Cienie i Mroki - Oktawian Nadgórski - ebook

Cienie i Mroki ebook

Oktawian Nadgórski

0,0
19,90 zł

lub
Opis

Mroczne i trzymające w napięciu opowiadania.
Historie przesycone grozą, tajemniczością i aurą strachu.
Wybieramy się w niezwykłą podróż do zupełnie innego świata. Tu magia i rzeczywistość wzajemnie się przenikają, ukazując ciemną stronę życia. Żaden z bohaterów nie zdaje sobie sprawy w jaki świat wkracza i jaką tajemnicę odkryje.
Niewyjaśnione zniknięcia ludzi pewnego miasteczka, i strach przed bestią z bagien, przeraża do granic możliwości. Czy znajdzie się ktoś odważny, by rozwikłać zagadkę i uspokoić mieszkańców?
Urzędnik wciągnięty w dziwne zdarzenia, przez niepozorne lustro, które stało się magicznym przedmiotem.
Ignacy, którego w nocy nawiedzają dziwne odgłosy, angażuje w pomoc policję. Jednak to co wszyscy odkryją nie spotkało ich nawet w najgorszych koszmarach…
Na koniec przenosimy się do tajemniczego Labiryntu… A tam… w zimnych, ciemnych wnętrzach czyha prawdziwe zło…
Opowiadania dla czytelników o mocnych nerwach.
Z każdym kolejnym tekstem coraz więcej przerażających scen i postaci.
W tej książce nie wykażesz się swoją przewidywalnością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 43




Oktawian Nadgórski
Cienie i Mroki

Wersja Demonstracyjna

Wydawnictwo Psychoskok

Oktawian Nadgórski „Cienie i Mroki”

Copyright © by Oktawian Nadgórski, 2020

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie

 może być reprodukowana, powielana i udostępniana w 

jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor prowadząca: Renata Grześkowiak

Projekt okładki: Robert Rumak

Korekta: "Dobry Duszek", Robert Olejnik

Skład epub, mobi i pdf: Kamil Skitek

ISBN: 978-83-8119-679-6

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]

Lustro

Józef Dębicki był dwudziestotrzyletnim mężczyzną, pracującym na stanowisku biurowym w spółce budowlanej „Cegła po Cegle”. Mieszkał we Wrocławiu, na trzecim piętrze czteropiętrowej kamienicy. W tym samym mieście również pracował. Był człowiekiem wysokim, szczupłym, o średniociemnych włosach. Miał dwoje rodzeństwa: siostrę Julię, która mieszkała obecnie w Brzegu Dolnym, oraz brata Marka. Julia prowadziła własną restaurację, natomiast Marek pracował jako archeolog, jeżdżąc na wyjazdy służbowe do Egiptu oraz Iraku, gdzie badał pozostałości dawnych starożytnych cywilizacji. Józef często odradzał mu tę pracę ze względu na niebezpieczeństwa ze strony działającego tam Państwa Islamskiego. Marek także rozważał taką możliwość, jednak był co do niej jeszcze niezdecydowany. Ostatnio w ogóle zachowywał się jakoś dziwnie. Szczególnie wtedy, gdy miał niedawno wyjeżdżać do Egiptu. Kiedy Józef żegnał się z nim na lotnisku, Marek sprawiał wrażenie zabieganego i roztrzęsionego. Po krótkiej rozmowie, która trwała niespełna dwie minuty, pożegnał się ze swoim bratem i pobiegł do samolotu, jak gdyby miał jechać tylko na godzinę na zakupy, a miał przecież lecieć do Egiptu na dwa tygodnie! Do tego jeszcze bardzo rzadko kontaktował się z rodziną i przyjaciółmi z Wrocławia.

