Cienie w czasie - Jordi Sierra i Fabra - ebook
Opis

Rok 1949. Hiszpania nie otrząsnęła się jeszcze z szoku po wojnie domowej. W zrujnowanej Barcelonie żyje się trudno, ale przynajmniej nie brakuje pracy. Carmen Cerón opuszcza więc rodzinną wieś i wraz z trójką nieletnich dzieci wyrusza w podróż do tego miasta, by po czterech latach rozłąki dołączyć do pracujących w mieście męża i najstarszego syna. 

Zamachy bombowe, wizyta generała Franco, strajk robotników, Kongres Eucharystyczny, fale emigracji zarobkowej i politycznej – wszystkie te wydarzenia polityczne i przemiany społeczno-obyczajowe są tłem dla pełnej dramatycznych zwrotów akcji sagi obejmującej 20 lat z życia rodziny Ceronów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 643

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Barcelona. Przygnieciona frankistowskim butem, zastraszona… Oferuje jednak miejsca pracy i jest alternatywą dla nędzy panującej na hiszpańskiej prowincji. Obietnicą lepszego życia, której nie mogą się oprzeć tysiące ludzi.

Są wśród nich Ceronowie - Carmen i Antonio oraz czwórka ich dorastających dzieci. Zmagają się z problemami codzienności – z kartkami na żywność, brakiem pieniędzy, ciasnotą mieszkania – i każdy z nich po swojemu radzi sobie z duchami przeszłości, lękami i nową rzeczywistością.

Rozpaczliwie próbują chwytać chwile szczęścia… albo zapomnienia. Młodsza córka Ceronów odnajduje je we flamenco; starszy syn w kobietach, w których specjalnie nie przebiera; młodszy w przyjaźni – zbyt bliskiej – z kolegą ze szkoły; Antonio w alkoholu.

A Carmen…

Carmen, żyjąca z piętnem tego, co zdarzyło się przed laty, nie chce już niczego dla siebie. Chce tylko utrzymać jedność rodziny.

Jordi Sierra i Fabra(ur. 1947 r.)

Jeden z najbardziej cenionych i zarazem najpoczytniejszych współczesnych hiszpańskich pisarzy (10 milionów sprzedanych egzemplarzy w samej Hiszpanii!), zdobywca 30 nagród literackich. Debiutował w 1975 r. W dorobku ma kilkadziesiąt powieści dla dorosłych (w tym thrillery z byłym inspektorem policji, Miguelem Mascarellem), biografie gwiazd muzyki rockowej oraz 400 książek dla dzieci i młodzieży. Pisze po hiszpańsku i katalońsku. Jego twórczość została przełożona na 25 języków.

Tego autora

CIENIE W CZASIE

Miquel Mascarell

CZTERY DNI W STYCZNIUSIEDEM DNI W LIPCUPIĘĆ DNI W PAŹDZIERNIKUDWA DNI W MAJU

Tytuł oryginału: SOMBRAS EN EL TIEMPO

Copyright © Jordi Sierra i Fabra 2011First Published by Random House Mondadori, S. A., 2011Translation rights arranged by IMC Agencia Literaria, SLAll rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Teresa Gruszecka-Loiselet 2015

Redakcja: Ewa Pawłowska

Zdjęcie na okładce: © YuriyZhuravov/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-7985-183-6

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Krewnym Antonii,których wspomnieniastanowią część tej książki

CZĘŚĆ PIERWSZA1949

1

Stali z rękami i nosami przyklejonymi do okna na długo przed tym, zanim pociąg zaczął zwalniać, by wtłoczyć się z łoskotem kół w labirynt torów.

– Jakie ogromne miasto!

– Patrz na te wysokie domy!

– Nie widać morza!

Zmęczenie minęło jak ręką odjął. Cecha młodości.

Matka była skonana.

– Usiądźcie, bo pociąg może nagle zahamować i się przewrócicie.

Nie posłuchali.

Za szybą przesuwała się Barcelona. Ich wytęsknione miasto. Ostatni etap długiej podróży.

Początek nowego życia.

– Mamo, popatrz…

Salvador szalał z radości, Úrsula była cała w nerwach, a Fuensanta – zadumana, poważna i milcząca jak zwykle, lecz jej oczy mówiły wszystko.

Więcej niż słowa.

