Cień Nocy. Trylogia Wszystkich Dusz. Tom 2 - Deborah Harkness - ebook

36 osób właśnie czyta

Opis

W świecie czarownic, demonów i wampirów chwieje się krucha równowaga. Zakazana miłość Diany i Matthew naruszyła prawa rozdzielające istoty. Oboje muszą przenieść się w przeszłość, żeby odnaleźć rękopis, w którym kryje się ich nadzieja na przyszłość.

Kiedy Diana Bishop, pochodząca z rodu potężnych czarownic, odkryła w Bibliotece Bodlejańskiej ważny alchemiczny manuskrypt, zapoczątkowała wojnę, podczas której związała się z długowiecznym wampirem Matthew Clairmontem. Teraz pokojowa koegzystencja czarownic, demonów, wampirów i ludzi jest poważnie zagrożona. Szukając bezpieczeństwa, Diana i Matthew przenoszą się do roku 1590. Wkrótce jednak zdają sobie sprawę, że przeszłość może nie zapewnić im schronienia. Odzyskawszy swoją poprzednią tożsamość poety i szpiega królowej Elżbiety, wampir znajduje oparcie w grupie radykałów znanej jako Nocna Szkoła. Wielu z nich to niezdyscyplinowane demony i twórcze umysły tamtych czasów, takie jak: dramatopisarz Christopher Marlowe i matematyk Thomas Harriot. Razem z Matthew i Dianą przeczesują Londyn z okresu Tudorów w poszukiwaniu Ashmole’a 782 i czarownicy, która nauczy Dianę, jak zapanować nad jej niezwykłą mocą…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 956

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Shadow of Night

Copyright © 2012 by Deborah Harkness Copyright for the Polish translation © 2019 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Magdalena Górnicka Ilustracja na okładce: Dark Crayon Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Wydanie IIISBN 978-83-66409-81-1 Warszawa 2019

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 134 743 www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Lacey Baldwin Smith, mistrzyni opowiadania i historyczce, która jakiś czas temu zasugerowała mi,

Przeszłości nie można uleczyć

Część I

Rozdział 1

Wylądowaliśmy bez godności w bezładnym stosie złożonym z czarownicy i wampira. Matthew leżał pode mną, z długimi kończynami wygiętymi w nietypowej i niewygodnej pozycji. Między nami tkwiła ściśnięta duża księga. Impet sprawił, że srebrna figurka, którą wcześniej ściskałam w ręce, potoczyła się po podłodze.

– Jesteśmy we właściwym miejscu? – Miałam mocno zaciśnięte powieki, na wypadek gdybyśmy nadal znajdowali się w dwudziestym pierwszym wieku w stodole Sary w stanie Nowy Jork, a nie w szesnastowiecznym Oxfordshire.

Jednakże nieznajome wonie powiedziały mi, że to nie jest mój własny czas i miejsce. Spośród tych aromatów wybijał się jakiś trawiasty i słodki, wymieszany z zapachem wosku, który kojarzył mi się z latem. Wyczułam również nutę dymu drzewnego. I usłyszałam trzaskanie ognia.

– Otwórz oczy, Diano, i sama zobacz. – Lekkie jak piórko dotknięcie zimnych warg na policzku, potem cichy chichot. Oczy koloru wzburzonego morza spoglądały na mnie z twarzy tak bladej, że mogła należeć tylko do wampira. Chłodne dłonie przesunęły się z mojej szyi na ramiona. – Jesteś cała?

Po przeniesieniu się tak daleko w przeszłość miałam wrażenie, że moje ciało mogło w każdej chwili rozpaść się pod wpływem nawet lekkiego podmuchu wiatru. Po naszych wcześniejszych sesjach podróżowania w czasie w domu mojej ciotki nie czułam niczego podobnego.

– Nic mi nie jest. A tobie? – Skupiłam uwagę na Matthew, bo nie miałam odwagi się rozejrzeć.

– Nareszcie w domu. – Matthew z lekkim stuknięciem opuścił głowę na drewniane deski podłogi, co wyzwoliło jeszcze więcej letniego aromatu z rozrzuconego na niej sitowia i lawendy. Stary Dom nawet z roku 1590 był dla niego znajomy.

Gdy moje oczy przyzwyczaiły się do słabego oświetlenia, zobaczyłam solidne łóżko, mały stół, wąskie ławy i krzesło. Między rzeźbionymi słupami podtrzymującymi baldachim dostrzegłam drzwi łączące ten pokój z następnym. Wylewające się z niego światło tworzyło na narzucie i podłodze zniekształcony złoty prostokąt. Ściany były wyłożone taką samą ozdobną boazerią panelową, jaką pamiętałam z kilku pierwszych wizyt w domu Matthew we współczesnym Woodstock. Kiedy odchyliłam głowę do tyłu, zobaczyłam sufit pokryty grubą warstwą tynku i kwadratowe kasetony z efektownymi czerwono-białymi tudorskimi różami w każdym pozłacanym zagłębieniu.

– Róże były obowiązkowe, kiedy budowano ten dom – skomentował sucho Matthew. – Nie mogę ich znieść. Przy pierwszej okazji zamalujemy je na biało.

Złoto-błękitne płomienie świec umieszczonych w lichtarzach rozbłysły w nagłym przeciągu, oświetlając róg tapiserii o bogatych kolorach i jasną narzutę, na której ciemniejsze, błyszczące ściegi układały się we wzór z owoców i liści. Nowoczesne tekstylia nie miały takiego połysku.

Uśmiechnęłam się podekscytowana.

– Naprawdę to zrobiłam. Niczego nie spartaczyłam ani nie przeniosłam nas w jakieś inne miejsce, na przykład do Monticello albo...

