wolno się uchyliły.

– Ręce na głowę! – krzyknęła w tej samej chwili.

Na ziemię opadła noga w białym adidasie i obcisłych dżinsach. Potem zarysowała się sylwetka z rękami uniesionymi nad ostrzyżoną na jeża głową. Kątem oka Ludivine zauważyła, że to samo dzieje się po stronie kierowcy. Usłyszała głos Franka, który wydawał rozkazy, przekrzykując ogłuszający warkot niemal ocierających się o nich ciężarówek.

Mężczyzna, który stał przed Ludivine, był chudym trzydziestolatkiem w czarnej bluzie Teddy z białymi rękawami. Jego oczy były bystre, niebieskie, zimne i zdeterminowane, policzki zapadnięte, twarz twardziela. Nie wygląda na aniołka… Wręcz przeciwnie. Z jego oczu wyzierały bezwzględność i głęboka nienawiść. To nie był drobny złoczyńca z przedmieścia, pobudzony obecnością całej bandy, o nie, on był naprawdę niebezpieczny, zdolny do wszystkiego, do najgorszego. W razie potrzeby potrafiłby działać w pojedynkę. Ludivine domyślała się, że w innych okolicznościach bez wahania nafaszerowałby ją ołowiem, żeby uciec.

– Odsuń się od samochodu! – rozkazała. – Trzymaj ręce nad głową!

Jeden z motocyklistów podbiegł, żeby udzielić jej wsparcia, i Ludivine, choć nie należała do lękliwych, poczuła się pewniej. Żandarm trzymał zbira na muszce, więc wsadziła sig-sauera do kabury i wyciągnęła kajdanki.

– Odwróć się i na kolana. No już! Szybciej!

Mężczyzna prześwidrował ją lodowatym spojrzeniem i wykrzywił usta w pogardliwym uśmieszku, zanim wykonał polecenie.

Kajdanki zatrzasnęły się na jego prawym nadgarstku. Ludivine podciągnęła jego ramię w górę, żeby go unieruchomić. Kiedy był już unieszkodliwiony, zostawiła go pod nadzorem motocyklisty, a sama poszła rozejrzeć się w sytuacji.

Kierowca również został już zatrzymany. Pilnował go Frank. Yves podszedł do bagażnika i ostrożnie go otworzył. Ludivine stała za nim, z ręką na broni, gotowa w każdej chwili jej dobyć. Światła motocykli oświetlały wnętrze touarega.

Był pusty. Nie było w nim ani walizek, ani toreb podróżnych, niczego, w czym można by ukryć narkotyki.

– Cholera – rzucił Yves.

– Dlaczego uciekali? – mruknęła Ludivine, głośno myśląc. – Naćpali się?

Jej uwagę przyciągnął jakiś ruch po prawej stronie samochodu. Zobaczyła, że tylne drzwi gwałtownie się otworzyły, a sylwetka, która wypadła z kabiny, skoczyła przez barierę i uciekała.

– Tam! – krzyknęła Ludivine, ruszając w pościg.

Zbieg wspinał się jak szalony po trawiastym wzgórku, trzymając w ręce torbę. Ludivine słyszała, jak Yves wykrzykuje jej imię, ale nie zamierzała tracić czasu. Widziała, że zbieg się oddala, a rysujące się za nasypem korony drzew nie zapowiadały niczego dobrego. Jeżeli tamten zdoła dotrzeć do lasu, wymknie im się bez większych problemów.

Ludivine wbijała czubki butów w rozmokłą ziemię, żeby się nie poślizgnąć, i posuwała się najszybciej, jak mogła. Zbieg nie reagował na rzucane przez nią raz po raz wezwania, by się zatrzymał. Na pewno wiedział, że żaden policjant nie odważy się strzelić mu w plecy. Jak przystało na osobę wysportowaną, Ludivine rozpędzała się i kontrolowała oddech. Weszła w rytm i biegła między krzakami, przeklinając buty, które spowalniały ją, nie tak dostosowane do potrzeb, jak zwyczajne adidasy. Jednak zmniejszała dystans. Człowiek przed nią biegł bezładnie, torba utrudniała mu zadanie.

To narkotyki! Ucieka z towarem!

Drzewa na szczycie wzgórza były coraz wyższe, tworzyły ciemną, rozkołysaną przez nocny wiatr ścianę. Ludivine zmobilizowała siły, żeby przyspieszyć. Uda naprężały się przy każdym kroku, mięś­nie pośladków pracowały, łydki były twarde jak drewno. Wdrapywała się na zbocze szybciej niż uciekinier.

Dzieliło ich już tylko kilka metrów, a tamten, biegnąc nierówno, z krępującą go torbą, wyraźnie tracił siły.

Ludivine oddychała miarowo, jak wytrawny biegacz. Rozgrzane nogi niosły ją do celu. Już prawie mogła chwycić tamtego.

