Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna w Pucku
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 343
Rok wydania: 1996
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ANDRE NORTON
CIEŃ SOKOŁA
Przełożyła Bożena Joźwiak
ZYSK I S-KA
WYDAWNICTWO
Tytuł oryginału SHADOW HAWK
Copyright c 1960 by Andre Norton, Ltd. All rights reserved.
Copyright c 1996 for the Polish translation
by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.c., Poznań
Redaktor Aneta Wolniewicz
Zysk i S-ka
Wydawnictwo s.c.
ul. Wielka 10, 61-774 Poznań
fax 526-326, Dział handlowy tel./fax 532-751, Redakcja 532-767
Łamanie komputerowe
perfekt s.c., Poznan, ul. Grodziska 11
Druk i oprawa
Drukarnia Wydawnicza im. W. L. Anczyca S.A. w Krakowie. Zam. 4166/96
PRZEDMOWA
Niemal dwa tysiące lat przed narodzeniem Chrystusa zwycięska armia Hyksosów wyruszyła z serca Azji Mniejszej. W swym marszu na zachód zdobywcy bez przeszkód pustoszyli inne kraje dzięki nowej, niezwykle skutecznej broni – ciągniętym przez konie rydwanom. Wojska, próbujące bronić swych ziem, były błyskawicznie rozbijane w pył.
Jednym z podbitych państw był Egipt, państwo stare i swego czasu potężne. Egipcjanie byli tak zawzięci w stosunku do obcych najeźdźców, że kiedy kilka pokoleń później udało im się ich wypędzić, podjęli skuteczną próbę usunięcia wszelkich śladów okupacji Doliny Nilu. Z tego powodu po dziś dzień nie wiemy dokładnie, kim byli Hyksosi, skąd przybyli i jak długo rządzili. Wiadomo jedynie, że przez pewien czas okupowali ten kraj, sprowadzili do niego konie, a przez jego mieszkańców uważani byli za istoty gorsze od diabła. Był to okres intryg, niebezpieczeństw i waśni, także w szeregach samych Egipcjan, ponieważ bardziej konserwatywni urzędnicy faraona woleli płacić Hyksosom symboliczny trybut, niż wszczynać otwartą walkę. Był to również okres, kiedy to młodzi ludzie mogli dokonywać rzeczy wielkich. Wysoko urodzeni Egipcjanie rozpoczynali szkolenie oficerskie w wieku mniej więcej dziesięciu lat, a mając lat czternaście lub piętnaście byli już wojownikami w oddziałach liniowych. Obydwaj książęta, którzy poprowadzili pierwsze ataki na Hyksosów, nie skończyli jeszcze dwudziestu lat.
Podczas wielu lat obcej okupacji Egipcjanie żyli po staremu tylko na dalekim południu Egiptu oraz w Nubii (dzisiejszy Sudan). Nubia, zwana Krainą Łuku, rządzona przez wicekróla faraona, dostarczała łuczników dla Pustynnych Zwiadowców – korpusu słynnego od ponad tysiąca lat w historii Egiptu. Ich umiejętności były tak szeroko znane i szanowane, że w obcych językach słowo określające Egipcjanina oznaczało również łucznika. Właśnie w Tebach, starożytnej stolicy południa, wybuchło w 1590 r. p.n.e. uwieńczone sukcesem powstanie przeciwko Hyksosom. Egipcjanie, ponownie zjednoczeni, wygnali wroga i stworzyli imperium, które miało w nadchodzących wiekach dominować w południowej części basenu Morza Śródziemnego.
1. GRANICZNY PATROL
Nad spieczoną ziemią niewyczuwalny był nawet najlżejszy podmuch wiatru, który mógłby rozwiać przykry swąd, unoszący się wraz z ciężkim, żółtawym dymem z brudnych chałup nędznej wioski Kuszytów. Nubijsko-egipscy łucznicy z oddziału Pustynnych Zwiadowców podkładali ogień pod chaty z wprawą, którą nabyli w czasie długotrwałej praktyki. Kiedy niedbale pokryte strzechą lub źle wyprawioną skórą dachy zamienią się w popiół, żołnierze rozrzucą kamienie tworzące koliste ściany i w ten sposób przestanie istnieć – przynajmniej na jakiś czas – kolejne gniazdo łupieżców w obszarze przygranicznym.
Kuszyci są jak mrówki, myślał ze znużeniem Rahotep, młody kapitan zwiadowców, stojąc na pagórku, który wynosił chatę wodza ponad inne. Cóż z tego, że zdepczesz sandałem ich kopiec lub nawet przekopiesz znajdujące się pod nim korytarzyki? Zostaniesz pokąsany, a i tak, za dzień lub dwa, nowa budowla wystrzeli na to miejsce.
W tej chwili kłęby dymu otoczyły jego głowę i zaczął kaszleć. Nie opuścił jednak swojego stanowiska. Wiedział, podobnie jak wszyscy na pozór beztroscy łucznicy z jego oddziału, że obserwują ich oczy wrogów – z nienawiścią i, miał nadzieję, z pewnym przerażeniem. Choć pomiędzy chatami widoczne było kłębowisko ciemnych ciał barbarzyńców, nie wszyscy Kuszyci z tej wioski zostali trafieni czerwonymi, wojennymi strzałami patrolu. Rahotep nie zarządził pogoni za jeńcami – czekał ich bowiem zbyt długi marsz przez pustynię do fortu, żeby obarczać się więźniami.
– Już się tu nie zagnieżdżą ponownie, panie! – W stwierdzeniu tym zabrzmiała nuta satysfakcji. Nubijczyk Kheti, podoficer Rahotepa, wbiegł na pagórek sprężystym krokiem. Górował on dobre piętnaście centymetrów nad drobniejszym, delikatniej zbudowanym Egipcjaninem, pochodzącym ze starego rodu z północy. Ogromny łuk, który tylko Kheti potrafił naciągnąć, wystawał zza ich głów jak proporzec pułkowy. Kiedy dym dosięgnął Khetiego, ten zakaszlał i splunął.
– Niestety, już wkrótce znajdą nowe siedlisko! – stwierdził Rahotep.
– Niech i tak będzie! – odparł Kheti. Miał pogodną naturę, był człowiekiem, który chętnie przyjmuje rozkazy i wprowadza je w życie, lecz od którego nie żąda się planowania własnych akcji. – Czyż ludzie nie wiedzą, że żadna z tych przeklętych dziur nie ukryje się długo przed wzrokiem krążącego Sokoła?
Rahotep ściągnął gniewnie swe proste, czarne brwi pod nemesem, sfinksowym nakryciem głowy z pasiastego lnu. Zirytowało go przypomnienie utraconego dziedzictwa w Egipcie. Głupotą było podawanie się za pana nomu Uderzający Sokół, podczas gdy posiadłości te już od jednego pokolenia były we władaniu hyksoskich najeźdźców. On sam był tylko Rahotepem, pozbawionym ziemi i niemal opuszczonym przez przyjaciół oficerem Pustynnych Zwiadowców, a nie Sokołem. Jego przyrodni brat Unis oraz jego pochlebcy nawet ten tytuł wykorzystywali przeciw niemu w swoich drwinach. Mówili o nim: „Cień Sokoła” – władca nie istniejącego nomu.
Kilka następnych dachów zapadło się, wzbijając snopy iskier i kłęby jeszcze bardziej gęstego dymu. Podczas gdy łucznicy wyburzali ściany, Rahotep wprawnym okiem mierzył położenie słońca na niebie. Musieli opuścić to miejsce przed nadejściem nocy.
