Cierń - Alicja Grzegorzewska - ebook
Opis

Cierń jest debiutem literackim Alicji Grzegorzewskiej lekarza, naukowca i dydaktyka.

Ukazuje zmianę układów międzyludzkich w szpitalu resortowym po objęciu stanowiska dyrektora szpitala przez menedżera firmy farmaceutycznej. Ordynator oddziału nefrologii, dotychczas akceptowana przez kierownictwo szpitala, staje się niewygodna dla nowego dyrektora. Rozdźwięk pomiędzy świadomością zła oraz dążeniem do ukazania prawdy i zachowania czystości sumienia a pragnieniem utrzymania pozycji zawodowej, zaspokojenia żądzy władzy i osiągnięcia stabilizacji życiowej, jest udziałem w różnym wymiarze zarówno ordynator, jak i dyrektora.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 335

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Alicja Grzegorzewska
Cierń
© Copyright by Alicja Grzegorzewska 2005
ISBN 978-83-7564-286-5
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl
Publikacja chroniona prawem autorskim.Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Pięć szpitali klinicznych, wojewódzki i resortowy – mówiono „Miasto Siedmiu Szpitali”, choć naprawdę było ich jeszcze więcej. Wszystkie borykały się z problemami finansowymi, o których wiedziało całe miasto. We wszystkich rodziły się radości i tragedie, które znali nieliczni.

W listopadowy wtorek Bogna Andrzejewska przyjechała do szpitala resortowego jak zwykle przed godziną siódmą. Szła do głównego wejścia alejką obsadzoną po obu stronach krzakami forsycji. W nagich gałązkach zawiesił się gdzieniegdzie brązowy liść dębu, przyniesiony przez wiatr. Bogna strącała te nieproszone liście. Patrzyła, jak opadają pod krzewy albo na chodnik. Będą wymiecione przez służby porządkowe szpitala, a z krzewów nikt by ich nie ruszył.

Po wejściu do swego gabinetu Bogna położyła torebkę i laptop na szafce pod wieszakiem. Nie zdejmując płaszcza podeszła do telefonu i poprosiła, aby przyszła do niej oddziałowa z raportem z popołudniowego i nocnego dyżuru poniedziałkowego. Teraz dopiero przebrała się w fartuch lekarski. Hania Nowak przedstawiła zapiski pielęgniarskie. Bogna zawsze chciała mieć podstawowe wiadomości o sytuacji w oddziale przed przyjściem do pracy lekarzy odcinkowych. Po przekazaniu informacji o chorych Hania zwykle opuszczała gabinet ordynatorski, ale dziś zatrzymała się w drzwiach i zapytała, tłumiąc podniecenie:

– Czy słyszała pani profesor, że naszą panią dyrektor odwołano ze stanowiska?

Bogna krótko zaprzeczyła, a Hania kontynuowała:

– Wczoraj wieczorem pani dyrektor Orgańska była w szpitalu. Spotkała się z kilkoma ordynatorami i poinformowała ich, że musi odejść.

Bogna ceniła Hanię za jej sumienną pracę. Czasem rozmawiały nie tylko o sprawach służbowych. Wspólne omawianie stanu zdrowia, a często także życiowych problemów niektórych chorych, niespodziewanie kończyło się wymienianiem uwag o różnych postawach ludzi względem siebie i obowiązków zawodowych. Dziś jednak Bogna nie kontynuowała rozmowy. Nie dała po sobie poznać, że wiadomość o ewentualnym odejściu dyrektor Bożeny Orgańskiej zastanowiła ją i poruszyła. Próbowała przypomnieć sobie, czy coś wcześniej mogło wskazywać, że dyrektorka będzie odwołana, i czy inni ordynatorzy byli tak samo zaskoczeni jak ona. Jedno drobne zdarzenie przemawiało za tym, że Adam Fila mógł się tego domyślać lub był wcześniej poinformowany.

Bogna zamierzała uzyskać zezwolenie rektora akademii medycznej na prowadzenie zajęć dydaktycznych w szpitalu resortowym, ale musiała najpierw mieć taką zgodę od dyrektor Orgańskiej. Adam był docentem w akademii i miał już zajęcia ze studentami w szpitalu resortowym, w którym przez ponad dziesięć lat pracował jako ordynator oddziału anestezjologii i intensywnej terapii. Gdy Orgańska została dyrektorem naczelnym, uczyniła Adama swoim zastępcą do spraw medycznych. Bogna objęła funkcję ordynatora oddziału nefrologii ze stacją dializ rok temu, pozostając także nadal pracownikiem akademii. Zależało jej na wypełnianiu zadań dydaktycznych. Na pytanie Bogny, czy bez trudności uzyskał pozwolenie dyrektor Orgańskiej, Adam odpowiedział twierdząco, ale dodał:

– Teraz nie proś, poczekaj jeszcze trochę. Bożena ma naprawdę dużo problemów. Uwierz mi, Bogno, teraz nie będzie chciała się tym zajmować.

W pierwszej chwili Bogna pomyślała, że Adam jest niechętny, aby także ona prowadziła zajęcia ze studentami, ale nie chcąc obciążać dyrektorki nową sprawą, postanowiła zaczekać na dogodną chwilę, która przecież sama mogła się nadarzyć.

W szpitalu mówiono, że dyrektor Bożena i ordynator Bogna rozumieją się i wspierają, ale nigdy dotąd nie było sytuacji, która pokazałaby, jak głębokie są osobiste więzi między nimi.

– Nie zatelefonowała, żeby i ze mną się spotkać. Widocznie inni ordynatorzy są jej bliżsi – pomyślała Bogna z pewnym żalem. – Musiała podejrzewać, że ją odwołają, a nic mi nie powiedziała. Ceni mnie tylko jako fachowca.

Dyrektor Bożena Orgańska nie kierowała się jednak osobistą sympatią do ordynatorów, gdy zapraszała ich na ostatnie oficjalne spotkanie. Kilku ordynatorom kończyła się umowa o pracę. Orgańska chciała im tę umowę przedłużyć. Ordynatorzy w szpitalu resortowym nie byli dotychczas wybierani w drodze konkursu, lecz zatrudniani przez dyrektora na różnie długi czas. Tylko ostatnio zatrudnieni ordynatorzy, a wśród nich Bogna, mieli umowę na czas nieokreślony. Uczestnicząca w spotkaniu kadrowa z dużą gorliwością przygotowywała nowe umowy, podkreślając troskę pani dyrektor o pracowników i życząc ordynatorom dalszej owocnej pracy.

Ordynatorzy oczekiwali w milczeniu na przybycie dyrektor Orgańskiej na ostatnią ranną odprawę, którą miała prowadzić z racji zajmowanego do wczoraj stanowiska. Pożegnalną mowę przygotował Kazimierz Barczyński, który uchodził za najbardziej elokwentnego z ordynatorów. Natura nie wyposażyła go w walory urody fizycznej: był krępej budowy, oczy miał bladoniebieskie, wyłupiaste, rudawe włosy były już mocno przerzedzone. Kazimierz był natomiast duszą spotkań towarzyskich. Czuł się zawsze swobodnie, umiał zabawiać towarzystwo, prawić komplementy. Wykorzystywał wszelkie okazje, aby składać życzenia zwierzchnikom i obdarowywać ich butelkami ekskluzywnych alkoholi, które najczęściej otrzymywał od wdzięcznych pacjentek oddziału ginekologii. W stosunku do innych ordynatorów potrafił się czasem zachować w sposób nieprzewidywalny, ale potem wylewnie przepraszał.

Kazimierz zwykle zajmował miejsce w ostatnim rzędzie krzeseł, dziś jednak zasiadł w pierwszym. Trzymając na kolanach duży bukiet czerwonych róż, przypominał sobie, jak pierwszy dyrektor szpitala, Kajetan Słomiński, zwalniany był z dyrektorskiego stanowiska. Słomiński rozgłaszał, że dostał faks z ministerstwa, zawiadamiający, że już nie jest dyrektorem.