Czując, że policjantka jest tuż za nim, mężczyzna gwałtownie się odwrócił i wymierzył jej cios w szczękę. Ludivine ujrzała czarną twarz i duże białe oczy, a w następnym ułamku sekundy pięść. Osłoniła głowę ręką, a potem, nie zwalniając, celowo wpad­ła na zbiega, który stracił równowagę. Oboje runęli na ziemię i przeturlali się po zboczu. Ludivine podniosła się w samą porę, żeby zauważyć jego rękę. Zwinnym ruchem odchyliła się do tyłu i odepchnęła pięść przeciwnika otwartą dłonią, a potem pochyliła się do przodu i uderzyła go łokciem. Ale ten improwizowany atak był nieskuteczny – ledwie musnęła czoło mężczyzny, który chwycił ją za kołnierz kamizelki kuloodpornej i rzucił na plecy. Dopiero wtedy przekonała się, że walczy z wysokim, masywnym facetem o skórze ciemniejszej niż noc. Wyglądał na równie zaciekłego jak ten, którego zatrzymała na dole. Próbował ją kopnąć, ale przeturlała się i jego but tylko otarł się o kamizelkę. Zwinnie poderwała się na nogi, próbując równo oddychać, żeby uniknąć zawrotów głowy od hiperwentylacji.

– Wykończę cię, zdziro! – wycedził przez zęby, wsuwając rękę do kieszeni.

Ludivine zauważyła, że ciężko dyszał, nacierając na nią z nożem w ręce.

Ugięła biodra, unikając ciosu. Uderzyła napastnika w przedramię i odsunęła od siebie ostrze, potem zrobiła krok do tyłu, szukając pewnego oparcia dla stóp. Ugięła nogę i wypchnęła ją do przodu, żeby zadać silne uderzenie kolanem w kręgi lędźwiowe, jak najlepiej wykorzystując swoją gibkość i umiejętności. A potem zacisnęła pięść i mocnym, precyzyjnym ciosem trafiła mężczyznę w szczękę. Nie tracąc czasu, drugą ręką też grzmotnęła go w twarz. W końcu walnęła mężczyznę w szyję. Teraz wyczuć, kiedy uzbrojona w nóż ręka znajdzie się w jej zasięgu, chwycić w stawie, uwięzić jak w szczypcach, obrócić w kierunku przeciwnym do naturalnego ruchu, wykręcić. Trach. Krzyk. Potem kopnięcie pod kolano, ostre, brutalne, zmuszające do ugięcia nogi. Cel padł na kolana. Wykręcić ręce do tyłu. Opór. Uniosła nogę i uderzyła go kolanem w kość policzkową. Musiała utrzymać nacisk na nadgarstek wbrew ciału, które leciało w przeciwnym kierunku, a drugą ręką chwycić go za kołnierz. Potem unieruchomić ramię za plecami. Mocno pchnąć do przodu, żeby padł na ziemię, wpakować mu twarz w błoto i docisnąć kręgosłup kolanem. Żeby nie stracić równowagi, mocno opierać się na drugiej nodze.

Mężczyzna został unieruchomiony. Jęczał.

Ludivine uderzyła bez namysłu. Jak maszyna. Ramię mężczyzny nie wyglądało normalnie. Chyba mu je zwichnęła, bo krzyczał z bólu, kiedy tylko trochę mocniej ściskała unieruchomiony nadgarstek. Wyciągnęła zapasowe kajdanki i skuła go. Teraz już jej nie ucieknie.

Wyprostowała się, żeby nabrać tchu.

To wszystko stało się tak szybko. Rozejrzała się po trawie, szukając torby.

W dole zobaczyła Yves’a, który wspinał się po zboczu, wołając ją. Pomachała ręką, żeby wskazać mu swoją pozycję w ciemności. Światła cayenne i motocykli były daleko od nich, lśniły, otoczone niebieskim blaskiem kogutów.

Torba leżała tuż obok, niemal pod jej nogami.

Oby to faktycznie były narkotyki. Bo jeżeli pogruchotałam mu kości za darmo, nieźle mi się oberwie…

Uniosła torbę, żeby postawić ją, jak należy, i z zaskoczeniem stwierdziła, że jest ciężka. Musi ważyć z dziesięć kilo. Mam nadzieję, że to proszek. To byłaby gruba sprawa. Naprawdę duża.

Rozsunęła suwak i otworzyła torbę.

Wewnątrz zobaczyła plastikowe torebki, jednak dużo większe, niż się spodziewała. Ich zawartość była ciemniejsza. Bursztynowa. Wsunęła do torby rękę i wyczuła około dziesięciu dość dużych i ciężkich woreczków. Wyjęła jeden z nich, wymiarów kartki z zeszytu, ale w pierwszej chwili nie zorientowała się, co w nim jest, zauważyła tylko, że brzegi nie były proste, tylko nieregularne, lekko zawinięte, z ciemną obwódką.

Zerknęła na swojego więźnia, żeby upewnić się, że wciąż leży na ziemi i jęczy, i wyciągnęła latarkę.

