Cień - Marek Stelar - ebook
Opis

Robert Krugły, emerytowany oficer KWP w Szczecinie, prowadzi obecnie jednoosobową działalność gospodarczą. Po odejściu z policji zdobywa licencję prywatnego detektywa i robi to, co potrafi najlepiej. Szuka. Psów cennych ras, dowodów przekrętów, dowodów małżeńskich zdrad, a czasem dowodów... niewinności. Staje również przed największym wyzwaniem w swoim życiu, wyzwaniem, na które absolutnie nie jest gotowy… Lato 2015. Do goleniowskiego aresztu śledczego trafia siostrzeniec znanego szczecińskiego biznesmena podejrzanej konduity. Z zarzutami popełnienia dwóch morderstw, odmawia współpracy z prokuraturą. Wuj, z pewnych względów przekonany o jego niewinności, wynajmuje Krugłego, stawiając sprawę jasno: ma nie tyle znaleźć prawdziwego mordercę, co udowodnić brak związku siostrzeńca z zabójstwami. Tymczasem prowadzący śledztwo w tej sprawie prokurator Michalczyk ze zgrozą stwierdza, że tropy mogą prowadzić do... księdza posługującego w miejscowej parafii rzymsko-katolickiej. Krugłego i Michalczyka znów łączy przypadek i współpraca: tym razem mocno nieoficjalna. Tragedia z przeszłości księdza wydaje się mieć coś wspólnego z morderstwami, ale ani Krugły, ani Michalczyk nie mają pojęcia, jaki związek ma z nimi tajemnicza brunetka, która na krótko pojawiła się w życiu obu ofiar.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 459

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Pro­jekt okład­ki

Da­riusz Ko­cu­rek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2016

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 32-348-31-33

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

tekst © Ma­rek Ste­lar

ISBN 978-83-7835-516-8

Strzeż­cie się fał­szy­wych pro­ro­ków, 
któ­rzy przy­cho­dzą do was w owczej skó­rze, 
a we­wnątrz są dra­pież­ny­mi wil­ka­mi.

Mt 7, 15–16

I

Ci­sza. Nie­mal żad­ne­go dźwię­ku, choć nie było jesz­cze póź­no. Nie­bo na za­cho­dzie pło­nę­ło ostat­ni­mi pro­mie­nia­mi słoń­ca od­bi­ja­ją­cy­mi się w pod­sta­wie nad­cią­ga­ją­cych wraz ze zmierz­chem po­szar­pa­nych chmur. Jak na tak wcze­sny wie­czór ta ci­sza była nie­zwy­kła. Nic nie dzia­ło się za oknem, uli­cą nie prze­jeż­dża­ły sa­mo­cho­dy, żad­nych roz­wrzesz­cza­nych dzie­cia­ków z są­siedz­twa, oko­licz­ne psy też ja­koś przy­ci­chły… Było tak ci­cho, że sły­sza­ła tyl­ko se­kun­do­wą wska­zów­kę ku­chen­ne­go ze­ga­ra, jej każ­dy ruch od­mie­rza­ją­cy ko­lej­ne mi­nu­ty pod­czas mo­no­ton­nej i nie­koń­czą­cej się wę­drów­ki wo­kół tar­czy. Ci­sza; ko­ją­ca i przy­tul­na. Cza­sem taka ci­sza jak te­raz bu­dzi­ła w niej nie­po­kój i bo­le­sne wspo­mnie­nia tego cza­su, któ­ry mi­nął. Cza­su, w któ­rym kró­lo­wa­ła na zmia­nę z wy­peł­nia­ją­cy­mi tam­ten dom wrza­ska­mi in­nych lu­dzi i cha­osem wła­snych my­śli. Ale nie dziś. Dziś ci­sza była przy­ja­zna i bło­ga. Było jej w niej do­brze.

Sie­dzia­ła w kuch­ni, przy sto­le wci­śnię­tym w kąt koło okna, i w sku­pie­niu ro­bi­ła no­tat­ki w książ­ko­wym ka­len­da­rzu. Bosą sto­pę, wy­su­nię­tą do przo­du, opie­ra­ła pię­tą o te­ra­ko­to­wą po­sadz­kę. Dru­gą nogę bez­wied­nie za­ło­ży­ła za nogę krze­sła, nie czu­jąc, jak uci­śnię­te mię­śnie łyd­ki po­wo­li drę­twie­ją. Mro­wie­nie było jesz­cze bar­dzo de­li­kat­ne. Ma­chi­nal­nie za­ło­ży­ła za ucho nie­sfor­ny ko­smyk ja­snych wło­sów, opa­da­ją­cy co chwi­lę na czo­ło. Dłu­go­pis wę­dro­wał po stro­nach ka­len­da­rza. Co­fa­ła się o kil­ka dni, by coś uzu­peł­nić lub sko­ry­go­wać, albo wy­bie­ga­ła o kil­ka dni na­przód, jak­by chcia­ła upew­nić się, że o ni­czym nie za­po­mnia­ła. Mię­dzy kart­ki, jako uzu­peł­nie­nie no­ta­tek, po­wty­ka­ne było kil­ka­na­ście wy­cin­ków z ga­zet i wy­dru­ków ze stron in­ter­ne­to­wych. Po­wo­li zbli­żał się ko­niec.

Wresz­cie nad­szedł czas, by otrzą­snąć się z ma­ra­zmu i za­cząć dzia­łać. Po­czu­ła, jak do oczu znów na­pły­wa­ją jej łzy. Za­mru­ga­ła szyb­ko, nie po­zwa­la­jąc, by po­ja­wi­ły się na rzę­sach i spły­nę­ły po po­licz­kach. Nie bę­dzie wię­cej łez. Do­koń­czy­ła zda­nie, pod­kre­śla­jąc je gru­bą kre­chą, odło­ży­ła dłu­go­pis i za­mknę­ła ka­len­darz. Po­gła­ska­ła się po brzu­chu, w któ­rym kieł­ko­wał owoc jej pla­nu. Nie­chcia­ny czy może ra­czej nie­pla­no­wa­ny. Lecz mimo to była pew­na, że po­ko­cha to dziec­ko, kie­dy tyl­ko przyj­dzie na świat. Już je ko­cha­ła. Nie jego wina, że ni­g­dy nie do­wie się, kto jest jego oj­cem. Tego była pew­na – ta wie­dza w ni­czym mu nie po­mo­że…

Z kub­ka z wie­żą Eif­fla upi­ła łyk her­ba­ty i spoj­rza­ła w okno. Za­sta­na­wia­ła się, co robi Ma­rek. Nie chcia­ła dzwo­nić do nie­go te­raz, nie w ta­kim na­stro­ju. I tak w koń­cu roz­mo­wa zej­dzie na ten sam te­mat, co zwy­kle. Pra­wie za­wsze tak się dzia­ło. Nie było moż­li­wo­ści, żeby się od tego uwol­nić, przy­naj­mniej jesz­cze nie w tej chwi­li. Ale Ma­rek, w prze­ci­wień­stwie do niej, w ja­kiś nie­po­ję­ty spo­sób po­tra­fił za­wsze przejść do po­rząd­ku dzien­ne­go nad ludz­ki­mi tra­ge­dia­mi. Żyć da­lej, mimo wszyst­ko, choć wi­dział ich tak wie­le, wła­sna nie omi­nę­ła go rów­nież. A te­raz, po tych stra­co­nych la­tach, któ­rych ni­g­dy nie od­zy­ska, był jej je­dy­nym opar­ciem. Tłu­ma­czył cier­pli­wie, że wi­docz­nie tak mu­sia­ło być. Ona tak nie po­tra­fi­ła. Bo wca­le nie mu­sia­ło tak być. A on jak­by tego nie ro­zu­miał czy może nie chciał zro­zu­mieć…

Wplo­tła pal­ce we wło­sy, pod­par­ła czo­ło dłoń­mi, kła­dąc łok­cie na bla­cie sto­łu, i spoj­rza­ła na le­żą­cą obok ka­len­da­rza ko­mór­kę. Kie­ro­wa­na na­głym im­pul­sem chwy­ci­ła ją dra­pież­nym ru­chem, jak na­ło­go­wiec, któ­ry po nie­uda­nej pró­bie rzu­ce­nia pa­le­nia do­rwał pacz­kę scho­wa­ną na czar­ną go­dzi­nę gdzieś na dnie szu­fla­dy. Z hi­sto­rii po­łą­czeń wy­bra­ła nu­mer Mar­ka. Ode­brał. Usły­sza­ła jego ła­god­ny głos.

– Cześć, ma­leń­ka.

– Cześć. – Uśmiech­nę­ła się do nie­go, mimo że nie mógł tego wi­dzieć.

– Jak się czu­jesz? – za­py­tał.

– Do­brze – od­po­wie­dzia­ła zgod­nie z praw­dą i znów po­gła­ska­ła swój brzuch.

Ma­rek nie miał po­ję­cia o dziec­ku, zresz­tą cią­ża była wcze­sna i nie­wi­docz­na. Nikt o niej nie wie­dział, ona też by się nie zo­rien­to­wa­ła, gdy­by nie brak okre­su. Nie mia­ła na­wet po­ran­nych mdło­ści.

– Jak w pra­cy? – za­py­tał.

– Jak to w pra­cy – rzu­ci­ła zdaw­ko­wo, ale on nie dał się zbyć.

– Ten przy­głup da­lej ci do­ku­cza? – Wie­dział o jej sze­fie, dup­ku i cha­mie, któ­ry kie­dyś, przy kil­ku oso­bach, tuż po jej po­wro­cie do pra­cy ze zwol­nie­nia spo­wo­do­wa­ne­go na­wro­tem de­pre­sji, na­zwał ją wa­riat­ką.

– Uspo­ko­ił się. Na­gra­łam go raz i za­gro­zi­łam, że oskar­żę o mob­bing. Na ra­zie mam spo­kój… Zo­ba­czy­my się ja­koś? Nie­dłu­go?

– Tak – od­parł po chwi­li wa­ha­nia. – Wy­sko­czy­my coś zjeść. Ale te­raz mu­szę już koń­czyć…

– Nie po­ga­dasz ze mną? – zdzi­wi­ła się i coś za­kłu­ło ją w ser­cu.

– Na­praw­dę nie mogę. Mu­szę od­pra­wić mszę.

– O tej po­rze? – za­py­ta­ła po­dejrz­li­wie.

– Aka­de­mic­ką.

Wes­tchnę­ła. Cza­sem trud­no po­go­dzić się z tym, że nie jest się naj­waż­niej­szym dla ko­goś, kto jest kimś ta­kim dla cie­bie. Że jest ktoś waż­niej­szy. Na­wet je­śli stwo­rzy­li Go lu­dzie, prze­ko­na­ni o tym, że to On stwo­rzył ich.

– Ko­cham cię – po­wie­dzia­ła.

– Ty de­wot­ko. – Sły­sza­ła, jak śmiech grze­cho­cze mu w gar­dle i po­czu­ła, jak ką­ci­ki jej ust wę­dru­ją do góry.

– Bar­dzo – do­da­ła jesz­cze.

– Ja cie­bie też. Cie­szę się, że wró­ci­łaś. Do zo­ba­cze­nia – szep­nął i roz­łą­czył się.

Po­ło­ży­ła te­le­fon na sto­le i wzię­ła do ręki dłu­go­pis. Czy­ste kart­ki pa­pie­ru wy­ję­te z dru­kar­ki le­ża­ły przed nią, cze­ka­jąc, aż za­peł­ni je swym sta­ran­nym, rów­nym pi­smem. List. Krzyk roz­pa­czy. I nie bez­dusz­ne, wy­sła­ne mej­lem wy­ra­zy, po­skła­da­ne z pik­se­li i mi­ga­ją­ce z mo­ni­to­ra albo wy­plu­te na kart­kę z kar­tri­dża dru­kar­ki, tyl­ko żar emo­cji prze­la­ny ręką na pa­pier pro­sto z ser­ca i gło­wy. Chcia­ła, by tar­ga­ją­ce nią uczu­cia wi­dać było wy­raź­nie w moc­niej­szym przy­ci­śnię­ciu dłu­go­pi­su, w szer­szej niż w in­nych miej­scach prze­rwie mię­dzy wy­ra­za­mi, kie­dy się za­wa­ha. Wie­dzia­ła, że ad­re­sat od­czy­ta to wszyst­ko, co znaj­dzie się mię­dzy wier­sza­mi.