– Tak się zwalnia dyrektorów. Od razu, znienacka, żeby nie zdążyli poczynić niekorzystnych posunięć dla jednostki, a przede wszystkim dla następców – komentowali niektórzy pracownicy i przyznawali, że jest to słuszne. Inni twierdzili, że to okrutne z punktu widzenia zwalnianego człowieka. Większość jednak była pewna, że pozbawieni pracy decydenci szybko znajdą nowe dobre stanowiska i znów będą przydatni władzy.

Dyrektor Orgańska bez żadnego komentarza poinformowała ordynatorów, że została wczoraj odwołana ze stanowiska dyrektora naczelnego szpitala i jeszcze dziś jej obowiązki przejmie nowy dyrektor, który prosi, aby wszyscy ordynatorzy zebrali się ponownie w sali konferencyjnej o godzinie jedenastej. Po tym oficjalnym komunikacie podziękowała zebranym za współpracę. Wtedy podniósł się z krzesła Kazimierz i podszedł do Bożeny z kwiatami. Wszyscy wstali. Kazimierz we wzruszających słowach mówił o kawałku wspólnie przeżytego czasu, który pozostanie w pamięci jako nacechowany ludzką życzliwością i wzajemnym zrozumieniem mimo trudności, na jakie napotykają szpitale w codziennym działaniu. Orgańska jeszcze raz podziękowała wszystkim za wspólną pracę. Teraz dopiero głos jej drżał, a z oczu płynęły łzy. Wychodząc z sali konferencyjnej, Bożena musiała przejść obok wszystkich rzędów krzeseł, w których obecnie stali ordynatorzy, żegnając ją oklaskami. Ucichły dopiero wtedy, gdy Bożena znalazła się w korytarzu szpitalnym.

Orgańska miała trzyletnią umowę o pracę na stanowisku dyrektora naczelnego. Do końca umowy brakowały trzy miesiące. Nie tylko nie zdołała poprawić sytuacji ekonomicznej szpitala, ale zadłużenie wzrosło podczas jej kadencji o kolejny milion.

Szansę na poprawę wyników ekonomicznych szpitala Orgańska widziała w zwiększeniu liczby kontraktowanych świadczeń i w rozwoju usług wysokospecjalistycznych. Nie narzucała ograniczeń w przyjęciach do szpitala, choć prowadziło to do przekraczania limitów kontraktowych. „Nadwykonania” miały być argumentem w negocjacjach z kasą chorych, przemawiającym za tym, że szpital potrzebuje większych funduszów, bo chętnie wybierają go pacjenci jako miejsce swego leczenia. Niestety, część „nadwykonań” pozostała niezapłacona, a wzrost liczby kontraktowanych świadczeń był niewystarczający, aby przyjmować chorych bez ograniczeń.

Rozwój usług wysokospecjalistycznych także natrafiał na trudności. W mieście powstała prywatna stacja dializ, która szybko uzyskała pieniądze z kasy chorych na wykonywanie zabiegów. Jej kierownikiem została Urszula Zawiejska, pracująca w szpitalu resortowym od ponad trzydziestu lat. Była w tym szpitalu jedynym nefrologiem. Jej odejście pozbawiało szpital specjalisty, a także znacznej części wyszkolonego personelu pielęgniarskiego stacji oraz ponad połowy chorych leczonych hemodializami. Wtedy, po konsultacji z rektorem akademii medycznej i po kilku rozmowach z Bogną, Orgańska zatrudniła ją na stanowisku ordynatora nowo utworzonego oddziału nefrologii ze stacją dializ.

Ordynatorzy wychodzili w milczeniu z sali konferencyjnej. Zastanawiali się, czy postępujące zadłużanie się szpitala było jedynym powodem zwolnienia dyrektorki. W innych szpitalach sytuacja ekonomiczna nie była lepsza, często nawet gorsza, a dyrektorów nie odwoływano.

Nikt, także Adam Fila, nie przyznawał się, że wie, kto będzie nowym dyrektorem. Nastrój oczekiwania udzielał się wszystkim, choć starali się go przytłumić gorliwszym niż zwykle wypełnianiem codziennych obowiązków zawodowych. Po załatwieniu najpilniejszych spraw niewiele czasu pozostało do spotkania z nowym dyrektorem. Bogna zrobiła sobie kawę i myślała o Orgańskiej. Pracowały razem tylko rok. Współpraca układała się pomyślnie. Bogna nie uczestniczyła we wczorajszym spotkaniu, co w jej przekonaniu było pominięciem, ale pamiętała, że dwukrotnie dyrektorka wyróżniła ją spośród pozostałych ordynatorów: jako jedyną zabrała ją ze sobą na spotkanie w ministerstwie zdrowia, a z dwoma innymi ordynatorami – na imieniny do dyrektora kasy chorych. Bogna nigdy nie dała Orgańskiej do zrozumienia, że ceni sobie to, iż właśnie ją wyróżniła. Nie dziękowała, choć czuła wdzięczność. Dziś zdecydowała, że nie poprzestanie na oficjalnym pożegnaniu, lecz pójdzie do dyrektor Orgańskiej, aby powiedzieć jej kilka słów od siebie.

Oddział nefrologii ze stacją dializ znajdował się na szóstym piętrze, a dyrekcja – na pierwszym. Czekając na windę, Bogna przypomniała sobie pełne goryczy słowa Uli Zawiejskiej, gdy spotkały się w kierowanej przez nią pierwszej niepublicznej stacji dializ w regionie:

– Pracowałam w szpitalu resortowym prawie trzydzieści pięć lat za marne grosze, ostatnio jako starszy asystent. Nie awansowano mnie nawet na zastępcę ordynatora, choć lekarzy, którzy w tym szpitalu mają drugi stopień specjalizacji i jeszcze podspecjalizację, jest naprawdę tylko kilku. Nikogo nie powinno dziwić, że przed emeryturą chcę godziwie zarabiać, a może nawet uda mi się pracować w tej stacji po osiągnięciu wieku emerytalnego. Powiedziałam dyrektorce po ludzku o tym wszystkim. Stwierdziła, że mogę zrobić, jak chcę, ale gdy przyniosłam prośbę o rozwiązanie umowy o pracę, nie przyjęła mnie, tylko skierowała do kadrowej. Myślę, że po tylu latach pracy mogła przynajmniej wypić ze mną kawę.

Bogna przyznawała Uli rację. Wspomnienie to osłabiło pozytywne odczucia, z którymi kierowała się do Orgańskiej, ale nie zrezygnowała z zamiaru pożegnania się i gdy nadjechała winda, wsiadła do niej bez wahania. Windą zjeżdżał już Walerian Chojnik, który był ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych i kardiologii. Wiedział już, kto będzie nowym dyrektorem. Na widok Bogny pomyślał:

– Postaram się, aby dyrektor utarł nosa tej profesorce.

Pożegnanie Bogny z Orgańską odbyło się prawie bez słów, choć miało być ich kilka. Uścisnęły się i pocałowały. Bogna zapamiętała, że nie czuła w tych gestach żadnej sztuczności.

Nowy dyrektor przyjechał do szpitala wraz z urzędniczką z ministerstwa. Przejął natychmiast tajne dokumenty, nie przyjął rezygnacji Adama Fili ze stanowiska zastępcy do spraw medycznych i oświadczył, że do czasu opuszczenia gabinetu przez Bożenę Orgańską będzie urzędował z zastępcą w jednym pokoju.

– Ma pani tyle czasu na wyprowadzenie się, ile pani potrzebuje – powiedział do Orgańskiej.

O jedenastej nowy dyrektor, urzędniczka z ministerstwa i Adam Fila wkroczyli do sali konferencyjnej, w której oprócz ordynatorów byli także przedstawiciele administracji szpitala oraz pielęgniarki oddziałowe. Głos zabrała urzędniczka z ministerstwa:

– Przedstawiam państwu pana doktora Zenobiusza Wertykowskiego, który będzie pełnił obowiązki dyrektora tego szpitala – przytoczyła numer i datę odpowiednich rozporządzeń.

Dyrektor okazał się człowiekiem miejscowym. Pracował po studiach lekarskich w zakładzie anatomopatologii akademii medycznej, ale nie uzyskał stopnia naukowego doktora. Z tego powodu musiał opuścić mury uczelni. Pracował potem w kilku firmach farmaceutycznych, osiągając sukcesy w promocji leków. Awansował do władz firmy, mających siedzibę w stolicy.