– Niewiele zostało czasu – rzekł Kheti, który dostrzegł spojrzenie Rahotepa skierowane w górę. – Wielka szkoda, że nie udało nam się posłać Haptkego do jego śmierdzących przodków. Lecz nie zawsze można mieć zupełne szczęście.
– Ruszamy! – Kapitan, który dotąd trzymał w ręku bicz, będący symbolem jego władzy, teraz wepchnął go za pas przy swej krótkiej spódniczce i chwycił sistrum, rodzaj grzechotki używanej do dawania sygnałów wojownikom w polu. Potrząsnął nim ostrym ruchem nadgarstka, wydobywając z naciągniętych na druty koralików syk rozwścieczonej żmii.
Podczas gdy łucznicy ustawiali się w luźny szyk marszowy, Kheti wepchnął w rękę dowódcy małą, glinianą figurkę, którą ulepił, kiedy dotarł do nich w forcie rozkaz wyruszenia na ten patrol. Rahotep wystawił ją w kierunku słońca, w pełni świadomy faktu, że ukryte oczy to widzą, a ukryte uszy usłyszą każde słowo z tego, co ma do powiedzenia w języku Kuszytów.
– Haptke! – zawołał, nazywając wodza Kuszytów imieniem, pod którym był znany zwiadowcom. – Haptke, synu Taji i wy wszyscy, którzy za nim podążacie, jego wojownicy, jego posłańcy, jego przyjaciele; wy wszyscy, którzy jecie z jego garnków i leżycie w cieniu jego chaty, którzy wzniecacie rebelie, którzy pustoszycie ziemię, którzy zabijacie za pomocą siekiery i noża, dzidy i strzały, którzy myślicie tylko o niszczeniu i zabijaniu – na was wszystkich i waszego pana, Haptkego, rzucam teraz to przekleństwo. A kiedy to uczynię, niech się ziści jemu i wszystkim, których tu wymieniłem – w obliczu Amona-Re, Pana Wysokich Niebios i Jego Syna na ziemi, faraona, władcy Dwóch Krajów.
Chociaż język Kuszytów był chropawy, Rahotepowi udało się nadać mu rytm pieśni świątynnej. Podniósł glinianą figurkę nad głowę i cisnął nią w naznaczoną płomieniami ścianę ostatniej kwatery Haptkego. Wysuszona na słońcu glina rozprysnęła się, a łucznicy wydali okrzyki aprobaty. Ludzie zrobili już wszystko, co było w ich mocy, by rozprawić się z łupieżcami. Teraz odwołali się do pomocy bogów.
Zwiadowcy opuścili zrujnowaną wioskę legendarnym już kłusem, gnając przed sobą zdobycz – osły i parę wspaniałych, sudańskich chartów, które warczały i szczekały, ciągnięte z uporem na smyczach przez swoich nowych panów. Zdaniem łuczników wypad był udany, ale Rahotep był niepocieszony – oddałby chętnie czterokrotną wartość łupu za śmierć Haptkego. Zniszczyli wprawdzie legowisko, lecz lew uszedł cało, by ponownie siać zniszczenie.
Spalona słońcem roślinność pory suchej zamykała się wokół nich, gdy podążali ścieżką wzdłuż wąskiego koryta, w którym strumień skurczył się do zaledwie kilku spienionych kałuż. Spłoszone owady unosiły się gęstymi chmarami i Rahotep musiał w końcu użyć swego bicza, aby odgonić muchy. Szli miarowym krokiem. Regularnemu, głuchemu odgłosowi sandałów wtórował ostry stukot oślich kopyt po wygładzonych wodą kamykach.
Kiedy dotarli do pokrytego krzakami terenu, za którym rozciągała się prawdziwa pustynia, gdzie w pęknięciach czerwonej gliny ukazywały się płaszczyzny kamienia, jakiś cień przesunął się przed nimi po ziemi, kierując uwagę Rahotepa ku niebu. W bezchmurnej przestrzeni ponad niecką szybował sokół, jego własny symbol. Zdawał się krążyć nad kolumną ludzi i zwierząt, tak jakby w tej pyłem okrytej grupie znalazł zdobycz, której szukał.
Ptak płynął bezgłośnie w powietrzu, lecąc na czele łuczników niczym przewodnik. Zniżył lot, kierując się ku pasmu piaszczystych wzgórz, przez które biegła ich droga na północ. W pewnej chwili zanurkował i zniknął im z oczu.
– Posłaniec Wielkich poluje! – dobiegł zza pleców kapitana głos Khetiego. – Życz słudze Re, Horusowi Bystrookiemu, takiego szczęścia, jakie my dziś mieliśmy, panie.
Rahotep zwalniał kroku, aż w końcu stanął i zafurkotał swym sistrum z rozkazującym szczękiem, który zatrzymał cały szereg mężczyzn. Nie, nie mylił się. Znowu usłyszał zza wzgórza piskliwy płacz – dźwięk, którego nie potrafił rozpoznać.
Ze sztyletem w dłoni zaczął wspinać się na zbocze, wyszukując drogę z ostrożnością myśliwego. Kheti, z wyciągniętym toporkiem, następował mu na pięty. Kiedy zbliżyli się do szczytu wzniesienia, za którym zniknął sokół, opadli na dłonie i kolana, i w ten sposób wspinali się dalej. Potem, leżąc płasko, podczołgali się do krawędzi i ujrzeli w dole scenę tak niezwykłą, że Kheti wydał z siebie okrzyk szczerego zdumienia.
W uskoku pod nimi znajdowała się jaskinia, a przed nią kamienny występ oczyszczony przez wiatr z ziemi i piasku. Leżała tam sztywna lamparcica, wygięta przez śmierć, która na jej pysku wycisnęła wyraz nienawiści. Zmierzwiona sierść wokół pogryzionego drzewca strzały świadczyła o długich godzinach jej konania.
Przy wejściu do jaskini leżało lamparciątko o żółtym futrze, równie sztywne po śmierci jak jego matka. Właśnie na jego grzbiecie usadowił się sokół, który kręcił powoli zakończoną ostrym dziobem głową, jakby nad czymś się zastanawiał. Postawa ptaka nie wyrażała ani myśliwskiego zapału, ani gniewu, gdy obserwował znajdujący się przed nim mały kłębek czarnego futra, była to raczej zwyczajna ciekawość.
Futrzana kuleczka otworzyła swój koci pyszczek i prychnęła, wygięła w łuk grzbiet i uniosła łapę z wysuniętymi pazurami, żeby przestraszyć skrzydlatego intruza. Jednak, ku zdumieniu Rahotepa, pierzasty łowca nie odpłacił mu szponami czy dziobem. Uniósł tylko głowę i wrzasnął, uderzając zamglone od gorąca powietrze skrzydłami.
Rahotep przekroczył krawędź zbocza, po czym znalazł się na dole znacznie szybciej, niż zamierzał, wraz z lawiną wyschniętej gliny, która nie wytrzymała jego ciężaru. Sokół ponownie chrapliwie wrzasnął, więc kapitan wykonał ubrudzonymi palcami znak, który miał go przebłagać.
Wtedy ptak wzbił się w powietrze i zataczając koła, skierował się ku nisko zawieszonemu słońcu. Rahotep obserwował przez chwilę, jak sokół wznosi się – nieustraszony i wolny – a potem odwrócił się do małego, dzielnego wojownika w czarnym futrze.