Józef, w porównaniu do swojego brata, prowadził dość monotonne życie. Każdego dnia wstawał o wpół do siódmej rano, następnie, po krótkiej toalecie porannej i przebraniu się, brał do ręki czarny neseser na dokumenty i inne drobiazgi, po czym wychodził z domu na przystanek, gdzie czekał na tramwaj. Posiadał co prawda samochód, jednak do pracy dojeżdżał tramwajem, ponieważ nie lubił męczących korków ulicznych. Po dojechaniu na miejsce, wysiadał cztery ulice dalej, na skrzyżowaniu ulic. Następnie skręcał w prawo, gdzie zmierzał do wysokiego, sześciopiętrowego budynku, do którego wchodził. Również tego dnia znalazł się w przestronnym, oświetlonym hallu, na którego końcu znajdowały się oszklone windy. Józef przeszedł przez hall, stąpając po błyszczącej posadzce, następnie podszedł do oszklonej windy i wcisnął przycisk. Kiedy ta się pojawiła, wyszedł z niej jego kolega, Dariusz, który pracował w sąsiednim gabinecie. Wyglądał on na wypoczętego i dobrze odżywionego, mimo że był w średnim wieku, zdawał się być cały czas dwudziestoparolatkiem. Prowadził zdrowy tryb życia, nie korzystał z używek, uprawiał dużo sportu, zdrowo się odżywiał. Był niski i dość otyły. Był również osobą dowcipną, jednak z dość wyszukanym poczuciem humoru, oraz powszechnie lubianą. Lubił towarzystwo i zawsze otaczał się mnóstwem przyjaciół.

– Dzień dobry, co słychać? – spytał Józef.

– Jakoś idzie! – odparł Dariusz – Szef obiecał mi awans na kierownika działu księgowości, jednak muszę mieć wyższe wykształcenie. Chyba zacznę przykładać się do nauki. Muszę iść na uniwersytet.

– Zatem życzę powodzenia w nauce i karierze.

– Dziękuję.

Józef wszedł do windy i pojechał na górę, widząc zza oszklonych drzwi kolejne piętra, na których znajdowały się biura. Wreszcie dojechał na czwarte piętro, wyszedł z windy i zaczął kroczyć korytarzem przed siebie. Po obu jego stronach znajdowały się otwarte na oścież, półprzymknięte, bądź całkowicie zamknięte drzwi do sal biurowych. Po dotarciu do własnego pokoju służbowego, wyciągnął z torby klucz i otworzył drzwi. Kiedy wszedł do wąskiego pomieszczenia, w którym stało biurko z komputerem, trochę roślin ozdobnych oraz szafka na dokumenty, podszedł do okna, spoglądając na zakorkowaną ulicę. Ściany w gabinecie pomalowane były na biało, a z sufitu zwisał zdobiony żyrandol. Następnie usiadł przy biurku, uruchomił komputer i wziął się do pracy przy dokumentach. Po kilku godzinach wertowania kartek postanowił zrobić sobie przerwę na kawę. Miał ze sobą termos i śmietankę do kawy, więc zaczął przygotowywać się na chwilę odprężenia, gdy wtem zadzwonił telefon leżący na jego biurku. Józef odebrał połączenie i poznał po głosie swojego brata, Marka. Sądząc po tonie głosu, wydawał się być bardzo zaniepokojony, a nawet przerażony.

– Józefie, przyjeżdżaj natychmiast do mnie do domu, mam wielki problem! – mówił Marek.

– Już wróciłeś z Egiptu? – odparł zaskoczony Józef.

– Tak! Musisz tu przyjechać, ale już!

– Nie mogę, jestem teraz w pracy. 

– Daj spokój z tą pracą, mam wielki problem, który może nawet zaszkodzić mi na zdrowiu. Mało tego, w najgorszym przypadku może mnie pozbawić życia! Musisz tu przyjechać, bo inaczej… Nieważne. Po prostu musisz tu szybko przyjechać!

