Wydawca: WAB Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Cienie w mroku ebook

Michelle Paver

3.83333333333333 (18)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cienie w mroku - Michelle Paver

Tu nie ma zmierzchu ani świtu. Czas stracił znaczenie. Opuściliśmy świat rzeczywisty i wkroczyliśmy do krainy snów. Jest ich pięciu. Gruby Algie, ciemnowłosy Hugo, Teddy z wyłupiastymi oczyma, przystojny Gus i ubogi Jack, który musiał pożegnać się z marzeniami o zostaniu fizykiem na rzecz pracy w fabryce papeterii. W lipcu 1937 roku mają wyruszyć na roczną wyprawę na Spitsbergen. Dla Jacka to ostatnia szansa, by zrobić coś z beznadziejnym życiem. Ekspedycję od początku prześladuje pech i do spokojnej zatoczki Gruhunken docierają tylko we trójkę. Stary skandynawski kapitan odradza im zakładanie obozu w tym miejscu, ale ignorują jego ostrzeżenia. Gdy słońce po raz ostatni wzejdzie nad horyzontem i rozpocznie się długa noc polarna, Jack zostanie zupełnie sam. Coś kryje się w mroku. Coś złego. Coś, co nie jest tylko wytworem jego wyobraźni.

Hipnotyzująca opowieść. Trzeszczący lód, arktyczne przestrzenie i przytłaczająca cisza. Doskonale napisana, oddziałująca na wyobraźnię historia paraliżującego strachu przed ciemnością.

 

Cienie w mroku” to coś niesamowitego. Powieść z dreszczykiem, a zarazem metafizyczna refleksja nad tym, co skrywa się pod powierzchnią naszego istnienia.

„The Times”

Urzekająca lektura – coś w rodzaju subtelnie niepokojącej, powściągliwej historii o duchach, którą mógłby napisać M.R. James, gdyby odwiedził Arktykę.

„The Guardian”

Najlepszym sprawdzianem dobrej historii o duchach jest bez wątpienia uczucie paniki podczas czytania w łóżku o północy. W połowie powieści zdałam sobie sprawę, że boję się wyjrzeć za okno. To się nazywa pisarski sukces.

Emma John, „The Observer”

Opinie o ebooku Cienie w mroku - Michelle Paver

Fragment ebooka Cienie w mroku - Michelle Paver

Mi­chel­le Pa­ver

CIE­NIE W MRO­KU

Prze­ło­żył Ar­ka­diusz Na­ko­niecz­nik

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Dark Mat­ter

Co­py­ri­ght © Mi­chel­le Pa­ver, 2010

First pu­bli­shed by Orion, a di­vi­sion of The Orion Pu­bli­shing Gro­up Ltd., Lon­don

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © fot the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

24 li­sto­pa­da 1947

Em­ble­ton

Gran­ge Cum­ber­land

Sza­now­ny Dok­to­rze Mur­chi­son,

Pro­szę mi wy­ba­czyć nie­co spóź­nio­ną od­po­wiedź. Nie­wąt­pli­wie zro­zu­mie Pan, dla­cze­go od­po­wia­dam na Pań­ską proś­bę bez naj­mniej­szej przy­jem­no­ści. Je­śli mam być szcze­ry, przy­wo­łał Pan bo­le­sne wspo­mnie­nia, któ­re od dzie­się­ciu lat sta­ram się wy­ma­zać z pa­mię­ci. Ta eks­pe­dy­cja oka­le­czy­ła jed­ne­go z mo­ich przy­ja­ciół, dru­gie­go zaś po­zba­wi­ła ży­cia. Nie mam ocho­ty do tego wra­cać.

Pi­sał Pan, że pra­cu­je nad mo­no­gra­fią do­ty­czą­cą „za­bu­rzeń na tle fo­bii” – jak ro­zu­miem, cho­dzi o ir­ra­cjo­nal­ne lęki. Ża­łu­ję, iż nie mogę po­wie­dzieć Panu ni­cze­go, co mo­gło­by się Panu przy­dać. Co wię­cej, nie ro­zu­miem, w jaki spo­sób „przy­pa­dek” (jak Pan to uj­mu­je) Jac­ka Mil­le­ra mógł­by do­star­czyć ja­kich­kol­wiek ma­te­ria­łów do Pań­skiej pra­cy.

W swo­im li­ście przy­znał Pan, iż nie­wie­le Pan wie o Spits­ber­ge­nie i w ogó­le o ob­sza­rach czę­sto na­zy­wa­nych Da­le­ką Pół­no­cą. Wca­le mnie to nie dzi­wi. Tyl­ko nie­licz­ni wie­dzą coś na ten te­mat. Pro­szę o wy­ba­cze­nie, ale w związ­ku z tym po­zwa­lam so­bie wąt­pić, czy zdo­łał­by Pan po­jąć, jaki wpływ może wy­wrzeć na czło­wie­ka ko­niecz­ność spę­dze­nia zimy w tam­tym re­jo­nie, co mogą z nim uczy­nić sa­mot­ność i pust­ka, i to po­mi­mo wie­lu wy­gód do­stęp­nych w na­szych cza­sach. A przede wszyst­kim – jak znie­sie nie­koń­czą­cą się ciem­ność. Oko­licz­no­ści spra­wi­ły, że Jack miał nie­szczę­ście zo­stać w tam­tym miej­scu zu­peł­nie sam.

Wąt­pię, czy do­wie­my się kie­dy­kol­wiek, co rze­czy­wi­ście wy­da­rzy­ło się w Gru­hu­ken. Wiem jed­nak wy­star­cza­ją­co wie­le, aby mieć pew­ność, iż było to coś okrop­ne­go. Co­kol­wiek to było, dok­to­rze Mur­chi­son, zda­rzy­ło się na­praw­dę. Nie sta­no­wi­ło re­zul­ta­tu ja­kichś „za­bu­rzeń lę­ko­wych”. Przy oka­zji pra­gnął­bym nad­mie­nić, iż za­nim po­świę­ci­łem się po­li­ty­ce, przez kil­ka lat stu­dio­wa­łem na­uki ści­słe, i z tych dwóch po­wo­dów uwa­żam się za oso­bę zdol­ną do rze­tel­nej oce­ny fak­tów. Co wię­cej, nikt nig­dy nie po­da­wał w wąt­pli­wość mo­je­go zdro­wia psy­chicz­ne­go ani nie za­mie­rzał włą­czyć mego „przy­pad­ku” do żad­nej mo­no­gra­fii.

Nie wiem, w jaki spo­sób do­wie­dział się Pan o tym, że Jack Mil­ler pro­wa­dził dzien­nik wy­pra­wy, ale istot­nie, tak wła­śnie było. Wie­lo­krot­nie wi­dzia­łem go pi­szą­ce­go. W związ­ku z tym żar­to­wa­li­śmy so­bie z nie­go, on zaś nie re­ago­wał na na­sze do­cin­ki, ale też nig­dy nie po­ka­zał nam żad­ne­go wpi­su. Z pew­no­ścią, tak jak Pan su­ge­ru­je, dzien­nik ów mógł­by rzu­cić świa­tło na ta­jem­ni­cę spo­wi­ja­ją­cą tam­te wy­da­rze­nia – nie­ste­ty, nie oca­lał, a Jac­ka nie mogę o to za­py­tać.