– Świetnie się spisałaś – pochwalił mnie z uśmiechem Matthew. – Witaj w elżbietańskiej Anglii.

Po raz pierwszy w życiu byłam zachwycona, że jestem czarownicą. Jako historyczka badałam przeszłość. Jako czarownica mogłam naprawdę ją odwiedzić. Przenieśliśmy się do roku 1590, żebym mogła wyszkolić się w zapomnianej sztuce magii, ale mogłam też nauczyć się tutaj czegoś więcej. Schyliłam głowę, żeby pocałować Matthew, ale powstrzymał mnie odgłos otwieranych drzwi.

Matthew przytknął palec do moich warg. Lekko odwrócił głowę, jego nozdrza się rozdęły. Kiedy rozpoznał, kto jest w sąsiednim pokoju, skąd dochodził cichy szelest, opuściło go napiecie. Podniósł mnie razem z książką jednym zręcznym ruchem, wziął za rękę i poprowadził do drzwi.

W sąsiednim pokoju przy stole zasłanym korespondencją stał mężczyzna o potarganych kasztanowych włosach. Był średniego wzrostu i zgrabnej budowy, w drogim, szytym na miarę ubraniu. Nieznaną mi melodię, którą nucił, od czasu do czasu punktował słowami, zbyt cichymi, żebym mogła je usłyszeć.

Zaskoczenie malujące się przez chwilę na twarzy Matthew przerodziło się w serdeczny uśmiech.

– Gdzie jesteś naprawdę, mój słodki Matthew? – Mężczyzna uniósł kartkę do światła.

Mój mąż zmrużył oczy, pobłażliwość zastąpiło niezadowolenie.

– Szukasz czegoś, Kit?

Młody człowiek upuścił kartkę na stół i okręcił się na pięcie, a jego twarz rozjaśniła radość. Widziałam już tę twarz, na moim egzemplarzu Żyda zMalty Christophera Marlowe’a.

– Matt! Pierre powiedział, że jesteś w Chester i możesz nie dotrzeć do domu. Ja jednak wiedziałem, że nie opuścisz naszego dorocznego spotkania.

Słowa były znajome, ale wymawiane z dziwną intonacją, która wymagała ode mnie skupienia, żebym w ogóle mogła je zrozumieć. Elżbietańska angielszczyzna wcale aż tak bardzo nie przypominała języka, którego mnie nauczono, ani nie była tak zrozumiała, jak sądziłam na podstawie sztuk Szekspira.

– A gdzie twoja broda? Chorowałeś? – Oczy Marlowe’a rozbłysły, kiedy mnie zauważył, a ich natarczywe spojrzenie zdradziło go jako demona.

Powstrzymałam impuls, żeby rzucić się na jednego z największych angielskich dramatopisarzy, uścisnąć mu rękę i zasypać go pytaniami. Te nieliczne informacje, które o nim miałam, wyleciały mi z głowy, kiedy zobaczyłam go stojącego przede mną. Czy jakieś jego sztuki wystawiano w 1590 roku? Ile miał lat? Z pewnością był młodszy od Matthew i ode mnie. Nie mógł jeszcze skończyć trzydziestki. Uśmiechnęłam się do niego ciepło.

– Gdzie to znalazłeś? – Głos Marlowe’a ociekał pogardą.

Obejrzałam się przez ramię, spodziewając się ujrzeć jakieś okropne dzieło sztuki. Za mną nie było niczego oprócz pustej przestrzeni.

On miał na myśli mnie. Mój uśmiech zgasł.

– Spokojnie, Kit – rzucił Matthew z gniewną miną.

Marlowe tylko wzruszył ramionami na tę reprymendę.

– Nieważne. Skoro musisz, nasyć się nią, zanim przybędą pozostali. George oczywiście jest tu już od jakiegoś czasu, pochłania twoje jedzenie i czyta twoje książki. Nadal nie ma mecenasa ani złamanego szeląga przy duszy.

– George jest tu mile widziany, Kit. – Wpatrując się w młodego człowieka z twarzą pozbawioną wyrazu, Matthew uniósł nasze splecione palce do ust. – Diano, to jest mój drogi przyjaciel Christopher Marlowe.

Prezentacja dała Marlowe’owi okazję do przyjrzenia mi się bardziej otwarcie. Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Jego pogarda rzucała się w oczy, zazdrość ukrywał lepiej. Marlowe był naprawdę zakochany w moim mężu. Podejrzewałam to już w Madison, kiedy przesunęłam palcami po jego dedykacji w egzemplarzu Doktora Fausta należącym do Matthew.

– Nie miałem pojęcia, że w Woodstock jest burdel specjalizujący się w nadmiernie wysokich kobietach. Większość twoich dziwek jest bardziej delikatna i ponętna, Matthew. Ta tutaj to prawdziwa Amazonka. – Kit pokręcił głową, zerkając przez ramię na nieporządne stosy papierzysk zalegających na stole. – Słyszałem, że to raczej interesy niż żądza zawiodły cię na północ. Jak znalazłeś czas, żeby zapewnić sobie jej usługi?

– To godne uwagi, Kit, jak łatwo lekceważysz uczucia – stwierdził Matthew, przeciągając samogłoski, ale w jego tonie pobrzmiewała nuta ostrzeżenia.

Marlowe, pozornie skupiony na korespondencji, najwyraźniej jej nie rozpoznał, bo uśmiechnął się ironicznie. Matthew uścisnął moje palce.

