Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 479 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cień Dextera - Jeff Lindsay

W pierwszej scenie książki Dexter, pełniący funkcję narratora, dokonuje wiwisekcji pedofila o nazwisku Steve Valentine, znanego jako klown Puffalump, który gwałcił i dusił małych chłopców. Kiedy Dexter przygotowuje rozczłonkowane zwłoki Valentine’a do usunięcia, w pustym domu, gdzie miała miejsce wiwisekcja, nagle pojawia się anonimowy mężczyzna i widzi całą scenę, po czym ucieka i odjeżdża samochodem. Dexter zauważa, że jest to honda ciemnego koloru z rdzawą plamą na bagażniku. Kilka dni później w Miami policja znajduje zmasakrowane zwłoki inspektora Kleina leżące w samochodzie pozostawionym na poboczu autostrady; ktoś połamał mu wszystkie kości ciężkim młotem kamieniarskim, dbając, by ofiara żyła, gdy ją tłuczono. Śledztwo w tej sprawie prowadzi siostra Dextera, sierżant Deborah Morgan, która prosi go o pomoc. Po jakimś czasie policja znajduje zwłoki kolejnego policjanta zatłuczonego ciężkim młotem w identyczny sposób; tym razem chodzi o szeregowego funkcjonariusza o nazwisku Gunther.

Opinie o ebooku Cień Dextera - Jeff Lindsay

Fragment ebooka Cień Dextera - Jeff Lindsay

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Naj­now­szy tom kul­to­wej se­rii kry­mi­nal­nej Jef­fa Lind­saya o „do­brym za­bój­cy” De­xte­rze Mor­ga­nie, tech­ni­ku kry­mi­na­li­stycz­nym po­li­cji w Mia­mi na Flo­ry­dzie. Tego nie zo­ba­czysz w te­le­wi­zji!

To, co wy­da­wa­ło się nie­moż­li­we, sta­je się fak­tem. Męż­czy­zna w hon­dzie na­kry­wa De­xte­ra na go­rą­cym uczyn­ku, pod­czas ćwiar­to­wa­nia zwłok ko­lej­nej ofia­ry, jed­nak nie in­for­mu­je o tym po­li­cji. Świa­dek. Jego nie­ra­cjo­nal­ne za­cho­wa­nie nie daje Mor­ga­no­wi spo­ko­ju, nie po­zwa­la nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. Oba­wia­jąc się aresz­to­wa­nia, z tru­dem wy­trzy­mu­je kil­ka go­dzin w pra­cy, trak­tu­jąc na­wet po­byt w domu z ro­dzi­ną jako mę­czą­cy obo­wią­zek. Co ro­bić? Cze­kać na roz­wój wy­pad­ków czy przejść do kontr­ata­ku – wy­tro­pić świad­ka i za­ła­twić spra­wy po swo­je­mu? Od­po­wiedź jest oczy­wi­sta, lecz za­da­nie oka­zu­je się trud­niej­sze, a obiekt po­lo­wa­nia spryt­niej­szy, niż przy­pusz­czał. Ano­ni­mo­wy prze­ciw­nik, któ­re­go De­xter na­zy­wa Cie­niem, pod­su­wa mu fał­szy­we tro­py, śle­dzi jego ro­dzi­nę, osa­cza go, sta­ra­jąc się do­rów­nać mu pod wzglę­dem bru­tal­no­ści i me­tod. W tym sa­mym cza­sie w Mia­mi gra­su­je okrut­ny mor­der­ca, któ­ry ma­sa­kru­je swo­je ofia­ry – po­li­cjan­tów – przy uży­ciu ka­mie­niar­skie­go mło­ta. W iden­tycz­ny spo­sób gi­nie ko­le­żan­ka De­xte­ra z pra­cy, Ca­mil­la Figg, on sam zaś sta­je się głów­nym po­dej­rza­nym o za­bój­stwo. De­tek­ty­wi pro­wa­dzą­cy śledz­two bio­rą Mor­ga­na pod lupę. Czy Cień i Mło­ciarz to jed­na i ta sama oso­ba? Ja­kie pla­ny ma Cień wo­bec De­xte­ra i człon­ków jego ro­dzi­ny?

