Wydawca: E-bookowo Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 413 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cień przeszłości - J.A. Jance

Zimna wojna, rosyjski szpieg i zwłoki znalezione na pustyni

Niedaleko miasta Bisbee w Arizonie, na pustyni zostają znalezione zwłoki szanowanej dyrektor miejscowej szkoły, Debry Highsmith. Śledztwo w tej sprawie prowadzi szeryf Joanna Brady. Początkowo trop prowadzi do jednego z uczniów szkoły, Marty'ego, który miał zatarg z dyrektorką i który zamieścił w Internecie niepochlebny filmik na jej temat. Chłopak ma jednak alibi. Co więcej, okazuje się, że Debra Highsmith występowała pod przybranym nazwiskiem, a o jej przeszłości nic nie wiadomo…

Opinie o ebooku Cień przeszłości - J.A. Jance

Fragment ebooka Cień przeszłości - J.A. Jance

Cień przeszłości

J. A. Jance

Tytuł oryginału:

Judgment Call

Redakcja:

Joanna Morawska

Korekta:

Urszula Bańcerek

Projekt okładki:

Marek J. Piwko {mjp}

Zdjęcia na okładce:

© YULIYA SERGEEVA HAYKIRDI

Skład i redakcja techniczna:

Damian Walasek

Copyright © 2012 by J.A. Jance

Published by arrangement with HarperCollins Publishers.

All right reserved

© Copyright for the Polish edition by wydawnictwo Damidos, 2012

ISBN 978-83-7855-068-6

Wydawnictwo Damidos

Al. Solidarności 115 lok. 2

00-140 Warszawa

wydawnictwo@damidos.com

Dystrybucja wersji papierowej:

TROY-DYSTRYBUCJA Sp. z o. o.

Oddział:

ul. Pionierów 39

41-711 Ruda Śląska

tel. 32 258 95 79

www.troy.net.pl

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Loretcie, ku pamięci Randy’ego, semper fidelis.

Prolog

Samochód zatrzymał się na środku wyboistej polnej drogi. W srebrzystym świetle księżyca przypominała jasną wstęgę, która biegnie prostą linią ku północy przez las jadłoszynów świeżo obsypanych liśćmi. Kierowca miał nadzieję, że zdoła zajechać znacznie dalej, ale mapa, którą przestudiował w Google, nie była do końca wiarygodna. Trakt okazał się znacznie gorszy, niż sobie wyobrażał. Wcześniej zdołał jakoś ominąć głazy nagromadzone w wyschniętych rozlewiskach, ale ta przeszkoda była nie do pokonania. Nisko zawieszony volkswagen passat, którego nigdy przedtem nie prowadził, nie mógłby sobie z nią poradzić.

Z bagażnika dobiegł głuchy łomot. Oznaczało to, że jest przytomna; nie miał nic przeciwko temu. Chciał, żeby była przytomna i w pełni świadoma. Chciał, by wiedziała, co się dzieje i dlaczego. O to właśnie chodziło. W przeciwnym razie przypominałoby to uderzenie pioruna. Bóg wyciągał nagle rękę i raził człowieka, który nie miał pojęcia, co się stało. Nie po to przedsięwziął tę podróż, nie taki cel mu przyświecał. Dla niego było to o wiele bardziej osobiste.

Nacisnął guzik przy kluczyku, otworzył klapę bagażnika i ściągnął koc, którym ją nakrył. Gdy tylko to zrobił, zaczęła walczyć. W porządku. Znajdowali się dostatecznie daleko od osiedli ludzkich; cokolwiek by zrobiła, nie miało żadnego znaczenia. Nikt by jej nie usłyszał. Tutaj, w chłodnym nocnym powietrzu arizońskiej pustyni, byli całkowicie sami; niekiedy rozlegało się tylko płaczliwe wołanie jakiegoś samotnego kojota.

– Czas się ruszyć, kotku – powiedział. – Gotowa na zabawę w chowanego?

Potrząsnęła rozpaczliwie głową i wydała z siebie kwilenie, które oznaczało zapewne: „proszę”. Miała usta zaklejone taśmą samoprzylepną, więc trudno było powiedzieć. Chwycił ją pod pachy, podniósł, wyciągnął z bagażnika i postawił na twardej szorstkiej nawierzchni polnej drogi, bosą i chwiejącą się na nogach. Podniosła głowę i spojrzała na niego. Dostrzegł w jej szeroko otwartych oczach przerażenie. Tak, to mu się podobało. Przez lata czekał na tę chwilę i nie chciał niczego przyspieszać.

– Teraz zerwę taśmę – oznajmił. – Możesz krzyczeć do woli. Nikt cię nie usłyszy.

Widział dostatecznie dużo programów kryminalistycznych w telewizji, by wiedzieć, że policjanci uwielbiali szukać śladów DNA na kawałkach taśmy samoprzylepnej, nie zamierzał więc jej zostawiać. To samo dotyczyło nylonowego sznurka, którym skrępował jej ręce i stopy. Był na nim numer fabryczny, ślad prowadzący do sklepu. Sznurek też miał ze sobą zabrać. Tak jak łuski.

Kiedy ściągnął z jej ust taśmę, zaskoczyła go, nie wydając z siebie krzyku.

– Nie musisz tego robić – powiedziała. – Proszę, puść mnie. Proszę.

– Nie – odparł. – Nic z tego. Uwolnię cię i pozwolę ci pobiec. Kto wie? Może potrafisz biec szybciej, niż ja potrafię strzelać. Albo chybię.

– Nie mogę biec. Jestem na bosaka.

– To twój problem. Jeśli chcesz żyć, to pobiegniesz.

Kiedy wyciągnął z kieszeni nóż z wysuwanym ostrzem, cofnęła się odruchowo. Doskonale. Bała się, że ją poharata, i to mu się też spodobało, ale nie chciał tego robić. Przeciął tylko jej więzy i wsunął sznurek do kieszeni razem z taśmą.

– No, śmiało – zachęcił ją. – Dam ci przewagę i policzę do dziesięciu. Pobiegniesz. Strzelę. Jeśli chybię, wygrałaś. A jeśli nie chybię? – Wzruszył ramionami. – No cóż, to będzie chyba koniec.

– Proszę – powtórzyła błagalnie. – Proszę.

Nie musiała mówić nic więcej. Wiedział, czego ona chce, i nie zamierzał ustępować.

– Lepiej uciekaj, bo zaczynam liczyć. Raz!

Wahała się tylko przez chwilę, potem odwróciła się na pięcie i ruszyła ku pustyni, w stronę, skąd przyjechali. To go zaskoczyło. Spodziewał się, że przebiegnie przez wysuszone rozlewisko, a potem będzie się trzymała drogi. Ułatwiłoby mu to oddanie strzału. Gdyby zdołała dotrzeć do pobliskich jadłoszynów, musiałby za nią ruszyć.

Nie zamierzał liczyć do dziesięciu. Policzył tylko do czterech i wtedy pociągnął za spust. Pierwszy pocisk trafił ją w nogę. Runęła do przodu i upadła w chwili, gdy drugi pocisk przeleciał ponad jej głową. Wciąż próbowała uciekać, czołgając się po kamienistym gruncie i ciągnąc za sobą bezwładną kończynę, kiedy się do niej zbliżył od tyłu. Strzelił do niej jeszcze trzy razy. Chodziło mu o to, by ją zranić zamiast zabijać. Chciał, żeby cierpiała. Gdyby od razu umarła, nie zrozumiałaby, o co chodzi. To była kara, to był odwet.