Dłu­go­pis za­wisł na chwi­lę w po­wie­trzu, a po­tem do­tknął bia­łej po­wierzch­ni i za­czął su­nąć po niej, pro­wa­dzo­ny pew­ną ręką. Z za­sko­cze­niem uświa­do­mi­ła so­bie, że nie bę­dzie żad­ne­go wa­ha­nia ani za­sta­na­wia­nia się nad sło­wa­mi. Że od daw­na cały ten list ma w gło­wie, po­ukła­da­ny li­te­ra po li­te­rze, wy­raz za wy­ra­zem, zda­nie po zda­niu… I te­raz te zda­nia spły­wa­ły na pa­pier nie­mal bez chwi­li prze­rwy, za­peł­nia­jąc go swo­imi drob­ny­mi, nie­bie­ski­mi rząd­ka­mi, rów­niu­teń­ki­mi ni­czym prąż­ki na tka­ni­nie.

Ci­sza, cu­dow­na i nie­spo­ty­ka­na ci­sza, wciąż trwa­ła w naj­lep­sze, to­wa­rzy­sząc jej do chwi­li, w któ­rej skoń­czy­ła pi­sać, i dłu­go po­tem, kie­dy odło­ży­ła już dłu­go­pis i zga­si­ła lamp­kę. Sie­dzia­ła tak, oto­czo­na ko­ko­nem za­pa­da­ją­ce­go zmierz­chu, wpa­tru­jąc się w le­żą­cy przed nią prąż­ko­wa­ny pro­sto­kąt. Pa­pier nie­wy­raź­nie od­ci­nał się od mro­ku bla­dą po­świa­tą, co­raz ja­śniej­szą w mia­rę jak jej wzrok przy­zwy­cza­jał się do ciem­no­ści.

Na­resz­cie… Od­dy­cha­ła szyb­ko, tro­chę za szyb­ko. Na­gle po­czu­ła lek­ki ból z tyłu gło­wy. Zo­ba­czy­ła, jak koło kart­ki po­ja­wia się krop­ka. Po chwi­li dru­ga i trze­cia. Czer­wień krwi w pół­mro­ku wy­glą­da­ła jak czerń. Kro­ple ska­py­wa­ły po ko­lei na blat biur­ka z ci­chy­mi, le­d­wo sły­szal­ny­mi pac­nię­cia­mi; czwar­ta, pią­ta…

II

Kru­gły de­li­kat­nie od­su­nął wiot­ką ga­łąź bzu, pod­niósł ni­ko­na i wy­ce­lo­wał obiek­tyw. Za­czy­na­ła się nie­zła ak­cja. Nie­win­ne piesz­czo­ty na ka­na­pie prze­ro­dzi­ły się wła­śnie w dzi­ką ko­tło­wa­ni­nę na pod­ło­dze przed ko­min­kiem. Przed ko­min­kiem, ale rów­no­cze­śnie za ka­na­pą, któ­ra sta­ła ty­łem do Kru­głe­go, więc za­nim ostra jaz­da się za­czę­ła, nie zo­ba­czył twa­rzy ko­chan­ków, a tyl­ko ich wy­sta­ją­ce nad opar­ciem po­ty­li­ce, ra­mio­na i dło­nie. Wy­raź­nie wi­dział pal­ce wple­cio­ne we wło­sy i wę­dru­ją­ce po kar­kach, de­li­kat­nie i po­wo­li, bez drżą­ce­go wy­cze­ki­wa­nia, tyl­ko ze spo­koj­ną pew­no­ścią nie­uchron­ne­go na­dej­ścia speł­nie­nia. Nie spie­szy­li się, mie­li czas. Ale Kru­gły go nie miał. Dzi­wi­ła go bez­tro­ska tych lu­dzi, zwłasz­cza ko­bie­ty, pani domu, któ­ra nie za­dba­ła na­wet o opusz­cze­nie ro­let albo cho­ciaż od­su­nię­cie się gdzieś w mniej wi­docz­ne miej­sce sa­lo­nu. Wy­cho­dzą­ce z nie­go na ta­ras prze­szklo­ne drzwi, przez któ­re Kru­gły miał ide­al­ny wi­dok, były wiel­ko­ści skle­po­wej wi­try­ny w ga­le­rii han­dlo­wej. Na ze­wnątrz pa­no­wał już mrok, wnę­trze domu roz­świe­tlo­ne było dys­kret­ny­mi, wpusz­czo­ny­mi w su­fit lamp­ka­mi i ogniem otwar­te­go ko­min­ka. Frag­ment sa­lo­nu wy­ka­dro­wa­ny oście­ża­mi prze­ogrom­nych drzwisk przy­wo­dził na myśl sce­nę, i to co naj­mniej Te­atru Na­ro­do­we­go. Cóż, za­osz­czę­dzi­li mu tyl­ko ro­bo­ty.

Kru­gły spoj­rzał przez obiek­tyw i zo­ba­czył, że para nie­mal w ca­ło­ści znik­nę­ła za ka­na­pą. Wi­dać było tyl­ko wy­sta­ją­ce zza niej sple­cio­ne ze sobą łyd­ki i sto­py, po­ru­sza­ją­ce się ryt­micz­nie na kro­wiej skó­rze, roz­cią­gnię­tej na pod­ło­dze mię­dzy ka­na­pą a pa­le­ni­skiem ko­min­ka. Cmok­nął znie­chę­co­ny i od­su­nął apa­rat od twa­rzy. Nogi nie za­ła­twia­ły spra­wy, mu­siał mieć twa­rze, a przy­naj­mniej jed­ną – jej. Pa­trzył, jak nogi na­gle wy­prę­ża­ją się w spa­zmie roz­ko­szy, po­tem nie­ru­cho­mie­ją, a po ja­kimś cza­sie le­ni­wie prze­su­wa­ją się, głasz­cząc się wza­jem­nie sto­pa­mi po łyd­kach. „Dupa bla­da” – po­my­ślał Kru­gły, uświa­da­mia­jąc so­bie, że bę­dzie mu­siał po­cze­kać na na­stęp­ny raz. Tego, że bę­dzie na­stęp­ny raz, był nie­mal pe­wien. On wy­glą­dał na ogie­ra; ona za­cho­wy­wa­ła się, jak­by nie mia­ła fa­ce­ta od roku. Kru­gły wie­dział, że to nie­praw­da. Bo mia­ła, ale tak się aku­rat skła­da­ło, że zu­peł­nie in­ne­go niż ten, któ­ry wła­śnie z niej speł­zał.

Kil­ka mi­nut póź­niej zza ka­na­py wy­ło­ni­ła się ona. Przez chwi­lę Kru­gły wi­dział za­rys jej peł­nych pier­si i po­ślad­ków. Szyb­ko ubra­ła się w bia­ły szla­frok, po­tem wzię­ła z ko­min­ka pacz­kę LM-ów, wy­cią­gnę­ła z niej jed­ne­go pa­pie­ro­sa i za­pa­li­ła go. Męż­czy­zna zo­stał za ka­na­pą, wy­cią­gnię­ty na ła­cia­tej skó­rze, za­pew­ne roz­grze­wa­jąc się do po­wtór­ki. Ona tym­cza­sem po­de­szła do szkla­nych drzwi, od­su­nę­ła jed­no skrzy­dło na bok i wy­szła na ta­ras. Uru­cha­mia­na fo­to­ko­mór­ką lam­pa włą­czy­ła się, za­le­wa­jąc bia­łym świa­tłem ka­wał ogro­du. Kru­gły znie­ru­cho­miał w swej kry­jów­ce, ma­jąc go­rą­cą na­dzie­ję, że za­sło­na z mro­ku nocy i gę­stych krze­wów bzu jest wy­star­cza­ją­co szczel­na. Ko­bie­ta chci­wie za­cią­ga­ła się dy­mem, nie­ru­cho­mym wzro­kiem wpa­tru­jąc się w nie­okre­ślo­ny punkt gdzieś na czar­nym ho­ry­zon­cie. Za­trzy­ma­ła dym w płu­cach na kil­ka se­kund, a po­tem gwał­tow­nie go wy­pu­ści­ła, z od­gło­sem przy­po­mi­na­ją­cym su­szar­kę na naj­wyż­szym bie­gu, tak do­no­śnym, że do­tarł aż do kry­jów­ki Kru­głe­go. Sta­ran­nie, choć nie­co ner­wo­wo zga­si­ła nie­do­pa­łek, wy­cie­ra­jąc żar o jed­ną z ka­mien­nych płyt ta­ra­su, wrzu­ci­ła wy­strzę­pio­ny filtr do sto­ją­cej obok drzwi do­nicz­ki i wró­ci­ła do domu. Lam­pa na ścia­nie zga­sła wkrót­ce po tym, jak szkla­na ta­fla za­su­nę­ła się za ko­bie­tą. Te­atral­na sce­na znów biła bla­skiem wnę­trza, ja­rzą­cym się w ciem­no­ści nocy peł­ga­ją­cy­mi cie­nia­mi pło­mie­ni łap­czy­wie obej­mu­ją­cych roz­ża­rzo­ne po­la­na. Kru­gły przy­szy­ko­wał apa­rat, ale nie dane mu było zro­bić zdję­cia na mia­rę pre­mii. Ko­bie­ta i męż­czy­zna usie­dli na ka­na­pie, po chwi­li gło­wa ko­bie­ty znik­nę­ła za opar­ciem. Kru­gły za­klął ci­cho. Czyż­by mie­li ogra­ni­czyć się do zwy­kłe­go fel­la­tio? Wpa­try­wał się w tył ka­na­py, jak­by chciał ją za­cza­ro­wać i uczy­nić przej­rzy­stą. Ka­na­pa nie zro­bi­ła Kru­głe­mu tej przy­jem­no­ści, po­zo­sta­jąc taką, jaką była, więc na­stęp­ne dwa­dzie­ścia mi­nut spę­dził w ner­wo­wym ocze­ki­wa­niu na zmia­nę sy­tu­acji.

I fak­tycz­nie, w koń­cu zmie­ni­ła się, jed­nak nie w taki spo­sób, w jaki Kru­gły mógł­by so­bie ży­czyć. W pew­nej chwi­li na ota­cza­ją­cych go ga­łę­ziach zo­ba­czył mi­gnię­cia świa­tła la­tar­ki i po­czuł, jak coś chwy­ta go za kurt­kę i cią­gnie do tyłu, ku ścież­ce bie­gną­cej za ogro­dem. Se­kun­dę póź­niej zna­lazł się na niej; wą­skiej, żwi­ro­wej dróż­ce, któ­rą do­stał się go­dzi­nę wcze­śniej na te­ren po­se­sji. Ści­snął moc­no ni­ko­na i za­nim zdą­żył po­my­śleć, co ro­bić, to coś, co wy­rwa­ło go z kry­jów­ki, na­gle rzu­ci­ło go na zie­mię, a po­tem chwy­ci­ło za poły kurt­ki i po­de­rwa­ło do góry. Tak musi się czuć ła­nia schwy­ta­na przez lwa, ja­kieś dwie se­kun­dy przed prze­gry­zie­niem szyi i nie­chyb­ną śmier­cią.

– Ład­ny apa­rat – po­wie­dział ja­kiś głos w ciem­no­ści. – Twój?

Świa­tło la­tar­ki mi­ga­ło cha­otycz­nie po żwi­rze, ogro­dze­niu i jego twa­rzy. Kru­gły za­czął za­sta­na­wiać się, ja­kim cu­dem ten ktoś wi­dzi co­kol­wiek, sko­ro jest ciem­no jak w du­pie u Afro­ame­ry­ka­ni­na, i czy je­śli po­wie, że po­ży­czył apa­rat od ko­le­gi, to mu go nie znisz­czą. Ale wła­ści­ciel gło­su nie dał mu do­koń­czyć my­śli. Cios w twarz wy­wiał ją z mó­zgu Kru­głe­go ra­zem z po­zo­sta­ły­mi, przez chwi­lę po­zo­sta­wia­jąc jego gło­wę bo­le­śnie pu­stą.

– Mój – wy­stę­kał, czu­jąc, jak puch­nie mu dol­na war­ga.

– Pod­glą­dać przy­sze­dłeś, zbo­ku je­den? – Dru­gi, jesz­cze groź­niej­szy głos uświa­do­mił Kru­głe­mu, że jego szan­se na oca­le­nie apa­ra­tu, i być może swo­jej przy­stoj­nej twa­rzy, wła­śnie zma­la­ły dwu­krot­nie. W za­sa­dzie spa­dły nie­mal do zera.

