Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 206 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cierpienia młodego Wertera - Johann Wolfgang von Goethe

Jedno z najsłynniejszych dzieł w historii europejskiej literatury “Cierpienia młodego Wertera” Johanna Wolfganga Goethe jest dostępne w Legimi za darmo w formie ebooka, zarówno w formacie epub jak i mobi.

 

Goethe swoją historię oparł na autentycznych wydarzeniach, które dotknęły jego i jego przyjaciela. Poeta nieszczęśliwie zakochał się w narzeczonej swojego przyjaciela. Natomiast Carl Jerusalem uwikłany w romans z zamężną kobietą popełnił samobójstwo. W Goethem narastała potrzeba twórczej ekspresji uczuć jakie nim targały, tak powstała jego najsłynniejsza powieść.

 

Cierpienia młodego Wertera” to zbiór listów, które główny bohater wysłał do swojego przyjaciela. Poznajemy z nich całą historię nieszczęśliwego i skazanego na porażkę związku z Lottą. Ich przypadkowe spotkanie sprawia, że zakochują się w sobie. Jednak Lotta jest już zaręczona z Albertem, który szybko staje się przyjacielem Wertera. Ten miłosny trójkąt pełen cierpienia i straty nie mógł długo funkcjonować. Przepełnieni konwenansami i obyczajami bohaterowie boją się walczyć o swoje szczęście. Nieznośna sytuacja doprowadza młodego Wertera do samobójstwa.

 

Goethe stworzył na bazie własnych doświadczeń nowy typ bohatera literackiego. Wycofanego ze świata, skupionego na sobie i nie zrozumianego przez otoczenie. Werter głęboko przeżywa emocje, jednak ma problem z ich wyrażeniem. Miłość u Goethego jest czymś trudnym do opsiania.

 

Powieść “Cierpienia młodego Wertera” okazała się być niewiarygodnym sukcesem pod koniec XVIII wieku. Wszyscy nie tylko chętnie czytali Goethego, ale także naśladowali Wertera i Lottę. Przez długi czas powieść uważana była za idealne wyrażenie miłosnego stanu ducha.

Opinie o ebooku Cierpienia młodego Wertera - Johann Wolfgang von Goethe

Cytaty z ebooka Cierpienia młodego Wertera - Johann Wolfgang von Goethe

kocham, z którym nierozłączny byłem i oto – cieszę się? Ale wiem, że mi przebaczysz, bo czyż los nie uczynił wszystkiego, co mogłoby mnie udręczyć? Biedna Leonora! Byłem jednak

Fragment ebooka Cierpienia młodego Wertera - Johann Wolfgang von Goethe

Jo­hann Wol­fgang von Go­ethe

Cier­pie­nia mło­de­go Wer­te­ra

Cier­pie­nia mło­de­go Wer­te­ra

Wszyst­kie szcze­gó­ły dzie­jów bied­ne­go Wer­te­ra, ja­kie tyl­ko ze­brać zdo­ła­łem, zgro­ma­dzi­łem skrzęt­nie i po­da­ję wam tu­taj, uf­ny, iż wdzięcz­ni mi bę­dzie­cie za to. Za­praw­dę, nie­po­dob­na od­mó­wić po­dzi­wu i mi­ło­ści cha­rak­te­ro­wi je­go oraz za­le­tom umy­słu, a smut­ne ko­le­je je­go ży­cia wy­ci­snąć mu­szą łzę z oczu.

Za­cna du­szo, od­czu­wa­ją­ca też sa­me, co on tę­sk­no­ty, niech­że ci z cier­pień je­go spły­nie w du­szę po­cie­cha i je­śli los za­wist­ny, lub wi­na wła­sna nie po­zwo­li­ły ci po­zy­skać przy­ja­cie­la bliż­sze­go, niech­że ci książ­ka ta przy­ja­cie­lem się sta­nie1.

Część pierw­sza

4 ma­ja 1771

O jak­że cie­szę się, że wy­je­cha­łem2! Po­wiesz dro­gi przy­ja­cie­lu, że nie­wdzięcz­nym jest ser­ce czło­wie­ka? Opu­ści­łem cie­bie, któ­re­go tak ko­cham, z któ­rym nie­roz­łącz­ny by­łem i oto – cie­szę się? Ale wiem, że mi prze­ba­czysz, bo czyż los nie uczy­nił wszyst­kie­go, co mo­gło­by mnie udrę­czyć? Bied­na Le­ono­ra! By­łem jed­nak nie­win­nym, czyż mo­gę bo­wiem po­no­sić od­po­wie­dzial­ność za to, że pod wpły­wem za­lot­no­ści jej sio­stry i mi­łe­go z nią ob­co­wa­nia, zro­dzi­ła się na­mięt­ność w bied­nym ser­cu? A mi­mo to – czyż je­stem na­praw­dę bez wi­ny? Czyż nie pod­sy­ca­łem jej uczuć, czyż nie da­wa­łem się po­no­sić wra­że­niom, czyż nie śmia­li­śmy się z prze­róż­nych rze­czy, choć zgo­ła śmiesz­ne nie by­ły? Czyż wol­no czło­wie­ko­wi skar­żyć się na lo­sy swo­je? Przy­ja­cie­lu mój dro­gi, przy­rze­kam po­pra­wę! Nie bę­dę już, jak to czy­ni­łem do tej po­ry, bez­u­stan­nie prze­żu­wał owych ni­kłych za­praw­dę prze­ciw­no­ści, ja­kie przy­nio­sło mi prze­zna­cze­nie. Chcę uży­wać te­go, co mam przed so­bą, a za­po­mnieć o tym, co by­ło i prze­mi­nę­ło. Za­praw­dę, masz słusz­ność mój dro­gi: po­śród lu­dzi mniej by­ło­by trosk, gdy­by – o, cze­muż się tak dzie­je – gdy­by nie wy­tę­ża­li ca­łej wy­obraź­ni na wy­wo­ły­wa­nie zja­wy mi­nio­nych cier­pień, a ra­czej zno­si­li obo­jęt­nie to, co nie­sie chwi­la bie­żą­ca.