JEFF LIND­SAY (Jef­fry Freu­dlich)

Współ­cze­sny pi­sarz ame­ry­kań­ski, zna­ny przede wszyst­kim z cy­klu po­wie­ści o De­xte­rze Mor­ga­nie – ana­li­ty­ku śla­dów krwi, za­ra­zem se­ryj­nym za­bój­cy. Współ­au­tor­ką kil­ku wcze­śniej­szych ksią­żek Lind­saya była jego żona, Hi­la­ry He­min­gway, bra­ta­ni­ca Er­ne­sta He­min­gwaya. Pierw­sza po­wieść o De­xte­rze, De­mo­ny De­xte­ra, zo­sta­ła opu­bli­ko­wa­na w 2004 i po­słu­ży­ła za kan­wę sce­na­riu­sza po­pu­lar­ne­go se­ria­lu te­le­wi­zji „Show­ti­me”, za­ty­tu­ło­wa­ne­go De­xter. W la­tach 2005-2013 uka­za­ły się dal­sze tomy se­rii, m.in. De­li­rium De­xte­ra, Dzie­ło De­xte­ra, Cień De­xte­ra i De­xter’s Fi­nal Cut.

Tego au­to­ra

DE­MO­NY DE­XTE­RA

DE­LI­RIUM DE­XTE­RA

CIEŃ DE­XTE­RA

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

DO­UBLE DE­XTER

Co­py­ri­ght © Jeff Lind­say 2011

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © To­masz Wy­żyń­ski 2013

Re­dak­cja: Agniesz­ka Ło­dziń­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: Dmi­try Na­umov/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-155-4

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Hi­la­ry, jak za­wsze

Podziękowania

Bar­dzo ser­decz­nie dzię­ku­ję Sa­man­cie Ste­in­berg, jed­ne­mu z czo­ło­wych kry­mi­no­lo­gów ame­ry­kań­skich, au­tor­ce Ste­in­berg’s Fa­cial Iden­ti­fi­ca­tion Ca­ta­log oraz Ste­in­berg’s Eth­ni­ci­ties Ca­ta­log, któ­ra przej­rza­ła ma­szy­no­pis pod wzglę­dem me­ry­to­rycz­nym.

I jak za­wsze spe­cjal­ne po­dzię­ko­wa­nia dla Bear, Po­okie i Tink, któ­rzy przy­po­mi­na­ją mi, dla­cze­go to wszyst­ko jest waż­ne.

1

Oczy­wi­ście są chmu­ry. Za­sła­nia­ją nie­bo i pul­su­ją­cy, na­brzmia­ły księ­życ, któ­ry prze­ły­ka nad nimi śli­nę. Gdzieś w gó­rze po­wo­li są­czy się świa­tło – ale blask jest ukry­ty, scho­wa­ny za ni­ski­mi, ciem­ny­mi ob­ło­ka­mi za­kry­wa­ją­cy­mi świat. Wkrót­ce spad­nie gwał­tow­na let­nia ule­wa, bo chmu­ry są bli­skie pęk­nię­cia, doj­rza­łe do tego, co musi na­stą­pić, i ze strasz­li­wym wy­sił­kiem pró­bu­ją po­wstrzy­mać po­top, któ­ry się wkrót­ce roz­pocz­nie.

Wkrót­ce – ale nie te­raz, jesz­cze nie. Mu­szą cze­kać, na­brzmie­wa­jąc mocą tego, co na­ra­sta, praw­dzi­wym, ośle­pia­ją­cym prą­dem tego, co się sta­nie, co musi się stać, gdy przyj­dzie pora, kie­dy ko­niecz­ność prze­mie­ni się w praw­dę chwi­li, na­da­jąc kształt te­raź­niej­szo­ści…

Ten czas jed­nak jesz­cze nie nad­szedł. Chmu­ry spo­glą­da­ją gniew­nie na zie­mię, kłę­bią się i cze­ka­ją, a po­trze­ba sta­je się co­raz sil­niej­sza. Na­pię­cie na­ra­sta. Już wkrót­ce, na pew­no. Już za kil­ka chwil ciem­ne, mil­czą­ce chmu­ry wy­peł­nią ci­szę nocy nie­zno­śną wszech­mo­cą swo­jej po­tę­gi i roz­bi­ją mrok na pło­ną­ce strzę­py – i wte­dy, do­pie­ro wte­dy, na­dej­dzie wy­zwo­le­nie.

Chmu­ry się roz­stą­pią i uwię­zio­ne w nich na­pię­cie try­śnie po­to­ka­mi czy­stej roz­ko­szy, za­le­wa­jąc świat świa­tłem i wol­no­ścią.