Kiedy leżała na ziemi i jęczała, zaczął szukać łusek z trzydziestkiósemki. Zebrał wszystkie pięć. Nie znalazł tylko pocisku, który ominął jej głowę, czym się nie przejmował. Jeśli on nie mógł go znaleźć, to i policja będzie miała z tym kłopoty.

Po tej kanonadzie pustynię ogarnęła niczym niezmącona cisza. Po jakimś czasie jednak znów rozległy się odgłosy nocy. Gdzieś w pobliżu zawył kojot, chwilę później odpowiedział mu z daleka inny. Zdawało się też, że szczeka pies, ale dźwięk wydawał się odległy. Mężczyzna nie martwił się, że ktoś mógł usłyszeć huk broni palnej. W końcu była trzecia nad ranem, a miejsce znajdowało się z dala od ludzkich osiedli.

Nie zamierzał ruszać ciała. Nie chciał, by w jego samochodzie znaleziono jakiekolwiek ślady krwi. Zresztą, biorąc pod uwagę liczbę kojotów, był pewien, że rozprawią się ze zwłokami na swój ulubiony sposób.

Wciąż żyła i oddychała płytko, kiedy się odwrócił, by odejść.

– Z prochu powstałaś i w proch się obrócisz – powiedział. – Dobrze ci tak.

1.

Późnym popołudniem, w czwartek, szeryf Joanna Brady siedziała przy swoim biurku w gmachu sądu hrabstwa Cochise niedaleko Bisbee w Arizonie i przeglądała harmonogram dyżurów, który wcześniej podrzucił jej zastępca, Tom Hadlock.

Jego poprzednik, Frank Montoya, odszedł z biura skuszony bardziej lukratywną propozycją – szefa policji w pobliskiej Sierra Vista. Szukając kogoś na jego stanowisko, Joanna namówiła do pracy naczelnika więzienia. Tom był niezły w papierkowej robocie, ale przejęcie funkcji Franka okazało się w jego przypadku trudne.

Kiedy Frank zastępował Joannę, z wyjątkową łatwością radził sobie z przeróżnymi obowiązkami, takimi jak kontakty z mediami, kwestie administracyjne czy komputery. Teraz, spędziwszy na tym stanowisku ponad rok, Tom zaczął się powoli wdrażać do nowej roli i szło mu znacznie lepiej niż na początku. Niestety, wciąż daleko mu było do Franka.

Po miesiącach zmagań Tom zdołał w końcu pokonać potwora, jakim był harmonogram dyżurów, i przekazał go Joannie dwa dni przed ostatecznym terminem. Jednocześnie pracował nad przyszłorocznym budżetem. Joanna wiedziała, że dzwonił kilka razy do Franka, prosząc o wyjaśnienia dotyczące zarówno finansów, jak i spraw informatycznych; była zadowolona, że Frank jest gotów pomóc.

Najwięcej problemów sprawiały Tomowi kontakty z mediami. W konfrontacji z kamerą czy reporterem były szef więzienia przemieniał się z twardego faceta w amatora, który zapomina języka w gębie. Udział w specjalnych zajęciach w Sierra Vista trochę pomógł, ale Joanna wiedziała, że potrzeba jeszcze wiele czasu i wysiłku, zanim Tom Hadlock będzie się czuł swobodnie przed rzędem mikrofonów i kamer.

Kiedy zadzwonił telefon na biurku, zerknęła na zegarek i podniosła słuchawkę. Jej mąż, Butch Dixon, siedział w domu i starał się dotrzymać terminu oddania ostatecznej wersji swojej najnowszej powieści kryminalnej. W konsekwencji to Joanna musiała odbierać dzieciaki po zajęciach. Jej prawie szesnastoletnia córka Jenny pracowała przez trzy godziny po szkole jako pomoc w miejscowej przychodni weterynaryjnej. Joanna z niecierpliwością i jednocześnie strachem oczekiwała bliskiego już dnia, gdy Jenny otrzyma prawo jazdy. Nie musiałaby już zawozić córki do pracy ani do szkoły.

Dwuletni synek Joanny i Butcha, Dennis, spędzał każdego popołudnia pięć godzin w przedszkolu działającym pod egidą ich kościoła w Old Bisbee. Dennis był towarzyskim dzieciakiem. Kiedy dawni członkowie „gangu czterech”, jak to określała Joanna – Jenny i dwóch wnuków gospodyni – poszło jesienią do szkoły, Dennis musiał zadowolić się własnym towarzystwem. Gdy pojawiła się możliwość udziału w przedszkolnym programie prowadzonym przez metodystów, zapisali go na zajęcia cztery razy w tygodniu.

W pierwszej chwili Joanna pomyślała, że telefon dotyczy problemu związanego z odebraniem dzieciaków. Albo że Butch dzwoni z prośbą, by wpadła do sklepu i kupiła coś na kolację przed powrotem do domu przy High Lonesome Ranch. Kiedy jednak odebrała, okazało się, że telefon nie ma nic wspólnego ze sprawami rodzinnymi, ale wyłącznie z jej pracą.

– Przysięgli ustalili werdykt – oznajmiła Kristin Gregovich.

Kristin była sekretarką Joanny, a przysięgli obradowali zaledwie kilka kroków od gabinetu Joanny w gmachu sądu hrabstwa Cochise, które mieściło nie tylko biura i sale sądu okręgowego, ale także biuro szeryfa i więzienie. W sprawie, która się obecnie tam toczyła, Joanna Brady odegrała kluczową rolę.

Ponad rok wcześniej pewna starsza kobieta, Philippa Brinson, zniknęła niezauważona z luksusowego na pozór ośrodka dla chorych na alzheimera położonego niedaleko Palominas. Szeryf Brady była jednym z funkcjonariuszy, którzy odpowiedzieli na informację o zaginięciu Philippy Brinson.

Jednak ośrodek o dumnej nazwie „Troskliwi przyjaciele” okazał się istną puszką Pandory. Kiedy policjanci zjawili się na miejscu, byli przede wszystkim zdumieni koszmarnymi warunkami sanitarnymi, które panowały w instytucji zajmującej się chorymi ludźmi. Kuchnia przedstawiała sobą straszliwy widok, znaleziono też dowody na to, że bezradnych pensjonariuszy przywiązywano do łóżek i pozostawiano bez opieki; godzinami leżeli we własnych odchodach. Późniejsze śledztwo wykazało, że kilkoro pacjentów zmarło w wyniku poważnych infekcji wywołanych odleżynami.

Kiedy Joanna i jej ludzie przebywali na miejscu przestępstwa, doszło do konfrontacji z Almą DeLong, właścicielką „Troskliwych przyjaciół” i kilku innych ośrodków zajmujących się leczeniem ludzi cierpiących na alzheimera. Rozwścieczona widokiem funkcjonariuszy na swoim terenie, rzuciła się na nich z pięściami i została odwieziona radiowozem do więzienia.