Po­wiedz, pro­szę cię, mat­ce mo­jej, że do­ło­żę wszel­kich sta­rań, by na­le­ży­cie za­ła­twić jej spra­wy i ry­chło do­nio­sę o wszyst­kim. Roz­ma­wia­łem z ciot­ką i za­rę­czam ci, że nie jest ona tak zła, jak to się o niej u nas mó­wi. Jest to ko­bie­ta ży­wa i gwał­tow­na, ale ser­ce ma zło­te. Opo­wie­dzia­łem jej o skar­gach mat­ki, spo­wo­do­wa­nych trud­no­ścia­mi uzy­ska­nia na­leż­ne­go jej spad­ku. Wy­ło­ży­ła mi przy­czy­ny swe­go po­stę­po­wa­nia oraz po­da­ła wa­run­ki, pod ja­ki­mi go­to­wa jest wy­dać wszyst­ko, co na­le­ży, a na­wet dać wię­cej, ni­że­śmy żą­da­li. Nie chcę się o tym roz­pi­sy­wać w tej chwi­li, ale ko­niec koń­cem, po­wiedz mat­ce, że wszyst­ko bę­dzie do­brze. Z ra­cji tych spraw drob­nych prze­ko­na­łem się po­now­nie, dro­gi przy­ja­cie­lu, że nie­po­ro­zu­mie­nia i opie­sza­łość wy­wo­łu­ją wśród lu­dzi wię­cej mo­że jesz­cze za­mę­tu, niż zło­śli­wość i pod­stęp. Te ostat­nie przy­czy­ny zła ja­wią się w każ­dym ra­zie rza­dziej.

Jest mi tu­taj zresz­tą bar­dzo do­brze. Sa­mot­ność, to bal­sam nie­oce­nio­ny dla me­go sko­ła­ta­ne­go ser­ca. Miej­sco­wość, gdzie prze­by­wam, to raj praw­dzi­wy, a wio­sna tu w peł­ni uro­czych po­nęt swych i roz­kwi­tu. Drze­wa, ży­wo­pło­ty, to jak­by ogrom­ne kwiet­ne ki­ście, tak, że zbie­ra ocho­ta zmie­nić się w chrząsz­czy­ka, nu­rzać się w tej won­nej to­ni i ży­wić się wy­łącz­nie za­pa­chem.

Mia­sto sa­mo ni­czym nie po­cią­ga, ale za to oko­li­ca nie­wy­po­wie­dzia­nie pięk­na. To wła­śnie skło­ni­ło zmar­łe­go hra­bie­go M… do za­ło­że­nia ogro­du na jed­nym ze wzgórz, któ­re le­żą tu­taj na wid­no­krę­gu, po­roz­dzie­la­ne uro­czy­mi do­li­na­mi. Ogród urzą­dzo­ny jest po pro­stu i wstą­piw­szy weń, czu­je się od ra­zu, że nie jest to dzie­ło kunsz­tow­ne czło­wie­ka bie­głe­go w swej sztu­ce i fa­cho­we­go ogrod­ni­ka, ale, że plan ogro­du kre­ślił czło­wiek ser­ca, któ­ry chciał, by mu tu­taj by­ło do­brze. Uro­ni­łem też nie­jed­ną łzę ku czci zmar­łe­go, sie­dząc w roz­pa­dłym na po­ły pa­wi­lo­nie, któ­ry był daw­niej je­go ulu­bio­nym miej­scem, a jest dzi­siaj mo­im. Nie­ba­wem sta­nę się pa­nem owe­go ogro­du3. Mi­mo że by­wam tu do­pie­ro od kil­ku dni, ogrod­nik oka­zu­je mi życz­li­wość i nie­źle na tym wyj­dzie.

10 ma­ja

Prze­dziw­na po­go­da ogar­nę­ła mo­ją du­szę, ni­by owo za­ra­nie wio­sny, któ­rym po­ję cią­gle ser­ce mo­je. Je­stem sam i uży­wam ży­cia w ca­łej peł­ni, bo za­praw­dę, oko­li­ca ta stwo­rzo­ną jest wprost dla dusz ta­kich, jak mo­ja. Dro­gi przy­ja­cie­lu, je­stem tak szczę­śli­wy, tak bar­dzo uto­ną­łem w ci­szy słod­kie­go by­to­wa­nia, że cier­pi na tym sztu­ka. Nie­zdol­ny ry­so­wać, nie­zdol­ny po­ło­żyć kre­ski, czu­ję mi­mo to, że ni­g­dy więk­szym nie by­łem ma­la­rzem jak w tej chwi­li. Kie­dy z uro­czej do­li­ny pod­no­szą się opa­ry, a słoń­ce pa­trzy z wy­so­ka na nie­prze­nik­nio­ną ciemń4 la­su, wy­sy­ła­jąc je­no ma­łe wiąz­ki pro­mie­ni w głąb te­go świę­te­go przy­byt­ku, le­żę so­bie w wy­so­kiej tra­wie nad brze­giem szem­rzą­ce­go po­to­ku. Przy­tu­lo­ny do zie­mi, dzi­wu­ję się roz­licz­nym traw­kom, czu­ję bli­sko ser­ca ro­jo­wi­sko mnó­stwa ma­łych ro­bacz­ków i ko­ma­rów, snu­ją­cych się po­śród źdźbeł, i pa­trzę na ich prze­dziw­ne, ta­jem­ni­cze kształ­ty. Wów­czas czu­ję ży­wo obec­ność Wszech­moc­ne­go, któ­ry stwo­rzył nas na swój ob­raz i po­do­bień­stwo, chwy­tam tchnie­nie Te­go, któ­ry wszyst­ko swą mi­ło­ścią ota­cza i utrzy­mu­je świat przy ży­ciu. Przy­ja­cie­lu, wów­czas ćmi mi się w oczach, a ca­ła zie­mia wo­kół i nie­bo spo­czy­wa w mej du­szy jak zja­wa uko­cha­nej. Tę­sk­nię won­czas i my­ślę: ach… gdy­byś to wszyst­ko mógł wy­ra­zić, gdy­byś prze­lać mógł na pa­pier to, co tak peł­ne, tak go­rą­ce ży­je w to­bie, na­ten­czas by­ło­by ono zwier­cia­dłem twej du­szy, po­dob­nie, jak du­sza two­ja jest od­zwier­cie­dle­niem bo­skiej nie­skoń­czo­no­ści. Przy­ja­cie­lu! Nie­ste­ty, dla­te­go nisz­cze­ję i upa­dam pod tą na­wa­łą wspa­nia­ło­ści zja­wisk.

