Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 207 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cień - Monika Rakusa

Monika, dwudziestoletnia studentka, osierocona przez matkę. Agnieszka, była żona starego opozycjonisty. Młoda pisarka, próbująca odnaleźć się w nowym środowisku. Wszystkie łączy jedna rzecz: poczucie braku i obcości wobec świata, w którym żyją. Bohaterki Rakusy podejmują walkę z rzeczywistością, każde z nich na swój sposób: szukając śladów bliskiej osoby, szaleńczo goniąc za życiem, walcząc z rodową dumą i ludzką litością czy próbując odzyskać własne ciało. Życie okazuje się dla nich pułapką bez wyjścia. Każde z nich musi odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: w jaki sposób odnaleźć choćby jego Cień?

W trzeciej książce Rakusa kontynuuje problematykę swoich poprzednich powieści – losy mężczyzn i kobiet przeplatają się, tworząc w jej historiach niezwykłą mozaikę. Świetnie napisane, poetyckie utwory to opowiadania najwyższej próby. Rakusa odważnie koresponduje z Alice Munro – jednak noblistka zajmuje się istotą kobiecości, zaś polska pisarka skupia się na uniwersalnych problemach każdego człowieka.

Monika Rakusa (ur. 1966) – psycholog społeczny, dziennikarka, autorka scenariuszy filmów dokumentalnych. Studiowała filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim i psychologię w Wyższej Szkole Psychologii Społecznej. W latach 2005-2010 brała udział w projekcie realizowanym dla United States Holocaust Memorial Museum. Mieszka w Warszawie, ma dwoje dzieci. Zadebiutowała w 2008 r. bardzo dobrze przyjętą powieścią 39,9. Kolejną powieść, Żonę Adama (W.A.B.) opublikowała w 2010 r. W tym samym roku ukazała się jej pierwsza książka dla dzieci, Baśnie dla Antosia (W.A.B.).

 

Opinie o ebooku Cień - Monika Rakusa

Fragment ebooka Cień - Monika Rakusa

Monika Rakusa

CIEŃ

Copyright © by Monika Rakusa, MMXIV

Wydanie I

Warszawa, MMXIV

I tak w wodę się chyląc na przemian

popłyniemy nieostrożnie w zapomnienie,

tylko płakać będą na ziemi

zostawione przez nas nasze cienie.

(Krzysztof Kamil Baczyński)

I. ŚLAD

Mama umarła nagle. W ostatnią sobotę stycznia. Wieczorem, w łazience. Ojca ani Marcina nie było w domu. A Marta szykowała się do wyjścia.

– Założę twoje kolczyki – wołała przez drzwi i szum wodospadu. – Te z turkusami… Mamo?!

Chwilę nawoływała jeszcze, nim wbiegła do łazienki.

Wodę zastała czystą, lekko pofalowaną. Sięgającą brzegów wanny. Błękitnawą od granatowych kafli. Mamę leżącą obok. Nagą. Z otwartymi oczami. Z połową twarzy bardziej niż obcą. Oko tej strony było krwiste, ale i sinawe w granatowej poświacie. Reszta ciała już spokojna i błękitna jak woda. Marta nigdy wcześniej nie widziała umarłego. Ale tu śmierć poczuła wyraźnie. Musiała stanąć nad ciałem, żeby dostać się do kranu. I chyba tak zrobiła, bo zakręciła kurek, zanim, jeszcze dygocząc, wystukała numer pogotowia i ojca. Zanim okryła mamę ręcznikiem.

Upadając na wznak, mama uderzyła głową o podłogę. Odrobina krwi została na posadzce. Ale odgłosu upadku Marta nie słyszała. Sekcja wykazała rozległy wylew. A Marta przypomniała sobie, że trzy dni przed śmiercią mamę bolała głowa. Że połykała jakieś przeciwbólowe tabletki, ale popękane naczynka w oku zlekceważyła. Zupełnie tak samo jak lekceważyła inne swoje dolegliwości. Nikt z rodziny też nie zwrócił uwagi.

Marta, rzecz jasna, wielokrotnie rozpamiętywała scenę śmierci matki. Gdyby nie kolczyki, nie znalazłaby jej. Woda sączyłaby się długo, kilka godzin. Zaczęłaby zalewać sąsiadów. I oni wszczęliby alarm. A gdyby nie zauważyli, na mokre ciało natknąłby się ojciec. To on miał wrócić pierwszy. Koło dwunastej wyszedłby od Przemka. Jak zwykle, kiedy się spotykali. Dobrze, że nie doszło do sąsiedzkiego alarmu. Tylko czemu właśnie ona musiała znaleźć mamę? Przecież taki ciężar powinien był spaść na ojca.

Potem też wszystko spadło na Martę. Ojciec okazał się bezużyteczny. I on, i Marcin. Obaj patrzyli na nią rozszerzonymi z przerażenia oczami. Zrób coś z tym, Martusiu, zdawali się błagać. To zbyt straszne…

Marta przekonała się, że mama miała rację, mówiąc o podobieństwie Marcina do ojca. Wcześniej tego podobieństwa nie zauważała. A teraz nawet wyglądali identycznie. Pięćdziesięcio- i dwudziestodwulatek – zamienieni nagle w pięciolatków. Jak gdyby to oni dwaj byli bliźniakami, a nie Marta z Marcinem.