– Czy Diana to jej prawdziwe imię, czy przybrała je, żeby zwabić klientów? A może w ofercie znajdziemy obnażenie prawej piersi albo łuk i strzałę. – Marlowe wziął do ręki jakąś kartkę. – Pamiętasz, jak Blackfriars Bess zażądała, żeby nazywać ją Afrodytą, zanim pozwoliła nam...

– Diana jest moją żoną. – Matthew odsunął się ode mnie i chwycił przyjaciela za kołnierz.

– Nie. – Na twarzy Kita odmalował się szok.

– Tak. To znaczy, że jest panią tego domu, nosi moje nazwisko i znajduje się pod moją ochroną. Zważywszy na to wszystko – i oczywiście na naszą długoletnią przyjaźń – w przyszłości z twoich ust nie spłynie nawet słowo krytyki ani najmniejsza uwaga na temat jej cnoty.

Poruszyłam dłonią, żeby przywrócić w niej czucie. Matthew tak mocno ją ściskał, że pierścień, który nosiłam na środkowym palcu lewej ręki, zostawił na skórze jasnoczerwony ślad. Osadzony w środku diament bez faset pochłaniał ciepło ognia. Pierścionek był nieoczekiwanym darem od Ysabeau, matki Matthew. Zaledwie parę godzin temu – wieki temu? następne wieki? – Matthew powtórzył słowa starej małżeńskiej przysięgi i wsunął diament na mój palec.

Przy wtórze pobrzękujących naczyń do pokoju weszły dwa wampiry. Jednym z nich był szczupły mężczyzna o wyrazistej twarzy, ogorzałej skórze koloru orzecha laskowego, czarnych włosach i oczach. Niósł karafkę wina i kielich na nóżce w kształcie delfina, na którego płetwie ogonowej balansowała czarka. Towarzyszyła mu koścista kobieta z chlebem i serem na tacy.

– Wrócił pan, milordzie – odezwał się mężczyzna, wyraźnie zaskoczony. Dziwne, ale francuski akcent sprawiał, że łatwiej mi było go zrozumieć. – Posłaniec z czwartku mówił...

– Moje plany się zmieniły, Pierre. – Matthew odwrócił się do kobiety. – Dobytek mojej żony zaginął w podróży, Françoise, a ubrania, które miała na sobie, były tak brudne, że je spaliłem. – Wypowiedział to kłamstwo z wielką pewnością siebie.

Ani wampiry, ani Kit nie wyglądali na przekonanych.

– Pańska żona? – powtórzyła Françoise z akcentem takim jak u Pierre’a. – Ale ona jest...

– Ciepłokrwista – dokończył Matthew i wziął pucharek z tacy. – Powiedz Charlesowi, że jest jeszcze jedna osoba do wykarmienia. Diana nie czuła się ostatnio dobrze, dlatego powinna za radą lekarza jeść świeże mięso i ryby. Ktoś będzie musiał udać się na targ, Pierre.

Wampir zamrugał.

– Dobrze, milordzie.

– I pani będzie potrzebowała czegoś do ubrania – zauważyła Françoise, taksując mnie wzrokiem.

Na znak swojego pana służąca wyszła z pokoju. Pierre ruszył w jej ślady.

– Co się stało z twoimi włosami? – Matthew wziął w palce truskawkowy pukiel.

– O, nie! – jęknęłam.

Uniosłam ręce i zamiast swoich zwykłych pasm w kolorze słomy, o długości do ramion, nieoczekiwanie trafiłam na kręcone, czerwonawo-złote loki sięgające do pasa. Ostatnim razem, kiedy moje włosy przejawiły swoją wolę, chodziłam do college’u i grałam Ofelię w Hamlecie. I wtedy, i teraz ich nienaturalnie szybki wzrost i zmiana koloru nie były dobrymi znakami. W trakcie naszej podróży w przeszłość obudziła się we mnie czarownica. Nie wiadomo, jaka jeszcze magia doszła do głosu.

Wampiry umiały wyczuć adrenalinę i nagły niepokój albo usłyszeć muzykę mojej krwi. Natomiast demony takie jak Kit potrafiły odebrać przypływ czarodziejskiej energii.

– Na grób Chrystusa. – Uśmiech Marlowe’a był pełen złośliwości. – Sprowadziłeś do domu czarownicę. Co złego zrobiła?

– Daj spokój, Kit. To nie twoja sprawa. – Głos Matthew przybrał władczą nutę, ale jego palce nadal delikatnie dotykały moich włosów. – Nie martw się, mon coeur. To na pewno tylko wyczerpanie.

Mój szósty zmysł zaprotestował. Tej ostatniej transformacji nie można było wytłumaczyć zwykłym zmęczeniem. Jako czarownica z pochodzenia nadal nie wiedziałam, jakie moce odziedziczyłam. Nawet moja ciotka Sarah i jej partnerka Emily Mather – obie czarownice – nie potrafiły stwierdzić z całą pewnością, co we mnie siedzi i jak nad tym zapanować. Testy naukowe Matthew wykryły w mojej krwi markery genetyczne magicznego potencjału, ale nie było gwarancji, kiedy i czy w ogóle te możliwości się ujawnią.

Zanim całkiem pogrążyłam się w niewesołych rozważaniach, wróciła Françoise z czymś, co wyglądało jak igła do cerowania, i z mnóstwem szpilek w ustach. Towarzyszył jej ruchomy stos aksamitu, wełny i lnu. Spod tej góry wystawały smukłe, brązowe nogi, co sugerowało, że gdzieś w środku jest zagrzebany Pierre.

– Po co to wszystko? – spytałam podejrzliwie, wskazując na szpilki.

– Oczywiście po to, żeby madame miała się w co przyodziać.