12 ma­ja

Nie wiem, czy du­chy łu­dzą­ce uno­szą się po­nad tą oko­li­cą, czy to pło­mien­na, nie­biań­ska fan­ta­zja me­go wła­sne­go ser­ca spra­wia, że wszyst­ko wo­kół jest ta­kie raj­skie. Nie­da­le­ko pod mia­stem jest stud­nia, stud­nia, do któ­rej przy­ku­ty je­stem, ni­by Me­lu­zy­na5 wraz ze swy­mi sio­stra­mi. Po sto­ku ma­łe­go wzgó­rza scho­dzi się, sta­je pod skle­pie­niem, a po­tem, zstą­piw­szy w dół po ja­kichś dwu­dzie­stu stop­niach, znaj­du­je się prze­czy­stą wo­dę, ze skał mar­mu­ro­wych try­ska­ją­cą. Nie­wiel­ki mu­rek, oka­la­ją­cy stud­nię od gó­ry, wy­so­kie drze­wa, sło­nią­ce6 ją cie­niem, chłód, ja­ki tu pa­nu­je, wszyst­ko ra­zem po­cią­ga i przej­mu­je drże­niem. Nie ma dnia, bym tu nie spę­dził bo­daj go­dzi­ny. Raz po raz ja­wią się tu dziew­czę­ta z mia­sta po wo­dę, za­ła­twia­jąc ową czyn­ność pro­stą i ko­niecz­ną, ja­kiej nie­gdyś od­da­wa­ły się na­wet cór­ki kró­lew­skie. Gdy sie­dzę tu­taj, bu­dzi się we mnie tak ży­wo pa­triar­chal­na wi­zja pra­dzia­dów, na­wią­zu­ją­cych u stud­ni zna­jo­mo­ści, sta­ra­ją­cych się o rę­kę wy­bran­ki7 i du­chów do­bro­czyn­nych, po­la­tu­ją­cych wo­kół źró­deł i stud­ni. Za­praw­dę, nie krze­pił się chy­ba u chłod­nej stud­ni po znoj­nej wę­drów­ce w czas let­ni ten, kto te­go od­czuć nie­zdol­ny.

13 ma­ja

Py­tasz, czy­li przy­słać książ­ki mo­je? – Dro­gi mój, pro­szę cię, nie przy­sy­łaj mi ich na Bo­ga! Nie trze­ba mi kie­row­nic­twa, ni za­chę­ty, czy pod­nie­ty, wszak ser­ce me sa­mo przez się tęt­ni aż na­zbyt gwał­tow­nie. Tyl­ko ko­ły­san­ka zda mi się, a zna­la­złem ich pod do­stat­kiem w mo­im Ho­me­rze8. O, jak­że czę­sto do snu ko­ły­szę wzbu­rzo­ną krew. Za­praw­dę, nie wi­dzia­łeś chy­ba nic tak nie­zrów­no­wa­żo­ne­go, nie­spo­koj­ne­go jak ser­ce mo­je. Wszak­że nie po­trze­bu­ję mó­wić o tym to­bie, któ­ry do­zna­wa­łeś nie­raz przy­gnę­bie­nia pa­trząc, jak prze­rzu­cam się z tro­ski do roz­pę­ta­nia i ze słod­kie­go roz­ma­rze­nia do zgub­nej na­mięt­no­ści. Po­stę­pu­ję z mo­im ser­cem jak z cho­rym dziec­kiem, po­wol­ny wsze­la­kie­mu je­go za­chce­niu. Nie roz­gła­szaj te­go, bo są ta­cy, któ­rzy by mi to wzię­li za złe.

15 ma­ja

Pro­stacz­ko­wie miej­sco­wi zna­ją mnie już i lu­bią, zwłasz­cza dzie­ci. Gdym zra­zu zbli­żał się do nich i roz­py­ty­wał po­ufa­le o to i owo, nie­któ­rzy mnie­ma­li, że chcę z nich drwić i od­pra­wia­li mnie w spo­sób co się zo­wie szorst­ki. Ale nie bra­łem so­bie te­go do ser­ca, tyl­ko uczu­wa­łem na­der ży­wo to, co już nie­raz za­uwa­ży­łem. Lu­dzie wyż­szych sfer trzy­ma­ją się za­wsze w pew­nym chłod­nym od­da­le­niu od pro­ste­go lu­du, jak­by się oba­wia­li, że stra­cić coś mo­gą na zbli­że­niu, ale zda­rza­ją się war­to­gło­wy i kpia­rze, oka­zu­ją­cy pro­stacz­kom po­zor­ną ła­ska­wość po to je­no, by swa­wo­lą swą do­tknąć tym bo­le­śniej jesz­cze.

Wiem, że nie je­ste­śmy rów­ni i rów­ny­mi być nie mo­że­my, ale we­dle me­go za­pa­try­wa­nia, ten, któ­ry od­su­wa się od tak zwa­ne­go mo­tło­chu, by za­cho­wać swe do­sto­jeń­stwo, jest rów­nie god­ny na­ga­ny jak tchórz, uni­ka­ją­cy prze­ciw­ni­ka z oba­wy po­raż­ki.

Nie­daw­no przy­szedł­szy do stud­ni, za­sta­łem mło­dą słu­żeb­ną. Po­sta­wi­ła na­czy­nie na naj­niż­szym stop­niu i roz­glą­da­ła się, czy nie zja­wi się ja­kaś to­wa­rzysz­ka, chęt­na do po­mo­cy w dźwi­gnię­ciu na­czy­nia na gło­wę. Zsze­dłem i spoj­rza­łem na nią. Czy po­móc pa­nien­ce? – spy­ta­łem. Twarz jej ob­la­ła się ży­wym ru­mień­cem. – Jak­że­by też pan…? – po­wie­dzia­ła. – Nie­wiel­ka to rzecz. Wło­ży­ła na czo­ło na­głó­wek9, a ja po­da­łem jej na­czy­nie. Po­dzię­ko­wa­ła i po­szła scho­da­mi na gó­rę.

17 ma­ja

Po­ro­bi­łem roz­ma­ite zna­jo­mo­ści, to­wa­rzy­stwa jed­nak nie zna­la­złem do tej po­ry. Nie wiem, co mo­gę mieć w so­bie po­cią­ga­ją­ce­go dla tych lu­dzi, wie­lu z nich mnie lu­bi, ku­pią się10 wko­ło mnie, a kie­dy zda­rza się, że dro­gi na­sze nie­wiel­ką tyl­ko prze­strzeń ra­zem bie­gną, przy­kro mi się ro­bi. Gdy­byś spy­tał, ja­cy tu są lu­dzie, od­parł­bym, że ta­cy, jak wszę­dzie. Ro­dzaj ludz­ki, to rzecz nad wy­raz jed­no­staj­na! Więk­szość spę­dza na pra­cy prze­waż­ną część ży­cia, by żyć, a owa zni­ko­ma cząst­ka wol­no­ści, ja­ka im po­zo­sta­je, na­pa­wa ich ta­ką oba­wą, iż czy­nią, co mo­gą, by jej się wy­zbyć co prę­dzej. O, ja­kim­że jest prze­zna­cze­nie lu­dzi?