Reakcja bliźniaczych chłopców budziła sprzeczne uczucia. Czemu ma wszystko za nich robić?! Przecież nie jest mamą. A zresztą – mama nigdy nie oddelegowała jej do roli opiekunki. Była na to zbyt sprawiedliwa. Niesprawiedliwie traktowała co najwyżej siebie samą.

Z drugiej strony – ich nieporadność Marta tłumaczyła sobie rozpaczą. A to przynosiło ukojenie. Są zrozpaczeni. To znaczy, że zawalił im się świat. I tak być powinno. Choć nie była pewna, jak być powinno. Bo nikt ważny wcześniej jej nie umarł. Mama była sierotą. A do dziadka ze strony ojca nie była przywiązana. W dzieciństwie ukochany pies Marty wpadł pod samochód, ale już zapomniała, co wtedy czuła. Pozostało mgliste wspomnienie jakiegoś rozpadu świata. Marta dorzuciła do tego wspomnienia silną potrzebę lojalności wobec bezbronnej mamy. Wierzyła, że mama gdzieś tu jest jeszcze. I nieznana część jej duszy na chwilę przed odejściem karmi się ich rozpaczą. Choć ta znana część przekonuje, że nie potrzebuje opłakiwania. Choć oficjalnie i wielokrotnie przeprasza, że swoją nagłą śmiercią narobiła tyle zamieszania.

Dlatego wolała wszystko zorganizować. I żeby ojciec nie wezwał na pomoc swojej matki. Bo mama jej nie znosiła. Choć, jak to mama, starała się nie okazywać niechęci. Ale nie chciałaby – tego jednego Marta mogła być pewna – żeby babcia swoim wtargnięciem zburzyła intymność ich żałoby. Żeby żerowała na ich tragedii. Karmiła się byciem pomocną. I jeszcze przed pogrzebem mamy zagarnęła dom mamy. Wypchnęła za próg jej ledwie wyczuwalny cień.

Tydzień po pogrzebie rodzinna symbioza ustała. Pewnie dlatego, że Marcie nie chciało się dłużej stać na straży takiej symbiozy. Po co?! Pozwoliła babci wtargnąć do ich domu. A sama zaszyła się we własnym pokoju. Mama odeszła, więc czego miała bronić? Niech babcia szykuje obiadki, niech pociesza, niech się rozlewa w kuchni albo salonie ze swoją zastępczą troską. Mamy i tak nie ma.

Marta przesiadywała u siebie. Leżała na wznak. Albo na boku, jeśli zmęczyło ją leżenie na wznak. Czasem siadała, gdy zmęczyło ją leżenie. Wtedy kręciła się w fotelu, przy biurku. I przez cały czas próbowała ustalać, co czuje. Nie wychodziło. Bo nic nie czuła. Jak gdyby reakcją na brak mógł być brak jedynie…

Biel lutego szarzała na zewnątrz. A wewnątrz czas się rozrzedzał. Tak że w końcu stał się niemal przezroczysty. Kolejne lento morendo oddzielały od następnego krótkie interwały. Znaczące o tyle tylko, że odcinające się od tła.

Zapamiętała obiadowy. Gdy babcia przygotowała lazanie. A oni stygli nad talerzami. No, czemu nie jedzą? Nie smakuje? Przecież dobre! Może soli? Marta usłyszała w głosie brata cień desperacji, kiedy odpowiadał, że nie, niedobre. Że to mama znała się na włoskiej kuchni, a babcia nie… Więc lepiej, żeby się w ogóle do niej nie zabierała… Babcia odpowiedziała, wzdychając, że przecież się starała. Albo – że chciała dobrze. I tylko miną wyraziła więcej. Ale może Marcie się zdawało. Tak czy inaczej, ojciec nie wytrzymał. Jej lazanie są pyszne. A dzieci naprawdę nie chciały jej urazić. Tylko ta potrawa… Ta potrawa ma dla nich szczególne znaczenie…

Marta nie miała zamiaru tego słuchać. Wstała od stołu i poszła do siebie. Słyszała, jak chwilę potem Marcin też wyszedł, zostawiając ojca – zdrajcę maminych lazanii. Paplę, który wyjawia sekrety. To przez niego babcia będzie ze współczuciem patrzyła na ich kulinarne sieroctwo. Przez niego będzie sądzić, że rozumie. I pewnie pogładzi ich po główkach swoją wielkoduszną łapą.

Przez kilka dni Marta pielęgnowała w sobie złość na ojca i niechęć do babki. Póki jedyne dostępne uczucia także nie wyblakły. Dopóki nie zmieniły się w mgłę, której już nie udawało się utrzymać. Ze swojej twierdzy z satysfakcją śledziła głośne, pełne oczekiwań postukiwania naczyń w kuchni, odgłosy głupiego radia z głupimi audycjami. Uwagi babci wypowiadane do siebie – niby. I monotonną paplaninę, gdy któreś z nich znalazło się w pobliżu.

