Cień na piasku - Krzysztof Beśka - ebook + książka

Cień na piasku ebook

Krzysztof Beśka

3,9

Opis

Wyobraź sobie, że pewnego dnia budzisz się w jakimś parku, zziębnięty i poobijany. Nie masz pojęcia, jak się nazywasz, w jakim jesteś mieście ani jak się tam znalazłeś.
Ale nie wiesz jeszcze najgorszego. Że już za chwilę zaczną się tobą interesować tajemnicze organizacje, policja i służby specjalne. A przede wszystkim świat przestępczy – od drobnych rzezimieszków, przez czyścicieli kamienic, aż po mafię. Co jest w tobie takiego, że przestępcy są w stanie szybko i bez wahania wtajemniczyć cię w swoje ciemne sprawy? A czy ja mam dokąd wracać? – pomyślał nagle. 

Nie wiedział tego. Może też był jak umarły. Jego ubrania wyrzucono albo oddano biednym, dokumenty spalono. Może został już tylko na kilku czarno-białych fotografiach? A może właśnie minął swój grób, symboliczny. Tę jedyną pociechę dla żyjących…

(fragment powieści)

Krzysztof Beśka urodził się 2 kwietnia 1972 roku w Mrągowie. Prozaik, dziennikarz, autor tekstów piosenek i słuchowisk radiowych. Jego dwie pierwsze powieści, Wrzawę (2004) i Bumerang (2007), zaliczono do nurtu polskiej prozy, która w krzywym zwierciadle ukazują nową, wolnorynkową rzeczywistość. Fabrykę frajerów (2009), wspomnienia z Liceum Wojskowego, nagrodzono Wawrzynem – Literacką Nagrodą Warmii i Mazur oraz Wawrzynem Czytelników. Autor trylogii kryminalnej, której akcja osadzona jest w XIX-wiecznej Łodzi: Trzeci brzeg Styksu (2012), Pozdrowienia z Londynu (2013) i Dolina popiołów (2015), a także rozgrywających się na Warmii i Mazurach powieści sensacyjnych Ornat z krwi (2013), Krypta Hindenburga (2015) i Konstelacja zbrodni (2017). Od 1998 roku mieszka w Warszawie, w której umieścił akcję współczesnego kryminału Wieczorny seans (2012), a także cyklu, na który składają się powieści Autoportret z samowarem (2015), Rikszą do nieba (2016) i Spowiedź w fotoplastikonie (2017). Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 365

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
egz.recenzencki wydawcy

Bywa, że wściekam się z byle powodu. W oczekiwaniu na zmianę świateł na skrzyżowaniu. Albo gdy autobus nie przyjeżdża na przystanek, choć według rozkładu powinny być już dwa. Klnę wtedy pod nosem, zgrzytam zębami, zaciskam pięści, choć przecież pomóc to może tyle, co nic. Nie, cierpliwość nie jest i nigdy nie była moją najmocniejszą stroną. I pewnie nie będzie.

Stoję przed drzwiami. Już dwa razy dotykałem przycisku dzwonka i dwa razy wyraźnie usłyszałem jego dźwięk, wysoki, chroboczący, co oznacza, że wszystko działa doskonale. Tylko że nikt mi nie otwiera.

– Co się dzieje, do kurwy nędzy? – pytam sam siebie.

Szybko ganię się za to w duchu. Wiem dobrze, że muszę trzymać nerwy na wodzy. Język też. Szczególnie teraz. Nie dam się wyprowadzić z równowagi, zniosę to z pokorą.

Stoję więc w bezruchu obiema stopami na słomiance, w którą chwilę wcześniej wytarłem dokładnie buty, choć na dworze nie pada deszcz. Stoję i wpatruję się w jasny prostokąt na drzwiach, na wysokości oczu, kilka centymetrów pod numerem mieszkania. Przy dwóch końcach prostokąta czernią się otwory po śrubkach, a może gwoździkach. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy właściwie zdjęto tabliczkę z nazwiskiem i pierwszymi literami imion lokatorów. I czy zrobiłem to ja, gdy jeszcze tu mieszkałem, czy stało się to później, kiedy już…

Dobrze, jeszcze jedna próba. Jak to mówią, do trzech razy sztuka – postanawiam.

Wyciągam rękę w stronę przycisku, gdy do moich uszu dobiega dziwny dźwięk. Zza drzwi, to pewne. Coś jak pisk. Pisk psa. Albo dziecka.

– Dorota?

Naciskam klamkę. Drzwi ustępują. Pcham je lekko. Przez szparę między ich krawędzią a futryną nasłuchuję przez chwilę. Cisza.

– Jesteście tam? – rzucam niegłośno.

Brak odpowiedzi.

– To ja. Umawialiśmy się, że wpadnę…

Zakłopotany przestępuję z nogi na nogę, wreszcie wchodzę do środka. Wciągam przez nos dobrze znajomy zapach. I wtedy znów słyszę ten pisk, tym razem głośniejszy. Nie mam już wątpliwości, że dochodzi z kuchni.

Siedzą sztywno na taboretach przy stole. Obie mają usta zaklejone szeroką taśmą. Drżą, a po ich policzkach spływają łzy. Nad nimi stoi łysy mężczyzna w czarnej, skórzanej kurtce. Mierzy z pistoletu w skroń kobiety, ale patrzy na mnie.

– No i jest nasza zguba – rozlega się męski, nieco schrypnięty głos.

Oto drugi mężczyzna wychodzi zza załomu ściany. Jest bardzo podobny do tego, który trzyma broń, ale trochę starszy i niższy. Też ma na sobie skórę, choć ta wydaje się bardziej elegancka.

– Czego chcecie? – głos z trudem przechodzi mi przez ściśnięte gardło.

– Porozmawiać – odpowiada tamten.

– O czym?

– O tym, co się stało. Tylko nie próbuj żadnych sztuczek, ostrzegam z góry. Aleks jest nerwowy. – Mężczyzna spogląda na uzbrojonego kamrata.

– W porządku. – Unoszę ręce do góry. – Masz mnie, więc zostaw moją rodzinę. Porozmawiajmy.

– Tak lepiej. Aleks!

Człowiek trzymający broń posłusznie odrywa lufę od głowy Doroty.

– Zawsze warto rozmawiać – mówi starszy. – A mamy naprawdę wiele spraw do omówienia.

– Chodźmy do salonu. – Cofam się o krok i wskazuję ręką kierunek niczym wzorowy agent nieruchomości.

W chwili, gdy wróg robi krok do przodu, a ręka jego pomagiera, która trzyma pistolet, wiotczeje, mój wzrok pada na ścianę przedpokoju. Wisi na niej orientalny kindżał w pochwie wysadzanej kolorowymi paciorkami. To pamiątka z dalekiej podróży. Właściwie to nigdy za nim nie przepadałem. Aż do teraz…

Rozdział pierwszy

Twarz młodego księdza była rumiana, dobroduszna. Duże policzki, nad górną wargą biały meszek. Wielebny przypominałby pastuszka z obrazów dawnych mistrzów, gdyby nie jeden mały szczegół: okulary. Dodawały mu mądrości, powagi, a także lat. Przez takie szkła patrzą oczy lekarza, który ma do przekazania złą diagnozę, ale da nadzieję. I adwokata, któremu nie udało się niczego ugrać dla klienta, ale ponoć sędzia ludzki człowiek.

– Czy zostawili jej okulary? – Maria bezwolnie poruszyła wargami słodkimi od nadmiaru szminki, bo tylko tak była w stanie skutecznie zamaskować spękania i rany. – Przecież ona zawsze nosiła okulary. Trudno ją było bez nich rozpoznać…

– Z prochu powstaniesz i w proch się obrócisz – wyrecytował ksiądz dziwnie wysokim, chłopięcym głosem, po czym sięgnął po kropidło i chlapnął w dół, a potem, z równie dużą siłą i zapałem, prosto w oczy stojących dookoła ludzi.

Dziurę w ziemi otaczał wianuszek złożony z kilkunastu osób, w większości starszych, ubranych ciepło, bo to już jesień, i w zwyczajową w takich chwilach czerń. Kolor ów różnił się jednak znacznie od koloru sutanny czy biretu księdza. Była to czerń poszarzała biedą, przykurzona zapomnieniem, wytarta troską. Ta ostatnia marszczyła też twarze ludzi, którzy przyszli pożegnać jedną z nich, wykrzywiała im usta, malowała się cieniem pod oczami, mnożyła i tak liczne zmarszczki.

– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego…

Kilkoro z nich, wśród nich także Maria, która na tę chwilę przestała miąć koniec wstążki zdobiącej wiązankę kwiatów, uczyniło znak krzyża. Ktoś westchnął, inny głośno pociągnął nosem. Kapłan nabrał do płuc kolejną porcję zimnego październikowego powietrza.

– Panie Boże Wszechmogący, przyjmij do siebie ciało córki swojej, Antoniny… – zaintonował.

Po zgromadzonych przetoczył się szept. Znaczące chrząknięcie. Maria podniosła wzrok, dotąd wbity w czubki butów, do których nie wiadomo kiedy przylepiły się grudki błota.

Czy ktoś się odezwie?

– Heleny – powiedział jakiś starszy mężczyzna, po czym zakasłał i powtórzył głośniej: – Zmarła „Helena” miała na imię, proszę księdza.

Wielebny skinął głową i uśmiechnął się przepraszająco. Pomyłka chyba go nie speszyła. W tym samym momencie jeden z żałobników, dotąd obijający się gdzieś z tyłu, przedarł się przez ciżbę. Trzymał przed sobą krzyż z tabliczką, na której widniały personalia i dwie daty. Kapłan-niezguła otrzymał więc aż dwie podpowiedzi.

– Dobry Boże, przyjmij do siebie ciało córki swojej, Heleny… – powtórzył nie mniej uroczyście, po czym zaintonował jakąś pieśń.

Grabarze zaczęli opuszczać trumnę. Tłumek zafalował. Jakaś kobieta zaczęła głośno płakać, być może dopiero teraz doszło do niej, co się dzieje. I że dzieje się naprawdę, choć wszyscy woleliby, żeby to był tylko koszmar senny.

– Ktoś musi za to odpowiedzieć! – zawołał dyszkantem starszy pan i choć stojąca obok pani, pewnie żona, zaczęła go zaraz uciszać, dorzucił jeszcze: – Płazem tego nie puścimy!

– Do czego jeszcze się posuną? – zawtórował mu z przeciwnej strony rozedrgany gniewem głos kobiecy. – Kto z nas będzie następny?!

Odpowiedziały im równie groźne pomruki. Szybko jednak umilkły, zgaszone przez kogoś, kto apelował o powagę miejsca i szacunek dla zmarłej. Zastąpiły je coraz głośniejsze pochlipywania.

Tymczasem młody ksiądz zakończył śpiew i wycofał się pod wielką figurę anioła, zdobiącą sąsiedni grób, być może w obawie przed dalszymi reakcjami tłumu. Po chwili trumna spoczęła na dnie. Wciągane z powrotem pasy otarły się z sykiem o jej boki. Pierwsza garstka wilgotnej ziemi głucho stuknęła o drewniane wieko.

Maria bała się podejść do krawędzi, nie mówiąc już o tym, by spojrzeć w dół. Postanowiła, że poczeka, aż grabarze wykonają swoją pracę. Wtedy dopiero położy na kopczyku wiązankę. Takich osób jak ona było zresztą więcej. Kłosowscy z parteru albo pani Jadzia Nowak, która na co dzień rzadko opuszcza mieszkanie na trzecim piętrze, teraz jednak nie mogła postąpić inaczej. No i była przy niej córka, która wprawdzie co chwila spoglądała niecierpliwie na zegarek, ale trwała przy matce.

