Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1207 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 31 godz. 4 min Lektor: Filip Kosior

Opis ebooka Cień góry - Gregory David Roberts

Skończyliście Shantaram, ręce wam się trzęsą i nie wiecie, co ze sobą począć? No to mam dobrą wiadomość: oto ciąg dalszy przygód Lina w jego krainie czarów. Oto Cień góry. Gregory David Roberts powrócił. Na szczęście. Proszę do mnie nie dzwonić przez kilka dni, a zwłaszcza nocy”.

– Marcin Meller

Długo oczekiwana kontynuacja Shantaram – brawurowej powieści inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami, która stała się światową legendą.

Cień góry to mistrzowska powieść podróżniczo-przygodowa, której akcja toczy się w Indiach. To historia, która wydarzyła się naprawdę. Powieściowy majstersztyk – książka zarazem inteligentna, sensacyjna, romantyczna i zabawna. Pełna detali z życia codziennego w Indiach, stanowi pochwałę mądrości cywilizacji Wschodu, która potrafi przynieść ukojenie, jakiego próżno szukać na Zachodzie.

Strach jest jak wilk na łańcuchu. Staje się groźny, dopiero gdy go uwolnisz.

Smutek ulatuje w otchłani zapomnienia.

Gniew można zabić uśmiechem.

Tylko nadzieja wiecznie trwa…

Miliony czytelników zafascynowały losy australijskiego uciekiniera, który pracował dla bombajskiej mafii fałszerzy dokumentów. Minęły dwa lata od dramatycznych wydarzeń opisanych w Shantaram. Lin stracił dwie najważniejsze osoby w swoim życiu – przewodnika duchowego Kadirbaja i miłość życia, Karlę, która została poślubiona przez hinduskiego potentata medialnego. Po kolejnej szmuglerskiej akcji Lin wraca do Bombaju, który zmienił się nie do poznania. Wielu jego przyjaciół wyjechało, nowi przywódcy mafijnej siatki prześcigają się w coraz brutalniejszych interesach, a osławiony święty człowiek kwestionuje wszystko, czego Lin się nauczył o życiu i miłości. Teraz musi znaleźć swoje miejsce w mieście zła, które żyje według zupełnie nowych zasad. Nie może opuścić Miasta Wysp – Karla i fatalna obietnica, którą kiedyś złożył, nie pozwolą mu na to.

Sam Bombaj to także ważny bohater. Autor świetnie poznał te miejsca, z wielkim uczuciem i starannością oddaje ich klimat: slumsów w Navy Nagar, hotelu Taj Palace czy budynku Air India.

Roberts w styczniu 2014 roku porzucił życie publiczne. Jak sam mówi – nie ucieka od świata, a „poszukuje kreatywnego odosobnienia”. Nie spotyka się z czytelnikami, nie udziela wywiadów. Poświęcił się rodzinie i pisaniu.

Shantaram i Cień góry to dwa tomy z zapowiadanej przez autora trylogii, z których trzecia stanowić będzie prequel w stosunku do wydarzeń z tomu pierwszego. Autor planuje opisać życie swojego bohatera w Australii, jego przejścia związane z pobytem w więzieniu i uzależnieniem od heroiny.

Gregory David Robertsjeden z najpopularniejszych współczesnych pisarzy australijskich. Urodzony w 1952 roku w Melbourne (jako Gregory John Peter Smith), w 1978 został skazany na dwadzieścia lat za napady z bronią w ręku. Dwa lata później w biały dzień brawurowo uciekł z więzienia o zaostrzonym rygorze i stał się jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców Australii.

Przez blisko dziesięć lat ukrywał się w Bombaju. Początkowo mieszkał w slumsach, gdzie pracował jako lekarz ubogich. W tym samym czasie nawiązał pierwsze kontakty mafią. Wskutek intrygi trafił do ciężkiego bombajskiego więzienia Arthur Road. Ostatecznie został wykupiony przez zaprzyjaźnionego szefa mafii i stał się jego oddanym żołnierzem.

Wcześniej nakładem wydawnictwa Marginesy ukazał się Shantaram.

Opinie o ebooku Cień góry - Gregory David Roberts

Fragment ebooka Cień góry - Gregory David Roberts

Tytuł oryginału THE MOUNTAIN SHADOW
Przekład MACIEJKA MAZAN
Korekta ANNA KĘDZIOREK, BOGUMIŁA JĘDRASIK
Projekt okładki DUNCAN SPILLING według pomysłu GDR
Adaptacja projektu okładki, strony tytułowe, opracowanie typograficzne ANNA POL
Łamanie | manufaktu-ar.com
Na okładce wykorzystano fragment Kali Yantry, 2015, autorstwa Harlanda Millera
The Mountain Shadow Copyright © 2015 by Gregory David Roberts All rights reserved Copyright © for the translation by Maciejka Mazan Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016
Warszawa 2016 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65586-68-1
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Bogini

I

1

Świetlistość, źródło wszystkiego, przybiera więcej postaci, niż jest gwiazd na niebie – to pewne. By się rozjarzyć, wystarczy jej jedna dobra myśl. Ale jeden błąd może spalić w twoim sercu cały las, ukryć wszystkie gwiazdy na wszystkich niebach. I dopóki jego ogień płonie, dopóty zdradzona miłość czy utracona wiara może ci podsunąć myśl, że już po tobie, że nie możesz żyć dalej. Ale to nieprawda. To nigdy nie jest prawda. Bez względu na to, co robisz, bez względu na to, gdzie się zgubiłeś, ta świetlistość nigdy cię nie opuszcza. A dobro, które w tobie umiera, może się odrodzić, jeśli bardzo tego chcesz. Serce nie potrafi się poddać, bo nie potrafi kłamać. Odrywasz wzrok od przeczytanej strony, napotykasz uśmiech kogoś zupełnie obcego, i poszukiwanie zaczyna się od nowa. Nie jest tak, jak było. Nigdy. Zawsze jest inaczej. Ale nowy las, który odrośnie w okaleczonym sercu, czasem okazuje się dzikszy i silniejszy niż tamten sprzed pożaru. A jeśli tam pozostaniesz, w tym blasku swojego wnętrza, w tym nowym miejscu na świetlistość, wybaczając wszystko i nigdy się nie poddając, wcześniej czy później zawsze znajdziesz się tam, gdzie miłość i piękność stworzyły świat, i to będzie początek. Początek. Początek.

– Hej, Lin, co za początek dnia! – zawołał Vikram gdzieś z głębin ciemnego, dusznego pokoju. – Jak mnie znalazłeś? Kiedy wróciłeś?

– W tej chwili – powiedziałem, stojąc w szerokich balkonowych drzwiach werandy wychodzącej na ulicę. – Jakiś chłopiec powiedział, że tu jesteś. Wyjdź na chwilkę.

– Nie, nie, stary, ty wejdź! – rzucił Vikram ze śmiechem. – Poznaj chłopaków!

Moje oczy, przywykłe do świetlistości nieba, nie rozróżniały w ciemnym pokoju nic oprócz niewyraźnych kształtów. Widziałem tylko dwie słoneczne lance wpadające przez zamknięte okiennice i przebijające kłęby oparów pachnących haszyszem i spaloną wanilią – wonią brązowej heroiny.

Wspominając ten dzień, zapach narkotyków, cienie i rozjarzone światło przeszywające ten pokój, zastanawiałem się, czy to jakieś przeczucie ostrzegało mnie przed przekroczeniem progu. Zastanawiałem się, jak inaczej potoczyłoby się moje życie, gdybym się wtedy odwrócił i odszedł. Decyzje, które podejmujemy, to gałęzie drzewa możliwości. Na trzy pory monsunowe od tego dnia Vikram i obcy ludzie z tego pokoju stali się nowymi gałęziami w lesie, w którym przez jakiś czas przebywałem wraz z nimi – miejskiej dżungli miłości, śmierci i zmartwychwstania. Z tamtej chwili wahania, która wtedy nie wydawała mi się ważna, wyraźnie pamiętam, że gdy Vikram wyszedł z mroku, chwycił mnie za ramię i wciągnął do pokoju, dotyk jego spoconej ręki przeszył mnie dreszczem.

Większość powierzchni tego wielkiego prostokątnego pomieszczenia zajmowało ogromne trzymetrowe łoże. Leżał na nim mężczyzna z rękami złożonymi na piersi, w srebrnej piżamie – trup, jak mi się wydawało. O ile mogłem się zorientować, jego pierś nie unosiła się w oddechu. Dwaj mężczyźni, jeden po lewej, drugi po prawej stronie nieruchomej postaci, siedzieli na łóżku i przygotowywali chillum. Na ścianie, dokładnie nad głową martwego lub twardo śpiącego mężczyzny, wisiał ogromny portret Zaratustry, parsyjskiego proroka. Gdy mój wzrok przywykł do ciemności, pod ścianą naprzeciwko werandy zobaczyłem trzy wielkie krzesła, oddzielone dwiema masywnymi, starymi komodami. Na krzesłach siedzieli mężczyźni. Na podłodze leżał bardzo duży, kosztowny perski dywan. Wszędzie znajdowały się zdjęcia osób w tradycyjnych parsyjskich strojach. Po prawej stronie, naprzeciwko łoża, na toaletce z marmurowym blatem stał zestaw hi-fi. Dwa wiatraki pod sufitem obracały się tak leniwie, że nie rozpraszały stojących chmur dymu. Vikram zaprowadził mnie do mężczyzny siedzącego na jednym z trzech krzeseł, tym znajdującym się najbardziej z zewnątrz. Był to cudzoziemiec jak ja, ale wyższy: jego długie ciało i jeszcze dłuższe nogi spoczywały bezwładnie, jakby unosił się w wannie. Oceniłem go na jakieś trzydzieści pięć lat.

– To Concannon – oznajmił Vikram, popychając mnie ku niemu. – Jest z IRA.

Ręka, którą uścisnąłem, była ciepła, sucha i bardzo silna.

– Pierdolić IRA! – powiedział Concannon, wymawiając to pierwsze słowo z północnoirlandzkim akcentem. – Jestem z Ulsteru, z UVF, ale nie można się spodziewać, że taka pogańska cipa jak Vikram to zrozumie, nie?

Spodobał mi się błysk pewności siebie w jego oku, ale nie jego pewne siebie słowa. Cofnąłem rękę i skinąłem mu głową.

– Nie słuchaj go – poradził Vikram. – Wygaduje mnóstwo głupot, ale umie się bawić jak żaden znany mi cudzoziemiec, zaręczam ci. – Pociągnął mnie w kierunku drugiego, siedzącego w środku młodego mężczyzny, który w chwili gdy do niego podeszliśmy, pykał właśnie z nabitej haszyszem chillum, którą zapalał mu mężczyzna z trzeciego krzesła. Gdy płomyk zapałki znalazł się w fajce, z jej główki ponad głowę młodzieńca buchnął ogień.

– Bom shankar! – zawołał Vikram, sięgając po fajkę. – Lin, to Naveen Adair, prywatny detektyw. Słowo daję. Naveen, to Lin, facet, o którym ci opowiadałem. Jest lekarzem w slumsach.

Młodzieniec wstał, żeby uścisnąć mi rękę.

– Na razie nie jestem detektywem – powiedział z nieśmiałym uśmiechem.