Kilka godzin później znaleziono Philippę Brinson całą i zdrową. Przywiązana do krzesła w swoim pokoju, zdołała przeciąć sznury cążkami do paznokci. Złapała na autostradzie okazję, dotarła do Bisbee i zawędrowała do budynku dawnej szkoły średniej, do której uczęszczała. Była przekonana, że udaje się do pracy w biurze, skąd trzydzieści pięć lat wcześniej przeszła na emeryturę. Po tej przygodzie umieszczono ją pod opieką siostrzenicy, a potem w nowym ośrodku – znacznie lepszym – w Phoenix, podczas gdy ludzie Joanny zajęli się bałaganem ujawnionym dzięki krótkiemu zniknięciu Philippy.

Alma DeLong, arogancka i nieskruszona, zaangażowała ustosunkowanych adwokatów, by rozprawić się z wszelkimi oskarżeniami pod swoim adresem. Joanna od lat miała bardzo złą opinię o Arleem Jonesie, jednym z miejscowych „chłopaków”, prokuratorze okręgowym. Z wzajemnością. Nie lubił jej, tak jak ona nie lubiła jego. Arlee był zwierzęciem politycznym – dobrze ustosunkowanym, bystrym i leniwym. Wszyscy wiedzieli, że w miarę możności woli się dogadać z obroną, niż oskarżać.

Kiedy zaproponował Almie ugodę – zarzut zabójstwa przez zaniedbanie, co skutkowało karą czterech lat więzienia – Joanna nie była zadowolona, lecz Alma odrzuciła z miejsca tę ofertę, zdając się na sędziego i ławę przysięgłych. Rozwścieczony taką decyzją Arlee Jones odegrał się na Almie DeLong, stawiając jej trzy zarzuty zabójstwa drugiego stopnia, co plasowało się na drabinie prawniczej o dwa szczeble wyżej niż zabójstwo przez zaniedbanie. DeLong została też oskarżona o napaść na funkcjonariusza policji i opór przy aresztowaniu.

Teraz, po ponadrocznych przepychankach sądowych i zabiegach obrony, sprawa trafiła wreszcie na wokandę. Ponieważ Joanna brała udział w początkowym śledztwie, wezwano ją na świadka. Spędziła półtora dnia w sądzie, maglowana najpierw przez Arlee’ego, a potem przez obrońcę Almy. Przysięgli po dwudziestu czterech godzinach debatowania podjęli decyzję.

Ponieważ Alma była znaną w Tucson businesswoman, jej proces przyciągał uwagę mediów. Joanna, zamiast skonfrontować Toma Hadlocka z tłumem reporterów, schroniła się w toalecie, żeby sprawdzić fryzurę i makijaż przed wyjściem z biura i pokonaniem krótkiego pasażu prowadzącego do sali, w której zasiadał sędzia Cameron Moore.

Szeryf Brady zajęła wolne miejsce obok Bobby’ego Fletchera. Jego matka, Inez, była jedną z pacjentek ośrodka, które zmarły. Siostrę Bobby’ego, Candace, bardziej niż cokolwiek innego interesowało uzyskanie odszkodowania. Nie przychodziła na rozprawy dotyczące zarzutów natury kryminalnej. Bobby natomiast pojawiał się na procesie każdego dnia i obserwował go z żywym zainteresowaniem. Nie był człowiekiem wyrobionym towarzysko ani wykształconym, miał też za sobą przeszłość kryminalną. Kiedy wyszedł w końcu na prostą drogę, Inez przyjęła go z otwartymi ramionami i stała się dla niego niezawodnym oparciem. Wyrok skazujący nie wskrzesiłby jego matki, ale z pewnością przywróciłby pogrążonemu w żalu synowi jakieś poczucie sprawiedliwości.

Kiedy do sali zaczęli wchodzić po kolei przysięgli, Bobby się nie odezwał, tylko ujął dłoń Joanny, szukając u niej pociechy.

– Pani przewodnicząca – zwrócił się do kobiety sędzia Moore. – Ustaliliście werdykt?

– Tak, Wysoki Sądzie.

Sędziemu przekazano kartkę. Kiedy ją studiował, oskarżona siedząca między obrońcami wstała.

– Jaka jest wasza decyzja?

– Jeśli chodzi o pierwszy zarzut zabójstwa drugiego stopnia, uznajemy oskarżoną za winną.

Bobby Fletcher drgnął i zakrył twarz dłońmi, łkając cicho.

– Jeśli chodzi o drugi zarzut zabójstwa drugiego stopnia, uznajemy oskarżoną za winną – ciągnęła przewodnicząca ławy przysięgłych. – Jeśli chodzi o trzeci zarzut zabójstwa drugiego stopnia, uznajemy oskarżoną za winną. Jeśli chodzi o zarzut czynnej napaści na funkcjonariusza policji, uznajemy oskarżoną za niewinną. Jeśli chodzi o zarzut stawiania oporu podczas aresztowania, uznajemy oskarżoną za winną.

Ten ostatni werdykt wydał się Joannie niezrozumiałym dzieleniem włosa na czworo. Jak ktoś mógłby być zwolniony od zarzutu czynnej napaści na funkcjonariusza policji – coś, co Joanna widziała na własne oczy – i jednocześnie być winnym stawiania oporu przy aresztowaniu? Jednak Bobby Fletcher usłyszał dokładnie to, co chciał usłyszeć. Alma DeLong była winna śmierci jego matki. Wcześniej została zwolniona za kaucją. Teraz, kiedy sędzia przychylił się do wniosku prokuratora o uchylenie prawa do wyjścia za kaucją, wystąpił jeden z funkcjonariuszy biura szeryfa, by zaprowadzić oskarżoną przez parking do więzienia okręgowego, gdzie miała oczekiwać ogłoszenia formalnego wyroku.

Joanna i Fletcher ruszyli zgodnym krokiem w stronę wyjścia, gdzie Bobby zatrzymał się gwałtownie.

– Chcę tu zaczekać i pomówić z panem Jonesem – oznajmił. – Pragnę mu podziękować.

Niechętna spotkaniu z tłumem reporterów, którzy zebrali się bez wątpienia na zewnątrz, Joanna też przystanęła, choć nie kryła zdumienia. Bobby spędził większość dorosłego życia za kratkami. Myśl, że mógłby nawiązać serdeczną rozmowę z jakimkolwiek prokuratorem, wydawała się niedorzeczna. Gdy jednak pojawił się Arlee Jones, Joannę czekał jeszcze większy szok. Oskarżyciel zbliżył się do Bobby’ego Fletchera z wyciągniętą ręką i szerokim uśmiechem na twarzy.

– Dorwaliśmy ją – oznajmił z dumą, ściskając entuzjastycznie dłoń Bobby’ego. – Czeka nas jeszcze uzasadnienie wyroku, ale tak czy owak, Alma DeLong idzie do więzienia. Być może zapadnie decyzja o przywróceniu kaucji, chwilowo jednak jest waszym gościem, szeryf Brady. Niestety, warunki, jakie jej zapewnicie, będą lepsze niż te, które oferowała swoim ofiarom.

– Dziękuję panu – odparł Bobby Fletcher.

– Proszę bardzo, panie Fletcher – powiedział Arlee. – Nie wiem, czy już o tym wspominałem, ale kiedy byłem chłopcem, rozwoziłem gazety w Black Knob. Nawet w ciężkich czasach pańska matka pilnowała, żebym dostał napiwek, gdy pobierałem pieniądze za prenumeratę. Zawsze, w zależności od tego, czy była akurat zima czy lato, częstowała mnie gorącą czekoladą albo mrożoną herbatą. Inez Fletcher była dobrą kobietą. Cieszę się, że posłałem jej morderczynię za kratki. Przynajmniej tyle mogłem zrobić dla pańskiej matki.