Wreszcie skończyli. Maria zbliżyła się do grobu i położyła na nim kwiaty, wyprostowała wstążkę ze stylizowanym napisem OSTATNIE POŻEGNANIE. Odwróciła się. I wtedy szare pnie cmentarnych drzew zawirowały jej przed oczami, a wszystkie ludzkie twarze stopiły się w jedną, wykrzywioną grymasem. Potem mara zniknęła. Zastąpiła ją ciemność.

Starsza pani zachwiała się, zatrzepotała w powietrzu rękami. I już pogodziła się z tym, że upadnie, może po raz ostatni. Poczuła nawet błogość i przyjemne ciepło. W tej samej sekundzie czyjaś ręka chwyciła ją wpół i pociągnęła ku górze, a do jej uszu dobiegł męski głos:

– Pomogę pani. Proszę spokojnie oddychać. Już dobrze…

* * *

Nie był zbyt wysoki, ale na ułomka też nie wyglądał. W końcu udało mu się utrzymać ją w pionie, choć byle chuchrem nie była! Twarz miał nawet przystojną, choć coś w niej było niepokojącego i fascynującego zarazem. Usta się uśmiechały, podczas gdy oczy pozostawały poważne, jeśli nie smutne. Mężczyzna ten miał około czterdziestki, może kilka lat więcej, a może mniej. Trochę siwych włosów na skroniach, nieliczne zmarszczki.

Przydałoby mu się odwiedzić fryzjera – zauważyła w duchu Maria. I nową żyletkę kupić.

– Napije się pan herbaty – stwierdziła bardziej niż zapytała. – Mam świeże ciasto, szarlotkę. Sama piekłam. Lubi pan?

– Może powinna pani jeszcze trochę odpocząć? – powiedział, lekko uniósłszy się w fotelu.

– Już mi lepiej. Dużo lepiej.

– Na pewno?

– Na pewno.

– W takim razie poproszę – sapnął, by dodać: – Szarlotka to moje ulubione ciasto.

Uśmiechnęła się, po czym wstała z bliźniaczego fotela i podreptała do kuchni.

– Już podaję – rzuciła przez ramię.

Mężczyzna po raz kolejny rozejrzał się po wnętrzu. Największy pokój w mieszkaniu nie był zbyt przestronny, ale za to dość wysoki, jak na przedwojenną architekturę przystało. Jedną ze ścian zajmowała etażerka z kryształami i porcelaną. Na półeczce ustawiono ramki ze zdjęciami. Nie było wśród nich fotografii nowych, kolorowych.

Pod przeciwległą ścianą stała kanapa, która razem z fotelami, na których siedziała gospodyni i jej gość, tworzyła komplet. Wszystkie trzy meble okrywały grube narzuty w zielono-pomarańczowe pasy. Blat okrągłego stoliczka chroniła bardzo podobna do narzut serwetka. Ściany pokoju, oklejone pociemniałą tapetą w drobny wzorek, zdobiły reprodukcje obrazów. Połowa przedstawiała świętych.

Maria skłamała, mówiąc, że czuje się już dobrze. Odkąd wrócili z cmentarza do mieszkania, kręciło jej się w głowie, a serce kołatało niespokojnie. Zbierało jej się na wymioty.

Tak, mocna herbata na pewno mi pomoże – pomyślała.

– Nigdzie się pan nie spieszy? – zawołała z kuchni, zaraz jednak zrobiło jej się głupio: jeszcze gotów pomyśleć, że go wyprasza!

– Nie – odpowiedział szybko nieznajomy. – Robota może poczekać.

– Ma pan swoją firmę?

– Można tak powiedzieć.

Nie wyglądał na biznesmena. Raczej na nauczyciela, takiego swojaka w dżinsach, co z łatwością dogaduje się z młodzieżą. Uwagę zwracał tylko jego zegarek na srebrnej bransolecie, dość duży, wystający nieco spod mankietu szarej bluzy z jakimiś angielskimi napisami.

– Tak, teraz to lepiej być na swoim – skwitowała.

Czajnik zaczął gwizdać. Maria zaparzyła herbatę i ukroiła dwa kawałki ciasta. Umieściła wszystko na jednej dużej tacy, uniosła ją, ale zaraz postawiła z powrotem na stole.

Nie dam rady.

Wtedy znów pojawił się on. Bez wołania. Jak dobry anioł.

– Pomogę pani. – Podniósł tacę.

Po chwili znów siedzieli w największym pokoju, pili, jedli i gawędzili miło, jakby znali się od dawna. Gdy jednak temat rozmowy zszedł na to, co wydarzyło się nieco ponad godzinę wcześniej, Maria spochmurniała.

– Szkoda pani Helenki, wielka szkoda – westchnęła, ocierając łzę. – Od początku mówiła, że tego nie wytrzyma. No i miała rację…

Mężczyzna z uwagą odstawił filiżankę na spodek.

– Czego nie wytrzyma? – zapytał.

– Pan nic nie wie? – Maria zmarszczyła brwi. – Myślałam, że…

– Przepraszam, to nie moja sprawa – bąknął, czerwieniąc się. – Pójdę już.

Podniósł się z miejsca, gospodyni jednak żywo zaprotestowała:

– Ależ niech pan siedzi! – żachnęła się. – Po prostu myślałam, że jest pan z rodziny pani Helenki. Dalszej, ale jednak z rodziny. I wie pan, co tu się działo. Co się nadal dzieje. Zresztą chyba każdy by zapytał, słysząc, co sąsiedzi wykrzykiwali na pogrzebie. Czułam się jak na demonstracji.

– Tak, nie brzmiało to zbyt przyjaźnie – ocenił nieznajomy. – Kogo właściwie mieli na myśli?

Starsza pani westchnęła. Spojrzała za okno. Właśnie zza jednej ciężkiej, jesiennej chmury na moment wychynęło słońce.

– Mieszkam tu od sześćdziesiątego piątego roku – zaczęła. – Wprowadzaliśmy się z rodzicami i starszym bratem. Lata mijały, nic się nie działo. Człowiek uczciwie płacił czynsz, za gaz, wodę i prąd. Nigdy nie mieliśmy żadnych zaległości. Ani wtedy, gdy byli jeszcze rodzice, ani potem, gdy zostałam tu sama. Mieć długi? To się nie mieściło w głowie!

Przerwała. Sięgnęła po widelczyk i ukroiła kawałek szarlotki, jednak nie włożyła go do ust.

– Kiedy upadła komuna – ciągnęła – zaczęło się mówić, że teraz będzie sprawiedliwie, po ludzku. Ja nie mówię, że wcześniej było źle. Zawsze mieliśmy posprzątane na klatce schodowej, podwórko zamiecione. Bo jak nie, to dozorca od razu miał nieprzyjemności. Zaczęto też mówić, że być może ktoś upomni się o nasz budynek. Przedwojenny właściciel, co to mu odebrali własność dekretem Bieruta. Wie pan, o co chodzi?

Skinął głową.

– No i znalazł się – prychnęła z pogardą. – Nie sam właściciel, bo przecież ten dawno już nie żyje, ale jakiś jego pociotek. Dokumenty miał, pieczątki były na swoim miejscu, więc wszystko było w porządku. Tylko on nie był. Czasami wystarczy raz spojrzeć na człowieka i już się wie, co to za egzemplarz. Starzy ludzie, proszę pana, potrafią takiego przejrzeć. Niech mi pan wierzy. Ale potrafią też dać się podejść jak dzieci. Starczyło kilka spotkań, by ich omotał. A jak omotać ludzi?

– Pewnie coś im obiecać.

– Otóż to! – Maria wycelowała wskazującym palcem w pierś swojego gościa. – Obiecać. I tak właśnie zrobił. Mieliśmy mieć wyremontowaną klatkę schodową, wymienioną windę, choć ta, jak pan widział, wciąż niczego sobie. Ten człowiek zapowiadał wymianę instalacji kanalizacyjnej i elektrycznej. Miało być jak w Bristolu! Tydzień po tym spotkaniu otrzymaliśmy pisma, w których nowy właściciel powiadamiał nas o podwyżce czynszu. Trzykrotnej! Pan sobie to wyobraża?

– Trzykrotnej?! – zapytał, jakby nie dosłyszał.

– Od razu było wiadomo, że nikt tyle nie zapłaci. Większość ludzi, którzy tu mieszkają, mają tylko emerytury. Całe życie uczciwie pracowali. Komuś pomagają dzieci czy wnuki, żeby jakoś wiązał koniec z końcem. Ale płacić trzy razy tyle? To rozbój w biały dzień!

Maria wstała z fotela i podreptała w kierunku etażerki stojącej przy ścianie równoległej do okna. Otworzyła jedną z szuflad, chwilę w niej grzebała. Wreszcie wyjęła teczkę w burym kolorze. Tak zaopatrzona, wróciła z sapką do stołu.

– Tu jest wszystko, proszę pana. – Położyła teczkę na blat. – Cała historia mojej mordęgi. Każdy z lokatorów ma w domu podobną, gdzie składa wszystkie pozwy, monity i odwołania. Pani Helenka też miała…

Rozległo się pojedyncze, głuche uderzenie w blachę. Nieznajomy spojrzał ponad ramieniem starszej pani na ścianę, na której wisiał zegar. Minęła pierwsza po południu.

– Pójdę już. – Dopił z filiżanki resztę herbaty. – Dziękuję za ciasto. Było naprawdę pyszne.

Wstał. Maria również, choć wydawało się, że jej myśli krążą zupełnie gdzie indziej.

– Ale to wszystko nic – dotknęła burego kartonu usianą plamkami dłonią – w porównaniu z tym, co stało się potem. Dotąd to były tylko słowa, argumenty. Cyfry oznaczające kwoty i numery paragrafów. Potem jednak, proszę pana, przyszli oni…

* * *

Wnętrze niewielkiego sklepiku wypełniała woń wyściółki, zwierzęcych odchodów i karmy. Drugim zmysłem szczególnie narażonym w tym miejscu był słuch. Głosy kilkudziesięciu zamkniętych w klatkach ptaków słyszało się na długo przed tym, jak nacisnęło się klamkę drzwi.

Właśnie ktoś to zrobił. Siedzący za ladą długowłosy sprzedawca podniósł wzrok znad czytanej gazety. Jednym ruchem zdjął z uszu ogromne słuchawki. Nie wyglądał na najszczęśliwszego, bo oto znów ktoś przerywał mu błogie lenistwo. Wyraz zniecierpliwienia szybko musiał jednak zastąpić uśmiech.

– Dzień dobry. – Uniósł się z miejsca; następnych kilka sekund miało zdecydować, czy na dobre się podniesie, czy klapnie z powrotem.

Do sklepu wszedł mężczyzna w spranej dżinsowej kurtce. Sprzedawca widział go tu po raz pierwszy. Miał pamięć do twarzy, a i pracował tu niedługo. W przyszłą środę miały minąć dwa miesiące. Wcześniej robił w sklepie z płytami, ale właściciel musiał zamknąć interes.

– Uszanowanie – odpowiedział po dłuższej chwili przybysz.

Nie wygląda ani na akwarystę, ani na człowieka, który lubi, gdy budzi go śpiew kanarka – pomyślał o nowym kliencie długowłosy. Swoją drogą trzeba mieć nie w porządku pod sufitem, żeby sprawić sobie takiego zasrańca, który budzi cię o piątej nad ranem i za nic ma, że to sobota czy niedziela.

Klient podszedł do jednej ze ścian i przez dłuższą chwilę przyglądał się klatkom, w których mieszkały chomiki, myszki, świnki morskie i szynszyle. Sprzedawca dyskretnie włączył pauzę w odtwarzaczu leżącym poza zasięgiem wzroku wchodzących do sklepu, czyli pod ladą.