– Za­raz wszyst­ko wy­ja­śnię – wy­stę­kał nie­wy­raź­nie, bo ję­zyk nie mógł pra­wi­dło­wo uło­żyć się na war­gach. Pew­nie wy­glą­da­ły już jak usta Na­ta­lii Si­wiec.

– Oby to brzmia­ło prze­ko­nu­ją­co. – Ko­lej­ny cios, tym ra­zem w brzuch, wy­ci­snął Kru­głe­mu po­wie­trze z płuc i znów po­wa­lił go na zie­mię.

Od­dy­chał spa­zma­tycz­nie, pró­bu­jąc zła­pać od­dech. Tu­ląc do pier­si apa­rat i chro­niąc dłu­gi obiek­tyw pod pa­chą, pod­niósł się, uklęk­nął na żwi­rze, pod­pie­ra­jąc się wol­ną ręką, i uniósł gło­wę. Spoj­rzał na swych opraw­ców za­łza­wio­ny­mi ocza­mi i uj­rzał dwie nie­wy­raź­ne syl­wet­ki, ma­ja­czą­ce w bla­dej po­świa­cie ulicz­nej la­tar­ni, sto­ją­cej u wy­lo­tu ście­żyn­ki. Zo­ba­czył, że są jed­na­ko­wo ubra­ni, a w ciem­no­ści bły­ska­ją od­bla­sko­we pa­ski, ja­kie zwy­kle na­szy­te są na spodnie i blu­zy po­li­cjan­tów służ­by pa­tro­lo­wo-pre­wen­cyj­nej. Na czap­kach z dasz­kiem sre­brem nici błysz­cza­ły orzeł­ki.

– Chło­pa­ki, po­słu­chaj­cie… Ale oni nie po­słu­cha­li, tyl­ko po­wle­kli go da­lej, w stro­nę uli­cy.

Kru­gły, wciąż tu­ląc apa­rat ni­czym naj­droż­szy skarb, już spo­koj­niej­szy, za­sta­na­wiał się, ja­kim cu­dem mógł dać się tak po­dejść. Gdy po­li­cjan­ci rzu­ci­li go na bruk koło la­tar­ni, zo­ba­czył sto­ją­cą pod nią ko­bie­tę. Znów pa­li­ła pa­pie­ro­sa, ale nie mia­ła na so­bie bia­łe­go szla­fro­ka, tyl­ko strój do bie­ga­nia; buty do jog­gin­gu, ob­ci­słe leg­gin­sy i ta­kąż ko­szul­kę. Mu­sia­ła szyb­ko bie­gać, sko­ro już tu do­tar­ła, inną kwe­stią było, ja­kim cu­dem Kru­gły nie za­uwa­żył, że zni­ka zza ka­na­py. Za­ga­pił się? Prze­peł­zła pod tym kro­wim skal­pem czy co?

– Ten pa­pie­ros to za­miast roz­grzew­ki? – za­py­tał, tak­su­jąc zmę­czo­nym spoj­rze­niem jej po­stać.

– Żar­tow­niś nam się tra­fił, co? – Je­den z po­li­cjan­tów, sier­żant, trą­cił Kru­głe­go bu­tem – Za mało ci wpier­do­li­li­śmy?

Dru­gi, mło­dy po­ste­run­ko­wy, po­chy­lił się, chwy­cił go za wło­sy i przy­cią­gnął do sie­bie. Kru­gły za­mru­gał, kie­dy jego twarz zna­la­zła się w za­się­gu ośle­pia­ją­ce­go świa­tła.

– Kur­wa, za­cze­kaj… – rzu­cił na­gle sier­żant zdu­szo­nym gło­sem. – Cze­kaj…

– Na co?

– Ja go znam. To… On jest… z ko­men­dy wo­je­wódz­kiej…

Kru­gły za­mknął oczy i opadł na zie­mię, opie­ra­jąc się na łok­ciu. Mu­siał tro­chę od­po­cząć. Cho­ciaż chwi­lecz­kę.

– To wasz? – za­py­ta­ła ko­bie­ta ze zdu­mie­niem w gło­sie, wska­zu­jąc pa­pie­ro­sem le­żą­ce­go na bru­ku ob­szar­pań­ca, któ­ry parę mi­nut wcze­śniej był nie­ja­kim Ro­ber­tem Kru­głym.

– O co tu cho­dzi, pa­nie…? Ko­mi­sa­rzu? Do­brze ko­ja­rzę? – za­py­tał nie­pew­nie ten, któ­ry po­więk­szył mu usta.

– To już nie­ak­tu­al­ne. – Kru­gły, nie­dba­le ma­cha­jąc dło­nią, splu­nął odro­bi­ną krwi, po­tem otarł pod­bró­dek i skrzy­wił się lek­ko z bólu. – Pa­no­wie po­zwo­lą: eme­ry­to­wa­ny pod­in­spek­tor Ro­bert Kru­gły. Obec­nie: Biu­ro De­tek­ty­wi­stycz­ne Kru­gły. Mam po­ka­zać li­cen­cję? I czy mogę wstać?

Ko­bie­ta wy­rzu­ci­ła już pa­pie­ro­sa gdzieś w ciem­ność i gry­ząc w sku­pie­niu dol­ną war­gę, pa­trzy­ła, jak po­li­cjan­ci po­ma­ga­ją po­zbie­rać się czło­wie­ko­wi, któ­ry ją pod­glą­dał. Kru­gły, za­sta­na­wia­jąc się, czy zmia­na po­zy­cji na pew­no była do­brym po­my­słem, spoj­rzał na nią bez zło­ści, za to z lek­kim po­dzi­wem.

– Jak pani mnie wy­pa­trzy­ła? – za­py­tał.

Od­da­ła spoj­rze­nie, ale w jej oczach było z ko­lei coś na kształt kpi­ny po­mie­sza­nej z roz­ba­wie­niem.

– Kie­dy w nocy palę na ta­ra­sie, a ro­bię to za­wsze w tym sa­mym miej­scu, koło drzwi, przez te krza­ki wi­dzę okno są­sia­dów. Ja­sny pro­sto­kąt, po­prze­ci­na­ny li­nia­mi ga­łę­zi i punk­ci­ka­mi li­ści. A dziś na jego tle, oprócz tych ga­łę­zi i li­ści, był pań­ski wiel­ki, cie­kaw­ski łeb.

Kru­gły uśmiech­nął się obo­la­ły­mi usta­mi. „Fel­la­tio” – po­my­ślał, krę­cąc gło­wą. Co za fa­tal­na po­mył­ka… Za­miast lo­dzi­ka te­le­fon na po­li­cję.

Gli­nia­rze po­pa­try­wa­li na sie­bie, wy­raź­nie nie wie­dząc, co zro­bić.

– Prze­pra­szam za to… – po­wie­dział je­den z nich, wska­zu­jąc twarz Kru­głe­go.

Kru­gły mach­nął ręką.

– Nie ma spra­wy.

Nie było. Sam świę­ty nie był; kie­dy pra­wie dwa­dzie­ścia lat temu ob­słu­gi­wał noc­ne tra­sy w mie­ście, jako zwy­kły kra­węż­nik, nie­raz zda­rza­ło mu się dać po­ucze­nie pa­ro­ma szyb­ki­mi w twarz. Gnoj­ki, któ­rym to ro­bił, nie zna­ły in­nych form per­swa­zji, a za­trzy­ma­nie na doł­ku trak­to­wa­ły jak tro­feum, więc cza­sem sta­rał się nie da­wać im oka­zji, by je zdo­być.

– Czy bę­dzie pani wno­sić oskar­że­nie prze­ciw­ko temu panu? – Sier­żant po­pa­trzył na ko­bie­tę i wska­zał Kru­głe­go.

Ten po­sta­no­wił za­cho­wać reszt­ki god­no­ści i nie ro­bić miny zbi­te­go psa, żeby wziąć ją na li­tość. Bę­dzie, co ma być. Ko­bie­ta z za­cię­tą miną zbli­ży­ła się do nie­go i zde­cy­do­wa­nym ru­chem wy­ję­ła mu z rąk ni­ko­na. Fa­cho­wo się­gnę­ła do klap­ki i wy­cią­gnę­ła kar­tę SD. Kru­gły za­ci­snął zęby. Kij tam z kar­tą, ale miał na niej nie­zgra­ne jesz­cze zdję­cia z Biesz­czad i tro­chę por­tre­tów Ewy, któ­re zro­bił, ucząc się fo­to­gra­fo­wa­nia. Uwa­żał, że są cał­kiem uda­ne. Ko­bie­ta z po­wro­tem we­tknę­ła mu w ręce apa­rat, cho­wa­jąc kar­tę w dło­ni.

– Po­peł­nił ja­kieś prze­stęp­stwo? – spy­ta­ła po­li­cjan­tów, wska­zu­jąc w bok, w kie­run­ku ścież­ki pro­wa­dzą­cej do jej ogro­du. – For­mal­nie?

Spoj­rze­li po so­bie. Po­ste­run­ko­wy nie­co ner­wo­wo wy­dy­mał war­gi. Bra­ko­wa­ło tyl­ko, żeby za­czął prze­stę­po­wać z nogi na nogę.

– Nno… – Sier­żant wy­su­nął do przo­du żu­chwę. – Pan ins… Ten pan nie wszedł na te­ren pani po­se­sji; był co praw­da w krza­kach, ale po dru­giej stro­nie ogro­dze­nia. Ro­bił pani zdję­cia bez jej zgo­dy, ale… – Urwał, pa­trząc, stro­pio­ny, w zie­mię.

Kru­gły po­dzię­ko­wał mu w my­ślach. Sie­dział na pło­cie, w do­dat­ku nogi miał po tam­tej stro­nie. Ko­bie­ta po­trzą­snę­ła gło­wą.

– Ale? – za­py­ta­ła.

W oczach znów mia­ła kpi­nę, lecz pa­trząc w nie, Kru­gły był już pe­wien, że wszyst­ko uj­dzie mu na su­cho. Oprócz utra­co­nych zdjęć.

– Niech so­bie idzie – stwier­dzi­ła po dłuż­szej chwi­li.

Na po­że­gna­nie ob­rzu­ci­ła całą trój­kę wy­mow­nym, choć nie­co za­gad­ko­wym spoj­rze­niem. Po­pra­wi­ła rę­kaw blu­zy wpi­ja­ją­cy się jej pod pa­chę i ru­szy­ła truch­tem przed sie­bie. Na­gle za­trzy­ma­ła się, nie prze­sta­jąc truch­tać w miej­scu.

– Jesz­cze jed­no, pa­nie de­tek­ty­wie bu­szu­ją­cy w bzie – po­wie­dzia­ła, od­wra­ca­jąc się – niech pan po­wie temu dup­ko­wi, któ­ry pana wy­na­jął, żeby dał so­bie spo­kój. Nie on pierw­szy wpadł na taki po­mysł. – Wy­ce­lo­wa­ła w Kru­głe­go trzy­ma­ną w ręku kar­tą pa­mię­ci. – Mam taką ko­lek­cję fil­mów z jego sek­su­al­ny­mi wy­czy­na­mi, że mo­gła­bym za­ło­żyć in­ter­ne­to­wy ser­wis z por­no­sa­mi. A zbie­ram je od kil­ku lat. Więc jak Kuba Bogu, tak Bóg Ku­bie i w du­pie mam, co na to jego mę­skie ego, zresz­tą tak małe, jak jego mózg i przy­ro­dze­nie. I niech się ła­ska­wie od­pier­do­li: dom ma zo­sta­wić mnie, czy mu się to po­do­ba, czy nie. Resz­tę niech so­bie za­bie­ra, mam to gdzieś. Ina­czej ten roz­wód bę­dzie go kosz­to­wał jesz­cze wię­cej. Do­bra­noc.

Za­czę­ła biec sprę­ży­stym, lek­kim kro­kiem, nik­nąc po chwi­li w ciem­no­ści, a po­tem za ro­giem uli­cy. Po­li­cjan­ci spoj­rze­li w mil­cze­niu na Kru­głe­go. Ta­kie za­tro­ska­ne spoj­rze­nia rzu­ca­ją spod zmarsz­czo­nych brwi za­cni lu­dzie, pa­trząc na człon­ka swo­jej ro­dzi­ny, któ­ry się sto­czył, zo­sta­jąc czar­ną owcą szar­ga­ją­cą jej opi­nię i do­bre imię.