Dla­te­go nie będę w sta­nie Panu po­móc. Ży­czę Panu po­wo­dze­nia w pra­cy, rów­no­cze­śnie jed­nak czu­ję się zmu­szo­ny pro­sić, aby już nie zwra­cał się Pan do mnie w tej spra­wie.

Z po­wa­ża­niem

Al­ger­non Car­li­sle

1

Dzien­nik Jac­ka Mil­le­ra, 7 stycz­nia 1937 roku

Już po wszyst­kim. Nie jadę.

Nie mogę spę­dzić roku w Ark­ty­ce z tymi ludź­mi. Uma­wia­ją się ze mną na drin­ka, a po­tem fle­ku­ją i dają ja­sno do zro­zu­mie­nia, co my­ślą o kimś, kto koń­czył uczel­nię pu­blicz­ną w Lon­dy­nie. Ju­tro na­pi­szę do nich i po­in­for­mu­ję, gdzie mogą so­bie wsa­dzić tę swo­ją cho­ler­ną wy­pra­wę.

Jak na mnie spoj­rze­li, kie­dy wsze­dłem do tego pubu... Pe­łen za­moż­nych lu­dzi, za­pew­ne z do­bry­mi za­wo­da­mi, znaj­do­wał się przy Stran­dzie, a więc z dala od oko­lic, w któ­rych zwy­kle się ob­ra­cam. Do tego za­pach whi­sky i dym z kosz­tow­nych cy­gar. Na­wet bar­man­ka była z wyż­szej pół­ki.

Sie­dzie­li we czwór­kę przy sto­li­ku w rogu i pa­trzy­li, jak się do nich prze­py­cham. Mie­li oks­fordz­kie tor­by i twe­edo­we ma­ry­nar­ki, sfa­ty­go­wa­ne w ele­ganc­ki spo­sób, świad­czą­cy o week­en­dach spę­dza­nych w wiej­skich re­zy­den­cjach. A na­prze­ciw­ko ja, w zno­szo­nych bu­tach i tan­det­nym gar­ni­tur­ku. A po­tem zo­ba­czy­łem drin­ki na sto­li­ku i po­my­śla­łem: Boże, będę mu­siał po­sta­wić ko­lej­kę. Mia­łem w kie­sze­ni tyl­ko dwa szy­lin­gi i trzy pen­sy.

Przy­wi­ta­li­śmy się. Od­prę­ży­li się tro­chę, stwier­dziw­szy, że nie mó­wię żar­go­nem, ja na­to­miast by­łem tak po­chło­nię­ty roz­wa­ża­nia­mi, czy wy­star­czy mi pie­nię­dzy na drin­ki dla wszyst­kich, że mi­nę­ło tro­chę cza­su, za­nim się zo­rien­to­wa­łem, kto jest kim.

Al­gie Car­li­sle, gru­by i pie­go­wa­ty, ma ja­sne rzę­sy i ru­da­we blond wło­sy. Ra­czej wy­ko­nu­je roz­ka­zy, niż je wy­da­je, i zwy­kle li­czy na to, że ktoś mu po­wie, co po­wi­nien ro­bić. Hugo Char­te­ris-Black, o twa­rzy in­kwi­zy­to­ra nie­mo­gą­ce­go się do­cze­kać, żeby przy­tknąć za­pał­kę do sto­su ko­lej­ne­go he­re­ty­ka, jest szczu­pły i ciem­no­wło­sy. Ted­dy Win­trin­gham ma wy­łu­pia­ste oczy, choć sam za­pew­ne uwa­ża, że jest ob­da­rzo­ny prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Gus Bal­fo­ur na­to­miast to przy­stoj­ny ja­sno­wło­sy bo­ha­ter pro­sto z ja­kie­goś pi­sem­ka dla chłop­ców. Ża­den jesz­cze na­wet nie zbli­żył się do trzy­dziest­ki, ale wszy­scy sta­ra­ją się spra­wiać wra­że­nie star­szych, niż są w isto­cie. Car­li­sle i Char­te­ris-Black za­pu­ści­li wąsy, Bal­fo­ur i Win­trin­gham ści­ska­ją faj­ki w zę­bach.

Wie­dzia­łem, że nie mam naj­mniej­szych szans, po­my­śla­łem więc: „O, co mi tam, wal­nę pro­sto z mo­stu, pój­dę jak owca do rzeź­ni (o ile owce po­tra­fią szcze­rzyć zęby, ma się ro­zu­mieć)”. Tak też uczy­ni­łem. Szko­ła pod­sta­wo­wa w Be­xhill, stu­dia na Po­li­tech­ni­ce Lon­dyń­skiej ukoń­czo­ne dzię­ki sty­pen­dium, ma­rze­nia o zo­sta­niu fi­zy­kiem po­rzu­co­ne w związ­ku z kry­zy­sem. Od sied­miu lat w fir­mie Mar­shall Gif­ford jako urzęd­nik w dzia­le eks­por­tu.

Przy­ję­li to bez sło­wa, ale ja i tak nie­mal wi­dzia­łem ich my­śli: szko­ła dla śred­nia­ków z kla­sy śred­niej, w obrzy­dli­wym mia­stecz­ku nad mo­rzem, Uni­wer­sy­tet Lon­dyń­ski, hm, to jed­nak nie cał­kiem to samo co Oks­ford albo Cam­brid­ge... Gus Bal­fo­ur chciał wie­dzieć wię­cej o moim miej­scu pra­cy.

– Pro­du­ku­je­my naj­wyż­szej kla­sy pa­pe­te­rię, wy­sy­ła­my ją na cały świat – wy­ja­śni­łem, po czym za­czer­wie­ni­łem się po czub­ki uszu. Na li­tość bo­ską, Jack! Mó­wisz jak pan Po­oter1!

Al­gie Car­li­sle, ten tłu­sty, za­py­tał, czy umiem strze­lać.

– Owszem – od­rze­kłem la­ko­nicz­nie.

Na­praw­dę po­tra­fię strze­lać. Za­wdzię­czam to sta­re­mu panu Car­war­di­ne’owi, eme­ry­to­wa­ne­mu urzęd­ni­ko­wi w pro­tek­to­ra­cie ma­laj­skim, któ­ry za­bie­rał mnie na po­lo­wa­nia na kró­li­ki. Po­dej­rze­wa­łem jed­nak, że nie o ta­kie strze­la­nie im cho­dzi­ło. Car­li­sle po­my­ślał chy­ba to samo, spy­tał bo­wiem z po­wąt­pie­wa­niem, czy mam wła­sną broń.

– Sta­ry ka­ra­bin woj­sko­wy – od­po­wie­dzia­łem. – Nic nad­zwy­czaj­ne­go, ale ob­le­ci.

Wszy­scy skrzy­wi­li się jak na ko­men­dę, jak­by nig­dy w ży­ciu nie sły­sze­li nor­mal­ne­go, po­tocz­ne­go ję­zy­ka. Ted­dy Win­trin­gham chciał wie­dzieć, czy mam po­ję­cie o ob­słu­dze ra­dio­sta­cji. Przy­tak­ną­łem; w koń­cu skoń­czy­łem uczel­nię tech­nicz­ną, a poza tym za­le­ża­ło mi na zdo­by­ciu prak­tycz­nych umie­jęt­no­ści ma­ją­cych ja­kiś zwią­zek z mo­imi uko­cha­ny­mi na­uka­mi ści­sły­mi. (Zno­wu pan Po­oter. Mu­szę prze­stać glę­dzić).