Ta szczerość w słowach prokuratora sprawiła, że Arlee urósł w oczach Joanny. Zwykle uważała Jonesa za pompatycznego dupka w garniturze, teraz jednak zmieniła opinię. Nie wspominając już o tym, że Alma DeLong nie uświadamiała sobie pewnej rzeczy. Bisbee było małą mieściną. Niewidzialna pajęczyna łącząca poszczególne osoby i rodziny sprawiła, że Arlee Jones potraktował sprawę z niezwykłą dla siebie gorliwością.

– Jest pan gotowy rozmawiać z reporterami? – spytał Jones.

– Kto, ja? – zdumiał się Bobby, a na jego twarzy pojawił się grymas konsternacji. – To ma być żart?

– Tak, pan – potwierdził Arlee, kładąc dłoń na ramieniu Bobby’ego. – I nie żartuję. Jeśli chodzi o ludzi śledzących ten proces, jest pan przedstawicielem ofiar. Reprezentuje pan wszystkich, którzy popełnili błąd i oddali swych bliskich pod opiekę tego ośrodka. Pan i członkowie innych rodzin zrobiliście to w nadziei, że wasi ojcowie, matki albo babki znajdą tu właściwą opiekę, choć wiemy teraz, że się tak nie stało. Pańskie wystąpienie będzie służyło dwojakiemu celowi. Chodzi o to, by ludzie zrozumieli, że nie wolno im oddawać bliskich do jednego z tych ośrodków, a potem, gdy drzwi się zamkną, nie interesować się dalszym losem krewnych. Muszą zachować czujność. Po drugie, należy pokazać osobnikom pokroju Almy DeLong, że jeśli nie zapewnią podopiecznym właściwej opieki, to poniosą konsekwencje. Może pan to zrobić?

– W porządku – zgodził się Bobby. – Chyba tak.

Arlee Jones znów stracił w oczach Joanny. Nie ulegało wątpliwości, że facet zamierza wyciągnąć z tej historii sporo politycznych korzyści. Występ u boku Bobby’ego na konferencji prasowej z pewnością znalazłby się w wiadomościach wieczornych, poza tym Arlee miałby okazję wygłosić kilka chwytliwych haseł, które bardzo by mu pomogły przy następnych wyborach.

Szeryf Brady wyszła za oboma mężczyznami do krytego pasażu. Zadowolona, że tym razem nie występuje w roli głównej, stanęła obok prokuratora i słuchała, podczas gdy reporterzy zadawali pytania z szybkością karabinu maszynowego. Ku zaskoczeniu Joanny Bobby Fletcher odpowiadał na nie w niezbyt błyskotliwy, ale bezpretensjonalny sposób, dzięki któremu był podczas procesu skutecznym świadkiem oskarżenia. Zapewnił, że nie zostawił matki w ośrodku, ot tak sobie. Zdawał sobie sprawę z tego, jak wygląda opieka, ale jego próby poprawienia sytuacji spełzły na niczym.

Joanna musiała tylko słuchać, uśmiechać się i kiwać głową. Do samego końca konferencji pod jej adresem nie padło ani jedno pytanie. Nie miała nic przeciwko temu; makijaż był w porządku, włosy odpowiednio uczesane – niczego więcej nie pragnęła.

Gdy jednak już po wszystkim spojrzała na zegarek, stwierdziła, że jest mocno spóźniona. Przedszkole zamykano o szóstej; miała tylko pięć minut na to, żeby odebrać Dennisa. Za każde kolejne pięć minut spóźnienia naliczano grzywnę w wysokości dwudziestu pięciu dolarów. Nie mogła nawalić.

Joanna wybiegła tylnym wyjściem z biura, wskoczyła do swojego SUV-a i ruszyła w stronę przychodni weterynaryjnej doktor Millicent Ross w Saginaw, dzwoniąc jednocześnie na komórkę Jenny.

– Już jadę – poinformowała córkę. – Spotkamy się przed wejściem. Podrzucę cię do kościoła, odbierzesz Dennisa. Jeśli będę musiała szukać miejsca na parkingu, to nie zdążymy.

Zgodnie z poleceniem Jenny stała przy wjeździe na teren przychodni, oparta o słupek bramy, z plecakiem przewieszonym przez ramię. Z północy napływał uporczywy wiaterek i zebrane w koński ogon długie włosy dziewczyny poruszały się w powiewach niczym flaga koloru blond. W latach szkolnych o drobnej rudowłosej Joannie często mówiono: „milutka”. Jenny natomiast była piękna: wysoka, szczupła, z błękitnymi oczami; nikt nigdy nie nazwałby jej milutką.

Joanna nie dziwiła się, że Jenny, znakomita amazonka, zdobyła tytuł królowej rodeo w szkole średniej. Zaskakujące było co innego. Joanna spodziewała się, że stanie się to znacznie później. Na przykład w czwartej klasie, ale Jenny zdobyła koronę już w drugiej, a Joanna została matką królowej rodeo wcześniej, niż wydawało się to w ogóle możliwe.

Raz popełniła błąd i wspomniała o tym matce. Eleanor Lathrop Winfield zareagowała z typowym dla siebie brakiem zrozumienia. „To jedna z tych zaskakujących sytuacji, jakie zdarzają się w życiu rodzica, a człowiek nie ma dość czasu, żeby cokolwiek poradzić – oznajmiła Eleonor. – Poza tym lepiej być młodą matką królowej rodeo niż niepełnoletnią babką”.

Sens tych słów nie pozostawiał wątpliwości: twoja córka jest szesnastoletnią królową rodeo. Moja była niezamężną siedemnastolatką w ciąży. Co byś wolała?

Winna, Wysoki Sądzie. I tak skończyła się dyskusja z matką.

– Hej – powiedziała Joanna, kiedy Jenny rzuciła plecak na podłogę wozu, usiadła na fotelu pasażera i przypięła się pasami. – Co słychać?

– Okay – odparła Jenny.

– A praca?

– Dobrze.

Im Jenny była starsza, tym trudniej przychodziło jej odpowiedzieć na jakiekolwiek pytanie inaczej niż tylko pojedynczym słowem.

– Szkoła? – nie ustępowała Joanna.

– W szkole było zamieszanie.

Odpowiedź zawierająca więcej niż jedno słowo. Sugerowało coś niepokojącego, ale sens był niejasny.

– Co to znaczy: zamieszanie?

– Kiedy autobusy odjeżdżały dziś po południu, na parkingu roiło się od policjantów.

– Naprawdę? – zdziwiła się Joanna. – Jak to? Coś się stało? Przeszukiwano budynek?

A jeśli tak, to dlaczego nic o tym nie wiem – zadawała sobie pytanie.

– Zaginęła panna Highsmith czy coś w tym rodzaju.

Debra Highsmith, dyrektorka szkoły średniej, była osobą, z którą Joanna starła się kilka razy słownie, przede wszystkim wtedy, kiedy poproszono ją, by wystąpiła podczas dnia otwartego i mówiła o zawodzie policjanta; poinformowano ją, że w związku ze ściśle przestrzeganym programem szkolnym „zero tolerancji dla broni” powinna zostawić glocka i paralizator w domu. Joanna zwróciła się do zarządu szkoły i zdołała uchylić ten nakaz w przypadku funkcjonariuszy policji.