– Może w czymś pomóc? – zapytał.

– Na razie się rozglądam – odrzekł tamten półgębkiem, po czym przeszedł na drugą stronę, gdzie piętrzyły się akwaria.

Tymczasem drzwi otworzyły się ponownie, tym razem na dłużej. Do sklepu weszła bowiem matka z dwójką dzieci. Dziewczynka wyglądała na jakieś dziesięć lat, chłopczyk – niższy od niej o głowę – mógł jeszcze chodzić do przedszkola. Malec od razu podbiegł do klatek z ptakami, wskazał palcem jedną z nich. Kobieta podeszła bliżej. Najpierw uśmiechnęła się, ale potem pokręciła głową. Niezrażony tym dzieciak próbował szukać zrozumienia u siostry, ta jednak nie odrywała wzroku od ekranu telefonu komórkowego.

– Może w czymś pomogę? – Ekspedient, który w międzyczasie wyszedł zza kontuaru, zbliżył się do rodziny; dopiero teraz można było zobaczyć, że mimo jesiennej aury ubrany był w krótkie spodnie.

– Szukamy papugi – oznajmiła kobieta.

– Chodzi pani o jakiś konkretny gatunek?

Kobieta bezradnie rozłożyła ręce.

– Papuga Krystyna – podpowiedział jej mały.

– Tak ma na imię, synku – sprostowała cierpliwie matka. – Nie zapytałeś kolegi, jakiego gatunku jest jego Krystyna. Wie pan – przeniosła spojrzenie na długowłosego – jak to jest z dzieciakami…

– W sprzedaży mamy kadadu, gwarki, żako – zaczął wymieniać sprzedawca. – W przyszłym tygodniu mają przywieźć dwie pary nierozłączek i faliste.

A jeszcze kilka tygodni temu nie miał pojęcia, że coś takiego w ogóle istnieje – a teraz?! Może minął się z powołaniem i zamiast na filozofię na uniwersytecie powinien był iść na biologię lub coś podobnego?

Ale kobieta jeszcze bardziej się zakłopotała. Było jasne, że przychodząc tutaj, chciała zrobić przyjemność synowi, który najpewniej zażyczył sobie mieć papugę taką jak jego kolega.

– Chyba jeszcze musimy się zastanowić – westchnęła, po czym złapała malca za rękę.

– Może polecę innego ptaka? – Długowłosy wskazał ruchem głowy na klatki z kanarkami, próbując ratować sytuację. – Wczoraj przywieźli.

– Ja chcę papużkę Krystynę! – wykrzyczał malec, a na jego policzkach pojawiły się łzy.

I aby pokazać, że nie żartuje, tupnął ze złością nogą. Był to obrazek, jakich wiele widzi się co dzień w centrach handlowych. Hałas spowodował, że uwięzione ptaki podniosły wrzask.

Kobieta przepraszająco spojrzała na sprzedawcę, po czym pchnęła syna w kierunku drzwi, które chwilę wcześniej otworzyła jej córka. Obyło się bez ataku histerii, rzucania się na podłogę. Chwilę potem w sklepie zostali tylko sprzedawca i mężczyzna w dżinsowej kurtce. Długowłosy zdążył już o nim zapomnieć. Zatęsknił za muzyką, która czekała pod sklepową ladą. Marzył o chwili, gdy zamknie tę cholerną budę.

Klient uśmiechnął się. Brakowało mu dwóch przednich zębów.

– Ma pan więcej tych klatek? – Wskazał na plastikowy pojemnik z uchwytem i drzwiczkami, służący do transportu małych zwierząt.

– Na zapleczu powinny być. Ile pan potrzebuje?

– A z pięć, sześć – rzekł szczerbaty z dziwną obojętnością. – Ile pan masz.

– A da pan radę wszystko zabrać?

– Spokojna głowa. Zaraz tu będzie mój kolega. To co? Idziem na zaplecze?

Sprzedawca zawahał się. Nie mógł przecież zostawić interesu bez dozoru. A może to jakaś podpucha, a ten facet chce go stąd wyciągnąć? Po chwili jednak obaj zniknęli na zapleczu sklepu.

* * *

Siedział na ławce jakieś pięćdziesiąt metrów od wejścia do pasażu handlowego i patrzył na kobietę z dwójką dzieci. Chłopiec, który był mniejszy, płakał. Chyba, bo z tej odległości trudno było to ocenić. Dziewczynka coś mówiła matce.

Ulicą przejechał tramwaj. Gdy ponownie odsłonił widok, matki z dziećmi już nie było.

– Hej! – siedzący na ławce usłyszał krzyk, a po chwili gwizd.

To Patyk. Stał przed wejściem do pasażu. Trzymał w rękach jakąś skrzynkę. Przywoływał go ruchami głowy.

Wstał z ławki i obciągnął spodnie, których nogawki przykleiły się do skóry. Wciąż się pocił, co było dziwne, bo temperatura nie przekraczała dziesięciu stopni.

– Już idę, idę – mruknął w odpowiedzi na kolejny gwizd.

Przeczekał, aż przejadą dwa samochody, po czym przeskoczył jezdnię.

– Ruchy, Nowy! – fuknął gniewnie Patyk. – Nie płaci ci się za siedzenie.

– Dobrze już, dobrze. Jestem.

– Trzymaj. – Wcisnął mu do rąk pudło.

– Co to jest?

– Zobaczysz – wyjaśnił zdawkowo tamten, po czym na powrót zniknął za drzwiami.

Mężczyzna ostrożnie postawił pudło na ziemi. Znów bolała go głowa. Zaczęło się, jak siedział u tej starej kobiety, która częstowała go szarlotką i herbatą. Pewnie łeb rozbolał go od tego, co mówiła. I nie mogła przestać! Poprosił o tabletkę, oczywiście zaraz mu ją podała.

– Chyba domyślam się, do czego te skrzynki – mruknął sam do siebie.

Pięć minut później siedzieli w starym dostawczym fiacie. Skrzynki do przewozu małych zwierząt – Patyk kupił cztery – nie zajmowały nawet dziesiątej części powierzchni.

– Co dobrego? – Szczerbaty spojrzał z ukosa na siedzącego na miejscu pasażera mężczyznę, którego nazwał Nowym. – Nie wyglądasz za dobrze. Kac cię jebie?

– Boli mnie głowa.

– Zachlałeś wczoraj z Cześkiem?

– Nie. Skąd.

– Przede mną nie musisz udawać. Prokuratorem nie jestem. Ani proboszczem. A Czesiek nie lubi pić sam, wszyscy to wiedzą. I mało też nie może. To jak? Było coś wczoraj?

Nowy wzruszył ramionami. Na szczęście Patyk nie naciskał, bo musiał skupić się na drodze. Wyjechali już na dwupasmową arterię, do tego zbliżał się czas popołudniowych powrotów, więc było tłoczno. Zmierzali w stronę rogatek miasta. I co chwila musieli się zatrzymywać.

– Kurwa ich mać! – zaklął kierowca, po raz kolejny naciskając na hamulec. – Jakby się sprzysięgli. Jedna droga tylko jest, żeby wyjechać z tego zasranego miasta?!

Ostatnie pytanie wykrzyczał przez otwarte okienko w stronę mijających ich na sąsiednim pasie samochodów. Nikt mu nie odpowiedział. Nikt też najpewniej nie usłyszał jego słów.

– Sąsiedni pas zawsze jest szybszy. Stara zasada, co nie? – rzucił ni to do siebie, ni to do pasażera. – Nie wytrzymujesz, w końcu zmieniasz pas, bo kto lubi stać w korkach. I wtedy ten, który opuściłeś, jakoś cudownie przyspiesza…

Nowy znów nic nie odpowiedział. Patrzył nieruchomym wzrokiem w boczną szybę. Tymczasem Patyk najwyraźniej się nakręcał.

– Każdego dnia to samo. Rano w jedną stronę, wieczorem w drugą. Gdybym tak miał zapierdalać codziennie pięćdziesiąt kilometrów do roboty i z powrotem, to chyba bym se w łeb od razu strzelił. Ale jak chcą, proszę bardzo. Miasto im się nie podoba. Przyjechać, swoje gówno i smród zostawić, a po fajrancie do domciu. Na łono natury. Buraki zasrane!

Zamilkł wreszcie. W tym samym momencie nad jezdnią zapaliło się zielone światło. Ruszyli, tym razem powoli, niemal dostojnie. Skrzyżowanie, krytyczny punkt wylotówki z metropolii i przyczyna korka, było już przecież tylko złym wspomnieniem.

– Nawet nie tak źle. Piętnaście minut. – Kierowca spojrzał z zadowoleniem na zegarek. – Przed zmrokiem będziemy na miejscu. Nie lubię jeździć o szarówce, wiesz, Nowy? Czasem wolę poczekać, aż zrobi się zupełnie ciemno.

– Uhmm.

– A, nie mówiłeś mi jeszcze, jak było na… zakopkach?

– Gdzie? – Mężczyzna oderwał wzrok od bocznej szyby fiata, za którą coraz szybciej przesuwały się drzewa i niskie budynki; kilka chwil wcześniej minęli tablicę z przekreśloną nazwą miasta.

– No, na pogrzebie – zarechotał Patyk, ukazując ubytki w uzębieniu. – Mówiłeś przecież, że się wybierasz.

– Zgadza się. Byłem.

Przez chwilę milczeli. Kierowca włączył lewy kierunkowskaz, zredukował bieg i wcisnął gaz, by wyprzedzić jakiegoś marudera. Gdy wrócił na swój pas, podjął wcześniejszy temat.

– I jak? Wszystko się udało? – dopytywał.

– Ksiądz się pomylił – przypomniał sobie Nowy.

– Pogrzeby pomylił?

– Nie. Imię zmarłej.

– Eee, to nic takiego! – Patyk oderwał prawą rękę od kierownicy i machnął nią lekceważąco. – Ty wiesz, ile taki ksiądz ma dziennie pogrzebów, ślubów czy chrzcin? I weź tu zapamiętaj wszystkie imiona. Mówią, że to nieroby. A to według mnie jeden z najtrudniejszych zawodów.

Nowy spojrzał na niego zezem.

– Ważne, że mu się pogrzeb ze ślubem nie pomylił – ciągnął ze swadą kierowca. – Choć odwrotnie pewnie by było gorzej. Pomyśl, stoisz jako pan młody przed ołtarzem i nagle słyszysz: „spoczywaj w pokoju”. Choć jak tak na niektóre panny młode spojrzeć…

Fiat zwolnił, rozległ się dźwięk kierunkowskazu przypominający tykanie zegara. Skręcili w prawo. Kilka skrzynek przesunęło się po podłodze. Koła auta zachrzęściły na żwirze. Nowy usiłował dostrzec nazwę miejscowości na drogowskazie, jednak było już na to za późno.

– Jeszcze dwa kilometry i jesteśmy na miejscu – mruknął Patyk, odpowiadając, choć tylko po części, na niezadane pytanie.

Dziesięć minut później furgonetka wjechała na ogrodzony teren. Szczerbaty zaparkował przed drzwiami domu, którego spadzisty dach rysował się wyraźnie na tle łuny zachodu. Gdzieś blisko ujadał pies, czemu towarzyszyło podzwanianie łańcucha o drewnianą ścianę budy.

– Zostań – rzucił kierowca do pomocnika.

Wyskoczył z samochodu, postawił kołnierz i skierował kroki w stronę wejścia do budynku. Nie trzasnął drzwiami, a zawsze lubił huknąć, aż rdza się sypała. Tym razem jednak z jakiegoś powodu pozostawił je niedomknięte.

Nowy rozejrzał się dookoła, nerwowo poruszył się na siedzeniu. Nie podobało mu się to miejsce. Na szczęście ból głowy był nieco mniejszy.