Carmen nie nalegała i pozwoliła dzieciom się cieszyć, sama zaś utkwiła wzrok w towarzyszach podróży zajmujących drewniane ławki po obu stronach przejścia. Mężczyzna o spłoszonym spojrzeniu, w czapce nasuniętej głęboko na czoło, kobieta z zaczerwienionymi oczami i bladą twarzą, rekrut o wychudłych policzkach, w mundurze pogniecionym i za dużym co najmniej o dwa rozmiary, małomówna para, która praktycznie przez cały czas sztywno trzymała się pod rękę, co nie było najwygodniejszą pozycją w trzęsącym się pociągu…

Chwilami Carmen czuła zażenowanie z powodu nieustannej paplaniny Úrsuli i wiercącego się niespokojnie Salvadora.

Ale cóż, taka jest młodość.

Pełna energii…

– Długo jeszcze?

Matka po raz pierwszy odezwała się do nich ostro:

– Usiądźcie wreszcie!

– Słyszeliście, co powiedziała mama? – wsparła ją Fuensanta.

Pociąg toczył się powoli. Monotonna plątanina torów. Lokomotywa po raz ostatni buchnęła kłębami pary i z bezsilnym charkotem zatrzymała się pod ogromną kopułą dworcową.

Ich długa podróż dobiegła końca.

Tak długa, jakby przemierzyli pół świata.

– Pośpieszcie się, tata na nas czeka. – Zabrzmiało to jak rozkaz.

Mężczyzna o spłoszonym spojrzeniu i w czapce wciśniętej na czoło chwycił starą, obwiązaną sznurkiem walizkę i pierwszy ruszył do wyjścia. Kobieta o zaczerwienionych oczach i bladej twarzy sama, bez niczyjej pomocy, podniosła dwa wielkie toboły zawinięte w płachtę. Zalękniona para, która nie odstępowała siebie ani na krok, zajęła się swoimi dwiema walizkami i przykrytym zniszczoną kapą koszem. Natomiast rekrut o wychudłej twarzy podszedł do nich. Wcześniej rzucał ukradkowe spojrzenia na Fuensantę i Úrsulę, dłużej zatrzymując wzrok na tej pierwszej, która spodobała mu się jako starsza i bardziej kobieca.

Nawet bardzo.

– Może pomóc?

– Nie, dziękujemy. Damy sobie radę, jest nas czworo.

– Jak chcecie.

Ostatnie spojrzenie. Fuensanta odwróciła głowę w drugą stronę. Statki, które mijają się nocą… Była najwyższa z rodziny, toteż szybko zdjęła z góry trzy walizki i dwa tobołki. Kiedy znalazła się w przejściu, nie było już widać rekruta, wagon powoli pustoszał.

– Nie trzęś tak walizką, bo się otworzy i wszystko wysypie się na podłogę – powiedziała Carmen do syna.

– Ja wezmę najcięższą – zgłosiła się Úrsula.

– Zostaw ją dla mnie. Weź tę i tobołek – zdecydowała Fuensanta.

Dotarłszy do platformy wagonu, zeszli po trzech stopniach i zrobili pierwszy krok na tej ziemi. Dworzec Estación de Francia był ogromny i hałaśliwy. Pachniał pociągami i życiem. Pachniał smarem i czasem.

Gdzieś tam za peronami czeka na nich Antonio.

Nie widzieli się przez cztery lata.

Szmat straconego czasu.

Carmen podniosła głowę, jakby miała go nagle zobaczyć. Fuensanta pomyślała o tym samym, naśladując matkę. Natomiast Úrsula i Salvador podziwiali wysokie zadaszenie dworca, pierwsze kontury nieznanej im Barcelony i wchłaniali ten potężny ładunek brutalnej energii w chwili, która na zawsze pozostanie w ich pamięci.

Carmen znowu wzięła sprawy w swoje ręce.

– Nie wolno wam się rozdzielać, jasne?

Przeszli kawałek, zaledwie kilka metrów.

Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiło się przed nimi dwóch mężczyzn w garniturach, ze srogimi minami.

Żadne z nich nie zwróciłoby na nich uwagi, gdyby nie to, że jeden mężczyzna przeciął im drogę, a drugi podniósł klapę marynarki, aby pokazać znaczek.

– Dokumenty!

– Co pan mówi?

– Dokumenty!

– Mój mąż wyszedł po nas i…

– Wasze dokumenty. – Miał władczy ton głosu. Nieznoszący sprzeciwu.

– Chwileczkę.

Musiała się pochylić, rozwiązać swój tobołek i poszperać w dwóch pudłach z przegródkami, w które włożyła najniezbędniejsze rzeczy, gdyż wszystkiego nie dało się zabrać. Kiedy się podniosła, wręczyła im wszystkie dokumenty, jakie miała. Nawet książeczkę zdrowia.

– Skąd przyjeżdżacie?

– Z Murcji.

– A konkretnie?