Ale jest to lud do­bry i po­czci­wy! Bar­dzo do­brze się czu­ję, gdy się cza­sem za­po­mnę, za­ży­ję z ni­mi roz­ry­wek, na ja­kie jesz­cze wol­no so­bie po­zwo­lić, gdy sie­dząc u ob­fi­cie za­sta­wio­ne­go sto­łu, po­żar­tu­ję w szcze­ro­ści du­cha swo­bod­nie, zro­bię wy­ciecz­kę, po­tań­czę przy spo­sob­no­ści, czy coś po­dob­ne­go uczy­nię. Lecz nie śmie mi wów­czas przyjść na myśl, że ty­le spo­czy­wa we mnie od­mien­nych, uta­jo­nych sił, nie­zu­ży­tych, mar­nie­ją­cych, któ­re mu­szę ukry­wać tak sta­ran­nie. Ach, jak­że to obez­wład­nia ser­ce… a prze­cież prze­zna­cze­niem lu­dzi mnie po­dob­nych jest nie zna­leźć zro­zu­mie­nia.

Ach, cze­muż nie ma już przy­ja­ciół­ki mło­do­ści mo­jej! Ach, ach, cze­muż ją po­zna­łem? Po­wi­nie­nem so­bie po­wie­dzieć: nie­roz­sąd­ny je­steś, szu­kasz, cze­go na zie­mi zna­leźć nie­po­dob­na! Po­sia­da­łem ją jed­nak, od­czu­wa­łem to ser­ce, tę wiel­ką du­szę i czu­łem się w jej obec­no­ści czymś wię­cej, niż je­stem, by­łem bo­wiem wszyst­kim, czym zo­stać mo­głem. O Bo­że! Czyż won­czas po­zo­sta­ła bez­czyn­ną bo­daj jed­na z sił du­szy mo­jej? Czyż nie by­łem w moż­no­ści roz­wi­jać przed nią wszyst­kich owych cud­nych uczuć, któ­ry­mi ser­ce mo­je ogar­nia przy­ro­dę? Wszak­że sto­su­nek nasz był nie­ustan­ną tka­ni­ną, zło­żo­ną z sub­tel­nych wra­żeń i by­stro­ści dow­ci­pu, a wszyst­kie jej mo­dy­fi­ka­cje, do­cho­dzą­ce cza­sem aż do wy­bry­ków, no­si­ły na so­bie pięt­no ge­niu­szu. Cóż te­raz! Wy­prze­dzi­ła mnie wie­kiem i ze­szła wcze­śniej, niź­li ja do mo­gi­ły. Ni­g­dy jej nie za­po­mnę, za­wsze przy­tom­ną mi bę­dzie po­tę­ga jej ro­zu­mu i nie­biań­ska wy­ro­zu­mia­łość11.

Przed kil­ku dnia­mi na­po­tka­łem tu mło­de­go V. Jest to chło­pak szcze­ry, bar­dzo mi­łej po­wierz­chow­no­ści. Skoń­czył wła­śnie uni­wer­sy­tet, nie uwa­ża się za mę­dr­ca, a jed­nak prze­ko­na­ny jest, że wię­cej po­sia­da wia­do­mo­ści od in­nych. Pra­co­wał, jak to za­raz wi­dać, pil­nie i na­był spo­re­go za­so­bu wie­dzy. Po­sły­szaw­szy, że du­żo ry­su­ję i znam gre­czy­znę (dwie nie­sły­cha­ne rze­czy tu­taj), zwró­cił się do mnie, roz­ło­żył swój kra­mik na­uko­wy, miesz­czą­cy róż­no­ści po­cząw­szy od Bat­teux12 do Wo­oda13 i od Pi­les’a14 do Wi­ne­kel­man­na15, za­rę­czył mi, że prze­czy­tał ca­łą pierw­szą część teo­rii Sul­ze­ra16 oraz, że po­sia­da rę­ko­pis Hey­ne­go17 o stu­dium an­ty­ku. Przy­ją­łem to do wia­do­mo­ści.

Po­zna­łem tak­że pew­ne­go za­cne­go czło­wie­ka o szcze­rym i otwar­tym ser­cu, ko­mi­sa­rza ksią­żę­ce­go. Po­dob­no nie­zmier­nie mi­ło się ro­bi na du­szy, gdy się go wi­dzi po­śród dzie­wię­cior­ga je­go dzie­ci, a zwłasz­cza cu­da gło­szą o naj­star­szej cór­ce. Za­pro­sił mnie, to­też zło­żę mu wi­zy­tę, jak się tyl­ko da naj­ry­chlej. Miesz­ka w ksią­żę­cej le­śni­czów­ce, o pół­to­rej go­dzi­ny dro­gi stąd, do­kąd się wy­pro­wa­dził, uzy­skaw­szy po­zwo­le­nie opusz­cze­nia mia­sta i sie­dzi­by w bu­dyn­ku urzę­do­wym, któ­rej wi­dok po stra­cie żo­ny ra­nił go bo­le­śnie.

Po­za tym na­tkną­łem się na kil­ku dzi­wa­ków, w któ­rych wszyst­ko mnie ra­zi, a naj­nie­zno­śniej­szy­mi są mi ob­ja­wy ich przy­jaź­ni.

By­waj zdrów! List ten za­do­wo­li cię nie­za­wod­nie, jest bo­wiem na wskroś hi­sto­rycz­ny18.

22 ma­ja

Nie­jed­ne­mu już wy­da­wa­ło się, że ży­cie jest snem tyl­ko, a i mnie uczu­cie to nie opusz­cza ni na chwi­lę19. Gdy spo­glą­dam na szran­ki, w któ­re wtło­czo­na jest czyn­na, ba­daw­cza ener­gia czło­wie­ka i wi­dzę, że wszel­ka dzia­łal­ność na­sza ogra­ni­cza się osta­tecz­nie tyl­ko do za­spo­ko­je­nia po­trzeb, a po­trze­by te ma­ją je­no ten je­dy­ny cel, by prze­dłu­żyć mar­ne ist­nie­nie na­sze, gdy da­lej wi­dzę, że owo uspo­ko­je­nie co do nie­któ­rych punk­tów po­szu­ki­wań na­szych po­le­ga je­no na ma­rzy­ciel­skiej re­zy­gna­cji, bo prze­cież je­no ścia­ny wię­zie­nia na­sze­go przy­sła­nia barw­ny­mi kształ­ta­mi i ja­śnie­ją­cy­mi bla­ska­mi na­dziei – gdy po­my­ślę o tym wszyst­kim, dro­gi Wil­hel­mie, sło­wa za­mie­ra­ją mi na ustach. Co­fam się w sie­bie i tu od­naj­du­ję mój świat, co praw­da zno­wu ra­czej za­war­ty w prze­czu­ciu i mgli­stych pra­gnie­niach, jak w oczy­wi­stych, ży­wych, tęt­nią­cych si­łą kształ­tach. Wszyst­ko – prze­su­wa się przede mną, uśmie­cham się i wni­kam w ten świat, roz­ma­rzo­ny.