Ta chwi­la jest bli­sko, bar­dzo bli­sko – lecz jesz­cze nie na­de­szła. Ob­ło­ki cze­ka­ją na wła­ści­wy mo­ment co­raz ciem­niej­sze, co­raz cięż­sze, co­raz bar­dziej na­brzmia­łe, aż wresz­cie nie mogą już wy­trzy­mać.

A w dole, w mro­ku nocy? Co się dzie­je tu, na zie­mi, w cie­niu rzu­ca­nym przez po­sęp­ne chmu­ry, któ­re prze­sło­ni­ły księ­życ? Kim jest mrocz­na po­stać skra­da­ją­ca się w ci­szy, go­to­wa, peł­na wy­cze­ki­wa­nia? Kim­kol­wiek jest, cze­ka w na­pię­ciu zwi­nię­ta ni­czym wąż, aż na­dej­dzie mo­ment, gdy zro­bi to, co musi zro­bić, co za­wsze robi. Ta chwi­la zbli­ża się szyb­ko, pę­dząc na my­sich łap­kach, jak­by ona tak­że wie­dzia­ła, co musi się stać, i bała się tego; jak­by czu­ła trwo­gę przed nad­cho­dzą­cą praw­dą – jest co­raz bli­żej, tuż-tuż, spo­glą­da ci na szy­ję, wy­czu­wa cie­pły trze­pot żył i my­śli: Te­raz.

Nie­bo roz­dzie­ra ogłu­sza­ją­cy huk bły­ska­wi­cy. W na­głym bla­sku wi­dać du­że­go, pulch­ne­go męż­czy­znę idą­ce­go w ciem­no­ści, jak­by on rów­nież czuł za sobą mrocz­ny od­dech. Roz­le­ga się grzmot i wi­dać ko­lej­ną bły­ska­wi­cę. Męż­czy­zna jest co­raz bli­żej, nie­sie lap­top i sza­rą ko­per­tę, szu­ka klu­czy­ków i zni­ka w mro­ku. Jesz­cze je­den błysk; męż­czy­zna jest bar­dzo bli­sko, trzy­ma lap­top i uno­si w górę klu­czy­ki do sa­mo­cho­du. Znów zni­ka. Za­pa­da na­gła ci­sza, ab­so­lut­na, jak­by nic nie od­dy­cha­ło – na­wet ciem­ność wstrzy­mu­je od­dech…

A póź­niej w jed­nej chwi­li zry­wa się wiatr, roz­le­ga się ło­skot gro­mu i cały świat woła: „Te­raz!”.

Te­raz!

I za­czy­na się dziać to, co musi się stać tej ciem­nej let­niej nocy. Z chmur lecą na zie­mię stru­gi desz­czu, świat zno­wu za­czy­na od­dy­chać, w wil­got­nym mro­ku bar­dzo po­wo­li i ostroż­nie roz­wi­ja­ją się mięk­kie, ostre pędy i peł­zną w stro­nę klow­na, któ­ry, sto­jąc na desz­czu, usi­łu­je otwo­rzyć drzwi sa­mo­cho­du. Drzwi się uchy­la­ją, lap­top i ko­per­ta lą­du­ją na sie­dze­niu, a po­tem okrą­gły męż­czy­zna sia­da za kie­row­ni­cą, za­my­ka drzwi i od­dy­cha głę­bo­ko, ocie­ra­jąc wodę z twa­rzy. Uśmie­cha się trium­fal­nie, co ostat­nio czę­sto mu się zda­rza. Ste­ve Va­len­ti­ne jest szczę­śli­wym czło­wie­kiem; ostat­nio wszyst­ko ukła­da się po jego my­śli i uwa­ża, że tak samo bę­dzie tego wie­czo­ru. Ży­cie Ste­ve’a Va­len­ti­ne’a jest bar­dzo uda­ne.

A tak­że pra­wie za­koń­czo­ne.

Ste­ve Va­len­ti­ne to klown. Nie zwy­kły we­so­łek, szczę­śli­wa ka­ry­ka­tu­ra nor­mal­no­ści. Jest za­wo­do­wym klow­nem, któ­ry za­miesz­cza ogło­sze­nia w miej­sco­wych ga­ze­tach i bie­rze udział w przy­ję­ciach dla dzie­ci. Nie­ste­ty, ce­lem jego ży­cia nie jest spra­wia­nie ra­do­ści nie­win­nym ma­lu­chom, a sztucz­ki wy­mknę­ły mu się spod kon­tro­li. Już dwa razy aresz­to­wa­no go i zwol­nio­no, po­nie­waż ro­dzi­ce po­skar­ży­li się po­li­cji, że za­brał dziec­ko do ciem­ne­go po­miesz­cze­nia, by mu po­ka­zać ko­lo­ro­wy ba­lon w kształ­cie zwie­rzę­cia.