Światło padło na siny rysunek ryby na pomarańczowym tle. Zauważyła strużkę zaschniętej krwi.

To wygląda zupełnie jak…

Jak tatuaż. Otoczony znamionami i piegami. W torbie znajdowała się zwinięta skóra. Musiała mieć rozmiary pleców.

Ludivine o mało nie zwymiotowała.

Pochyliła się, żeby zajrzeć do torby.

We wszystkich woreczkach znajdowało się to samo.

Kawałki skóry. Przeważnie białej.

Widok nieco mniejszej torebki ostatecznie rozwiał wątpliwości Ludivine.

Zdeformowana twarz, z wystającym nosem i wargami. Ale bez żadnej materii pod skórą.

Martwa maska wpatrywała się w nią pustymi oczodołami.

3

Paryski Instytut Medycyny Sądowej wyglądał jak mały dziewiętnastowieczny fort. Na najniższym, brunatnym i dość mrocznym poziomie, w na półotwartej od strony Sekwany suterenie znajdowały się olbrzymie chłodnie, sale sekcyjne i przyprawiające o dreszcz źle wentylowane korytarze. Nad sutereną wznosiły się ściany z czerwonej cegły, poznaczone wysokimi oknami, a na samym szczycie była nadbudówka z białych prefabrykatów, w której mieściły się biura i laboratoria. Całość wybudowano po to, by ukrywać tu straszliwe tajemnice. Sekrety śmierci, otwartych klatek piersiowych, czaszek, które przecięto piłą elektryczną, cięć skalpela rozkrawającego warstwy zimnej skóry, płynów i jelit lśniących w bezwstydnym świetle lamp bezcieniowych. I gorzką, zatajaną prawdę: śmierć odzierała z osobowości każdego, kto jeszcze niedawno żył, przemieniała go w rzecz, uprzedmiotowiała. Ciało stawało się mięsem, nazwisko numerem, rany śladami, zwłoki trupem. Istota ludzka była już tylko wspomnieniem. Rozpływała się w nicości, zostawiając po sobie jedynie zjawy ożywiane przez naszą pamięć. Tu jak nigdzie indziej ta ponura alchemia ujawniała się każdej nocy, każdego dnia, zawsze równie bezwzględna.

Ludivine i Segnon stali w jednym z pozbawionych okien pomieszczeń na najwyższym piętrze. W sali panował przejmujący chłód, ściany były odrapane. Dzień ledwie się budził i Segnon trzymał w ręku kubek kawy, którego nie uniósł do ust od wejścia do budynku. Jego czarna skóra zdawała się wchłaniać światło jarzeniówek. Segnon był potężny i dominował nad Ludivine – na jego tle tak kruchą i drobniutką, że niemal niewidoczną. Byli tu służbowo, ale jak większość kolegów z wydziału śledczego paryskiej żandarmerii, pracowali po cywilnemu. On miał na sobie szarą bluzę z kapturem i spodnie do joggingu, ona dżinsy i bladoróżowy moherowy sweter. Wyglądali na gości albo dwójkę turystów, którzy zabłądzili i znaleźli się pośród ułożonych pod prześcieradłami zwłok.

Starannie rozprostowane na metalowych stołach skrawki skóry, które odzyskali przed kilkoma godzinami, odbijały zimne światło i wyglądały jak makabryczna układanka. Łącznie było ich czternaście. Najmniejsze były twarze. Trzy niesamowite maski – płaskie, o zamkniętych powiekach, rozchylonych ustach, pozbawione włosów i uszu, były parodią istoty ludzkiej. Największe pochodziły z pleców oraz klatki piersiowej i brzucha. Te z przedniej części tułowia miały przekłute sutki i były skręcone w miejscu pępka. Mężczyzna i dwie kobiety – świadczyły o tym fałdy zwisające tam, gdzie były piersi.

– Analiza DNA pozwoli ustalić, ilu było denatów – wyjaśniał czarnobrody anatomopatolog. – Jednak na pierwszy rzut oka, oceniając po cięciach i zabarwieniu skóry, oczekiwałbym potwierdzenia hipotezy trzech ofiar. Nie sądzę, by mogło nas tu czekać zaskoczenie. Ale to tylko moja opinia, oficjalnie na razie niczego nie ustaliliśmy.

– Mamy całe ciała? – włączyła się Ludivine.

– Nie, jednak znaczną część. Brakuje paru fragmentów z szyi, ramion, genitaliów, a także niewielkich partii z kolan i stóp. Czyli tego, co najtrudniej pobrać. Brakuje również skalpów.

– To robota fachowca?

– Z pewnością praca bardzo trudna. Nie trzeba jednak być chirurgiem – jeżeli ktoś dysponuje czasem i nie jest wrażliwy, to może pomału zdjąć z ciała skórę. Są liczne ślady ostrza, najprawdopodobniej skalpela albo brzytwy. Oprawca wykonywał tę pracę metodycznie, robiąc małe nacięcia. Nie jest to wprawdzie zegarmistrzowska robota, jednak dołożył starań, żeby za każdym razem usuwać jak największe połacie skóry, i dbał, żeby jej nie zanieczyszczać. Nieźle mu wyszło.