Po raz trzeci był z Patykiem w trasie. Określenie było może przesadzone, ale polubił je, bo pachniało światem i przygodą. Za każdym razem przewozili jakieś pudła, większe lub mniejsze, za to ciężkie. Rolą Nowego było przenieść wszystkie do fiata, a potem wynieść. No i jak dotąd nie opuszczali miasta. Dziś stało się to po raz pierwszy. Za to Patyk był jakiś rozmowniejszy, skłonny do żartów, bo wcześniej prawie ze sobą nie rozmawiali.

Burek przestał ujadać. Pewnie reagował na ruch. Zacznie od nowa, gdy kierowca wróci albo na podwórko przyjedzie ktoś nowy z pola lub – jak oni – z miasta. Przez okienko z opuszczoną do połowy szybą do uszu siedzącego dobiegły inne odgłosy: jakaś muzyka, strzęp rozmowy. Gdzieś wyżej niósł się pomruk nabierającego wysokości samolotu. Jadąc tu, widzieli jeden lecący tak nisko nad ulicą, że można było dostrzec światła w okienkach.

– Dobrze, żeście przyjechali, bo już nie miałem ich czym karmić – od strony domostwa doszedł starczy głos.

– Im bardziej wygłodzone, tym lepsze – zaśmiał się Patyk.

– Też prawda.

Nowy nie dosłyszał nic więcej, bo pies znów zaczął szczekać. Wydawało się jednak, że robi to z mniejszym gniewem i zajadłością. Teraz widział przecież swojego pana. Pan trzymał go co prawda bez przerwy na uwięzi, kija nie żałował, karmił marnie, ale pewnie i to nie było w stanie osłabić psiej miłości. Nowy poczuł z tym kundlem, którego nawet nie widział, dziwną solidarność.

– Zamknij wreszcie mordę! – krzyknął gospodarz na psa, ten zaś momentalnie zamilkł. – Macie skrzynki?

– W samochodzie – odpowiedział Patyk.

– No to chodźmy.

– Nowy, nie śpij! – Kierowca, który wcześniej oszczędził drzwiom fiata, teraz odbił sobie uderzeniem pięścią w blachę karoserii.

– Nie śpię.

– Przypomniałeś sobie coś? – Patyk mrugnął porozumiewawczo okiem do gospodarza.

Chwila ciszy.

– Nie – odpowiedział wreszcie pomocnik.

– To łap się za skrzynki i chodź.

Chwilę później szli w kierunku jednego z budynków gospodarczych. Nowy wyjrzał zza niesionych przed sobą pojemników. Cień gospodarza, tak jak przed paroma chwilami jego dom, rysował się na tle pomarańczowego nieba. Dziadek szedł przekrzywiony ku lewej stronie, utykał.

– Jeszcze rok, dwa, i sprzedam to wszystko w cholerę – wysapał.

– Nie szkoda? – chciał wiedzieć Patyk.

– Tylko patrzeć, jak tu miasto przyjdzie. Lepiej, żeby ktoś się jeszcze tą ciszą nacieszył.

– Może i tak.

– A ja tego nie oglądał – dokończył stary. – No, jesteśmy na miejscu. Daj no pan pierwszą skrzynkę.

Nowy postąpił krok do przodu, a Patyk zdjął pojemnik, który znajdował się na szczycie i podał go gospodarzowi, ten zaś zaraz zniknął za drzwiami. Wrócił po paru chwilach. Skrzynkę postawił na ziemi. Coś w niej było, coś skrobało o plastikowe ścianki.

– Rzeczywiście niespokojny – przyznał Patyk zmienionym głosem.

– Palucha pchać nie radzę, chyba że niepotrzebny. Ale ZUS za to nie zapłaci – zachichotał stary, zakasłał, po czym z nową skrzynką zniknął za drzwiami.

* * *

Maria skończyła układać pasjansa. Nie wyszedł jej, zresztą po raz drugi tego wieczora. A tak bardzo chciała się dowiedzieć, co ją czeka. Czy widać koniec udręki?

Gdy kilkanaście godzin temu znów o tym opowiadała człowiekowi, który pomógł jej na cmentarzu, a potem przywiózł do domu, niemal czuła, jak zrzuca z siebie ciężar. Po trochu, z każdą chwilą, z każdym wypowiedzianym zdaniem, naprawdę była jakby lżejsza. Właściwie nawet nie wiedziała, jak on się nazywa. Pewnie już się tego nie dowie. A wystarczyło zapytać…

A może lepiej nie wiedzieć, nie wymieniać się numerami telefonów, których zresztą najprawdopodobniej nigdy się nie wykręci? – pomyślała ze smutkiem.

Nieznajomy, owszem, wysłuchał, bo tego nakazywała grzeczność albo ta siła, która kazała mu wyciągnąć rękę na cmentarzu, uchronić kobietę przed niechybnym upadkiem. Ale przecież nie zmieni świata!

No bo kogo tak naprawdę obchodziła ona i znajdujący się w tej samej sytuacji pozostali lokatorzy kamienicy, którą odzyskał potomek spadkobiercy? Odzyskał wraz z lokatorami, ale co za problem pozbyć się ich, szybko i skutecznie? Na początku kulturalnie, podwyżką czynszu, której nikt nie przewidywał w najczarniejszych snach. A gdy to nie przyniosło efektu, a przecież liczył się czas, przystąpić do bardziej zdecydowanych działań.

Gdy zalało mieszkanie Kazimierskich na pierwszym piętrze, mówiono o pechu. Ot, nie zakręcili kranu w łazience, przez co mieli kłopot i oni, i Kaczmarkowie z parteru. Kazimierski zarzekał się, że to nie jego wina, ale kto by tam staremu wierzył. W efekcie dwa mieszkania do remontu. Potem ktoś wybił kamieniami szyby w oknach pani Helenki. Mieszkała od ulicy, więc zrzucono winę na jakichś łobuzów, najpewniej pseudokibiców.

Jakiś czas później zaczął się remont klatki schodowej. Wzięto to za dobrą monetę, bo od lat aż się prosiło, by pomalować ściany i poręcze. Ciężko było przejść między rusztowaniami, żeby nie pobrudzić ubrania. W dodatku robotnicy byli wyjątkowo nieprzyjemni: jak nie przekrzykiwali się nawzajem, to słuchali głośno radia.

Mijały dni, tygodnie, a remont się nie kończył. Trudno zresztą, żeby się skończył, skoro malarze zaczęli znikać na całe godziny, zostawiwszy wszystko rozgrzebane. Drzwi wejściowe były wciąż otwarte, oficjalnie celem wywietrzenia szkodliwych oparów, ale przez to do środka zaczęły wchodzić różne męty. Raz nawet jeden, narkoman pewnie, wszedł do mieszkania i zarzygał podłogę w przedpokoju. Niestety, było to znów mieszkanie pani Helenki…

Bardzo to przeżyła. Od tamtej chwili bała się zostać w mieszkaniu sama. Maria często ją odwiedzała, na ile tylko pozwalało jej zdrowie. Kilka dni po incydencie z narkomanem nieznani sprawcy udusili dwa ukochane koty pani Helenki. Ścierwo podrzucili jej na wycieraczkę. Nawet nacisnąć dzwonek zdążyli! Oczywiście nikt niczego nie widział, nikt nie słyszał.

Panią Helenkę to dobiło. Gasła z dnia na dzień, aż w końcu odeszła…

– Kto z nas będzie następny?! – Maria powtórzyła to samo pytanie, które wykrzyczała podczas pogrzebu jedna z sąsiadek.

Rozległo się siedem uderzeń w blachę. W ten sposób stary zegar ogłosił kolejną godzinę. Wiedziała, że dźwięk nie jest już taki jak kiedyś. Drażnił gości, których, rzadko bo rzadko, ale przyjmowała. Coś się zepsuło w mechaniźmie, coś przesunęło, zużyło, w końcu to już tyle lat. Planowała oddać zegar do naprawy, ale nigdy nie miała na to czasu.

– Czas iść spać – powiedziała sama do siebie, jak miała w zwyczaju.

Wstała od stolika. I wtedy znów zawirowało jej w głowie. Etażerka z kryształami, porcelaną, ramki ze zdjęciami, kanapa i fotele, okno, drzwi i obrazy świętych – wszystko przeleciało jej przed oczami, jakby siedziała na karuzeli.

Klapnęła z powrotem na fotel, oddychała ciężko.

– Co się dzieje… – Dotknęła dłonią czoła, które jednak wcale nie było gorące.

To się zaraz stanie. Najpierw pani Helena, teraz ja. Nie mam kota ani psa. Będę następna… – pomyślała z przerażeniem.

W tej samej chwili coś stuknęło za drzwiami wejściowymi.

* * *

Czesiek zamknął lodówkę, wsunął butelkę pod pachę. Chłód szkła spowodował, że zadygotał krótko. Następnie wyjął kieliszki z kuchennej szafki i tak wyekwipowany skierował kroki w stronę pokoju, skąd dobiegał podniesiony głos sprawozdawcy sportowego.

– I co? Strzelili? – zapytał rozwalonego na kanapie Patyka.

– Usłyszałbyś chyba – odparł młody mężczyzna z ubytkami w uzębieniu.

– A gdyby oni strzelili, też byś się cieszył i skakał? – Czesiek spojrzał kosym wzrokiem na towarzysza, którego zaprosił do swojej kawalerki na oglądanie meczu reprezentacji.

– Pewnie, że nie – żachnął się Patyk. – Za kogo mnie masz?

Czesiek nie odpowiedział. Był to mężczyzna w średnim wieku, o rzadkich, niemal całkowicie już siwych włosach, dość drobnej budowie ciała, lekko przekrzywiony w krzyżu. Nosił okulary w grubej oprawie, zlepionej plastrem w miejscu, gdzie łączyły się otwory, w których umieszczono szkła nie pierwszej czystości.

Z uwagą postawił na stoliku kieliszki, po czym uderzył łokciem w denko półlitrówki. Otworzył ją, rozlał kolejkę.

– Za zwycięstwo!

Wypili. Patyk nabił na widelec ćwiartkę kiszonego ogórka, leżącego na talerzyku z wyszczerbionym brzegiem, podczas gdy jego kompan znów napełniał szkło. Zasalutowali po raz drugi, jednak gość na dłuższą chwilę zastygł z kieliszeczkiem w dłoni.

– Coś jest nie tak z twoim telewizorem – powiedział.

– Niby co? – Czesiek nie sprawiał wrażenia zaniepokojonego.

– Coś jest nie tak z głosem. Jakby nie korelował z wizją.

Gospodarz potwierdził skinieniem głowy. Wolał przez chwilę nie otwierać gęby, bo gdyby to zrobił, zapytałby tego młokosa, przy którym to, kurwa, śmietniku nauczył się takich mądrych słówek. Ko… kolerował. Dobre sobie.

– Telewizor ściszyłem do zera – wyjaśnił wreszcie z dumą. – A to, co słyszysz w głośnikach, to relacja w radiu. Bardzo mi to odpowiada. Spróbuj kiedyś u siebie.

Patyk zrobił mądrą minę. Wypili na drugą nóżkę. Żadna z drużyn wciąż nie strzeliła bramki, choć od pierwszego gwizdka sędziego minęło już dwadzieścia minut.

– Zawieźliście wszystko na miejsce? – zapytał w pewnej chwili Czesiek.

– Tak. Już ci mówiłem – odrzekł bez zniecierpliwienia Patyk.

– Widać zapomniałem. Dużo dziadyga wziął?

– Tyle co zawsze.

– Czyli dużo.

– Sami byśmy sobie nie poradzili. Wiesz o tym.

– To prawda.

Gospodarz rozlał pozostałą w butelce wódkę do kieliszków. Wyszło prawie po równo, ręka nawet mu nie zadrżała.