Przypomniało się jej, jak kiedyś po wizycie babci mama pozwoliła sobie na komentarz. „Że też można wypowiedzieć tyle zdań naraz i równocześnie tak nic ważnego nie powiedzieć”. Jakoś tak mama to określiła. A Marta śmiała się wtedy. I mama też się śmiała. Potem rozmawiały długo, jak zaprzyjaźnione. Przypominając sobie tę scenę, Marta po raz pierwszy od śmierci mamy płakała nad śmiercią mamy.

A może bardziej płakała nad sobą… Kto wie… Potem skonstatowała nagle, ale bez zdziwienia, że w złości na babkę wcale nie chodziło o babkę. Ani nawet o jej wszędobylstwo. Tylko o mamę. I jej wieczną nieobecność. Jakby jedynym, co po niej zostało, było tych parę potraw, szczypta wspomnień. Wszystkiego jak na lekarstwo.

Pod nieobecność rodziny zakradła się do pokoju rodziców. Otworzyła szafę mamy. Ubrań niewiele… Mama od lat regularnie oddawała rzeczy, w których przestawała chodzić. Zawsze tak się bała starczego utonięcia w morzu niepotrzebnych przedmiotów. Jak się okazało, bała się niepotrzebnie! A teraz Marta mogła tylko wciskać nos między kilka swetrów, parę wiszących sukienek i bluzek. Wdrapywać się na drewnianą drabinkę. Żeby węszyć wśród starannie ułożonych stert letnich szmatek na półce pod sufitem. Wkładać głowę na zmianę do dwóch szuflad z bielizną. Ale mamie nawet własnego zapachu udało się nie nagromadzić. I teraz, po prawie dwóch miesiącach, trudno było odnaleźć mikry cień w zalewie innych, domowych. Wśród zapachowej mieszaniny. Wśród proszków, płynów do prania czy mydeł. Bo brudne rzeczy mamy babcia podstępnie uprała. Nawet jej nocną koszulę. I szlafrok. A perfumy, których mama czasem używała i których buteleczka stała na półce w łazience, też nie były zbyt intensywne. Jeśli pozostał w nich ślad zapachu, to przyduszony czymś miłym, ale uniwersalnym zaledwie.

Tylko w szarym swetrze odnalazła trop. Bo mama lubiła ten sweter i często nosiła. Pewnie bez prania odłożyła na półkę. Marta natychmiast wykradła zdobyczną relikwię i zaniosła do własnej szafy, wcześniej szczelnie pakując w foliowe torebki. Długo jeszcze, ale ostrożnie i tylko od czasu do czasu – żeby nie roztrwonić skromnej schedy – zanurzała twarz w torebkach.

A przecież ludzie zostawiają ślady. Oczywiście bałaganiarze najwięcej. I gdyby to ojciec umarł nagle, z łatwością mogłaby go odnaleźć. We wszystkich kątach pokoju rodziców roiło się od ojcowych spraw. Na biurku i na parapecie – w porozrzucanych, pokreślonych notatkach. Wśród masy ubrań zawalających szafę – wśród tych, które nosił często, rzadziej lub prawie nigdy. Gust ojca widziała między jego krawatami – w większości nieużywanymi. Prócz trzech z podobnymi wzorami, nierozwiązanymi, przygotowanymi do włożenia przez głowę. Wśród nich ten najbardziej kolorowy był dodatkowo poprzecierany na brzegach węzła.

Przedawniona, ale wielka miłość do tenisa wyzierała z zakurzonego i wciśniętego w kąt pokrowca. Bo w pokrowcu tkwiła rakieta tylko trochę podniszczona, ale najlepszy ówcześnie model pierwszorzędnej firmy.

W segregatorach i teczkach z wydrukami można było znaleźć ślady po habilitacji. Także wspomnienie po doktoracie – znacznie bardziej pożółkłe. Na olbrzymim regale książki i artykuły. Tak zwana literatura przedmiotu, w przeważającej części angielska, z ojcowymi podkreśleniami i uwagami na marginesach. Niżej inne książki – chaotyczna mieszanina publicystyki, polityki, historii, faktu i nieco przestarzałych popularnonaukowych nowinek. Te już bez podkreśleń, czytane „nieprofesjonalnie”. Obok stosy zaproszeń, korespondencji, programów i zdjęć z sympozjów.

No i jeszcze ułożone warstwami ulotki reklamowe. Na tych z niepamiętnych czasów, gdy ojciec kupił sobie aparat fotograficzny, turystyczne, głównie hiszpańskie. (We wczesnym dzieciństwie często tam przecież jeździli). Na nich katalogi producentów kafelków, wyposażenia łazienek i kuchni. (Marta pamięta, że w okolicach ’95 roku – Marcin i ona mieli wtedy jakieś siedem, osiem lat – rodzice przeprowadzili generalny remont mieszkania). Wyżej te żeglarskie – ojciec chciał wtedy kupić łódź żaglową – przywalone reklamami drewnianych domów. Bo kiedy zarzucił pomysł łodzi, zamarzył mu się dom nad Liwcem. Widać wyraźnie, że ojciec na zmianę chciał albo odpływać, albo zapuszczać korzenie… Na nich kolejne ślady. Tym razem ojca zrezygnowanego. Bo wycofał się ze wszystkich swoich makropomysłów. I kupił sobie kolejny aparat fotograficzny. Cyfrowy.