– Nieźle? – powtórzył Segnon, krzywiąc się.

– Tak, owszem, chciałem powiedzieć, że zrobił to całkiem dobrze – poprawił się nieco zażenowany anatomopatolog. – Poza tym dokładnie golono każdy fragment i smarowano pewnego rodzaju woskiem. Nie znam jeszcze składu tej substancji, pracują nad tym w laboratorium. Domyślam się, że chodziło o powstrzymanie namnażania się bakterii.

– Czyli o konserwację? – domyślił się Segnon.

Lekarz pokiwał głową.

– Wewnątrz nie ukryto żadnych narkotyków? – zapytała Ludivine. – Transportowali to handlarze narkotyków, musieli mieć jakiś powód.

– To samo powiedzieli mi ci, którzy przywieźli tę skórę. Niczego nie znalazłem. Prześwietliliśmy wszystko rentgenem, ale i to nic nie dało. Pobrałem wiele próbek i poddałem je testom na obecność klasycznych narkotyków. Nic nie odkryłem.

– Jak długo musimy czekać na wyniki badań DNA?

– Szczerze mówiąc, dziś rano zrobiłem wszystko, co mogłem. Zacząłem bardzo wcześnie, zanim trafiły do nas wszystkie inne zwłoki, ale teraz ta sprawa będzie musiała trochę poczekać.

– Jakie zwłoki? – zdziwiła się Ludivine.

– Przyjmujemy część ciał ofiar ataku na TGV.

Ludivine spojrzała na Segnona, marszcząc brwi.

– No co? – mruknął. – Nie słyszałaś? Chodzi o ten atak, do którego doszło wczoraj rano. Gdzie ty żyjesz? Przecież trąbią o tym we wszystkich wiadomościach.

– Od niedzieli nie włączałam telewizora ani radia. To atak terrorystyczny? – zapytała, nie wierząc własnym uszom.

– Nie, prawdopodobnie dzieło dwóch nastolatków.

– Dużo ofiar?

– Pięćdziesiąt trzy, a do tego dwudziestka rannych. Sporo z nich jest w marnym stanie.

– O cholera!

– No właśnie.

Anatomopatolog dodał:

– W każdym razie zwożą nam tu nieboszczyków, domyślacie się, ile mamy z tym roboty. Ze względu na presję ze strony mediów i polityków muszę was uprzedzić, że ta sprawa stała się naszym priorytetem na najbliższy tydzień, jeżeli nie na miesiąc. Wszystko inne schodzi na dalszy plan, nawet jeżeli podzielimy się pracą z Garches i innymi.

Dwoje żandarmów z powątpiewaniem patrzyło na lekarza. Z tą brodą i małymi, wąsko rozstawionymi oczyma wyglądał jak kuna.

– No dobrze. Czy na naszych skórach poza tatuażem są jakieś inne znaki szczególne? – wróciła do tematu Ludivine.

– Żadnych ran ani śladów piercingu…

– Ale coś innego, tak?

Anatomopatolog otarł wierzchem dłoni brodę i podszedł do płatów skóry.

– Widzi pani ten mały znaczek? – zapytał, wskazując kwadracik o boku długości centymetra na dole pasa zdartego zapewne z uda.

– Co to takiego? – Ludivine pochyliła się nad stołem.

Lekarz podał jej lupę, a wtedy zobaczyła wstemplowany w skórę okrągły symbol… Emotikon. Jedną z tych okrągłych buziek, od których roiło się w Internecie i SMS-ach.

– To naprawdę to, o czym myślę?

– Proszę się uważnie przyjrzeć jego prawemu „oku” – dodał lekarz.

Ludivine stwierdziła, że różni się od lewego, było jakby zmrużone…

– Mruga!

– Takie logo jest na każdym fragmencie skóry, zawsze na dole, po prawej.

– Domyślam się, że zrobiono to post mortem?

– Tego nie umiem powiedzieć, ale nie wierzę, żeby ofiary za życia znakowały się emotikonami! Ich oprawca musiał znaczyć tak skóry, żeby je odróżniać.

– Jak bydło… – podsumował Segnon.

– Albo znak towarowy w supermarkecie. Coś w rodzaju kontroli jakości.

Dwoje żandarmów popatrzyło na anatomopatologa, który tylko wzruszył ramionami.

Ludivine i Segnon szli w stronę samochodu pełną zgiełku ulicą Paryża, który właśnie się budził. Hałas potęgowała bliskość naziemnej linii metra.

– Mamy na głowie prawdziwego popaprańca – mruknął olbrzym.

– Mówisz o tym lekarzu czy o rzeźniku?

Segnon zarechotał.

– A jak myślisz?