Françoise ściągnęła ze stosu ubrań burą część garderoby, która wyglądała jak worek na mąkę. Nie sądziłam, żeby można w tym podejmować gości, ale ze względu na słabą znajomość elżbietańskiej mody byłam zdana na łaskę służącej.

– Idź na dół, gdzie twoje miejsce, Kit – powiedział Matthew do przyjaciela. – Dołączymy do ciebie wkrótce. I pohamuj język. To moja opowieść, nie twoja.

– Jak sobie życzysz, Matt. – Marlowe szarpnął brzeg ciemnofioletowego kaftana, ale ten nonszalancki gest stał w sprzeczności z drżeniem jego rąk. Następnie Kit złożył krótki, drwiący ukłon, który był potwierdzeniem rozkazu Matthew i jednocześnie zakwestionowaniem go.

Kiedy demon wyszedł, Françoise rozłożyła worek na pobliskiej ławie i okrążyła mnie, przyglądając się mojej figurze, żeby wybrać najbardziej korzystną linię ataku. Potem z westchnieniem irytacji zaczęła mnie ubierać. Tymczasem Matthew podszedł do stołu zarzuconego papierami. Otworzył starannie złożony prostokątny pakiecik zapieczętowany kleksem różowawego wosku. Przebiegł wzrokiem po drobnym piśmie.

– Dieu. Całkiem o tym zapomniałem. Pierre!

– Milordzie? – Spod góry tkanin dobiegł stłumiony głos.

– Odłóż to i opowiedz mi o ostatniej skardze lady Cromwell.

Matthew traktował Pierre’a i Françoise z mieszaniną familiarności i władczości. Jeśli właśnie tak odnoszono się do służących, to potrzebowałam czasu, żeby opanować tę sztukę.

Obaj zaczęli szeptać przy kominku, podczas gdy ja byłam drapowana, motana, wiązana i kłuta szpilkami. Françoise przez chwilę cmokała nad moim pojedynczym kolczykiem w kształcie skręconych złotych drucików wysadzanych klejnotami, który pierwotnie należał do Ysabeau. Podobnie jak egzemplarz Doktora Fausta należący do Matthew i mała srebrna figurka Diany, ten kolczyk był jedną z trzech rzeczy, które pomogły nam cofnąć się do tej konkretnej przeszłości. Françoise pogrzebała w kufrze i z łatwością znalazła drugi taki sam. Po skompletowaniu biżuterii wsunęła na moje nogi grube pończochy i przewiązała je szkarłatnymi wstążkami powyżej kolan.

– Chyba jestem gotowa – stwierdziłam. Chciałam jak najszybciej zejść na dół i rozpocząć wizytę w szesnastym wieku. Czytanie książek o przeszłości nie było tym samym co jej bezpośrednie doświadczenie, czego dowiodły moje spotkanie z Françoise i wstępny kurs ubierania się stosownie do epoki.

Matthew zmierzył mnie wzrokiem.

– Może być... na razie.

– Pani wygląda skromnie i zwyczajnie – oświadczyła Françoise – i właśnie tak powinna wyglądać w tym domu.

Matthew zignorował służącą i zwrócił się do mnie:

– Zanim zejdziemy na dół, Diano, pamiętaj, żeby uważać na słowa. Kit jest demonem, a George wie, że jestem wampirem, ale nawet najbardziej otwarte byty patrzą krzywo na kogoś nowego i innego.

W wielkiej sali poznałam przyjaciela Matthew George’a, bez grosza przy duszy i bez mecenasa, i życzyłam mu miłego wieczoru, jak mi się wydawało, w poprawnej elżbietańskiej angielszczyźnie.

– Czy ta kobieta mówi po angielsku? – George uniósł okrągłe okulary, powiększające jego niebieskie oczy do żabich rozmiarów. Drugą rękę trzymał na biodrze w pozie, którą ostatnio widziałam na miniaturze w Muzeum Wiktorii i Alberta.

– Mieszkała w Chester – pośpiesznie wyjaśnił Matthew.

George zrobił sceptyczną minę. Najwyraźniej nawet odludzia północnej Anglii nie tłumaczyły mojej dziwnej wymowy. Akcent Matthew zmiękł i przystosował się do brzmienia i intonacji tych czasów, ale mój pozostał zdecydowanie współczesny i amerykański.

– Ona jest czarownicą – odezwał się Kit, upijając łyk wina.

– Naprawdę? – George przyjrzał mi się z nowym zainteresowaniem. Nie czułam żadnych szturchańców wskazujących na to, że ten mężczyzna jest demonem, żadnego czarodziejskiego mrowienia ani lodowatych spojrzeń wampira. George był zwyczajnym, ciepłokrwistym człowiekiem, w średnim wieku i trochę już zmęczonym życiem. – Ale ty przecież nie lubisz czarownic jeszcze bardziej niż Kit, Matthew. Zawsze mnie zniechęcałeś do poruszania tego tematu. Kiedy zacząłem pisać poemat o Hekate, powiedziałeś, żebym...

– Tę lubię – przerwał mu Matthew, składając mocny pocałunek na moich ustach. – Tak bardzo, że ją poślubiłem.

– Poślubiłeś! – George przeniósł wzrok na Kita i odchrząknął. – Więc są dwie nieoczekiwane okazje do uczczenia. Twoja podróż w interesach nie przeciągnęła się, jak zapowiadał Pierre, i wróciłeś do nas z żoną. Moje gratulacje. – Jego pompatyczny ton skojarzył mi się z przemową podczas uroczystości ukończenia szkoły, ale pohamowałam rozbawienie. George ukłonił się i posłał mi promienny uśmiech. – Jestem George Chapman, pani Roydon.