Nie było to już bezradne maleństwo, lecz nieco podrośnięty kociak o otwartych ślepiach i temperamencie godnym swego gatunku. Mimo że straszliwie wygłodzony – jego ciałko stanowiły same kości okryte skórą – czujnie reagował na każdy ruch Rahotepa. Był równie szybki ze swymi syczącymi ostrzeżeniami, jak przedtem w stosunku do sokoła.
Chrzęst kamyków i osypująca się glina oznajmiły przybycie Khetiego. Omijając lamparciątko szerokim łukiem, żeby, przestraszone, nie spadło poza występ skalny, Nubijczyk podszedł do martwej lamparcicy. Szturchnął ją toporkiem i schylił się, oglądając pogryzione drzewce wystające z ciała.
– Strzała Kuszytów. Ale to stara rana. Zwierzę jest martwe co najmniej od dwóch dni.
Rahotep wykonał nagły skok. Jego palce zacisnęły się na luźnej skórze karku małego lamparta i w tym momencie zwierzę wydało z siebie takie samo wycie, jak to, które wcześniej przyciągnęło uwagę oficera. Podniósł je w górę, a lamparciątko zaczęło dziko wymachiwać łapami w powietrzu.
– Horus uznał za stosowne zesłać ci podarunek, panie – zauważył Kheti. – Zastanawiam się, dlaczego. Dary Wielkich, którzy rządzą z niebios, często niosą ze sobą zmienne szczęście. A lampart o skórze pokrewnej kolorem skórze Kuszytów – co prawda, rzadko się takie trafiają – musi mieć szczególnie paskudny charakter. No, ale jest jeszcze tak młody, że chyba uda się go nauczyć chodzenia przy nodze i słuchania rozkazów, czy to na polowaniu, czy na wojnie. Ma też dość siły, żeby żyć, a także walczyć, nawet jeśli jego siostra i matka nie żyją. Lecz wystrzegaj się, panie, tych pazurów, jeśli nie chcesz cierpieć z powodu bolesnych ran. – Roześmiał się teraz, gdyż rozwścieczony kociak zmarszczył pyszczek w warkocie i nie przestawał machać ze złością łapkami w powietrzu.
Rahotep rozwinął niezręcznie lewą ręką fałdy swej peleryny. Kheti chwycił jeden z rogów mocnego materiału i narzucił na walczącego jeńca, pomagając zrobić zawiniątko, które kapitan przyciskał do piersi, wspinając się z powrotem na wzgórze i schodząc po drugiej stronie, by dołączyć do czekającego oddziału.
Podbiegł do przodu, do stada osłów. Tak, miał rację. Była wśród nich samica z małym źrebaczkiem biegającym koło niej. Z pomocą kilku potencjalnych treserów lampartów, oraz niewątpliwie ze sporym wysiłkiem, uzyskał miarkę mleka w glinianym garnuszku. Kiedy cała grupa ruszyła w dalszą drogę, kapitan niósł w zagięciu ręki wyczerpane i bezsilne już lamparciątko. Idąc, maczał pasek płótna w garnuszku trzymanym w pogotowiu przez jednego z łuczników, a następnie wkładał go do małego, dyszącego pyszczka. Kociak szybko pojął w czym rzecz i, wystawiając czarny łepek z zawiniątka, ssał łapczywie.
– Naprawdę silna sztuka, panie – zauważył niosący garnuszek. – Czy mam postarać się o więcej mleka? Hori prowadzi na wszelki wypadek oślicę na linie.
Rahotep potrząsnął głową i rzekł: – Nic możemy już tracić więcej czasu po tej stronie rzeki. Kiedy ją przekroczymy, zanim Re opuści niebo...
Nasączył szmatkę ostatnimi kroplami mleka i poczuł wytrwałe pociąganie małego pyszczka. Maszerowali zachowując wszelkie środki ostrożności, konieczne we wrogim kraju – z boczną i tylną strażą. Pustynni Zwiadowcy mieli duże doświadczenie w takich patrolach. Mimo to kapitan nie miał zamiaru rozkładać obozu, zanim nie dotrą do miejsca, które wcześniej wyznaczył do tego celu, gdyż stwarzało dobre możliwości obrony. Haptke i jego banda granicznych łupieżców znani byli ze swych napadów przed świtem. Co prawda nie mogli oni nawet marzyć o zaskoczeniu jakiegoś nieprzygotowanego oddziału Pustynnych Zwiadowców, tak jak im się to udawało z nieostrożnymi rolnikami z północy, jednak Rahotep już dawno nauczył się, że na tych przygranicznych pustkowiach, z Kuszytami – węszącymi wokół jak wychudłe, czarne psy – trzeba postępować rozważnie.
Ich szlak zagłębiał się w nieckę wyblakłej zieleni wokół częściowo wyschniętej rzeki, gdzie nadbrzeżne błoto było poznaczone wielokrotnie krzyżującymi się śladami kopyt i łap zwierząt przychodzących tu, by się napić. Kapitan przebył bród, rozkoszując się w pełni wodą opływającą jego nogi, na tyle wolno, na ile pozwoliło mu poczucie obowiązku. Jednak ta upragniona wilgoć nazbyt szybko wyschła. Gdy wspinali się na zbocze po drugiej stronie i szli do uwieńczonego ruinami wzgórza, które było ich dzisiejszym celem, już jej nie czuł.
Poobtłukiwany posąg siedzącego króla ze zmarszczonymi brwiami patrzył ponad nimi w kierunku niziny, zwrócony wyzywająco ku granicy i ziemiom Kuszytów. Glina i piasek zamuliły jego podstawę, lecz w czerwonym blasku zachodzącego słońca Rahotepowi udało się przeczytać królewskie imię – Sesostri, tebański faraon, pierwszy tego imienia. Przyłączył on Nubię do posiadłości Egiptu niemal tysiąc lat przed narodzinami kapitana. Był to faraon faraonów, przed którym Kuszytowie czołgali się i zmykali chyłkiem jak pustynne ścierwojady. Gdyby dziś taki panował! Dowódca zwiadowców uniósł w salucie swój oficerski bicz, mijając zamyślonego króla z kamienia.
Upływ czasu naruszył ściany starożytnego fortu; jego wewnętrzne dziedzińce były w połowie wypełnione gruzem. Jednak nawet w takim stanie ściany te stanowiły lepszą ochronę przed nagłym atakiem niż pagórki pustyni.
Jeden z łuczników, będący przedtem w straży bocznej, nadszedł z gazelą przewieszoną przez ramię, rozpalono więc ogień. Nie uwiązane zwierzęta wpędzono do pozbawionego dachu pomieszczenia po starym spichlerzu. Zostaną później oszczędnie napojone, ale tej nocy będą musiały obyć się bez paszy.
Rahotep rozpoczął obchód obozowiska od sprawdzenia lin, którymi były uwiązane juczne osły. Następnie wyznaczył stanowiska i skontrolował wartowników. W końcu zatrzymał się ponownie u stóp posągu i spojrzał na południe. Pomiędzy fortem a rzeką nie było widać żadnego ruchu, nawet obłoczka kurzu wzniesionego przez podmuch wiatru. Rahotep wątpił jednak, żeby pozbyli się ścigających. Gdzieś tam na pewno czaili się ludzie Haptkego, gotowi pomścić porażkę choćby na maruderze.
Kapitan obrócił się na zachód, gdzie słońce płonęło szkarłatną łuną na horyzoncie, nadal niemal zbyt jaskrawe, by można było w nie spojrzeć. Uwolnił się od symboli swojej władzy – sistrum oraz bicza, i położył je na piasku. Potem strząsnął z nóg sandały i stanął skromnie przed największym z Wielkich – słońcem. Patrzył przez chwilę prosto w tę płonącą aureolę czerwieni i złota, po czym opuszczając dłonie na wysokość kolan, wnętrzem w kierunku ziemi złożył pokłon wojownika przed swoim dowódcą. Po tym ukłonie wyprostował się ponownie i dumny ze swego dziedzictwa wyznawcy Re zaintonował:
Oddaję chwałę, gdy widzę Twą piękność
Wysławiam Re, kiedy zachodzi.