– Nie szkodzi – odparłem, także się uśmiechając. – Ja w ogóle nie jestem lekarzem.

Trzeci mężczyzna, który zapalił fajkę, pociągnął z niej i podsunął mi ją. Podziękowałem uśmiechem, więc podał ją mężczyźnie siedzącemu na łóżku.

– Jestem Vinson – powiedział, potrząsając moją dłonią jak wielki, wesoły szczeniak. – Stuart Vinson. Wiele o tobie słyszałem.

– Każda cipa słyszała o Linie– oznajmił Concannon, przyjmując fajkę od mężczyzny na łóżku. – Vikramowi gęba się na twój temat nie zamyka. Jest jak nastoletnia fanka. Lin to, Lin tamto, Lin sramto. Powiedz, Vikram, obciągnąłeś mu już? Naprawdę taki dobry czy tylko tak gada?

– Jezus, Concannon! – jęknął Vinson.

– Co? – spytał Concannon jak wcielenie niewinności. – No co? Zadałem tylko pytanie. Indie nadal są wolnym krajem, tak? Przynajmniej tam, gdzie mówi się po angielsku.

– Nie zwracaj na niego uwagi – powiedział do mnie Vinson, przepraszająco wzruszając ramionami. – On nad tym nie panuje. Ma jakiś zespół skurwysyna Tourette’a czy coś takiego.

Stuart Vinson, Amerykanin, miał muskularną sylwetkę, szerokie, wyraziste rysy i gęstą szopę rozczochranych jasnych włosów nadających mu wygląd człowieka morza, który szuka przygód podczas samotnych wypraw jachtem. W rzeczywistości był dilerem narkotykowym, w dodatku bardzo znanym. Słyszałem o nim, podobnie jak on słyszał o mnie.

– To Dżamal – podjął Vikram, nie zwracając uwagi na Vinsona i Concannona, i przedstawiając mnie mężczyźnie siedzącemu po lewej stronie łóżka. – Importuje, przetwarza i pali. Teatr Jednego Aktora.

– Teatr Jednego Aktora – powtórzył Dżamal. Był chudy, o gadzich oczach, obwieszony ogromną liczbą religijnych amuletów. Zacząłem je liczyć, zahipnotyzowany takim nagromadzeniem świętości. Zauważyłem symbole pięciu głównych religii, zanim moje spojrzenie zatrzymało się na jego uśmiechu.

– Teatr Jednego Aktora – powiedziałem.

– Teatr Jednego Aktora – powtórzył.

– Teatr Jednego Aktora.

– Teatr Jednego Aktora.

Zrobiłbym to jeszcze raz, ale Vikram mnie powstrzymał.

– To Billy Bhasu – oznajmił, wskazując małego, bardzo drobnego mężczyznę o jasnej skórze, siedzącego po drugiej stronie nieruchomej postaci. Billy Bhasu złożył dłonie w pozdrowieniu i wrócił do czyszczenia fajki. – Billy Bhasu jest dostarczycielem – wyjaśnił Vikram. – Dostarcza wszystko, czego chcesz. Wszystko, od dziewczyny po lody. Dostarczy ci to w tej chwili. Poproś go o coś!

– Nie chcę...

– Billy, dostarcz Linowi lody!

– W tej chwili – powiedział Billy, odkładając chillum.

– Nie, Billy – rzuciłem, unosząc dłoń. – Nie chcę lodów.

– Przecież je uwielbiasz! – zaprotestował Vikram.

– Ale nie aż tak, żeby kogoś po nie posyłać. Siadaj, człowieku.

– Jeśli ma nam coś dostarczyć – odezwał się Concannon z mroku – to ja głosuję na lody i dziewczynę. Dwie dziewczyny. Ale biegusiem, kurwa.

– Słyszysz, Billy? – ponaglił Vikram. Podszedł do mężczyzny i zaczął go ściągać z łóżka, ale w tej samej chwili postać leżąca na łożu odezwała się, a Vikram zamarł, jakby spojrzał w lufę broni.

– Vikram – powiedział leżący. – Psujesz mi haj.

– O cholera! O cholera! O cholera! Przepraszam, Dennis – rzucił gorączkowo Vikram. – Przedstawiałem Lina chłopakom i...

– Lin – przerwał mu mężczyzna, otwierając oczy i przeszywając mnie spojrzeniem. Jego tęczówki były zaskakująco jasne, szare, z aksamitnym połyskiem. – Nazywam się Dennis. Cieszę się, że cię poznałem. Czuj się tu jak u siebie w domu. Mi casa es su casa.

Podszedłem, uścisnąłem bezwładne ptasie skrzydło, które podał mi Dennis, i cofnąłem się, stając u stóp łoża. Dennis odprowadził mnie wzrokiem, uśmiechając się łagodnie i dobrotliwie.

– No, no! – odezwał się cicho Vinson, stając obok mnie. – Dennis, chłopie! Dobrze cię znowu widzieć! Jak było po tamtej stronie?

– Cicho – mruknął Dennis, nadal uśmiechając się do mnie. – Bardzo cicho. Do niedawna.

Concannon i Naveen Adair, młody detektyw, stanęli obok nas. Wszyscy patrzyli na Dennisa.

– To wielki zaszczyt – szepnął do mnie Vikram. – Dennis patrzy na ciebie.

Przez chwilę milczeliśmy. Ciszę przerwał Concannon.

– No i zajebiście – rzucił, błyskając zębatym uśmiechem. – Tkwię tu, kurwa, od pół roku, dzielę się dowcipem i mądrością, palę twój towar, piję twoją whisky, a ty otworzyłeś oczy tylko dwa razy. Lin dopiero co przekroczył twój próg, a ty wpatrujesz się w niego jak w święty obraz. Co ja jestem, Dennis, jakaś cipa?

– No naprawdę, człowieku – powiedział cicho Vinson.

Concannon ryknął śmiechem. Dennis skrzywił się boleśnie.

– Concannon – szepnął. – Kocham cię jak przyjaznego ducha, ale psujesz mi haj.

– Przepraszam, chłopaku – rzucił Concannon z uśmiechem.

– Lin – wymamrotał Dennis, trwając w doskonałym bezruchu. – Proszę, nie czuj się urażony. Muszę teraz odpocząć. Miło było mi cię poznać. – Odwrócił lekko głowę w stronę Vikrama.

– Vikram – mruknął dźwięcznym, wibrującym basem. – Proszę, nie hałasuj. Psujesz mi haj, człowieku. Będę wdzięczny, jeśli się uciszysz.

– Oczywiście. Przepraszam.

– Billy Bhasu? – dodał Dennis cicho.

– Tak?

– Pieprzyć lody.

– Pieprzyć lody?

– Pieprzyć lody. Nikt nie dostanie lodów. Nie dziś.

– Tak jest.

– Czy zrozumieliśmy się w kwestii lodów?

– Pieprzyć lody, Dennis.

– Nie chcę słyszeć słowa „lody” przez co najmniej trzy miesiące.

– Tak jest.

– Dobrze. Dżamal, przygotuj mi następną chillum. Dużą i mocną. Gigantyczną. Legendarną. To będzie akt współczucia zatrącający o cud. Do widzenia wszystkim zebranym. – Dennis założył ręce na piersi, przymknął oczy i wprowadził się w stan relaksu: prawie śmiertelny bezruch z pięcioma oddechami na minutę. Nikt się nie poruszył, nikt się nie odezwał. Dżamal z żarliwym skupieniem przygotowywał legendarną chillum. Wszyscy wpatrywali się w Dennisa. Chwyciłem Vikrama za koszulę.

– Wyjdźmy stąd – szepnąłem, wyciągając go z pokoju. – Do widzenia wszystkim zebranym.

– Hej, poczekajcie na mnie! – zawołał za nami Naveen, wybiegając przez balkonowe drzwi.

Świeże powietrze otrzeźwiło Vikrama i Naveena, którzy przyspieszyli kroku, doganiając mnie. Wiatr wiejący przez cienisty korytarz dwupiętrowych budynków i gęstych platanów przyniósł mocny, przejmujący zapach ryb z pobliskiego portu Sassoon. Między drzewami kładły się plamy słonecznego światła. Przechodząc z mroku w kolejny rozbryzg białego żaru, czułem, że słońce wypełnia mnie po brzegi, a potem ustępuje przed przypływem cienia drzew. Niebo miało mglisty odcień błękitu: szkło wyrzucone przez morze. Wrony jechały na dachach autobusów do chłodniejszych dzielnic miasta. Obwoźni sprzedawcy pokrzykiwali dziarsko. Był to taki bombajski dzień, w którym mieszkańcy Bombaju – mumbajkarzy – głośno śpiewają. Kiedy minąłem się z mężczyzną zmierzającym z naprzeciwka, obaj nuciliśmy tę samą piosenkę miłosną w hindi.

– Zabawne – zauważył Naveen. – Obaj śpiewacie to samo, człowieku.

Uśmiechnąłem się i właśnie zamierzałem zaśpiewać jeszcze parę linijek, jak to mamy w zwyczaju w te bombajskie dni z błękitnego szkła, kiedy Vikram spytał:

– No, to jak poszło? Masz to?

Jedną z przyczyn, dla których nie jeżdżę często do Goa, jest to, że gdy się tam wybieram, ktoś zawsze chce, żebym coś mu załatwił. Gdy trzy tygodnie temu powiedziałem Vikramowi, że mam sprawę w Goa, poprosił mnie o przysługę. Zastawił u tamtejszego lichwiarza, rekina finansów, ślubny naszyjnik matki jako poręczenie za pożyczkę. Ozdoba była wysadzana małymi rubinami. Vikram spłacił dług, ale lichwiarz nie chciał odesłać zastawu. Powiedział, że Vikram ma go odebrać osobiście w Goa. Wiedząc, że lichwiarz szanuje firmę Sanjaya – mafię, w której pracowałem – Vikram poprosił mnie, żebym złożył mu wizytę. Zrobiłem to i odebrałem naszyjnik, ale okazało się, że lichwiarz nie szanuje mafii aż tak, jak się wydawało. Zwodził mnie ponad tydzień, nieustannie odwołując spotkania i zostawiając obraźliwe wiadomości o mnie i firmie Sanjaya. W końcu zgodził się oddać naszyjnik, ale wtedy było już za późno. Jeśli on był rekinem finansów, to mafia, którą obraził, była statkiem poławiaczy rekinów. Skontaktowałem się z czterema miejscowymi współpracownikami firmy Sanjaya. Pobiliśmy gangsterów broniących nam dostępu do lichwiarza i dotarliśmy do niego. Oddał naszyjnik. Wtedy jeden z miejscowych pokonał go w uczciwej walce, a potem nadal go bił, już nie fair, dopóki nie wbił mu do głowy poszanowania dla mafii.

– No więc? – spytał Vikram. – Masz to czy nie?

– Proszę – powiedziałem, wyjmując klejnot z kieszeni i oddając go Vikramowi.

– Super! Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Danny się stawiał?

– Wykreśl go z listy pożyczkodawców.

– Thik. – „Dobrze”. Vikram wytrząsnął rubinowy naszyjnik z błękitnej atłasowej saszetki. Rubiny zalśniły krwawo w słońcu. – Słuchaj... Odniosę to mamie. Od razu. Mogę was podwieźć taksówką?