Jego nazwisko wydawało się znajome. Przeszukałam nieuporządkowane zasoby wiedzy zgromadzone w moim umyśle historyczki. Chapman nie mógł być alchemikiem. Specjalizowałam się w tej dziedzinie, ale nie znalazłam tego nazwiska w miejsach na nią przeznaczonych. Chapman był pisarzem tak jak Marlowe, ale nie mogłam sobie przypomnieć żadnego tytułu.

Kiedy dokończyliśmy prezentację, Matthew zgodził się posiedzieć chwilę przy kominku ze swoimi gośćmi. Mężczyźni rozmawiali o polityce, a George podejmował wysiłki, żeby włączyć mnie do konwersacji, pytając o stan dróg i pogodę. Starałam się mówić jak najmniej i obserwować drobne gesty oraz dobór słów, które pomogłyby mi uchodzić za osobę z epoki elżbietańskiej. George był zachwycony moim zainteresowaniem i nagrodził mnie długim wywodem na temat swoich ostatnich prób literackich. Kit, któremu nie podobało się, że został skazany na drugoplanową rolę, przerwał wykład George’a, proponując czytanie na głos Doktora Fausta.

– To będzie próba wśród przyjaciół przed późniejszym prawdziwym wystawieniem sztuki – powiedział z błyszczącymi oczami.

– Nie teraz, Kit – zaprotestował Matthew i pomógł mi wstać. – Diana jest zmęczona po podróży.

Marlowe odprowadzał nas wzrokiem, kiedy wychodziliśmy z pokoju. Wiedział, że coś ukrywamy. Wcześniej wyłapywał każdą dziwną frazę, gdy odważyłam się włączyć do rozmowy, i zamyślił się, kiedy Matthew nie mógł sobie przypomnieć, gdzie trzyma swoją lutnię.

Zanim opuściliśmy Madison, Matthew ostrzegł mnie, że Kit jest niezwykle spostrzegawczy nawet jak na demona. Zastanawiałam się, ile minie czasu, zanim Marlowe się domyśli, jaką tajemnicę ukrywamy. Odpowiedź na to dostałam po kilku godzinach.

Następnego ranka rozmawialiśmy w zaciszu naszego ciepłego łoża, podczas gdy w domu zaczynała się krzątanina.

Z początku Matthew chętnie odpowiadał na moje pytania o Kita (syna szewca, jak się okazało) i George’a (który, jak się dowiedziałam ku swojemu zaskoczeniu, był niewiele starszy od Marlowe). Kiedy jednak zaczęłam poruszać praktyczne kwestie zarządzania domem i kobiecych obowiązków, szybko się znudził.

– Co z moimi ubraniami? – zapytałam, żeby skupić z powrotem jego uwagę na najpilniejszych troskach.

– Nie sądzę, żeby zamężne kobiety spały w czymś takim – stwierdził Matthew, szarpiąc moją koszulę nocną z delikatnego płótna.

Rozpiął jej marszczony kołnierzyk i już miał złożyć pocałunek pod moim uchem, żeby przekonać mnie do swojego punktu widzenia, kiedy ktoś rozsunął zasłony łoża. Zmrużyłam oczy pod wpływem blasku słońca.

– No i? – rzucił Marlowe.

Zza jego ramienia wyglądał drugi, śniadoskóry demon. Ze swoją lekką budową i spiczastym podbródkiem podkreślonym przez równie ostrą kasztanową brodę przypominał energicznego skrzata. Jego włosy najwyraźniej od miesięcy nie widziały grzebienia. Chwyciłam za przód mojej koszuli, nagle świadoma jej przezroczystości i braku bielizny.

– Widziałeś obrazy pana White’a z Roanoke, Kit, a ta czarownica wcale nie wygląda jak tubylcy z Wirginii – stwierdził z rozczarowaniem nieznajomy demon. Dopiero teraz zauważył, że mój mąż piorunuje go wzrokiem. – O, dzień dobry, Matthew. Pożyczysz mi swoje astrolabium? Obiecuję, że tym razem nie zabiorę go nad rzekę.

Matthew oparł czoło o moje ramię i z jękiem zamknął oczy.

– Ona musi pochodzić z Nowego Świata albo z Afryki – upierał się Marlowe, nadal celowo nie używając mojego imienia. – Nie jest z Chester ani ze Szkocji, Irlandii, Walii, Francji czy z Imperium. Nie wierzę również, żeby była Holenderką albo Hiszpanką.

– Dzień dobry, Tom. Jest jakiś powód, dla którego ty i Kit musicie dyskutować teraz o miejscu pochodzenia Diany, i to w mojej sypialni? – Matthew ściągnął troczki mojej koszuli nocnej.

– Jest za ładnie, żeby leżeć w łóżku, nawet jeśli straciłeś rozum od gorączki. Kit mówi, że musiałeś ożenić się z czarownicą w czasie ataku febry. Inaczej nie da się wytłumaczyć twojej lekkomyślności. – Tom trajkotał w prawdziwie demoniczny sposób, nie zadając sobie nawet trudu, żeby odpowiedzieć na pytanie Matthew. – Drogi są suche, a my przyjechaliśmy parę godzin temu.

– I wino się skończyło – poskarżył się Marlowe.

„My”?

Było więcej gości? Stary Dom już pękał w szwach.

– Sio! Madame musi się umyć, zanim powita jego lordowską mość. – Françoise wkroczyła do pokoju z parującą misą wody w rękach. Pierre jak zwykle podążał za nią.

– Stało się coś ważnego? – spytał zza zasłony George. Wszedł do pokoju niezapowiedziany, zręcznie udaremniając wysiłki Françoise, żeby wygonić mężczyzn z pomieszczenia. – Lord Northumberland został sam w salonie. Gdyby był moim klientem, nie potraktowałbym go w ten sposób!