W odpowiedzi dobiegły z obozu grzmiące głosy łuczników: – Który słyszysz go, kiedy się modli! Który słyszysz błagania tego, który Cię wzywa!
– Który przybywasz na głos wymawiających Twe imię – śpiewał dalej kapitan i miał wrażenie, że słowa te dobiegają również od strony kamiennej figury. Jakby odbite echem dolatywały słowa: Twe imię... Twe imię!
Rahotep przeciągnął ze znużeniem ręką po swej brudnej twarzy, marząc o skromnych wygodach, takich jak woda do mycia i świeże ubranie. Do tak prostych luksusów skurczył się jego świat w ciągu ostatnich pięciu lat. Lecz jutro – jeśli Re będzie im sprzyjał – kiedy tylko dotrą do fortu, znowu z nich skorzysta.
Podniósł sistrum i bicz, po czym zszedł do obozu, gdzie usiadł ze skrzyżowanymi nogami na macie rozłożonej dla niego przez Khetiego. Czekał tam już następny garnuszek mleka, którym miał nakarmić lamparciątko. Lecz kiedy kapitan wziął do ręki swoją porcję upieczonego mięsa, puszysty łepek zwrócił się w jego kierunku, a mały pyszczek otworzył w piskliwej skardze i po chwili drobne ząbki pociągnęły z zapałem za kąsek, który mu podał.
– To dobrze – skomentował Kheti. – Ten mały był już prawie odstawiony od piersi. Będzie go łatwiej odchować. Tym razem mieliśmy udany wypad, panie. Minie dużo czasu, zanim Haptke będzie mógł znowu sprawiać kłopoty – jeśli w ogóle to nastąpi. A jeden z Wielkich był na tyle poruszony, że zaszczycił cię prezentem; ten Wielki, który jest totemem twojego klanu.
Kapitan uśmiechnął się z goryczą, która rzuciła dziwny cień na jego młodzieńczą twarz.
– Czyż ty sam, Kheti, nie powiedziałeś, że dary od Wielkich są podejrzane, że niekiedy niosą ze sobą zmienne szczęście? – spytał.
– To prawda, panie. Lecz jest również prawdą, że jeśli nad czyimś losem od dawna ciąży złowrogie fatum, to każda zmiana będzie zmianą na lepsze.
Szakal szczeknął na pustyni. Rahotep zastygł w napięciu, a lamparciątko syknęło, gdy kapitan nagle zacieśnił uchwyt wokół jego ciała.
– Uważasz, że mój los jest ponury?
– Panie, czyż nie jesteśmy mlecznymi braćmi, którzy nie mają przed sobą tajemnic i czyż nie wiem, dlaczego ty, syn wicekróla, przemierzasz pustkowia z Pustynnymi Zwiadowcami zamiast zażywać luksusów i mieć swą cząstkę władzy w Semnie, między równymi sobie? A kiedy nadejdzie kolej na twojego brata, dostojnego Unisa, żeby zostać wicekrólem, twoja sytuacja jeszcze się pogorszy. Wtedy to, mój bracie, rozsądnie będzie opuścić ten kraj, bo inaczej zmuszony będziesz łykać kurz, a to nie przystoi Sokołowi.
– Nie jestem Sokołem! – odparował Rahotep. Postawił kociaka na ziemi i wodził delikatnie palcami po zakrzywieniu małej główki, próbując się uspokoić. – Nie ma takiego nomu, nie ma już takiego Egiptu jak przedtem. Czyż Hyksosi, ci synowie Seta – ci zjadacze padliny, wyznawcy Wiecznej Ciemności – nie spustoszyli tego kraju? Roztrzaskali mieszkania Wielkich, sprofanowali święte miejsca, zabili tych, którzy wystąpili przeciw nim w obronie honoru Dwóch Krajów.
Kheti wzruszył ramionami.
– Na każdego kiedyś przyjdzie koniec – powiedział. – Ci bluźniercy z północy zbyt długo już siedzą na tronie i na pewno nie znaleźli się tam z łaski twojego Amona-Re. Przypuśćmy, że pojawi się ktoś dostatecznie silny, by strącić ich z tego miejsca. Czy wówczas ci, którzy ciągnęli z tyłu, nie przyłączą się do niego? A jeśli Hyksosi zostaną przegnani z ziem, które zagrabili, to czy nie wrócą one do rąk prawowitych właścicieli? Nie odrzucaj swojego dziedzictwa, mój bracie; lecz jednocześnie nie możesz się go domagać, trzymając się z dala od jego granic.
– Rozmawiałeś z Methenem. – Słowa Rahotepa zabrzmiały niemal jak oskarżenie.
– Bracie, masz w tym kraju zarówno przyjaciół, jak i wrogów. Komendant Methen służył twojemu dziadowi, Sokołowi. Był również lojalny wobec twojej matki, dostojnej Tuyi, kiedy udała się na wygnanie. Czy nie jest zrozumiałe, że chciałby widzieć jej syna na należnym mu stanowisku? A poza tym, w Nubii nic ma dla ciebie przyszłości. Gdyby twój ojciec przekroczył horyzont, niechaj Dedun Stada Kozłów nie dopuści do tego nieszczęścia – tutaj Kheti zrobił skrzyżowanymi palcami znak odpędzający złe moce – wtedy dostojny Unis będzie rządził tym krajem, a ty będziesz nikim. Bo to jego matka, dostojna Meri-Mut, ma potężnych krewnych, którzy poprą jej syna. W dodatku są oni skoligaceni z księciem Tetim.
– Teti to niemal zdrajca! On widzi Nubię jako oddzielne królestwo, z sobą na tronie!
– Tak też może się stać, bracie. Lecz ani on, ani dostojna Meri-Mut nie zapomnieli, że jeden z ich przodków zasiadał przez jakiś czas na tronie Egiptu, dzierżąc pastorał i bicz królewski, insygnia faraona północy i południa. W czasach zamętu, takich jak obecne, może się to zdarzyć ponownie. Być królem Nubii to być w pół drogi do objęcia tronu faraona w Egipcie, jeśli ktoś jest dostatecznie silny i śmiały. Nie chcemy widzieć tu Unisa wicekrólem! Czy byłoby to korzystne dla Egiptu, gdyby Teti zasiadł na jego tronie?
– Lecz ojciec jest stanowczo przeciwny mojemu powrotowi na północ.
– Tak, wicekról nie chce stracić oficera, na którym może polegać.
Rahotep zadrżał, chociaż nie dosięgnął ich jeszcze zimny wiatr, wiejący po zapadnięciu zmroku. To była prawda. W oczach swego ojca, Ptahhotepa, wicekróla Nubii, był jedynie odpowiedzialnym oficerem Pustynnych Zwiadowców. Od czasu śmierci matki został odcięty od życia w pałacu ojca, co bardzo ciążyło mu na sercu. Posyłany z jednego granicznego fortu do drugiego, poświęcił się całkowicie swej pracy, przejmując od łuczników, z którymi przemierzał pustynię, całą ich wiedzę i umiejętności.