– Jedziesz w przeciwną stronę – powiedziałem, gdy Vikram zatrzymał przejeżdżającą taksówkę. – Wrócę do Leopolda, gdzie zaparkowałem rower.

– Przejdę się z tobą, jeśli mogę – odezwał się Naveen cicho.

– Jak chcesz.

Vikram schował saszetkę za pazuchą i już miał wsiąść do taksówki, gdy zatrzymałem go i szepnąłem, pochylając się do jego ucha:

– Co robisz?

– Jak to?

– Nie oszukasz mnie w sprawie narkotyków, Vik.

– Kto oszukuje? – oburzył się. – Wziąłem tylko parę buchów, to wszystko. I co z tego? Zresztą to towar Concannona. Sam za niego zapłacił. Ja bym...

– Wyluzuj.

– Jestem wyluzowany. Przecież mnie znasz.

– Niektórzy potrafią zerwać z nałogiem. Concannon może do nich należeć. Ty – nie. Dobrze o tym wiesz.

Vikram uśmiechnął się i przez parę chwil przypominał dawnego siebie – tego, który nie potrzebowałby niczyjej pomocy i sam odwiedziłby Goa, tego, który przede wszystkim nigdy nie zastawiłby ślubnej biżuterii swojej matki. Kiedy wsiadał to taksówki, uśmiech znikł z jego oczu. Obserwowałem go zmartwiony niebezpieczeństwem, w którym się znalazł – optymista złamany przez miłość.

Znowu ruszyłem przed siebie. Naveen poszedł za mną.

– Ciągle mówi o tej dziewczynie, Angielce – powiedział.

– To jedna z tych rzeczy, które powinny się udać, ale rzadko się udają.

– O tobie też często mówi.

– Za dużo gada.

– Mówi o Karli, Didierze i Lisie. Ale na ogół o tobie.

– Za dużo gada.

– Powiedział, że uciekłeś z więzienia. I że się ukrywasz.

Stanąłem.

– Teraz ty za dużo gadasz. Jakaś epidemia czy co?

– Nie, pozwól mi wyjaśnić. Pomogłeś mojemu przyjacielowi Aslanowi...

– Co?

– Mojemu przyjacielowi...

– Co ty opowiadasz?

– Pewnej nocy koło Ballard Pier, parę tygodni temu. Pomogłeś mu w trudnej sytuacji.

Młody mężczyzna, biegnący po północy w moją stronę przez Ballard Estate, szeroką ulicę w kupieckiej dzielnicy, wśród zamkniętych na głucho budynków po obu stronach, młody mężczyzna, który znalazł się w pułapce, gdy przybyli tamci, a on zatrzymał się z rzucanym przez latarnie potrójnym cieniem u stóp, gotów do samotnej walki – i nagle nie był już sam.

– No i?

– Umarł. Trzy dni temu. Chciałem cię znaleźć, ale byłeś w Goa. Teraz mam szansę, żeby ci to powiedzieć.

– Co?

Naveen zadrżał. Patrzyłem na niego kamiennym wzrokiem, bo wspomniał o ucieczce z więzienia, i chciałem, żeby przeszedł do rzeczy.

– Był moim szkolnym kolegą – powiedział spokojnie. – Lubił wyprawiać się w nocy w niebezpieczne miejsca. Tak jak ja. Tak jak ty, bo inaczej by cię tam nie było i byś mu nie pomógł. Pomyślałem, że zechcesz to wiedzieć.

– Żartujesz?

Staliśmy w bladym cieniu, o centymetry od siebie, opływani przez tłum.

– Jak to?

– Wywlekasz moją ucieczkę, żeby przekazać mi smutne wieści o śmierci Aslana? To mi chciałeś powiedzieć? Jesteś świrem czy takim poczciwiną?

– Chyba poczciwiną – powiedział zraniony i rozdrażniony. – Zbyt poczciwym, żeby podejrzewać, że będziesz się dopatrywać drugiego dna w moich słowach. Żałuję, że cię niepokoiłem. Nie chciałem tego. Przepraszam. Już pójdę.

– Czekaj – zatrzymałem go. – Czekaj.

Wszystko mi się w nim zgadzało: szczere spojrzenie, pewna siebie postawa, blask uśmiechu. Instynkt wskazuje nam właściwych ludzi. Ja instynktownie polubiłem tego chłopaka, młodego mężczyznę, który robił wrażenie tak odważnego i zranionego. Wszystko mi się w nim podobało, a to się nie zdarza często.

– Dobrze, popełniłem błąd – przyznałem, wyciągając rękę.

– Nie ma sprawy – powiedział, znowu się odprężając.

– Wróćmy do tego, że Vikram powiedział ci o więzieniu. Widzisz, taka informacja wzmogłaby zainteresowanie Interpolu – i zawsze budzi moje zainteresowanie. Rozumiesz to, prawda?

To nie było pytanie, a on to rozumiał.

– Pieprzyć Interpol.

– Jesteś detektywem.

– Pieprzyć detektywów. To informacja dotycząca przyjaciela, której nie ukrywa się przed przyjacielem, kiedy się ją pozna. Nikt cię tego nie nauczył? Wychowałem się na tych ulicach, tutaj, i wiem o tym.

– Ale nie jesteśmy przyjaciółmi.

– Jeszcze nie – powiedział Naveen z uśmiechem.

Przyglądałem mu się przez chwilę.

– Lubisz spacerować?

– Lubię spacerować i rozmawiać – odparł, włączając się wraz ze mną w kręte strumienie pieszych.

– Pieprzyć Interpol – dodał po chwili.

– Ty naprawdę lubisz mówić, co?

– I spacerować.

– To może opowiesz mi trzy krótkie spacerowe historie.

– Pewnie. Świetnie. Spacerowa historia numer jeden?

– Dennis.

– Wiesz – rzucił Naveen ze śmiechem, wymijając kobietę z ogromną paką makulatury na głowie – ja też tam byłem pierwszy raz. Oprócz tego, co sam widziałeś, mogę ci powiedzieć tylko to, co usłyszałem.

– Mów, co słyszałeś.

– Jego rodzice umarli. Podobno mocno go to zraniło. Byli dziani. Opatentowali jakiś wynalazek, który zaczął przynosić wielkie dochody. Dał Dennisowi sześćdziesiąt milionów.

– To nie był pokój za sześćdziesiąt milionów.

– Pieniądze pozostaną w funduszu powierniczym, dopóki on będzie się znajdować w tym transie.

– Dopóki nie wstanie z łóżka?

– To coś więcej niż leżenie w łóżku. Dennis we śnie wchodzi w stan samadhi. Jego uderzenia serca i oddech zwalniają do zera. Często jest praktycznie martwy.

– Pogrywasz sobie ze mną, detektywie.

– Nie – zapewnił ze śmiechem. – W zeszłym roku już siedmiu lekarzy podpisało jego akt zgonu, ale Dennis zawsze znowu się budził. Dżamal, Teatr Jednego Aktora, przechowuje te dokumenty.

– No dobrze, czyli Dennis bywa od czasu do czasu praktycznie martwy. Jego ksiądz i księgowy muszą mieć z tym pewien problem.

– Dopóki Dennis jest w transie, jego majątek pozostaje w funduszu powierniczym, a on ma tylko tyle środków, żeby wystarczyło mu na mieszkanie i utrzymywanie się na poziomie odpowiednim do wymogów jego transu.

– Usłyszałeś o tym czy odkryłeś jako detektyw?

– To i to.

– Hm... – Zrobiłem pauzę, żeby przepuścić samochód, który jechał na wstecznym tuż przed nami. – Nie wiem, o co mu chodzi, ale muszę przyznać, że nigdy w życiu nie widziałem kogoś, kto by potrafił leżeć lepiej od niego.

– Jest bezkonkurencyjny – przyznał Naveen z uśmiechem.

Obaj przez chwilę o tym myśleliśmy.

– Druga historia? – spytał Naveen.

– Concannon – zdecydowałem, ruszając.

– Uprawia boks w moim klubie sportowym. Niewiele o nim wiem, ale mogę ci powiedzieć dwie rzeczy.

– Mianowicie?

– Ma zabójczy lewy sierpowy, którym potrafi znokautować, ale się odsłania, jeśli spudłuje.

– Ach, tak?

– Za każdym razem. Wyprowadza cios prosty lewą, potem prawą, a lewy sierpowy zawsze ląduje mu w górze i jeśli nie trafia, zawsze zostaje bez osłony. Ale jest szybki i nieczęsto pudłuje. Dobry jest.

– I?

– Mogę też powiedzieć, że to jedyny mój znajomy, który zdołał mnie skontaktować z Dennisem. Dennis go uwielbia. Przytomnieje dla niego na dłużej niż dla kogokolwiek innego. Podobno chce go urzędowo adoptować. To trudne, bo Concannon jest od niego starszy i nie wiem, czy istnieje precedens adopcji białego przez Hindusa.

– Jak to „zdołał cię skontaktować”?

– Tysiące ludzi zabiega o audiencję u Dennisa, kiedy jest w transie. Wierzą, że w czasie przejściowej śmierci potrafi się skomunikować z ludźmi umarłymi na stałe. Niemal nikomu nie udaje się do niego wejść.

– Chyba że się przyjdzie i zapuka do drzwi.

– Nie rozumiesz. Nikt się nie ośmieli przyjść i zapukać, kiedy Dennis jest w transie.

– No co ty?

– Aż do teraz, kiedy to zrobiłeś.

– O Dennisie już sobie opowiedzieliśmy – powiedziałem, przepuszczając wózek ciągnięty przez czterech mężczyzn. – Wracajmy do Concannona.

– Jak powiedziałem, uprawia boks w moim klubie sportowym. Lubi się bić. Niewiele o nim wiem. Wydaje się rozrywkowy. Uwielbia imprezować.

– Nie liczy się ze słowami. Człowiek w tym wieku tak się nie zachowuje, jeśli nie może sobie na to pozwolić.

– Mówisz, że powinienem go obserwować?

– Tylko jego mroczną stronę.

– A trzecia historia? – spytał Naveen.

Zszedłem z drogi, którą szliśmy, i po kilku krokach stanąłem na wąziutkiej ścieżce.

– Dokąd idziemy? – spytał idący za mną Naveen.

– Na sok.

– Sok?

– Dzień jest gorący. Co z tobą?

– Nie, nic. Super. Uwielbiam sok.

Trzydzieści dziewięć stopni w Bombaju, mrożony sok arbuzowy, pracujący na pełnych obrotach wiatrak zbyt blisko głowy – pełnia szczęścia.

– Więc... ty serio jesteś prywatnym detektywem?

– Tak. Zacząłem przez przypadek... w pewnym sensie... ale robię to już od roku.

– Jaki przypadek zmienia człowieka w detektywa?

– Studiowałem prawo – wyjaśnił Naveen z uśmiechem. – Prawie dotarłem do dyplomu. Na ostatnim roku natknąłem się na pracę o prywatnych detektywach i o tym, jak wpływają na sądownictwo. Wkrótce przestało mnie interesować cokolwiek oprócz pracy detektywa, więc rzuciłem studia, żeby spróbować.

– I jak?

Naveen parsknął śmiechem.