– Pani Highsmith zaginęła? Naprawdę? – spytała zaskoczona Joanna.

Jenny wzruszyła ramionami i skinęła głową.

– Nie było jej dzisiaj rano. Kiedy zaniosłam do gabinetu listę obecności na rozpoczęciu roku szkolnego, słyszałam, jak pani Holder rozmawia o tym z panem Howardem. Mówiła, że pani Highsmith nie pojawiła się i że to dziwne, bo nikogo wcześniej nie uprzedziła. Potem już nic nie słyszałam; gdy wsiadaliśmy do autobusów, pojawiły się te wszystkie radiowozy.

Zastanawiając się, o co chodzi, ale nie chcąc naciskać, Joanna zmieniła temat.

– Jak nauka jazdy?

– Pan Forte ma trudności ze znalezieniem dla mnie odpowiedniego wozu z ręczną skrzynią biegów.

Jenny zdobyła lokalną koronę rodeo, ale nie chciała na tym poprzestać. Jeśli zamierzała sięgnąć po inne tytuły, to musiałaby uczestniczyć w zawodach odbywających się z dala od miasta; potrzebowała odpowiedniego wozu z przyczepą do przewozu konia.

Mając to na względzie, Butch znalazł w Internecie używaną toyotę tundra z przyczepą. Była to okazja, którą od razu wykorzystał. Niestety, wóz miał ręczną skrzynię biegów, a wszystkie samochody szkolnej nauki jazdy – automatyczną.

– Jeśli Butch skończy książkę, to może weźmie cię jutro na przejażdżkę, skoro nie idziesz do szkoły.

– Jutro pracuję – wyjaśniła Jenny. – Chcemy pojeździć w sobotę.

W związku z cięciami budżetowymi kuratorium zarządziło cztery dni nauki w tygodniu; w piątki i weekendy szkoła była nieczynna. Ograniczyło to koszty związane z wykorzystywaniem budynków i transportu, ale rodzice musieli zrobić coś z dziećmi w piątki, kiedy pracowali. Joanna miała szczęście. W te dni, gdy przedszkole było przepełnione, Dennis siedział w domu z Butchem. Kiedy Butch nie mógł się nim zająć, wzywali Carol Sunderson, ich gosposię na pół etatu, i jej dwóch wnuków.

Joanna podjechała do krawężnika, a Jenny poszła po brata. Pod jej nieobecność Joanna zadzwoniła do Alvina Bernarda, szefa policji w Bisbee. Wciąż czekała na połączenie, kiedy zjawiła się Jenny z Dennisem. Gdy dziewczyna przypinała braciszka w foteliku stanowiącym stałe wyposażenie radiowozu Joanny, Alvin w końcu odebrał.

– Przepraszam, że tak długo czekałaś – powiedział. – Mam tu urwanie głowy.

Podobnie jak Arlee Jones, Alvin Bernard był „dobrym chłopakiem” z miejscowej rodziny o długich tradycjach. Kiedy Joannę wybrano na szeryfa, Alvin nie powitał jej w lokalnych organach ścigania z otwartymi ramionami. Z czasem jednak zakopali topór wojenny i nauczyli się pracować razem.

– Co to za historia z Debrą Highsmith? – spytała Joanna.

– Przepraszam, chyba powinienem zadzwonić do ciebie wcześniej – oznajmił tonem wyjaśnienia Alvin. – Ale zrobiło się cholerne zamieszanie. Kiedy nie pojawiła się dziś rano w szkole i nie zadzwoniła, wysłaliśmy funkcjonariuszy do jej domu. Nic nie znaleźli. Zero. Torebka i komórka były na miejscu, ale nie samochód i kluczyki. Tuż za drzwiami leżały jej buty, jakby je zdjęła od razu po wejściu do środka. Ani śladu włamania. Ani śladu jakiejkolwiek walki. Jakby wróciła wczoraj po południu ze szkoły, a potem zniknęła razem z samochodem. Przepytaliśmy sąsiadów. Nikt nie widział pani Highsmith ani nie słyszał niczego podejrzanego, co miałoby związek z nią albo jej psem.

– Ma psa? – spytała Joanna.

– Wielkiego dobermana – odparł Alvin. – Dowiedzieliśmy się o tym od sąsiadów, miała go dopiero od dwóch tygodni, ale też zniknął. W mieszkaniu była karma dla psów i zabawki, ale ani śladu psa, a biorąc pod uwagę, że nie ma samochodu i kluczyków, należy zakładać, że nie porusza się na piechotę i że wzięła dobermana ze sobą. Mimo wszystko przeszukujemy okolicę na wypadek, gdyby wyszła ze swoim pupilem. Może straciła przytomność i leży w jakimś rowie. Albo zachorowała. Każę komuś obdzwonić okoliczne szpitale.

– Gdzie mieszka?

– Na osiedlu San Jose, domy są tam od siebie oddalone. Wysłałem mundurowych, obchodzą ulicę i pukają do drzwi. Nikt sobie nie przypomina, żeby ją widział spacerującą albo jadącą samochodem. Jednak znaleźliśmy coś ciekawego.

Joanna zdążyła już ruszyć i posuwała się wzdłuż Tombstone Canyon; Dennis gaworzył wesoło na tylnym siedzeniu. Jego nieprzerwana mowa była na ogół niezrozumiała dla nikogo z wyjątkiem siostry, wydawało się, że Jenny rozumie każde jego słowo. Żadne z nich nie zwracało najmniejszej uwagi na to, co mówi Joanna.

– Co takiego?

– Pamiętasz, jak uraczyła cię tą gadką o zerowej tolerancji wobec broni w szkole?

– Tak – odparła Joanna. – Pamiętam doskonale. Dlaczego pytasz?

– Wiem, że złożyła podanie o pozwolenie na noszenie ukrytej broni. Nigdy bym nie pomyślał, że zrobi coś takiego po tym, jak suszyła ci głowę. Zgadnij, co znaleźliśmy w jej torebce. Nieduży rewolwer, ale załadowany specjalnymi nabojami do shotguna, czterystadziesiątkami.

Joannie nie przyszłoby do głowy nosić coś takiego. Można było narobić tym mnóstwo szkody, nie nadawało się też do ćwiczeń na strzelnicy.

– Chyba żartujesz. Miała to w torebce?

– Tak – zapewnił Alvin. – Prawdziwa armata. Biorąc pod uwagę stosunek tej kobiety do broni palnej, byłem pewien, że ta wiadomość sprawi ci frajdę.

Joannie takie określenie nie przyszło akurat do głowy.

– Wygląda na to, że się czegoś obawiała – zauważyła. – Nikt nie nosi broni w torebce, zwłaszcza załadowanej nabojami o takim kalibrze, jeśli nie ma żadnych zmartwień.

– Kto nosi broń w torebce? – spytała Jenny.

Jeśli się włączała, oznaczało to, że rozmowę należy kończyć.

– Daj mi znać, jeśli dowiesz się czegoś więcej – poprosiła Joanna. – Muszę zawieźć dzieciaki do domu i dać im kolację.

Alvin uchwycił aluzję.

– Okay – odparł. – Pogadamy później.

– Wciąż nie powiedziałaś, czyja to była broń – nie dawała za wygraną Jenny.