– Hal czyta traktat o działaniu wahadła przysłany mi przez pewnego matematyka z Pizy – rzucił z rozdrażnieniem Tom, siadając na brzegu łoża. – Jest całkiem zadowolony.

Z pewnością mówi o Galileuszu, uświadomiłam sobie z podnieceniem. W roku 1590 Galilo Galilei był wykładowcą matematyki na uniwersytecie w Pizie. Jego praca o wahadle nie została opublikowana... jeszcze.

Tom. Lord Northumberland. Ktoś, kto korespondował z Galileuszem.

Otworzyłam usta ze zdumienia. Demon, który przysiadł na mojej kołdrze, musiał być Thomasem Harriotem.

– Françoise ma rację – stwierdził Matthew, równie zirytowany jak Tom. – Wynocha! Wszyscy.

– Co mam powiedzieć Halowi? – spytał Kit i popatrzył na mnie znacząco.

– Że niedługo zejdziemy. – Matthew przetoczył się po łóżku i przyciągnął mnie do siebie.

Zaczekałam, aż jego przyjaciele wyjdą rządkiem z pokoju, i wtedy uderzyłam go pięścią w pierś.

– Za co? – Matthew skrzywił się z udawanego bólu, ale jedynym, co posiniaczyłam, była moja własna pięść.

– Za to, że mi nie powiedziałeś, kim są twoi przyjaciele! – Oparłam się na łokciu i spojrzałam na niego z góry. – Wielki dramatopisarz Christopher Marlowe. George Chapman, poeta i uczony. Matematyk i astronom Thomas Harriot, o ile się nie mylę. A na dole czeka Hrabia Czarnoksiężnik.

– Nie pamiętam, kiedy Henry zasłużył sobie na to przezwisko, ale nikt go już tak nie nazywa. – Matthew wyglądał na rozbawionego, co jeszcze bardziej mnie rozzłościło.

– Jedyne, czego potrzebujemy, to sir Walter Raleigh, a będziemy mieli w domu całą Nocną Szkołę. – Matthew wyjrzał za okno, kiedy wspomniałam o legendarnej grupie radykałów, filozofów i wolnomyślicieli. Thomas Harriot, Christopher Marlowe, George Chapman, Walter Raleigh i...

– A kim ty właściwie jesteś, Matthew? – Nie pomyślałam wcześniej, żeby go o to zapytać.

– Matthew Roydon – powiedział mój mąż, kłaniając się, jakbyśmy właśnie w tej chwili zostali sobie przedstawieni. – Przyjaciel poetów.

– Historycy prawie nic o tobie nie wiedzą – stwierdziłam osłupiała. Matthew Roydon był najbardziej zagadkową postacią związaną z tajemniczą Nocną Szkołą.

– Nie jesteś zaskoczona, kiedy już wiesz, kim naprawdę jest Matthew Roydon? – Mój mąż uniósł czarną brew.

– Och, będę zaskoczona do końca życia. Mogłeś mnie uprzedzić, zanim wciągnąłeś mnie w sam środek tego wszystkiego.

– I co byś zrobiła? Ledwo zdążyliśmy się ubrać przed wyruszeniem, nie mówiąc już o przeprowadzeniu prac badawczych. – Matthew usiadł i opuścił nogi na podłogę. Nasz prywatny czas był żałośnie krótki. – Nie ma powodu, żebyś się denerwowała. To są zwykli ludzie, Diano.

Nieważne, co mówił Matthew, nie było w nich nic zwykłego. Nocna Szkoła szerzyła heretyckie opinie, szydziła z zepsutego dworu królowej Elżbiety i gardziła intelektualnymi pretensjami Kościoła i uniwersytetu. Szaleni, niebezpieczni, źli. Te słowa doskonale opisywały tę grupę. Nie trafiliśmy na skromne spotkanie przyjaciół w halloweenową noc. Wpadliśmy w gniazdo szerszeni i elżbietańskich intryg.

– Pomijając to, jak lekkomyślni potrafią być twoi przyjaciele, nie możesz oczekiwać, że będę zblazowana, kiedy przedstawiasz mnie ludziom, nad którymi przez całe swoje dorosłe życie prowadziłam studia – powiedziałam. – Thomas Harriot jest jednym z czołowych astronomów swoich czasów. Twój przyjaciel Henry Percy to alchemik.

Pierre rozpoznał po objawach zdenerwowaną kobietę i pośpiesznie wcisnął w ręce swojego pana czarne pludry, żeby ten nie stał z gołymi nogami, kiedy mój gniew eksploduje.

– Podobnie jak Walter i Tom. – Matthew podrapał się po brodzie. – Kit też para się alchemią, choć bez sukcesu. Nie skupiaj si na tym, co o nich wiesz. I tak pewnie większość z tego nie jest prawdą. I powinnaś być ostrożna ze swoimi współczesnymi historycznymi etykietkami. – W końcu wciągnął bryczesy. – Will wymyśli Nocną Szkołę jako szturchaniec dla Kita, ale dopiero za kilka lat.

– Nie obchodzi mnie, co William Szekspir zrobił czy zrobi w przyszłości, pod warunkiem że nie przebywa w tej chwili w salonie z hrabią Northumberland! – odparowałam, zsuwając się z wysokiego łoża.

– Oczywiście, że Willa nie ma na dole. – Matthew niedbale machnął ręką. – Walter nie lubi jego stóp metrycznych, a Kit uważa go za oszusta i złodzieja.