Win­trin­gham uśmiech­nął się, wi­dząc moje zmie­sza­nie.

– Nie wiem, o czym mó­wisz, ko­le­go, ale wy­da­je mi się, że bę­dzie­my po­trze­bo­wa­li ko­goś ta­kie­go jak ty.

Wy­szcze­rzy­łem zęby w uśmie­chu i wy­obra­zi­łem so­bie, że za­miast do kró­li­ka strze­lam do nie­go. Na uśmie­chy było jed­nak za wcze­śnie, po­nie­waż sza­now­ny Gus Bal­fo­ur zo­rien­to­wał się, że roz­mo­wa zba­cza z toru, i za­czął opo­wia­dać mi o eks­pe­dy­cji.

– Mamy dwa cele – rzekł z po­wa­gą. Jesz­cze bar­dziej niż do tej pory przy­po­mi­nał te­raz bo­ha­te­ra z po­wie­ści dla chłop­ców. – Je­den to pro­wa­dze­nie ba­dań bio­lo­gicz­nych, geo­lo­gicz­nych i do­ty­czą­cych dy­na­mi­ki lodu na Da­le­kiej Pół­no­cy. W związ­ku z tym za­ło­ży­my dwa obo­zy: je­den na brze­gu, a dru­gi na po­lach lo­do­wych. Dla­te­go bę­dzie­my po­trze­bo­wać psów. Dru­gi, waż­niej­szy cel to pro­wa­dze­nie ob­ser­wa­cji me­te­oro­lo­gicz­nych i prze­sy­ła­nie wy­ni­ków trzy razy na dobę przez rok do rzą­do­we­go cen­trum me­te­oro­lo­gicz­ne­go. Dzię­ki temu otrzy­ma­li­śmy wspar­cie od Ad­mi­ra­li­cji i z Mi­ni­ster­stwa Woj­ny. Naj­wy­raź­niej są­dzą, że do­star­czo­ne przez nas dane mogą oka­zać się przy­dat­ne, je­śli... W ra­zie gdy­by do­szło do ko­lej­nej woj­ny.

Za­pa­dło nie­zręcz­ne mil­cze­nie. Było dla mnie oczy­wi­ste, że nie chcie­li­by, żeby roz­mo­wa zbo­czy­ła na te­mat sy­tu­acji w Hisz­pa­nii albo neu­tral­no­ści Bel­gii i Ho­lan­dii. Uczy­ni­łem za­dość ich nie­wy­po­wie­dzia­ne­mu ży­cze­niu.

– I za­mier­za­cie do­ko­nać tego wszyst­kie­go w pię­ciu? – za­py­ta­łem.

Ścią­gną­łem na sie­bie ostre spoj­rze­nia wszyst­kich z wy­jąt­kiem Gusa Bal­fo­ura, któ­ry wziął moje sło­wa za do­brą mo­ne­tę.

– Istot­nie, za­da­nie może się wy­da­wać trud­ne do wy­ko­na­nia, ale do­kład­nie rzecz ob­my­śli­li­śmy – od­parł. – Al­gie bę­dzie głów­nym my­śli­wym, po­ga­nia­czem psów i geo­lo­giem. Ted­dy – fo­to­gra­fem i me­dy­kiem. Hugo – gla­cjo­lo­giem. Każ­dy z nas bę­dzie po­ma­gać przy po­mia­rach me­te­oro­lo­gicz­nych. Ja będę bio­lo­giem i, ehm, do­wód­cą eks­pe­dy­cji, a ty... – ro­ze­śmiał się nie­zręcz­nie – ... dla cie­bie prze­zna­czy­li­śmy funk­cję ra­dio­te­le­gra­fi­sty.

Od­nio­słem wra­że­nie, że na­praw­dę za­le­ży mu na tym, by mnie za­an­ga­żo­wać, i przy­znam, że po­łech­ta­ło to moją próż­ność. Hugo Char­te­ris-Black, In­kwi­zy­tor, za­raz wszyst­ko ze­psuł, py­ta­jąc o to, co skło­ni­ło mnie do zgło­sze­nia ak­ce­su i czy zda­ję so­bie spra­wę, na co się na­ra­żam.

– Wiesz, jak tam wy­glą­da zima? – spy­tał, prze­szy­wa­jąc mnie spoj­rze­niem swo­ich czar­nych jak wę­giel oczu. – Czte­ry mie­sią­ce cał­ko­wi­tej ciem­no­ści. My­ślisz, że wy­trzy­masz?

Za­ci­sną­łem zęby, po czym wy­ja­śni­łem mu, że dla­te­go wła­śnie chcę je­chać: by zmie­rzyć się z wy­zwa­niem. To im się spodo­ba­ło. Chy­ba wła­śnie cze­goś ta­kie­go uczą w szko­łach pu­blicz­nych. Całe szczę­ście, że nie po­da­łem im praw­dzi­we­go po­wo­du. By­li­by moc­no za­że­no­wa­ni, gdy­by się do­wie­dzie­li, że ro­bię to z de­spe­ra­cji.

Nie mo­głem już dłu­żej od­wle­kać chwi­li, kie­dy po­wi­nie­nem za­pro­po­no­wać po­sta­wie­nie ko­lej­ki. Po du­żym pi­wie (sie­dem pen­sów za ku­fel) dla Al­gie­go Car­li­sle’a, Ted­dy’ego Win­trin­gha­ma i Hu­go­na Char­te­ri­sa-Blac­ka, małe piwo dla mnie (trzy i pół pen­sa). My­śla­łem już, że za­brak­nie mi pie­nię­dzy, kie­dy Gus Bal­fo­ur po­wie­dział:

– Ja dzię­ku­ję.

Zro­bił to cał­kiem na­tu­ral­nie i prze­ko­nu­ją­co, ale ja i tak wie­dzia­łem, że sta­rał się mi po­móc. Za­wsty­dzi­ło mnie to.

Po­tem przez ja­kiś czas wszyst­ko było w po­rząd­ku. Pi­li­śmy w mil­cze­niu, aż w pew­nym mo­men­cie Gus Bal­fo­ur po­pa­trzył na po­zo­sta­łych, ski­nął gło­wą i po­wie­dział do mnie:

– No do­brze, Mil­ler. Chcesz się do nas przy­łą­czyć?

Przy­znam, że odro­bi­nę się za­krztu­si­łem.

– Eee... ja­sne – wy­ją­ka­łem. – Tak mi się wy­da­je. Na­wet na pew­no.

Tam­ci przy­ję­li to z ulgą, Gus Bal­fo­ur na­to­miast nie­mal z en­tu­zja­zmem. Bez prze­rwy po­kle­py­wał mnie po ra­mie­niu i po­wta­rzał:

– No to świet­nie! No to świet­nie!