– A Nowy nie chciał wpaść? – zapytał, odstawiwszy flaszkę.

– Nie – odpowiedział Patyk. – Chyba miał niezłego kaca. Myślałem, że to po wieczorze u ciebie, ale się nie przyznał.

– Nie było go tu wczoraj, chociaż zapraszałem. W ogóle jakiś dziwny jest, nie?

– Dziwny. Lepiej nie zapraszać. Mieszkasz na jedenastym piętrze. Jeszcze popije, wyjdzie na balkon, a wtedy jakiś głos w głowie powie mu, że jest ptakiem.

– To możliwe. Ale nieraz widziałem, że się ludziom po wódce głowa otwierała. Przypominali sobie różne rzeczy.

– Na przykład, że pożyczyli od ciebie kiedyś pieniądze?

Zarechotali.

– A ty co byś zrobił, gdybyś stracił pamięć? – zapytał z powagą Patyk. – Gdzieś jest dom, ale chuj wie, gdzie. Żona czeka, się martwi…

– Może dałbym ogłoszenie do gazety. Albo zgłosił się do telewizji…

– Tam pełno takich. Przy okazji pięknie tańczą i śpiewają.

– A ty co byś zrobił?

– Pewnie stałbym przed lustrem i starał się zapamiętać swoją gębę. A potem szukał kogoś podobnego na ulicy.

Stuknęli się szklankami.

– Taa, dziwny trochę ten Nowy – mruknął Czesiek, opróżniwszy swoją.

– Ale nie pedał?

– Cholera go wie. Jak nie pamięta, jak się nazywa, to pewnie nie pamięta też, czy lubi babki, czy facetów. Pokaż się przy nim na golasa, a jak mu stanie, to będziesz wiedział.

– Sam się, kurwa, pokaż.

Wkrótce będzie tydzień, odkąd znalazł się wśród nich. Znalazł się – tak, to było właściwe słowo. Leżał w parku, nieprzytomny, zakrwawiony. Zmrok już zapadł i pewnie by tak chłopina leżał, może nawet wyleżał się na amen, gdyby nie Czesiek właśnie. Wracali z roboty z Arkiem, szefem. On pierwszy go zauważył, kazał zatrzymać samochód.

Wysiedli, podeszli bliżej. Myśleli, że pijany. Ale nic nie było czuć, no i ta krew. Czesiek się trochę wahał. Nie chciał, żeby tamten mu juchą zaświnił tapicerkę. Ale Arek był zdecydowany. Człowieka na pastwę losu nie zostawi, nie ma mowy. Na szczęście Czesiek miał w bagażniku jakieś stare worki, którymi wyściełali tylną kanapę samochodu. Położyli tam tego człowieka. Przebudził się nawet na chwilę, kiedy go nieśli, coś mamrotał, ale ciężko było zrozumieć.

Do szpitala nie chcieli jechać. Nie mieli zaufania do takich instytucji. Pojechali do zaprzyjaźnionego lekarza, który mimo późnej pory opatrzył nieznajomego i zbadał. Potwierdził ich domysły, że było to pobicie. Napastników pewnie ktoś wystraszył, a może chcieli dać temu człowiekowi tylko nauczkę, bo rany nie były poważne.

Kiedy lekarz wyszedł na chwilę z pomieszczenia, żeby umyć ręce, Arek kazał Cześkowi przetrząsnąć tamtemu kieszenie. Nie znalazł ani żadnego dokumentu tożsamości, ani portfela z pieniędzmi czy kartami kredytowymi. Uwagę zwracał zegarek, który ten człowiek nosił. Po pierwsze w żaden sposób nie można go było zdjąć (Czesiek próbował dwa razy, wykorzystując chwile, gdy szef nie patrzył). A po drugie, mimo że na ciekłokrystalicznym wyświetlaczu migały jakieś cyfry, nie wskazywał godziny. Prawdopodobnie przypadkowo włączył się stoper…

W przedniej lewej kieszonce spodni rannego Czesiek natknął się na złożoną na czworo kartkę. Wypisano na niej dziewięć cyfr, prawdopodobnie numer telefonu. Arek schował ją starannie do portfela.

Przewieźli tego człowieka do domu Arka, położyli w garażu, na stojącej w kącie starej sofie. Szef powiedział Cześkowi, żeby nikomu pary z gęby nie puszczał o znalezisku. Gdy więc następnego dnia podczas spotkania w domu szefa przysiadł się do stołu, oblepiony plastrami i napuchnięty, Czesiek udał, że widzi go, jak inni, po raz pierwszy w życiu.

Arek przedstawił tamtego jako nowego współpracownika. Nie wymienił żadnego imienia ani nazwiska, więc mówili na niego po prostu „Nowy”. Zaczął chodzić z nimi na robotę, odzywał się mało, wykonywał skrupulatnie wszystkie polecenia. Nawet najgorszą robotę.

Prywatnie rozmawiali tyle, o ile. Gdy go o coś pytali, zasłaniał się niepamięcią. Myśleli, że pewnie nie pamięta, bo nie chce. Sami często to mieli, choćby wtedy, gdy rozmawiał z nimi dzielnicowy. Tylko Czesiek wiedział, że ta przykra przypadłość mogła być spowodowana pobiciem. Ale nikomu o tym nie powiedział. Raz, gdy znalazł się z Nowym sam na sam, próbował go podpytać. Wiedział przecież więcej od innych. Nowy nie pamiętał jednak parku, gdzie go znaleźli, ani tego, co się tam wydarzyło. Tak przynajmniej twierdził.

– Tak, dziwny jakiś – mruknął Czesiek, po czym wstał od stołu.

– Ale skuteczny, nie zaprzeczysz – wtrącił Patyk.

– To prawda.

Czesiek pozbierał szkło ze stolika i skierował kroki w stronę kuchni.

– Przyniesiesz jeszcze butelkę? – dobiegł go głos gościa.

– Przecież wiesz, że mamy dziś robotę – odpowiedział z przyganą.

– Wiem, wiem. Tak tylko zapytałem.

W tej samej chwili rozległ się krzyk z głośników. Nasi strzelili pierwszego gola.

* * *

– A, to pan? Przestraszyłam się…

Mężczyzna wyglądał na zakłopotanego.

– Przepraszam. Nie miałem takiego zamiaru – rzekł cicho.

– Niech pan wejdzie, proszę! – Maria szerzej otworzyła drzwi.

– Trochę późno – próbował się jeszcze krygować, jednak przekroczył próg mieszkania. – Chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko u pani w porządku. Zadzwoniłbym, ale nie znam numeru.

Zamknęła drzwi, przekręciła kółko patentowego zamka. Dopiero po tym odpowiedziała:

– Prawie już nie używam stacjonarnego telefonu. Kiedyś to był luksus, dziś tylko kłopot. Bez przerwy dzwonią z jakimiś ofertami, reklamami. A ja sama nie mam już do kogo…

Weszli do salonu. Gość jednym spojrzeniem ogarnął pomieszczenie. Nic się nie zmieniło od chwili, gdy wyszedł stąd kilka godzin temu. Tylko na stole leżały karty.

– Napije się pan czegoś? – zapytała Maria.

– Naprawdę nie chciałbym przeszkadzać…

– To żaden kłopot. I wcale nie jest jeszcze tak późno. Kiedyś dopiero o tej porze zaczynało się życie towarzyskie. To czego się pan napije? Kawy, herbaty? A może czegoś mocniejszego? Mam dobry koniaczek.

– Wystarczy herbata.

Usiadł w tym samym miejscu, w którym siedział wcześniej. Przyjrzał się rozłożonym kartom.

– A wie pan, że czuję się już dobrze – zawołała z kuchni Maria. – Tam na cmentarzu to była tylko chwilowa niedyspozycja. Tyle emocji.

Ledwo skończyła mówić, rozdzwonił się telefon. Sygnał był równie drażniący, jak bicie ściennego zegara. Aparat ustawiony był na małym stoliczku, tuż przy drzwiach salonu.

– Na pewno znów jakaś reklama – powiedziała Maria, wycierając dłonie w ściereczkę. – Halo? Tak?

Przez chwilę nasłuchiwała w skupieniu, marszcząc brwi, by za chwilę wysoko je unieść.

– Nie… nie rozumiem – powiedziała.

Chwilę trwała ze słuchawką przy uchu, po czym nagle odrzuciła ją, jakby ta zaczęła parzyć. Zbladła, zachwiała się, chwyciła futryny. Widząc to, mężczyzna zerwał się z fotela, chwycił starszą panią pod ramię dokładnie tak samo, jak nad grobem jej sąsiadki.

– Znów się zaczyna, Boże – jęknęła.

– To oni?

Skinęła głową. Może jeszcze parę dni temu powtórzyłaby niemal słowo w słowo, co usłyszała w słuchawce telefonu. Oczywiście tylko to, co nadawało się do powtórzenia publicznie. Ale dzisiaj nie miała na to siły. I wcale nie czuła się lepiej, nie ma co okłamywać siebie i innych.

– Znów pani grozili? – chciał wiedzieć.

Potwierdziła niemo.

– Może powinniśmy zadzwonić na policję? Namierzyliby numer.

Tym razem zdecydowanie pokręciła głową.

– Obawiam się, że to na nic – powiedziała szeptem. – Oni mają znajomości nawet w policji. Mówiłam panu, są zdolni do wszystkiego…

Pomógł jej dojść do kanapy. Usiadła, odchyliła głowę na oparcie. Oczy miała przymknięte. On tymczasem zwilżył zimną wodą ściereczkę, złożył ją na pół i powstały w ten sposób kompres przyłożył starszej pani do czoła.

Tyle mógł zrobić. Nie siadał już, jakby za chwilę miał zamiar opuścić pokój i mieszkanie. Maria chyba to wyczuła. Otworzyła oczy i zdjęła kompres z czoła.

– Wiem, że proszę o wiele, ale… – przerwała, zamachała niezdarnie rękami, jakby chciała odpędzić namolną muchę. – Przepraszam, ma pan swoje życie, obowiązki, rodzinę. Pewnie na pana czekają, denerwują się. Kogo obchodzi jakaś stara…

– Boi się pani, że ktoś może tu przyjść? – zapytał.

– Tak.

– I chce pani, żebym został?

* * *

Schody są strome, zakręcają w prawo. Intensywnie pachną mokrym drewnem. Prawdopodobnie ktoś je niedawno umył ryżową szczotką, może nawet zrobił to na klęczkach, wykonując robotę ponad siły. Dlatego zastanawiam się, czy iść dalej. Zatrzymuję się, przyciskam dłoń do powierzchni poręczy. Jest zimna.

W tej samej chwili z góry dobiega głos. Głos jest wibrujący, wysoki. Przede wszystkim jednak znajomy.

– Czy to ty?

– Tak, to ja – odpowiadam.

– To chodź już, chodź. Czekam na ciebie od godziny.

Idę. Czuję się usprawiedliwiony. Staram się stąpać po dwa stopnie naraz, omijać mokre plamy. Nie jest to dla mnie kłopot, nie wymaga specjalnego wysiłku. Tylko poręcz, której wciąż się trzymam, lekko się chybocze.

Docieram na miejsce. Drzwi są uchylone, zapraszają do wejścia. Szparę wypełnia słoneczny blask, dzieli na pół leżącą przed progiem słomiankę w kolorze jakiegoś leśnego, martwego zwierzęcia; wspinam się bezszelestnie po schodach na kolejne piętro, a może już – pokonałem ich przecież sporo – strych.

– Wchodź, śmiało. I drzwi szybko zamykaj, skarbie. Szkoda ciepła! – woła ten sam głos, tym razem przy akompaniamencie postukiwania garnków, sztućców i talerzy.