– Uf, co za ulga! Co zamierzasz im o mnie powiedzieć? Marlowe wie, że coś ukrywamy.

Spojrzenie szarozielonych oczu Matthew zwarło się z moim.

– Chyba prawdę. – Pierre podał mu kaftan, czarny z misternym pikowaniem, i wbił nieruchomy wzrok w jakiś punkt nad moim ramieniem; wzór dobrego sługi. – Że jesteś podróżniczką w czasie i czarownicą z Nowego Świata.

– Prawdę – powtórzyłam beznamiętnie.

Pierre słyszał każde nasze słowo, ale w żaden sposób nie reagował, a Matthew go ignorował, jakby lokaj był niewidzialny. Zastanawiałam się, czy zostaniemy tu dość długo, żebym stała się równie niepomna na obecność służby.

– Dlaczego nie? Tom zapisze wszystko, co powiesz, i porówna to ze swoimi notatkami na temat języka Algonkinów. Poza tym nikt nie będzie zwracał na ciebie zbytniej uwagi. – Matthew wydawał się bardziej zainteresowany swoim ubraniem niż reakcją przyjaciół.

Tymczasem wróciła Françoise z dwiema ciepłokrwistymi kobietami, które niosły naręcza czystych ubrań. Wskazała na moją koszulę nocną, a ja schowałam się za słup baldachimu, żeby się rozebrać. Wdzięczna, że pobyty w szatniach prawie wyleczyły mnie ze wstydu związanego z rozbieraniem się przy obcych, ściągnęłam płócienną bieliznę przez głowę.

– Kit będzie szukał powodu, żeby mnie nie lubić, i na pewno kilka następnych znajdzie.

– On nie będzie problemem – zapewnił mnie Matthew.

– Marlowe jest twoim przyjacielem czy pacynką? – Nadal próbowałam wydobyć głowę spomiędzy warstw tkaniny, kiedy rozległ się cichy okrzyk przerażenia i stłumione: Mon Dieu!

Zamarłam. Françoise zobaczyła moje plecy i bliznę w kształcie półksiężyca przecinającą dolną część klatki piersiowej oraz gwiazdę między łopatkami.

– Ja ubiorę madame – zwróciła się chłodnym tonem Françoise do pokojówek. – Zostawcie ubrania i wracajcie do pracy.

Służące dygnęły i wyszły z nieskrywaną ciekawością na twarzach. Nie zdążyły zobaczyć moich pleców. Kiedy zniknęły, wszyscy zaczęliśmy mówić jednocześnie. Pełne przejęcia „Kto to zrobił?” Françoise, „Nikt nie musi wiedzieć” Matthew i moje własne niepewne „To tylko blizny” zagłuszyły się wzajemnie.

* * *

– Ktoś napiętnował panią godłem rodu de Clermont – stwierdziła Françoise, kręcąc głową. – Używanym przez milorda.

– Złamaliśmy przymierze. – Walczyłam z mdłościami, które skręcały mi żołądek za każdym razem, kiedy myślałam o tamtej nocy, gdy inna czarownica naznaczyła mnie jako zdrajczynię. – To jest kara Kongregacji.

– Zatem dlatego oboje tutaj jesteście – domyśliła się Françoise. – Przymierze było od początku głupim pomysłem. Philippe de Clermont nigdy nie powinien się na nie zgodzić.

– Ale ono chroniło nas przed ludźmi. – Nie przepadałam za tą umową ani za złożoną z dziewięciorga członków Kongregacją, która pilnowała jej przestrzegania, ale sukcesowi z ukrywaniem bytów z innego świata przed niechcianą uwagą nie można było zaprzeczyć. Stare obietnice złożone przez demony, wampiry i czarownice zabraniały mieszania się w politykę czy religię ludzi oraz osobistych związków między tymi trzema gatunkami. Czarownice miały trzymać się w swoim gronie, podobnie jak wampiry i demony. Członkowie poszczególnych grup nie powinni zakochiwać się w sobie nawzajem ani zawierać małżeństw.

– Chroniło? Proszę nie myśleć, że jest pani tutaj bezpieczna, madame. Żadne z nas nie jest. Anglicy to przesądni ludzie, którzy widzą duchy na każdym kościelnym cmentarzu i czarownice wokół każdego kotła. Tylko Kongregacja ratuje nas przed całkowitym zniszczeniem. Jest pani mądra, że się tutaj schroniła. A teraz musi się pani ubrać i dołączyć do pozostałych.

Françoise pomogła mi w końcu wydostać się z koszuli nocnej i wręczyła mokry ręcznik oraz miskę z jakąś mazią, która pachniała rozmarynem i pomarańczami. Stwierdziłam, że to dziwne być traktowaną jak dziecko, ale wiedziałam, że dla ludzi o pozycji Matthew było normalne, że ich myto, ubierano i karmiono jak lalki. Pierre podał swojemu panu coś zbyt ciemnego, by mogło być winem.

– Ona nie tylko jest czarownicą, ale również fileuse de temps? – spytała cicho Françoise, zwracając się do Matthew. Nieznajome określenie „tkaczka czasu” przywołało obraz wielu różnokolorowych nici, wzdłuż których podążaliśmy, żeby dotrzeć do tej konkretnej przeszłości.

– Tak. – Matthew kiwnął głową i skupiony na mnie sączył płyn z kubka.

– Ale jeśli ona przybywa z innego czasu, to oznacza... – Françoise wytrzeszczyła oczy. Potem na jej twarzy pojawił się wyraz zamyślenia. Pan Roydon musiał mówić i zachowywać się jakoś inaczej.

Ona podejrzewa, że to nie jest ten sam Matthew, uświadomiłam sobie zaniepokojona.