– No, co? – mruk­nął Kru­gły, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Z cze­goś trze­ba żyć…

Spa­ko­wał apa­rat do tor­by, obej­rzaw­szy go przed­tem po­bież­nie w świe­tle la­tar­ni. Wy­glą­dał na nie­usz­ko­dzo­ny.

– Dzię­ki, pa­no­wie – rzu­cił ci­cho gdzieś przed sie­bie, opie­ra­jąc się o cał­kiem wy­god­ny płot. Chy­ba go po­trze­bo­wał.

– Nie ma spra­wy – od­po­wie­dział sier­żant. – Miej­my na­dzie­ję, że ko­bit­ka nie zmie­ni zda­nia i ni­cze­go nam nie za­rzu­ci. Wie pan, że po­win­ni­śmy za­ła­twić to ina­czej? – Po­kle­pał okład­kę służ­bo­we­go no­tat­ni­ka. – Zgło­sze­nie to zgło­sze­nie.

– Wiem – burk­nął Kru­gły. – Wła­śnie dla­te­go wam dzię­ku­ję. A nie dla­te­go, że je­stem miły.

Sier­żant wes­tchnął. So­li­dar­ność so­li­dar­no­ścią, ale bę­dzie mu­siał coś wy­my­ślić.

– Pod­rzu­cić pana gdzieś? – za­py­tał.

Kru­gły po­krę­cił gło­wą.

– Nie, dzię­ki. Za ro­giem mam sa­mo­chód.

Po­li­cjan­ci po­sta­li jesz­cze przez chwi­lę w mil­cze­niu, a po­tem od­wró­ci­li się jak na ko­men­dę i ode­szli, zni­ka­jąc za ro­giem. Kru­gły, wciąż opar­ty o płot, usi­łu­jąc się po­zbie­rać, usły­szał na­gle ryk prze­ga­zo­wa­ne­go sil­ni­ka. Wy­cie ści­chło na­gle, jak­by kie­row­ca prze­stra­szył się i gwał­tow­nie od­pu­ścił pe­dał gazu. Kie­dy ra­dio­wóz od­je­chał, Kru­gły zo­stał wresz­cie sam, prze­tra­wia­jąc w my­ślach go­rycz po­raż­ki. Po­zbie­rał z chod­ni­ka klu­czy­ki i resz­tę rze­czy, któ­re wy­sy­pa­ły się z kie­sze­ni pod­czas szar­pa­ni­ny. Zro­bił to, stę­ka­jąc i cze­pia­jąc się pło­tu, bo pul­su­ją­cy ból brzu­cha nie po­zwa­lał mu ani wy­pro­sto­wać się, ani skrę­cać tu­ło­wia. Tak, płot był jak zba­wie­nie. Zgię­ty wpół, zwią­za­ny wal­ką o od­dech, Kru­gły po­czła­pał do sa­mo­cho­du, wsiadł do nie­go z nie­wie­le mniej­szym wy­sił­kiem, niż wy­ma­ga­ło wcze­śniej­sze po­zbie­ra­nie się z zie­mi, i po­je­chał do domu.

Miał na dziś zde­cy­do­wa­nie dość. I po­trze­bo­wał prysz­ni­ca.

* * *

Kru­gły wszedł ci­cho do miesz­ka­nia, sta­ra­jąc się nie obu­dzić Ewy. Ostroż­nie odło­żył apa­rat na szaf­kę na buty i na pal­cach po­szedł do ła­zien­ki. De­li­kat­nie za­mknął za sobą drzwi, bo­jąc się, że trzask sta­rej klam­ki roz­le­gnie się w ci­szy nocy jak wy­strzał. Ostat­nio Ewa z ja­kie­goś po­wo­du zro­bi­ła się draż­li­wa. Obu­dze­nie jej nie by­ło­by do­brym po­my­słem i Kru­gły utwier­dził się w tym prze­ko­na­niu, gdy spoj­rzał w lu­stro.

Kie­dy, ja­dąc do domu, zer­kał na swo­ją twarz we wstecz­nym lu­ster­ku, nie wy­glą­da­ła tak źle. Tyl­ko że w sa­mo­cho­dzie ro­bił to w ni­kłym świe­tle mi­ja­nych la­tar­ni. Za to te­raz, pe­łen blask le­do­wych ża­ró­wek bru­tal­nie ob­na­żył re­al­ny stan znisz­czeń. Dol­na war­ga ob­wi­sła z le­wej stro­ny pod cię­ża­rem opu­chli­zny prze­cię­tej cien­ką, czer­wo­ną li­nią pęk­nię­te­go na­błon­ka. Na po­licz­ku wy­kwitł ma­low­ni­czy si­niec, któ­ry za­pew­ne już wkrót­ce za­cznie przy­bie­rać bar­wy tę­czy. Pod okiem po­ja­wi­ła się krwa­wa wy­bro­czy­na, a jego biał­ko tę­czów­ki na­bie­gło krwią. Guz nad uchem, na szczę­ście ukry­ty we wło­sach, był już tyl­ko nie­war­tym uwa­gi do­dat­kiem. Kru­gły wy­glą­dał, jak­by ktoś pró­bo­wał grać jego gło­wą w rug­by. Z twa­rzą nie­mal przy­le­pio­ną do lu­stra z nie­sma­kiem ob­ma­cy­wał ob­ra­że­nia, lek­ko sy­cząc co ja­kiś czas.

– Ślicz­nie. – Kru­gły od­ru­cho­wo zwarł dło­nie w pię­ści i za­sło­nił się, kie­dy głos Ewy za­brzmiał nie­mal tuż koło jego ucha.

– Jezu, nie strasz mnie! – pra­wie ryk­nął, po chwi­li uspo­ko­ił się i ze zdzi­wie­niem spoj­rzał na Ewę. – Ja­kim cu­dem tak ci­cho otwo­rzy­łaś te drzwi?

– Spo­so­bem. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – De­li­kat­nie i z uczu­ciem. Coś ci się sta­ło?

Kru­gły od­wró­cił twarz do lu­stra.

– Nie, skąd. Cze­mu py­tasz?

– Nie je­stem w na­stro­ju do żar­tów. – Ewa spo­chmur­nia­ła, opie­ra­jąc się z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi o fra­mu­gę.

Kru­gły po­ma­cał ję­zy­kiem ząb, stwier­dza­jąc ze ści­śnię­tym gar­dłem, że chy­ba lek­ko się chwie­je. Co jak co, ale zęby miał ład­ne, swo­je i chciał ten stan utrzy­mać naj­dłu­żej, jak to moż­li­we.

– W za­sa­dzie to ja też nie je­stem w na­stro­ju do żar­tów – po­wie­dział, za­sta­na­wia­jąc się, czy spró­bo­wać go do­tknąć pal­ca­mi.

Ku­rew­sko bał się, że mu w nich zo­sta­nie.

– Ktoś cię po­bił, Ro­bert?

– Nie, nie. Nie do koń­ca. To było… Cóż, moż­na po­wie­dzieć, że to było nie­po­ro­zu­mie­nie.

– Nie­po­ro­zu­mie­nie? Nie­po­ro­zu­mie­nia koń­czą się sło­wem „prze­pra­szam”, a nie cięż­ki­mi ob­ra­że­nia­mi.

– Eee… Sło­wo „prze­pra­szam” pa­dło – wy­ja­śnił uprzej­mie Kru­gły, do­da­jąc nie­po­trzeb­nie: – Na koń­cu.

– To nie jest za­baw­ne, Ro­bert. – Głos Ewy za­drżał. – Nie po­do­ba mi się ta two­ja pra­ca.

Kru­gły wes­tchnął.

– Ewa, to nie pora na ta­kie roz­mo­wy. Zresz­tą już to wał­ko­wa­li­śmy, i to nie raz ani nie dwa, więc pro­szę cię, nie wra­caj­my do tego wię­cej. Do­bra?

– Te­raz sy­tu­acja się tro­chę zmie­ni­ła…

– Ko­cha­nie, nic się nie zmie­ni­ło. Zro­zum, to była zwy­kła po­mył­ka. Tro­chę mnie okle­pa­li po twa­rzy i to wszyst­ko, żad­ne wiel­kie halo.

– Czy wy za­wsze mu­si­cie mieć ostat­nie zda­nie, do cho­le­ry?! – wrza­snę­ła Ewa i wy­bie­gła do sy­pial­ni.

Kru­gły usły­szał tyl­ko gło­śne trza­śnię­cie drzwi.

– Czy ja po­wie­dzia­łem coś nie tak? – z bez­brzeż­nym zdu­mie­niem w oczach za­py­tał swo­je­go od­bi­cia w lu­strze.

Zaj­rzał jesz­cze pod pod­ko­szul­kę, żeby obej­rzeć ko­lej­ny im­po­nu­ją­cy si­niec na brzu­chu, tuż koło most­ka. Cio­sy ra­czej omi­nę­ły ner­ki, ale miał wra­że­nie, że na­stęp­nym ra­zem wy­si­ka się na czer­wo­no. Po­krę­cił gło­wą z nie­do­wie­rza­niem, po czym zga­sił świa­tło i po­szedł udo­bru­chać Ewę. Prysz­nic so­bie na ra­zie da­ro­wał.

Kie­dy pró­bo­wał otwo­rzyć drzwi sy­pial­ni, oka­za­ło się, że Ewa za­mknę­ła się od środ­ka. Za­pu­kał ci­cho.

– Ewa? Otwórz. Ehm… Drzwi się za­trza­snę­ły…

– Nie za­trza­snę­ły się – usły­szał – idź spać na ka­na­pę. Nie chcę cię te­raz wi­dzieć.

Cóż było ro­bić? Zre­zy­gno­wa­ny, po­wlókł się z po­wro­tem w stro­nę ła­zien­ki, wziąć ten nie­szczę­sny prysz­nic. W po­ło­wie dro­gi usły­szał dźwięk prze­krę­ca­ne­go klu­cza. Za­wró­cił i wszedł do sy­pial­ni. Świa­tło było za­pa­lo­ne, Ewa sie­dzia­ła na łóż­ku, opar­ta o ścia­nę, z pod­kur­czo­ny­mi no­ga­mi, obej­mu­jąc ko­la­na rę­ko­ma. Kru­gły usiadł obok niej. Nie spoj­rza­ła na nie­go.

– Co jest, Ewuś? – za­py­tał. – Co się dzie­je? Nie po­zna­ję cię ostat­nio, wiesz? Do­pa­da cię ja­kaś prze­szłość czy co?

– Je­stem w cią­ży, Ro­bert – po­wie­dzia­ła, wciąż na nie­go nie pa­trząc.

Kru­gły zdrę­twiał, zo­ba­czył przed ocza­mi ciem­ne pla­my w tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym krew od­pły­nę­ła mu z twa­rzy, i po raz pierw­szy w ży­ciu po­czuł, że za­raz ze­mdle­je.

– Jak… jak to: w cią­ży? – wy­ją­kał, kie­dy się już tro­chę po­zbie­rał i wresz­cie był w sta­nie po­skła­dać kil­ka słów z sen­sem.

Wciąż miał su­cho w ustach, czuł, jak krew tęt­ni mu w uszach, za­po­mniał na­wet o bólu brzu­cha, że­ber i roz­cię­tej war­gi.

– Dzi­dziuś. W brzu­chu. Moim. Ja: ma­mu­sia, ty: ta­tuś. Już ro­zu­miesz?

– Prze­stań, to nie jest śmiesz­ne. Py­tam, jak to moż­li­we u cie­bie? Kur­wa, prze­cież bra­łaś ta­blet­ki!

– Mo­żesz nie prze­kli­nać przy dziec­ku?

Kru­gły od­dy­chał gło­śno przez nos.

– Któ­ry to mie­siąc? – za­py­tał.

– Je­śli do­brze po­li­czy­łam, to ja­kiś czter­na­sty ty­dzień. Pa­mię­tasz, pod ko­niec lu­te­go by­łam cho­ra, na ja­kiś czas od­sta­wi­łam, po­tem znów za­czę­łam je brać. Wspo­mi­na­łam ci o tym prze­cież.

– Nie pa­mię­tam. – Kru­gły zmarsz­czył brwi, kie­dy ty­po­wo sam­cza myśl prze­szła mu przez gło­wę, wy­wo­łu­jąc mały, ale bo­le­sny skurcz ser­ca. – Poza tym nie zga­dza mi się coś. Sko­ro od­sta­wi­łaś…

– To nie tak, pa­nie de­tek­ty­wie. – Ewa uśmiech­nę­ła się sła­bo. – Po od­sta­wie­niu ta­blet­ki an­ty­kon­cep­cyj­ne dzia­ła­ją jesz­cze przez ja­kiś czas. Jak za­czy­na się je brać po­now­nie, to znów mija tro­chę cza­su, za­nim za­czną dzia­łać. To za­wsze spra­wa in­dy­wi­du­al­na. A może po pro­stu coś po­my­li­łam…?