Niektórzy ordynatorzy znali nowego dyrektora. Jarosław Maruszewski od razu rozpoznał w nim krewnego Kajetana Słomińskiego, który piastował stanowisko dyrektora szpitala resortowego około trzydziestu lat. Po maturze Zenobiusz został zatrudniony przez wuja jako salowy w oddziale urologii, gdyż nie zdał egzaminu na studia medyczne. Miał dzięki tej pracy uzyskać dodatkowe punkty na egzaminie w następnym roku. Wtedy rozpoczęły się nieporozumienia ordynatora z dyrektorem. Zenobiusz prawie nie przychodził do pracy, a dostawał pieniądze jak inni salowi. Jarosław był temu przeciwny. Dyrektor mówił, że umiejętności salowego prawdopodobnie nie będą Zenowi nigdy potrzebne, a teraz musi się uczyć, aby zdać lepiej egzamin w przyszłym roku.

– Gdyby miał wąsy, mógłby grać Hitlera – szepnął Maruszewski do Bogny, wskazując na dyrektora.

Wertykowski nie skończył jeszcze czterdziestu lat, ale wyglądał poważniej. Wyraz oczu kryły okulary w czarnych grubych oprawkach. Tym, co dodawało mu lat, były nie tylko przerzedzone, choć nadal ciemne włosy i nadmierna masa ciała, zaokrąglająca sylwetkę, ale także, a może przede wszystkim, surowość rysów i skąpa mimika.

– Nie… Ma znacznie delikatniejsze rysy twarzy, choć jest w nich coś ostrego…

– Żartowałem.

– Wiem. Cechy charakteru czynią ludzi podobnymi, nie wygląd.

Walerian Chojnik z trudem krył zadowolenie. Nowego dyrektora znał od kilku lat. Przed objęciem funkcji ordynatora w szpitalu resortowym Walerian był starszym asystentem w klinice kardiologii akademii medycznej. Zenobiusz jako pracownik firmy farmaceutycznej promował tam leki nasercowe, których darmowe próbki Walerian podawał chorym leczonym w klinice, a następnie przepisywał do leczenia domowego.

Jan Skrzypczak kontaktował się w przeszłości z obecnym dyrektorem w związku z pełnieniem funkcji kierownika apteki. Mówili sobie po imieniu, choć Jan był starszy o prawie dwadzieścia pięć lat. Z propozycją bruderszaftu wystąpił Wertykowski, gdy promował leki w aptece. Jan zawsze uzgadniał zakup tych leków z ówczesnym dyrektorem, wujem Zenobiusza.

Adam Fila poznał obecnego dyrektora, gdy jeszcze pracował on w zakładzie anatomopatologii i wykonywał sekcje zwłok chorych zmarłych w szpitalu, w którym wtedy Adam był zatrudniony. Zbliżyła ich wspólna dolegliwość – uczulenie na lateks, ale nie zaprzyjaźnili się nigdy.

Profesor Żabiński, gdy zobaczył dyrektora, odniósł wrażenie, że go gdzieś widział, ale nie mógł zlokalizować miejsca ani ustalić okoliczności.

Orgańska opuściła szpital, zanim skończyła się odprawa z nowym dyrektorem, choć pozostało jej jeszcze wiele pracy. Przeglądała bowiem wszystkie dokumenty, segregowała je tematycznie, niszczyła niektóre pisma, a inne przekazywała sekretarce do oddania pracownikom, których dotyczyły. Po wyjściu Orgańskiej Wertykowski wraz z urzędniczką z ministerstwa wszedł do gabinetu byłej dyrektorki. Odtąd był to jego gabinet.

Jeszcze tego samego dnia do sekretarki zgłosiła się kadrowa z prośbą o rozmowę z dyrektorem. Wertykowski przyjął ją od razu.

– Panie dyrektorze, muszę powiadomić, co wydarzyło się wczoraj wieczorem, bo nie wiem, czy to, co zaszło, jest zgodne z prawem.

Opowiedziała dyrektorowi o spotkaniu Orgańskiej z ordynatorami i podpisaniu nowych umów o pracę. Dyrektor czuł, jak wzbiera w nim gniew.

– Dziękuję pani – powiedział krótko i otworzył przed nią drzwi gabinetu.

Następnego dnia Orgańska znów porządkowała dokumenty w gabinecie dyrektora. Była przepełniona goryczą. Nie wykonała makijażu, uczesała się mniej starannie niż zwykle. Rozpamiętywała, co zaszło. Kilka miesięcy temu, po zmianie rządu, rada społeczna szpitala także wymieniła częściowo swój skład. Przede wszystkim zmienił się przewodniczący rady. Został nim Artur Bronin, poseł lewicy. Orgańska należała do partii centroprawicowej. Współpraca z Broninem nie układała się, choć na zebraniach rady nie dyskutowano nigdy o sprawach politycznych.

– Nieważne, do jakiej kto należy partii. Ważne, aby dla nas pracował – zwykł mawiać Bronin. Znaczenia wyrażenia „praca dla nas” nie precyzował.

Orgańska wiedziała, że o Wertykowskim mówi się „człowiek Bronina”. Nowy dyrektor przyjaźnił się także z innym członkiem rady społecznej – naczelnikiem miejscowego więzienia. Nie ulegało również wątpliwości, że ma on poparcie swego wuja, wpływowego Kajetana Słomińskiego, który regularnie spotykał się z długoletnimi pracownikami szpitala i z kilkoma zapoznał Zenobiusza. W kasie chorych, której dyrektorem był Słomiński po zwolnieniu go ze stanowiska dyrektora szpitala, pracowała żona Zenobiusza. Na polecenie Słomińskiego Aleksandra Wertykowska przeprowadzała kontrolę poradni szpitalnych, gdy Orgańska była dyrektorem. To wspomnienie szczególnie dziś zabolało Bożenę. Wertykowska pracowała spokojnie, powoli i systematycznie. Około godziny przed końcem pracy przyjeżdżał po nią Zenobiusz. Chodził po całym szpitalu. Rozmawiał głównie z kadrową, kierownikiem działu technicznego Markiem Poradzym i Walerianem Chojnikiem.

– Mąż tu kiedyś pracował i czekając na mnie odświeża znajomości – wyjaśniała Wertykowska.

– Każdy może przebywać w szpitalu, jeśli nie narusza regulaminu – mówiła Orgańska pracownikom, którzy zwracali jej uwagę na częste wizyty Wertykowskiego. – Oni mieszkają za miastem i jeżdżą razem do domu. Nie ma powodu im tego utrudniać.

Rozmyślania Bożeny przerwał dyrektor, wchodząc bez pukania do gabinetu.

– Umowy o pracę, podpisane przez panią z kilkoma ordynatorami, są nielegalne.

– Do północy miałam prawo wydawania decyzji.

– Niech pani nie będzie śmieszna. Jeśli ordynatorzy będą się upierać przy ważności tych umów, spotkamy się w sądzie – zagroził, a wychodząc z gabinetu, dodał: – Długo jeszcze będzie się pani wyprowadzała?

Polecił sekretarce, aby poprosiła ordynatorów, którym Orgańska przedłużyła umowę o pracę, o przyjście do jego gabinetu.

– Panowie – zwrócił się dyrektor do ordynatorów – wasze ostatnio podpisane umowy o pracę są nieważne. Wkrótce zostaną ogłoszone konkursy na stanowiska ordynatorów. Do tego czasu będziecie pełnić swoje funkcje, potem tylko w przypadku wygrania konkursu. Obecnie zostaną z wami podpisane takie właśnie umowy.

Głos zabrał tylko profesor Henryk Żabiński, będący od wielu lat ordynatorem oddziału chirurgii ogólnej:

– Poradzimy się prawnika, czy taka decyzja jest poprawna. Mamy już przecież podpisane umowy, rozgrywki na szczeblu dyrektorskim nas nie interesują.