– Sprawa policji – ucięła dyskusję Joanna.

W jej rodzinie te dwa słowa miały ogromną wagę, tak jak przed laty, kiedy używał ich ojciec Joanny. Stanowiły odpowiednik napisu „NIE PRZEKRACZAĆ” na żółtej taśmie policyjnej, odgradzającej miejsce przestępstwa, i były równie skuteczne. Oznaczały, że temat jest zakazany, a wszelka dyskusja wykluczona.

– Nie jestem już dzieckiem, przecież wiesz – poskarżyła się Jenny.

– Owszem, nie jesteś – przyznała Joanna. – I dlatego rozumiesz, że nie wolno mi rozmawiać z kimkolwiek o toczącym się śledztwie.

– Założę się, że z tatą będziesz o tym rozmawiać – powiedziała Jenny.

Joanna poczuła drgnienie serca. Byli z Butchem Dixonem małżeństwem od wielu lat, ale nie przypominała sobie, by kiedykolwiek wcześniej córka określiła go mianem „taty”, zamiast mówić o nim „Butch”. Choć sprawiło jej to przyjemność, nie chciała schrzanić wszystkiego przesadnie radosną reakcją. Nie można było zresztą wykluczyć, że w tym przypadku Jenny celowo ją podpuszcza.

– O co chcesz się założyć? – spytała Joanna.

– Mniejsza z tym – odparła Jenny. – I tak mnie to nie interesuje.

Po tych słowach Jenny pogrążyła się w posępnym milczeniu, które trwało przez resztę drogi. Joanna starała się nie brać tego wszystkiego zbyt poważnie. U nastolatków napady cichej złości były normą. Kiedy dotarły na miejsce, Jenny chwyciła swój plecak, wyskoczyła z wozu i znalazła się w swoim pokoju, zanim Joanna zdołała przenieść Dennisa wraz z całym jego dziecięcym dobytkiem za próg domu.

– Co się dzieje z Jenny? – spytał Butch.

Joanna wywnioskowała po zapachu, że kolacja jest prawie gotowa. Butch nakrywał właśnie do stołu.

– Nic, co nie ustąpi z czasem – wyjaśniła z uśmiechem Joanna.

– Ach, rozumiem. – Cmoknął oboje w policzek i zwrócił się do malca: – Umyj ręce, mały człowieku. Kolacja czeka.

2.

Kiedy Joanna Brady została wybrana na szeryfa, postanowiła pójść w ślady swego ojca, który niegdyś piastował to samo stanowisko. Objęła je krótko po tym, jak w strzelaninie zginął jej pierwszy mąż, Andrew Roy Brady. Właśnie ubiegał się o funkcję szeryfa, gdy został zabity na polecenie bossa narkotykowego. Przyjaciele Andy’ego przekonywali Joannę, żeby go zastąpiła. Kiedy ją wybrano, większość uznała, że jest figurantką w mniejszym lub większym stopniu, szeryfem tylko z nazwy, ona jednak zamknęła wszystkim usta, zapisując się do akademii policyjnej.

Zaskoczyła nie tylko swoich zwolenników i oponentów; zaskoczyła też samą siebie. Wkrótce odkryła, że walkę z przestępczością ma we krwi. Stanowisko szeryfa było nie tylko określoną funkcją, lecz również pasją. Tak jak wcześniej ojciec, D.H. Lathrop, oddawała się bez reszty obowiązkom, pracując bez wytchnienia i przynosząc do domu góry papierkowej roboty, którą zajmowała się wieczorami przy stole w jadalni. Niebawem żyła, by pracować, zamiast pracować, by żyć. Zasadnicza różnica.

Nie spodziewała się tego, że znów się zakocha, a myśl o jeszcze jednym dziecku nigdy wcześniej nie przyszła jej do głowy. Jedno i drugie zaskoczyło ją całkowicie. Kiedy w jej życiu pojawił się najpierw Butch, a potem Dennis, doprowadziło to do pewnej zmiany priorytetów. Praca wciąż była dla niej ważna, wciąż ją kochała, teraz jednak Joanna podejmowała każdego dnia świadomy wysiłek, by zachować równowagę między domem a pracą.

W dużym stopniu pozwalało ją zachować to, że w swej skupionej na dwóch karierach rodzinie Butch i Joanna mogli liczyć na niebywałą pomoc. Rok wcześniej Carol Sunderson i jej dwaj wnukowie zostali bez dachu nad głową, kiedy z powodu zwarcia instalacji elektrycznej spłonęła ich przyczepa mieszkalna, a niepełnosprawny mąż Carol stracił życie. W tym czasie Joanna wynajmowała swój stary dom przy High Lonesome Ranch; lokatorzy pozostawili go w straszliwym stanie, ogałacając ze wszystkiego, po czym zwiali z miasta, nie uiściwszy czynszu. Joanna i Butch, pod wpływem nagłego olśnienia, zaproponowali Carol wynajęcie domu za rozsądną cenę i jednocześnie zatrudnili ją jako pomoc.

Okazało się to znakomitym posunięciem. Dzięki Carol, która wyręczała Butcha w gotowaniu, pracach domowych i opiece nad dziećmi, mógł on poświęcać więcej czasu na pisanie. Teraz, kiedy za kilka miesięcy miał się ukazać jego trzeci kryminał, obecność Carol umożliwiała mu wzięcie udziału w kampanii reklamowej, na której wydawcy bardzo zależało.

Po kolacji i uprzątnięciu naczyń Butch wycofał się do swojego gabinetu, a Jenny zamknęła się u siebie, żeby odrobić lekcje, więc Joanna mogła zająć się Dennisem. Wyszli obydwoje na podwórze i zapalili tam światło. Jeszcze długo po zachodzie słońca bawili się z dwoma psami – Luckym, głuchym czarnym labradorem, i Lady, nieśmiałym owczarkiem australijskim. Zwierzaki aportowały niezmordowanie, a Dennis niezmordowanie rzucał im patyki.

Jenny nauczyła Lucky’ego reagować na język migowy; zdawało się, że pies należy do niej bardziej niż do kogokolwiek innego. Kiedy przygarnęli Lady, Joanna była jedyną osobą, którą suka tolerowała. Teraz jednak, ku zdumieniu wszystkich, Lady zmieniła front i przygarnęła pod swe skrzydła Dennisa, traktując go jak podopiecznego. Kiedy chłopiec był w domu, na zewnątrz albo wewnątrz, chodziła za nim dosłownie krok w krok. Porzuciła nawet swoje ulubione miejsce na łóżku Joanny i zaczęła sypiać na chodniczku obok łóżeczka Dennisa.

Było już całkowicie ciemno, kiedy weszli do domu. Joanna wykąpała i położyła chłopca spać, po czym usiadła z książką w pokoju rodzinnym, gdzie przynajmniej raz wagoniki miniaturowej kolejki Butcha tkwiły w litościwym bezruchu. Była pogrążona w lekturze, kiedy Butch wyłonił się dobrze po dziewiątej ze swojego gabinetu.

– Skończyłeś? – spytała.

Skinął głową, wziął do ręki pilot i włączył telewizor.

– Nie masz nic przeciwko temu, żebym obejrzał wiadomości?

– Nie przeszkadzaj sobie.