– Jezu… – szep­nął Kru­gły. – Prze­cież usta­li­li­śmy, że nie chce­my… Nie je­ste­śmy go­to­wi na… Nno…

– Na dziec­ko.

– Wła­śnie.

– Su­ge­ru­jesz, że mam się iść wy­skro­bać?

Kru­gły za­milkł.

– Nie. Ni­g­dy.

– In­nej opcji nie ma. Skro­ban­ka albo po­ród. Pierw­sze od­pa­da. Czy­li zo­sta­je dru­gie. Nie za­kła­dam po­ro­nie­nia.

– Je­steś ab­so­lut­nie pew­na? Że je­steś w cią­ży?

– Dla pew­no­ści zro­bi­łam test dwa razy. Ale pew­na to będę, do­pie­ro jak pój­dę do gi­ne­ko­lo­ga…

– Więc teo­re­tycz­nie ist­nie­je moż­li­wość, że…

– Ro­bert… – Ewa zła­pa­ła Kru­głe­go za rękę i zmu­si­ła, żeby spoj­rzał jej w oczy. – Sta­ło się i po­gódź się z tym. Je­ste­śmy w cią­ży. Ra­zem, tak?

– Wszyst­ko się strasz­nie skom­pli­ko­wa­ło. Ewa, ja…

– Tak? Wy­du­sisz to z sie­bie w koń­cu?

– Ja się boję, ro­zu­miesz…? Nie je­stem go­to­wy, ab­so­lut­nie!

– Jak mam to ro­zu­mieć? – za­nie­po­ko­iła się.

– Mam nie­li­mi­to­wa­ny czas pra­cy, cza­sem wy­jeż­dżam. Nie­spo­dzie­wa­nie. A dziec­ko to opie­ka, la­ta­nie po le­ka­rzach, wsta­wa­nie po nocy. Nie dam rady!

– To kto, prze­pra­szam, ma dać radę, jak nie ty?

– Jezu, nie w tym sen­sie…

– A w ja­kim?

– Do­bra, daj mi tro­chę cza­su, Ewa. Mu­szę się z tym oswo­ić. Mu­szę to prze­my­śleć, żeby ni­cze­go nie pal­nąć. Je­stem te­raz to­tal­nie roz­bi­ty.

– Do­brze – wes­tchnę­ła i spoj­rza­ła na nie­go z uko­sa. – Mo­żesz spać ze mną.

– Jaka ty je­steś dla mnie do­bra – Kru­gły wy­si­lił się na sła­by żart.

Sły­szał wła­sny głos, niż­szy niż zwy­kle, z tru­dem prze­ci­ska­ją­cy się przez ści­śnię­te gar­dło, ale pró­bo­wał za­cho­wy­wać się w mia­rę nor­mal­nie. W ży­ciu nie tyl­ko cio­sy trze­ba umieć przyj­mo­wać jak męż­czy­zna.

– Czy to ozna­cza, że nie bę­dzie­my mo­gli… – Za­wie­sił głos.

– Bę­dzie­my mo­gli. Nic mu nie zro­bisz, je­śli o to ci cho­dzi. Ale nie dziś, do­bra?

Kru­gły, ukła­da­jąc się obok Ewy, par­sk­nął ner­wo­wym śmie­chem.

– Dziś? Te­raz? Oba­wiam się, że nie sta­nął­bym na wy­so­ko­ści za­da­nia… – Jęk­nął z bólu, kie­dy opadł na obo­la­łe że­bra.

Po chwi­li Ewa wsta­ła, po­de­szła do ko­mo­dy pod ścia­ną i wy­cią­gnę­ła coś z szu­fla­dy.

– Po­patrz. Na ra­zie dzi­dziuś wy­glą­da tak. – Po­ka­za­ła mu te­sty cią­żo­we, na któ­rych zo­ba­czył po dwie ró­żo­we kre­secz­ki. – Zo­sta­wi­łam na pa­miąt­kę.

Uśmiech­nę­ła się, a Kru­głe­mu znów za­schło w gar­dle. Ewa odło­ży­ła te­sty z po­wro­tem do szu­fla­dy, wró­ci­ła do łóż­ka i po­ło­ży­ła się obok nie­go. Przy­war­ła do nie­go ple­ca­mi, „na ły­żecz­kę”, przy­kry­wa­jąc ich ko­cem.

– Nie zo­sta­wisz mnie? – za­py­ta­ła ci­cho, nie od­wra­ca­jąc się.

– Zgłu­pia­łaś? Ni­g­dy.

– Oże­nisz się ze mną?

– A ma to dla cie­bie aż ta­kie zna­cze­nie? Ni­g­dy nie mia­ło. Prze­cież to tyl­ko pa­pie­rek i dwa me­ta­lo­we kół­ka. Sama tak mó­wi­łaś.

– A jak te­raz ma zna­cze­nie?

Za­sta­no­wił się.

– Nno… Je­śli tak… Cóż, zde­cy­do­wa­nie, i mimo wszyst­ko ta myśl jest dla mnie jed­nak o wie­le mniej prze­ra­ża­ją­ca niż per­spek­ty­wa ry­chłe­go oj­co­stwa.

– Czy to nie­zbyt zręcz­ne oświad­czy­ny?

– Za­sta­no­wię się. Za dużo się dziś dzia­ło…

– Mógł­byś się po­spie­szyć. Nie chcia­ła­bym iść do ślu­bu z brzu­chem.

– Chy­ba za sta­rzy je­ste­śmy na ta­kie kry­go­wa­nie się, co? I za dłu­go ze sobą je­ste­śmy, żeby się tym przej­mo­wać.

– Moż­li­we… Też się boję, wiesz?

– Wiem.

– Nie dziec­ka. Mam już czter­dziest­kę na kar­ku. Ry­zy­ko…

– Wiem. I to też mnie mar­twi.

– Bę­dzie do­brze, zo­ba­czysz.

Mil­cze­li przez chwi­lę. Na­gle Ewa wes­tchnę­ła.

– Ob­wi­sną mi cyc­ki i brzuch, będę mia­ła wiel­ki ty­łek, roz­stę­py i nie będę mia­ła cza­su na ma­lo­wa­nie się ani na far­bo­wa­nie wło­sów. Nie zo­sta­wisz mnie? Nas?

– Od­ro­sty i ob­wi­słe cyc­ki to chy­ba w obec­nej sy­tu­acji nasz naj­mniej­szy pro­blem, co?

– Moż­li­we. Ale nie zo­sta­wisz?

– Daj spo­kój. Po­wie­dzia­łem już: nie zo­sta­wię cię. Was.

Le­że­li w ci­szy przy za­pa­lo­nym świe­tle. Kru­gły lek­ko uniósł gło­wę, chcąc się­gnąć wzro­kiem jej twa­rzy.

– Ewa… Ale nie masz ni­ko­go in­ne­go, praw­da?

– Zwa­rio­wa­łeś? – W jej gło­sie było zdu­mie­nie, ale nie od­wró­ci­ła się, więc nie wi­dział jej oczu. – Masz ja­kieś wąt­pli­wo­ści?

– Tak tyl­ko py­tam…

– Nie mam ni­ko­go – po­wie­dzia­ła uspo­ka­ja­ją­cym to­nem. – I nie za­mie­rzam mieć.

Znów po­le­że­li chwi­lę w ci­szy.

– In­te­re­su­ją­co pach­niesz, wiesz? – mruk­nę­ła Ewa.

– Bo nie wzią­łem prysz­ni­ca.

– Nie szko­dzi. To taki… sam­czy za­pa­szek. Sek­sow­ny…

Kru­gły nie wi­dział ni­cze­go sek­sow­ne­go w za­pa­chu potu, zie­mi i krwi, ale nic nie po­wie­dział. Ko­bie­ty są z Mar­sa, a męż­czyź­ni z We­nus. Albo na od­wrót.

– Śpij­my już, co? Wy­łą­czysz świa­tło?

Kru­gły wstał i trzep­nął kon­takt otwar­tą dło­nią. Po ciem­ku wró­cił do łóż­ka i przy­tu­lił się do Ewy, czu­jąc już po chwi­li, jak za­sy­pia. Zwiot­cza­ła w jego ob­ję­ciach, od­dy­cha­jąc spo­koj­nie i mia­ro­wo. Jej wło­sy pach­nia­ły mig­da­ła­mi. On nie mógł za­snąć. My­śli ko­tło­wa­ły mu się w gło­wie, zła­pał się na tym, że boi się po­ło­żyć rękę na brzu­chu Ewy. Wy­czer­pa­ny atrak­cja­mi wie­czo­ru, za­snął nad ra­nem twar­dym snem. Obu­dził się sam, o wpół do dzie­wią­tej, a obok sie­bie, na po­dusz­ce Ewy, zo­ba­czył kart­kę z na­ry­so­wa­nym ser­cem i na­pi­sem: „Mi­łe­go dnia, ta­tu­siu!”. Wpa­try­wał się w nią z dzie­sięć mi­nut, a po­tem po­szedł wresz­cie wziąć prysz­nic.

* * *

– Gra­tu­la­cje! – Głos Mi­chal­czy­ka był prze­peł­nio­ny au­ten­tycz­ną, szcze­rą i głę­bo­ką ra­do­ścią.

Gdy­by Kru­gły nie roz­ma­wiał z nim przez te­le­fon, pew­nie miał­by ocho­tę rzu­cić się na nie­go. W za­sa­dzie od­le­głość ni­cze­go nie zmie­nia­ła; te­raz też miał.

– Kru­gły ta­tu­siem! – za­wo­łał znów Mi­chal­czyk. – Coś ta­kie­go… Jak sa­mo­po­czu­cie?

– Je­stem, kur­wa, tak prze­ra­żo­ny, że nie masz po­ję­cia. Ewa po­wie­dzia­ła mi trzy dni temu, a ja da­lej mam cha­os w gło­wie…

– Mam po­ję­cie, wy­obraź so­bie. Też to prze­ży­łem ja­kieś dzie­sięć lat temu. Ale to miło sły­szeć, że w twar­dzie­lu Kru­głym drze­mią ludz­kie uczu­cia. Jak Ew­cia?

– Zno­si to le­piej niż ja. To tak mię­dzy nami.

– Zo­ba­czysz, bę­dzie faj­nie. Za­nim po­ja­wił się Mi­ko­łaj, mia­łem dzie­ciow­stręt, ner­wo­we po­ce­nie rąk na dźwięk wy­cia ba­cho­ra… To mija. Jung po­wie­dział, że czło­wiek przy­zwy­cza­ja się do wszyst­kie­go, je­śli tyl­ko osią­gnie od­po­wied­ni sto­pień ule­gło­ści. Nie wy­pa­da mi po­le­mi­zo­wać z Jun­giem, bo je­stem za krót­ki in­te­lek­tu­al­nie, ale ja twier­dzę, że to nie kwe­stia ule­gło­ści, tyl­ko po tro­sze po­zy­tyw­ne­go na­sta­wie­nia, ale przede wszyst­kim in­stynk­tu.

– Prze­trwa­nia?

– W two­im przy­pad­ku: ta­cie­rzyń­skie­go.

– Ja go chy­ba nie mam. Może ra­czej po­szu­kam w so­bie tej ule­gło­ści?

– Masz, masz. Tyl­ko głę­bo­ko ukry­ty, bo do tej pory nie był ci po­trzeb­ny. Ale wyj­dzie, zo­ba­czysz. Jak tam ro­bo­ta?