– Dobrze, już jadę! – odparł Józef, który czym prędzej chwycił neseser i wybiegł z biura, zamykając je na klucz. Następnie zjechał windą na parter i wychodząc z budynku, skierował się w stronę ulicy. Zauważył stojącą naprzeciw budynku taksówkę, do której niezwłocznie się skierował. Wsiadł do samochodu i nakazał taksówkarzowi wieźć się do domu brata, który mieszkał na przedmieściach.

Kiedy tak jechali w milczeniu, mijając kolejne ronda, skrzyżowania i skwery, powoli zniknęły wysokie bloki oraz rozsiane tu i ówdzie supermarkety, a ich miejsce zastąpił widok jednorodzinnych domów, budowanych na dość wąskich działkach. Na działkach takich mieścił się jednak ogród, podwórze, a niekiedy altanka. 

– To ten dom! – rzekł Józef, wskazując na wąski, wysoki, dwupiętrowy żółty dom z brązowym dachem na działce otoczonej ozdobnym żelaznym ogrodzeniem, złożonym z metalowych, wąskich pali, połączonych ze sobą długim spoiwem u góry i u dołu. Każdy z takich pali zakończony był ostrym szpikulcem, co sprawiało, że takie ogrodzenie było świetnym zabezpieczeniem przed złodziejami.

Józef zapłacił taksówkarzowi i wyszedł z samochodu, kierując się w stronę domu. Stanął przy bramie i nacisnął znajdujący się obok przycisk dzwonka. Nikt jednak nie odpowiadał, powtórzył więc czynność jeszcze trzy razy. Kiedy był już zniecierpliwiony, wyciągnął z torby telefon komórkowy i zadzwonił do brata:

– Jestem i czekam, lecz nie mogę się dostać do domu! – rzekł nerwowo Józef – Przecież zawsze masz zamkniętą bramę.

– Już idę! – odparł Marek. – Chwila, moment.

Po jakiejś minucie Marek zjawił się przy bramie i otworzył ją. Po chwili razem weszli do domu. Za drzwiami wejściowymi znajdował się niewielki hall, ze ścianami pomalowanymi na biało, gdzie mieściły się prowadzące na górę schody oraz było kilka drzwi do różnych pomieszczeń. Bracia weszli po schodach na górę, gdzie znajdował się podobny korytarz, pomalowany na biało oraz następne drzwi. Pod ścianą stała również wielka drewniana szafa, naprzeciwko niej komoda, a nad nią wisiała reprodukcja obrazu Vincenta van Gogha „Słoneczniki”. Przeszli dalej, drzwiami na końcu korytarza, do niewielkiego pokoju z jednym oknem, w którym stało kilka gratów, takich jak reprodukcje obrazów znanych malarzy, stare radio, krzesło ze złamanym oparciem przykryte kocem, dwa taborety oraz kilka stosów zakurzonych książek, których nikt zapewne nie dotykał od lat. W kącie stał również jakiś duży przedmiot, zakryty białą tkaniną. Marek zamknął drzwi na klucz, co zdziwiło Józefa.

– Co to ma znaczyć!? – zapytał. – Dlaczego zamknąłeś drzwi?

– Słuchaj! – odrzekł Marek. – Nasza rozmowa nie może się wydostać poza te cztery ściany. To, co ci teraz powiem, może cię zszokuje, może przestraszy, a może zaciekawi. Zobaczymy, jak zareagujesz.

– O co ci konkretnie chodzi? W ogóle, co się stało, że zadzwoniłeś do mnie taki przerażony?