– Dyrektor Orgańska przedłużyła panom umowy już po otrzymaniu dymisji, więc nie miała prawa decydować w tej sprawie. Są świadkowie, którzy potwierdzą, że podpisywanie umów miało miejsce, gdy nie była już dyrektorem.

Ordynatorzy podpisali nowe umowy. Tylko umowa z Kazimierzem Barczyńskim była inna. On jeden zgłosił się na indywidualną rozmowę do dyrektora.

– Wiele lat życia poświęciłem temu szpitalowi. Zawsze dobrze współpracowałem z dyrekcją. Nie odwróciłem się od dyrektora Słomińskiego, gdy został odwołany ze swego stanowiska. Mam już wiek emerytalny, ale chciałbym jeszcze popracować dwa lata, bo mam ważne zobowiązania finansowe i trudno byłoby mi z nich wywiązać się z emerytury.

Zenobiusz po konsultacji z wujem Kajetanem przychylił się do prośby Kazimierza. Konkurs na stanowisko ordynatora oddziału ginekologii odbędzie się jako ostatni, a więc za dwa lata.

Wertykowski uważał, że dyrektor nie musi codziennie spotykać się z ordynatorami, jak to czyniła Orgańska. Zdecydował, że odprawy będą się odbywać w każdą środę, a raz w miesiącu mają w nich uczestniczyć jak dotychczas także przedstawiciele administracji i pielęgniarki oddziałowe. Pierwsze trzy odprawy prowadził Adam Fila, a nowy dyrektor siedział obok niego przy stole prezydialnym i nie zabierał głosu. Obserwował ludzi i ich reakcje. Wywnioskował, że pracownicy szpitala na ogół nie wypowiadają się w otwartej dyskusji. Zwyczajem było indywidualne umawianie się z dyrektorem, aby uzyskać zmianę niekorzystnego zarządzenia lub odpowiedzieć na publiczny zarzut.

Pierwsza odprawa, którą prowadził naczelny dyrektor, trwała niecały kwadrans. Wertykowski zapowiedział ścisłe kontrolowanie wydatków, redukcję etatów i indywidualne rozmowy z ordynatorami. Nie będzie wolno chodzić po całym sekretariacie. W jednej trzeciej odległości od drzwi zostanie zamontowana przegroda wysokości stu trzydziestu centymetrów, która oddzieli biurko sekretarki od reszty pokoju.

Przez kolejne dni Wertykowski rozmawiał z ordynatorami o potrzebie zmniejszenia wydatków na leki, środki opatrunkowe i badania diagnostyczne. Spotkania odbywały się w gabinecie dyrektora, jedynie z Kazimierzem umówił się w jego gabinecie na rozmowę przy herbacie.

Bogna przygotowywała się do pierwszej rozmowy z dyrektorem. Chciała mu powiedzieć, jak dotychczas starała się o rozwój jednostki nefrologicznej, jakie ma dalsze plany, a nawet marzenia, związane z pracą w szpitalu. Gdy nadszedł dzień rozmowy, miała już opracowany mały program komputerowy dla chorego na nerki, który łączył opiekę ambulatoryjną, szpitalną i dializacyjną, oszczędzając czas lekarza i zapobiegając zbędnemu powtarzaniu niektórych badań. Ciekawa była, co powie dyrektor i jakie on ma pomysły i życzenia odnośnie pracy oddziału.

– Zwróciła się pani w piśmie do dyrektor Orgańskiej z prośbą o kompleksowe rozliczanie rachunków telefonicznych jednostki nefrologicznej – rozpoczął dyrektor pierwszą rozmowę, a Bogna przypominała sobie treść tego pisma. Co dwa miesiące podobne prośby kierowała do dyrektorki i zawsze otrzymywała pozytywną decyzję. Na ostatnie pismo Orgańska już nie odpowiedziała. – Pani przyznano więcej impulsów do wykorzystania niż innym ordynatorom, a jeszcze to nie wystarcza i jeśli z innego telefonu w pani oddziale nie telefonowano tak dużo, to pani chce to niewykonanie wykorzystać dla swego telefonu. – Dyrektor mówił coraz głośniej i był coraz bardziej zirytowany. – Otóż, przyznanych impulsów nie ma obowiązku wykorzystać i żadnego łączenia impulsów nie będzie.

Temat pierwszej rozmowy, a zwłaszcza sposób, w jaki dyrektor ją rozpoczął, mocno dotknął Bognę.

Nie mogę dać się poniżać, muszę zachować godność, żeby mieć szacunek do siebie, bo to jedno, co człowiek może posiadać, nawet gdyby już nie miał nic – myśl ta pozwoliła Bognie opanować negatywne odczucia. Spokojnie wyjaśniała mimo przepełniającej ją goryczy:

– W naszym oddziale tylko z mojego telefonu można dzwonić poza najbliższy region i łączyć się z telefonem komórkowym. Często kontaktujemy się z instytutem transplantologii w stolicy, wielu naszych chorych leczonych dializą otrzewnową zamieszkuje w innych województwach według dawnego podziału administracyjnego i możemy do nich telefonować tylko z mojego gabinetu. Oznacza to, że nie tylko ja korzystam z tego telefonu. Rozdział impulsów nastąpił rok temu w momencie powstania oddziału. Praktyka pokazała, że należy go zweryfikować. Wtedy nie będzie potrzeby przenoszenia impulsów.

– Proszę pani – prawie krzyknął dyrektor – uwzględnię pani prośbę, ale będzie to ostatni raz. Od przyszłego miesiąca zmniejszam też pani limit impulsów na telefon komórkowy i nie wolno pani korzystać z faksu w sekretariacie. Powinna pani mieć swój faks.

– Czy to znaczy, że chce pan zakupić faks dla oddziału nefrologii?

– Dostanie pani tyle impulsów, ile mają inni ordynatorzy – kontynuował dyrektor podniesionym głosem, nie zwracając uwagi na pytanie Bogny. – Nie będzie żadnych wyjątków, wszyscy równo – zakończył ostrym tonem.

– Wszyscy jednak nie są równi. Nawet na tych samych stanowiskach mają nieco odmienne zadania i obowiązki, czego przykładem jest zgłaszanie do zabiegów przeszczepiania narządów. Nasi kardiolodzy nie zgłaszają chorych do przeszczepów serca, my zgłaszamy do transplantacji nerki i trzustki. Przykładów można mnożyć więcej. Czy pan ma takie same obowiązki zawodowe jak dyrektorzy innych szpitali?

Bogna wiedziała, że odpowiedź nie może być twierdząca. Przepełniał ją gniew pomieszany z żalem. Dyrektor milczał. Bogna po chwili dodała, nadal zachowując spokój:

– Nie prowadzę prywatnych rozmów z telefonu służbowego, ale czasem telefonuję i używam faksu w związku z obowiązkami zawodowymi niezwiązanymi z pracą w tym szpitalu. Rozumiem, że jako dyrektor może pan zarządzić, co uzna pan za słuszne, ale nie ma wytłumaczenia dla tonu, jaki przyjmuje pan, zwracając się do mnie. Wszystko, co pan powiedział, można było oznajmić bez podnoszenia głosu.

– Przepraszam.

Bogna nie spodziewała się tego słowa, wypowiedzianego tak bezpośrednio i zwyczajnie po uprzednim wybuchu złości. Od razu opuścił ją tłumiony gniew, ale pozostało uczucie żalu. Nie mogła dać się poznać jako organizator pracy oddziału, ani też nie dowiedziała się, czego oczekuje dyrektor od jednostki nefrologicznej.

Za dużo sobie obiecywałam po tej wizycie. Muszę poczekać na następną rozmowę – radziła sobie, ale już nie odczuwała takiego spokoju, czy nawet radości, jak wtedy, gdy przychodziła do pracy i strząsała liście z krzewów forsycji.

Kilka miesięcy temu Bogna została konsultantem wojewódzkim w swojej dziedzinie zawodowej i starała się aktywnie i twórczo wypełniać to zadanie. Bożena Orgańska była dumna, że ma jeszcze jednego konsultanta w swoim szpitalu. Przypisywała sobie zasługę w powołaniu Bogny do pełnienia tej funkcji, gdyż wypowiadała się pozytywnie w różnych urzędach o profesjonalizmie Bogny i jej sumiennej pracy w szpitalu. Nie utrudniała jej korzystania z telefonu i faksu do wykonywania zadań konsultanckich i akademickich, ale także przestrzegała limitów impulsów, jednak w odniesieniu do całej jednostki nefrologicznej.