Obok wstydliwie zgniecione, wciśnięte w szufladkę biurka reklamówki restauracji sushi, chińskich i tajskich, włoskich. No i wszędzie masa pizzerii. Bo jeść lubił zawsze i niezależnie od wszystkiego…

Wśród wszechobecnego ojca jeszcze silniejsza wydała się Marcie nieobecność matki. Tylko jeden regał z książkami. Skromny księgozbiór. Uporządkowany, czysty – ułożony alfabetycznie. Kończący się (z wyjątkami) na wydaniach do roku ’91. W tym właśnie roku – po polonistyce i odchowaniu bliźniąt – mama zaczęła pracę w bibliotece publicznej. Od tej pory już rzadko kupowała książki, choć czytała bez przerwy. Dziecięcy obraz w głowie Marty to mama siedząca obok, ale pochłonięta lekturą. Wszelką i wszędzie. Nawet ulotek informacyjnych w poczekalni u lekarza i na tablicach ogłoszeń. Mamę z książką rysowała, kiedy dzieciom we wczesnej podstawówce zlecano matczyne portrety.

Marta lubiła chodzić do biblioteki mamy. Bo tam było inaczej. Mama była najważniejsza. Wśród bibliotecznego wyciszenia wydawała się głośna i rzucająca w oczy. Zdecydowana i u siebie. Pewnie dlatego Marta też tam była u siebie. Koleżanki mamy – nazywane przez nią „ciociami” – nie miały własnych dzieci. Sprawiały wrażenie zadowolonych, kiedy oboje z Marcinem przychodzili. Rozmawiały z nimi godzinami. Były wprowadzone w klasowe sprawy. Pamiętały imiona koleżanek i kolegów. Wielokrotnie powtarzały anegdoty o dziecięcych powiedzonkach Marcysia i Martusi. Jak w rodzinie.

W bibliotece, w pokoju socjalnym, zawsze czekały na nich nowe czasopisma, książki i ich własne bloki do rysowania, kredki, mazaki. Słodycze. Czasem – specjalnie dla nich upieczone ciasto.

Marcin opuścił bibliotekę szybko. Wraz z pierwszymi sportowymi fascynacjami. Przechwycił go wtedy ojciec i koledzy. Ale Marta została na kilka lat. W bibliotece zawsze dużo się działo. Pewnie dlatego, że mama prężnie nią zarządzała. Zamawiała nowości. Organizowała konkursy, spotkania, wieczory autorskie, także te z pisarzami dla dzieci. I dlatego Marta ciągle dostawała książki z osobistą dedykacją. Kiedyś była bardzo dumna ze swojej kolekcji.

Po śmierci mamy w gazecie ukazało się kilka księgarskich i bibliotekarskich nekrologów. Oficjalnych i przyjacielskich. A koleżanki przyszły na pogrzeb. Podczas składania kondolencji musiała szeptem przypominać ojcu ich imiona.

To tyle, jeśli chodzi o biblioteczny ślad po mamie. Pozostawały dokumenty, zdjęcia i pudełko z korespondencją. Bo komputera używał głównie ojciec. Mama korzystała ze służbowego, w pracy. W domu czasem słuchała muzyki na YouTubie. Przeważnie kiedy nie było ojca. Czasem sprawdzała pocztę. Ale nie w przeglądarce. Sprawdzała bezpośrednio na Onecie i chyba jakimś innym koncie. Tyle że haseł pocztowych Marta nie znała. A mama, w odróżnieniu od ojca, nigdy nie zarejestrowała się na żadnym portalu społecznościowym.

Nad dokumentami – starannie posegregowanymi i poukładanymi w oznaczonych teczkach – Marta spędziła kilka godzin. Choć nie wynikało z nich nic, czego by o mamie nie wiedziała: akty notarialne, wyrok w sprawie spadkowej po rodzicach. Dostała konta i mieszkanie, które sprzedała. A potem, już wspólnie z ojcem, kupiła to, w którym teraz mieszkali.

Samochody zmieniali kilka razy. Pozostały ślady po wszystkich poprzednich autach. Po studenckim maluchu i starej skodzie – pierwszym samochodzie, który Marta zapamiętała. I po kolejnych – peugeocie i toyotach. Choć te de facto należały do ojca. Mama właściwie nimi nie jeździła, a trzeciej już nawet nie przeżyła. Dlatego dokumentacja kończyła się na umowie kupna. To niemal pewne, że któryś z samochodów wreszcie nas przeżyje. Inaczej pies.

Zatrzymała się nad teczką „Szkoła”. Nad świadectwami, tymi z podstawówki. Wszystkimi jak to u grzecznej dziewczynki – z czerwonym paskiem. I licealnymi. Wzorowymi z klasy pierwszej i drugiej. Trójkowo-czwórkowymi z klas trzeciej i czwartej. W okresie licealnych przewartościowań mama się zakochała. Klasycznie, bo „bez wzajemności”, w Kamilu – punkrockowcu. Kamil wydał jej się wyjątkowy. Miał swoją kapelę i organizował szkolne koncerty. W mamie z kolei zakochał się Artur – matematyk z równoległej klasy. Mama przez jakiś czas spotykała się z Arturem. Opowiadała o tym kiedyś, przy okazji analogicznych miłosnych perypetii Marty. Tłumaczyła, że w tak niedorzeczny sposób chciała zagłuszyć swoją miłość do Kamila. Ale kiedy się przekonała, że metoda nie działa, natychmiast porzuciła matematyka.