Wszy­scy prze­mą­drza­li pe­da­go­go­wie i och­mi­strzo­wie go­dzą się na to, że dzie­ci nie wie­dzą cze­go chcą, na­to­miast nikt uwie­rzyć nie chce, mi­mo na­ocz­nej oczy­wi­sto­ści te­go fak­tu, że tak­że do­ro­śli wa­łę­sa­ją się po tej zie­mi po­dob­ni dzie­ciom, rów­nie jak one nie wie­dząc wca­le, skąd się wzię­li i do­kąd zmie­rza­ją i że tak sa­mo nie kie­ru­ją swych czy­nów ku praw­dzi­wym ce­lom i tak sa­mo pod­le­ga­ją rzą­dom ła­ko­ci i ło­zo­wej ró­zgi20.

Przy­zna­ję chęt­nie, wie­dząc z gó­ry, co mi na to od­po­wiesz, że naj­szczę­śliw­szy­mi są wła­śnie ci, któ­rzy ży­ją z dnia na dzień, pia­stu­ją swe ulu­bio­ne lal­ki, ubie­ra­ją je i roz­bie­ra­ją, z na­le­ży­tym re­spek­tem prze­my­ka­ją ko­ło szu­fla­dy, gdzie ma­ma cho­wa pier­nicz­ki, a gdy na ko­niec wpad­nie im w rę­ce po­żą­da­ny przy­smak, po­że­ra­ją go chci­wie, wo­ła­jąc: jesz­cze! Tak, są to szczę­śli­we stwo­rze­nia. Do­brze się dzie­je tak­że tym, któ­rzy swym mar­nym za­trud­nie­niom, al­bo na­wet wła­snym na­mięt­no­ściom na­da­ją wspa­nia­łe na­zwy i za­chwa­la­ją ro­dza­jo­wi ludz­kie­mu ja­ko gi­gan­tycz­ne czy­ny, dla je­go do­bra i po­myśl­no­ści pod­ję­te. Do­brze się dzie­je te­mu, kto mo­że tak po­stę­po­wać. Ale czło­wiek, zda­ją­cy so­bie w po­ko­rze du­cha spra­wę z osta­tecz­nych wy­ni­ków te­go wszyst­kie­go, wi­dzą­cy do­brze jak każ­dy oby­wa­tel, wio­dą­cy ży­wot szczę­śli­wy, umie so­bie ra­jem uczy­nić wła­sny ogró­dek, jak na­wet nie­szczę­śnik, ugi­na­ją­cy się pod brze­mie­niem lo­su, kro­czy da­lej swą dro­gą w bez­tro­sce zu­peł­nej, jak wszy­scy jed­na­ko­wo wy­si­la­ją się, by o mi­nu­tę bo­daj prze­dłu­żyć swój ży­wot na zie­mi, – czło­wiek ta­ki sta­je się ci­chy, stwa­rza świat wła­sny, wy­wo­dząc go z sie­bie sa­me­go i czu­je się tak­że szczę­śli­wym, bo­wiem jest rów­nież czło­wie­kiem. Po­za tym, mi­mo owej nie­wo­li przy­ro­dzo­nej, ży­wi on w ser­cu słod­kie uczu­cie swo­bo­dy i wie, że opu­ścić mo­że, gdy ze­chce, wię­zie­nie21.

26 ma­ja

Znasz z da­wien daw­na mój spo­sób za­go­spo­da­ro­wy­wa­nia się, bu­do­wa­nia so­bie w ja­kimś za­cisz­nym miej­scu cha­łup­ki i wiesz, jak umiem żyć, po­prze­sta­jąc na ma­łym22. I tu­taj zna­la­złem ką­cik, któ­ry mnie po­cią­gnął ku so­bie.