– Wczoraj wieczorem wróciłem z Egiptu. Byłem tam tydzień, pracując przy wykopaliskach, prowadzonych przy niedawno odnalezionych ruinach dawnej świątyni. Jednak tak naprawdę na mojej posadzie oraz na całej tej świątyni nie zależało mi już w ogóle. Kiedy byłem w Egipcie ostatnim razem, natknąłem się na pewnego starego miejscowego sprzedawcę, który handlował antykami na ulicach Kairu. Miał on w swoim asortymencie stare, dziwne lustro, na które miał dokumenty, świadczące o przyzwoleniu od państwa posiadania owego przedmiotu z uwagi na to, że państwo egipskie uznało, że to falsyfikat. Chciał mi je oddać półdarmo, twierdząc, że ścigają go zamachowcy z Państwa Islamskiego, którzy chcą zniszczyć ów przedmiot, sugerując, że w jakiś sposób obraża Allaha. Oni niszczą zresztą praktycznie wszystko, co nie jest związane z islamem. Uznałem więc, że przedmiot ten może mieć jednak jakąś wartość historyczną, a z uwagi na to, że miałem dokumenty potwierdzające uczciwy zakup, nikt mi nie zarzuci kradzieży. Jednak wówczas nie mogłem kupić owego artefaktu, ponieważ starzec uciekł nagle przestraszony, jakby zobaczył samego diabła. Bardzo mnie to zdziwiło i postanowiłem odszukać go podczas następnego wyjazdu. Udało mi się to uczynić, znajdując go na kairskim targowisku. Ze względu na to, że jestem zawodowym archeologiem, uważam, że administracja egipska musiała pomylić się na moją korzyść. Myślałem, że to lustro będziemy mogli sprzedać z ogromnym zyskiem, jednak okazuje się, że nie.

– Dlaczego? – spytał Józef. – Sugerujesz może, że państwo egipskie prędzej czy później upomni się jednak o przedmiot?

– Nie. Prawdziwą wartość tego przedmiotu odkryłem dopiero po powrocie do domu i po dokładnym obejrzeniu go, poza tym mam dokumenty na legalny zakup. Uważam, że trzeba na cudzych błędach korzystać, taki już właśnie jest biznes. To nie ja jestem złodziejem, lecz oni ofermami.  Lecz mniejsza o to, problem tkwi gdzie indziej. To, co ci teraz powiem, może cię naprawdę zaskoczyć. Tylko nie śmiej się ze mnie i nie mów, że zwariowałem. Lustro wygląda na bardzo stary artefakt. Prawdopodobnie zostało wykonane wiele tysięcy lat przed Chrystusem. Teraz skup się i słuchaj uważnie! Dzięki swej znajomości pisma hieroglificznego odkryłem, że przedmiot nie pochodzi z naszego świata. Hieroglify wspominają coś o portalach między światami i o starożytnej magii. Ma ono pochodzić od Przybyszów z Gwiazd, przybyłych na ziemię Magicznym Portalem w zamierzchłych czasach, zanim jeszcze powstał Egipt czy Babilon, a co dopiero mówić o Grecji i Rzymie. Może on stanowić swoisty pomost między równoległymi światami. To prawdopodobnie właśnie z tamtego świata pochodzą ludzie oraz cała cywilizacja na Ziemi. Właśnie dokonaliśmy naukowego odkrycia, o jakim nie słyszał nigdy świat! Jednakże, żeby udowodnić prawdziwą moc Złotego Zwierciadła, jak należy owe lustro nazywać, wiem, że to będzie ryzykowne, ale ktoś musi do niego wejść. Zresztą można tam też będzie wysłać robota. 

– W porządku, wierzę ci. Chociaż trudno mi odegnać z głowy myśl, która mówi mi, że chyba jednak oszalałeś.

– Chcesz się przekonać i zobaczyć lustro?

– Tak! – odrzekł Józef.

– Jednak ostrzegam cię, nie wpatruj się w nie długo. Kiedy je oglądałem, odczuwałem jakiś dziwny niepokój, coś jakby… Zresztą, co ja wygaduję! To był zapewne ból stawów. Zapomniałem dzisiaj wziąć leku i tak mnie bolała ręka, że nie wiem, co wygaduję.