Starannie wycieram buty na słomiance (co to może być za zwierzę?), zamykam za sobą drzwi. Od razu ogarnia mnie zapach gotowanych warzyw zmieszany z wonią pasty do podłóg, ciętych kwiatów i dermy, którą obito od środka drzwi wejściowe. Przede wszystkim jednak słodkomdląca, niepodobna chyba do niczego innego woń starości.

Wciąż stoję w przedpokoju. Jest wąski i ciasny. Gdybym wyciągnął w bok ramiona, z łatwością dotknąłbym równoległych ścian. I dość ciemny, mimo że ściany obito jasną sosnową boazerią, sięgającą od podłogi aż po sufit. Zastanawiam się, czy zzuć buty. Druga myśl dotyczy czystości skarpetek, które mam na sobie.

Wtedy symfonia kuchenna nieoczekiwanie się kończy. Dzięki temu słyszę teraz wyraźnie męski, dudniący głos. Prawdopodobnie dochodzi on z telewizora.

– Idź do pokoju, kochanie – słyszę wołanie z kuchni. – Zaraz do ciebie przyjdę.

Nieśmiało robię pierwszy krok. Drewniana podłoga skrzypi pod stopami. Bosymi, bo jednak zdjąłem buty. Docieram do największego pokoju, jednego z dwóch w mieszkaniu. Ku mojemu zdziwieniu, w pomieszczeniu ktoś jest. Na sofie pod oknem siedzi starsza, drobna pani. Nie znam jej.

– Dzień dobry – mówię grzecznie, bo tak mnie nauczono.

– Siadaj, chłopcze – odzywa się głosem bardzo podobnym do tego, który wołał do mnie z kuchni, po czym wskazuje mi miejsce obok siebie. – Dzień dobry.

Robię krok, by uczynić zadość tej prośbie. W tym samym momencie słyszę za plecami:

– No, wreszcie przyszedłeś, smyku. Chyba zapomniałeś o mnie.

Oglądam się przez ramię. Stoi na progu pokoju i wyciera dłonie w ściereczkę. Następnie patrzę znów na kobietę, która siedzi na sofie. I znów na tę, która stoi. Są takie same!

– Nie… nie rozumiem – jąkam się. – Kim pani jest? To znaczy panie…

– Twoją babcią – odpowiadają jednocześnie, po czym ta stojąca dodaje: – Z reguły ma się dwie, prawda? No, może nie jest to reguła. Powiedzmy: duże szczęście. Nie każdy tak ma.

– Ale…

– Że nie różnimy się od siebie? – wchodzi jej w słowo siedząca. – Przez pierwsze lata życia i tak nas nie rozróżniałeś. A potem, cóż. Miałeś ważniejsze sprawy.

– Życie cię ciągnęło.

– Zabawa.

– Dziewczęta.

– Wyjechałeś do szkół.

Robi mi się nieznośnie gorąco, brakuje mi tchu. Lufcik w pokoju jest uchylony, powiew wiatru wydyma firankę. Muszę usiąść. Sofa jest bardzo miękka, zapadam się w niej, bardziej niż bym chciał.

– Może zjesz coś? – pyta po chwili babcia stojąca.

– Mam świeże ciasto – uzupełnia ta, która siedzi na sofie obok mnie, ale mimo to spogląda na mnie z góry.

– Szarlotkę? – pytam przez ściśnięte gardło.

Obie babcie spoglądają na siebie, jak na komendę unoszą brwi. Kręcą głowami też niemal jednocześnie. Wreszcie mówią zgodnym chórem:

– Przecież ty nie cierpisz szarlotki!

W tej samej chwili ktoś puka do drzwi. Myślę, że to ja powinienem je otworzyć. Usiłuję więc podnieść się z sofy, ale nie mogę. Zapadam się jeszcze głębiej. Tymczasem pukanie staje się coraz głośniejsze…

* * *

Ocknął się. Uniósł głowę. Leżał na kanapie. Właściwie półleżał, bo nogi wystawały; nie zdjął butów.

Musiałem przysnąć – pomyślał.

Wtedy ktoś zapukał do drzwi. Pewnie po raz kolejny.

Zerwał się na równe nogi, zatoczył, omal nie rozbijając szklanego stolika. W kilku susach pokonał salon i przedpokój, dopadł drzwi wejściowych i przekręcił kółko patentowego zamka.

– Długo mamy czekać, Nowy? – fuknął Patyk, wchodząc do mieszkania jak do siebie.

Za nim drobił kroki Czesiek. Trzymał w rękach dwie skrzynki. Nowy otworzył szerzej drzwi. Poczuł wyraźną woń alkoholu.

– Są jeszcze dwie na korytarzu – rzucił półgębkiem mężczyzna w okularach zlepionych plastrem.

Nowy przechylił się przez próg, sięgnął po pozostawione pudła, sprawnie przełożył je na drugą stronę, po czym zamknął cicho drzwi mieszkania Marii.

– Śpi? – Patyk, który stał na środku salonu z rękami w kieszeniach, wykonał gest głową w kierunku najbliższych drzwi.

– Chyba tak – odpowiedział niepewnie Nowy.

– Dosypałeś jej coś?

– Nie.

– Tak sama z siebie?

– Zmęczona była.

– Lepiej, żeby się nie obudziła zbyt wcześnie. Dobra, robimy, panowie.

Szczerbaty zatarł dłonie, po czym podszedł do etażerki i… jednym ruchem zgarnął z niej wszystkie ramki z fotografiami. Rozległ się trzask tłuczonego szkła. Taki sam los spotkał stojące wyżej dzbanuszki. Duży wazon rozleciał się na setki małych kryształków.

– Ciszej – mruknął przypatrujący się tym poczynaniom Czesiek; opierał się o jeden z foteli i wyglądał, jakby przysypiał, bo przymykał powieki na coraz dłuższe chwile. – Jeszcze wszystkich pobudzisz. Nie trzeba nam teraz afery z lokatorami.

– Spokojnie, wszystko pod kontrolą – rzucił przez zęby Patyk. – A aferę mamy od dawna, nie? I to niezłą.

Zrobił kilka kroków po pokoju. Kryształki chrzęściły pod podeszwami jego ciężkich butów, rysowały drewnianą podłogę. Coś było bardzo znajomego w tym widoku, coś bolesnego. Odległe, złe wspomnienie.

– A teraz czas na pierwszego Hektorka – powiedział, schylając się po pierwszą skrzynkę.

Chwilę majstrował przy zaślepce, która blokowała drzwiczki. Przy kratce pojawił się ruchliwy szczurzy pyszczek. Wreszcie Patykowi udało się uporać z zamknięciem.

– Gdzie pierwszy? – Rozejrzał się po salonie, by następnie przenieść wzrok na Cześka.

– Jak zawsze – mruknął mężczyzna w zepsutych okularach. – Wywietrznik w kuchni. Muszę tylko znaleźć jakąś miotłę albo mopa na długim kiju. Wejdę na stołek, przebiję otwór do sąsiedniego mieszkania i będzie pozamiatane.

Wszystkie te słowa skierowane były do Nowego i brzmiały jak instrukcja. Albo przynajmniej próba nawiązania kontaktu, bowiem mężczyzna, który otworzył im drzwi, od kilku chwil nie wydobył z siebie żadnego dźwięku. Stał na środku pokoju z opuszczonymi rękami i z półotwartymi ustami. Sprawiał wrażenie, jakby nie rozumiał mowy, którą posługują się tamci dwaj. I patrzył na to, co robią, jakby to był tylko film, a nie rzeczywistość.

Drgnął w chwili, gdy na podłodze znalazła się kryształowa misa. To Patyk „niechcący” zsunął ją z etażerki.

– Dosyć – powiedział Nowy.

Tamten chyba jednak nie dosłyszał. Już bawił się kolejnym naczyniem. Tym razem był to piękny, pękaty wazon.

– Zostaw! – warknął mężczyzna. – Słyszysz?!

– A co, kurwa, twoje?

– Zostaw, powiedziałem.

– Spokojnie, stary. Przecież jutro i tak nie będziesz niczego pamiętał.

W tej samej chwili do pokoju wrócił Czesiek. Sapał. Operacja wpuszczenia wygłodzonego szczura do przewodu wentylacyjnego musiała kosztować go sporo wysiłku.

– Drugi pójdzie przez wspólny balkon. – Pochylił się nad plastikowym pudełkiem, o którego ścianki od kilku chwil, może z głodu, a może przeczuwając, że zaraz opuści pułapkę, obijał się budzący powszechny wstręt gryzoń. – Obok chyba nikogo nie ma, bo światła się nie świecą. Ale lufcik widziałem uchylony.

– Zgadza się. – Patyk nie spuszczał spojrzenia z Nowego. – Żaden z sąsiadów nie może zostać pokrzywdzony. Dajemy wszystkim po równo. Jak system, który ich karmił przez lata. Dziś wszyscy święci, krzyże i Madonny wieszają. – Znów potoczył wzrokiem po ścianach.

– Chodź, mały – Czesiek uśmiechnął się do kratki w skrzynce, którą chwilę wcześniej podniósł z podłogi.

– Nie mów, Nowy, że Arek nie opowiadał ci, na czym polega nasze zajęcie – podjął Patyk, rozgarniając kawałki szkła czubkiem buta. – Mieszkasz u niego, więc chyba rozmawiacie, co? Z drugiej strony czasem lepiej nie wiedzieć za dużo, prawda? Na ile się umawiałeś z szefem?

Nowy nic nie odpowiedział.

– Bądź spokojny, swoje zarobiłeś. Może nawet jakaś „trzynastka” będzie – zaśmiał się, szybko jednak spoważniał. – Ja sam nie wiem, ile bierzemy za wyczyszczenie kamienicy. To wie tylko szef. On rozmawia ze zleceniodawcami, a my tylko wykonujemy robotę. I masz rację, nie ma co robić hałasu. To co? Sztama? – Wyciągnął rękę.

Ale Nowy nie podał mu dłoni. W ogóle się nie poruszył. Tylko wargi mu drgały.

– Dobra, ostatni do sypialni i spadamy stąd – rzucił Patyk do Cześka, który trzymał w dłoniach ostatnie pudełko.

Wtedy Nowy zastąpił im drogę.

– Nie.

– Ja mu jednak dzisiaj pierdolnę!

Patyk nie zdążył jednak zamienić groźby w czyn, bo rozległ się dzwonek u drzwi, zaraz po nim głośne pukanie. Mężczyźni spojrzeli po sobie.

– Mówiłem, żebyś był cicho. – Czesiek spojrzał na kamrata znad posklejanych oprawek. – I co teraz?

– Niech Nowy otworzy – bąknął Patyk.

– Dlaczego Nowy?

– Bo znają go tu.

– I co powie?

– Że… przeprowadzamy deratyzację.

– Odszczurzanie?

– Jak w ubiegłym roku na Pięknej. Pamiętasz?

– No.

– Od razu łykną. A jak nie, to im zaraz pokażemy, cośmy znaleźli. Wtedy już nie będą zadawać pytań, tylko prędziutko pobiegną do siebie, żeby sprawdzić, czy nie jesteśmy aby potrzebni w ich mieszkaniach.

Ledwo wyrzucił z siebie te słowa, a zrobił to bez mrugnięcia okiem, znów rozległ się dzwonek, a po nim pukanie, nieco bardziej natarczywe niż wcześniej.

– Albo lepiej sam to zrobię – powiedział Patyk. – Nowy ma chyba problem z mówieniem.

Mrugnął okiem do kolegi, po czym odwrócił się i wyszedł z pokoju. Czesiek odstawił skrzynkę z powrotem na podłogę, sięgnął ręką w zanadrze i tam ją zostawił. Nie spuszczał wzroku z Nowego. Po chwili usłyszeli dźwięk przekręcania zamka i głos Patyka.