Po nieco bardziej burzliwym (jak na mamę!) okresie licealnym maturę zdała wzorowo i od razu dostała się na polonistykę. Dyplom specjalności nauczycielskiej obroniła z wynikiem bardzo dobrym w lutym ’88 roku. W tym samym roku, tylko w grudniu, urodzili się Marta i Marcin. Wszystko poukładane. Jak to u mamy. Nic, co mogłoby choćby minimalnie zaskakiwać.

Nie zaskoczyły teczki podpisane „Marcin” i „Marta” – muzealne zbiory dobrej matki. Świadectwa urodzenia, książeczki zdrowia, plastikowe opaski z oddziału noworodkowego, mleczaki w woreczkach, testy alergiczne, wyniki badań, rentgeny – złamany na snowboardzie nadgarstek Marcina albo jej własna dokumentacja dysplazji prawego biodra. (Podobno jako niemowlak musiała nosić specjalny aparat). Kilka dyplomów. Wyróżnienia w konkursach recytatorskich i parę szkolnych wypracowań. A do tego dziesiątki datowanych (przez mamę) laurek, rysunków, wycinanek – odpowiednio do wieku niezdarnych. Prace nie świadczyły o uzdolnieniach któregokolwiek z nich. Nie były też ani szczególnie radosne, ani nawet specjalnie smutne. Nie skrywały poważnych dziecięcych dramatów. Marta musiałaby być szczególnie sentymentalna albo bardzo przywiązana do własnego dzieciństwa, żeby chciało jej się w to zagłębiać.

Za to teczka „Zdrowie” zrobiła wrażenie. Choćby przez swoją ostateczną nieaktualność. Marta z przejęciem śledziła opisy chorób mamy, wyniki badań krwi. W ’93 roku cierpiała na anemię, a rok później zaczęły się jej problemy z cholesterolem. W ’96 roku przydarzały jej się omdlenia. Zrobiono jej wtedy EEG, badania serca, badania przepływów krwi w tętnicy szyjnej. Marta na dłuższą chwilę zakrzepła nad krwią, która już nie krążyła. Wpatrywała się w zapis rytmu serca, które nie biło.

Znalazła też wypis ze szpitala na Karowej z roku ’88. Informował on – częściowo po łacinie – o zakończonej cesarskim cięciem bliźniaczej ciąży. Oboje – filius i filia – wyszli z tego odpowiednio vivus i viva.

Sięgnęła do pudełek z korespondencją. Przeważały ich własne wczesne listy z obozów i kolonii. Kilka zabawnych Marcina, który zawsze pisał wyłącznie o jedzeniu. „Kochani rodzice! Tu jest naprawdę fajnie. Kiedy jest kura, to zawsze jest udko. Ale jak indyk, to już nie! Wczoraj na obiad była kasza z gulaszem. I do tego bóraczki. Bardzo mi smakowało i poprosiłem o dokładkę. A na kolację zawsze jest dżem. Całóję, Marcin”. „Kochani rodzice! Kupiłem sobie dziś za własne pieniądze Francuskie naleśniki. Czy jedliście już Francuskie naleśniki? Są pyszne i można je jeść z różnymi polewami. Ja najbardziej lubię z jagodową albo czekoladową. Marta lubi z karmelkową. Pozdrawiam, WASZ SYN MARCIN”. „Rodzice! Dziś na obiad była ryba i jednemu chłopcu ość utkwiła w gardle. Pani pielęgniarka musiała ją wyjmować za pomocą pincety. Potem on muwił, że to wcale nie bolało. Musiał też zjeść dużo suhej bułki i popić wodą. Ale za to dostał na podwieczorek pyszną babkę pączową. A inni chłopcy tylko zwykły budyń. Pani pielęgniarka powiedziała, że on to dostał na pocieszenie. Trochę mu inni koledzy zazdrościli. Całuję, Marcin”. „Kochani rodzice! Tu jest bardzo fajnie. Naprzeciwko jest kiosk, gdzie możemy sobie kupować rużne słodycze i pamiątki. Codziennie tam chodzimy po obiedzie z kolegami. Dużo słodyczy już sobie kupiłem. Nie wiem czy mi na pewno wystarczy pieniędzy. Z takiego powodu że muszę wam przeciesz koniecznie kupić jakieś pamiątki guralskie. Całuję was i Martę też. PS. Jej muszę przeciesz też kupić jakąś fajną pamiątkę”.

W pudełku było sporo świątecznych kartek z życzeniami od znajomych, parę listów od koleżanek. I kilka od nieznanych Marcie dziadków.