Va­len­ti­ne, dwu­krot­nie wy­pusz­czo­ny z bra­ku do­wo­dów, stał się ostroż­ny. Od tego cza­su nikt się nie skar­żył – jak moż­na było się skar­żyć? Ale nie prze­stał się ba­wić z dzieć­mi, ja­sne, że nie. Ty­grys za­wsze po­zo­sta­je ty­gry­sem i Va­len­ti­ne rów­nież się nie zmie­nił. Za­czął po­stę­po­wać mą­drzej, bar­dziej pod­stęp­nie, jak zra­nio­ny dra­pież­nik. Roz­po­czął nową, mrocz­ną grę i uznał, że nig­dy nie po­nie­sie kon­se­kwen­cji.

Jed­nak się po­my­lił.

Dziś otrzy­ma ra­chu­nek.

Va­len­ti­ne miesz­ka w ob­skur­nym blo­ku na pół­noc od por­tu lot­ni­cze­go Opa-loc­ka. Bu­dy­nek wy­glą­da, jak­by miał co naj­mniej pięć­dzie­siąt lat. Na uli­cy od fron­tu sto­ją wra­ki sa­mo­cho­dów, nie­któ­re cał­kiem spa­lo­ne. Dom drży lek­ko, gdy nad nim prze­la­tu­ją star­tu­ją­ce lub lą­du­ją­ce od­rzu­tow­ce; ich huk za­głu­sza na­wet war­kot sa­mo­cho­dów do­cho­dzą­cy z po­bli­skiej au­to­stra­dy.

Miesz­ka­nie Va­len­ti­ne’a znaj­du­je się na pierw­szym pię­trze pod nu­me­rem je­de­na­stym i ma on stam­tąd do­sko­na­ły wi­dok na sta­ry plac za­baw dla dzie­ci – za­rdze­wia­łe dra­bin­ki, huś­taw­ki i ob­ręcz do gry w ko­szy­ków­kę bez siat­ki. Po­sta­wił na bal­ko­nie odra­pa­ny le­żak, by ob­ser­wo­wać ten plac. Sie­dzi więc na le­ża­ku, po­pi­ja piwo, pa­trzy na dzie­ci i fan­ta­zju­je na te­mat za­baw z nimi.

I rze­czy­wi­ście się bawi. Wie­my, że ba­wił się z co naj­mniej trze­ma ma­ły­mi chłop­ca­mi, lecz praw­do­po­dob­nie było ich wię­cej. W cią­gu ostat­nie­go pół­to­ra roku z po­bli­skie­go ka­na­łu wy­ło­wio­no trzy małe cia­ła. Chłop­ców wy­ko­rzy­sta­no sek­su­al­nie, a na­stęp­nie udu­szo­no. Wszy­scy po­cho­dzi­li z są­siedz­twa, co ozna­cza, że ich ro­dzi­ce są bied­ni i praw­do­po­dob­nie prze­by­wa­ją w Ame­ry­ce nie­le­gal­nie. Na­wet po śmier­ci swo­ich dzie­ci nie mie­li zbyt wie­le do po­wie­dze­nia po­li­cji – chłop­cy sta­no­wi­li ide­al­ny cel dla Va­len­ti­ne’a. Trzy mor­der­stwa, a po­li­cja nie na­tra­fi­ła na ża­den trop.

Ale my mamy coś wię­cej niż trop. Wie­my, kto za­bił te dzie­ci. Ste­ve Va­len­ti­ne ob­ser­wo­wał chłop­ców z bal­ko­nu, śle­dził w mro­ku, na­uczył no­wych, osta­tecz­nych za­baw, a po­tem wrzu­cił do brud­nej wody ka­na­łu. Na­stęp­nie wró­cił za­do­wo­lo­ny na odra­pa­ny le­żak, otwo­rzył piwo i da­lej ob­ser­wo­wał plac, szu­ka­jąc no­we­go ma­łe­go przy­ja­cie­la.