Marek podszedł do przedmiotu o dziwnym kształcie, który zakryty był tkaniną. Następnie szarpnął za jej róg i oczom ukazało się coś dziwnego, widok, jakiego Józef nie doświadczył jeszcze nigdy. Nie wyobrażał sobie, że na świecie mogą istnieć rzeczy tak niezwykłe, które już samym wyglądem zasługiwały na miano nie tylko niezwykłych, ale nadnaturalnych, mających w sobie coś, co przyciągało uwagę oraz dawało powód, aby myśleć tylko o nich, wpatrywać się w nie. 

– To jest to lustro? – spytał Józef.

– Tak. – odrzekł Marek.

Na kamiennym, niskim podłożu stały przymocowane do niego dwa metalowe pręty, do których przymocowane było szklane zwierciadło. Nie było to zwykłe zwierciadło, ponieważ zamiast własnego odbicia na szkle widać było tylko połyskującą z wolna, raz ciemniej, raz jaśniej, czerń. Na logikę było to złudzenie optyczne powodowane padającymi zza okna promieniami słońca. Jednak coś mówiło Józefowi, że tak nie było, że to było coś innego, jakaś niezbadana siła, jeszcze nieodkryta tajemnica. Wpatrując się przez minutę w lustro, zdawało się, że kolor zmienia się stopniowo od całkowitej czerni, aż po średniociemną szarość. Dłuższe wpatrywanie się w te zmieniające się barwy spowodowało, że Józef nie mógł od zwierciadła oderwać wzroku, wyłączając się na bodźce z zewnątrz. Reszta pomieszczenia sprawiała wrażenie, jakby rozmywała się, uwidaczniając jedynie kontury lustra. W zwierciadle owym dało się wyczuć coś niezwykłego, nadprzyrodzonego, jakąś tajemnicę. Słychać było jakby głos wołający wprost z ciemnego szkła, który wzywał, aby do niego wejść. Wejść do lustra tak łatwo, jakby to były otwarte na oścież drzwi. Nagle lustro zaczęło zmieniać barwę i zrobiło się zielone, następnie błękitne, aż wreszcie krwistoczerwone. Dały się w nim zarysować jakieś dziwne kontury oraz dziwne znaki. Po chwili z konturów rozpoznać można było twarz łysego starca z siwą brodą, który próbował coś powiedzieć, lecz nic nie było słychać. Dziwne znaki zaczęły przypominać jakby egipskie hieroglify. Józef stracił kontakt z rzeczywistością, wydawało mu się, że śni. Wszystko wydawało się dziwnym snem. Mężczyzna zrobił kilka kroków naprzód i nagle usłyszał w końcu słowa starca, początkowo niezrozumiałe dla niego, jednak po chwili zaczął je rozumieć:

– Podejdź tu, przejdź przez Złote Wrota, a dostaniesz się do świata, który cię potrzebuje – mówił starzec. – Starożytna Magia Bogów wzywa cię, abyś poznał prawdę.

– Kim jesteś? – spytał Józef.

– Jestem Odźwiernym Złotego Portalu. Jeśli nie chcesz przejść przez niego, nie poznasz prawdy skrywanej od dziesiątek tysięcy lat. 

– Chcę poznać prawdę, wchodzę! – odrzekł zdecydowanie Józef bez namysłu, jakby kierowała nim jakaś tajemnicza siła, i podszedł do zwierciadła. 