– Dzięki, że zajęłaś się Dennisem – powiedział. – Muszę wysłać jutro tekst kurierem, żeby na poniedziałek dotarł do Nowego Jorku. Trzeba było uporać się z tym jeszcze dzisiaj, zwłaszcza że dzieciaki nie mają szkoły. Nie sposób pracować, kiedy są w domu. Poza tym chcę poćwiczyć z Jenny jazdę z ręczną skrzynią biegów.

– Jesteś nieustraszony – oznajmiła z uznaniem Joanna. – Tak przy okazji, Jenny awansowała cię dzisiaj po południu. Nazwała cię „tatą”.

– Rzeczywiście, awans – przyznał Butch. – Ale dlaczego tak się dąsała przy kolacji? Prawie się nie odzywała i wyraźnie była nie w sosie.

– Doszło do nieporozumienia, kiedy wracałyśmy do domu – wyjaśniła Joanna. – Słyszała, jak rozmawiam przez telefon o śledztwie, i obraziła się, kiedy nie chciałam jej nic powiedzieć.

– Jakim śledztwie? – spytał Butch.

Właśnie zaczynały się wiadomości o dwudziestej drugiej, a ich głównym tematem miało być zniknięcie dyrektorki szkoły średniej.

– Będziesz wiedział, jeśli obejrzysz serwis informacyjny – powiedziała Joanna. – Zrozumiesz także, dlaczego nie mogłam rozmawiać z nią na ten temat.

Jak się można było spodziewać, historia o zaginionej dyrektorce szkoły pojawiła się w wiadomościach jako pierwsza.

„Dziś wieczorem władze miasteczka Bisbee wszczęły poszukiwania dyrektorki miejscowej szkoły średniej, Debry Highsmith, która zaginęła zeszłej nocy – oznajmił prezenter. – Kiedy pani Highsmith nie przyszła dziś rano do pracy, do jej domu udali się funkcjonariusze policji, by rutynowo sprawdzić, co się stało. Na miejscu jest nasz reporter, Toni Avila. Co możesz nam powiedzieć, Toni?”.

„Według rzecznika komendy policji w Bisbee, kiedy funkcjonariusze zjawili się w jej domu w dzielnicy San Jose, nie znaleźli jakichkolwiek śladów walki czy przestępstwa. Nie znaleziono także samochodu, volkswagena passata rocznik dwa tysiące szósty, z rejestracją AZU sześćset pięćdziesiąt siedem. W tej chwili funkcjonariusze wspierani przez ochotnicze zespoły ratownicze z psami przeszukują okolicę. Sprawdza się też szpitale – niewykluczone, że pani Highsmith miała wypadek czy poczuła się źle. Każda osoba, która może wiedzieć coś o miejscu jej pobytu, proszona jest o kontakt z komendą policji w Bisbee”.

„Miejmy nadzieję, że ją znajdą – powiedział prezenter. – Ale jak się okazuje, to niejedyna dziś informacja dotycząca tego miasta. Co jeszcze mamy?”.

„Jak wiadomo wielu naszym widzom, przez cały dzień relacjonowaliśmy przebieg procesu Almy DeLong, właścicielki „Troskliwych przyjaciół”, niefunkcjonującej obecnie organizacji, której celem była opieka nad pacjentami cierpiącymi na alzheimera w ośrodkach stałego pobytu na terenie południowej Arizony. Pani DeLong postawiono zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci w przypadku trojga ludzi, którzy zmarli w trakcie pobytu w ośrodku w Palominas. Po trwającym tydzień procesie i dwudniowych obradach ławy przysięgłych w sądzie okręgowym hrabstwa Cochise ogłoszono werdykt. Pani DeLong uznano winną trzech przypadków nieumyślnego spowodowania śmierci i stawiania oporu przy aresztowaniu. Uwolniono ją od zarzutu czynnej napaści na funkcjonariusza policji. A oto, co powiedział syn jednej z ofiar po ogłoszeniu werdyktu”.

Na ekranie pojawił się Bobby Fletcher; stał przed wejściem do sali sądowej między Arle’em Jonesem i Joanną.

– Hej, dlaczego nie powiedziałaś, że będziesz w wieczornych wiadomościach? – spytał z wyrzutem Butch.

– Bo nie byłam tego pewna. Zresztą miałam się tylko pokazać. Żadnych wypowiedzi.

– A ta sprawa, która tak niepokoi Jenny, dotyczy zaginięcia pani Highsmith?

Joanna potwierdziła skinieniem głowy.

– Zrozumiałe, skoro to dyrektorka jej szkoły.

– To było na żywo? – spytał Butch.

– Tak sądzę. A o co chodzi?

– To oznacza, że wciąż jej nie znaleźli.

– Najwidoczniej.

– Jeśli nie prowadzisz w tej sprawie śledztwa, to dlaczego nie chcesz rozmawiać o tym z Jenny?

– A gdyby zaczęła gadać o tym w szkole? Mogłoby to zaszkodzić sprawie, zwłaszcza jeśli pani Highsmith przytrafiło się coś poważniejszego niż tylko samotna przejażdżka wieczorem.

– Ten reporter dawał do zrozumienia, że mogła wylądować w szpitalu.

– Miejmy nadzieję, że na tym się skończy – powiedziała Joanna. – Debra Highsmith nigdy nie należała do moich faworytek, ale nie chcę, żeby się jej coś stało.

Kilka minut później, kiedy przyszedł czas na prognozę pogody, Butch wyłączył telewizor.

– To Arizona. Jutro będzie na dworze tak jak dzisiaj. Może pójdziemy do łóżka?

Zrobili tak. Drzwi ich sypialni zaopatrzone były w zamek; skorzystali z tego. Joanna spała po wszystkim jak dziecko. Kiedy nazajutrz rano wyrwało ją gwałtownie ze snu pianie koguta – dzwonek jej komórki – było już jasno, a zegar na stoliku nocnym wskazywał szóstą czterdzieści siedem. Ujrzawszy na wyświetlaczu numer Jenny, Joanna pomyślała, że Butch zapomniał otworzyć drzwi sypialni, zanim poszli spać.

– Mamo, mamo – załkała do telefonu Jenny. – Musisz tu szybko przyjechać. Właśnie znalazłam panią Highsmith.

Joanna usiadła na łóżku, starając się oprzytomnieć.

– Tu ją znalazłaś? – spytała. – W domu?

– Nie jestem w domu! – odparła z oburzeniem w głosie. – Wstałam rano i postanowiłam wybrać się z Kiddo na przejażdżkę. Znalazłam ją tutaj, obok drogi.

– Chwała Bogu – westchnęła z ulgą Joanna. – Jest cała i zdrowa?

– Nie jest cała i zdrowa! – odparła Jenny. – Nie żyje. Ktoś ją chyba zastrzelił.

Zanim Jenny dokończyła zdanie, Joanna była już na nogach i wkładała pospiesznie ubranie.

– Jesteś pewna, że to ona? – spytała.

– Wciąż ma identyfikator z nazwiskiem. Umiem czytać.

– Gdzie jesteś? – rzuciła przynaglająco Joanna, przechodząc na tryb głośnomówiący. – Powiedz dokładnie.

– Rano zawsze jedziemy wzdłuż High Lonesome. Jesteśmy przy trzecim rozlewisku, na północ od domu.