– Nie zbiednieję przez płacenie tych kilkudziesięciu złotych, a o własny faks muszę się postarać – zdecydowała Bogna.

Po objęciu przez Andrzejewską funkcji ordynatora dwie firmy farmaceutyczne obiecały jej pomoc w podniesieniu standardu nowego miejsca pracy. Postanowiła zgłosić się do tych firm dopiero wtedy, gdy będzie miała potrzebę, której nie spełni dyrekcja szpitala. Jedna z firm urządziła Bognie gabinet, zapewniając wydzielone miejsce pracy dla doktorantki. Druga firma otrzymała obecnie zadanie zakupienia sprzętu komputerowego wraz z faksem.

W szpitalu szybko rozeszła się wieść, że dyrektor „nie lubi nefrologii”, a pierwszym tego objawem jest zmniejszenie limitu impulsów telefonicznych dla pani ordynator.

Rozmowy dyrektora z niektórymi ordynatorami i pracownikami administracji zahaczały o Bognę. Ludzie jej nie znali. Po imieniu była tylko z Adamem Filą. Z pracownikami innych oddziałów kontaktowała się zwykle w przypadkach konsultacji specjalistycznych i problemów organizacyjnych. Nie zdarzało się to często.

– Dyrektor Orgańska spełniała wszystkie jej żądania – relacjonował Walerian Chojnik. – Z mojego oddziału oddała dziewięć łóżek na nefrologię, a potem jeszcze trzy, bo powstała druga sala dializ. Mój gabinet został przeniesiony piętro wyżej, choć chciałem pracować w pobliżu sali intensywnej opieki kardiologicznej. Dostała też salę do dializ otrzewnowych kosztem stomatologii oraz oddzielne gabinety dla lekarza i rejestratorki poradni nefrologicznej, to kosztem pracowni pulmonologicznej. Duże pieniądze poszły na przygotowanie drugiej sali do dializoterapii, kupiono też nową sztuczną nerkę z pieniędzy przeznaczonych na oddział ratunkowy. Wywalczyła kupno ssaka dla swoich chorych. I to wszystko otrzymała w ciągu jednego roku pracy.

– Firma wyremontowała jej pokój – mówił Marek Poradzy. – My zrobilibyśmy to samo dużo taniej, a równie dobrze.

Od pierwszego spotkania z Chojnikiem Bogna czuła jego niechęć. Było to podczas prezentowania jej oddziału nefrologii i stacji dializ przez dyrektor Orgańską i Adama Filę. Chojnik wraz z oddziałową Elżbietą Augustyniak stał nieporuszony przy pulpicie pielęgniarskim, którego połowa miała teraz należeć do oddziału nefrologii. Lekko skinął głową, gdy Orgańska przedstawiła go Bognie.

– Na pewno będziemy współpracować, gdyż chorzy na nerki mają wiele problemów kardiologicznych i najczęściej umierają z powodu choroby serca. Chciałabym móc korzystać z pana doświadczenia kardiologicznego – Chojnik nie odpowiedział.

Po skończonej prezentacji Bogna zwierzyła się Adamowi:

– Ordynator Chojnik nie jest chyba mi życzliwy. Ma pewnie żal, że stracił łóżka szpitalne, stację dializ i jednego lekarza.

– Nie powinno cię to obchodzić. Nie przejmuj się. On jest zawsze taki ponury.

Później Bogna dowiedziała się, że nikt z Chojnikiem nie rozmawiał o powstaniu oddziału nefrologii ze stacją dializ, choć bezpośrednio go to dotyczyło, bo przecież z części jego oddziału stworzono nową jednostkę. Przed podjęciem pracy przez Bognę zarządzanie stacją dializ i leczenie chorych na nerki należało do Uli Zawiejskiej, która miała w tym względzie pełną swobodę, ale oficjalnie stacja dializ podlegała Chojnikowi.

– Nie postąpiono z nim właściwie. Czy tutaj tak się traktuje ludzi? Czy dyrektor Orgańska nie będzie także informowała mnie o decyzjach, dotyczących mojego oddziału? – zastanawiała się Bogna. – Może się jednak uda nawiązać dobry kontakt z tym Chojnikiem, może on jest tylko rozgoryczony postępkiem dyrekcji, a do mnie nic nie ma.

W szpitalu nie było zwyczaju oficjalnego składania życzeń imieninowych i wyprawiania przyjęć z tej okazji. Gdy jednak nadeszły imieniny Waleriana, Bogna kupiła butelkę koniaku, włożyła ją do reklamówki z apteki i z dwiema lekarkami z oddziału poszła złożyć Chojnikowi życzenia.

– Prosimy przyjąć buteleczkę z lekarstwem – zakończyła Bogna parę okolicznościowych zdań. – Walerian wydawał się być zadowolony, ale gdy nadeszły imieniny Bogny, był jedynym ordynatorem, który przyszedł na kawę bez kwiatka.

Bogna nie traciła jednak nadziei na porozumienie. Oddział chorób wewnętrznych i kardiologii zajmował obecnie pół szóstego piętra i całe siódme, a oddział nefrologii – pozostałą połowę szóstego piętra. Gabinet Chojnika mieścił się na szóstym, a Bogny – na siódmym piętrze. Bogna dążyła do zamiany gabinetów, oczywiście bez umeblowania, bo Chojnika było znacznie lepsze, wypracowane jeszcze przez poprzednich ordynatorów. Bogna uważała, że powinna, jak wszyscy inni ordynatorzy, mieć gabinet na piętrze, na którym zlokalizowany jest jej oddział, a przede wszystkim stacja dializ, wymagająca intensywnego nadzoru. Większa część oddziału Chojnika była na siódmym piętrze, ale sala intensywnej opieki kardiologicznej znajdowała się piętro niżej i to było oficjalnym powodem, dla którego Chojnik nie chciał zamiany gabinetów. Bogna postanowiła nie zwracać się z tą sprawą do dyrektorki, tylko sama porozumieć się z Chojnikiem. Przez siedem miesięcy negocjacje nie przynosiły skutku, ale w końcu Chojnik dał się przekonać. Bogna podziękowała, podali sobie ręce i postanowili wspólnie powiadomić dyrektorkę. Gdy zajęli miejsca w gabinecie Orgańskiej, Bogna przedstawiła problem, podkreślając dobrą wolę Chojnika.

– Zdecydowałem jednak nie godzić się na takie rozwiązanie – niespodziewanie zmienił zdanie Chojnik.

Bogna zbladła.

– Przepraszam, pani dyrektor, za zabranie czasu. Nie przypuszczałam, że człowiek, a mężczyzna przede wszystkim, może tak mało cenić swoje zobowiązanie.

– Sama powinnam zwrócić uwagę, że zamiana gabinetów jest konieczna. W sali intensywnej opieki kardiologicznej stale jest lekarz oddziałowy, podobnie jak w sali dializ, natomiast ordynatorzy mają gabinety tam, gdzie są ich oddziały. Oddział pana doktora mieści się głównie na siódmym piętrze, pani profesor – w całości na szóstym. Proszę do końca tygodnia dokonać zamiany gabinetów.

Polecenie dyrektorki zostało spełnione. To wydarzenie przekonało Bognę, że Chojnik nigdy nie będzie z nią współpracował. Nie czyniła już prób nawiązania z nim kontaktu, ale też nie szukała powodów do konfrontacji.

Po przeniesieniu się na szóste piętro Bogna poprosiła dyrektorkę o wyrażenie zgody na remont pokoju. Zapewniła, że szpital nie poniesie żadnych kosztów, bo znalazła sponsora. Orgańska chciała widzieć plan i kosztorys remontu. Bogna dostarczyła żądane dokumenty i po dwóch dniach uzyskała zgodę dyrektorki. Po miesiącu gabinet wraz z wydzieloną częścią dla doktorantki był gotowy. Firma zwróciła się do Orgańskiej z prośbą o potwierdzenie przyjęcia daru w postaci remontu i wyposażenia pokoju. Na to tylko czekał Marek Poradzy. Zgłosił się na rozmowę do dyrektorki.