Wy­da­je mi się, że ro­bił to cał­kiem szcze­rze. Umó­wi­li­śmy się na ko­lej­ne spo­tka­nie, po­tem po­że­gna­łem się i ru­szy­łem do drzwi. Zer­k­nąw­szy przez ra­mię, do­strze­głem gry­mas na twa­rzy Ted­dy’ego Win­trin­gha­ma i zre­zy­gno­wa­ne wzru­sze­nie ra­mio­na­mi Al­gie­go Car­li­sle’a: no cóż, może nie jest to to­war pierw­szej ja­ko­ści, ale musi nam wy­star­czyć. Jak idio­ta da­łem się ogar­nąć wście­kło­ści. Chcia­łem za­wró­cić i chlu­snąć im w twa­rze ab­sur­dal­nie dro­gim pi­wem. Ma­cie po­ję­cie, co to zna­czy być bied­nym? Cho­wać prze­tar­te man­kie­ty, no­sić ce­ro­wa­ne skar­pet­ki, zda­wać so­bie spra­wę z tego, że się cuch­nie, po­nie­waż moż­na so­bie po­zwo­lić tyl­ko na jed­ną ką­piel w ty­go­dniu? My­śli­cie, że to lu­bię?

Zro­zu­mia­łem, że cała ta hi­sto­ria nie ma naj­mniej­sze­go sen­su. Nie mo­głem do­łą­czyć do ich eks­pe­dy­cji. Sko­ro nie je­stem w sta­nie wy­trzy­mać z nimi przez dwie go­dzi­ny, to co do­pie­ro mó­wić o ca­łym roku? Prę­dzej czy póź­niej za­bił­bym ko­goś.

Póź­niej

Jack, co ty wy­pra­wiasz, do dia­bła? Co ty wy­pra­wiasz?

Kie­dy wra­ca­łem do domu, mgła nad rze­ką zro­bi­ła się już okrop­nie gę­sta. Au­to­bu­sy i tak­sów­ki peł­zły w śli­ma­czym tem­pie, było sły­chać na­wo­ły­wa­nia ga­ze­cia­rzy. Lam­py ulicz­ne sta­ły się za­le­d­wie roz­ma­za­ny­mi żół­ty­mi pla­ma­mi, któ­re ni­cze­go nie oświe­tla­ły. Boże, jak ja nie­na­wi­dzę mgły! Ten smród, łza­wią­ce oczy, smak żół­ci w gar­dle...

Za­trzy­ma­łem się, zo­ba­czyw­szy tłu­mek ze­bra­ny na chod­ni­ku. Przy­czy­ną zbie­go­wi­ska było cia­ło, któ­re wła­śnie wy­ła­wia­no z rze­ki. Ktoś po­wie­dział, że to pew­nie je­den z tych nie­szczę­śni­ków, któ­rzy nie mogą zna­leźć pra­cy. Wy­chy­li­łem się za ka­mien­ny mu­rek i uj­rza­łem trzech lu­dzi na bar­ce, wcią­ga­ją­cych na po­kład coś jak­by ster­tę mo­krych łach­ma­nów. Do­pie­ro po chwi­li do­strze­głem okrą­głą gło­wę, przed­ra­mię roz­ora­ne osę­ką i całe cia­ło, sza­re i brzyd­kie jak zmur­sza­ła guma. Nie by­łem prze­ra­żo­ny, bo wi­dy­wa­łem już nie­bosz­czy­ków, tyl­ko za­in­try­go­wa­ny. Wpa­tru­jąc się w czar­ną wodę, za­sta­na­wia­łem się, ilu lu­dzi stra­ci­ło już w niej ży­cie i dla­cze­go nie miesz­ka w niej wię­cej du­chów.

Je­że­li przy­pusz­cza­cie, że ze­tknię­cie z ludz­ką śmier­tel­no­ścią po­zwo­li­ło mi spoj­rzeć na wszyst­ko z wła­ści­wej per­spek­ty­wy, to się my­li­cie. Kie­dy do­tar­łem do sta­cji me­tra, wciąż ki­pia­łem wście­kło­ścią. By­łem tak bar­dzo wście­kły, że prze­ga­pi­łem wła­ści­wy przy­sta­nek, do­je­cha­łem aż do Mor­den i mu­sia­łem wsiąść do po­cią­gu ja­dą­ce­go w prze­ciw­ną stro­nę, do To­oting. Tam mgła była jesz­cze gęst­sza. Za­wsze tak jest. Idąc po omac­ku uli­cą, czu­łem się jak ostat­ni żywy czło­wiek na Zie­mi.

Na klat­ce scho­do­wej cuch­nę­ło go­to­wa­ną ka­pu­stą i jey­es flu­id. Było tak zim­no, że para le­cia­ła mi z ust, a w moim po­ko­iku na dru­gim pię­trze pa­no­wa­ła nie­wie­le wyż­sza tem­pe­ra­tu­ra, ale mnie roz­grze­wał gniew. Na­tych­miast usia­dłem do dzien­ni­ka i wy­la­łem z sie­bie wszyst­ko. Do dia­bła z nimi! Nie jadę.

To było ja­kiś czas temu.

W po­ko­ju jest lo­do­wa­to zim­no. Pło­mień pal­ni­ka ga­zo­we­go roz­sie­wa wod­ni­sty po­blask, któ­ry drży za każ­dym ra­zem, kie­dy prze­jeż­dża me­tro. Nie mam opa­łu, zo­sta­ły mi dwa pa­pie­ro­sy i dwa i pół pen­sa, któ­re mu­szą wy­star­czyć do wy­pła­ty. Je­stem tak głod­ny, że na­wet żo­łą­dek prze­stał już bur­czeć, po­nie­waż zo­rien­to­wał się, że to nie ma żad­ne­go sen­su. Sie­dzę na łóż­ku w płasz­czu. Czuć go mgłą oraz dro­gą, któ­rą od sied­miu lat od­by­wam dwa razy dzien­nie i sześć razy w ty­go­dniu, ra­zem z in­ny­mi sza­ry­mi ludź­mi. A tak­że Mar­shal­lem Gif­for­dem, gdzie mó­wią do mnie „ko­le­go”, po­nie­waż skoń­czy­łem stu­dia, i gdzie za trzy fun­ty ty­go­dnio­wo nad­zo­ru­ję wy­sył­kę pa­pie­ru do miejsc, któ­rych nig­dy w ży­ciu nie zo­ba­czę.

Mam dwa­dzie­ścia osiem lat i nie­na­wi­dzę swo­je­go ży­cia, ale wiecz­nie bra­ku­je mi cza­su i ener­gii, żeby je zmie­nić. W nie­dzie­le włó­czę się po mu­ze­ach, gdzie przy­najm­niej jest cie­pło, albo za­ta­piam się w lek­tu­rze książ­ki z bi­blio­te­ki, albo ba­wię się ra­diem. Wiem jed­nak, że nie­ba­wem na­dej­dzie po­nie­dzia­łek, a kie­dy o tym my­ślę, ogar­nia mnie pa­ni­ka, bo zda­ję so­bie spra­wę, że do­ni­kąd nie zmie­rzam, tyl­ko po pro­stu sta­ram się prze­żyć.