– Jasne, że to nie przypomina metod handlarzy narkotyków, nie mamy przecież do czynienia z meksykańskim kartelem. Nigdy nie słyszałam o czymś podobnym we Francji, nikt tu nie odzierał rywali ze skóry. I to jest dla mnie najbardziej wstrząsające. Ich działanie było metodyczne, przemyślane…

– Przygotowywali skóry tak, żeby można je było przechowywać! – dodał Segnon. – Co to za szaleństwo?!

– Przewozili ten towar jak kolejny transport narkotyków. Ten typek próbował uciekać z torbą. Zależało im na tym towarze. Nie rozumiem, o co tu chodzi, ale trzeba to wyjaśnić.

Rozdzwonił się telefon Ludivine.

– Tak, panie pułkowniku?

– Co powiedział anatomopatolog?

– Czekamy na wyniki badań DNA, ale najprawdopodobniej mamy tu trzy ofiary.

– Jest szansa, że wciąż żyją?

Ludivine zwolniła kroku.

– Hm… prawdę mówiąc, nie pytałam… ale… wydaje się, że to raczej niemożliwe, odarto je z około siedemdziesięciu procent skóry!

– Vancker, muszę wiedzieć, czy sprawa jest nagląca, to znaczy, czy w jakiejś piwnicy trójka zmaltretowanych biedaków czeka na ratunek, konając w mękach, czy szukamy tylko trupów.

– Skłaniam się ku drugiej wersji. Nikt nie przeżyłby czegoś takiego.

– Chcę mieć pewność, dokument podpisany przez anatomopatologa, nie zamierzam wpaść po uszy w gówno, gdyby przypadkiem okazało się, że któraś z ofiar żyje, a my nie kiwnęliśmy palcem.

– Niestety, to nam nie grozi, ale robimy, co się da. Zatrzymani zaczęli mówić?

– Nie. Zachowują się jak figury woskowe. Żaden nie pisnął słowa.

– Pułkowniku, chciałabym dostać to śledztwo.

– Wszystko w swoim czasie, Vancker.

– Skoro są trzy ofiary, sprawa nie należy już do tych od narkotyków, tylko do nas. Chcę ją poprowadzić.

– Daj mi to załatwić, potem pogadamy.

– Nie lubię wpychać nogi w uchylone drzwi, żeby wcisnąć się do pokoju, ale nikt nie poprowadzi tej sprawy lepiej niż ja, doskonale pan o tym wie, pułkowniku. To cel mojego życia.

– Nie wciskasz nogi, wpychasz się całym ciałem.

– Takie morderstwa to moja działka.

– Vancker…

– Słucham, panie pułkowniku?

– Te twoje obsesje doprowadzają mnie do szału.

I rozłączył się.

Ludivine poczuła się urażona. Nie uważała się za kogoś, kto ma obsesję, pułkownik mocno przesadził. Przygotowywała się, gromadziła dokumentację – cóż w tym dziwnego, skoro przeżyła sprawę Brussina i Locarda. Widziała, jak jej koledzy umierają, czasem na jej oczach, tropili ją zabójcy, psychopaci, parę razy znalazła się w paskudnej sytuacji! Oczywiście, że zaczęła się interesować podobnymi przypadkami, że zależało jej, żeby lepiej zrozumieć mentalność przestępców, morderców, szczególnie zboczeńców, i – owszem, wcale tego nie ukrywała – od półtora roku czytała wszystko, co na ten temat napisano, szkoliła się, również pod kierunkiem wybitnego kryminologa. Ale żeby twierdzić, że była…

No dobra, mam na tym punkcie lekką obsesję. I co z tego? Można to chyba zrozumieć, co?

W tym czasie starała się pracować nad najbardziej ponurymi sprawami i udowodniła nie tylko, że jest kompetentna, ale także ponadprzeciętnie odporna psychicznie i obdarzona pogodą ducha. Jednak teraz wszystkie te sprawy wydały się jej niemal banalne.

Cóż, może faktycznie wpadła w obsesję. Jednak właśnie dzięki temu była kompetentna. Wyjątkowo kompetentna.

4

Stacje informacyjne przekazywały co parę minut te same sceny. Szary TGV stojący w szczerym polu, otoczony łanami zbóż. Wzdłuż długiego stalowego pociągu rozpościerał się miękki, złocisty dywan, który falował poruszany przez wiatr. Ale w tym widoku z góry wzrok przykuwały ciemne plamy przy torach. Były ich dziesiątki, jakby potężna eksplozja rozrzuciła po polu jakieś szczątki. Przy każdej plamie kręcili się ludzie w fartuchach. Karetki pogotowia, wozy strażackie, samochody żandarmerii, karawany zakładów pogrzebowych i wiele nieoznakowanych aut zaparkowano nieco dalej, na trawiastej drodze, a nieustanne wędrówki ludzi hipnotyzowały niczym monotonny balet.