Nie kochali się ze swoim przyrodnim bratem, Unisem. Unis był następcą ojca, ponieważ był synem pierwszej żony, dostojnej Meri-Mut, dziedziczki potężnej rodziny, o mieszanej, nubijsko-egipskiej krwi. Matka Rahotepa, dostojna Tuya, była tylko drugą żoną, chociaż rzeczywiście była dziedziczką nomu Uderzającego Sokoła w Egipcie; nomu, którego jej syn nigdy dotąd nie widział. Została wysłana na południe dla bezpieczeństwa, po tym jak hyksoscy najeźdźcy zagarnęli włości jej ojca, a jego samego zabili w ostatniej bitwie.
Dopóki matka żyła, dawała mu wszystko co mogła – zwłaszcza przywiązywała wagę do nauki i ćwiczenia umiejętności potrzebnych wysoko urodzonemu. Nauczał go Hentre, pisarz jej ojca oraz Methen, który dawniej dowodził siłami Sokołów w polu.
Po jej śmierci Rahotep został wysłany na posterunek graniczny, oficjalnie – dla dalszego szkolenia wojskowego. Rozkaz nosił pieczęć wicekróla, tego odległego człowieka, będącego w rzeczywistości – w co trudno mu było uwierzyć – jego ojcem.
Na Ptahhotepa od dawna naciskano, aby odrzucił tytuł wicekróla faraona i rządził w Nubii pod swym własnym imieniem. Jednak nigdy tego nie zrobił. Musiał wszakże zdawać sobie sprawę, że po jego śmierci Unis nie zadowoli się tytułem „Królewskiego Syna Południa”, lecz będzie dążył do wspanialszego tytułu i pełni władzy. Ostatnio na południe zaczęły docierać z Teb opowieści, że na tron wstąpił nowy faraon, gotów nałożyć błękitną koronę i rozpocząć wojnę przeciw najeźdźcom. Methen opowiadał o tym z podnieceniem. Gdyby władcy Teb powstali ponownie...! Wywarło to wrażenie na Rahotepie. Zawsze był poruszony opowieściami Methena o dawnej chwale. Starszy człowiek ponaglał go, by podjął działania przeciwko Hyksosom. Jednak rozkazy z pieczęcią wicekróla trzymały go na granicy dalekiego południa.
Teraz ponownie dobiegło go szczekanie szakala, powtórzone trzykrotnie. Rahotep zerwał się na nogi i usiłował dojrzeć coś w ciemnościach. Usłyszał głos wartownika wzywającego kogoś do zatrzymania się, a potem chrzęst kroków śpieszących przez zasypane gruzem uliczki starego fortu.
Goniec o niemal nagim ciele, pokrytym warstwą pyłu, wpadł z tupotem w krąg światła ogniska i zatrzymał się, dysząc ciężko. Zasalutował kapitanowi, a potem schylił się, by wziąć odrobinę piasku, którym posypał swe przekrzywione nakrycie głowy.
– Bolej, panie. Ulubieniec Re przekroczył horyzont. Wicekról Ptahhotep żyje teraz już tylko w krainie poza zachodem słońca!
Rahotep zmartwiał. Potem, nieomal mechanicznie, zgiął się, żeby nabrać garść piaszczystej ziemi i rozetrzeć ją po twarzy jako wyraz żałoby.
– Błogosławiony niech będzie Re, który zabiera swe dzieci do życia wiecznego – odpowiedział zgodnie ze zwyczajem. Lecz jakoś nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. Ptahhotep był zawsze odległy, prawie tak odległy jak faraon. Jednak w świecie Rahotepa był bezpiecznym, stałym punktem. Kapitan nie potrafił wyobrazić sobie Nubii, na której tronie zabraknie jego ojca.
2. FARAON WZYWA
– Kiedy dostojny Ptahhotep opuścił to życie?
Rahotep nie miał pojęcia, co skłoniło Khetiego do zadania tego pytania. Ale odpowiedź była tak porażająca jak strzała Kuszytów między łopatkami.
– Faraon znajduje się poza horyzontem od trzydziestu dni i będzie złożony w przygotowanym do tego miejscu – Usta posłańca poruszały się bezgłośnie, jakby coś obgryzałt. Za trzy dni od tego zachodu słońca.
Rahotep wytrzeszczył oczy ze zdumienia.
– Przecież potrzeba siedemdziesięciu dni, żeby odpowiednio przygotować ciało – zaczął niemal bezmyślnie, po czym oblizał usta, czując mdły smak żałobnego pyłu. Przyśpieszenie pogrzebu osoby wysokiego stanu było rzeczą niesłychaną, stanowiło więc dla niego sygnał zagrożenia równie wyraźny, jak ostrzeżenie wartownika.
– Mówi się, że pośpiech jest konieczny, gdyż dostojny Ptahhotep zmarł od trucizny. Podobno stąpnął na jakieś jadowite stworzenie w ogrodzie.
– Trzydzieści dni – powtórzył Kheti. Jego głos był zimny jak metal. – I dopiero teraz wieści dotarły do dostojnego Rahotepa? Gdzie zmarnowałeś tyle czasu, posłańcze? – Gwałtownie wyciągnął rękę, wpijając ją w nagie ramię gońca. Jego twarz przybrała wyraz, który wielu winowajców spośród łuczników z łatwością by rozpoznało i przelękło się.
– Ja nie przybywam z Semny – wybełkotał mężczyzna. – Komendant Methen jest w Kah-hi i to on mnie posłał. I powiedział mi coś jeszcze, panie. – Spojrzał na Rahotepa stojącego za Khetim. – Żebyś mógł uwierzyć, że moje słowa zawierają prawdę, mam ci powtórzyć: „Pamiętaj, co nosisz na prawym udzie i miej się na baczności!”
Rahotep opuścił rękę i przesunął nią po prawie niewidocznej już bliźnie, która na szerokość palca wystawała spod krótkiej, wojskowej spódniczki. Ukryte znaczenie tego ostrzeżenia było dla niego jasne. To włócznia Unisa zraniła go wiele lat temu, podczas polowania na lwy. Unis bardzo głośno wyrażał skruchę za swą niezdarność, która jednak nigdy nie została wyjaśniona w sposób zadowalający Methena i Rahotepa. Jeśli Unis rządził teraz w Semnie – a więc także w Nubii – to fakt ten w zupełności tłumaczył zarówno pozostawienie kapitana w nieświadomości co do śmierci ojca, jak i pośpieszny pogrzeb. Niewątpliwie jego przyrodni brat coś knuł. Rahotep zwrócił się przeto do Khetiego ze zwięzłymi rozkazami.
– Przejmij komendę. Przyślij mi Kakawa z napełnionymi workami na wodę. A ty, posłańcu, odpocznij tutaj i wyrusz rano razem ze zwiadowcami.
Myślał, że będzie musiał odpierać protesty Khetiego, lecz podoficer tylko skinął głową i wezwał łucznika Kakawa, znakomitego tropiciela, który przez pewien czas służył jako goniec i znakomicie orientował się w pustynnych ścieżkach, zarówno w dzień, jak i w nocy.
– Bądź pewny, panie – powiedział Kheti, gdy Rahotep, z wrzynającym mu się w ramię rzemieniem od wora na wodę, przygotowywał się do wyruszenia – że szybkim marszem udamy się do Kah-hi. Są jeszcze tacy, zarówno tu, jak i gdzie indziej, którzy zawsze będą stać przy tobie.
Świtało już, kiedy Rahotep ujrzał drzewa palmowe wyznaczające pola wokół posterunku Kah-hi. Pośpiesznie odwzajemnił powitanie wartownika. W cieniu bramy stał, jakby czekał na kogoś, jeszcze jeden mężczyzna. Postąpił on naprzód i złapał Rahotepa za ramiona, obejmując go uściskiem jak bliskiego przyjaciela.