O nie­speł­na go­dzi­nę dro­gi od mia­sta znaj­du­je się miej­sco­wość, zwa­na Wahl­he­im232425. Po­ło­żo­na jest bar­dzo uro­czo na wzgó­rzu, a do­tarł­szy ście­ży­ną na je­go szczyt za wio­ską, moż­na ob­jąć spoj­rze­niem ca­łą do­li­nę. Jest tu po­czci­wa go­spo­dy­ni, na­le­wa­ją­ca go­ściom uprzej­mie i ocho­czo mi­mo swych lat, to wi­na, to pi­wa, to ka­wy, a po­nad­to, rzecz głów­na, są tu dwie li­py, cie­nią­ce roz­ło­ży­sty­mi ko­na­ra­mi nie­wiel­ki pla­cyk przed ko­ścio­łem, ob­sta­wio­ny wo­kół do­ma­mi wie­śnia­czy­mi, sto­do­ła­mi i za­gro­da­mi. Ni­g­dy jesz­cze nie wy­na­la­złem so­bie tak przy­tul­ne­go za­kąt­ka, to­też ka­żę so­bie tu wy­no­sić z go­spo­dy stół i krze­sło, pi­ję ka­wę i czy­tam Ho­me­ra. Gdym po raz pierw­szy przy­pad­kiem pew­ne­go po­god­ne­go po­po­łu­dnia za­szedł pod te li­py, pla­cyk był nie­mal cał­kiem pu­sty. Wszy­scy by­li w po­lu, tyl­ko czte­ro­let­ni mo­że chło­pak sie­dział na zie­mi, trzy­ma­jąc po­mię­dzy ko­la­na­mi pół­rocz­ne ma­leń­stwo i przy­tu­la­jąc je do sie­bie. Słu­żył mu w ten spo­sób za ro­dzaj krze­sła i mi­mo ży­wo­ści, prze­bły­sku­ją­cej w czar­nych oczach, sie­dział spo­koj­nie. Za­cie­ka­wił mnie ten wi­dok, usia­dłem na le­żą­cym opo­dal płu­gu i wy­ry­so­wa­łem ową sce­nę bra­ter­skie­go po­świę­ce­nia. Za tło da­łem po­bli­ski płot, bra­mę, szo­py i kil­ka po­ła­ma­nych kół od wo­zu, wszyst­ko tak, jak by­ło w rze­czy­wi­sto­ści. Po upły­wie go­dzi­ny po­wstał cie­ka­wy, do­brze skom­po­no­wa­ny ry­su­nek bez ja­kie­go­kol­wiek do­dat­ku wła­snej fan­ta­zji i to utwier­dzi­ło mnie w po­sta­no­wie­niu trzy­ma­nia się w przy­szło­ści sa­mej tyl­ko na­tu­ry. Ona kry­je naj­więk­sze skar­by i ona sa­ma wy­da­je naj­więk­szych mi­strzów. Moż­na przy­to­czyć wie­le na ko­rzyść me­tod twór­czych, nie­mal to sa­mo, co na po­chwa­łę spo­łecz­nej or­ga­ni­za­cji miesz­czań­skiej. Czło­wiek, po­wo­du­ją­cy się jej za­sa­da­mi, nie wy­two­rzy ni­g­dy cze­goś wstręt­ne­go i złe­go, po­dob­nie jak ten, kto kie­ru­je się pra­wem i wzglę­da­mi do­bro­by­tu, nie sta­nie się ni­g­dy nie­zno­śnym są­sia­dem, ni wy­bit­nym zło­czyń­cą; mi­mo to, co­kol­wiek by ktoś przy­ta­czał, każ­da szko­lar­ska me­to­da26 zni­we­czyć mu­si praw­dzi­we od­czu­cie przy­ro­dy i rze­czy­wi­sty jej wy­raz. Po­wiesz mo­że, że to zbyt ostry sąd, że me­to­da przy­ci­na je­no wil­cze pę­dy i ta­mu­je ich bu­ja­nie?27. Przy­ja­cie­lu, czy mam ci to ob­ja­śnić po­rów­na­niem? Rzecz się tu ma tak, jak z mi­ło­ścią. Ser­ce mło­dzień­ca gar­nie się do dziew­czy­ny, nie od­da­la się od niej ani na chwi­lę w cią­gu dnia, sza­fu­je roz­rzut­nie wszyst­ki­mi swy­mi si­ła­mi, ca­łe bo­gac­two swe wkła­da w to, by dać po­znać, że od­da­ne jest jej bez po­dzia­łu. Na­raz zbli­ża się fi­li­ster, czło­wiek pia­stu­ją­cy urząd pu­blicz­ny i po­wia­da: Mło­dzień­cze, mi­łość, to rzecz ludz­ka, ale win­ni­ście się ko­chać, jak przy­sta­ło lu­dziom se­rio. Mu­sisz po­dzie­lić swój czas, prze­zna­czyć pew­ną ilość go­dzin na pra­cę, a po­rę od­po­czyn­ku mo­żesz po­świę­cić swo­jej uko­cha­nej. Ob­licz swój ma­ją­tek, a z te­go, co ci po­zo­sta­nie od kwo­ty po­trzeb­nej na ży­cie, wol­no ci bę­dzie ku­pić jej po­da­rek, by­le nie zda­rza­ło się to zbyt czę­sto, a więc np. w dniu uro­dzin, imie­nin itp. Je­śli mło­dzie­niec tej ra­dy usłu­cha, to wy­ro­śnie nie­za­wod­nie na uży­tecz­ne­go czło­wie­ka i moż­na by za­le­cić każ­de­mu pa­nu­ją­ce­mu28, by ob­da­rzył go sta­no­wi­skiem w ko­le­gium. Tyl­ko mi­łość je­go prze­sta­nie ist­nieć, a je­śli jest to ar­ty­sta, to prze­padł ja­ko twór­ca. O przy­ja­cie­le dro­dzy! Dla­cze­góż to tak rzad­ko wzbie­ra rwą­cy po­tok ge­niu­szu i w po­dziw wpra­wia du­sze? Oto dla­te­go, że po obu je­go brze­gach roz­sie­dli się moż­ni, spo­koj­ni pa­no­wie, po­sia­da­ją­cy tu swe al­tan­ki, swe grzę­dy tu­li­pa­nów i po­la ka­pu­sty, prze­to chcąc je uchro­nić od szko­dy, za­wcza­su już sta­ra­ją się usu­nąć gro­żą­ce im nie­bez­pie­czeń­stwo przez ta­mo­wa­nie i od­pro­wa­dza­nie wzbu­rzo­nych fal.

27 ma­ja

Po­pa­dłem, wi­dzę, w za­chwyt, przy­po­wie­ści i de­kla­ma­cję i za­po­mnia­łem z te­go po­wo­du opo­wie­dzieć ci do­kład­nie, co się po­tem sta­ło z dzieć­mi. Prze­sie­dzia­łem bli­sko dwie go­dzi­ny na płu­gu, za­to­pio­ny w ma­lar­skie wra­że­nia, któ­re ci we wczo­raj­szym li­ście bar­dzo uryw­ko­wo na­kre­śli­łem. Pod wie­czór zbli­ży­ła się mło­da nie­wia­sta do dzie­ci, któ­re przez ca­ły czas nie ru­szy­ły się z miej­sca. Nio­sła na rę­ku ko­szyk i za­wo­ła­ła z da­la: Fi­li­pie, grzecz­ny chło­piec z cie­bie! – Po­zdro­wi­ła mnie, od­da­łem ukłon, zbli­ży­łem się i spy­ta­łem, czy jest mat­ką tych dzie­ci. Po­twier­dzi­ła to, da­ła star­sze­mu po­ło­wę przy­nie­sio­nej buł­ki, po­tem, pod­nió­sł­szy z zie­mi ma­leń­stwo, uca­ło­wa­ła je z ma­cie­rzyń­ską mi­ło­ścią. Ka­za­łam – po­wie­dzia­ła – Fi­lip­ko­wi pil­no­wać mal­ca, a z naj­star­szym sy­nem uda­łam się do mia­sta po buł­ki, cu­kier i ryn­kę. – Uj­rza­łem to wszyst­ko w ko­szy­ku, z któ­re­go zsu­nę­ła się po­kryw­ka. – Mu­szę me­mu Jaś­ko­wi (ta­kie by­ło imię naj­młod­sze­go) ugo­to­wać na wie­czór zup­ki. Ten, naj­star­szy, la­da­co, stłukł mi wczo­raj ryn­kę, gdy wy­ry­wał ją Fi­lip­ko­wi, chcąc do­stać się do wy­skrob­ków le­miesz­ki29! – Spy­ta­łem o naj­star­sze­go i za­le­d­wie mi zdo­ła­ła po­wie­dzieć, że upę­dza się po łą­ce za gę­sia­mi, gdy nad­biegł w pod­sko­kach, przy­no­sząc młod­sze­mu bra­tu pręt lesz­czy­no­wy. Z roz­mo­wy z mło­dą ko­bie­tą do­wie­dzia­łem się, że jest cór­ką miej­sco­we­go na­uczy­cie­la i że mąż jej udał się do Szwaj­ca­rii w spra­wie spad­ku po krew­nym. Chcia­no go oszu­kać, po­wie­dzia­ła, nie od­po­wia­da­no na je­go li­sty, prze­to po­je­chał sam. – Oby mu się tyl­ko co złe­go nie przy­da­rzy­ło! – do­da­ła. – Nie mam odeń wie­ści! – Z trud­no­ścią przy­szło mi roz­stać się z ową ko­bie­tą. Da­łem obu chłop­com po gro­szu, rów­nież dla mal­ca da­łem grosz mat­ce, by mu przy­nio­sła z mia­sta przy oka­zji buł­kę do po­lew­ki, a po­tem po­że­gna­li­śmy się.