Nad ko­min­kiem po­wie­si­łem ob­ra­zek wy­cię­ty z „Il­lu­stra­ted Lon­don News”, za­ty­tu­ło­wa­ny Po­lar­ny kra­jo­braz. Bez­miar lądu po­kry­te­go śnie­giem i czar­ne mo­rze po­zna­czo­ne gó­ra­mi lo­do­wy­mi. Na­miot, sa­nie i psy hu­sky. Dwaj męż­czyź­ni w stro­jach po­lar­ni­ków nad mar­twym niedź­wie­dziem po­lar­nym. Ilu­stra­cja ma dzie­więć lat. Dzie­więć lat temu wy­cią­łem ją z cza­so­pi­sma i po­wie­si­łem nad ko­min­kiem. By­łem wte­dy na dru­gim roku stu­diów i jesz­cze mia­łem ma­rze­nia. Za­mie­rza­łem zo­stać uczo­nym, uczest­ni­czyć w wy­pra­wach na­uko­wych i od­kry­wać za­gad­ki po­cho­dze­nia wszech­świa­ta. Albo ta­jem­ni­ce ato­mu. Wszyst­ko jed­no.

I wte­dy, kie­dy ga­pi­łem się naPo­lar­ny kra­jo­braz, do­tar­ło to do mnie. Przy­po­mnia­łem so­bie cia­ło wy­cią­gnię­te z rze­ki i po­my­śla­łem: Jack, ty idio­to! To two­ja je­dy­na szan­sa! Je­śli z niej nie sko­rzy­stasz, jaki jest sens cią­gnąć to da­lej? Jesz­cze rok u Mar­shal­la Gif­for­da i to two­je cia­ło wy­ło­wią z Ta­mi­zy.

Jest pią­ta rano, pod oknem tur­ko­cą już wóz­ki roz­no­si­cie­li mle­ka. Przez całą noc nie zmru­ży­łem oka, ale czu­ję się wspa­nia­le. Je­stem zzięb­nię­ty, głod­ny i na wpół przy­tom­ny, lecz mimo to czu­ję się wspa­nia­le. Wciąż wi­dzę przed sobą twarz sta­re­go Gif­for­da. „Ależ, Mil­ler, to ja­kieś sza­leń­stwo! Prze­cież za kil­ka lat mógł­byś zo­stać na­szym kie­row­ni­kiem do spraw eks­por­tu!”. Ma ra­cję: to sza­leń­stwo. W ta­kich cza­sach re­zy­gno­wać z bez­piecz­nej po­sa­dy? Po­dwój­nie bez­piecz­nej, bo w ra­zie woj­ny był­bym zwol­nio­ny ze służ­by woj­sko­wej. Te­raz jed­nak wła­ści­wie mnie to nie in­te­re­su­je. Kie­dy wró­cę, woj­na i tak pew­nie wy­buch­nie, więc będę mógł zgło­sić się na ochot­ni­ka. A je­śli nie wy­buch­nie, to nic – wte­dy rów­nież zgło­szę się na ochot­ni­ka i po­ja­dę wal­czyć do Hisz­pa­nii.

Dziw­ne. Zda­ję so­bie spra­wę, że zbli­ża się woj­na, ale nie­wie­le mnie to ob­cho­dzi. Cie­szę się tyl­ko, że oj­ciec tego nie wi­dzi. Nie do­wie się, że na próż­no wal­czył na Woj­nie, Któ­ra Mia­ła Za­koń­czyć Wszyst­kie Woj­ny. Poza tym cała ta sy­tu­acja wy­da­je mi się ja­kaś nie­re­al­na. Na rok znik­nę z nor­mal­ne­go ży­cia. Będę pa­trzył na słoń­ce świe­cą­ce o pół­no­cy, na niedź­wie­dzie po­lar­ne, na foki ze­śli­zgu­ją­ce się z kry do zie­lo­nej wody. Po­ja­dę do Ark­ty­ki.

Za pół roku wy­pły­wa­my do Nor­we­gii. Całą noc spę­dzi­łem na pla­no­wa­niu. Za­sta­na­wiam się, kie­dy po­wi­nie­nem wrę­czyć wy­po­wie­dze­nie, żeby ja­koś do­trwać do lip­ca. Kom­ple­tu­ję na pa­pie­rze ekwi­pu­nek z woj­sko­wą li­stą za­opa­trze­nio­wą w ręce. Na­szki­co­wa­łem plan ćwi­czeń fi­zycz­nych oraz spo­rzą­dzi­łem spis nie­zbęd­nych lek­tur, po­nie­waż uświa­do­mi­łem so­bie, że w grun­cie rze­czy nie wiem zbyt dużo o Spits­ber­ge­nie. Tyl­ko tyle, że to gro­mad­ka wysp w po­ło­wie dro­gi mię­dzy Nor­we­gią a bie­gu­nem pół­noc­nym, tro­chę więk­szych od Ir­lan­dii i nie­mal w ca­ło­ści po­kry­tych lo­dem.

Roz­po­czy­na­jąc ten dzien­nik, by­łem prze­ko­na­ny, że wy­ru­szę na tę wy­pra­wę. Te­raz pi­szę, by utrwa­lić chwi­lę, kie­dy pod­ją­łem de­cy­zję o wy­jeź­dzie. Trup w rze­ce. Gdy­by nie ten nie­szczę­śnik, chy­ba­bym nie zmie­nił zda­nia. Dzię­ku­ję ci więc, bez­i­mien­ny nie­bosz­czy­ku. Mam na­dzie­ję, że zna­la­złeś spo­kój, gdzie­kol­wiek te­raz je­steś.

Wy­ru­szam do Ark­ty­ki.

Do­pie­ro te­raz do­strze­głem pe­wien szcze­gół na ob­raz­ku. Na pierw­szym pla­nie jest foka. Przez te wszyst­kie lata by­łem prze­ko­na­ny, że to fala, ale jed­nak to foka. Wy­raź­nie wi­dzę okrą­głą, mo­krą gło­wę wy­sta­ją­cą z wody. Foka pa­trzy na mnie. My­ślę, że mogę uznać to za do­bry znak.

2

24 lip­ca, Grand Ho­tel, Trom­sø, pół­noc­na Nor­we­gia

Aby nie ku­sić losu, po­sta­no­wi­łem nie pi­sać ni­cze­go aż do chwi­li, kie­dy do­trze­my do Nor­we­gii. By­łem prze­ko­na­ny, że wy­da­rzy się coś, co stor­pe­du­je eks­pe­dy­cję; nie­wie­le bra­ko­wa­ło, żeby tak się sta­ło.

Dwa dni przed usta­lo­nym ter­mi­nem wy­jaz­du umarł oj­ciec Ted­dy’ego Win­trin­gha­ma. Zo­sta­wił dwór w Sus­sex, „tro­chę wiej­skich po­sia­dło­ści”, spo­ro środ­ków za­in­we­sto­wa­nych w fun­du­sze po­wier­ni­cze i gro­mad­kę osób na utrzy­ma­niu. Spad­ko­bier­ca był „po­twor­nie wstrzą­śnię­ty” (nie zgo­nem ojca, lecz tym, co to ozna­cza­ło dla eks­pe­dy­cji), lecz z cięż­kim ser­cem mu­siał zre­zy­gno­wać z wy­jaz­du. W tej sy­tu­acji jego rocz­na nie­obec­ność nie wcho­dzi­ła w grę.

Po­zo­sta­li cał­kiem se­rio za­czę­li roz­wa­żać moż­li­wość od­wo­ła­nia wy­pra­wy. Czy bę­dzie „od­po­wie­dzial­nie” wy­ru­szyć bez le­ka­rza? Z naj­wyż­szym tru­dem za­pa­no­wa­łem nad gnie­wem. Do li­cha z „od­po­wie­dzial­no­ścią”! Prze­cież je­ste­śmy mło­dy­mi, zdro­wy­mi ludź­mi! Poza tym na­wet je­że­li ktoś za­cho­ru­je, zo­sta­je prze­cież le­karz w Lon­gy­ear­by­en, za­le­d­wie dwa dni dro­gi od obo­zu!