– Ja­koś leci. – Kru­głe­mu nie chcia­ło się ga­dać o bęc­kach, któ­re do­stał ostat­nio od ko­le­gów po by­łym fa­chu. – Chy­ba zro­bię so­bie kró­ciut­ką prze­rwę. Kil­ka dni: laba, ro­wer, może spę­dzi­my week­end nad mo­rzem…

Po­ga­da­li jesz­cze chwi­lę. Po­tem Kru­gły po­sta­no­wił wy­sko­czyć na mia­sto. Nie w ja­kimś kon­kret­nym celu, chciał się po pro­stu przejść i prze­wie­trzyć my­śli. Po­go­da była taka sama jak stan jego umy­słu: do dupy. Ano­ma­lie po­go­do­we ka­za­ły wąt­pić w ry­chłe na­dej­ście lata, wy­glą­da­ło na to, że na­tu­ra ola­ła tę porę roku zim­nym desz­czem, prze­cho­dząc od razu do je­sie­ni. Idąc przed sie­bie, Kru­gły wra­cał my­śla­mi do chwil sprzed pa­ru­na­stu mie­się­cy…

Przej­ście Kru­głe­go na po­li­cyj­ną eme­ry­tu­rę nie było kon­se­kwen­cją wy­da­rzeń sprzed dwóch lat, zwią­za­nych z na­pa­dem na ban­ko­wóz, śmier­cią Strzę­bo­sza i dziew­czy­ny w domu Söder­gre­na oraz ta­jem­ni­cze­go znik­nię­cia po­dej­rze­wa­ne­go o za­bi­cie pro­sty­tut­ki Mi­chal­czy­ka. Wszyst­ko ro­ze­szło się po ko­ściach: Mi­chal­czy­ka prze­nie­sio­no do re­jo­nów­ki w Go­le­nio­wie, z czym zresz­tą po­go­dził się bez pro­ble­mu, a po­stę­po­wa­nie dys­cy­pli­nar­ne pro­wa­dzo­ne w spra­wie Kru­głe­go umo­rzo­no. Mimo to Kru­gły czuł, że się wy­pa­la. Nie mógł żyć bez pra­cy, ale co­raz bar­dziej prze­szka­dza­ły mu sztyw­ne ramy, w ja­kich dzia­ła­ła ko­men­da wo­je­wódz­ka i w ogó­le po­li­cja. Był już w za­sa­dzie bar­dziej przed pięć­dzie­siąt­ką niż po czter­dzie­st­ce, mógł się więc spo­dzie­wać, że za ja­kiś czas po­sa­dzą go na sta­łe za biur­ko w cia­snym, ciem­nym po­ko­ju, co praw­da pięk­nej, ale cier­pią­cej na syn­drom cho­rych bu­dyn­ków ko­men­dy wo­je­wódz­kiej. Nie chciał tego tym moc­niej, im ta per­spek­ty­wa była bliż­sza i co­raz bar­dziej re­al­na.

Od­szedł na wła­sną proś­bę, rok po tam­tych wy­da­rze­niach. Na osło­dę do­stał przed­tem awans na pod­in­spek­to­ra, któ­ry z ra­cji wy­słu­gi lat teo­re­tycz­nie i tak na­le­żał mu się dużo wcze­śniej. Na­stęp­ca Ga­si­ka na sta­no­wi­sku ko­men­dan­ta wo­je­wódz­kie­go gra­tu­lo­wał Kru­głe­mu suk­ce­sów w pra­cy, le­jąc nie­omal łzy roz­pa­czy, wy­ra­żał żal z po­wo­du jego odej­ścia ze służ­by, po czym za­po­mniał o nim za­raz po­tem, jak Kru­gły opu­ścił ga­bi­net na pierw­szym pię­trze. Ko­le­dzy zro­bi­li świe­żo upie­czo­ne­mu eme­ry­to­wi po­że­gnal­ną bibę w Kafe Tan­go, zrzu­ci­li się na ogrom­ny wi­kli­no­wy bu­ja­ny fo­tel i cu­dow­ny bu­kiet w po­sta­ci skrzyn­ki piwa, w któ­rej tkwi­ły bu­tel­ki z prze­róż­ny­mi ga­tun­ka­mi zło­ci­ste­go trun­ku, każ­da z in­ne­go kra­ju. Ber­dak śpie­wał Nie płacz, kie­dy od­ja­dę i Ta ostat­nia nie­dzie­la do mo­men­tu, w któ­rym otwo­rzył usta za sze­ro­ko i znów zwich­nął so­bie żu­chwę. Dziew­czy­ny z Wy­dzia­łu Za­opa­trze­nia i In­we­sty­cji zro­bi­ły wła­sno­ręcz­nie małą ma­kiet­kę bu­dyn­ku ko­men­dy. Było miło i smut­no rów­no­cze­śnie; ze sta­rej eki­py za­bra­kło Cześ­ka Ku­del­skie­go, sta­re­go wil­ka sa­mot­ni­ka, któ­ry ty­dzień wcze­śniej skoń­czył ze sobą w swo­im miesz­ka­niu na osie­dlu Za­wadz­kie­go. Kie­dy go zna­le­zio­no, w po­ko­ju był tyl­ko on, sznur, prze­wró­co­ne krze­sło, trzy rów­nie pu­ste jak miesz­ka­nie flasz­ki po wód­ce i nie­do­koń­czo­ny mo­del bom­bow­ca. Jed­ną z ko­le­jek wy­pi­li za Cześ­ka.

Pod­czas tam­tej im­pre­zy, a wcze­śniej tak­że w pra­cy, wszy­scy py­ta­li, co Kru­gły bę­dzie te­raz ro­bił. Uśmie­chał się tyl­ko ta­jem­ni­czo i mó­wił, że się za­sta­na­wia. Ale już wie­dział, co bę­dzie ro­bił. Co chce ro­bić. A Mi­chal­czyk mu w tym ki­bi­co­wał.

– Pry­wat­ny de­tek­tyw Ro­bert Kru­gły to brzmi dum­nie – mó­wił, kie­dy Kru­gły do­pie­ro za­czy­nał my­śleć o odej­ściu z po­li­cji. – Masz do­świad­cze­nie i wie­dzę. Oraz, co nie mniej waż­ne, zna­jo­mo­ści. Li­cen­cję do­sta­niesz bez pro­ble­mu, na­wia­sem mó­wiąc, wrę­czy ci ją twój były szef. Masz za sobą wie­lo­let­nią służ­bę w po­li­cji, nie­na­gan­ną opi­nię, i tak da­lej. Eg­za­min to dla cie­bie pryszcz. Za­ło­żysz dzia­łal­ność go­spo­dar­czą, zro­bisz faj­ną stron­kę w ne­cie. Twoi ko­le­dzy nie od­mó­wią ci in­for­ma­cji, jak­by co; od spraw go­spo­dar­czych masz mnie: oczy­wi­ście nie wol­no mi w tym ak­tyw­nie to­bie po­ma­gać, ale mó­wić ci, jak masz dzia­łać – mogę. Ko­le­dzy z tech­ni­ki ope­ra­cyj­nej to do­radz­two w spra­wie sprzę­tu… Tu­dzież po­moc; nie wi­dzisz tego, ale mru­gam do cie­bie okiem. Więc jak?

– Ja­kie to pro­ste, Ma­te­usz. – Kru­gły mimo wszyst­ko miał mnó­stwo wąt­pli­wo­ści i w su­mie – nic dziw­ne­go.

Kie­dyś z cie­ka­wo­ści sko­czył ze spa­do­chro­nem. Oczy­wi­ście w tan­de­mie. Pa­mię­tał to uczu­cie, kie­dy ku­cał w od­su­nię­tych drzwiach le­cą­cej czte­ry ki­lo­me­try nad zie­mią awio­net­ki Ces­sny, czu­jąc na kar­ku cie­pły od­dech in­struk­to­ra, a na twa­rzy po­ry­wy lo­do­wa­te­go wia­tru. Za­sta­na­wiał się wte­dy, czy to aby na pew­no był do­bry po­mysł. Te­raz czuł się do­kład­nie tak samo. Skok w nie­zna­ne i nie­pew­ność po­wo­dze­nia. Ale tym ra­zem za ple­ca­mi nie miał ni­ko­go, kto umiał­by się zna­leźć w kry­zy­so­wej sy­tu­acji. Bo Mi­chal­czyk do­brze mu ży­czył, za­ra­żał en­tu­zja­zmem, ale też nie miał stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, z czym to się je.

– To jaką masz inną opcję, Ro­bert? – py­tał pro­ku­ra­tor. – Na­jąć się w ho­te­lu za de­tek­ty­wa? Sie­dzieć pod kra­wa­tem i w gra­na­to­wym gar­ni­tur­ku w dzia­le bez­pie­czeń­stwa ja­kiejś kor­po­ra­cji? Za­rzą­dzać ochro­nia­rza­mi w hi­per­mar­ke­cie? Nic nie ro­bić, dzia­dzieć z nu­dów i dzia­do­wać, sza­sta­jąc w bie­dron­ce pie­niędz­mi ze sty­pen­dium Za­kła­du Eme­ry­tal­no-Ren­to­we­go MSW?

– I tak mi je po­mniej­szą w przy­pad­ku znacz­niej­sze­go przy­cho­du…

– Tego ci ży­czę. Du­żych przy­cho­dów. A jak ci nie wyj­dzie, to się za­sta­no­wisz, co da­lej. Mo­żesz na­wet współ­pra­co­wać z więk­szy­mi biu­ra­mi de­tek­ty­wi­stycz­ny­mi, to na­praw­dę chłon­ny ry­nek, a lu­dzi z two­im do­świad­cze­niem i zna­jo­mo­ścia­mi nie ma wca­le tak dużo. Może po­myśl o ja­kiejś do­ta­cji z urzę­du mia­sta? „Moja pierw­sza fir­ma” czy coś ta­kie­go?

– Kasa na start to nie pro­blem. Bab­cia zo­sta­wi­ła mi coś nie­coś w te­sta­men­cie. Nie ru­sza­łem tego, wiesz, taki ka­pi­tał ra­tun­ko­wy.

– Może to nie­zręcz­nie za­brzmi, ale to jak szczę­ście w nie­szczę­ściu, co?

Kru­gły w koń­cu od­wa­żył się na ten krok. Ewa nie była naj­szczę­śliw­sza, ale nie mia­ła wyj­ścia. Mo­gła się z tym albo po­go­dzić, albo nie, co i tak nie zmie­ni­ło­by jego de­cy­zji. Więc się po­go­dzi­ła. Po kil­ku­na­stu ty­go­dniach za­ła­twia­nia for­mal­no­ści Kru­gły zo­stał li­cen­cjo­no­wa­nym de­tek­ty­wem, wła­ści­cie­lem fir­my Biu­ro De­tek­ty­wi­stycz­ne Kru­gły. A te­raz na do­da­tek już nie­dłu­go miał zo­stać oj­cem.

Piątek, 3 lipca

Kru­gły ni­g­dy wcze­śniej nie był tak bli­sko śmier­ci, jak w tam­tym mo­men­cie. W do­dat­ku był kom­plet­nie nie­świa­do­my, że ko­stu­cha nad­cho­dzi, a w za­sa­dzie nad­jeż­dża. Spo­tkał ją na przej­ściu dla pie­szych, na któ­re wtar­gnął w nie­mal ka­ta­to­nicz­nym sta­nie za­my­śle­nia. Przy­oble­kła się prze­bie­gle w jak naj­bar­dziej re­al­ny kształt srebr­nej to­yo­ty, omi­nę­ła go o cen­ty­me­try i wy­raź­nie za­wie­dzio­na „pu­dłem”, od­je­cha­ła z ry­kiem klak­so­nu. Kru­gły na­wet nie zdą­żył się po­rząd­nie prze­stra­szyć, bo tuż za nią zja­wił się czar­ny, wiel­ki jak po­twór ca­dil­lac esca­la­de. Po­wo­li wto­czył się na pasy, za­trzy­mu­jąc się tuż przed Kru­głym, jesz­cze bar­dziej za­sko­czo­nym niż dwie se­kun­dy wcze­śniej, w chwi­li, w któ­rej uświa­do­mił so­bie, że pra­wie zgi­nął. Tyl­ne drzwi otwo­rzy­ły się, a z prze­past­ne­go wnę­trza czar­ne­go po­two­ra roz­legł się lek­ko roz­ba­wio­ny głos:

– Czło­wie­ko­wi przed śmier­cią na­le­ży się po­rząd­ny po­si­łek. Za­tem za­pra­szam pana na obiad, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

Kru­gły ogar­nął się tro­chę, zbie­ra­jąc my­śli. Mę­ski głos brzmiał zna­jo­mo, ale w tej chwi­li nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć, gdzie i kie­dy sły­szał go wcze­śniej. Twarz dzię­ki ciem­nym szy­bom ukry­ta była w pół­mro­ku spo­wi­ja­ją­cym wnę­trze ca­dil­la­ca, więc nie mógł po­móc swej pa­mię­ci, do­pa­so­wu­jąc go do fi­zjo­no­mii.