Ale znalazła kilkanaście kartek i listów mamy – z okresu narzeczeństwa i nieco późniejszych. Te późniejsze, w większości pisane z Kopalina, gdzie rodzice na zmianę z nimi wyjeżdżali. Zgodnie z zaleceniami lekarzy, że na alergię dzieci tylko długi pobyt nad Bałtykiem. Mama tytułowała je przeróżnie. Ale zawsze miłośnie i fantazyjnie: „Jacku, Jaculku, Jaculeńku…”, „Jacuniu, Jacusiu – kochanie moje”, „Kochane moje – JA”, „Mój Wielki Imienniku Wielkiego Socjalisty i Dysydenta”, „Mój od Bałtyku do Francji…” (z późniejszych słów wynikało, że ojciec był wtedy na sympozjum w Paryżu), „Mój Ukochany JA – A CO! – mi tam – wyznam to znowu!”, „JA – CUŚ mi mówi, że kocham bardziej, niż kochałam pierwej!”, „JA kocham JA!, „Wszystkie dzwony tu biją – JA-CU-NIU!, „KOCHAM JACKA – i to wcale nie Kanał!”. Podpisywała je zazwyczaj „Kochająca namiętnie M.”. Ale było kilka wyjątków. Kartkę zaczynającą się od „Mój Wielki Imienniku Wielkiego Socjalisty i Dysydenta” mama zakończyła: „PROLETARIUSZU! ZŁĄCZ SIĘ W KOŃCU Z PROLETARIUSZKĄ M!”. Kartkę „JA – CUŚ mi mówi, że kocham bardziej, niż kochałam pierwej!” podpisała: „zakochana warszawianka”, a tę z okresu „francuskiego” – „od pary, nie w parze – bezsenna od marzeń”.

Marta wiedziała, że „Kochająca namiętnie M.” to z Cwietajewej, w młodości ukochanej poetki mamy. Ale na tym i na podstawowej zdolności do odczytywania cytatów kończyła się jej wiedza o kobiecie piszącej takie liściki. Wszystkie zapisane bardziej niż w całości gęstym, niewyraźnym pismem, pełne metaodniesień, cytatów, komiksowych historyjek o niej i Marcinie, stworzył ktoś, kogo Marta nie poznała.

Bezskutecznie próbowała dokonać rozbioru miłosnych listów mamy. Rozstrzygnąć, co w nich było jedynie znakiem czasu zaprzeszłego, co niezrozumiałym slangiem kochanków, co wreszcie tamtą mamą, która odeszła wiele lat wcześniej, zanim odeszła. Czy tamta mama była ważna? Czy wolno się do niej odwoływać? A może tamta zdezaktualizowała się już dawno, dawno temu… Może to tylko drobny wybryk, nieważny epizod w życiu tej, która zajmowała się nimi od jakichś piętnastu lat. W spokojnym życiu znajomej, miłej, przygaszonej pani. Równie starannej, co nieobecnej.

Listy wykradła. Przeniosła intymność mamy do swojego pokoju. Tak samo jak wcześniej wspomnienie jej zapachu. Nie miała wyrzutów sumienia. Zabierała ojcu tylko to, o co sam nie dbał.

Brak wyrzutów sumienia zmienił się w satysfakcję, kiedy przejrzała zdjęcia. Fotografie rodzinne – te z okresu papierowego – dzieliły się na części albumowe i przedalbumowe. Wszystkie albumy podpisała mama. Było tam kilka „służbowych”. Kilka dziecięcych (akademie, zdjęcia klasowe, kinderbale, święta…). A oprócz tego parę Bałtyków – pod hasłem „Kopalino”, cztery Hiszpanie, dwie Grecje, kilka razy Mazury (często wynajmowali jacht, kiedy ojciec zakochał się w żeglowaniu), Rzym, dwa razy Paryż i Wenecja. Raz – Lizbona, Bretania, Dania, Belgia, Holandia i Nowy Jork. Cztery albumy narciarskie (ojciec, Marta i Marcin na stokach i w górskich miasteczkach Austrii, Włoch i Słowacji).

W pierwszym, narciarskim, podpisanym „Białka Tatrzańska – luty ’93 r.” – mama jest jeszcze. Ale mniej więcej od ’94 roku zaczyna się jej znikanie z rodzinnych zdjęć. Powolne, systematyczne i tylko częściowo wytłumaczalne. Na narty po prostu przestała jeździć. Do Kopalina wyjeżdżali z ojcem na zakładkę. I to on miał aparat, więc dokumentował swoją część pobytu. Ewentualnie te kilka dni, gdy byli razem. Do Nowego Jorku nie pojechała. Nie jeździła też na Mazury. Raz tylko. Ale w Hiszpanii i Grecji, Bretanii, Wenecji, Danii, Belgii, Holandii, Lizbonie? Wszędzie była, a i tak znikała z ojcowego obiektywu.