Oka­za­ło się, że Hugo i Gus po­dzie­la­li moją opi­nię, po­nie­waż za­rzą­dzi­li­śmy gło­so­wa­nie i oka­za­ło się, że je­dy­nie ten tłu­sty Al­gie był za od­wo­ła­niem eks­pe­dy­cji. Zresz­tą jak tyl­ko się zo­rien­to­wał, że nikt poza nim nie żywi żad­nych obaw, szyb­ko wy­co­fał swo­je za­strze­że­nia.

Po po­wro­cie do po­ko­ju zwy­mio­to­wa­łem, po­tem zaś wy­cią­gną­łem mapę Spits­ber­ge­nu. Na tej ma­pie nosi nową na­zwę Sval­bard, ale i tak wszy­scy po­słu­gu­ją się sta­rą, od­no­szą­cą się tak­że do naj­więk­szej wy­spy ar­chi­pe­la­gu. Tam się wła­śnie uda­je­my. Za­zna­czy­łem na­szą bazę czer­wo­ną krop­ką. Tam, na pół­noc­no-wschod­nim skra­ju, na sa­mym ko­niusz­ku tego cy­pla. Gru­hu­ken. Gru-hu­ken. „Hu­ken” zna­czy chy­ba hak, ale i ląd sta­ły. Co może zna­czyć „gru”, nie mam po­ję­cia.

Nic tam nie ma, tyl­ko na­zwa na ma­pie. Ogrom­nie mi się to po­do­ba. Po­do­ba mi się rów­nież to, że żad­na z do­tych­cza­so­wych trzech eks­pe­dy­cji nie za­ło­ży­ła obo­zu w tym miej­scu. Chcę, żeby było tyl­ko na­sze.

W po­cią­gu do New­ca­stle wszy­scy by­li­śmy zde­ner­wo­wa­ni. Mnó­stwo so­czy­stych żar­tów, któ­rych więk­szo­ści w ogó­le nie ro­zu­mia­łem. Gus pró­bo­wał mi je tłu­ma­czyć, ale od­nio­sło to tyl­ko taki sku­tek, że po­czu­łem się jesz­cze bar­dziej wy­ob­co­wa­ny. W koń­cu dał so­bie spo­kój, a ja wró­ci­łem do ga­pie­nia się w okno.

Po­dróż pocz­to­wym ku­trem do Ber­gen i da­lej na pół­noc, wzdłuż wy­brze­ży Nor­we­gii, była okrop­na. Al­gie i Hugo cier­pie­li na cho­ro­bę mor­ską. Hugo wy­mio­to­wał schlud­nie, jak kot, gru­by Al­gie na­to­miast za każ­dym ra­zem bru­dził nam cały ba­gaż. Gus sprzą­tał po nim bez sło­wa skar­gi; wi­dać było, że od daw­na łą­czy ich sil­na przy­jaźń. Ja, dzię­ki Bogu, mam żo­łą­dek z że­la­za, więc nie mu­sia­łem się mar­twić przy­najm­niej tą spra­wą, ale co wie­czór, kie­dy prze­wra­ca­łem się z boku na bok na pry­czy, śni­ło mi się, że wra­ca­łem do Mar­shal­la Gif­for­da. Ran­kiem bu­dzi­łem się mo­kry od potu i mu­sia­łem sam sie­bie prze­ko­ny­wać, że to nie­praw­da.

A te­raz je­ste­śmy w Trom­sø, skąd dzie­więć lat temu Amund­sen wy­star­to­wał w swo­jej ło­dzi la­ta­ją­cej i prze­padł bez wie­ści. Trom­sø: trzy­sta mil na pół­noc za ko­łem po­lar­nym. Moje pierw­sze spo­tka­nie ze słoń­cem o pół­no­cy.

Nie­ste­ty słoń­ca nig­dzie nie wi­dać. Od wie­lu dni bez­u­stan­nie sią­pi wszech­obec­na mżaw­ka. Trom­sø to nie­du­że, ład­ne ry­bac­kie mia­stecz­ko z drew­nia­ny­mi do­ma­mi po­ma­lo­wa­ny­mi na czer­wo­no, żół­to i nie­bie­sko, jak­by zbu­do­wa­no je z dzie­cię­cych kloc­ków. Po­dob­no ota­cza­ją je prze­pięk­ne, po­kry­te śnie­giem góry; nie wiem, bo nie wi­dzia­łem. Nie przej­mu­ję się tym jed­nak. Po­do­ba mi się tu wszyst­ko, po­nie­waż to nie Lon­dyn. Po­nie­waż je­stem wol­ny. Uwiel­biam wrzask mew i ło­skot fal ude­rza­ją­cych w ka­mien­ne nad­brze­ża por­tu. Za­chwy­cam się sło­nym po­wie­trzem i za­pa­chem smo­ły, a naj­bar­dziej po­do­ba mi się to świa­tło: ła­god­ne, wod­ni­ste, nie­ga­sną­ce ani na chwi­lę. Hugo po­wia­da, że ka­to­li­cy za­pew­ne w taki wła­śnie spo­sób wy­obra­ża­ją so­bie czy­ściec, i może ma ra­cję. Tu nie ma ani zmierz­chu, ani świ­tu. Czas stra­cił zna­cze­nie. Opu­ści­li­śmy świat rze­czy­wi­sty i wkro­czy­li­śmy do kra­iny snów.

Rzecz ja­sna, mewy wrzesz­czą całą dobę, bo nie po­tra­fią od­róż­nić dnia od nocy, ale na­wet to mi nie prze­szka­dza. Pi­szę przy roz­su­nię­tych za­sło­nach, w środ­ku dziw­nej, per­ło­wej „nocy”, któ­ra wca­le nie jest nocą. Nie mogę spać. Eks­pe­dy­cja na­praw­dę do­szła do skut­ku. Wszyst­ko, co ro­bi­my, czy­ni ją jesz­cze bar­dziej re­al­ną.

Mia­łem ra­cję, po­rów­nu­jąc Gusa do bo­ha­te­ra po­wie­ści dla chłop­ców. Ma sil­nie za­ry­so­wa­ną szczę­kę i błę­kit­ne oczy; bar­dzo po­waż­nie pod­cho­dzi do obo­wiąz­ków do­wód­cy. Co naj­za­baw­niej­sze, wca­le mnie to nie iry­tu­je, być może dla­te­go, że zda­ję so­bie spra­wę, że dla nie­go ta wy­pra­wa zna­czy nie­mal tyle, ile dla mnie. Wie­le mie­się­cy temu za­trud­nił bry­tyj­skie­go wi­ce­kon­su­la, nie­ja­kie­go Arm­stron­ga, jako na­sze­go agen­ta. A ten do­brze się spi­sał. Wy­na­jął sta­tek, któ­rym po­pły­nie­my do Gru­hu­ken. Za­opa­trzył nas w wę­giel, ło­dzie i ma­te­ria­ły po­trzeb­ne do zbu­do­wa­nia cha­ty i zgro­ma­dził je na brze­gu, skąd bę­dzie­my mo­gli ła­two wszyst­ko za­brać. Ku­pił też sa­nie i psi za­przęg i za­ła­twił zgo­dę nor­we­skie­go rzą­du na zi­mo­wa­nie. Wy­na­jął dla nas po­ko­je w tu­tej­szym Grand Ho­te­lu, któ­ry w peł­ni za­słu­gu­je na tę na­zwę.