High Lonesome Road biegła na północ i południe wzdłuż podnóża Mule Mountains. W tych rzadkich chwilach, kiedy padało, pędząca woda spływała z gór i wsiąkała w dolinę Sulphur Springs. Rozlewiska, które na zboczach dzieliło od siebie zaledwie kilkadziesiąt centymetrów, na niższym terenie rozprzestrzeniały się niczym szprychy wielkiego koła. Podczas tych sporadycznych powodzi parowy wypełnione były rwącymi potokami, czasem o głębokości trzech, czterech metrów. Kiedy powodzie się kończyły i woda wysychała, piaszczyste podłoże zaściełały niejednokrotnie głazy wielkości człowieka.

Wobec cięć budżetowych władze hrabstwa przestały usuwać z drogi kawałki skał, które sprawiały, że High Lonesome Road na północ od High Lonesome Ranch stawała się nieprzejezdna. Wyschnięte rozlewiska mogły stanowić poważną i niebezpieczną przeszkodę dla większości samochodów, ale jak zdawała sobie sprawę Joanna, nie były niedostępne dla kogoś dosiadającego wierzchowca rasy Quarter Horse.

– Już się ubieram – zapewniła. – Dotrę tam jak najszybciej. Jesteś pewna, że nie żyje?

– Tak, mamo – odparła Jenny. – Jestem pewna.

– Niczego nie dotykaj – przestrzegła córkę Joanna. – Zwłaszcza ciała.

Wcześniejsza panika Jenny przerodziła się w głębokie oburzenie.

– Myślisz, że jestem głupia? Zresztą po co miałabym dotykać? Wygląda koszmarnie. Obsiadły je muchy i robaki. I okropnie cuchnie.

– W porządku – powiedziała Joanna. – Jak droga?

– Kiepska. Samochód pani Highsmith utknął przy pierwszym rozlewisku. W każdym razie jestem pewna, że to jej wóz. I blokuje przejazd.

– Nie martw się – uspokoiła córkę Joanna. – Mam napęd na cztery koła. Nie powinnam mieć problemu z przejazdem, a jeśli nawet, to dotrę do ciebie pieszo. Może to chwilę potrwać.

Joanna zdążyła już zejść do kuchni, gdzie Butch przygotowywał śniadanie dla Dennisa.

– Co się dzieje? – spytał, kiedy Joanna przemknęła obok niego w pośpiechu.

– Jenny wzięła Kiddo na przejażdżkę i znalazła zwłoki – wyjaśniła Jenny. – Muszę lecieć.

– Zwłoki? Czyje? Gdzie?

– Twierdzi, że to Debra Highsmith. Na końcu drogi – powiedziała. – Przy High Lonesome.

– Chcesz, żebym z tobą pojechał?

– Nie. Zostań z Dennisem. Przyślę tu kilku ludzi z biura. Wszystko będzie dobrze.

Joanna pobiegła do garażu, uruchomiła SUV-a, wyjechała tyłem i ruszyła przed siebie. W pierwszej chwili zamierzała włączyć radio i wezwać pomoc. Potem jednak zmieniła zdanie. Chciała być na miejscu zdarzenia jako pierwsza, rozeznać się w sytuacji i ocenić trudności, jakie z dotarciem na miejsce mogli mieć jej podwładni i ekipa lekarza sądowego.

Kiedy podjechała do pierwszego rozlewiska, dwupasmowa droga zwęziła się do jednopasmowej. Dotarła na szczyt wzniesienia i dopiero po drugiej stronie zobaczyła passata. Gdy tylko zauważyła unieruchomiony samochód, zrozumiała, że Jenny miała rację. Pojazd zakopał się w piasku, a potem obrócił bokiem i zawisł na niewidocznym głazie, który krył się pod cienką warstwą ziemi. Bezowocne wysiłki kierowcy doprowadziły tylko do jej zrycia, co jedynie pogorszyło sytuację. Joanna zatrzymała się przed rozlewiskiem i wysiadła z wozu, żeby się rozejrzeć. Uświadomiła sobie, że jeśli będzie próbowała wyminąć powoli passata, nawet z napędem na cztery koła, to też może się zakopać w piasku.

– Mówiłam ci! – zawołała Jenny.

Joanna podniosła wzrok i zobaczyła, że Jenny wstrzymała konia po drugiej stronie łachy.

– Chodź. Pojedziemy razem. Będzie szybciej niż na piechotę.

Omijając starannie piasek ze śladami stóp, Joanna przeszła przez łachę. Z pomocą córki wsunęła stopę w strzemię i wgramoliła się na grzbiet konia, po czym przywarła do pleców Jenny, która bezzwłocznie ponagliła Kiddo do biegu. W przeciwieństwie do Joanny była wprawną amazonką. Kiedy koń pędził po kamienistej drodze, Joanna modliła się, by nie spaść.

Oceniła, że przebyły niemal półtora kilometra między pierwszym rozlewiskiem a następnym. Jenny zwolniła konia do powolnego truchtu. Po kilku minutach wstrzymała Kiddo i wskazała głową coś, co leżało na poboczu drogi. Przypominało ubraną szmacianą lalkę w dziwnej pozycji. Dopiero po chwili można się było zorientować, że to ciało martwej kobiety.

Jenny pozostała na grzbiecie niespokojnego wierzchowca, a Joanna zsunęła się z siodła i ruszyła w stronę ciała, po czym przystanęła i znieruchomiała, by przyjrzeć się ofierze i otoczeniu.

Na płaskim kamienistym podłożu spoczywały zwłoki z głową wykręconą na bok. Leżały dostatecznie długo, by padlinożercy dobrali się do twarzy i zniekształcili rysy nie do poznania. Kobieta była ubrana jak ktoś wybierający się do pracy – ziemia i krew ubrudziły białą bluzkę, szytą na miarę granatową marynarkę i spódnicę. Na identyfikatorze, wciąż przypiętym do klapy marynarki, widniało imię i nazwisko: Debra Highsmith. Nagie stopy okryte były podziurawionymi rajstopami. Wyglądało na to, że została postrzelona w plecy. Joanna naliczyła cztery rany wlotowe – jedną w prawej nodze, pozostałe w tułowiu. Ofiara nie umarła od razu, Joanna wiedziała jednak, że kobieta nie mogła długo żyć, ponieważ nie było dużo krwi. A ta, która wyciekła, zbrązowiała w słońcu.

Stwierdziwszy, że nie ma w pobliżu widocznych śladów, które można zadeptać, Joanna podeszła bliżej. Jej nagły ruch wzbił ku niebu czarną chmurę much. W powietrzu unosił się wyraźny zapach rozkładających się zwłok. Joanna zwalczyła mdłości; nie potrzebowała specjalisty medycyny sądowej, by stwierdzić, że Debra Highsmith jest już od pewnego czasu martwa, prawdopodobnie dłużej niż dwadzieścia cztery godziny.

– Nie ma dużo krwi – zauważyła stojąca z boku Jenny. – Musiała od razu umrzeć.

Joanna spojrzała z uwagą na córkę. Zawsze się starała chronić ją przed ponurą rzeczywistością swojego zawodu, ale nie ulegało wątpliwości, że dziewczyna dostrzegała szczegóły. Jej trafna obserwacja zasługiwała na uznanie.

– Masz rację – przyznała Joanna. – Przynajmniej nie cierpiała.

– Może kiedy już ją postrzelono – zastrzegła Jenny. – A wcześniej?