Dookoła nie było już nic widać, zniknęły stare meble i obrazy, nie było podłogi, ścian, sufitu, drzwi, okna. Był tylko otaczający zewsząd tajemniczy, złoty blask. Wyciągnął rękę do lustra i dotknął szklanego zwierciadła, które teraz promieniowało złotym blaskiem. Nie było w nim widać nic, prócz falującego złotego tunelu. Nagle poczuł, że jego dłoń zapada się i wnika w szkło. Po chwili nie było już widać także całego ramienia. Mężczyzna oparł drugą dłoń o taflę lustra, a palce także po chwili zniknęły w szkle. Czuł dreszcze, jakby lustro samo powoli go wciągało. Tajemnicze, złote światło miało go już pochłonąć na dobre, gdy nagle jakaś siła oderwała go od zwierciadła, po czym pchnęła do tyłu. Leciał tak, oddalając się od lustra, które robiło się coraz mniejsze. Po chwili wydawało się to nie mieć końca. Leciał w tył, pchany przez jakąś tajemniczą moc, nie mogąc obejrzeć się za siebie. Słyszał nasilający się w uszach świst, który zdawał się przeszywać go nie tylko w uszach i mózgu, lecz od stóp po głowę, na której włosy zjeżyły mu się. Był całkowicie sparaliżowany, zaczynał się bać. Złote światło ustępowało, robiło się coraz bledsze, aż w końcu ogarnęła go nieprzenikniona biel. Kontury lustra zaczęły się rozmywać, by następnie zniknąć całkowicie. Józef poczuł lekki chłód, który zaczął się nasilać. Zewsząd zaczęło się ściemniać, biel nie była już taka przejrzysta. Następnie pofrunął z jeszcze większą prędkością i znalazł się w całkowitej ciemności. Nie mógł się poruszyć, był przerażony, wszędzie otaczał go chłód. Od początku, kiedy zobaczył lustro, wydawało mu się, że śni, lecz teraz niewinny sen przerodził się w prawdziwy koszmar. W końcu zaczął spowalniać, aby zatrzymać się całkowicie wśród nieprzeniknionej ciemności. Mimo że zwolnił i tak zatrzymał się gwałtownie. Następnie zaczął spadać, jednocześnie obracając się. Chciał krzyczeć, ale paraliż mu nie pozwalał. Po chwili jednak zaczął odzyskiwać panowanie nad własnym ciałem, co przywróciło mu nadzieję na wyrwanie się z tego koszmaru. Z początku mógł poruszyć jedynie palcami u prawej dłoni, jednak szybko zaczęły go słuchać inne części ciała. Chłód począł ustępować, aby po chwili całkowicie zniknąć. Kiedy odzyskał czucie, wydawało mu się, że leży na czymś miękkim i ciepłym. Miękkość ta zaczęła otaczać go zewsząd. Odczuwał coraz większe ciepło. Świst ustawał, a kiedy ustał całkowicie, Józef zauważył, że leży pod jakąś tkaniną. Zerwał się, zrzucił ją i zobaczył pomieszczenie ze ścianami pomalowanymi na biało oraz ludzi w białych strojach. Już odzyskał słuch, więc mógł ich usłyszeć:

– Spokojnie! Leż! Musisz leżeć, jesteś w złej kondycji! – wołał chór męskich i kobiecych głosów. 

Józef zauważył, że ci ludzie są lekarzami, a on sam miota się na szpitalnym łóżku. Był więc w szpitalu… Nie wiedział, która jest godzina, dzień, miesiąc, a nawet rok. Nie wiedział, ile czasu coś gnało go przez koszmar, jaki nie prześniłby mu się nigdy, gdyby nie to lustro. Nadal czuł, jakby był na granicy snu i jawy. Jednak, mimo to, odetchnął z ulgą.

Józef leżał nadal w szpitalnym łóżku, a czas wydawał się nie mieć końca. Mijały godzina za godziną, na niebie nastała już noc. W końcu ktoś zapukał do drzwi i Józef podniósł głowę.

– Kto tam? – spytał.

Do sali wszedł Marek i podszedł do łóżka Józefa.