– Czy u ciebie wszystko w porządku, chłopcze? – spytał.
Przyglądał się badawczo ściągniętej, młodzieńczej twarzy pokrytej kurzem, odnotowując z aprobatą jego pewną siebie postawę i emanujący z niego podświadomy autorytet, charakteryzujący ludzi nie tylko przyzwyczajonych do wydawania rozkazów, ale także dobrze rozumiejących powód ich wydania.
– U mnie wszystko dobrze, Methenie. Lecz nie jest dobrze... – zamilkł w pół słowa ostrzeżony zwężeniem oczu starszego oficera. – Przybyłem na twoje wezwanie – zakończył bardziej formalnie.
– Wezwanie powinno było nadejść wcześniej, i to nie z moich ust. – Methen wybuchnął gniewem.
Jednak dopiero kiedy znaleźli się w prywatnej kwaterze Rahotepa, a kapitan lał upragnioną wodę na swą spieczoną skórę, Methen, opierając się o ścianę umywalni, powrócił do tego tematu.
– Unis wziął w swoje ręce złotą pieczęć urzędu. Kontroluje w tej chwili Semnę i Nubię. Teraz prowadzi grę na przeczekanie.
– Grę na przeczekanie?
– Jeden z kapitanów księcia Tetiego przybył natychmiast. Krążą plotki, że jego pan podąża tuż za nim. Dostojna Meri-Mut już dwukrotnie przyjęła go w wewnętrznej komnacie. Unis posłał rozkazy do wszystkich komendantów nadgranicznych fortów. Mają oni odkomenderować po dziesięciu, dwudziestu ludzi, gotowych do jakiejś niewiadomej służby, kiedy wicekról rozkaże.
– Posłańcy do fortów! Ale tutaj w Kah-hi..., z pewnością Hamsetowi nie udałoby się utrzymać w tajemnicy takiej wiadomości. – Rahotep zawiązał ręcznik wokół swego szczupłego pasa, marszcząc przy tym brwi. To prawda, wyruszał dwukrotnie na patrole w ciągu tych trzydziestu dni, raz spędził nawet dziesięć dni poza fortem. Ale kwatery w Kah-hi były stłoczone razem i było rzeczą niemożliwą ukryć jakiś sekret przed oczami i uszami innych. Poza tym, już dawno stwierdził, że nie tylko prawda, ale i najbardziej nieprawdopodobne plotki rozprzestrzeniały się od człowieka do człowieka tak szybko, jak płomienie po polu wysuszonej trawy.
– Wygląda na to, że Kah-hi zostało przeoczone w tym powszechnym rozgłaszaniu ważnych informacji – zauważył sucho Methen. – Karawana z waszym zaopatrzeniem dotarła wczoraj. Powinna była przywieźć Hamsetowi jakieś wieści. Lecz, oficjalnie, nie wiedział on o niczym do mego przybycia. Dopiero, kiedy nie dostałem od ciebie żadnych wiadomości, zrozumiałem, co zostało uknute.
Rahotep uśmiechnął się kwaśno i rzekł: – Unis podjął wszelkie środki ostrożności niczym łowca słoni podkradający się do pchły. Czyżby sądził, że zbiorę armię i pomaszeruję na Semnę, żeby wydrzeć pieczęć Ptahhotepa z jego rąk? – Teraz jego uśmiech zaczął znikać, gdy zobaczył, że twarz Methena poważnieje.— Nie może tak myśleć! – zaprotestował. – Taki pomysł to czysta głupota, a trudno Unisa o nią posądzać.
– Unis nie jest głupi; lecz jest tylko człowiekiem. Ocenia motywy innych podług siebie, tak jak większość z nas. On właśnie tak by zrobił, gdyby stacjonował w Kah-hi, a ty byś siedział w Semnie. Jak sądzisz, dlaczego na tak długo byłeś przydzielony do Kah-hi?
– Jestem kapitanem Pustynnych Zwiadowców, patrolujemy granicę, a Kah-hi jest najdalej wysuniętym fortem, który stawia czoła Kuszytom.
Methen kręcił głową, a wyraz jego twarzy wskazywał, że spodziewał się więcej rozumu po swym wychowanku.
– Kah-hi jest najgorszym ze wszystkich granicznych fortów, najbardziej narażonym na niebezpieczeństwo. Gdyby pojawili się Kuszyci z dużymi siłami i zalali to terytorium, jak to robili w przeszłości i bez wątpienia uczynią jeszcze wiele razy w przyszłości, dopóki nie będziemy mieli faraona dostatecznie silnego, żeby nauczył ich rozumu – wtedy Kah-hi błyskawicznie przestałoby istnieć. A spośród wszystkich wojsk nubijskich największe straty są zawsze wśród Pustynnych Zwiadowców.
Rahotep oparł się ręką o opryskaną wodą ścianę. Poczuł mdłości, a w głowie kręciło mu się, jakby otrzymał w nią cios maczugą.
– To mój ojciec mnie tam wysłał – powiedział, a jego głos niewiele różnił się od szeptu.
– Mieszkasz przy granicy od pięciu lat – odparł Methen. – W piaskach ogrodów Semny kryją się jadowite stworzenia—jak wicekról w końcu osobiście to odkrył. Mężczyzna może obronić się przed Kuszytami. Natomiast w zetknięciu z takimi tajemniczymi stworami czołgającymi się w piasku, oraz z tymi, którzy mogą je umieścić na jego ścieżce, ma znacznie mniejsze szanse. Być może Ptahhotep uratował ci życie, pozornie zgadzając się, byś był narażony na niebezpieczeństwo...
Nudności, które odbiły się gorzkim smakiem w ustach kapitana, cofnęły się. Ton Methena był wyważony, a słowa dobrze dobrane. Rahotep uczepił się nadziei, że to, co mu powiedział, jest prawdą. Ojciec był wprawdzie odległy, lecz jednocześnie żadne fakty z przeszłości nie wskazywały na jego złe zamiary. Można było uwierzyć, że celowo wystawił syna na jawne niebezpieczeństwo, żeby uchronić go przed trudniej uchwytnym zagrożeniem w domu.
Być może te budzące się podejrzenia i późniejsza ulga po słowach Methena wyostrzyły rozum kapitana, gdyż następna myśl nasunęła mu się tak szybko, że natychmiast musiał się nią podzielić ze starszym oficerem.
– Syn, który nie przybył odprawić żałoby po ojcu na wiadomość o jego śmierci, może być uważany za zdrajcę i zostać oskarżony o celowe zwlekanie, żeby zasiać niezgodę. – Rahotep rzucił ręcznik na podłogę i sięgnął po świeżą spódniczkę. Kiedy wsuwał sztylet do pochwy przy pasku, usłyszał serdeczny śmiech Methena.
– Mimo wszystko, piasek nie zasypał ci mózgu, chłopcze. Nie mam wątpliwości, że Hamset mógł otrzymać jakieś rozkazy razem z zaopatrzeniem.
Rahotep podniósł swój bicz i odwrócił się. by spojrzeć Methenowi w twarz. Jego raczej pełne usta były w tej chwili ściągnięte w wąską linię, która nadała rysom twarzy coś z odległej surowości zapomnianego posągu ze strażnicy nad rzeką.
– Hamset może rozkazywać tylko oficerom, którzy mu podlegają – stwierdził kapitan. – Ale kiedy zwrócę mu swój bicz, przestanie mieć nade mną jakąkolwiek władzę i nie odważy się stanąć pomiędzy mną a bramami wyjściowymi Kah-hi.