Po­wia­dam ci, mój dro­gi, w chwi­lach, kie­dy uczu­wam za­męt w gło­wie, won­czas cha­os my­śli ła­go­dzi wi­dok ta­kie­go oto stwo­rze­nia, trwa­ją­ce­go w szczę­snym spo­ko­ju, ob­ra­ca­ją­ce­go się w cia­snym krę­gu by­to­wa­nia swe­go, isto­ty ży­ją­cej z dnia na dzień, któ­ra pa­trząc, jak li­ście spa­da­ją, my­śli tyl­ko o tym jed­nym, że zi­ma nad­cho­dzi.

Od te­go dnia by­wam tam czę­sto, dzie­ci przy­wy­kły do mnie. Gdy pi­ję ka­wę, do­sta­ją cu­kru, a wie­czo­rem po tro­chu chle­ba z ma­słem i po odro­bi­nie kwa­śne­go mle­ka. W nie­dzie­lę nie mi­ja ich ni­g­dy obo­wiąz­ko­wy grosz, a na wy­pa­dek, gdy­by mnie nie by­ło wie­czo­rem, po go­dzi­nie mo­dli­twy wła­ści­ciel­ka go­spo­dy ma po­le­ce­nie wy­pła­cić tę na­le­ży­tość.

Spo­ufa­li­ły się ze mną, opo­wia­da­ją mi róż­no­ści, a mnie ba­wi zwłasz­cza ich roz­na­mięt­nie­nie i na­iw­ne ob­ja­wy po­żą­da­nia, gdy zbie­rze się więk­sza gro­mad­ka wiej­skich wi­su­sów30.

Z tru­dem zdo­ła­łem prze­ko­nać mat­kę, że zby­tecz­ne są jej oba­wy, by mia­ły się mnie uprzy­krzyć.

30 ma­ja

To, co ci nie­daw­no pi­sa­łem o ma­lar­stwie, od­no­si się nie­za­wod­nie rów­nież do po­ezji31. Idzie o to, by po­jąć to, co jest do­sko­na­łe i mieć od­wa­gę je wy­po­wie­dzieć. Rzecz to nie­ma­ła, choć po­krót­ce uję­ta. Prze­ży­łem dziś coś, co po pro­stu prze­pi­sa­ne, da­ło­by naj­pięk­niej­szą idyl­lę w świe­cie. Ale czym­że jest po­ezja, sce­ne­ria, idyl­la? Czyż za­wsze mu­si­my sma­ro­wać, prze­ży­wa­jąc coś, co jest prze­ja­wem na­tu­ry?

Za­pew­ne po ta­kim wstę­pie ocze­ku­jesz cze­goś nie­zwy­kłe­go. Nie­ste­ty, za­wie­dziesz się; to ży­we za­in­te­re­so­wa­nie wzbu­dził we mnie zwy­czaj­ny pa­rob­czak wiej­ski. Opo­wiem rzecz, jak za­zwy­czaj, źle, a ty, jak za­zwy­czaj, po­są­dzisz mnie oczy­wi­ście o prze­sa­dę, bo oto znów je­no Wahl­he­im i cią­gle w kół­ko Wahl­he­im, jest wi­dow­nią owych nie­sły­cha­nych i rzad­kich prze­żyć.

Pod li­pa­mi ze­bra­ło się to­wa­rzy­stwo i ra­czy­ło się ka­wą. Po­nie­waż mi nie­zu­peł­nie od­po­wia­da­ło, prze­to pod ja­kimś po­zo­rem po­zo­sta­łem na ubo­czu.

Z po­bli­skie­go do­mu nad­szedł pa­rob­czak i za­czął maj­stro­wać ko­ło płu­ga, któ­ry ry­so­wa­łem nie­daw­no32. Po­do­bał mi się, prze­to za­gad­ną­łem go o to i owo, za­po­zna­li­śmy się szyb­ko, a jak mi się to za­zwy­czaj zda­rza w ob­co­wa­niu z ludź­mi te­go ro­dza­ju, po­zy­ska­łem je­go za­ufa­nie. Po­wie­dział mi, że słu­ży u pew­nej wdo­wy i że mu u niej bar­dzo do­brze. Opo­wia­dał o niej sze­ro­ko i wy­chwa­lał ją w ten spo­sób, że za­uwa­ży­łem nie­ba­wem, iż od­da­ny jej jest du­szą i cia­łem. Mó­wił, że nie jest już mło­dą, do­zna­ła wie­le złe­go ze stro­ny mę­ża i dla­te­go też nie chce wy­cho­dzić po­wtór­nie za mąż. Z opo­wia­da­nia chło­pa­ka prze­bi­ja­ło wy­raź­nie, że jest do­bra, życz­li­wa i mi­ła w obej­ściu, a za­ra­zem po­zna­łem, jak bar­dzo pra­gnie, by go wy­bra­ła, by mu po­zwo­li­ła za­trzeć w jej pa­mię­ci błę­dy i wa­dy pierw­sze­go mał­żon­ka. Mu­siał­bym sło­wo w sło­wo po­wtó­rzyć, co mó­wił, by przed­sta­wić przy­wią­za­nie, mi­łość i wier­ność te­go czło­wie­ka. Mu­siał­bym po­nad­to po­sia­dać ge­niusz naj­więk­sze­go po­ety, by ci uzmy­sło­wić je­go ge­sty, dać po­ję­cie o har­mo­nii gło­su oraz przy­wieść ży­wo przed oczy skry­ty żar je­go spoj­rze­nia. Nie, za­praw­dę, żad­ne sło­wa nie po­tra­fią wy­ra­zić sub­tel­nej de­li­kat­no­ści, prze­pa­ja­ją­cej go i ujaw­nia­ją­cej się w ca­łym za­cho­wa­niu. Wszyst­ko, co mógł­bym o tym po­wie­dzieć, mu­sia­ło­by być pro­stac­kie. Wzru­sza­ła mnie zwłasz­cza oba­wa je­go, bym o sto­sun­ku, ja­ki ich łą­czył, nie my­ślał źle i nie wąt­pił w jej do­bre pro­wa­dze­nie się. Z jak nie­wy­sło­wio­nym za­chwy­tem opo­wia­dał o jej po­sta­ci i cie­le, któ­re na­wet bez wdzię­ku mło­do­ści po­cią­ga­ło go ku so­bie nie­prze­par­cie, mo­gę po­wtó­rzyć so­bie je­no w głę­bi wła­snej du­szy. W tej czy­sto­ści nie wi­dzia­łem w ży­ciu pło­mien­nej żą­dzy i tę­sk­ne­go pra­gnie­nia, co wię­cej, o tak czy­stej ich for­mach nie my­śla­łem i nie ma­rzy­łem do­tąd ni­g­dy. Nie łaj mnie, gdy ci po­wiem, że du­sza mnie pa­li na wspo­mnie­nie owej nie­win­no­ści i praw­dy i że ob­raz tej wier­no­ści i uczu­cia nie scho­dzi mi z my­śli, do te­go stop­nia, iż sam tę­sk­nię i po­żą­dam.