Marta prześledziła znikanie mamy. Zabawiła się nawet w statystykę. Dwadzieścia trzy mamy – pierwsza Hiszpania, siedemnaście – druga. Ale tylko trzy razy mama w drugiej Wenecji i dwa w pierwszym Paryżu. Obiektyw ojca stopniowo odwraca się od niej. Choć za obiektywem stoją obiektywne powody. A to, że dzieci coraz większe, więc coraz dalej od matki. Rozwój dzieci to ważny temat dokumentacji. Dzieciństwo się nie powtórzy. Wiadomo. Albo wszystkie te niezwykłe odkrycia. Miejsca, do których dostępu „za komuny” albo w ogóle nie było, albo był ściśle reglamentowany. Przecież trzeba nacieszyć kliszę tak niespodziewanie zdobytym bogactwem. A natura? Natura też ważna. Z wiekiem coraz ważniejsza…

Choć ojcowe pochylanie się nad motylem, trawką i pszczołą przynależy już do ery cyfrowej. W tej epoce ojciec stał się piewcą przyrodniczego szczegółu. Do tego prawdziwym artystą eksperymentatorem. Pełna dokumentacja czasów cyfrowych zawala ojcowy komputer. Do tej epoki mama w ogóle nie trafiła. Może nawet nie chciała…

Tezę o albumowym znikaniu potwierdzały zdjęcia przedalbumowe. Pełne mamy. Jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym w roku ’85. Mama miała wtedy dwadzieścia dwa lata. (Dokładnie tyle samo ile Marta z Marcinem w chwili jej śmierci). Ale przez całe wspólne życie uwielbiali się fotografować. Dlatego pozostało po nich sporo zdjęć.

Może ta potrzeba utrwalania wzięła się z dziecięcego niedostatku. Kiedy to statyczną ciągłość rodzin przecięła fotograficzna zapaść. Wojenna zamieć porwała przedwojenne albumy. I może wcale nad nimi nie płakano. Tak dużo ważnych łez trzeba było wylewać. Starych albumów nie zastąpiły nowe. Bo czasy płonących lasów nie nadawały się na fotograficzne atelier.

To wojenne inwalidztwo uwydatniała przez kontrast gruba koperta z dziesiątkami zdjęć własnej rodziny – chyba szczęśliwej, bo skupionej na detalach – przesyłanych kiedyś bez żadnego umiaru i delikatności przez jednego z wujów dziadka. Temu wujowi tuż przed samą okupacją udało się wyemigrować do Stanów.

Rodzice mamy, fotograficzni bankruci, w ramach powojennej rekompensaty fotografowali się bez opamiętania. A kiedy urodziło się ich jedyne, wyczekane dziecko, obfotografowywali je jeszcze goręcej. Tu mama niemowlak w wielu odsłonach, z dużymi, zdziwionymi oczami w kształcie migdałów. W kąpieli, po kąpieli, w łóżeczku. Ale najczęściej na przemian na rękach obojga rodziców. Jakby każde z nich cały czas chciało ją trzymać blisko siebie. I sprawiedliwie się tym dzielili. Potem też. Mama w marynarskim ubranku stawiająca niepewne kroki. Na kilku fotografiach trzyma się męskiej dłoni, przyszpilonej gdzieś ponad obiektywem do widocznych na zdjęciu męskich spodni i butów. Tę samą mamę parokrotnie podtrzymuje dłoń kobieca. Obok kawałek letniej sukienki w kwiaty i lewy pantofel na obcasie.

Całe serie wakacyjnej mamy. Goła mama w chusteczce z łopatką i wiaderkiem, bardzo przejęta i umorusana. Kopie dołek. Stawia babkę z piasku. Nabiera wodę do wiaderka. Tu znów za rękę z tatą albo mamą wbiega do wody. A tu już mama w górach, na szlakach, w Zakopanem i Krynicy. W saniach zaprzężonych w podhalańskie owczarki. Mama nad rzeczką, w Sopocie na molo, na kucyku i na spływie kajakowym.

Mama w sezonie jesienno-zimowym. Na balu, przebrana za Czerwonego Kapturka, i dużo starsza – za Pippi. Mama, z jeszcze większymi oczami, na kolanach Świętego Mikołaja, mama pierwszego dnia w szkole, na huśtawce, na spacerze w Łazienkach. Na rowerze i na zajęciach tanecznych. Mama w fartuszku z tarczą stoi przy drabinkach szkolnej sali gimnastycznej, tuż obok dziewczynki, która – dumna – dzierży w dłoniach kartonik z napisem „IIIa”. A tu już licealna mama. I mama na studniówce. Przez kilkanaście ujęć tańczy poloneza z nieznanym Marcie chłopcem. Ale na innym zdjęciu ukradkiem zerka w stronę Kamila. Kamil tego nie widzi. Zadowolony przytula jakieś dwie koleżanki mamy.

Po śmierci rodziców mamy ojciec (byli już wtedy parą) przejął obowiązki rodzinnego fotografa. Przez kilka lat narzeczeństwa i pierwszych lat małżeństwa zrobił mamie dziesiątki zdjęć. Tylko z biało-czarnych stykówek wynika, że mama próbowała mu dorównać. Bezskutecznie. Od czasu do czasu przejmowała aparat i pstrykała kilka zdjęć naraz. Jakby wiedziała, że musi działać szybko. Ojciec ze stykówek zasłania się, robi głupawe miny, ziewa. I chwilę potem, na kolejnych, już odzyskuje należne mu miejsce za obiektywem.