Arm­strong na­ma­wia nas, że­by­śmy po­ga­da­li z na­szym szy­prem, pa­nem Eriks­so­nem, któ­re­mu coś się nie po­do­ba w Gru­hu­ken. Chy­ba nie uwa­ża, żeby to było wła­ści­we miej­sce na za­ło­że­nie obo­zu. Mogę z sa­tys­fak­cją stwier­dzić, że nikt z nas nie ma naj­mniej­sze­go za­mia­ru o tym z nim dys­ku­to­wać, i że Gus dał mu to de­li­kat­nie do zro­zu­mie­nia. Wy­bra­li­śmy to miej­sce po do­głęb­nej ana­li­zie ra­por­tów do­star­czo­nych przez wcze­śniej­sze wy­pra­wy i byle nor­we­ski łow­ca fok nie bę­dzie nam tu mie­szał. Jego za­da­nie po­le­ga wy­łącz­nie na tym, by do­star­czyć nas tam naj­póź­niej w sierp­niu, że­by­śmy przed na­sta­niem zimy zdą­ży­li zbu­do­wać dru­gi obóz, na polu lo­do­wym.

26 lip­ca

To prze­ra­ża­ją­ce, ile pie­nię­dzy wy­da­je­my!

W Lon­dy­nie to Hugo był od­po­wie­dzial­ny za spra­wy fi­nan­so­we i mu­szę przy­znać, że do­sko­na­le so­bie ra­dził. Jego umie­jęt­no­ści per­swa­zji nie po­wsty­dził­by się ża­den praw­nik; uzy­skał atrak­cyj­ne ra­ba­ty od wie­lu firm, któ­re do­star­cza­ły nam wy­po­sa­że­nie, Mi­ni­ster­stwo Woj­ny zaś na­mó­wił, żeby za dar­mo udo­stęp­ni­ło nam sprzęt ra­dio­wy. Po­zo­sta­łe kosz­ty po­kry­wa­li­śmy z „fun­du­szu eks­plo­ra­cyj­ne­go”, na któ­ry skła­da­ły się do­ta­cje od Uni­wer­sy­tec­kie­go Klu­bu Od­kryw­ców, Kró­lew­skie­go To­wa­rzy­stwa Geo­gra­ficz­ne­go, a tak­że dat­ki osób pry­wat­nych (za­pew­ne głów­nie za­moż­nych cio­tek). W su­mie dało to kwo­tę trzech ty­się­cy fun­tów. Gus wciąż po­wta­rza, że mu­si­my być roz­sąd­ni, w związ­ku z czym więk­szość rze­czy ku­pu­je­my tu, w Nor­we­gii, gdzie jest znacz­nie ta­niej. Jego po­czu­cie roz­sąd­ku i moje nie mają jed­nak ze sobą wie­le wspól­ne­go.

W New­ca­stle ku­pi­li­śmy to, cze­go nie do­sta­li­by­śmy w Nor­we­gii: pro­szek ja­jecz­ny, cze­ko­la­dę, a tak­że (z po­wo­du pro­hi­bi­cji) al­ko­hol, ty­toń i pa­pie­ro­sy. Wte­dy wła­śnie prze­ko­na­łem się, że za­moż­ni lu­dzie mają zu­peł­nie inną hie­rar­chię war­to­ści: co praw­da pły­nę­li­śmy do Nor­we­gii trze­cią kla­są, ale za­bra­li­śmy skrzy­nię oks­fordz­kiej mar­mo­la­dy i dwie bu­tel­ki szam­pa­na na świę­ta.

W Trom­sø za­cho­wy­wa­li­śmy się jak dzie­ci w skle­pie ze sło­dy­cza­mi. Pi­ra­mi­dy dże­mów, her­ba­ty, kawy, mąki, soi, cu­kru i ka­kao. Owo­ce w pusz­kach, su­szo­ne wa­rzy­wa, ma­sło (nie mar­ga­ry­na; wąt­pię, czy tam­ci kie­dy­kol­wiek mie­li ją w ustach) oraz skrzy­nie wy­peł­nio­ne po brze­gi pe­mi­ka­nem, czy­li spe­cjal­nie kon­ser­wo­wa­nym mię­sem, dla nas i dla psów.

A na­sze wy­po­sa­że­nie! Dłu­ga je­dwab­na (je­dwab­na!) bie­li­zna, weł­nia­ne skar­pe­ty, rę­ka­wi­ce, sza­le i swe­try, ka­po­ki, spodnie zwy­kłe i nie­prze­ma­kal­ne, ano­ra­ki (coś w ro­dza­ju kur­tek z kap­tu­rem), gu­mow­ce, rę­ka­wicz­ki z koń­skiej skó­ry i ko­mi­niar­ki. Pod­czas naj­więk­szych chło­dów mia­ły nam słu­żyć spe­cjal­ne skó­rza­ne buty wy­ra­bia­ne przez La­poń­czy­ków, na­smo­ło­wa­ne i o parę nu­me­rów za duże, żeby moż­na było wy­pchać je sło­mą.

Sfo­to­gra­fo­wa­li­śmy się w peł­nym ekwi­pun­ku. Wy­glą­da­my jak praw­dzi­wi od­kryw­cy! Al­gie okrą­gły ni­czym ja­kiś Eski­mos, Hugo i ja chu­dzi i ogo­rza­li, jak­by­śmy przez parę mie­się­cy do­sta­wa­li zmniej­szo­ne ra­cje żyw­no­ścio­we. o Gu­sie zaś moż­na by po­my­śleć, że jest Skan­dy­na­wem – kto wie, może młod­szym bra­tem Amund­se­na?

Do­pie­ro jed­nak za­ku­py po­zo­sta­łe­go wy­po­sa­że­nia uświa­do­mi­ły mi, na co się na­praw­dę po­ry­wa­my. Na­mio­ty, śpi­wo­ry, amu­ni­cja, skó­ry re­ni­fe­rów (przy­pusz­czal­nie jako izo­la­cja od pod­ło­ża), a przede wszyst­kim im­po­nu­ją­cy stos lamp naf­to­wych, lamp czo­ło­wych i la­ta­rek elek­trycz­nych. Te­raz, w nie­usta­ją­cym bla­sku dnia, trud­no w to uwie­rzyć, ale na­dej­dzie pora, kie­dy za­pad­nie nie­prze­rwa­na ciem­ność. Na myśl o tym robi mi się ja­koś dziw­nie lek­ko na żo­łąd­ku. W pew­nym sen­sie nie mogę się tego do­cze­kać – głów­nie dla­te­go, żeby spraw­dzić, czy wy­trzy­mam.

By­najm­niej nie za­mie­rza­my żyć w spar­tań­skich wa­run­kach. Mamy skrzy­nię ksią­żek i gra­mo­fon, a na­wet za­sta­wę z chiń­skiej por­ce­la­ny po­da­ro­wa­ną przez mamę Al­gie­go. Chwi­la­mi ża­łu­ję, że idzie nam tak ła­two, że to wy­glą­da na za­ba­wę, a nie na coś, co dzie­je się na­praw­dę.