Po­sta­ram się zo­ba­czyć ją jak naj­prę­dzej, a ra­czej po­sta­ram się te­go unik­nąć. Le­piej pa­trzeć mi bę­dzie na nią oczy­ma za­ko­cha­ne­go, bo mo­że oczom mo­im wła­snym uka­za­ła­by się in­ną, niż ją te­raz wi­dzę, a po cóż psuć so­bie pięk­ny ob­raz?

16 czerw­ca

Cze­mu do cie­bie nie pi­szę? – Py­tasz o to, mi­mo że za­li­czasz się prze­cież do uczo­nych? Wszak­że po­wi­nie­neś był od­gad­nąć, że mi mu­si być do­brze… Krót­ko mó­wiąc, za­wią­za­łem pew­ną zna­jo­mość, któ­ra do­ty­czy bli­żej me­go ser­ca. Otóż… cóż mam po­wie­dzieć?

Trud­no mi bę­dzie nad wy­raz opo­wie­dzieć ci w po­rząd­ku, jak się to sta­ło, że po­zna­łem jed­no z naj­mil­szych stwo­rzeń świa­ta. Je­stem za­do­wo­lo­ny i szczę­śli­wy, a za­tem nie mam wca­le za­mia­ru zo­stać hi­sto­ry­kiem.

Je­st­że anio­łem? – Nie, tym mia­nem zo­wie pierw­szy lep­szy swą uwiel­bia­ną! Nie je­stem jed­nak w sta­nie uzmy­sło­wić ci ina­czej jej do­sko­na­ło­ści i nie mo­gę wy­ja­śnić, dla­cze­go jest do­sko­na­łą. Do­syć na tym, że wzię­ła w nie­wo­lę ca­ły mój umysł.

Jak­że jest na­iw­na przy ca­łym swym ro­zu­mie, jak­że do­bra, mi­mo sta­ło­ści cha­rak­te­ru, jak­że spo­koj­ną jest jej du­sza, mi­mo oży­wie­nia i usta­wicz­nej ru­chli­wo­ści!

Wszyst­ko, co o niej pi­szę, to czcza ga­da­ni­na, to sa­me abs­trak­cje, nie­zdol­ne od­dać ni jed­ne­go ry­su jej isto­ty. In­nym ra­zem – nie, nie in­nym ra­zem, te­raz ci mu­szę opo­wie­dzieć wszyst­ko. Gdy­bym za­nie­chał, nie sta­ło­by się to już ni­g­dy. Praw­dę mó­wiąc, od chwi­li roz­po­czę­cia te­go li­stu, już trzy ra­zy mia­łem ocho­tę rzu­cić pió­ro, ka­zać osio­dłać ko­nia i je­chać. Przy­sią­głem so­bie mia­no­wi­cie, że przed po­łu­dniem nie po­ja­dę do niej i oto te­raz, co chwi­la zbli­żam się do okna, by zo­ba­czyć, czy słoń­ce jesz­cze wy­so­ko…

Nie mo­głem się prze­zwy­cię­żyć, mu­sia­łem być u niej. Wró­ci­łem już te­raz, za­bie­ram się do swej skrom­nej wie­cze­rzy i do pi­sa­nia do cie­bie. O, ja­kąż mi to spra­wia roz­kosz pa­trzeć na nią, krzą­ta­ją­cą się po­śród mi­łych, żwa­wych dzie­cia­ków, po­śród ośmior­ga ro­dzeń­stwa, ja­kie po­sia­da!…

Czu­ję, że nie do­wiesz się ni­cze­go, je­śli bę­dę w ten spo­sób pi­sał da­lej. Słu­chaj te­dy, zmu­szę się bo­wiem wnik­nąć we wszyst­kie szcze­gó­ły.

Pi­sa­łem ci już, że po­zna­łem ko­mi­sa­rza S. i do­no­si­łem, iż pro­sił mnie, bym go od­wie­dził nie­dłu­go w je­go pu­stel­ni, czy­li ra­czej w je­go ma­łym kró­le­stwie. Za­nie­dba­łem uczy­nić te­go i pew­nie ni­g­dy nie był­bym się tam po­ka­zał, gdy­by przy­pa­dek nie od­krył mi skar­bu, ja­ki się kry­je w owym za­kąt­ku.

Mło­dzież miej­sco­wa urzą­dzi­ła za­ba­wę wiej­ską, za­pro­szo­no mnie, a ja zgo­dzi­łem się ochot­nie wziąć udział. Dan­ser­ką33 mo­ją zo­sta­ła pew­na ład­na, prze­cięt­na zresz­tą pa­nien­ka tu­tej­sza i po­sta­no­wi­li­śmy, że weź­mie­my po­wóz i po­je­dzie­my ra­zem z ku­zyn­ką mej da­my na miej­sce za­ba­wy, za­bie­ra­jąc po dro­dze Ka­ro­li­nę34