Marta musiała przyznać, że młody ojciec umiał patrzeć na młodą mamę. Modelką była ładną – z tymi swoimi wielkimi, migdałowymi oczami, prostymi, równo przyciętymi włosami i grzywką na czole (przez całe życie nie zmieniła fryzury) – ale niekoniecznie łatwą. Jej uroda była nieoczywista, wymagająca. Trzeba było umieć zadbać o szczegóły. Wydobyć atuty – długą szyję, drobne, niewspółczesne dłonie. I przede wszystkim tę fascynującą niejednoznaczność. Spojrzenie dziecięce, naiwne. Jakby niewiele rozumiała, wszystkiemu się dziwiła. Do tego usta z nieznacznie gorzkim grymasem, z kącikami w dół nawet w uśmiechu. Sam uśmiech zawsze lekko ironiczny. Jakby o życiu wiedziała wszystko. I jakby ta wiedza nie skłaniała do optymizmu.

Młody ojciec umiał patrzeć na młodą mamę. Potrafił dostrzec w niej prawdziwą, klasyczną piękność. Z szyją jak u Modiglianiego i dłońmi Madonny. Ale to wcale nie najważniejsza z jego fotograficznych zasług. Ważniejsze, że potrafił zobaczyć swoim „subiektywem” wielokrotnie złożoną kobiecość mamy. Eteryczną, marzycielską, nieśmiałą, miękką. I na przekór temu – namiętną, pewną siebie, władczą. Tak erotyczną, że aż wyuzdaną.

Może Marta powinna czuć wdzięczność dla ojca za uwiecznienie nieznanego oblicza matki. Ale nie czuła. Tylko wściekłość i rozgoryczenie. Z jaką łatwością ojciec przedostał się do intymności mamy. Z jaką łatwością pokonał wszystkie bariery – grzeczności, wycofania, dystansu. Wszystko, o co inni zawsze się rozbijali, o co ona się rozbijała. Dostał, bo tak mu się zachciało. Przegrzebał, popatrzył, potrzymał i poszedł, zajęty nowymi pasjami. Odwrócił od mamy swoje twórcze oko i pozwolił jej znikać.

Z prawdziwą furią Marta wykradła ojcu wszystkie portrety tamtej miłości. Zwłaszcza ten, który był najbardziej. A Martę aż bolała od niego głowa.

Mama leży z ciemnymi włosami rozrzuconymi na białej poduszce. Jej nagość skrywa kadr i skraj prześcieradła, tak że gołe pozostają jedynie ramiona, szyja i jedna dłoń. Gotycka dłoń Madonny leży wyrzeźbiona na dekolcie nad domyślnymi piersiami. Spokojna, modli się tuż nad splotem słonecznym. Ale już reszta popiersia przynależy do innego porządku. I wprost wyrywa się w stronę kadru. A może raczej podaje, niż wyrywa. Głowa – w tym podaniu – unosi się milimetr nad poduszką. Ramiona też się podnoszą, tworząc w dekolcie łagodnie ocienioną dolinę między wzniesieniami. Smukła szyja jest napięta. Widać żyłki i niemal żywe, pulsujące zgrubienie tętnicy w trójkątnym wgłębieniu – tuż przy linii obojczyka. Drobny podbródek jest wysunięty, zdecydowany. Czoło lekko cofnięte. A oczy przymrużone, przymglone i prawie czarne. To właśnie o takich oczach mówi się: przepastne. Usta mamy z lekko wygiętymi w dół kącikami ukazują równocześnie i całkowite oddanie, i pełnię władzy. A ledwie dostrzegalny cień uśmiechu zdradza skończoną siłę i pewność. Że to do niej należy świat! Że to ona jest prawdziwą królową życia!

I tak kipiąca życiem królowa dostała się ojcu. A Marcie pozostało jej błękitnawe ciało z dna łazienki.

Nie miała zamiaru godzić się z taką niesprawiedliwością losu! Niesprawiedliwością straszliwą! A przy tym tak naturalną. Nigdy nie wybaczy ojcu! I zachowa swój ból. Specjalnie. Dla siebie. I matki. Żeby jego wieczna obecność stała się śladem po wiecznie nieobecnej…

***

List wypadł z kieszonkowego wydania Tamtych brzegów. Przez ponad półtora roku leżał razem z Nabokowem w zamykanej przegródce torebki mamy.

Marta od dawna nie czekała już na żadną wiadomość z tamtych brzegów. Wbrew zaprzeszłym zapewnieniom wybaczyła losowi ową „straszliwą” niesprawiedliwość. Po części dlatego, że niesprawiedliwość była naturalna. A z naturalną niesprawiedliwością godzimy się naturalnie. Po części dlatego, że Marta mimo doświadczenia utraty ciągle jeszcze przynależała do porządku młodości. Do tego pełnego nadziei i energii ponadczasu. Kiedy nie mamy zamiaru godzić się ze starczą małostkowością słowa. Kiedy je wyolbrzymiamy i wypowiadamy z butnym przytupem. Czasu, w którym notorycznie brakuje nam kolejnych stopni dla przymiotników, a odpowiednich zdrobnień czy zgrubień dla rzeczowników. W którym czasowników też używamy inaczej. Fantazyjnie. Bez realistycznych ograniczeń. Kiedy to z rozlanego teraz bez przestanku, oporów przeskakujemy od razu w zaprzyszłość albo zaprzeszłość.

I co w takim porządku oznacza