Sko­ro mowa o tym, co na­praw­dę: ju­tro z sa­me­go rana okrę­tu­je­my się na Is­bjør­na do­wo­dzo­ne­go przez pana Eriks­so­na. Ka­pi­tan jest do­świad­czo­nym łow­cą fok i tra­pe­rem, któ­ry już chy­ba z dzie­sięć razy zi­mo­wał na Spits­ber­ge­nie. Jesz­cze nig­dy nie mia­łem do czy­nie­nia z tra­pe­ra­mi, ale znam ich z ksią­żek Jac­ka Lon­do­na. Oni też są na­praw­dę: wal­czą z na­tu­rą, po­lu­ją na foki i niedź­wie­dzie po­lar­ne. W Nor­we­gii mówi się o nich „praw­dzi­wi my­śli­wi”. Przy­znam, że tro­chę mnie to wszyst­ko onie­śmie­la.

Z ksią­żek wy­ni­ka, że zło­ta era tra­per­stwa przy­pa­da­ła na czas, kie­dy Spits­ber­gen był jesz­cze zie­mią ni­czy­ją. Wciąż nie mogę tego zro­zu­mieć. Po­my­śleć, że za­le­d­wie kil­ka lat temu te dzi­kie wy­spy le­żą­ce tak bli­sko Eu­ro­py do ni­ko­go nie na­le­ża­ły, że każ­dy mógł na nich ro­bić, na co tyl­ko przy­szła mu ocho­ta! Cu­dow­na spra­wa. Skoń­czy­ło się to jed­nak w roku 1925, kie­dy wy­spy przy­łą­czo­no do Nor­we­gii. Ja­kie opo­wie­ści krą­żą o tam­tych cza­sach! Włó­czą­ce się wszę­dzie niedź­wie­dzie, śmier­tel­ne wy­pad­ki na po­lach lo­do­wych, lu­dzie tra­cą­cy zmy­sły z po­wo­du ciem­no­ści i osa­mot­nie­nia, mor­du­ją­cy się wza­jem­nie, strze­la­ją­cy do ko­le­gów... Jest na­wet na to spe­cjal­na na­zwa: rar. Arm­strong ba­ga­te­li­zu­je to zja­wi­sko i okre­śla je jako spe­cy­ficz­ny na­strój, jaki ogar­nia nie­któ­rych zi­mu­ją­cych w Ark­ty­ce, nie­wie­le róż­nią­cy się od ob­se­syj­nych za­cho­wań zna­nych nam z co­dzien­ne­go ży­cia, ta­kich jak ukła­da­nie za­pa­łek albo czę­ste od­wie­dza­nie skle­pów. Ja jed­nak wiem z ksią­żek, że to po­waż­niej­sza spra­wa. Mówi się też o czymś, co na­zy­wa się „Isha­vet kal­ler”, czy­li „zew Ark­ty­ki”, i jest skraj­ną po­sta­cią raru. Do­tknię­ty tą przy­pa­dło­ścią czło­wiek któ­re­goś dnia po pro­stu ru­sza przed sie­bie i spa­da z naj­bliż­sze­go kli­fu.

Kie­dyś, wca­le nie tak daw­no temu, na Wy­spie Ba­rent­sa zna­le­zio­no w cha­cie czte­rech mar­twych lu­dzi. Umar­li z gło­du, mimo że mie­li broń i mnó­stwo amu­ni­cji. Au­tor książ­ki, któ­ry opi­sał to zda­rze­nie, był zda­nia, że bali się wyjść za próg cha­ty. Za bar­dzo prze­ra­ża­ła ich ciem­ność i pust­ka. To cie­ka­wa hi­po­te­za, ale prze­cież ni­cze­go nie wie się na pew­no.

Rar. Isha­vet kal­ler. Go­rącz­ka po­lar­na. Wy­czer­pa­nie ner­wo­we. Je­stem w sta­nie zro­zu­mieć, dla­cze­go ta­kie rze­czy zda­rza­ły się daw­niej, gdy po­lar­ni­cy byli zu­peł­nie od­cię­ci od świa­ta, ale te­raz jest cał­kiem in­a­czej. Mamy gra­mo­fon i ra­dio. I całe szczę­ście, bo prze­cież w po­rów­na­niu z tymi tra­pe­ra­mi je­ste­śmy zu­peł­ny­mi ama­to­ra­mi. Z nas wszyst­kich tyl­ko Al­gie był kie­dyś w Ark­ty­ce, a i to nie­wie­le – spę­dził je­dy­nie sześć ty­go­dni na po­lo­wa­niu na Gren­lan­dii. Trze­ba re­ali­stycz­nie oce­niać siły.

27 lip­ca, Is­bjørn, gdzieś na Mo­rzu Nor­we­skim

Pi­szę to w mo­jej ka­ju­cie. W ka­ju­cie... Cuch­nie fo­czym tłusz­czem i jest nie­wie­le więk­sza od trum­ny, ale jed­nak. Za to Is­bjørn jest pięk­ny: rą­czy nie­du­ży ża­glo­wiec, do­kład­nie taki, jaki wy­obra­ża­łem so­bie pod­czas lek­tu­ry Moby Dic­ka, tyle że wy­po­sa­żo­ny w pięć­dzie­się­cio­kon­ny sil­nik Die­sla, plu­ją­cy czar­nym smo­li­stym dy­mem. Jak zwy­kle pre­cy­zyj­ny Hugo po­in­for­mo­wał mnie, że to dzie­więć­dzie­się­cio­sto­po­wy slup (co­kol­wiek to zna­czy) słu­żą­cy do po­lo­wań na foki, i że o ta­kim wła­śnie jego prze­zna­cze­niu świad­czy bo­cia­nie gniaz­do umiesz­czo­ne mniej wię­cej w trzech czwar­tych wy­so­ko­ści masz­tu. Więk­szą część ka­dłu­ba zaj­mu­ją ła­dow­nie. Zna­la­zło się tam tak­że miej­sce na sa­lo­nik i czte­ry przy­le­ga­ją­ce do nie­go ka­ju­ty. Zaj­mu­ję jed­ną z nich. Nie mam po­ję­cia, gdzie sy­pia za­ło­ga ani na­wet jak jest licz­na, po­nie­waż wszy­scy wy­glą­da­ją dla mnie tak samo. To wspa­nia­łe nor­dyc­kie typy o buj­nych bro­dach, w za­ska­ku­ją­co czy­stych stro­jach. Nie wiem, ja­kim cu­dem nie cuch­ną fo­czym tłusz­czem, w prze­ci­wień­stwie do wszyst­kie­go do­ko­ła. Ten kwa­śny, ole­isty smród wsiąkł głę­bo­ko w drew­no, czuć go na­wet w wo­dzie pit­nej. Hugo i Al­gie mają zie­lon­ka­we twa­rze, a i ja od­czu­wam lek­kie mdło­ści.

O dzi­wo, uda­ło nam się za­ła­do­wać wszyst­ko na sta­tek, a za­ło­ga nie upu­ści­ła żad­nej ze skrzyń z moim sprzę­tem ra­dio­wym. Są te­raz bez­piecz­ne w ła­dow­ni, nie na po­kła­dzie z psa­mi.

Prze­klę­te psy. Wiem, że po­trze­bu­je­my ich