– Jako kierownik działu technicznego powinienem dokonać odbioru technicznego tego pokoju i zapoznać się z kosztorysem.

Orgańska dała dokumenty Poradzemu, a Bogna pokazała mu gabinet. Narzekał na różne szczegóły wykonania, ale zatwierdził odbiór.

– Wszystko można było wykonać znacznie taniej siłami specjalistów szpitala. Wyszłoby za połowę ceny. Firma powinna przekazać pieniądze i należało ogłosić przetarg na wykonanie pracy. Każda kontrola może tu zarzucić niezgodność z przepisami i niegospodarność.

– Nie ma pan racji. Firma daruje gotowy produkt: wyremontowany pokój. Gdyby przekazali pieniądze, zrobilibyśmy tak, jak pan mówi.

– Pani profesor Andrzejewska nie wierzy, że możemy coś dobrze wykonać – dodał Poradzy.

Bogna nie miała krytycznych uwag do wykonawstwa prac zleconych działowi technicznemu, ale widziała opieszałość, brak inicjatywy, a przede wszystkim obojętność wobec problemu, który miał angażować służby techniczne. Taki sąd wynikał z reakcji Poradzego na zgłoszenia o stałym wyciekaniu wody z kranów i niedomykających się oknach, co powodowało, że kaloryfery odkręcano w zimie maksymalnie. Wszystko to zwiększało koszty funkcjonowania szpitala. Najbardziej jednak oburzyła Bognę opieszałość w zamontowaniu umywalki w gabinecie lekarza poradni nefrologicznej. Gdy nie pomogły przekonywania, że bez umywalki pomieszczenie nie może być zarejestrowane jako poradniany gabinet lekarski, Bogna zwróciła się o pomoc do dyrektorki. Rozmowa zakończyła się wydaniem polecenia zainstalowania umywalki. Za trzy miesiące ekipa Poradzego ukończyła pracę. Bogna była zadowolona z estetyki wykonania i za to podziękowała Poradzemu, prosząc, aby przekazał podziękowania także bezpośrednim wykonawcom. Nie mogła jednak powiedzieć, że zadanie wykonano sprawnie.

Dyrektor Wertykowski poprosił do swego gabinetu Adama Filę, Bognę, Chojnika i Irenę Banaszak, która była kierowniczką działu ewidencji medycznej.

– Skonsumowała pani profesor trzy łóżka – zaczął spokojnie dyrektor, ale Bogna poczuła niesmak, słysząc takie sformułowanie. Postanowiła jednak nie przywiązywać wagi do formy wypowiedzi dyrektora. – Było 227 łóżek. Powstanie drugiej sali dializ zubożyło szpital o trzy łóżka – dodał z naciskiem.

– Panie dyrektorze, gdybym wiedziała, jaki jest temat dzisiejszego spotkania, przygotowałabym dane, wskazujące, że łóżko dializacyjne jest dużo bardziej opłacalne niż łóżko szpitalne. Ponadto, druga sala dializ umożliwia całkowite oddzielenie chorych zakażonych wirusami zapalenia wątroby od pozostałych, co jest obecnie standardem… Mam pomysł, jak odzyskać jedno łóżko szpitalne.

– Pewnie taki, żeby zabrać gabinet oddziałowej z wewnętrznego – wtrącił cicho, ale złośliwie Chojnik. – Lepiej zabrać dyżurkę lekarzom z nefrologii.

– Świetna myśl – podchwyciła Bogna, nie zrażając się złośliwością Chojnika. – W obecnej dyżurce lekarskiej mogłyby być nawet trzy łóżka. Oczywiście, lekarze z nefrologii zajęliby gabinet oddziałowej z interny.

– Nie dyskutujemy, jak odzyskać te łóżka – przerwał dyrektor.

– Sądziłam, że ich brak jest niekorzystny dla szpitala i trzeba to naprawić. Jeśli to nie jest przedmiotem zebrania, czy można wiedzieć, w jakim celu się spotkaliśmy?

– Ustalam fakty. Skonsumowała pani profesor trzy łóżka. Tak, czy nie?

– Jeśli użyć takiego określenia dla zamiany łóżek do hospitalizacji na łóżka do zabiegu hemodializy, to tak. Oczywiście, za zgodą uprzedniej dyrekcji.

– W statucie szpitala trzeba dokonać poprawki: jest 214 łóżek – wyjaśnił Adam, zwracając się do Bogny, a ona poprawiła go natychmiast:

– Pan dyrektor mówił, że było 227, to powinny być obecnie 224 łóżka.

– Rzeczywiście, 224.

Wertykowski zachował spokój, ale złościły go zarówno riposty Bogny, jak i pomyłka Adama, która jednocześnie przekonała dyrektora, jak uważnie Bogna śledzi tok rozmowy.

Gdy już wszyscy wstawali, aby rozejść się do swoich zajęć, Chojnik podszedł do dyrektora.

– Napisałem pismo z prośbą o zakupienie nowego echokardiografu o wyższym standardzie.

– Teraz nie ma pieniędzy – powiedział dyrektor cicho i miękko.

– Wiem, ale niech zamówienie już oczekuje.

Bogna przypomniała sobie własną prośbę o zakupienie lodówki dla ambulatorium otrzewnowego, z którą zwróciła się do dyrektor Orgańskiej. Otrzymała podobną odpowiedź odmowną, wypowiedzianą spokojnie i jakby z żalem, że prośba nie może być obecnie spełniona. Bogna wyraziła nadzieję, że może sama znajdzie sposób nabycia lodówki.

– Nowy dyrektor też potrafi mówić po ludzku – pomyślała.

Na korytarzu Irena Banaszak odezwała się do Bogny:

– Szkoda tych trzech łóżek. Można je było rzeczywiście przywrócić. Dyrektor jest czasem taki zawzięty i zły, że aż mnie boli żołądek.

– Rozmawia o mnie? – zapytała Bogna, jakby ośmielona wypowiedzią Ireny.

– Ze mną nie, ale z innymi rozmawia. Wydaje się, że najchętniej z tymi, którzy czują się urażeni decyzjami dyrektor Orgańskiej, korzystnymi dla pani profesor.

– Powiedzmy, że korzystnymi dla jednostki nefrologicznej.

Wkrótce Bogna i Irena spotkały się ponownie. Irena była zmieszana.

– Pani profesor, przepraszam, ale dyrektor wydał mi polecenie, abym powiedziała, że ma pani profesor podpisać wszystkie przyjęcia w kartotekach poradni nefrologicznej, bo może być kontrola, a pani jest podana do kasy chorych jako wykonująca wszystkie procedury nefrologiczne. Dyrektor boi się, abyśmy nie utracili kontraktu i nie zapłacili kary. Bardzo przepraszam, wiem, że nie jestem właściwą osobą do przekazywania pani takich poleceń.

– W porządku, pani Ireno – powiedziała Bogna z uśmiechem. Nigdy nie czuła urazy ani nie miała pretensji do pracownika, który wykonywał polecenie przełożonego. Uważała jednak, podobnie jak Irena, że sposób wydania jej polecenia nie był stosowny. Poprosiła sekretarkę o zaplanowanie rozmowy z dyrektorem w sprawie pracy poradni nefrologicznej. Minął tydzień, a wiadomości o spotkaniu z dyrektorem nie było. Bogna ponowiła telefon. Tym razem uzyskała termin rozmowy.

– Słucham, pani profesor.

– Panie dyrektorze, prosiłam o rozmowę w celu ustalenia zakresu moich obowiązków w poradni nefrologicznej. Dotychczas przyjmowałam trudniejsze przypadki oraz chorych leczonych erytropoetyną w okresie przeddializacyjnym. Konieczność podpisywania wizyt poradnianych oznacza dla mnie obowiązek przyjmowania wszystkich zgłaszających się do poradni. Uniemożliwiłoby mi to właściwą pracę w oddziale i stacji dializ, dlatego większość pacjentów ambulatoryjnych przyjmuje pani doktor Wajnard, która rozpoczęła specjalizację z nefrologii. Tak zdecydowała pani dyrektor Orgańska. Czy zdanie pana dyrektora jest inne?