– Z Isla Plana. To znaczy z Mazarrón, chociaż ja urodziłam się w…

– Gdzie przepustki?

– Jak pan mówi?

– Nie słyszy pani? Przepustki!

– Nic więcej nie mam, tylko to. – Wskazała na plik papierów, które on trzymał w ręku.

– Wobec tego pójdziecie z nami. – Mężczyzna wziął ją za ramię.

– Z wami? A dokąd?

– Zaraz pani zobaczy.

Jego ręka trzymała ją jak szpony drapieżnego ptaka. Drugi mężczyzna chwycił za ramię Salvadora.

– Przyjechałam z dziećmi do męża. Mamy zapewnioną pracę… – Carmen zachwiała się, jak przygnieciona ogromnym ciężarem, i mówiła dalej nieskładnie: – Mój mąż jest tu ze swoim kuzynem, znaleźli dla nas pracę, to znaczy dla córek i dla mnie, bo chłopiec pójdzie do szkoły. Mąż miał po nas wyjść, na pewno gdzieś tu czeka… On wam wszystko wyjaśni… Mamy gdzie mieszkać… Niech pan posłucha…

Mężczyzna pociągnął ją za sobą. Już nie słuchał.

– Pilnuj, żeby nam nie uciekli – powiedział do drugiego.

– Mamo… – wystraszył się Salvador.

– Idziemy!

– Nie możecie nam tego zrobić… Co się dzieje? Dokąd nas zabieracie?

– Nie rozumiem, na co oni wszyscy liczą, przyjeżdżając bez grosza przy duszy, czego tu szukają. – Mężczyzna mówił głośno, choć nie zwracał się bezpośrednio do niej. – Jak tak dalej pójdzie…

– Przyjechaliśmy, bo tutaj jest praca – odezwała się po raz pierwszy Fuensanta. – A tam, skąd pochodzimy, tylko głód.

Pierwszy mężczyzna przystanął. Nie puścił ramienia Carmen. Spojrzał na dziewczynę i jego surowa twarz przyoblekła się w twardą, okrutną maskę.

– W naszej Hiszpanii nikt nie umiera z głodu, dziewczyno.

Cedził słowa, jakby chciał jej napluć w twarz.

Ale najgorszy był wyraz jego oczu.

– Proszę… – raz jeszcze jęknęła błagalnie Carmen.

2

Antonio miał pewność, że ich widział.

Byli na peronie, szli w kierunku wyjścia prawie na samym końcu pstrokatego tłumu.

Nareszcie razem.

Przymknął na chwilę oczy albo tylko przesunął dłonią po twarzy, oddychając z ulgą.

I nagle…

Już ich nie zobaczył.

Ale to na pewno byli oni. Nie mógł się mylić. Carmen miała na sobie tę swoją ładną sukienkę z dnia ślubu. Pamiętał, że uszyła ją wtedy w pośpiechu z materiału kupionego na targu, bo nie było czasu na przygotowania. Ślub musiał odbyć się jak najszybciej. Córka pani Honorii była w poważnym stanie z wyraźnie zarysowanym brzuchem. Stara ta sukienka, pewnie już bardzo zniszczona… Obok Carmen szła Fuensanta, wysoka i szczupła, już panna, nie dziewczynka. Dalej Úrsula, jego oczko w głowie. I Salvador w krótkich spodniach nastolatka. Byli wszyscy oprócz Ginesa, który pełnił służbę wojskową.

Cała rodzina.

– Gdzie się mogli podziać? – wybąkał zdziwiony.

Wychodzili ostatni pasażerowie, niosąc swoje bagaże, walizki, tobołki, pudła przewiązane sznurkami, a w nich wszystko, co dało się zapakować. Wyszli i rozproszyli się na stacji, odnajdując swoich najbliższych lub kierując się prosto do wyjścia na ulicę.

To niemożliwe, żeby się zgubili.

– Przepraszam, nie widział pan takiej ładnej kobiety z dwiema dziewczynkami i chłopcem?

– Niestety nie.

– Przyjechali w jednym z ostatnich wagonów. Widziałem, jak wysiadali…

– Nie przypominam sobie.

Zastygł z przerażenia, zakręciło mu się w głowie. Czyżby wzrok spłatał mu figla? Może to było zwykłe przywidzenie? Ale nie, przecież nie cierpi na omamy.

Podszedł do kolejarza, który zamykał pochód najwolniejszych pasażerów.

– Pan wybaczy. – Zmiął czapkę w dużych silnych dłoniach. – Czy jest tu jakieś inne wyjście z dworca?

– Nie, tylko to.