– Już po wszystkim – rzekł spokojnie. – Rozmawiałem z lekarzami, którzy uważają, że nic ci już nie dolega. Zemdlałeś i nie reagowałeś na żadne bodźce. Już się o ciebie bałem. Wyglądałeś, jakbyś miał za chwilę umrzeć. Byłeś blady i sztywny jak kłoda drewna. Lustro ukryłem w bezpiecznym miejscu i radzę ci, abyś go więcej nie szukał, chociaż zapewne i tak byś go nie znalazł. Spróbuję je pokazać w mediach za pomocą drona, którym obejrzę i sfotografuję je ze wszystkich stron. Nie można pod żadnym pozorem wpatrywać się w nie gołym okiem, ponieważ ma w sobie jakąś siłę, która w jakiś sposób oddziałuje na psychikę, wpatrującej się w nie osoby. Na ciebie musiało to silnie podziałać. Sam zresztą, kiedy się wpatrywałem w lustro, dostałem zawrotów głowy i także omal bym nie zemdlał, gdybym nie zaczepił ręką o stół, na którym leżała duża książka. Jej głośny, gruchoczący dźwięk uderzenia o podłogę odwrócił moją uwagę, po czym szybko zakryłem lustro. Wstawaj, odwiozę cię pod kamienicę, w której mieszkasz. 

– Która godzina? – spytał Józef.

– Już ósma wieczorem – odrzekł Marek, patrząc na zegarek. – Spałeś kilka godzin.

Po dotarciu do domu, Józef pobiegł schodami prosto do mieszkania, ponieważ winda była zepsuta. Wszedł do salonu, usiadł na kanapie, podniósł leżący na stole pilot i włączył telewizor. Na żadnym kanale nie leciało nic, co mogłoby go zainteresować, więc wyłączył telewizor i poszedł do kuchni. Tam zjadł parę ciastek z lodówki i wrócił ponownie do salonu. Jednak po chwili znowu poszedł do kuchni, kręcąc się tak z pół godziny po mieszkaniu i nie mogąc znaleźć jakiegokolwiek ciekawego zajęcia. Ciągle jeszcze chodziło mu po głowie zajście z tym dziwnym lustrem. Nie mógł przestać się głowić, co mógłby spotkać po drugiej stronie. „Kim był ten starzec w lustrze? O czym w ogóle mówił? Wspominał coś o jakiejś magii”. – Józef nie mógł sobie przypomnieć już szczegółów tego widzenia, to wszystko było jak jakiś sen. Spojrzał na wiszący w kuchni zegar, który wskazywał już jedenastą w nocy. Pomyślał, że po tym dziwnym śnie, czy cokolwiek to było, powinien położyć się do łóżka i zasnąć snem zwyczajnym. Tak postanowił zrobić i po jakimś czasie, już wykąpany i odświeżony, leżał w łóżku. Próbował zasnąć, lecz nie mógł. W końcu udało mu się jednak usnąć. Miał jednak bardzo dziwny koszmar…

Józef szedł przed siebie, wokół była mgła. Przystanął na chwilę, wszędzie było tak cicho, że aż budziło to przerażenie. Na granatowym niebie widniały cztery księżyce różnej wielkości. Najmniejszy był złoty, drugi, trochę większy, pomarańczowy, jeszcze większy był fioletowy oraz - największy – srebrny. Przed jego oczyma rozpościerała się zamglona, piaszczysta droga, która wydawała się nie mieć końca. Począł iść, nie mając pojęcia, dokąd zmierza. W oddali zauważył wysoką, wąską wieżę, zakończoną ostrym spiczastym dachem, którą można było dostrzec przez mgłę. Nagle jakby coś go podniosło i poleciał w kierunku wieży. Leciał bardzo szybko, miał nawet wrażenie, że szybciej od wiatru, wiejącego podczas huraganu. W jednej chwili znalazł się w bardzo dziwnym miejscu. W niewielkim pomieszczeniu z krwistoczerwonymi ścianami i zielonym sufitem. Na środku, wyłożonej srebrnymi kaflami podłogi, stała dziwna postać. Po krótkim wejrzeniu okazało się, że był to ten sam starzec, którego Józef widział w lustrze. 

Józef obudził się w środku nocy pełen niepokoju. Była północ. Następnego dnia wraz z Markiem sfotografowali lustro i przesłali zdjęcia do telewizji. Odzew był natychmiastowy. Lustrem zainteresowali się naukowcy, którzy kupili je od braci za niebagatelną sumę.

Koniec Wersji Demonstracyjnej