Methen złożył ręce na swej szerokiej piersi i Rahotep sprężył się w oczekiwaniu na ostrą odpowiedź. Dla Methena życie wojownika było najlepszym z możliwych i Rahotep nie powinien był oczekiwać, że ten poprze jego rezygnację ze służby.
Jednak ku jego zdumieniu Methen potakująco skinął głową.
– Moim pragnieniem byłoby, żebyś dotarł do Semny wraz ze swoim oddziałem. Na szczęście, są tu jeszcze tacy, którzy nie zapomnieli chleba jedzonego w przeszłości, ani tego, komu winni dochować wierności.
– Powiedziano... – Rahotep przywołał słowa pamiętane z dzieciństwa – „Walcz w jego imieniu, oczyść się przez daną mu przysięgę, a wolny będziesz od trosk. Ulubieńcy króla będą błogosławieni; lecz nie znajdzie się grób dla jego wrogów, a ciała ich wrzucone będą do rzeki.”
– Tak powiedziano – zawtórował Methen.
– Lecz – Rahotep wskazał na rzecz oczywistą – gdzie jest faraon, któremu mam służyć? Nie składałem żadnej przysięgi Unisowi!
Methen uśmiechnął się i rzekł:
– Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w Semnie. Cóż, droga stoi przed nami otworem, a Re nie zatrzyma swej niebiańskiej łodzi dla żadnego człowieka. Tak więc musimy wyruszyć przed zachodem słońca.
Stary komendant Kah-hi nie sięgnął po wyciągnięty do niego bicz Rahotepa. Jego twarz, zmieniona przez czas w sieć zmarszczek obciągających czaszkę, była bez wyrazu. Nawet oczy o ciężkich powiekach nie podniosły się, by spojrzeć na młodego podwładnego i Methena.
– Przychodzi taka pora – powiedział z namysłem – kiedy ambicja czy żądza przestają miotać człowiekiem na wszystkie strony. Marzenia umierają, zabierając ze sobą część naszych obaw, tak że nie ma w nas ani jednych, ani drugich. Ja, Hamset, bronię fortu Kah-hi i robię co w mojej mocy, żeby odeprzeć ataki Kuszytów. Cóż mnie obchodzą problemy wielkich panów i kapitanów. Wicekról nie żyje. Nie otrzymałem żadnych rozkazów opatrzonych królewską pieczęcią, które by ciebie dotyczyły. Możesz więc jechać, gdzie chcesz, kapitanie. Jednak uważam za właściwe, żeby syn po raz ostatni pożegnał ojca. Ale kim ja jestem, żeby się wtrącać w cudze sprawy? Zostaniesz odkomenderowany z Kah-hi z wszelkimi honorami, kapitanie, wszak dzielnie tu służyłeś. Pozwalam ci również zabrać eskortę łuczników według własnego wyboru.
Przerwał. Kiedy jednak Rahotep chciał mu podziękować, podniósł rękę w geście nakazującym milczenie i rzekł do niego: – Idź w swoją stronę, lecz nic mi nie mów, kapitanie. Jestem komendantem małego i zapomnianego posterunku, i tę pozycję chciałbym utrzymać, dopóki nie odejdę za horyzont. Jeśli chodzi o ciebie – nie mam żadnych oficjalnych poleceń, a na szeptane do ucha dziwne historie o tym i owym jestem głuchy. Dobrze jednak zrobisz, jeśli opuścisz Kah-hi, zanim zostanę zmuszony do podjęcia innych działań. Niechaj Re ci sprzyja! Byłeś dobrym oficerem, młodym i czasami nieostrożnym, jak to jest w zwyczaju w młodości, niemniej jednak zasłużyłeś na chleb, który tu jadłeś.
Komendant nawet nie podniósł oczu, gdy Rahotep oddał mu ostatni salut, więc prawdopodobnie nigdy nie dowiedział się, że Methen złożył mu ten sam wyraz uznania, jak niedawno mijanemu, kamiennemu faraonowi faraonów. Nie pojawił się również później, kiedy, po przybyciu Khetiego i reszty oddziału Rahotepa do fortu, kapitan wybrał sobie dziesięciu ludzi. Wszyscy oni byli młodzi i nie mieli żon, ani rodzin, które trzymałyby ich w Kah-hi. Nowo powstały oddział wyruszył z fortu na dwie godziny przed zachodem słońca, nie widząc się już ponownie z Hamsetem.
Lamparciątko podróżowało w torbie, której rzemienie Rahotep przerzucił sobie przez ramię. Tylko kapitan je karmił i się nim opiekował. I chociaż maluch warczał i prychał na większość ludzi, zaczął okazywać powściągliwy szacunek temu, który go nosił. Doszło nawet do tego, że pozwalał się głaskać i odpowiednio pieścić między uszami i pod szczęką, jak oswojony kot.
Dotarli do Semny dopiero czwartego dnia, chociaż Rahotep przynaglał do szybkiego marszu. Ogromna, zachodnia forteca o dziesięciometrowych murach została zbudowana jakieś trzysta lat temu. W tamtych czasach faraon rządził krajem rozciągającym się od uchodzącej do morza delty na północy do Kermy na gorących terenach dalekiego południa. Teraz Egipt nie miał żadnego króla poza władcą Hyksosów, który panoszył się w delcie, w mieście Avaris, lecz nikt w Nubii nie składał mu daniny.
Wartownicy stojący przy bramie powitali ich opryskliwie. Rahotep pomyślał, że gdyby byli bardziej pewni, na czym stoją, mogliby odprawić ich z kwitkiem. Fakt, że nie byli niczego pewni, świadczył także o tym, że również Unis nie wiedział, na ile przyrodni brat może mu zagrażać – choć zapewne nie spodziewał się żadnego szybkiego ruchu z jego strony.
Ręka Khetiego spoczęła lekko na toporze za pasem, gdy rozglądał się wokół z namysłem.
– To chwalebny czyn, oddać cześć zmarłemu – zauważył – lecz nawet Wielcy nie wymagają, żeby człowiek wkładał głowę w paszczę dzikiego lwa. Być może, trzeba było, bracie, wyznaczyć sobie cel bardziej na północ od tej twierdzy. – Nozdrza Khetiego rozszerzyły się, gdy wziął głęboki oddech. – To miejsce czymś pachnie, kapitanie... Uważaj na siebie!
Żołnierze w fortecy, z długimi tarczami pokrytymi rudo-białą, krowią skórą, ze swymi włóczniami i procami, stanowili ogromny kontrast dla szczupłych, ciemnych wojowników pustyni, między którymi Rahotep tak długo żył. Złapał się na tym, że ocenia ich, jak mogliby sobie poradzić z porannym atakiem zdeterminowanych Kuszytów.
Okrążając magazyn, żeby dojść do Sali Sądu, oddział Rahotepa zatrzymał się nagle, z zainteresowaniem i podziwem obserwując lekki pojazd prowadzany powoli w tę i z powrotem. Dwieście lat wcześniej Hyksosi rozbili egipską armię dzięki bezlitosnym szarżom rydwanów, przejeżdżających po zdemoralizowanych oddziałach, które nigdy przedtem nie zetknęły się z końmi. Od tamtej pory książęta Teb i nomarchowie z południa sprawili sobie podobne oddziały wozów bojowych, lecz w Nubii nadal były one nieznane.
Ogier w uprzęży lekkiego, dwukołowego pojazdu potrząsnął głową i parsknął niecierpliwie, a pióra, zdobiące metalowy grzebień na jego łbie, poruszały się w górę i w dół.