– Słucham? Ale jakie hałasy?

Tyle tylko zdążył powiedzieć, zanim zagłuszyły go podniesione głosy, w tym także kobiece, i odgłosy szamotaniny.

– Chodu! – zawołał przytomnie Czesiek, rzucając się w stronę balkonu, skąd przed paroma chwilami wrócił.

W tym samym momencie otworzyły się drzwi sypialni. Stanęła w nich Maria. Spojrzała na potłuczone kryształy i ramki. Potem na Nowego. Na człowieka, którego sama wpuściła do mieszkania. Któremu zaufała. Nie było apelacji. Jej oczy mówiły wszystko.

Chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił.

– Ruchy! – Czesiek szarpnął Nowego za ramię. – Spierdalamy stąd.

Wskoczyli na balkon. Mieszkanie Marii znajdowało się na pierwszym piętrze, poniżej była ulica. Na szczęście wzdłuż chodnika ciągnął się trawnik, wyściełany grubą warstwą liści, które zapomniano wygrabić.

Czesiek przerzucił nogi przez balustradę, odwrócił się i krzyknął do Nowego, który dopiero się do tego szykował:

– Zabierz skrzynki!

Obejrzał się. Rzeczywiście, wszystkie zostały w pokoju, w tym jedna z zawartością.

– Jeszcze się przydadzą, drogie są! – wysapał Czesiek. – I odciski palców…

To ostatecznie przekonało Nowego. Gdy ponownie pojawił się w pokoju, nie dostrzegł już Marii. Od strony drzwi dobiegał głos jakiegoś mężczyzny. Chyba go już słyszał, na cmentarzu.

– Pilnujcie tego bydlaka. Idziemy. Musi być ich więcej w mieszkaniu!

Nie było czasu. Nowy ponownie wskoczył na balkon, na którym już nie było Cześka. Kątem oka zauważył, że drzwi mają zasuwkę, dzięki której można je zamknąć od zewnątrz. Przesunął ją, co dało mu, przynajmniej na chwilę, przewagę nad tamtymi.

Wychylił się. Ile tu jest metrów?

W tej samej sekundzie ściana kamienicy naprzeciwko rozświetliła się na niebiesko. Policyjny radiowóz z piskiem opon zatrzymał się przed głównym wejściem. Sekundę później wyskoczyło z niego dwóch funkcjonariuszy.

– Stój! Policja! – krzyknął któryś za uciekającym ulicą cieniem; rozległ się tupot.

– Puść mnie, kurwa! – ryknął Czesiek po chwili.

Nowy przylgnął plecami do ściany.

– Kapuś pierdolony! Nowy, już nie żyjesz…

Mimo chłodu panującego na zewnątrz twarz Nowego płonęła ogniem, a serce rozsadzało piersi. Właśnie został posądzony o zdradę. To już się stało. Za chwilę mógł znaleźć się za kratami obok swojego oskarżyciela. To się jeszcze nie stało.

Co robić?

Mieszkanie Marii i sąsiadów miało wspólny balkon, co kilka chwil wcześniej bezlitośnie wykorzystał jeden z czyścicieli, podrzucając drugiego szczura. Teraz Nowy dostrzegł w tym sąsiedztwie szansę ratunku dla siebie. Lufcik, jak mówił Czesiek, był uchylony. Tamtędy wpuścił szczura, który miał przelać czarę goryczy i razem z innymi spowodować, że lokatorzy opuszczą swoje mieszkania, a spadkobierca będzie mógł zrobić z kamienicą, co zechce.

Tylko że dorosły człowiek nie zmieści się w otworze lufcika. Nowy przyjrzał się drzwiom balkonowym. Choć były stare, drewniane, sprawiały wrażenie solidnych. Niebieskie światło radiowozu wciąż migało, a z głębi kamienicy dochodziły coraz bardziej podniesione głosy. Prawdopodobnie wszyscy mieszkańcy byli na nogach i zaraz dokonają linczu na Patyku. Jednak w mieszkaniu, przed którego drzwiami balkonowymi teraz stał, nikt nie zapalał światła.

Rozejrzał się na boki. Ulicą nadjeżdżał jakiś samochód. W chwili, gdy warkot silnika był najgłośniejszy, mężczyzna uderzył łokciem w szybkę najbliższą wewnętrznej klamce. Była cienka, rozpadła się niczym tafla lodu w kwietniu. Niestety, mimo wszystko narobiła też sporo hałasu.

– Co tam się dzieje?! – dobiegł jakiś gniewny głos z góry.

Przywarł do ściany i wstrzymał oddech. Na szczęście hałas nie zaalarmował nikogo w radiowozie. Po chwili uciekinier wsunął dłoń w szparę, chwilę operował przy zimnym metalu. Wreszcie drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem.

Jedynym źródłem światła w mieszkaniu były uliczne latarnie. Gdzieś w półmroku musiał czaić się szczur; o tym Nowy również nie mógł nie pomyśleć. Udało mu się jednak szybko pokonać salon. Mieszkanie miało podobny układ co sąsiednie, więc zaraz odnalazł przedpokój i drzwi wejściowe. Jeśli do ich zamknięcia użyto tylko patentowego zamka…

Niemal podskoczył, słysząc pukanie. Chwilę trwał z uniesioną ręką. Wreszcie ostrożnie i powoli odchylił na milimetr przesłonkę judasza. Przyłożył policzek do powierzchni drzwi intensywnie pachnącej lakierem.

– Panie sąsiedzie! Panie Wieńczysławie – dobiegł z korytarza kobiecy głos. – Jest pan tam?

Mimo że pole widzenia było wąskie, ujrzał twarz stojącej po drugiej stronie sąsiadki, zniekształconą przez szkło. Za nią przesuwały się jakieś postacie. Cała kamienica, jak pomyślał wcześniej, nie spała. Gdyby więc pan Wieńczysław był w mieszkaniu, pewnie przynajmniej zapaliłby światło. A jak śpi, to tym lepiej. Oby sen miał mocny.

Przeczekam – postanowił w duchu Nowy.

Cofnął się o krok i wtedy jego lewa stopa natrafiła na coś miękkiego. Cofnął ją szybko. Pochylił się i wytężył wzrok, jednak niczego nie widział. Mógł na powrót zająć się spoglądaniem przez wizjer w oczekiwaniu na dobry moment, by opuścić mieszkanie, jednak ciekawość okazała się silniejsza. Namacał włącznik światła…

– Boże…

Na podłodze w przedpokoju leżał starszy człowiek. Zwrócony był twarzą do ziemi, jego głowę porastały nieliczne kępki białych włosów. Staruszek. Czy to jest właśnie pan Wieńczysław? Nowy przez kilka chwil spoglądał na leżącego. Usiłował dostrzec najmniejszy choćby ruch w obrębie klatki piersiowej, który świadczyłby o tym, że człowiek ten jednak żyje. Ale tak się nie stało.

Zrobiło mu się nieznośnie zimno. Zimny był nawet pot pod pachami. Wybita szyba, odciski palców, tu i za ścianą – analizował gorączkowo. Nie, lepszych śladów nie mógł zostawić. Znalazł się w pułapce. A do tego jeszcze ten trup…

* * *

Przed kamienicą zatrzymał się duży, czarny volkswagen. Kierowca przez dłuższą chwilę nie wyłączał silnika i nie wychodził ze środka. Prawdopodobną przyczyną tego wahania była obecność radiowozu, z którego dobiegały jakieś podniesione głosy.

Po kilku chwilach rozsunęły się drzwi i z furgonetki wyszedł policjant w stopniu sierżanta. Od razu zwrócił uwagę na stojącego kilka metrów dalej volkswagena. Gdy zbliżył się do niego, w samochodzie opuszczono szybę.

– Co się dzieje, panie władzo? – Kierowca był pierwszy, ale sierżant zignorował pytanie.

– Tu nie wolno parkować. Proszę odjechać.

– Oczywiście, już odjeżdżam. Proszę mi jednak powiedzieć, co się tu dzieje. Jestem z administracji tego budynku.

– Mieliśmy zgłoszenie o awanturze w kamienicy. Moi ludzie to sprawdzają. Zatrzymaliśmy już dwóch podejrzanych.

Widać mężczyźnie w czarnym volkswagenie to wystarczyło, bo skinął oszczędnie głową. Zamknął okno, wycofał auto i zaparkował kilkanaście metrów dalej. Kilka chwil później wszedł do bramy kamienicy. Był to postawny mężczyzna w eleganckim płaszczu z wielbłądziej wełny.

Odprowadził go wzrok sierżanta, stojącego przy radiowozie.

– Miejsca za kratką mamy jeszcze dosyć, jakby co – mruknął pod nosem mundurowy, zsuwając czarną bejsbolówkę ku tyłowi głowy.

Tymczasem kierowca volkswagena pokonał podwórko i zniknął w jednej z klatek schodowych. Na parterze natknął się na spory tłum, składający się w większości ze starszych osób. O czymś rozmawiali, poruszeni; gestykulowali. Nie zauważył wśród nich policyjnych mundurów.

– Złapali wszystkich, sama widziałam! – Jakaś kobiecina w szlafroku uderzyła się pięścią w okryty dekolt.

– Ja słyszałem, że tylko dwóch. A przecież było ich więcej – oponował starszy pan w marynarce z miniaturką orderu w klapie, narzuconej na siatkowy podkoszulek.

– Trzeba zejść do radiowozu i sprawdzić – próbował ich godzić ktoś trzeci.

– A pan w jakiej sprawie? – przez gwar niczym ostrze noża przebił się kobiecy głos.

Czujni byli. Po tym, co się działo, nie mogli inaczej. W jednej chwili zrobiło się cicho. Wszystkie spojrzenia spoczęły na nieznajomym. Ten bynajmniej nie speszył się.

– Starszy referent Lipski, dzielnicowy zarząd budynków – przedstawił się, wypowiadając słowa bardzo starannie, jakby chciał, by dobrze je zapamiętano. – Dobry wieczór państwu.

Cisza. Przerwał ją dopiero inny męski głos.

– Już załatwione, panie kierowniku. Awaria usunięta. Możemy wracać. – Stojący pod ścianą mężczyzna w okularach z grubymi szkłami i w burej czapce z włóczki, naciśniętej nisko na oczy, postukał palcem w kartonową teczkę.

– A zatem możemy iść. Dobranoc państwu.

– Dobranoc – powiedział ktoś z tłumu, ktoś najgrzeczniejszy.

Mężczyźni opuścili kamienicę. Dopiero gdy znaleźli się w bramie, znacznie przyspieszyli kroku. Ten w płaszczu zapytał niegłośno:

– Gdzie Patyk i Czesiek?

– Wpadli – odpowiedział Nowy, równie konspiracyjnym szeptem.

– Co się właściwie stało? Mieliście tylko wypuścić szczury.

– Patyk zaczął hałasować. Tłukł szkło. Pewnie to zaniepokoiło lokatorów. Wezwali policję.

– I to mnie najbardziej dziwi. Że psy przyjechały – warknął ze złością Arek.

Znaleźli się na ulicy. Radiowóz z Patykiem i Cześkiem w środku wciąż stał przed kamienicą.

– Nie patrz tam – Arek syknął na Nowego. – Idziemy prosto do samochodu.

W chwili, gdy otwierał drzwiczki, z bramy wyszło dwóch policjantów. Towarzyszyła im jakaś kobieta. Nowy rozpoznał Marię. Uniósł rękę do skroni. Znów bolała go głowa.

– Wsiadaj, do cholery! – fuknął Arek.