– Czekam na żonę i dzieci… Chłopiec i dwie dziewczynki. Na pewno przyjechali tym pociągiem. Wydawało mi się nawet, że ich widziałem na peronie, ale potem…

– Dokumenty mieli w porządku?

– Chyba tak…

– A przepustki?

– Przyjechali z Murcji.

– Nieważne skąd. – Kolejarz miał twardy, zmęczony głos. – Bez przepustki nic nie można zrobić w razie kontroli. Tak to wygląda. Policja zatrzymuje wiele osób zaraz po wyjściu z pociągu. Jeśli nie mają wszystkich wymaganych dokumentów, zostają deportowani.

– Jak to deportowani? – Antonio zbladł.

– Po prostu odsyła się ich z powrotem na miejsce, skąd wyjechali, wsadzają ich do pociągu lub samochodu, zależy od liczby zatrzymanych. Za każdym razem kilka osób wpada podczas kontroli. Policja wybiera podejrzanych i jeśli nie mogą się wylegitymować, odstawia się ich do domu pod eskortą. – W zmęczonym głosie mówiącego zabrzmiały surowe tony. – Gdyby wszyscy jeździli, dokąd chcą, dziś tu, jutro tam, nastąpiłby wielki chaos, rozumie pan?

– Ale moja rodzina ma tutaj załatwioną pracę, tak samo jak ja.

– Jeśli zostali zatrzymani, niech pan tam idzie i udowodni to, co pan mówi. – Pracownik kolei zaczął się niecierpliwić.

– Dokąd mam iść?

– Zatrzymanych najpierw przesłuchuje się w sali dworcowej. A potem czekają na transport powrotny w pałacu Misiones, obok pałacyku Albéniz, na zboczu góry z zamkiem Montjuich, albo w samym zamku, to zależy. Czasem można ich także znaleźć w grotach Tierra Negra przy szosie do Casa Antúnez.

Antonio był coraz bardziej przerażony.

– To co ja mam zrobić?

– Już panu powiedziałem: szukać. Ale tu nie warto, nie radzę próbować. Nie wpuszczą pana do sali. Policja ma pewien system działań, to się chyba nazywa protokół… – Zmarszczył czoło i sprecyzował: – No właśnie, protokół oznacza ustaloną kolejność rzeczy. Najpierw jest A, a potem B, rozumie pan?

Nie chciał przyznać, że nie rozumie.

Nie był w stanie pozbierać myśli.

Cztery lata spędzone w samotności, bez żony, bez dzieci nawet na Boże Narodzenie. Cztery lata ciężkiej pracy i czekania na moment, gdy będzie mógł ich tu sprowadzić.

Nadszedł ten moment.

I co teraz?…

Antonio wybiegł z hali dworcowej.

3

Każde z nich przeżywało to przykre zajście na swój sposób, w zależności od temperamentu. Carmen płakała, wyczerpana psychicznie i fizycznie. Przyciskała do siebie zdezorientowanego Salvadora tak mocno, że omal go nie zgniotła. Úrsula rozglądała się z przerażeniem, natomiast Fuensanta siliła się na obojętność. Częściowo dlatego, że czuła na sobie łapczywe spojrzenia mężczyzn, obmacujących wzrokiem jej ciało od stóp do głów, co nie uszło również uwagi matki. Mała sala, w której się znaleźli, miała zniszczone, cuchnące wilgocią i potem ściany. Przez to miejsce codziennie musiało się przewijać wielu ludzi traktowanych tak samo jak oni.

Jak przestępcy.

– Niech pani przestanie płakać!

– A co mi pozostało? – jęknęła Carmen. – My nie jesteśmy przestępcami. Gdybyście mi pozwolili odszukać męża, on by wam wszystko wyjaśnił…

– Mamy wypuścić panią, ot tak?

– Przecież wam nie ucieknę i nie zostawię dzieci.

– Nie takie rzeczy tu widziałem.

– Więc zaprowadźcie nas do niego. Mam tu zanotowany adres.

– Wolne żarty! – Mężczyzna pokręcił głową w obie strony. – Mamy służyć wam za przewodników? Wypuścić wszystkich czworo?

– Sprawa musi być załatwiona jak należy, jasne? – odezwał się drugi mężczyzna. – Wsiedliście sobie do pociągu i uważacie, że wszystko jest w porządku. Ale tak się nie postępuje.

– Nie macie prawa…

– Daj spokój, mamo – upomniała ją Fuensanta.

– Radzę posłuchać córki. Wydaje się najrozsądniejsza – powiedział pierwszy mężczyzna.

– Rozsądna i ładna – przytaknął drugi.