– To dopiero sposób, żeby dodać nogom skrzydeł! – wykrzyknął Kheti. – Umieścić parę rydwanów wzdłuż granicy, a Haptke będzie pokonany, zanim zdąży wymyślić jakąś paskudną sztuczkę. Ach bracie, ileż orki w piasku zaoszczędziłyby te konie człowiekowi.
– Zapominasz, że koła, żeby mogły się poruszać, potrzebują jakiejś drogi – zauważył kapitan.
Rydwan i jego koń były faktycznie wspaniałe, i w innym momencie chętnie by je dokładnie obejrzał. Teraz jednak najważniejsza dla jego przyszłych losów była odpowiedź na pytanie, kto nim powozi.
– Teti jest tutaj – wyszeptane ostrzeżenie Methena rozwiało jego wątpliwości.
Zaledwie po sekundzie wahania Rahotep pomaszerował naprzód, a jego ludzie o krok za nim. Kiedy dotarli do portalu, prowadzącego do sali, znajdujący się tam strażnik podniósł się ze swojego siedzenia, wysuwając swoją pałkę jak barierę.
Lecz kiedy Rahotep opuścił na nią swój bicz, mężczyzna zwinnie odstąpił z półuśmiechem. Było jasne, że podobnie jak straże przy bramie, nie był jeszcze gotów, by przeciwstawić się młodszemu synowi Ptahhotepa.
Wchodząc do głównej sali, usłyszeli podniesione głosy.
– ...w imieniu faraona – mówił ktoś, połykając końcówki; był to akcent, który Rahotep słyszał w mowie swojej matki, Hentrego i Methena, akcent ludzi z północy.
– Dostojny Ptahhotep udał się na zachód...
Ten głos również rozpoznał bez cienia wątpliwości. Zmarszczył brwi. Będąc małym dzieckiem, zawsze czuł się onieśmielony w obecności autokratycznego brata dostojnej Meri-Mut, arcykapłana Anubisa, Pena-Seti. Jako dorastający chłopiec nie ufał temu szczupłemu, ciemnemu mężczyźnie z fanatycznymi oczyma i żelazną samokontrolą. A teraz, w świetle wygnania go z Semny, kapitan przekonał się, że jego podejrzliwość miała solidne podstawy.
W czasach chłopięcych Unis również nie okazywał wujowi specjalnej sympatii, lecz teraz mogli połączyć swe siły. Upewnił się w tym przekonaniu, kiedy przyjrzał się bliżej grupie stojącej za pustym tronem na drugim końcu sali.
Rahotep ocenił krytycznie i z niekłamaną satysfakcją, że Unis niezbyt dobrze się trzyma. Przyzwyczajony do wspaniale umięśnionych ciał Pustynnych Zwiadowców, uznał zaokrągloną pulchność swego przyrodniego brata za objaw słabości – ciała, lecz być może również woli i ducha. Brzuch Unisa wystawał spoza bogato zdobionego pasa przejrzystej, wierzchniej spódniczki, wkładanej na audiencje, a ciężka peruka, tłusta od perfumowanej oliwy, tworzyła ramę poszerzającą dodatkowo i tak już szeroką twarz o płaskich rysach.
Unisowi towarzyszył Pen-Seti, którego wysoka postać pochylała się nieco do przodu, jak gdyby był biegaczem ustawionym na starcie. Prostota jego białej spódniczki i szala oraz kościsty kontur ogolonej głowy stanowiły wyraźny kontrast z bogactwem Unisa.
Unis, Pen-Seti i ... Teti! Buntowniczy nubijski książę siedział na taborecie, opierając się plecami o jedną z rzeźbionych w kwiaty lotosu kolumn. Jego przystojna twarz z błyszczącymi, czujnymi na każdy ruch oczami zwrócona była w kierunku rozgrywającej się przed nimi sceny, tak jakby gospodarz przygotował ją dla jego rozrywki.
Przodem do tego triumwiratu stał ktoś nieznajomy. Sądząc po jego stroju, musiał być wysokiej rangi oficerem. Lecz insygnia wieńczące jego bicz oraz symbol wymalowany na skórzanym, wzmocnionym pasami brązu pancerzu były zupełnie nieznane kapitanowi zwiadowców. Natomiast Methen, ujrzawszy nieznajomego, świsnął przez zęby. Przepchnął się do przodu, żeby stanąć ramię w ramię z Rahotepem.
– Śmiesz odmawiać naszemu panu? – z gniewem zapytał obcy, podczas gdy oddział Rahotepa posuwał się do przodu.
– To nie tak – odezwał się Pen-Seti, starając się potokiem słów przygnieść słuchaczy. – Wiadomość, którą tu przyniosłeś, była przeznaczona dla dostojnego Ptahhotepa. I jemu właśnie została dostarczona. Wywiązałeś się ze swojej misji, wielmożny Nerebie, i możesz to zgodnie z prawdą powiedzieć tym, którzy cię wysłali. Fakt, że dostojny Ptahhotep nie jest już zainteresowany sprawami Nubii i Egiptu – nie jest niczyją winą.
– Tak, twoja wiadomość została opieczętowana imieniem mego ojca i dostarczona do jego grobu. – Unis uśmiechnął się chytrze. – W ten sposób wszelkie dyskusje są zakończone, gdyż to, co jest przeznaczone dla dostojnego Ptahhotepa, należy tylko do niego.
– Trzymacie się kurczowo kwestii adresata listu, a ignorujecie jego ducha! – Wzrok obcego oficera wędrował od twarzy do twarzy, zatrzymując się na sekundę lub dwie dłużej na księciu Tetim. – Strzeżcie się, jeśli faraon będzie miał na to inny pogląd.
– Czy przemawiasz w imieniu Apophisa? – odparował Pen-Seti. – Bo z tego, co nam wiadomo, północą włada król Hyksosów; a nas nie obchodzą rozkazy tego obcego profanatora bogów.
– Mówię w imieniu faraona Sekenenre, Ulubieńca Re, który siedząc na wysokim tronie, wyciąga bicz na swych wrogów, a pastorał do swego ludu. Jestem ustami Pana Dwóch Krajów, posłańcem Syna Re.
Teti ziewnął. Pozwolił swemu spojrzeniu powędrować na przeciwległą ścianę i z przejęciem artysty zaczął wpatrywać się w zupełnie zwyczajne malowidło, przedstawiające ptaki wśród bagiennych trzcin.
Audiencja – jeśli to była audiencja – zupełnie niespodziewanie się zakończyła, gdy Unis, omijając wzrokiem obcego, dostrzegł Rahotepa. Jego chytry uśmieszek zmienił się w gniewne skrzywienie. A jego zdumienie i niezadowolenie były tak widoczne, że Nereb na pół się obrócił, żeby sprawdzić, kto stoi za jego plecami.
– Co ty tu robisz? – warknął Unis.
– Obowiązek, bracie. Czyż nie przystoi synowi odprowadzić ojca do grobu z wszelkimi honorami? – odrzekł mu Rahotep.
– Mój ojciec jest już pochowany. Spóźniłeś się z wypełnieniem swego obowiązku.
– To twój posłaniec, bracie, się spóźnił; tak bardzo, że wcale nie przybył. Być może spotkał strzałę Kuszytów, zamiast moich ludzi. W Kah-hi rozbójnicy potrafią trzymać się tropu. Niemniej jednak przybyłem, jak widzisz.
– Ale tu nie ma dla ciebie miejsca! Wracaj do swojego Kah-hi, którego nie miałeś prawa opuszczać bez rozkazu.