– Rozwód jest zdrowszy od giełdy i o wiele bardziej przewidywalny. Zaliczyłem parę spraw rozwodowych, ale dałem sobie spokój. Pracowałem z takim jednym facetem. Wprowadzał mnie w zawód. Od trzydziestu pięciu lat obstawiał sprawy rozwodowe i nadal je uwielbia. Ja nie. Dla żonatego mężczyzny romans zawsze jest wyjątkowy. Dla mnie to ciągle ten sam smutny film.

– A odkąd opuściłeś bujne pastwiska rozwodów...?

– Na razie znalazłem dwa zaginione zwierzaki, zaginionego męża i zaginiony półmisek. Wygląda na to, że wszyscy moi klienci, niech ich Bóg błogosławi, byli zbyt leniwi lub uprzejmi, żeby rozpocząć poszukiwania na własną rękę.

– Ale chyba lubisz to bycie detektywem. Kręci cię, nie?

– Wiesz, dochodzenie kończy się odkryciem prawdy. Jako prawnik mogę znać tylko jakąś jej wersję. A tu mam wszystko czarno na białym, nawet jeśli chodzi tylko o półmisek z serwisu po babci. To szczera, nieskażona prawda.

– I będziesz to robić dalej?

– Nie wiem – powiedział z uśmiechem, znowu odwracając wzrok. – Zależy, czy się sprawdzę.

– Albo nie.

– Albo nie.

– To już trzecia historia. Naveen Adair, hindusko-irlandzki prywatny detektyw.

Naveen uśmiechnął się, błyskając białymi zębami. Ta biel szybko znikła.

– Nie ma o czym opowiadać.

– Naveen Adair – powtórzyłem wyraźnie. – Co ci dokopało bardziej, twoja angielska czy hinduska strona?

– Zbyt angielski dla Hindusów – rzucił ze śmiechem – i zbyt hinduski dla Angoli. Mój ojciec...

Kraina zwana ojcem jest dla zbyt wielu z nas pełna trudnych szczytów i zaginionych dolin. Czekałem, aż Naveen je pokona i znowu przemówi.

– Kiedy opuścił matkę, mieszkaliśmy na ulicy, dopóki nie skończyłem pięciu lat, choć właściwie niewiele pamiętam.

– Co się stało?

Naveen podniósł spojrzenie na ulicę; w jego oczach można było dostrzec przepływające kolory i emocje.

– Miał gruźlicę. Sporządził testament, w którym ustanowił matkę swoją spadkobierczynią i okazało się, że miał mnóstwo pieniędzy, więc nagle staliśmy się bogaci, a potem...

– Wszystko się zmieniło.

Naveen spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakby żałował swojej gadatliwości.

Wentylator, oddalony zaledwie o kilka centymetrów, przyprawił mnie o ból głowy. Wezwałem kelnera i poprosiłem, żeby trochę go przykręcił.

– Zimno? – prychnął z ręką na pokrętle. – Ja ci pokażę zimno!

Ustawił wentylator na huraganową piątkę. Policzki mi zlodowaciały. Zapłaciliśmy i wyszliśmy, słyszałem, jak woła na pożegnanie:

– Dwójka już wolna!

– Uwielbiam to miejsce – oznajmił Naveen po wyjściu.

– Serio?

– Tak. Świetny sok, chamscy kelnerzy. Idealnie.

– Możliwe, że się dogadamy, detektywie. Całkiem możliwe.

2

Przeszłość, ukochany wróg, nie ma wyczucia czasu. Te bombajskie dni wracają do mnie tak wyraźnie i gwałtownie, że czasem wyrywają mnie z rzeczywistości i każą zapomnieć o obowiązkach. Jakiś uśmiech, jakaś piosenka i znowu wracam do sennych słonecznych poranków, do jazdy motocyklem po górskiej drodze albo do tego momentu, gdy związany i pobity błagałem los o chwilę przerwy. I kocham każdą minutę, każdą złą czy dobrą chwilę ucieczki czy wybaczenia, każdą minutę życia. Ale przeszłość ma zwyczaj zabierać cię we właściwe miejsce o niewłaściwej porze, a to może powodować wewnętrzną burzę.

Pewnie powinienem być rozgoryczony z powodu kilku rzeczy, które zrobiłem i które zrobiono mnie. Ludzie tak twierdzili. Pewien więzień powiedział kiedyś: „Byłbyś ekstra, gdybyś miał w sobie trochę zajadłości”. Ale ja urodziłem się bez niej i nigdy nie zaznałem złości ani goryczy. Bywałem zły i zdesperowany, zbyt często dopuszczałem się złych rzeczy, ale przestałem, i nigdy nikogo nie nienawidziłem ani świadomie nie życzyłem mu źle, nawet tym, którzy mnie torturowali. I choć od czasu do czasu mogłem się bronić pewną goryczą, tak jak nadal to robię, nauczyłem się, że słodkie wspomnienia nie przechodzą przez drzwi cynizmu. A ja kocham moje wspomnienia, nawet kiedy przychodzą nie w porę: zapamiętane minuty plam słońca, kładących się wśród szpalerów drzew na ulicach Bombaju, nieustraszone dziewczęta śmigające na skuterach wśród samochodów, sprzedawcy ciągnący swoje wózki, ugięci pod ciężarem, ale uśmiechnięci, i te pierwsze wspomnienia młodego hindusko-irlandzkiego detektywa Naveena Adaira.

Szliśmy przez chwilę w milczeniu, wymijając samochody i szeregi przechodniów, manewrując w tańcu ulicy między rowerami i ręcznymi wózkami.

W szerokiej bramie budynku straży pożarnej stali mężczyźni w grubych granatowych mundurach, śmiejąc się i żartując. W garażu czekały dwa wielkie samochody strażackie. Słońce odbijało się w ich wypolerowanych czerwonych lub chromowanych powierzchniach.

Na jednej ze ścian wisiała także fantazyjnie ozdobiona kapliczka Hanumana, a pod nią napis:

JEŚLI NIE ZNOSISZ GORĄCA, WYJDŹ Z PŁONĄCEGO BUDYNKU.

Później weszliśmy do dzielnicy sklepów, rozciągającej się za targiem Kolaba. Szkło, ramy, drewno, artykuły żelazne, sprzęt elektroniczny i hydrauliczny stopniowo ustępowały miejsca ubraniom, biżuterii i żywności.

Przy szerokim wejściu na targ musieliśmy się zatrzymać, by ustąpić miejsca kilku potężnym ciężarówkom, torującym sobie drogę w gęstym ruchu na drodze.

– Słuchaj – powiedział Naveen, gdy czekaliśmy. – Miałeś rację, że Vikram za dużo mówi. Ale nie przekażę jego słów dalej. Nigdy nie będę o tym rozmawiać z nikim oprócz ciebie. Nigdy. A jeśli kiedykolwiek będziesz mnie potrzebować, to... jestem do dyspozycji. To usiłuję ci powiedzieć. Za Aslana i za to, co zrobiłeś tamtej nocy, jeśli nie chcesz, żebym robił to ze względu na ciebie.

Kolejny raz wyjrzałem z tego czerwonego wygnania, którym stało się moje życie, by spojrzeć w oczy płonące ogniem – jak latarnia morska na wybrzeżu słowa „ucieczka”. W czasach gdy byłem zbiegiem, szybko zaprzyjaźniałem się z buntownikami, ludźmi równie oddanymi mojej ucieczce przed systemem jak mnie samemu.

Chcieli, żebym pozostał wolny częściowo dlatego, że zależało im, żeby komukolwiek udało się uciec i nie wrócić do więzienia. Uśmiechnąłem się do Naveena. Nie po raz pierwszy ani ostatni płynąłem z nurtem tej rzeki.

– Witam – powiedziałem, podając mu rękę. – Nazywam się Lin. Nie jestem doktorem ze slumsów.

– Miło cię poznać – odparł Naveen, ściskając mi dłoń. – Jestem Naveen i dziękuję, zawsze dobrze wiedzieć, kto nie jest doktorem.

– I kto nie jest policjantem – dodałem. – Może się napijemy?

– Z przyjemnością – odpowiedział uprzejmie.

W tej samej chwili poczułem, że ktoś stoi zbyt blisko mnie. Odwróciłem się gwałtownie.

– Ostrożnie! – rzucił George Bliźniak. – Uważaj na moją koszulę, bracie. To pięćdziesiąt procent mojej garderoby, pozwolę sobie zauważyć!

Poczułem kości jego chudego ciała na kostkach zaciśniętej dłoni. Puściłem go.

– Przepraszam, stary – rzuciłem, wygładzając jego koszulę. – Nie powinieneś się tak zakradać, przecież wiesz. Pewnego dnia to się skończy łzami.

– Mój błąd – przyznał George Bliźniak, rozglądając się nerwowo. – Mam malutki problemik, rozumiesz?

Włożyłem rękę do kieszeni, ale mnie powstrzymał.

– Nie taki. No, szczerze mówiąc, taki, ale to akurat stała sytuacja; no wiesz, jestem spłukany, to bardziej metakulturalna manifestacja, rodzaj ponurej, ale fascynującej ścieżki dźwiękowej, wyczuwasz?

– Nie – odparłem, wręczając mu pieniądze. – To w czym problem?

– Możesz poczekać? Sprowadzę Skorpiona.

– Dobra.

Bliźniak łypnął na lewo i prawo.

– Ale poczekasz?

Skinąłem głową, a on zanurkował w przejście za straganem z małymi marmurowymi figurkami bogów.

– Mogę z tobą zostać? – spytał Naveen.

– Jasne. Bliźniak i Skorpion nie zachowają niczego w tajemnicy, zwłaszcza własnych sekretów. Mogliby prowadzić własną radiostację. A ja bym jej chętnie słuchał.

Po chwili pojawił się Bliźniak, ciągnąc za sobą opierającego się Skorpiona.

Zodiakalni George’owie, jeden z południowego Londynu, drugi z Kanady, byli nierozłącznymi włóczęgami. Do pewnego stopnia uzależnili się od siedmiu różnych narkotyków, a bardzo silnie – od siebie nawzajem. Sypiali we względnie wygodnej bramie magazynu i zarabiali na życie bieganiem na posyłki, dostarczaniem narkotyków zagranicznym klientom i czasem sprzedawaniem informacji gangsterom.

Kłócili się ze sobą od pierwszego ziewnięcia po padnięcie na posłanie, ale się kochali, a ich przyjaźń była tak niezmienna, że wszyscy kochali za nią tych Zodiakalnych George’ów: George’a Bliźniaka z Londynu i George’a Skorpiona z Kanady.

– Przepraszam, Lin – mruknął Skorpion, kiedy Bliźniak dowlókł go do mnie. – Pracowałem pod przykrywką. Chodzi o te kłopoty z CIA. Pewnie o nich słyszałeś.

– Z CIA? Raczej nie. Ale byłem w Goa. Co tam?

– Jest taki jeden dziad – wtrącił Bliźniak. Jego wysoki przyjaciel skinął głową. – Śnieżnobiałe włosy, ale nie taki bardzo stary. Chodzi w ciemnoniebieskim garniturze z krawatem, jak biznesmen...

– Albo agent CIA – wtrącił Skorpion konspiracyjnym szeptem, pochylając się do nas.

– Na litość boską! – wrzasnął Bliźniak. – Czego, do kurwy nędzy, miałaby chcieć CIA od kogoś takiego jak my?

– Mają takie maszyny do czytania w myślach – szepnął Skorpion. – Odczytują je nawet przez ściany.