Patrząc na to, Ludivine pomyślała, że w takich miejscach umiera wszelka wiara w człowieka. Przemoc może nas dopaść, rozszarpać, zmiażdżyć w każdym miejscu, w każdej chwili. Właśnie to zdawały się krzyczeć rozrzucone po polu ciała.

Dwóch szalonych smarkaczy dokonało masakry, która obryz­gała łajnem całą cywilizację. To było zerwanie paktu, wyłom etyczny, który mógł zapoczątkować upadek wszelkich zasad, zburzyć wiarę ludzi w tę jakże teraz kruchą społeczność. Szczeliny wciąż się pogłębiały z powodu kryzysu gospodarczego, który od kilku lat panował na świecie, ale jak społeczeństwo ma przetrwać, jeżeli nie zapewniono mu bezpieczeństwa? Dlaczego ludzie mieliby nie sięgać po broń, nie chronić się na własną rękę? Przygotować się na najgorsze? Dlaczego zresztą nie iść jeszcze dalej, samodzielnie odbijając to, co się utraciło, zdobywając, czego się pragnie, na co się ma ochotę? Prawo silniejszego. Przemoc jednostki jako pierwszy krok do przemocy zbiorowej. Uzbroić masy i czekać, aż drobne czyny poszczególnych ludzi osiągną większą skalę, odbiją się szerszym echem i aż krok po kroku utworzą się wewnętrzne nurty, które obejmą większe grupy. Aż wzniesie się fala. Potężna.

Palce Segnona strzeliły tuż pod nosem Ludivine. Kolega przywołał ją do rzeczywistości: siedzieli w małej paryskiej kawiarence.

– Daleko odpłynęłaś! – powiedział.

– Przepraszam. Co mówiłeś?

Palec wskazujący olbrzyma wyciągnął się w stronę ekranu telewizyjnego.

– Strzelby należały do wuja jednego z tych smarkaczy, ale wciąż nie wiadomo, jak zdobyli pistolety.

– Na czarnym rynku? Teraz na przedmieściach można kupić praktycznie wszystko.

– Może. Ale dokąd zmierza ten świat? Dwóch nastolatków, którzy nie sprawiali kłopotów, tak po prostu urządza strzelaninę… Przecież to się nie mieści w głowie!

– Prawdopodobnie nie sprawiali kłopotów, Segnon.

– Nie byli notowani!

– Ale to wcale nie znaczy, że nie robili nic złego. Nie kończysz życia, wsiadając do pociągu, żeby wystrzelać wszystko, co się rusza, jeżeli nie masz już na koncie innych incydentów, a przynajmniej problemów psychicznych! Ci dwaj doszli do ściany. Ich odporność psychiczna pękła jak naprężona guma. Takie rzeczy nie dzieją się z dnia na dzień, jeżeli nie jesteś już u kresu wytrzymałości. Teraz trzeba przeanalizować ich codzienność, żeby ustalić, co wpędziło ich w ten morderczy szał.

– Czy ktoś wyjaśnia, dlaczego dzieciaki urządzają jatki w amerykańskich szkołach?

– Jasne, że tak. Żaden wzorowy, grzeczny uczeń, który dobrze funkcjonuje w systemie, jest lubiany i lubi innych, nie wariuje z dnia na dzień. To dotyczy marginesu, przerdzewiałych trybików, które wypadły z mechanizmu.

– Czyli wracamy do stereotypu biednego chłopaka, którego rodzice się rozwiedli, który nie ma przyjaciół, źle się uczy, nie potrafi się zintegrować, pragnie zemsty, bo nikt go nie lubi, nikomu na nim nie zależy? I żeby się odegrać, strzela na oślep?

– W każdym razie uderza tam, gdzie najbardziej zaboli. Tak, to coś w tym rodzaju.

Segnon skwitował jej hipotezę machnięciem ręki i rozparł się na krześle, które zaskrzypiało pod jego ciężarem.

– Trochę to za proste! Każdy nastolatek przechodzi fazy negacji.

Segnon szeptał słowa, których Ludivine nie mogła zrozumieć. Przypuszczała, że to modlitwa albo coś w tym rodzaju. Obojgu ze zmęczenia szumiało już w głowie, więc Segnon wypił drugą kawę przed powrotem do paryskiego wydziału śledczego przy porte de Bagnolet.

Weszli przez bramę, za którą wznosiły się dawne koszary, potężny szary budynek, nie dość stary, by mógł być piękny, ale za stary, żeby był wygodny.

Byli na schodach, kiedy Yves wyszedł im na spotkanie. Jego oczy wydawały się bardziej czarne niż zwykle – o ile było to możliwe. Skinął na nich.

– Zaraz wrócimy do przesłuchań, ale przedtem chciałbym trochę postraszyć jednego z podejrzanych, bo czuję, że już pęka. Jeżeli weźmiemy się do niego we czworo, nie wytrzyma presji.