Ruszyli spokojnie, by nie zwracać niepotrzebnie uwagi i nie drażnić policji. Dopiero za następną przecznicą Arek mocniej nacisnął na gaz. Nowy nie widział go jeszcze tak zdenerwowanego. Szef co chwila walił pięścią w kierownicę, wykonywał głową ruchy, jakby chciał wyswobodzić szyję ze zbyt ciasnego kołnierzyka. Siedzący obok z niepokojem patrzył na strzałkę szybkościomierza.

– Prostego zadania nie potraficie wykonać, jełopy pierdolone! – wycedził przez zęby Arek. – Mów mi jeszcze raz, jak to było. Tylko dokładnie. Pamiętasz?

– Tak.

I Nowy opowiedział o wszystkim, co działo od chwili, gdy przekroczył próg mieszkania Marii. Starał się nie pominąć niczego, żadnego szczegółu.

– Byli pijani? Jesteś pewien? – Arek nie dowierzał.

– Poczułem od nich alkohol.

– Skurwysyny! – Znów uderzył pięścią w kierownicę. – Teraz wszystko rozumiem. Nie, nie będę ich już wyciągał z mamra. Niech zgniją, niech ich jebią! Żeby taką prostą robotę skrewić. Tyle miesięcy pracy poszło na nic. Trzeba będzie wszystko zaczynać od początku… A ty?

– Co?

– Piłeś?

Nowy chuchnął jak sztubak. Tak też się poczuł, choć na oko był sporo starszy od Arka.

Przez kilka chwil nie mówili nic. Jechali przez centrum. Tak się przynajmniej Nowemu wydawało, bowiem miasta tego, tak jak swojego życia, nie pamiętał. Najwięcej neonów, najwyższe budynki ze szkła i światła, najwięcej ludzi na trotuarach – tak, to musiało być samo serce miasta. Podobało mu się, ale jednocześnie przerażało. Nie był pewny, czy dałby sobie radę, gdyby kazano mu teraz wysiąść z auta…

Czy to było jego miasto? A jeżeli tak, to czy od urodzenia, czy może osiedlił się w nim niedawno? Czy mieszkał tutaj, w centrum, czy gdzieś dalej, na peryferiach? Jeśli tak, to musiał pewnie uczyć się go przez długie miesiące. Jeśli nie lata.

Szef na szczęście nieco zwolnił. Chyba ochłonął.

– A jak ci się udało uciec? – zapytał, ruszając spod świateł na skrzyżowaniu.

– Przez balkon, do sąsiedniego mieszkania. Było zamknięte tylko na patent.

Ledwo Nowy wypowiedział te słowa, znów poczuł na plecach zimny dreszcz.

Powiedzieć, że nie było puste? – zapytał sam siebie w myślach.

– Na korytarzu kręciło się pełno ludzi – ciągnął po krótkiej chwili. – Nie mogłem tak po prostu wyjść, ale potem zrobiło się zamieszanie. Jakaś baba krzyknęła, że na jednym z wyższych pięter jeszcze kogoś złapali. Wykorzystałem okazję. A wtedy pojawił się szef. Złapałem tylko płaszcz z wieszaka i okulary z półki przy drzwiach. Nikt nie poznał…

W odpowiedzi Arek coś mruknął pod nosem. Taka myśl mimowolnie zamieniona w słowo. Potem włączył samochodowe radio, chwilę manipulował przy guzikach.

– Nie wiesz, jak się nazywasz, ale może pamiętasz, jaki masz muzyczny gust. – Mrugnął do Nowego, choć twarz miał nadal poważną. „Niebo tak bliskie, niebieska opieka. A naokoło ani śladu człowieka…” – śpiewał wokalista.

– Co to za jęki, ja pierdolę! Radio Maryja? – Kierowca już wyciągał rękę w stronę radia, ale Nowy ją zatrzymał.

– Nie.

Arek spojrzał z ukosa na pasażera, ale nie zmienił stacji.

– Ja skądś znam tę piosenkę – powiedział Nowy. – Na pewno już ją słyszałem.

Ale szef nie podzielał jego entuzjazmu.

– Jak pewnie setki innych.

– Nie. To coś więcej. Jakaś konkretna sytuacja…

Kilka następnych przecznic pokonali, nic nie mówiąc. Potem specjalista od czyszczenia kamienic wrócił do najważniejszego tematu.

– Na Patyka i Cześka pewnie nic nie będą mieli i szybko ich wypuszczą. Nikt z lokatorów nie widział, jak robią demolkę, mam rację?

– Nikt – potwierdził Nowy.

– Ciebie jednak zna stara, więc będziesz musiał zniknąć. Przynajmniej na jakiś czas.

– To znaczy?

– Wyjedziesz z miasta.

– Rozumiem.

– Nie zapytasz nawet: dokąd?

Nowy tylko wzruszył ramionami. O niewiele rzeczy pytał.

Każdego ranka Arek schodził do garażu, gdzie jego nowy pracownik pomieszkiwał kątem od tamtego feralnego dnia, który znał tylko i wyłącznie z opowieści. Jeśli Nowy akurat leżał na tapczanie, podnosił się. Wtedy Arek lekceważąco machał ręką. Po chwili pytał, czy może coś sobie przypomniał. Odpowiedź była zawsze taka sama: nie. I pewnie na nią czekał szef każdego dnia, tak jak czeka się na pierwszą filiżankę kawy czy jajko na miękko albo papierosa.

Nowy wykonywał polecenia. Jakiś głos podpowiadał mu, że tak trzeba. Incydent w mieszkaniu Marii, gdy nieoczekiwanie stanął na drodze Cześkowi i Patykowi, był pierwszy. Co go podkusiło? Nie znał przecież nikogo w tym mieście, tylko ich. No i Marię, którą pokazali mu na cmentarzu i o której Arek powiedział przed chwilą „stara”. Ale przecież była stara. Tak jak pan Wieńczysław, na którego dłoń Nowy nadepnął w sąsiednim mieszkaniu. Był stary i umarł na starość. 

A jeśli nie? Czy powinienem o tym powiedzieć? – zaczął się znów zastanawiać.

– Pamiętasz tę kartkę, którą przy tobie znaleźliśmy? – zapytał w pewnej chwili Arek.

To była jedna z dwóch rzeczy, które Nowy miał wtedy przy sobie, oczywiście prócz ubrania i butów. Dziwny zegarek, w którym włączył się stoper, choć nie wiadomo jak, bo nie było żadnych przycisków czy klawiszy. I ta kartka. Arek pokazał mu ją, gdy Nowy nieco wydobrzał. Ale nie potrafił nic o niej powiedzieć.

– Tę z numerem telefonu?

– Tak. – Człowiek za kierownicą wyciągnął z prawej bocznej kieszeni płaszcza niewielki karteluszek. – Powinieneś coś wiedzieć, Nowy…

– Co takiego?

Nie od razu odpowiedział. Dłoń trzymająca kartkę powędrowała ku dołowi. Wrzucił luz, nacisnął na hamulec. Zatrzymał samochód przy krawężniku chodnika. Westchnął, spojrzał na pomocnika, którego imię i nazwisko wciąż nie było mu znane.

– Nie wiem, skąd masz ten numer, ale…

Nagle zrobiło się jasno jak w dzień. Rozległ się pisk hamulców i przeraźliwy, ogłuszający huk. W ciągu następnej sekundy podłoga znalazła się tam, gdzie powinien być sufit. Powietrze wypełnił zgrzyt zgniatanej blachy i trzask rozbijanego szkła. W głowie Nowego jeszcze raz zapłakały wszystkie stłuczone tego wieczora w mieszkaniu Marii kryształy i ramki ze zdjęciami…

* * *

– Wszystko przez to, że daliście mu wsiąść do tego samochodu!

Średniego wzrostu, krępy mężczyzna odwrócił się od ściany i rozpoczął kolejną rundkę po pokoju. Ręce miał splecione na plecach. Utykał na jedną nogę.

– Już ci mówiłem, tamci byli szybsi. – Stojący nieco z boku drugi z mężczyzn, młodszy i nieco wyższy od tamtego, z siwiejącymi wąsami, rozłożył bezradnie ręce. – Po prostu podjechali pod bramę, zanim zdążyliśmy przekręcić klucz w stacyjce…

– Silnik powinien być włączony. Amatorzy!

Wąsacz pokornie skinął głową

– Ale po jaką cholerę wsiadł do ich bryki? Znał ich? – drążył kulejący.

– Nie wiem.

– Ty wsiadłbyś do samochodu z jakimiś obcymi facetami?

– To zależy. Autostopem się kiedyś jeździło…

– Nie pierdol mi o autostopie! – Kulejący zatrzymał się w pół kroku, spojrzał bykiem na rozmówcę. – Mało to policja i media ostrzegają przed zboczeńcami.

– Przed sobą powinni ostrzegać.

– Też prawda. – Stary odchrząknął. – Naprawdę nie widzieliście ich wcześniej?

– Pojawili się znikąd. Potem nas zgubili. Ich kierowca to niezły dżygit.

– Załatwili was jak dzieci. Wychodzi na to, że nie można was zostawić samych ani na chwilę. Człowiek wyjedzie na tydzień urlopu, wraca i zastaje takie kwiatki.

– Urlopu? – zdziwił się młodszy z mężczyzn, machinalnie dotykając wąsów.

– A co? – fuknął starszy, marszcząc srogo brwi. – Nie podoba się?

Tamten wzruszył ramionami. Jego ręka znów powędrowała ku twarzy, ale tym razem udało mu się zapanować nad odruchem.

– Myślałem, że ty masz urlop przez cały czas – powiedział, uśmiechając się wąsko.

– Bardzo śmieszne!

Przez kilka chwil nic nie mówili. Ciszę pracowicie wypełniało stukanie butów o podłogę, bowiem starszy znów zaczął krążyć od ściany do ściany. Po chwili zatrzymał się przy biurku i pochylił nad rozpostartym na nim dużym planem miasta. W milczeniu wpatrywał się w żółto-białą siatkę ulic.

– Mówisz – podjął – że namierzyliście go wczoraj na cmentarzu?

– Zgadza się – potwierdził wąsacz. – Nie wiemy, co robił przez ten czas, ale wiele wskazuje na to, że wpadł w złe towarzystwo. Jacek i Konrad mają go na oku… – przerwał, rozległ się dzwonek komórki. – Słucham? Co jest?

Kulejący rozprostował się znad biurka i spojrzał wyczekująco na podwładnego. Widział, jak jego twarz tężeje.

– Rozumiem – powiedział słabym głosem wąsacz. – Melduj mi, jak coś będziesz wiedział. Jesteśmy przez cały czas w firmie. Tak. Czekam.

Rozłączył się. Spojrzał na szefa, pokręcił głową.

– No mów, do kurwy nędzy! – huknął kulawy.

– Stało się coś złego…

* * *

Widział nad sobą gwiazdy. Nie potrafił ich nazwać, choć zawsze obiecywał sobie, że zajrzy do atlasu nieba. Wielki Wóz, Mały Wóz – tylko tyle. No i jeszcze Pas Oriona, na który składały się trzy gwiazdy w jednym szeregu.

– Chyba się ocknął – dobiegł go schrypnięty głos.

– Rzeczywiście – zawtórował mu inny, bardzo podobny.

Na tle rozgwieżdżonego nieba pokazały się dwa cienie, jeden z góry, drugi z dołu. Leżał na gołej ziemi, bo zaczynał już czuć zimno; ktoś się nad nim pochylał.

– Słyszy mnie pan? Halo, człowieku! Słyszysz mnie?

Czyjaś ręka szarpnęła go za ramię. Niezbyt może mocno, ale wystarczyło, by poczuł pulsujący ból. Aż jęknął.

– Czego go szarpiesz? – fuknął jeden z cieni.

– Co… co się stało? – wymamrotał wreszcie Nowy.