– Skoro potrafią czytać w myślach, to nie ma sensu szeptać, no nie?

– Może zaprogramowali nas na szeptanie, kiedy czytają w naszych myślach.

– Gdyby czytali w twoich myślach, uciekliby z krzykiem, ty pojebie. Cud, że ja jeszcze nie uciekłem, wiesz?

Nie istnieje żadna wiarygodna mapa manowców, na które zbaczały kłótnie George’ów, ani też limity czasowe. Na ogół lubiłem się przysłuchiwać ich utarczkom, ale nie zawsze.

– Opowiedzcie mi o tym siwowłosym facecie w garniturze.

– Nie znamy go – oznajmił Bliźniak, przytomniejąc. – Ale od dwóch dni wypytuje o Skorpiona w Leopoldzie i jeszcze dwóch knajpach.

– Jest z CIA – powtórzył Skorpion, szukając wzrokiem kryjówki.

Bliźniak spojrzał na mnie z udręką. Starał się opanować. Odetchnął głęboko. Nie pomogło.

– Gdyby był z CIA i potrafił czytać w naszych myślach – wysyczał przez zaciśnięte zęby – to raczej by o nas nie wypytywał, nie? Po prostu przyszedłby prosto do ciebie i do mnie, klepnął w ramię i powiedział: „E, ty! Właśnie odczytaliśmy twoje myśli naszą maszyną do czytania myśli i nie musieliśmy o ciebie nikogo pytać, bo mamy maszynę do czytania myśli, która czyta ludziom w myślach, bo jesteśmy z zasranego CIA”, no nie? No nie?

– Hm...

– Pytał, wymieniając nazwisko? – spytał Naveen z powagą na młodej twarzy. – I czy chodziło mu o was obu, czy tylko o Skorpiona?

Obaj George’owie spojrzeli na niego.

– To Naveen Adair – powiedziałem. – Prywatny detektyw.

Przez chwilę obaj milczeli.

– Jasna cholera – mruknął Bliźniak. – Niezbyt prywatny, skoro ogłasza się wszem wobec na targu, no nie? Powiedziałbym, że to bardziej publiczny detektyw.

Naveen parsknął śmiechem.

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

Znowu zapadła cisza.

– On jest detektywem... jakiego rodzaju? – spytał podejrzliwie Skorpion.

– Rodzaju detektywistycznego – odparłem. – Jak ksiądz. Płacisz tylko raz. Odpowiedz mu.

– Wiesz – powiedział Skorpion, przyglądając się z namysłem Naveenowi – jak się tak zastanowić, to ten facet faktycznie wypytywał tylko o mnie, nie o Bliźniaka.

– Gdzie mieszka?

– Jeszcze nie wiemy – odpowiedział Bliźniak. – Początkowo nie traktowaliśmy tego poważnie. Ale teraz, po dwóch dniach, Skorpion zaczyna się trochę bać, a i tak już wystarczająco się boi; czaisz? Dziś jeden chłopak poszedł za tym białowłosym piernikiem i wkrótce powinniśmy już wiedzieć, gdzie się zatrzymał.

– Zajmę się tym, jeśli chcecie – zaproponował cicho Naveen.

Bliźniak i Skorpion spojrzeli na mnie. Wzruszyłem ramionami.

– Dobra – zgodził się szybko Skorpion. – A co tam, niech będzie. Postaraj się dowiedzieć, co to za facet, jeśli zdołasz.

– Musimy dotrzeć do sedna sprawy – rzucił rozgorączkowany Bliźniak. – Skorpion tak mnie podkręcił, że dziś rano budzę się, patrzę, a ja sam siebie duszę. Jak już człowiek sam siebie dusi we śnie, to nie jest dobrze.

– Co powinniśmy zrobić? – spytał Skorpion.

– Nie rzucajcie się w oczy, na ile to możliwe – poradził Naveen. – Dajcie znać Linowi, czy dowiedzieliście się, gdzie zatrzymał się ten facet. Albo zostawcie mi wiadomość w budynku Natraj na Merewether. Naveen Adair.

Zodiakalni George’owie przez chwilę spoglądali na siebie, na Naveena, na mnie.

– Może być – powiedziałem, ściskając dłonie Bliźniakowi.

Pieniądze, które mu dałem, wystarczały na co najmniej dwa z ich ulubionych narkotyków, parę wygodnych dni w niewygodnym hotelu, czyste ubrania od pracza, którego często nie opłacali, i dietę złożoną z ich ukochanych bengalskich deserów.

George’owie wtopili się w tłum; Skorpion pochylał się do niższego od niego londyńczyka.

– I co sądzisz? – spytałem Naveena.

– Wyczuwam prawnika – powiedział ostrożnie. – Zobaczę, co wyjdzie w praniu. Nie mogę zagwarantować rezultatu. Pamiętaj, jestem amatorem.

– Amator to ktoś, kto nie nauczył się, czego nie robić.

– Niezłe. To cytat?

– Tak.

– Czyj?

– Mojej znajomej. A co?

– Mogę ją poznać?

– Nie.

– Proszę.

– Co ty masz z tym poznawaniem ludzi, których trudno poznać?

– To Karla, prawda? Amator to ktoś, kto nie nauczył się, czego nie robić. Fajne.

Zatrzymałem się i stanąłem blisko niego.

– Zawrzyjmy umowę – powiedziałem. – Nigdy więcej nie wspomnisz przy mnie o Karli.

– To nie jest umowa – zauważył z beztroskim uśmiechem.

– Cieszę się, że to rozumiesz. Mieliśmy się napić, pamiętasz?

Weszliśmy do jaskini Leopolda, pachnącej piwem i curry. Było późne popołudnie, chwila ciszy przed najazdem turystów, dilerów narkotykowych, rekinów czarnego rynku, ludzi mafii, aktorów, studentów, gangsterów i grzecznych panienek szukających niegrzecznych chłopców, którzy wedrą się tu przez te szerokie łuki, by krzyczeć, jeść, pić i ryzykować utratą duszy w grze toczącej się przy trzydziestu stolikach restauracji. Była to ulubiona pora Didiera, spychająca na drugie miejsce inną ulubioną porę – godziny działalności baru. Znalazłem go przy jego ulubionym stoliku w głębi sali pod ścianą, z widokiem na trzy wejścia.

Didier czytał gazetę, trzymając ją w wyciągniętej ręce.

– A niech to, Didier! Gazeta! Powinieneś przygotować ludzi na taki szok.

Odwróciłem się do kelnera, noszącego ironiczny przydomek Miluś, który ostentacyjnie się lenił. Różowy identyfikator na jego kurtce zwisał leniwie.

– Co ci, Miluś? Powinieneś wystawić tablicę na zewnątrz czy coś.

– Pierdolę cię uprzejmie – odpowiedział Miluś, przenosząc językiem zapałkę z jednego kącika ust w drugi.

Didier odrzucił gazetę i chwycił mnie w objęcia.

– Do twarzy ci z opalenizną – powiedział.

Przez chwilę przyglądał mi się z wnikliwością policjanta.

– Wyglądasz jak dupler! Tak to się mówi? Nie gwiazdor, tylko ten gość, co robi za niego całą czarną robotę.

– To dubler, ale dupler też może być. Przywitaj się z drugim duplerem, Naveenem Adairem.

– A, z tym detektywem! – zawołał Didier, serdecznie ściskając dłoń Naveenowi i omiatając profesjonalnym spojrzeniem jego wysoką, muskularną sylwetkę. – Słyszałem o tobie od mojej przyjaciółki dziennikarki Kawity Singh.

– O panu też pisała – odparł Naveen z uśmiechem. – I pozwolę sobie stwierdzić, że spotkanie bohatera tych wszystkich historii jest dla mnie zaszczytem.

– Nie spodziewałem się młodzieńca o tak nieskazitelnych manierach – odpowiedział szybko Didier, wskazując krzesła i dając znak Milusiowi. – Co zamawiacie? Piwo? Miluś! Trzy bardzo zimne piwa, proszę!

– Pierdolę cię uprzejmie – wymamrotał Miluś, wlokąc się do kuchni w kapciach, które nosił pod koniec zmiany.

– Odrażający cham – powiedział Didier, patrząc za nim. – Ale ta naturalna wulgarność jakoś dziwnie mnie pociąga.

Było nas trzech, ale usiedliśmy przy stoliku rzędem pod ścianą, patrząc nad chmarą stolików na szerokie łuki wychodzące na ulicę. Didier omiatał restaurację wzrokiem jak rozbitek wodzący spojrzeniem po horyzoncie.

– No? – rzucił, skłaniając ku mnie głowę. – Jak przygoda w Goa?

Wyjąłem z kieszeni plik listów przewiązanych niebieską wstążeczką i podałem mu go. Didier przez chwilę trzymał go w stulonych dłoniach jak rannego ptaszka.

– Czy... czy musiałeś go pobić? – spytał, nie odrywając oczu od listów.

– Nie.

– Och... – westchnął, szybko na mnie zerkając.

– Powinienem?

– Nie, skąd – zapewnił, ocierając łzę. – Didier nie płaci za takie rzeczy.

– Przecież mi nie zapłaciłeś.

– Zasadniczo, nic ci nie płacąc, również ci płacę. Prawda, Naveen?

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – odparł Naveen. – Więc, oczywiście, zgadzam się ze wszystkim.

– Po prostu – chlipnął Didier, spoglądając na listy – myślałem, że będzie choć trochę bronić moich listów miłosnych. Że... została chociaż iskierka uczucia.

Przypomniałem sobie wykrzywioną małpim grymasem nienawiści twarz Gustava, gdy ubliżając genitaliom swojego byłego kochanka, wyrzucił plik listów na wysypisko śmieci za oknem bungalowu.

Musiałem mu przebić ucho paznokciem kciuka, żeby skłonić go do wejścia do dołu z odpadkami, wyjęcia listów, wytarcia ich do czysta i oddania ich mnie.

– Nie – powiedziałem. – Iskierka zgasła.

– Ha. Dziękuję – westchnął Didier, kładąc listy na kolanach. – Sam bym pojechał, gdyby nie ten drobiazg, że w Goa jestem poszukiwany.

– Dobrze, że wiesz, gdzie jesteś poszukiwany – powiedziałem. – Ja nie nadążam. Mógłbyś wytapetować pokój tymi żółtymi świstkami. Już mnie zmęczyło oczyszczanie cię ze wszystkich zarzutów.

– Ale w całych Indiach wystawiono na mnie tylko cztery nakazy aresztowania.

– Tylko?

– Kiedyś było ich dziewięć. Chyba się... nawróciłem? – Didier wydął usta, wymawiając to niesmaczne słowo.

– Zniesławienie – zauważył Naveen.

– O, dziękuję. Jesteś... bardzo sympatycznym młodzieńcem. Lubisz broń?

– Nie idzie mi z relacjami – odpowiedział Naveen, kończąc piwo i wstając. – Potrafię nawiązać więź tylko z bronią w ręku.

– W tym mogę ci pomóc – rzucił Didier ze śmiechem.

– Na pewno – zgodził się Naveen, również ze śmiechem. – Lin, ten gość w garniturze, ten, co śledzi Zodiakalnych George’ów... zajmę się tym i powiadomię cię.

– Uważaj. Jeszcze nie wiemy, co się dzieje.