– Dzię­ku­ję, nie sko­rzy­stam – rzu­cił. – Nie przyj­mu­ję za­pro­szeń od ob­cych męż­czyzn. Wam w gło­wach tyl­ko jed­no.

Ze środ­ka wy­ło­nił się rę­kaw czar­nej ma­ry­nar­ki. Wy­sta­wa­ła z nie­go dłoń, na któ­rej było wię­cej zło­ta, niż bab­cia Kru­głe­go uzbie­ra­ła przez całe swe dłu­gie i pra­co­wi­te ży­cie. Dłoń wy­ko­na­ła za­pra­sza­ją­cy ruch. W głę­bi auta Kru­gły wi­dział czy­jeś spodnie i frag­ment skó­rza­nej ta­pi­cer­ki. Wszyst­ko czar­ne. Rany bo­skie, czyż­by jed­nak ta to­yo­ta go rąb­nę­ła, a on umarł i przy­je­cha­li po nie­go z przed­się­bior­stwa po­grze­bo­we­go?

Stał bez ru­chu i cze­kał. Po chwi­li zza uchy­lo­nych drzwi uka­za­ła się twarz. Zna­jo­ma, choć nie­co star­sza, niż Kru­gły ją pa­mię­tał. „Pan Mi­lion Bak­sów”. Wło­sy, wciąż gę­ste, były już pra­wie zu­peł­nie siwe, mię­si­sta, opa­lo­na skó­ra po­licz­ków i pod­bród­ka ob­wi­sła, a pod ocza­mi po­ja­wi­ły się wor­ki.

– Ale z pana dow­ci­pas, no. Będę na­le­gał. Jak pan chce, mo­że­my na­wet do­go­nić tego chu­ja w toy­ocie. – Męż­czy­zna obej­rzał się na­gle, zer­ka­jąc przez tyl­ną szy­bę na sto­ją­cy za ca­dil­la­kiem sa­mo­chód. – Wsia­daj pan, za­nim za­czną trą­bić.

– Nic z tego, pa­nie So­ko­łow­ski. Mój ko­deks ho­no­ro­wy mi nie po­zwa­la. Nie mogę.

– Te­raz już pan może. Nie po­ża­łu­je pan. Do­bry obiad i krót­ka roz­mo­wa. Ni­czym pan nie ry­zy­ku­je.

– O ile pa­mię­tam, Zbro­jew­ski był ostat­ni raz wi­dzia­ny żywy wła­śnie na obie­dzie z pa­nem.

– Czy­sty przy­pa­dek, mó­wi­łem to panu wte­dy. Co pan z ta­kim sta­ry­mi hi­sto­ria­mi mi wy­jeż­dża?

– Bo hi­sto­ria lubi się po­wta­rzać. I tego się wła­śnie oba­wiam.

– Dow­ci­pas i fi­lo­zof na do­da­tek. Wsia­da pan?

Kru­gły wsiadł. Zro­bił to wbrew so­bie, za­sta­na­wia­jąc się, czy bę­dzie tego ża­ło­wał. Sa­do­wiąc się na skó­rza­nej ka­na­pie, z na­wy­ku rzu­cił okiem na kie­row­cę. Tę twarz, mimo że wi­dział ją z pro­fi­lu, rów­nież znał. Roz­siadł się wy­god­niej. Po­tęż­ny, sze­ścio­li­tro­wy sil­nik za­bul­go­tał i Kru­gły po­czuł, jak prze­cią­że­nie wci­ska go w opar­cie.

– To co, go­ni­my? – za­py­tał So­ko­łow­ski.

Kru­gły po­krę­cił prze­czą­co gło­wą i pa­trzył na sie­dzą­ce­go obok czło­wie­ka w czer­ni.

Se­ba­stian So­ko­łow­ski. Czło­wiek o nie­na­gan­nej pre­zen­cji. „Pan Mi­lion Bak­sów”, jak okre­ślił go kie­dyś pe­wien ko­le­ga Kru­głe­go. Tak zwa­ny biz­nes­men, czło­wiek in­te­re­su o ma­fij­nym ro­do­wo­dzie, któ­ry śli­zgał się w szcze­ciń­skim pół­świat­ku od wie­lu lat. Au­to­ko­mi­sy, lom­bar­dy, trans­port, gazy tech­nicz­ne, sieć pral­ni – my­dło i po­wi­dło. Nie wy­chy­lał się (z wy­jąt­kiem kup­na po­two­ra, w któ­re­go trze­wiach te­raz tkwi­li), nie ro­bił wo­kół sie­bie szu­mu, i może to dla­te­go wciąż spo­koj­nie ro­bił swo­je in­te­re­sy. Tyl­ko nie wy­glą­dał już jak mi­lion do­la­rów. Czas tro­chę go zde­wa­lu­ował, do ja­kichś stu ty­się­cy.

– Wi­dzę, że mnie pan pa­mię­ta, pa­nie ko­mi­sa­rzu? – Uśmiech na opa­lo­nej twa­rzy sko­ja­rzył się Kru­głe­mu z kro­ko­dy­lem.

– Czy­ta mi pan w my­ślach.

– Na­sze miłe spo­tka­nie… Ile to? Dzie­sięć lat temu, co?

– My­li­łem się. Nie czy­ta pan w my­ślach. Na pew­no nie po­my­śla­łem, że było miłe.

– Wku­rzył się pan wte­dy, kie­dy ka­za­li panu zo­sta­wić mnie w spo­ko­ju, co? To dla­te­go jest pan na mnie taki cię­ty?

– Da­lej współ­pra­cu­je pan z CBŚ? Mó­wię: „współ­pra­cu­je”, bo na ra­zie nie przy­cho­dzi mi na myśl inne okre­śle­nie.

– Pan da­ru­je, ale nie mogę z pa­nem roz­ma­wiać na te te­ma­ty. Nie jest pan funk­cjo­na­riu­szem po­li­cji. A na­wet gdy­by pan nim był i tak nie miał­by pan upraw­nień, żeby mnie o to py­tać.

– W po­rząd­ku. – Kru­gły uniósł ręce w ge­ście pod­da­nia. – Po­ję­cia tyl­ko nie mam, ja­kim cu­dem da­ro­wa­li panu tę „wy­dmusz­kę” ze „Szczu­rem”.

So­ko­łow­ski był za­mie­sza­ny w gło­śną spra­wę po­rwa­nia i za­bój­stwa nie­ja­kie­go Zbro­jew­skie­go, rów­nież biz­nes­me­na po­dej­rza­nej kon­du­ity, z któ­rym po­dob­no był skon­flik­to­wa­ny. Na­ga­by­wa­ny przez ofi­ce­ra Cen­tral­ne­go Biu­ra Śled­cze­go, pod­jął współ­pra­cę z CBŚ jako in­for­ma­tor. Po­wo­łu­jąc się na po­sia­da­ne przez sie­bie in­for­ma­cje, zdo­by­te swo­imi ka­na­ła­mi, wska­zał pew­ne­go zło­dzie­ja sa­mo­cho­dów z Raj­ko­wa pod Szcze­ci­nem, nie­ja­kie­go „Szczu­ra”, jako oso­bę bę­dą­cą bez­po­śred­nim świad­kiem po­rwa­nia i być może za­bój­stwa Zbro­jew­skie­go. „Szczur”, któ­re­mu gro­zi­ły po­waż­ne za­rzu­ty, po­szedł na współ­pra­cę i za obiet­ni­cę uzy­ska­nia sta­tu­su świad­ka ko­ron­ne­go obie­cał ujaw­nić oso­bę od­po­wie­dzial­ną za po­rwa­nie i za­bój­stwo. Tą oso­bą miał być… So­ko­łow­ski. Pro­ku­ra­to­ro­wi trud­no było w to wszyst­ko uwie­rzyć, bo wy­szło na to, że So­ko­łow­ski, wy­sta­wia­jąc or­ga­nom ści­ga­nia „Szczu­ra”, tak na­praw­dę do­niósł sam na sie­bie. Po­gu­bił się jesz­cze bar­dziej, kie­dy w są­dzie „Szczur” stwier­dził w koń­cu, że ze­zna­nia do­ty­czą­ce So­ko­łow­skie­go zo­sta­ły na nim wy­mu­szo­ne przez po­li­cję. Bez­tro­skim to­nem wy­ja­śnił, że pod­czas prze­słu­cha­nia funk­cjo­na­riusz gro­ził mu, że za­bój­stwo zo­sta­nie przy­pi­sa­ne jemu, a nie So­ko­łow­skie­mu, i to on, „Szczur”, pój­dzie ga­ro­wać na resz­tę ży­cia. Poza tym nie po­sia­da ab­so­lut­nie żad­nej wie­dzy o Zbro­jew­skim i jest zdzi­wio­ny, cze­go wszy­scy od nie­go chcą. No­tat­ka służ­bo­wa ofi­ce­ra CBŚ z wcze­śniej­sze­go roz­py­ta­nia So­ko­łow­skie­go za­gi­nę­ła, ofi­cer ów był już na eme­ry­tu­rze, a po­nie­waż prze­by­wał nie wia­do­mo gdzie, był nie­osią­gal­ny. Kie­dy już nikt nie mógł po­ła­pać się, gdzie leży praw­da i czy w ogó­le ja­kaś praw­da ist­nie­je, spra­wa się ry­pła. „Szczu­ra” ska­za­no tyl­ko za przy­na­leż­ność do gan­gu, a So­ko­łow­skie­go uwol­nio­no od za­rzu­tów, mimo że to z nim wła­śnie pod­czas obia­du w jed­nej z re­stau­ra­cji na Wa­łach Chro­bre­go Zbro­jew­ski po raz ostat­ni wi­dzia­ny był nie jako trup. Kru­gły w mniej wię­cej tam­tym okre­sie po­lo­wał na So­ko­łow­skie­go w związ­ku z jego ko­mi­sa­mi sa­mo­cho­do­wy­mi. Dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści po­ja­wia­ły się w nich kra­dzio­ne w Ho­lan­dii i Bel­gii sa­mo­cho­dy. Kie­dy zna­lazł go­ścia, któ­ry był ogni­wem łą­czą­cym So­ko­łow­skie­go z gan­giem zło­dziei, z góry przy­szło po­le­ce­nie, żeby zo­sta­wić biz­nes­me­na w spo­ko­ju. Oso­bi­ście mu­siał So­ko­łow­skie­go prze­pro­sić, a tam­ten gość-ogni­wo wię­cej na spo­tka­niu z Kru­głym się nie po­ja­wił. Z tego, co wie­dział Ro­bert, już ni­g­dzie się nie po­ja­wił. A jed­nym z człon­ków owe­go gan­gu zło­dziei sa­mo­cho­dów był wła­śnie „Szczur”. Tam­ta spra­wa we wspo­mnie­niach Kru­głe­go funk­cjo­no­wa­ła pod nie­ofi­cjal­nym kryp­to­ni­mem „Cze­ski film”, bo nikt, włącz­nie z nim sa­mym, nie wie­dział o co, prócz pie­nię­dzy, w niej cho­dzi­ło. W koń­cu do­szedł do wnio­sku, że So­ko­łow­ski rę­ka­mi po­li­cji za­ła­twił pry­wat­ne po­ra­chun­ki ze „Szczu­rem”.

Je­cha­li w mil­cze­niu ulicz­ka­mi Sta­re­go Mia­sta, esca­la­de z tru­dem mie­ścił się mię­dzy za­par­ko­wa­ny­mi na po­bo­czach sa­mo­cho­da­mi. Kru­gły roz­glą­dał się po wnętrz­no­ściach po­two­ra, prze­stron­nych ni­czym śre­dnio­wiecz­na ka­te­dra.

– Po­do­ba się panu auto? – ni to stwier­dził, ni to za­py­tał So­ko­łow­ski. – Im­po­nu­ją­ce, co? Wer­sja Pla­ti­num, spro­wa­dzi­łem so­bie ze Sta­nów. Sam kon­fi­gu­ro­wa­łem…

Kru­gły skrzy­wił się. Zro­bił to spe­cjal­nie, mimo że fura ro­bi­ła wra­że­nie. Ale wy­czu­wal­na w gło­sie So­ko­łow­skie­go chęć usły­sze­nia kom­ple­men­tu trą­ci­ła wie­śniac­twem.

– Mam fu­ne­ral­ne sko­ja­rze­nia – od­po­wie­dział nie­dba­le, roz­glą­da­jąc się wo­kół. – Tro­chę jak w gro­bie. Tfu, tfu, od­pu­kać…

So­ko­łow­ski nie za­re­ago­wał na jaw­ną za­czep­kę.