– Nie. Ma pani przyjmować chorych jak dotychczas, ale podpisywać wszystkie przyjęcia.

– Nie powinnam podpisywać się pod poradami, których nie udzielałam. Jest to nie tylko niezgodne z prawem, ale także ryzykowne dla mnie. Każdemu lekarzowi może zdarzyć się pomyłka i musi on za nią odpowiadać. Ja swoim podpisem akceptuję ewentualny błąd i odpowiadam za niego, choć nie widziałam pacjenta ani nawet o nim nie rozmawiałam z doktor Wajnard.

– Kasa chorych wykryje, że pacjentów przyjmuje inny lekarz niż podany im do wiadomości. Będzie niedobrze.

– Wystarczy zwrócić się do kasy o akceptację doktor Wajnard jako lekarza poradni, jeśli do tej pory nie zostało to uczynione.

– Wiem i wkrótce to zrobię, ale kontrola może objąć ubiegły rok, kiedy zgody kasy na innego lekarza nie było. Poza tym, na decyzję kasy długo się oczekuje. Jeśli pani nie będzie podpisywała przyjęć chorych, muszę od razu zamknąć poradnię.

Rozmowa przebiegała w poważnym tonie, bez złości i bez niekonwencjonalnych wyrażeń. Niepokój dyrektora o konsekwencje niepodpisywania porad przez wyznaczonego specjalistę wydał się Bognie szczery i udzielił się jej samej. Groźba, że Wertykowski zamknie poradnię, także była realna. Inni dyrektorzy w regionie likwidowali już niektóre poradnie, a nawet oddziały szpitalne.

– Nie można zamknąć poradni, bo z niej mamy chorych, których hospitalizujemy, leczymy erytropoetyną, przygotowujemy do dializ – przekonywała Bogna. – Gdy zamkniemy poradnię, nasi pacjenci zostaną przejęci przez inną. Nie będziemy już dializować dobrze przygotowanych chorych, lecz tylko takich, którzy trafiają w ciężkim stanie, bez przetoki, i wymagają długiej i kosztownej rehabilitacji.

– Byłbym skończonym idiotą, gdybym nie wiedział, jak ważna jest poradnia dla szpitala.

– Przepraszam, jeśli to tak zabrzmiało – z rezygnacją powiedziała Bogna.

– Nie – zaprzeczył krótko dyrektor, a Bogna odczuła niewypowiedzianą ulgę.

– Chciałabym, żeby wszystko pomyślnie załatwić, ale nie wiem, jak to zrobić, żeby było korzystnie dla szpitala, i zgodnie z prawem, z przepisami.

– Nie ma innego sposobu, jak zaryzykowanie. Po prostu musi pani podpisać udzielanie tych porad.

– Jeśli podpiszę, w razie problemu powinniśmy się wspierać. To znaczy, powiedzieć prawdę o okolicznościach przygotowywania dokumentacji poradni.

– Chce pani, abyśmy razem siedzieli w więzieniu?

– Razem na pewno byłoby raźniej.

Słowa dyrektora, choć wypowiedziane żartem, dźwięczały ostro. Nie było w nich ani rubasznej dwuznaczności, ani odrobiny satysfakcji, że Bogna prawie złożyła deklarację popełniania przestępstwa na jego polecenie, chociaż z własnego wyboru.

– Za ten bałagan odpowiedzialna jest dyrektor Orgańska. Wiele tu jest nieprawidłowości, z którymi muszę się uporać.

– Uważa pan, że brak formalnego załatwienia niektórych spraw przez dyrektor Orgańską jest wystarczającym powodem, abyśmy łamali prawo?

– Dla szpitala zrobię wszystko.

Zapadła chwila ciszy, którą przerwała Bogna.

– Chciałabym prosić pana dyrektora o niewydawanie mi poleceń przez osoby, którym nie podlegam służbowo. Sama nigdy nie przekazuję polecenia lekarzowi przez pielęgniarkę, a pielęgniarce przez salową.

– Nikt pani tego nie zabrania, a czasem jest to wygodne.

– To prawda, że nikt mi nie zabrania, ale nie jest to zgodne z kulturą współżycia. Ponadto, jeśli polecenie jest nietypowe, mogą być plotki.

– Mówią, że nie mam kindersztuby, ale nie będę sypał głowy popiołem. Swoim zachowaniem przestępstw nie popełniam.

– Tylko że to czasem boli.

– Nikt tak nie przeżywa, jak dyrektor. Statystyka mówi, że dyrektorzy znacznie częściej zapadają na zawał serca niż pracownicy, nawet ci zwalniani z pracy.

Bogna nie wiedziała, co dyrektor chce powiedzieć, powołując się na statystykę. Czy to, że odczuciami podwładnych nie należy się zajmować lub przejmować, bo jakie one mogą być w porównaniu z tym, co przeżywa dyrektor? A może to, że podwładny nie interesuje się stresem, jaki towarzyszy funkcji dyrektora? Dlaczego więc dyrektor ma się zajmować tym, co czuje podwładny…

– Jakby nie uważał, z pewnością odczucia nie mogą być przedmiotem licytacji. Więcej zawałów, większa siła przeżywania… – myślała Bogna.

– Pani teraz zastanawia się nad tym, czy podpisywać te przyjęcia?

– Tak… Podpiszę wstecz i będę podpisywała obecne przyjęcia. Nie chcę przysparzać panu problemów.

Wertykowski nie podziękował za zobowiązanie nielegalnego działania, podjęte dla potencjalnego dobra szpitala. Po prostu nie zakładał, aby Andrzejewska mogła odmówić. Specjaliści z innych dziedzin już podpisali przyjęcia, które były dla nich fikcyjne. Trochę problemów sprawiał chirurg, ale dyrektor zagroził mu, że jeśli nie podpisze, to będzie rzeczywiście oddelegowany z oddziału do poradni i zamiast operować, będzie nacinał ropnie.

Sprawa ta, zakończona zgodnie z życzeniem dyrektora, ukazała Bognie człowieka, który dla osiągnięcia celu gotów był podjąć ryzykowne działanie. Podjąć czy zlecić – tego nie była pewna, ale jego zaangażowanie w czasach nastawionych na konsumpcję wydało się jej godne uwagi i wspierania.

Bogna żyła teraz przygotowaniami do pierwszego zebrania z dyrektorami szpitali, które posiadają oddziały nefrologiczne i stacje dializ. Jako konsultant wojewódzki postawiła sobie zadanie, aby co roku przygotowywać takie zebranie, na którym problemy medyczne poruszaliby prominentni regionalni decydenci w ochronie zdrowia i przedstawiciele kasy chorych. Zebranie sponsorowała firma farmaceutyczna. Bogna poprosiła przedstawicielkę firmy o wysłanie zaproszeń do dyrektorów, jedynie Wertykowskiemu wręczyła je osobiście.

Spotkanie z dyrektorami wypadło w mikołajki. Przybyli wszyscy zaproszeni dyrektorzy lub ich zastępcy do spraw medycznych z wyjątkiem Wertykowskiego. Bogna rozpoczęła z pięciominutowym opóźnieniem. Potem już wszystko przebiegało ściśle według planu. Po każdym referacie dyskutowano, ale najbardziej gorąca atmosfera zapanowała po wystąpieniu dyrektora do spraw medycznych z regionalnej kasy chorych. Żale o małe kontrakty i źle oszacowane usługi, a także brak elastyczności w dysponowaniu skromnymi środkami finansowymi, skupiły się na dyrektorze kasy. Gdy padło zdanie, że pracownicy kasy potrafią dbać tylko o swoje interesy, Bogna włączyła się do dyskusji, przypominając, że dyrektor jest naszym gościem, który odważnie podjął się trudnego zadania wystąpienia przed niezadowolonym środowiskiem medycznym i za to należy mu się podziękowanie. Rozległy się oklaski, emocje opadły.