– Spokojnie. – Uśmiechnął się jak wcielenie nieustraszonej, nieśmiertelnej młodości. – Teraz się pożegnam. Didier, to były przyjemność i zaszczyt. Do zobaczenia.

Patrzyliśmy, jak wychodzi w mgiełkę przedwieczoru. Didier ściągnął brwi.

– Co? – spytałem.

– Nic!

– Co, Didier?

– Nic nie powiedziałem.

– Wiem, ale znam to spojrzenie.

– Jakie spojrzenie? – spytał z takim oburzeniem, jakbym mu zarzucił, że wypił mi drinka. Didier Levy miał czterdzieści parę lat. W jego ciemnych kędzierzawych włosach pojawiły się pierwsze zimowe spiralki bieli. Rozświetlone, łagodnie błękitne tęczówki unosiły się w anemonowym patchworku czerwonych żyłek w jego białkach, dzięki czemu ten sam uśmiech nadawał mu wygląd jednocześnie młodego i rozwiązłego: psotny chłopiec, nadal ukrywający się we wnętrzu podupadającego mężczyzny. Pijał wszystkie gatunki alkoholu, o każdej porze dnia i nocy, ubierał się jak dandys, gdy inni dandysi już dawno rozpłynęli się w upale, palił wyrafinowane blanty ze zrobionej na zamówienie papierośnicy, był zawodowcem w większości przestępstw, w kilku – nawet mistrzem, i nie krył swojej orientacji seksualnej w mieście, które nadal reagowało na nią dezorientacją.

Poznawałem go przez pięć lat walki z wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi. Był odważnym człowiekiem – stawał razem z tobą przed lufami i nigdy nie uciekał, bez względu na to, co się działo.

Był prawdziwy. Dawał wyraz swojej unikatowości w czasie, gdy możemy decydować, kim się stać. Znałem go w latach utraconej miłości, niebezpiecznego porywu żądzy i pokornego wniebowzięcia, jego i mojego. I spędziłem z nim dość tych długich, wilczych, samotnych nocy, by go pokochać.

– To spojrzenie – powtórzyłem. – Spojrzenie, które świadczy, że wiesz coś, o czym powinni wiedzieć wszyscy. To spojrzenie, które mówi: „A nie mówiłem?”, zanim coś w ogóle powiesz. Więc powiedz, zanim usłyszę: „A nie mówiłem?”.

Urażona mina Didiera rozpłynęła się w uśmiechu i znikła w śmiechu.

– To coś więcej niż: „A nie mówiłem?”. Bardzo lubię tego chłopca. Bardziej, niż się spodziewałem. I bardziej, niż powinienem, bo o tym Naveenie Adairze krążą plotki.

– Gdyby plotki mogły głosować, bylibyśmy prezydentami.

– To prawda. Ale plotki o tym chłopcu niepokoją. Mądrej głowie dość dwie słowie; tak brzmi to powiedzenie?

– Tak, ale zawsze się zastanawiałem, dlaczego „dwie słowie”.

– Podobno bardzo, bardzo dobrze posługuje się pięściami. Na uniwersytecie boksował. Mógłby być mistrzem Indii. Jego pięści to śmiercionośna broń. I jak słyszałem, nie waha się – może zanadto – ich używać.

– Ty też się nie wahasz, Didier. I mnie też niewiele potrzeba.

– Wielu mężczyzn padło na kolana przed tym młodzieńcem. Niedobrze, że człowiek tak młody widział tak wielu pokonanych. Za tym uroczym młodym uśmiechem kryje się wiele krwi.

– Za twoim uroczym uśmiechem też kryje się wiele krwi, przyjacielu.

– Dziękuję – powiedział, odrzucając siwiejące loki. – Mówię tylko, że z tego, co słyszałem, wynika, że powinienem od razu zastrzelić tego przystojnego młodzieńca, zamiast wdawać się z nim w bójkę.

– W takim razie dobrze, że nosisz przy sobie broń.

– Mówię... wybacz mi ten nietakt... poważnie. A wiesz, jak wielki niesmak czuję do wszystkiego co poważne.

– Zapamiętam. Daję słowo. Pójdę już.

– Zostawiasz mnie tutaj, żebym pił samotnie, a sam idziesz do niej? – rzucił Didier szyderczo. – Myślisz, że na ciebie czeka po tych trzech tygodniach w Goa? Dlaczego sądzisz, że nie znalazła sobie zieleńszej trawy, jak mawiacie wy, Anglicy, z tak uroczą prowincjonalnością.

– Ja też cię kocham, bracie – powiedziałem, ściskając mu dłoń.

Wyszedłem na tętniącą życiem ulicę i znowu obejrzałem się na niego. Trzymał plik odzyskanych listów miłosnych i machał mi na pożegnanie.

To mnie zatrzymało. Poczułem – co zdarzało mi się często – że go opuściłem. Wiedziałem, że Didier był prawdopodobnie najbardziej samowystarczalnym przemytnikiem w mieście. Należał do ostatnich niezależnych gangsterów, którzy nie byli winni nic – nawet strachu – mafiom, policjantom i ulicznym gangom rządzącym jego podziemnym światkiem.

Ale istnieją tacy ludzie, tacy ukochani, którzy martwią się każdym pożegnaniem i pozostawienie ich jest jak porzucenie ojczyzny. Didier, mój stary przyjaciel, Naveen, mój nowy przyjaciel, i Bombaj, moje Miasto Wysp – moje tak długo, jak długo mnie zechce – każde z was jest niebezpieczne na własny szczególny sposób.

Gdy przed laty przybyłem do Bombaju, byłem obcym przybyszem w nowej dżungli. Mężczyzna, którym się stałem, spoglądał na obcych z gęstwiny miejskiej dżungli. Byłem w domu. Znałem teren.

I stałem się twardszy – być może – bo czegoś mi brakowało, czegoś, co powinno się znajdować tuż koło serca. Uciekłem z więzienia. Didier uciekł przed sprawiedliwością. Naveen uciekł z ulicy, a miasto uciekło przed morzem, kamień po kamieniu zmienione pracą mężczyzn i kobiet w wyspę.

Pomachałem Didierowi, a on się uśmiechnął i dotknął listami czoła. Ja też się uśmiechnąłem i poczułem, że mogę go zostawić. Żaden uśmiech nie zadziała, żadne pożegnanie nie złagodzi bólu, żadne serdeczne słowo nie przyniesie ocalenia, jeśli kryjąca się w nas prawda nie będzie piękna. A najważniejsza prawda na temat nas, ludzi, brzmi tak, że jesteśmy połączeni czystą miłością, której nie znają inne stworzenia.

3

Od Leopolda do mojego mieszkania miałem blisko. Zjechałem z zatłoczonej turystycznej ulicy, minąłem posterunek policji w Kolabie i dotarłem do zakrętu, znanego wszystkim kierowcom taksówek w Bombaju jako Elektryczny Dom.

Po skręcie w prawo z obsadzonej drzewami ulicy za posterunkiem ujrzałem narożnik wiezienia. Siedziałem w tych celach. Gdy przejeżdżałem powoli, moje oczy zdradziły mnie i spojrzały na wysokie zakratowane okna. Mała kaskada wspomnień, smród otwartych latryn, kłębowisko mężczyzn, walczących o odrobinę czystsze miejsce przy kratach. Przy następnym narożniku skręciłem w bramę prowadzącą na dziedziniec budynku Beaumont Villa, gdzie zatrzymałem rower. Skinąłem głowę strażnikowi i pobiegłem na trzecie piętro, przeskakując po trzy schodki naraz.

Otworzyłem drzwi, zadzwoniwszy parę razy. Wszedłem przez salon do kuchni, rzuciłem w przelocie torbę i klucze na stół. Nie znalazłem jej ani tam, ani w sypialni, więc wróciłem do salonu.

– Cześć, skarbie – zawołałem z amerykańskim akcentem. – Wróciłem.

Jej śmiech wpadł do pokoju przez powiewające firanki na tarasie. Rozgarnąłem je i zobaczyłem ją, klęczącą z rękami w ziemi ogródka wielkości walizki. Wokół niej kręciło się małe stadko gołębi, dziobiących okruszki i przeganiających się nawzajem.

– Zadajesz sobie tyle kłopotu, żeby zrobić tu ogród – odezwałem się – a potem pozwalasz, żeby ptaki ci go rozdziobały.

– Nic nie rozumiesz – powiedziała Lisa, zwracając na mnie oczy w kolorze akwamaryny. – Urządziłam ogród, żeby przyciągnąć ptaki. To na nich mi zależało.

– Ty jesteś moim stadkiem ptaków – powiedziałem, kiedy wstała, żeby mnie pocałować.

– Cudownie – rzuciła przekornie. – Pisarz znowu wrócił do domu.

– I jest cholernie zadowolony, że cię widzi. – Zacząłem ciągnąć ją w stronę sypialni.

– Uświniłam sobie ręce! – zaprotestowała.

– Mam nadzieję na świństwa.

– Nie, serio! – Cofnęła się ze śmiechem. – Weźmiemy prysznic...

– Mam nadzieję.

– Ty weźmiesz prysznic – powtórzyła, omijając mnie z daleka – i natychmiast się przebierzesz.

– Przebiorę? A po co nam jakieś ubrania?

– Potrzebne. Wychodzimy.

– Lisa, dopiero wróciłem. Po dwóch tygodniach.

– Po prawie trzech. I będzie mnóstwo czasu, żeby się przywitać, zanim powiemy sobie „dobranoc”.

– Przywitanie brzmi jakoś podobnie do pożegnania.

– Powitanie jest zawsze pierwszą częścią pożegnania. Idź się zmoczyć.

– Dokąd idziemy?

– To ci się spodoba.

– Czyli bardzo mi się nie spodoba, tak?

– Galeria sztuki.

– O, świetnie.

– Odwal się – rzuciła ze śmiechem. – Są dobrzy. Kontrowersyjni. Prawdziwi artyści. Będziesz zachwycony. I to naprawdę ważne wydarzenie. Jeśli się nie pospieszysz, spóźnimy się. I bardzo się cieszę, że wróciłeś na czas.

Zmarszczyłem brwi.

– No, weź. – Roześmiała się. – Co nam zostanie, gdy zabraknie sztuki?

– Seks. Jedzenie. I znowu seks.

– W galerii będzie mnóstwo jedzenia – oznajmiła, popychając mnie w stronę prysznica. – I pomyśl, jak wdzięczne będzie twoje stadko ptaków, kiedy wrócimy z tej galerii, do której stadko bardzo, bardzo chce iść i do którego się spóźnimy, jeśli nie wleziesz pod ten prysznic natychmiast!

W kabinie zdjąłem koszulę przez głowę. Lisa odkręciła wodę, która smagnęła moje plecy i dżinsy.

– Hej! – krzyknąłem. – To moje najlepsze spodnie!

– W których chodziłeś przez wiele tygodni! – zawołała Lisa z kuchni. – Dziś włożysz drugie najlepsze.

– I jeszcze nie dałem ci prezentu! Mam go w kieszeni tych dżinsów, które przemoczyłaś!

Lisa stanęła w drzwiach.

– Przyniosłeś mi prezent?

– Oczywiście.

– Dobrze. To słodkie. Spojrzę na niego później.

Znowu zniknęła mi z oczu.

– Dobrze! – rzuciłem za nią. – Tak zróbmy. Jak już się ubawimy w galerii.