– Lu­bię czar­ny ko­lor, bo jest ele­ganc­ki. Po pro­stu.

– Tak, to wi­dać, że pan za nim prze­pa­da. No i wiel­kie jest… To w ra­mach ak­cji „Bądź wi­docz­ny na dro­dze”? Gdy­by w pew­nym mo­men­cie roz­le­gło się wo­ła­nie „hop, hop!”, to będę ja, pro­szę wy­słać ko­goś na po­szu­ki­wa­nia… A wie pan, co mó­wią o wła­ści­cie­lach du­żych sa­mo­cho­dów? – Od­ru­cho­wo po­dra­pał się ma­łym pal­cem w po­li­czek.

– Lu­bię prze­strzeń i wy­go­dę. Wi­dzę, że pan ko­mi­sarz ma dziś zły dzień.

– Były ko­mi­sarz, a w za­sa­dzie pod­in­spek­tor w sta­nie spo­czyn­ku. Ak­tu­al­nie wy­łącz­nie: pan.

– Tak, tak, wiem, sły­sza­łem. O pana no­wym za­ję­ciu też. Te siń­ce to efekt ja­kie­goś szko­le­nia?

– Ow­szem – bąk­nął Kru­gły. – Taki nie­ty­po­wy cer­ty­fi­kat jego ukoń­cze­nia…

So­ko­łow­ski przy­glą­dał mu się z lek­kim roz­ba­wie­niem.

– Za­chod­nio­po­mor­ska po­li­cja po­nio­sła nie­po­we­to­wa­ną stra­tę, co? – Ton jego gło­su ko­re­spon­do­wał ze spoj­rze­niem. – Nie­od­ża­ło­wa­ny ko­mi­sarz Kru­gły nie­ocze­ki­wa­nie prze­szedł w stan spo­czyn­ku, zo­sta­wia­jąc ko­le­gów z pra­cy w nie­utu­lo­nym żalu. Zbrod­nia­rze i krę­ta­cze wszel­kie­go au­to­ra­men­tu już za­cie­ra­ją ręce…

– Pan też?

– Pyta pan, czy ża­łu­ję?

– Py­tam, czy pan za­cie­ra.

– Ja? Ja, pa­nie ko­mi­sa­rzu… Pan po­zwo­li, że ze wzglę­du na sta­re cza­sy będę pana tak ty­tu­ło­wał?

– Po­zwo­lę – zgo­dził się ła­ska­wie Kru­gły.

– No, więc, pa­nie ko­mi­sa­rzu, ja je­stem biz­nes­me­nem. Pa­ram się wy­łącz­nie in­te­re­sa­mi, a nie zbrod­nią, a moje ręce są nie­ska­zi­tel­nie czy­ste. – So­ko­łow­ski obej­rzał dło­nie, za­dba­ne i sta­ran­nie wy­ma­ni­kiu­ro­wa­ne, a po­tem prze­cią­gle spoj­rzał na Kru­głe­go. – Był pan kie­dyś w Ra­dec­kim?

– Ow­szem.

– Więc pew­nie z przy­jem­no­ścią od­wie­dzi pan to miej­sce jesz­cze raz.

– Te­raz? Z pa­nem?

– Tak. Za­pra­szam ser­decz­nie. I go­rą­co.

– Wspo­mi­na­łem już, co są­dzę o za­pro­sze­niach na obiad od ob­cych?

– Ow­szem. Ale ja prze­cież nie je­stem obcy!

Kru­gły, wi­dząc brwi So­ko­łow­skie­go, unie­sio­ne wy­so­ko w te­atral­nej mi­nie świę­te­go obu­rze­nia, wes­tchnął.

– W ta­kim ra­zie od­wie­dzę. Ale tym ra­zem bez przy­jem­no­ści.

– Jak pan woli. W ta­kim ra­zie za­pra­szam.

Ca­dil­lac po chwi­li za­trzy­mał się na Tkac­kiej, koło strze­żo­ne­go par­kin­gu w miej­scu daw­ne­go baru Eks­tra. So­ko­łow­ski otwo­rzył swo­je drzwi i wy­siadł. Kru­gły prze­su­nął się po ka­na­pie w ich stro­nę. Wo­lał nie ry­zy­ko­wać wyj­ścia na uli­cę przez te po swo­jej stro­nie; gdy­by przy­pad­kiem coś nad­je­cha­ło i je uszko­dzi­ło, mu­siał­by sprze­dać miesz­ka­nie, żeby po­kryć kosz­ty na­pra­wy. Spusz­cza­jąc nogi na tro­tu­ar, zer­k­nął w stro­nę kie­row­cy. Ich spoj­rze­nia spo­tka­ły się we wstecz­nym lu­ster­ku. Kru­gły wy­siadł i po­pra­wił ma­ry­nar­kę. So­ko­łow­ski za­mknął drzwi, a Kru­gły stwier­dził, że coś jest w tym, o czym mó­wił mu kie­dyś Ja­rek Ber­dak: w ame­ry­kań­skich au­tach nie tyl­ko dźwięk sil­ni­ka jest cha­rak­te­ry­stycz­ny; na­wet od­głos trza­śnię­cia drzwia­mi jest zu­peł­nie inny.

Ru­szy­li w kie­run­ku re­stau­ra­cji Ra­dec­ki & Fa­mi­lia. Nie­po­zor­na wi­try­na kry­ła za sobą miłe, kli­ma­tycz­ne i nie­zbyt ob­szer­ne wnę­trze ozdo­bio­ne wy­ma­lo­wa­ny­mi na ścia­nach ła­ciń­ski­mi sen­ten­cja­mi oraz kuch­nię, wy­da­ją­cą ze swych cze­lu­ści ku­li­nar­ne cuda. We­szli do środ­ka, So­ko­łow­ski prze­pu­ścił Kru­głe­go przo­dem. Kru­gły za­sta­na­wiał się, czy to grzecz­ność, czy prze­jaw gra­ni­czą­cej z po­dejrz­li­wo­ścią ostroż­no­ści i czy w związ­ku z tym fun­da­tor jego dzi­siej­sze­go obia­du usią­dzie ple­ca­mi do ścia­ny. So­ko­łow­ski wy­brał roz­wią­za­nie po­śred­nie, kie­ru­jąc się do sto­li­ka w ma­łej, dys­kret­nej loży na ni­skim po­de­ście, ukry­tej za lek­ką ścian­ką przed­sion­ka. Usie­dli. Nad ich gło­wa­mi, na ścia­nie wid­niał na­pis: Ho­sti pec­tus, cor ami­co. Pierś dla wro­ga, ser­ce dla przy­ja­cie­la. Czy­ta­jąc kart­kę z tłu­ma­cze­niem sen­ten­cji, Kru­gły za­sta­na­wiał się, czy wy­bie­ra­jąc aku­rat to miej­sce, So­ko­łow­ski chciał dać mu coś do zro­zu­mie­nia. Ro­zej­rzał się po ścia­nach i uznał, że gdy­by to on miał wy­bie­rać, usa­dził­by ich w dru­gim ką­cie. Homo ho­mi­ni lu­pus.

– Na co pan ko­mi­sarz ma ocho­tę? – za­py­tał So­ko­łow­ski, bio­rąc od kel­ner­ki kar­tę dań. – Pro­szę się nie krę­po­wać. Ja za­pra­szam, tak jak się uma­wia­li­śmy. Je­śli cho­dzi o zupę, to po­le­cam Le­śne­go Dziad­ka.

W mil­cze­niu stu­dio­wał menu. Kru­gły zro­bił to samo. Zgod­nie z su­ge­stią So­ko­łow­skie­go po­sta­no­wił się nie krę­po­wać. Jako przy­staw­kę obaj za­mó­wi­li kre­wet­ki w so­sie ró­ża­nym, po­tem krem z grzy­bów le­śnych. Na dru­gie Kru­gły za­ży­czył so­bie cy­try­no­wą li­man­dę ze szpi­na­kiem za­pie­ka­ną z moz­za­rel­lą, a So­ko­łow­ski po­lę­dwi­cę w so­sie kur­ko­wym.

– Z de­se­rem niech pan się wstrzy­ma – rzu­cił do Kru­głe­go, kie­dy ten dyk­to­wał kel­ner­ce swo­je za­mó­wie­nie.

Kru­gły po­prze­stał więc na obie­dzie. Przy­staw­kę po­da­no od razu, za­raz po­tem zupę. So­ko­łow­ski jadł w mil­cze­niu, rzu­ca­jąc tyl­ko cza­sem zdaw­ko­we uwa­gi do­ty­czą­ce sztu­ki ku­li­nar­nej, a Kru­gły był mu na­wet wdzięcz­ny, bo mógł w spo­ko­ju de­lek­to­wać się po­sił­kiem. Swo­ją dro­gą, mógł tra­fić go­rzej. Mu­siał uczci­wie przy­znać, że So­ko­łow­ski w po­rów­na­niu ze swo­imi ko­le­ga­mi od in­te­re­sów był czło­wie­kiem cy­wi­li­zo­wa­nym, wy­sła­wiał się z elo­kwen­cją, a roz­mo­wa z nim nie była mę­czar­nią. Po­mi­ja­jąc oko­licz­no­ści, Kru­gły mógł­by na­wet okre­ślić ją jako przy­jem­ną. Gdy­by miał słu­chać po­to­ku „kurw” i „yy­y­yy”, prze­ry­wa­nych spo­ra­dycz­nie nor­mal­ny­mi sło­wa­mi sta­no­wią­cy­mi za­sad­ni­czą treść roz­mo­wy, chy­ba nie dał­by rady. Nie dziś i nie w tym sta­nie psy­chicz­nym.

Je­dli w mil­cze­niu, ci­szę mą­cił je­dy­nie brzęk sztuć­ców. Skoń­czy­li nie­mal jed­no­cze­śnie, od­kła­da­jąc noże i wi­del­ce na wy­czysz­czo­ne pół­mi­ski.

– Ko­nia­ku? – za­py­tał So­ko­łow­ski, wy­cie­ra­jąc usta ser­wet­ką i zer­ka­jąc w stro­nę kel­ner­ki. – Na lep­sze tra­wie­nie. Mam tu swo­ją bu­tel­kę.

– Do tak za­cne­go lo­ka­lu trze­ba przy­no­sić wła­sny al­ko­hol?

Kel­ner­ka po­de­szła z tacą do ich sto­li­ka i za­bra­ła ta­le­rze. So­ko­łow­ski za­gryzł usta, po­wstrzy­mu­jąc lek­ki uśmiech.

– Niech się pan nie wy­si­la. Nie ro­bię tego po to, żeby panu za­im­po­no­wać. Dla mnie to jest na­tu­ral­ne. Ja ro­zu­miem, że lu­dzie go­rzej sy­tu­owa­ni mogą uwa­żać coś ta­kie­go za zby­tek czy prze­sa­dę, ale nic na to nie po­ra­dzę. I, szcze­rze mó­wiąc, mam to głę­bo­ko w du­pie.

– Kto bo­ga­te­mu za­bro­ni, co?

– Otóż to. Le­piej być pięk­nym i bo­ga­tym. Co nie ozna­cza, że ta­kie­go ko­goś omi­ja­ją nie­szczę­ścia. Bo­ga­ci też mają pro­ble­my…

– Sa­mo­cho­dy nie miesz­czą im się na stan­dar­do­wym miej­scu par­kin­go­wym?

– A pan zno­wu… Może umów­my się, że już dość, co? Mnie nie bawi pana zgryź­li­wy hu­mor. Jest zbyt czar­ny, na­wet jak dla mnie.

– W po­rząd­ku, prze­pra­szam. – Kru­gły spoj­rzał gdzieś w bok. – Ma pan ra­cję. Dziś sta­now­czo nie jest mój dzień.

Kel­ner­ka po­ja­wi­ła się po­now­nie, tym ra­zem nio­sąc kie­lisz­ki i na wpół peł­ną bu­tel­kę ko­nia­ku. Na szkle wy­gra­we­ro­wa­ne było na­zwi­sko So­ko­łow­skie­go. Po­sta­wi­ła wszyst­ko na sto­le i znik­nę­ła. So­ko­łow­ski pod­niósł bu­tel­kę i spoj­rzał zna­czą­co na Kru­głe­go.

– Więc jak?

– Po­pro­szę.

Po chwi­li trzy­mał w dło­ni pę­ka­ty sni­fter, czu­jąc uno­szą­cy się nad