– Nie będę milczeć. – Carmen zacisnęła szczęki. – Mój mąż jest murarzem. Przyjechał tu cztery lata temu. Znalazł dobrą pracę w przedsiębiorstwie budowlanym Construcciones Arguindei. Co chcecie jeszcze wiedzieć? Mieszka przy ulicy Tantarantana. Pisał, że to niedaleko dworca. Nie kłamię. Sądzicie, że wyjechałabym z Murcji razem z dziećmi, gdyby on tego nie chciał?

Nie otrzymała odpowiedzi.

Nic innego im nie pozostawało, tylko czekać, na szczęście tym razem krócej.

Do pokoju wszedł trzeci mężczyzna. W lewej ręce trzymał jakąś księgę z formularzami, a w prawej papierosa. Palce środkowy i wskazujący miał mocno pożółkłe. Pożółkłe i sczerniałe tak samo jak jego zęby. Nie musiał się uśmiechnąć, żeby było je widać: górną wargę z lewej strony zadzierała szrama biegnąca przez cały policzek aż do ucha. Wyglądało to tak, jakby jedna połowa twarzy się uśmiechała, a druga asystowała przy pogrzebie.

Nowo przybyły odłożył papiery na stół i mocno zaciągnął się papierosem. Wypuszczony z ust dym wypełnił pół sali gęstą mgłą.

Zrobiło się jeszcze bardziej ponuro.

Następnie rzucił peta na podłogę, rozgniatając go czubkiem buta.

– Wypiszcie tu swoje dane. – Otworzył księgę na właściwej stronie. – Tylko wyraźnie!

Carmen spojrzała na ten przedmiot, jakby nigdy dotąd nie widziała czegoś podobnego.

– Słyszy pani, co mówię? – Odwrócił się do kolegów, żeby zapytać: – Co jej jest?

– Normalka. – Pierwszy mężczyzna wzruszył ramionami.

– To samo co zawsze – zawtórował mu drugi.

– Umie pani pisać?

– Tak – odparła Carmen. – Ale mój syn Salvador ma ładniejszy charakter pisma.

– No to niech pisze Salvador. – Przesunął książkę w jego stronę i podał mu pióro. Wieczne pióro.

Chłopiec popatrzył na matkę.

– Rób, co każą, synu.

– Nie umiem tym pisać – szepnął onieśmielony.

– Na co czekasz, do cholery! – wybuchnął mężczyzna ze szramą. – Nie mam zamiaru tracić dla was całego dnia! Pisz!

Salvador wziął do ręki pióro.

– Co mam napisać?

– Imiona i nazwiska, wiek, miejsce pochodzenia. Tutaj, tu i tu! – Stuknął palcem w kartkę trzy razy, pokazując wolne rubryki do wypełnienia.

– Podyktuję ci. – Carmen powstrzymywała nowe łzy. – Zaczniemy od ciebie, dobrze? – Poprowadziła dłoń chłopca do punktu, skąd należało rozpocząć wpisywanie: – Salvador Cerón García, jedenaście lat, Mazarrón. Dobrze wiem, że za kilka dni obchodzisz dwunaste urodziny, ale teraz masz jeszcze jedenaście. – Zaczekała, aż skończy wypełniać swoje dane, po czym kontynuowała: – Úrsula Cerón García, piętnaście lat, Mazarrón. – Kolejna pauza i dalej: – Fuensanta Cerón García, osiemnaście lat, Mazarrón.

– Masz osiemnaście lat? – zapytał Fuensantę pierwszy mężczyzna.

Spuściła oczy.

– Tak, proszę pana.

– Wyglądasz na starszą.

– Kończmy – przerwała krępującą ciszę matka. – Carmen García Jumilla, trzydzieści osiem lat, Mazarrón.

Salvador napisał ostatni wyraz.

– Okazuje się, że nie było to takie trudne. – Mężczyzna ze szramą wyjął z paczki nowego papierosa i uderzył nim parę razy w stół, zanim podniósł do ust i przypalił zapałką, którą potem, gdy zgasła, rzucił na podłogę. Nie odezwał się, dopóki nie pociągnął pierwszego sztacha. Wtedy oświadczył stanowczo: – Teraz można ich wyprowadzić.

Nowy strach ścisnął serce Carmen.

– Dokąd nas zabieracie? Proszę, bardzo proszę…

Kolana się pod nią ugięły. Fuensanta musiała ją podtrzymać, a Úrsula i Salvador przysunęli się bliżej, żeby ją objąć, i tak pozostali, złączeni w jedno grono.

Pierwszy mężczyzna otworzył drzwi.

Drugi bez skrupułów popchnął ich do wyjścia.