Yves poprowadził ich wąskim korytarzem, do jednego z najdalszych pomieszczeń na parterze. Stalowe drzwi były uchylone. Martial z wydziału narkotyków, mężczyzna o twarzy tak regularnej i gładkiej, jak pomarszczona i zniszczona była twarz Yves’a, stał w progu. W celi Ludivine zobaczyła roztrzęsionego młodego mężczyznę o długich kończynach. Z afro na głowie, był ubrany w sportowe ciuchy i rozwiązane adidasy, ponieważ zabrano mu sznurowadła. Mógł mieć najwyżej trzydzieści lat. Prawą nogą poruszał w rytm jakiejś histerycznej hardrockowej muzyki, która brzęczała mu w głowie. Nie spuścił oczu pod spojrzeniem Martiala i wyprostował się, kiedy weszli inni.

– Co, czas na regulaminowe mordobicie? – rzucił, nieudolnie próbując ukryć narastający strach.

– To nie w naszym stylu – odparł Yves. – Joseph, odkąd tu jesteś, nie powiedziałeś jeszcze nic sensownego. Wrócimy do tego, ale teraz chciałbym ci przypomnieć o obowiązkach wobec rodziny. Ty wiesz, jak jest w więzieniu, ale co tam czeka twojego brata? Zastanów się. To jeszcze dzieciak! Złota rybka w przebraniu piranii! Zdajesz sobie sprawę, że go tam zjedzą!

– Mówiłem, żebyście nie mieszali w to Marvina!

– Ejże! To nie ja wepchnąłem go do tej bryki!

– Nic na niego nie macie, bryka była czysta! Niczego nie znaleźliście!

Yves uniósł rękę, wskazując piętra nad nimi.

– Mam czterdzieści godzin nagrań z podsłuchu telefonicznego waszej bandy, śledziliśmy wasze samochody, a dokładnie – te, dla których twój brat był przykrywką. Niech cię o to głowa nie boli – jeżeli się przyłożę i dobrze przygotuję dokumenty, to posadzę was wszystkich za dealerkę. Czekam jeszcze na wyniki rewizji w domach – módl się, żebyśmy nic tam nie znaleźli, w przeciwnym razie czeka was dłuższa odsiadka.

Joseph zaklął pod nosem.

– Twój brat piekielnie lubi gadać przez telefon – dodał Martial.

Joseph tylko pokręcił głową.

– A teraz coś ci powiem: nie lubię gnoić ludzi – podjął Yves. – Jeżeli zachowasz się wobec mnie, jak trzeba, ja zrobię to samo wobec twojego brata. Był notowany, ale ponieważ w samochodzie nie znaleźliśmy narkotyków, możemy się postarać, żeby wyszedł z tego obronną ręką. Pomyśl – chłopak ma osiemnaście lat. Jeżeli obciążę go w aktach, sąd weźmie pod uwagę jego nieciekawą przeszłość i tym razem bez wahania wyda wyrok.

Ludivine nagle zrozumiała, do czego dążyli Yves i Martial. Podczas przesłuchania nie mogli wywierać takiego nacisku, kamery wszystko rejestrowały. Ale podejrzanego, który tuż przed nagrywanym przesłuchaniem jest skrajnie zdenerwowany, czasami „przygotowywano”, żeby skłonić go do współpracy.

– Psy, próbujecie mnie szantażować!

– Skądże, nie interesują nas takie gierki. Zachęcamy cię tylko, żebyś zachował się jak mądra głowa rodziny i poniósł konsekwencje własnej głupoty, a nie żeby z jej powodu musiał cierpieć twój młodszy brat. Jeżeli się przyznasz, rzucisz nam porządną kość, coś na żer, przestaniemy węszyć wokół dzieciaka, bo nic nam po nim. Decyzja należy do ciebie. Wiesz lepiej niż ja, że chłopak jest słaby, w więzieniu pożrą go żywcem…

Joseph potrząsnął głową.

– Kretyńskie pieprzenie. Wam się wydaje, że mam jakiś wybór?

– Przemyśl to sobie.

Podrygująca noga nagle zastygła w bezruchu. Joseph złapał się za głowę i ciężko westchnął.

– Czego chcecie? – zapytał, już nie tak bojowy.

– Po co przewoziliście ludzką skórę?

Noga znowu się rozkołysała. Joseph, który nie był skuty, nerwowo pocierał ręce.

Wyczuwając jego słabość, Ludivine włączyła się do rozmowy:

– To wy załatwiliście tych ludzi, zanim odarliście ich ze skóry?

– Oszalała pani? Przewóz skóry, proszę bardzo, ale nie morderstwo! To nie my!

– Więc kto?

– Nie znam ich.

– Musiałeś przecież jakoś odebrać towar, torba nie spadła ci z nieba!

– Ale przysięgam, że nic nie wiem.