Wychodząc spod prysznica, usłyszałem, jak Lisa śpiewa piosenkę z indyjskiego filmu. Przypadkiem, a może za sprawą tej synchroniczności, która przeplata się przez spiralne komnaty miłości, była to ta sama piosenka, którą śpiewałem zaledwie parę godzin temu na ulicy, idąc z Vikramem i Naveenem. A później, kiedy zabieraliśmy nasze rzeczy, nuciliśmy tę piosenkę razem.

Zasady ruchu w Bombaju obmyślili akrobaci z myślą o małych słoniach. Po dwudziestu minutach motocyklowych wyczynów dotarliśmy do Cumballa Hill, bogatej dzielnicy na najbardziej prestiżowym bombajskim wzgórzu.

Zaparkowałem motocykl przed modnie kontrowersyjną galerią Backbeat u wylotu modnie ortodoksyjnej Carmichael Road. Przed galerią stały drogie zagraniczne samochody i bogate miejscowe osoby.

Lisa wprowadziła mnie do środka, lawirując w gęstym tłumie. Ciżba stłoczona w podłużnym pomieszczeniu pewnie dwukrotnie przekraczała dopuszczalne normy stu pięćdziesięciu osób, widniejące na znaku ostrzegawczym straży pożarnej przy wejściu.

„Jeśli nie znosisz gorąca, wyjdź z płonącego budynku”.

Lisa w końcu odszukała swoje przyjaciółki i przystąpiliśmy do poznawania się z niemal anatomiczną dokładnością.

– To Rosanna – oznajmiła Lisa, wciśnięta koło niskiej dziewczyny z dużym, ozdobnym złotym krzyżykiem; stopy przybitego do niego Zbawiciela znajdowały się tuż między jej piersiami. – A to Lin. Właśnie wrócił z Goa.

– W końcu się poznajemy – powiedziała Rosanna, wpierając się we mnie piersią, kiedy podniosła rękę, żeby przesunąć nią po krótkich, najeżonych włosach. Mówiła z amerykańskim akcentem, ale z indyjskimi samogłoskami. – Co cię sprowadziło do Goa?

– Listy miłosne i rubiny.

Rosanna zerknęła na Lisę.

– Nie patrz na mnie – westchnęła Lisa, wzruszając ramionami.

– Ale z ciebie dziwak, kurde! – zawołała Rosanna głosem przerażonej papugi. – Chodź ze mną! Musisz poznać Tadża. On uwielbia dziwaków, yaar.

Rosanna przepchnęła nas przez tłum do wysokiego, przystojnego młodzieńca o sięgających ramion włosach, lśniących od perfumowanego olejku. Stał przed wielką, prawie trzymetrową kamienną rzeźbą, przedstawiającą dzikiego człowieka.

Na tabliczce obok rzeźby widniała jej nazwa: ENKIDU. Artysta powitał Lisę pocałunkiem w policzek, a potem podał mi rękę.

– Tadż – powiedział, przyglądając mi się z życzliwą, nieskrywaną ciekawością. – A ty musisz być Lin. Lisa wiele mi o tobie opowiadała.

Uścisnąłem mu rękę i pozwoliłem sobie zajrzeć mu w oczy, a potem przeniosłem wzrok na wielką rzeźbę za jego plecami. Tadż lekko odwrócił głowę, idąc za moim spojrzeniem.

– Co sądzisz?

– Podoba mi się. Kupiłbym go, gdybym miał trochę wyższe mieszkanie z mocniejszą podłogą.

– Dzięki – rzucił ze śmiechem.

Położył rękę na piersi kamiennego wojownika.

– Właściwie nie wiem, kto to. Poczułem, że chcę go zobaczyć, stojącego naprzeciwko mnie. Tak po prostu. Żadnych metafor, psychologii, nic.

– Goethe powiedział, że wszystko jest metaforą.

– A to dobre – powiedział Tadż, znowu ze śmiechem. Jego łagodne, brązowe jak kora oczy zalśniły. – Mogę użyć tego cytatu? Mógłbym go wydrukować i umieścić obok tego oto pana. Może wtedy łatwiej się sprzeda.

– Oczywiście. Pisarze nie umierają, dopóki ludzie ich cytują.

– Wystarczy tego dobrego – przerwała Rosanna, chwytając mnie za ramię. – Teraz chodź zobaczyć moje prace.

Zaprowadziła Lisę i mnie przez pijący, palący, śmiejący się i krzyczący tłum pod ścianę naprzeciwko wysokiej rzeźby. Na wysokości oczu przez połowę pokoju ciągnęły się gipsowe płaskorzeźby. Pomalowano je tak, że imitowały brąz, a każda z nich opowiadała kolejną część historii.

– Chodzi o zabójstwa Sapny – wyjaśniła Rosanna, krzycząc mi do ucha. – Pamiętasz? Parę lat temu? Jeden szaleniec namawiał służących, żeby się zbuntowali i zabili swoich bogatych panów. Pamiętasz? Pisały o tym wszystkie gazety.

Pamiętałem morderstwa Sapny. I znałem prawdę o nich lepiej od Rosanny i lepiej niż ktokolwiek w Bombaju, Mieście Wysp. Szedłem powoli od płaskorzeźby do płaskorzeźby, przyglądając się długim szeregom postaci z historii Sapny. Zakręciło mi się w głowie. Widziałem historie ludzi, których znałem – ludzi, którzy zabijali i umierali, a w końcu stali się malutkimi figurkami, zaklętymi przez artystkę we fryzie.

Lisa pociągnęła mnie za rękaw.

– Co się dzieje?

– Chodźmy do zielonej sali! – krzyknęła.

– Dobrze, dobrze.

Poszliśmy za Rosanną przez dżunglę pocałunków i wyciągniętych rąk. Rosanna pokrzykiwała i wrzeszczała przez całą drogę. Wystukała rytmiczny sygnał na drzwiach. Kiedy nam otworzono, wepchnęła nas do ciemnego pomieszczenia, oświetlonego czerwonymi motocyklowymi reflektorami zawieszonymi na grubych kablach. W pomieszczeniu znajdowało się około dwudziestu osób, siedzących na krzesłach, sofach i podłodze. Było tu o wiele ciszej. Dziewczyna, która podeszła do mnie, by podać mi blanta, mówiła ochrypłym szeptem, który zadziałał na mnie jak ręka pieszcząca moje krótkie włosy.

– Chcesz się sponiewierać? – spytała retorycznie, podając mi jointa w nadnaturalnie długich palcach.

– Spóźniłaś się – powiedziała Lisa szybko, przejmując blanta. – Los cię uprzedził.

Wzięła bucha i oddała papierosa dziewczynie.

– To Anuszka – wyjaśniła.

Długie palce Anuszki zamknęły moją dłoń w uścisku.

– Artystka performatywna – dodała Lisa.

– Co ty nie powiesz – powiedziałem.

Anuszka pochyliła się, żeby pocałować mnie lekko w policzek, przytrzymując jedną ręką tył mojej głowy.

– Powiedz, kiedy przestać – szepnęła.

Kiedy doszła do szyi, powoli odwróciłem głowę, aż napotkałem spojrzenie Lisy.

– Wiesz co, miałaś rację. Faktycznie lubię twoje przyjaciółki. I naprawdę dobrze się bawię w tej galerii, choć w życiu bym nie pomyślał.

– Dobra – rzuciła Lisa, odciągając Anuszkę. – Koniec występu.

– Bis! – zaryzykowałem.

– Nie ma bisów. – Lisa pociągnęła mnie w kierunku jakiegoś trzydziestoletniego mężczyzny, przy którym usiedliśmy na podłodze.

Mężczyzna miał ogoloną, błyszczącą głowę i nosił kurtkę i spodnie w kolorze brudnej pomarańczy.

– To Risz. To on zorganizował tę wystawę. Sam też pokazuje swoje prace. Risz, to Lin.

– Siema. – Risz uścisnął mi dłoń. – Jak ci się tu podoba?

– Performance jest rewelacyjny – odpowiedziałem, patrząc, jak Anuszka pochyla się, by ukąsić nieprotestującą ofiarę.

Lisa klepnęła mnie mocno w ramię.

– Żartuję. Wszystko jest fajne. I przyciągnęliście tłum. Gratulacje.

– Mam nadzieję, że będą mieli ochotę kupować – powiedziała Lisa.

– Jeśli nie, Anuszka ich przekona.

Lisa znowu uderzyła mnie w ramię.

– A Lisa może ich zdzielić.

– Mieliśmy szczęście – powiedział Risz z uśmiechem, podając mi jointa.

– Nie, dziękuję. Nie palę, kiedy prowadzę. Szczęście w czym?

– O mało nic z tego nie wyszło. Widziałeś ten duży portret Rama? Ten pomarańczowy?

Wielkie, w większości pomarańczowe malowidło wisiało tuż koło kamiennej rzeźby Enkidu. Nie od razu uświadomiłem sobie, że znajdująca się na jego środku uderzająca postać to hinduski bóg.

– Moralna policja z obłąkanej religijnej prawicy – wyjaśnił Risz. – Nazywają się Włócznią Karmy. Dowiedzieli się o tym obrazie i usiłowali doprowadzić do zamknięcia wystawy. Skontaktowaliśmy się z ojcem Tadża. To znany prawnik, mający dojścia do sekretarza generalnego. Zdobył nakaz sądowy, dzięki któremu mogliśmy jednak otworzyć.

– Kto to namalował?

– Ja – oznajmił Risz. – A co?

– Dlaczego postanowiłeś namalować taki obraz?

– Twierdzisz, że istnieją tematy, których nie powinienem poruszać?

– Pytam, dlaczego wybrałeś właśnie ten.

– Ze względu na wolność artystycznej wypowiedzi.

– Viva la revolution – zamruczała Anuszka, siadając przy Riszu i kładąc mu się na kolanach.

– Jaką wolność? – spytałem. – Waszą czy ich?

– Włóczni Karmy? – prychnęła Rosanna. – Obłąkane faszystowskie pojeby, jeden w drugiego. Nic nie znaczą. To peryferyjna grupa. Nikt ich nie słucha.

– Peryferyjne grupy przeważnie torują sobie drogę do centrum, które je ignoruje lub obraża.

– Co? – rzuciła się Rosanna.

– To prawda – zgodził się Risz. – Już dopuścili się paru aktów przemocy. Nie ma co do tego wątpliwości. Ale działają głównie w centrach regionalnych i wioskach. Tam pobiją księdza, gdzie indziej spalą kościół, takie rzeczy. Nigdy nie zdobędą w Bombaju rzesz zwolenników.

– Zasrani obłąkani fanatycy – rzucił zapalczywie brodaty młodzieniec w różowej koszuli. – Najgłupsi ludzie świata!

– Nie możesz tak mówić – odezwałem się cicho.

– Powiedziałem! – odpalił młodzieniec. – Więc się pierdol. Powiedziałem. Więc mogę.

– W porządku. Chodziło mi o to, że nie możesz tak mówić, bo to stwierdzenie bez pokrycia. Na tej samej zasadzie możesz powiedzieć nawet, że księżyc to ozdoba na Diwali. Nie można twierdzić, że wszyscy ludzie, którzy mają inne zdanie niż ty, są głupi.

– To jacy są? – spytał Risz.