– Wystarczy nam wiedzieć, że pani znajduje się pod ochroną milorda – odezwał się szorstko Pierre z wyraźnym ostrzeżeniem w głosie i wręczył swojemu panu sztylet. – Nieważne, co to znaczy.

– To znaczy, że ją kocham, a ona mnie. – Matthew popatrzył bacznie na swojego sługę. – Nieważne, co powiem innym, taka jest prawda. Zrozumiano?

– Tak – odparł Pierre, choć jego ton sugerował coś zupełnie przeciwnego.

Matthew rzucił Françoise pytające spojrzenie, a ona zasznurowała wargi i niechętnie skinęła głową.

Z powrotem zajęła się mną i otuliła mnie grubym lnianym ręcznikiem. Musiała zauważyć również inne ślady, które zostały na moim ciele po tamtym niekończącym się dniu z czarownicą Satu, oraz późniejsze blizny. Mimo to nie zadawała więcej pytań, tylko posadziła mnie w fotelu przy kominku i zaczęła czesać moje włosy.

– Czy ta zniewaga przydarzyła się po tym, jak wyznał pan swoją miłość do czarownicy, milordzie? – zapytała Françoise.

– Tak. – Matthew przytroczył sztylet do pasa.

– Czyli to nie manjasang ją naznaczył – wymamrotał Pierre. Użył starego określenia na wampira: „krwiopijca”. – Nikt nie ryzykowałby gniewu de Clermontów.

– Nie, to była inna czarownica. – Mimo że ręcznik chronił mnie przed zimnym powietrzem, to wyznanie przyprawiło mnie o dreszcz.

– Ale obok stały dwa inne manjasang i pozwoliły, żeby to się stało – rzekł posępnie Matthew. – I za to zapłacą.

– Co się stało, to się nie odstanie. – Nie chciałam wszczynać wojny między wampirami. Czekało nas dość wyzwań.

– Jeśli milord wziął panią na swoją żonę po tym, co zrobiła pani tamta czarownica, to nic się nie stało. – Françoise zręcznie zaplotła moje włosy w ciasne warkocze. Potem owinęła je wokół mojej głowy i przypięła szpilkami. – Pani nazwisko może brzmieć Roydon w tej krainie zapomnianej przez Boga i ludzi, gdzie nie ma lojalności wartej wzmianki, ale my będziemy pamiętać, że jest pani de Clermont.

Matka Matthew uprzedziła mnie, że de Clermontowie są jak stado. W dwudziestym pierwszym wieku buntowałam się przeciwko obowiązkom i ograniczeniom wynikającym z członkostwa. Ale w roku 1590 moje moce były nieprzewidywalne, znajomość sztuki magicznej prawie nie istniała, a najwcześniejszy znany mi przodek jeszcze się nie narodził. Tutaj nie mogłam jedynie polegać na swoim rozumie. I na Matthew.

– W takim razie nasze wzajemne intencje są jasne. Ale nie chcę teraz żadnych kłopotów. – Spojrzałam na pierścień Ysabeau i przesunęłam po nim kciukiem. Moja nadzieja, że wtopimy się gładko w przeszłość, teraz wydawała się nieprawdopodobna i naiwna. Rozejrzałam się po pokoju. – A to...

– Jesteśmy tutaj tylko z dwóch powodów, Diano: żeby znaleźć ci nauczyciela i odszukać tamten alchemiczny manuskrypt.

Chodziło o tajemniczy rękopis Ashmole nr 782, dzięki któremu się spotkaliśmy. W dwudziestym pierwszym wieku tkwił bezpiecznie zagrzebany wśród milionów książek w oksfordzkiej Bibliotece Bodlejańskiej. Kiedy wypełniałam rewers, nie miałam pojęcia, że ta prosta czynność wyzwoli skomplikowany czar wiążący książkę z regałem ani że ten sam czar reaktywuje się w chwili, kiedy ją zwrócę. Nie wiedziałam również o wielu sekretach czarownic, wampirów i demonów, które, jak szeptano, miały się znajdować na jej stronicach. Matthew uznał, że będzie rozsądniej poszukać Ashmole’a nr 782 w przeszłości, zamiast próbować po raz drugi przełamać czar we współczesnym świecie.

– Dopóki nie wrócimy, to będzie nasz dom – powiedział, starając się dodać mi otuchy.

Solidne meble stojące w pokoju znałam z muzeów i katalogów aukcyjnych, ale czułam, że Stary Dom nigdy nie będzie dla mnie swojski. Pomacałam grube płótno ręcznika, tak różnego od wyblakłych frotowych kompletów Sary i Em, cienkich od zbyt wielu prań. Głosy w drugim pokoju wznosiły się i opadały do rytmu, którego nie potrafiłby przewidzieć żaden współczesny człowiek, historyk czy nie. Ale przeszłość była naszym jedynym schronieniem. Inne wampiry dały nam to jasno do zrozumienia w czasie naszych ostatnich dni w Madison, kiedy nas wytropiły i omal nie zabiły Matthew. Jeśli nasz plan miał się powieść, wcielenie się w prawdziwą elżbietańską kobietę musiało stać się moim priorytetem.

– Jak jest szczęśliwy świat nowy. – Poważnym historycznym nadużyciem było cytowanie Burzy Szekspira dwie dekady przed jej napisaniem, ale miałam za sobą trudny poranek.

– To nowe dla ciebie – odpowiedział Matthew. – Jesteś gotowa na spotkanie swojego kłopotu?

– Oczywiście. Ubierzmy mnie. – Rozprostowałam ramiona i wstałam z fotela. – Jak się wita z hrabią?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.