Po oficjalnej części zebrania był obiad z lampką wina. Bogna z zadowoleniem słuchała, że należy kontynuować takie spotkania, gdyż integrują one środowisko i dają możliwość wymiany doświadczeń w rozwiązywaniu niektórych trudności, a decydenci przekonują się, jakie nastroje panują w środowisku nefrologicznym, co może znajdzie jakiś oddźwięk w ich przyszłych działaniach. Ktoś zażartował, że oddźwięk będzie taki, że na następnym zebraniu nikt z kasy chorych się nie pojawi. Przy pożegnaniu przedstawicielka firmy obdarowywała zebranych małym stroikiem mikołajkowym, aby uszanować tradycję tego dnia. Bogna zagadnęła wychodzącego Adama:

– Nasz dyrektor nie przyszedł. Wiesz coś o tym?

Adam wzruszył ramionami.

– Skądże. On mi nic nie mówi. Marek Poradzy jest szczegółowiej informowany niż ja – dyrektor do spraw medycznych i jego bezpośredni zastępca.

– Nie martwi cię to?

– A cóż mogę na to poradzić? Nie mam informacji, nie mam zmartwień i problemów.

– Ale też nie możesz wypełniać właściwie swojej funkcji.

– Nie dbam o to. Niech sobie rządzi sam, jeśli tak chce.

Przychodząc w piątek do pracy, większość ordynatorów spodziewała się zajmować tylko chorymi i dokumentacją lekarską, gdyż środowa odprawa z dyrektorem nie przyniosła żadnych dodatkowych zadań. Tymczasem już od rana sekretarka informowała o nadzwyczajnym zebraniu o godzinie ósmej w sali konferencyjnej. Każdy oddział reprezentowany był przez ordynatora lub zastępcę. Zwracała uwagę grupa chirurgiczna: oprócz ordynatora Żabińskiego w zebraniu uczestniczyło jeszcze trzech chirurgów. Za stołem prezydialnym siedział dyrektor i jego zastępca do spraw medycznych.

– Ponieśliśmy straty materialne wskutek nieprzemyślanego działania chirurgów na dyżurze. Chory „chirurgiczny” zmarł w izbie przyjęć po wykonaniu wielu badań z tomografią komputerową włącznie. Za tę drogą diagnostykę, przeprowadzoną w izbie przyjęć, dostaniemy grosze. Chory powinien mieć założoną historię choroby w oddziale chirurgii, wtedy poniesione koszty zostałyby zwrócone szpitalowi – oznajmił kategorycznie dyrektor naczelny. – Mówię to wszystkim, gdyż nie mogę tolerować takiej niegospodarności.

– Na oddział chory jest kierowany, gdy ustalone jest przynajmniej rozpoznanie wstępne, z którego wynika, że chory kwalifikuje się na ten oddział, czyli, że może być tam dalej leczony – zabrał głos Żabiński. – W omawianym przypadku rozpoznanie ustalono praktycznie w momencie śmierci chorego, ale nawet gdyby je ustalono wcześniej, to chory nie mógłby być przyjęty do naszego oddziału chirurgii, bo zabieg, którego wymagał, był wysoko specjalistyczny, wykraczający poza chirurgię ogólną. Chory powinien być natychmiast przewieziony do szpitala klinicznego, który pełni ostry dyżur dla takich przypadków.

– Równie dobrze mógłby być przekazany do kliniki z oddziału chirurgii, jak z izby przyjęć – stwierdził dyrektor naczelny.

– Izba przyjęć i laboratorium, a zwłaszcza tomograf komputerowy, są na parterze, a chirurgia na trzecim piętrze. Przyjęcie chorego na chirurgię, a potem wożenie go na badania w stanie agonalnym jest z medycznego punktu widzenia nie do przyjęcia, gdy istnieje prostsze wyjście, to znaczy załatwienie wszystkiego z izby przyjęć – dodał zastępca Żabińskiego, doświadczony chirurg, który właśnie wtedy pełnił dyżur w oddziale chirurgii, gdy przywieziono omawianego chorego.

– Nie zwróciliście uwagi, panowie, że nie mówię o fizycznym przekazywaniu chorego na chirurgię, lecz o założeniu historii choroby na chirurgii.

– Diagnostykę chorego prowadził lekarz izby przyjęć, ja dowiedziałem się o nim, gdy uzyskano wynik tomografii komputerowej. Być może moje postępowanie byłoby inne, na przykład zdecydowałbym natychmiastową laparotomię diagnostyczną, ujawniłaby ona krwotok z pękniętego tętniaka aorty. Może wtedy szybkie zeszycie pęknięcia, ocaliłoby życie chorego i dało czas na dalsze działanie. W razie skierowania sprawy do sądu będzie liczył się fakt, że chory znajdował się w oddziale chirurgii, więc odpowiadał za niego dyżurny chirurg. Nie mogę brać odpowiedzialności za tok myślenia innego lekarza.

– Pan profesor Żabiński stwierdził, że oddział nie jest przygotowany do takich zabiegów – przypomniał dyrektor.

– Nudzi mnie ta dyskusja – szepnął Barczyński do Bogny.

– Bo nie dotyczy pana.

– Czym innym jest działanie w trybie zagrożenia życia, czym innym działanie planowane – uzupełniał Żabiński. – Jeśli przewożenie do odległego specjalisty jest ryzykiem ze względu na czas, a niespecjalista daje choćby minimalną szansę na uratowanie życia, powinien się podjąć takiego zabiegu. Oczywiście, nie może to być internista czy dermatolog, ale chirurg ogólny daje tę szansę.

– A może by tak jeszcze dodać, że gdy z człowieka ucieka życie, to wszystkie myśli koncentrują się na tym, jak go ratować, a nie na tym, jak na nim zarobić. To nie jest zimna chirurgia. – Był to przytyk do oświadczenia dyrektora na jednej z odpraw, że wykonał ponad tysiąc sekcji zwłok.

– Prowadzimy akademicką dyskusję – zakończył dyrektor. – Jeśli się wie, że istnieje wzgląd ekonomiczny, to decyzja, jak postąpić, łatwo przychodzi.

Ordynatorzy milczeli.

– A teraz druga sprawa: została do nas skierowana chora na tomografię komputerową, aby wykluczyć organiczną przyczynę jej dolegliwości. Powinna leżeć na neurologii, a została położona na psychiatrii, gdzie mamy płacone za osobodzień. Jej krótki pobyt w tym oddziale nie pokryje nawet kosztów badania tomograficznego.

– Położenie na psychiatrii uwarunkowane było myślami samobójczymi chorej, która jedną próbę targnięcia się na własne życie miała już za sobą – wyjaśnił ordynator oddziału psychiatrii Mieczysław Rapalski.

– Chora mogła leżeć na psychiatrii, ale historię choroby trzeba było założyć na neurologii… Nie należy wtrącać do języka polskiego obcych słów, ale tutaj najlepsze jest angielskie słowo „flexibility” – elastyczność powinna cechować nasze działania w szpitalu.

Nikt już się nie odezwał, aby skomentować.

– Jeszcze jedno. Proszę nie obciążać aptekarzy, przepraszam, pracowników apteki, prośbami o wykazy zużycia leków. Oni nie mają na to czasu.

– W tym szpitalu tylko lekarze nic nie robią, a właściwie robią – przynoszą straty zakładaniem historii chorób zgodnie z prawdziwym miejscem hospitalizacji chorego, a nie z życzeniem dyrektora. Żąda się, żeby wykonywali zestawienia do kas chorych, wyliczali zapotrzebowanie na każdą rzecz, jakby nie mogła tego robić administracja na podstawie dotychczasowych danych i końcowych konsultacji z lekarzem – stwierdził Maruszewski.

– Puknij w stół, a nożyce się odezwą – podsumował dyrektor, dając do zrozumienia, że właśnie ordynator oddziału urologii prosił o zestawienia zużycia leków. Kończąc zebranie, Wertykowski zwrócił się do Bogny:

– Panią profesor będę prosił na rozmowę, bo zamówienia materiałów ze stacji dializ są takie duże, jak prawie cała wartość kontraktu.

– Andrzejewska