– Pewnie znasz ich i ich sposób myślenia lepiej niż ja.

– Nie, wyjaśnij mi to.

– No dobrze. Moim zdaniem są wierzący. I to wierzący żarliwie. Pewnie kochają Boga, są w nim rozkochani, a kiedy przedstawia się go w niepobożny sposób, to obraża ich wiarę.

– Więc twierdzisz, że nie powinniśmy zorganizować tej wystawy?

– Tego nie chciałem powiedzieć.

– Co to za kolo? – rzucił młody brodacz w pustkę.

– Proszę – nie rezygnował Risz. – Powiedz, co chciałeś powiedzieć.

– Szanuję twoje prawo do tworzenia i prezentowania swojej sztuki, ale uważam, że prawo łączy się z obowiązkami i że jako artyści mamy obowiązek nie ranić nikogo w imię sztuki. Może to dopuszczalne w imię prawdy, sprawiedliwości i wolności. Ale nie sztuki.

– Dlaczego?

– Gdy wyrażamy siebie, sięgamy do osiągnięć artystów, którzy żyli przed nami. Musimy pozostać wierni tym, co w nich najlepsze. To nasz obowiązek.

– Co to za kolo? – spytał młody brodacz szeregu motocyklowych reflektorów.

– Więc jeśli ktoś się poczuje urażony, to będzie moja wina? – spytał Risz cicho i poważnie.

Zaczynałem go lubić.

– Powtarzam – upierał się młody brodacz – co to za kolo?

Jego już nie lubiłem.

– Kolo, który ci przetrzepie gramatykę – powiedziałem cicho – jeśli jeszcze raz zwrócisz się do mnie w trzeciej osobie.

– To pisarz – rzuciła Anuszka, ziewając. – Kłócą się, bo...

– Bo mogą – przerwała Lisa, ciągnąc mnie za rękę. – Chodź, Lin. Pora zatańczyć.

Ze stojących na podłodze głośników buchnęła muzyka.

– Uwielbiam tę piosenkę! – mruknęła Anuszka. Poderwała się i podniosła Risza. – Zatańcz ze mną!

Przez chwilę trzymałem Lisę w objęciach. Pocałowałem ją w szyję.

– Śmiało – uśmiechnąłem się. – Wytańcz się. Ja jeszcze raz rzucę okiem na wystawę. Do zobaczenia na dworze.

Lisa pocałowała mnie i dołączyła do tańczących. Ja przedarłem się przez tłum, brnąc pod prąd fal muzyki.

W galerii stanąłem znowu przed brązowymi gipsowymi płaskorzeźbami, opowiadającymi historię morderstw Sapny. Usiłowałem rozstrzygnąć, czy był to koszmar artysty, czy mój.

Straciłem wszystko. Odebrano mi prawo do opieki nad córką. Pogrążyłem się w uzależnieniu od heroiny i napadach z bronią w ręku. Złapano mnie i skazano na dziesięć lat ciężkich robót w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Mógłbym powiedzieć, że byłem bity przez pierwsze dwa i pół roku. Mógłbym podać pół tuzina innych racjonalnych przyczyn, dla których uciekłem z tego obłąkanego więzienia, ale prawda wyglądała tak, że pewnego dnia wolność stała się dla mnie droższa od własnego życia. I tego dnia przestałem się zgadzać na uwięzienie. Od tamtego dnia na zawsze. Uciekłem i stałem się ściganym banitą.

Uciekając, opuściłem Australię i przez Nową Zelandię trafiłem do Indii. Po pół roku w wiosce na odludziu w Maharasztrze nauczyłem się języka wieśniaków. Półtora roku w miejskich slumsach pozwoliło mi opanować język ulicy.

W Bombaju znowu trafiłem do więzienia, jak to się czasem zdarza uciekinierom. Człowiekiem, który wykupił mnie z więzienia, był szef mafii, Kadirbaj. Wiedział, jak się mną posłużyć. Potrafił znaleźć rolę dla każdego. A kiedy pracowałem dla niego, żaden bombajski policjant mnie nie niepokoił i żadne więzienie nie proponowało mi swoich usług.

Fałszowanie paszportów, przemyt, złoto z czarnego rynku, nielegalny handel walutami, wymuszanie haraczu, wojny gangów, Afganistan, wymierzanie sprawiedliwości – mafia wypełniła mi całe lata. I nic z tego nie miało dla mnie większego znaczenia, ponieważ most w przeszłość, do mojej rodziny i przyjaciół, nazwiska, narodowości i wszystkiego, co przed Bombajem stanowiło o mojej tożsamości, zniknął, jak ci nieżyjący ludzie zastygli na malowanej na brąz płaskorzeźbie Rosanny.

Wyszedłem z galerii, utorowałem sobie drogę w rzednącym tłumie i dotarłem do motocykla, na którym usiadłem. Znajdowałem się po drugiej stronie ulicy naprzeciwko wejścia.

Na ścieżce koło mnie zebrała się spora grupa ludzi, w większości miejscowych z okolicznych kwater dla służących. Stanęli w chłodzie nocy, by podziwiać piękne samochody i eleganckich gości wchodzących i wychodzących z wernisażu. Słyszałem ludzi mówiących w marathi i hindi. Komentowali samochody, biżuterię i ubrania z prawdziwym podziwem i przyjemnością. Nikt nie odzywał się zazdrośnie czy niechętnie. Byli to biedacy żyjący w trudzie i strachu, zawierających się w słowie „bieda”, ale na klejnoty i jedwabie bogaczy patrzyli z radosną, pozbawioną zawiści niewinnością.

Gdy z galerii wyłonił się znany przemysłowiec i jego żona, gwiazda filmowa, zebrani westchnęli z podziwem. Kobieta miała na sobie iskrzące się drogimi kamieniami żółto-białe sari. Odwróciłem głowę, by spojrzeć na ludzi uśmiechających się i szepczących z podziwem, jakby kobieta była ich sąsiadką – i zauważyłem stojących na uboczu trzech mężczyzn.

Patrzyli przed siebie kamiennym, nieruchomym wzrokiem. Z ich ciemnych, martwych oczu złość biła tak intensywnymi falami, że czułem ją na skórze jak wodny pył.

I nagle, jakby poczuli, że ich obserwuję, odwrócili się jednocześnie i spojrzeli mi prosto w oczy z oczywistą bezpodstawną nienawiścią.

Wpatrywaliśmy się w siebie, gdy radosny tłum wzdychał z zachwytu, limuzyny przejeżdżały obok nas, a flesze błyskały. Pomyślałem o Lisie, która nadal znajdowała się w galerii. Ci mężczyźni prowokowali wzrokiem czający się we mnie mrok. Powoli sięgnąłem po dwa noże w płóciennych pochwach, przymocowanych do paska na plecach.

– Hej! – zawołała Rosanna, klepiąc mnie w ramię.

Odruchowo chwyciłem ją jedną ręką za przegub, drugą popychając do tyłu.

– No co! Spokojnie! – rzuciła zaskoczona.

– Przepraszam – burknąłem, puszczając jej rękę.

Szybko odwróciłem się, szukając tych nienawistnych oczu. Trzej mężczyźni zniknęli.

– Wszystko w porządku? – spytała Rosanna.

– Jasne – powiedziałem, znowu odwracając się do niej. – Jasne. Przepraszam. Już skończyliście?

– Mniej więcej. Skończymy po wyjściu wielkich gwiazd. Lisa powiedziała, że nie przepadasz za Goa. Dlaczego? Ja stamtąd pochodzę, wiesz?

– Domyśliłem się.

– To co masz przeciwko Goa?

– Nic. Po prostu za każdym razem, kiedy tam jadę, ktoś prosi mnie o niewygodną przysługę.

– To nie jest moje Goa – odparła.

Nie broniła się. Po prostu stwierdzała fakt.

– Może i nie – zgodziłem się z uśmiechem. – I Goa jest duże. Znam tylko parę plaż i miast.

Przyglądała się uważnie mojej twarzy.

– Powiedziałeś, że co to było? Rubiny i co?

– Rubiny i listy miłosne.

– Ale nie pojechałeś tam tylko po to, prawda?

– Tylko po to – skłamałem.

– Gdybym stwierdziła, że załatwiałeś tam interesy czarnego rynku, bardzo bym spudłowała?

Pojechałem na Goa, żeby odebrać dziesięć pistoletów. Zostawiłem je u człowieka mafii w Bombaju, zanim poszedłem do Vikrama, żeby mu oddać naszyjnik. Podejrzenia o czarnorynkową działalność były bliskie prawdy.

– Słuchaj...

– Przyszło ci do głowy, że to wy stanowicie problem? Ludzie tacy jak ty, którzy przyjeżdżają do Indii, przywożąc problemy, których nam nie potrzeba?

– W Indiach było dość problemów, zanim się tu zjawiłem, i będzie ich równie wiele, kiedy odjadę.

– Mówimy o tobie, nie o Indiach.

Miała rację; dwa noże uwierające mnie w plecy przypominały mi o tym.

– Masz rację – ustąpiłem.

– Tak?

– Tak. Oznaczam kłopoty. Ty w tej chwili też, jeśli mogę zauważyć.

– Lisa nie potrzebuje kłopotów przez ciebie – powiedziała, marszcząc brwi.

– Nie – powiedziałem spokojnie. – Nikt nie potrzebuje kłopotów.

Przyglądała mi się jeszcze przez chwilę; jej piwne oczy szukały czegoś na tyle szerokiego czy głębokiego, żeby nadać kontekst rozmowie. W końcu się roześmiała i odwróciła wzrok, przeciągając ciężką od pierścieni ręką przez nastroszone włosy.

– Przez ile dni będzie otwarta wystawa? – spytałem.

– Dali nam jeszcze tydzień – powiedziała, patrząc na gości opuszczających galerię. – Jeśli oczywiście wariaci nie doprowadzą do jej zamknięcia.

– Na waszym miejscu zapłaciłbym za ochronę. Postawiłbym paru dużych, groźnych facetów w drzwiach. Podkupiłbym ochroniarzy z pięciogwiazdkowych hoteli. Niektórzy są bardzo dobrzy, a ci, co nie są, wyglądają, jakby byli.

– Wiesz coś?

– Nie. Widziałem tu paru facetów. Bardzo serio niezadowolonych. Myślę, że są niezadowoleni z tego, co jest w galerii.

– Nienawidzę tych zasranych fanatyków! – syknęła.

– Chyba z wzajemnością.

Zerknąłem w stronę galerii, gdzie Lisa całowała Risza i Tadża na pożegnanie.

– Jest Lisa.

Usiadłem na motocyklu i uruchomiłem silnik, który ożył z warknięciem i podjął cichy, bulgoczący pomruk. Lisa podeszła, żeby uściskać Rosannę, i usiadła za mną.

– Phir milenge – powiedziałem. „Do następnego spotkania”.

– Chyba że ja spotkam cię pierwsza.

Zjechaliśmy długim zboczem nad morze, a kiedy zatrzymaliśmy się na światłach, za nami stanęła czarna furgonetka. Odwróciłem się i ujrzałem mężczyzn z nienawistnymi spojrzeniami. Kłócili się.

Światła się zmieniły, a ja ich przepuściłem. Na tylnym oknie mieli nalepki o politycznej treści i symbole religijne. Przy pierwszej okazji skręciłem z głównej szosy.