Yves groźnie wyciągnął palec i podszedł, zmieniając ton:

– Nie rżnij mi tu głupka! Zagram czysto z twoim bratem, ale i ty musisz grać czysto ze mną. Jeżeli będziesz w kółko powtarzał, że nic nie wiesz i jesteś niewinny, to zaraz skończymy śledztwo. Ty i Marvin pójdziecie siedzieć za handel narkotykami. Co z tego, że w brykach nie było dragów? Mam podsłuchy, a u was znajdą pewnie sporo gotówki, zbadamy podejrzane przelewy na konta, że nie wspomnę już o ludzkiej skórze! A jeśli znajdziemy zwłoki, to wszyscy odpowiecie za morderstwa! Wiesz, co grozi za morderstwo i akty barbarzyństwa. Nie muszę ci tego tłumaczyć.

Joseph zaciekle gryzł dolną wargę. W końcu wydął usta i opuścił głowę, żeby mówić, nie patrząc na żandarmów:

– Torbę odebraliśmy w okolicy Lille. Przysięgam, że nie wiem, kto ją zostawił. Kiedy przesyłka jest w drodze, podają nam tylko miejsce jej przejęcia. My zostawiamy w tym samym miejscu forsę i natychmiast się zmywamy. Nie mamy ze sobą kontaktu, tamci nawet nie przeliczają przy nas kasy, mamy do siebie zaufanie. Nigdy nie oszukalibyśmy tych gości, zresztą po co, przecież wszyscy mamy z tego kasę. Poza tym, kto chciałby się narazić typkom, którzy zdzierają z ludzi skórę jak papier z prezentów?

– To nie był wasz pierwszy transport? – zapytał Martial, z przerażeniem zerkając na Yves’a.

– Ten był piąty. Ale przysięgam, że na początku nie miałem pojęcia, co wieziemy! Pojechałem z Selimem i Adim, oni wszystko zorganizowali! Gdybym wiedział, nie wdepnąłbym w to!

– Ale wdepnąłeś – przerwał Yves, który nie zamierzał wysłuchiwać monologu użalającego się nad sobą skruszonego zbira.

– Selim, Adi i ja jesteśmy jak palce jednej ręki. Każdy skoczyłby za drugim w ogień, już od dziecka. Nie mogłem im odmówić. Wie pan, co to jest przyjaźń?

Yves uniósł brwi, dając do zrozumienia, że jego pojmowanie przyjaźni ma niewiele wspólnego z wyobrażeniami podejrzanego.

– I co robicie z tą ludzką skórą?

– Ba… handlujemy nią!

Dwaj żandarmi znów spojrzeli na siebie, przybici. Ludivine i Segnon, którzy stali nieco dalej, milczeli, nie chcąc, by z powodu ich komentarzy zatrzymany stracił ochotę do rozmowy.

– Handlujecie skórą? – powtórzył z niedowierzaniem Yves.

– A co? Wiecie, po ile to chodzi?

– Mówisz o czarnym rynku?

– Tak, o podziemiu! Na wagę to droższe od wszystkich prochów! Złoty interes!

– I kto kupuje coś takiego?

– Wszyscy! Synkowie bogatych tatusiów zapłacą każdą cenę, dealerzy rzadkości… Dziś każdy chce mieć breloczek do kluczy albo pokrowiec na telefon z ludzkiej skóry! Takie duperele są szykowne, lepsze od diamentów!

Martial nie wierzył własnym uszom.

– Chcesz powiedzieć, że po ulicach chodzą dzieciaki z telefonami komórkowymi w…

– Nawet po najlepszych dzielnicach! A jak się wam wydaje? Mam nadzianych klientów! Nawet z Rosji. Ci są najlepsi, uwielbiają wszystko, co jest naprawdę rzadkością!

– I nikomu z nich nie przeszkadza, że ma przy sobie kawałek trupa?

– Wcale o tym nie wiedzą. Są święcie przekonani, że ludzie z własnej woli sprzedają kawałki skóry. Takie niewielkie. W końcu w Indiach dziewczyny często sprzedają włosy. Są i takie, które wynajmują brzuch, żeby urodzić dzieciaka. Niektórzy ludzie oddają narządy do przeszczepu za forsę! To dlaczego nie mogliby sprzedać kawałka skóry?

– Ochotnicy? Dobrowolnie oddają całą twarz? – podjął Yves.

– Głowy to co innego… Sprzedaje się je najdrożej, bo tu nie ma już żadnych wątpliwości. Jedną kupił już od nas afrykański czarownik, żeby zrobić z niej maskę. Wywalił na to sześć tysiaków! Ruscy też by wydali masę kasy, żeby coś takiego mieć!

Oparty o drzwi Martial wpatrywał się w Josepha. Yves, któremu też robiło się niedobrze, zastanawiał się nad tym, co usłyszał.

– Tylko wy handlujecie tym towarem? – zapytał po chwili.

– Skąd mam wiedzieć? Ale nasze skóry są pierwsza klasa, skóry duże i czyste. Piękny towar. Doskonałej jakości, bez skaz, a czasem z ładnymi tatuażami. Takie świetnie się sprzedają, klienci lubią dobrze zrobione tatuaże, to hit.