Va­len­ti­ne uwa­ża się za wiel­kie­go spry­cia­rza. My­śli, że po­tra­fi re­ali­zo­wać swo­je nie­zwy­kłe ma­rze­nia i że nie znaj­dzie się ktoś na tyle in­te­li­gent­ny, by go wy­tro­pić i po­wstrzy­mać. Ma ra­cję.

Do dziś.

Kie­dy po­li­cjan­ci przy­jeż­dża­li w tej re­jon pro­wa­dzić śledz­twa w spra­wie trzech za­mor­do­wa­nych chłop­ców, nie za­sta­wa­li Va­len­ti­ne’a w miesz­ka­niu. Nie był to szczę­śli­wy przy­pa­dek, tyl­ko ce­lo­we dzia­ła­nie dra­pież­ni­ka – klown miał urzą­dze­nie, któ­re po­zwa­la­ło pod­słu­chi­wać roz­mo­wy po­li­cjan­tów pro­wa­dzo­ne przez ra­dio. Wie­dział, kie­dy znaj­du­ją się w po­bli­żu. Nie zda­rza­ło się to czę­sto. Po­li­cja nie lubi przy­jeż­dżać w ta­kie miej­sca, gdzie może li­czyć naj­wy­żej na wro­gą obo­jęt­ność miesz­kań­ców. To je­den z po­wo­dów, dla któ­rych Va­len­ti­ne tu za­miesz­kał. Je­śli po­ja­wia­ją się gli­ny, wie o tym.

Po­li­cjan­ci przy­jeż­dża­ją, je­śli ktoś wy­krę­ci 911 i po­in­for­mu­je o kłót­ni mał­żeń­skiej w miesz­ka­niu nu­mer je­de­na­ście na pierw­szym pię­trze. A je­że­li po­wie, że kłót­nia za­koń­czy­ła się prze­raź­li­wym krzy­kiem, po któ­rym na­gle za­pa­dła ci­sza, zja­wia­ją się szyb­ko.

Kie­dy Va­len­ti­ne sły­szy przez ra­dio, że po­li­cja je­dzie do jego miesz­ka­nia, na­tych­miast je opusz­cza. Za­bie­ra wszyst­kie ma­te­ria­ły zwią­za­ne ze swo­im hob­by – a ma ta­kie ma­te­ria­ły, tacy jak on za­wsze je prze­cho­wu­ją – zbie­ga po scho­dach, idzie do sa­mo­cho­du i od­jeż­dża. Wra­ca, kie­dy do­wia­du­je się z ra­dia, że wszyst­ko się uspo­ko­iło.

Nie spo­dzie­wa się, że ktoś za­pa­mię­tał ta­bli­cę re­je­stra­cyj­ną jego wozu i wie, że jeź­dzi dwu­na­sto­let­nim che­vro­le­tem bla­ze­rem z ta­blicz­ka­mi z na­pi­sem CHO­OSE LIFE! i ma­gne­tycz­nym znacz­kiem na drzwiach, na któ­rym znaj­du­ją się sło­wa: KLOWN PUF­FA­LUMP. Nie są­dzi też, że ktoś może cze­kać na nie­go na tyl­nym sie­dze­niu sa­mo­cho­du, sku­lo­ny w ciem­no­ści.

Myli się. Ktoś zna jego wóz i czai się na pod­ło­dze sta­re­go che­vro­le­ta. Va­len­ti­ne koń­czy ocie­rać twarz, uśmie­cha się trium­fal­nie, po czym w koń­cu – w koń­cu! – wkła­da klucz do sta­cyj­ki i za­pa­la sil­nik.

Kie­dy sa­mo­chód oży­wa, nad­cho­dzi wła­ści­wy mo­ment i na­gle, w koń­cu, coś z ry­kiem wy­ska­ku­je z ciem­no­ści i bły­ska­wicz­nie za­rzu­ca na tęgą szy­ję Va­len­ti­ne’a pę­tlę z ny­lo­no­wej żył­ki węd­kar­skiej o wy­trzy­ma­ło­ści dwu­dzie­stu pię­ciu ki­lo­gra­mów. Z ust klow­na wy­do­by­wa się tyl­ko je­den krót­ki dźwięk: „Aaa…”. W głu­pi, ża­ło­sny, sła­by spo­sób za­czy­na roz­pacz­li­wie ma­chać rę­ka­mi, a na­past­nik czu­je chłod­ną, po­gar­dli­wą moc prze­pły­wa­ją­cą po żył­ce do wła­snych dło­ni. Z twa­rzy Va­len­ti­ne’a zni­ka uśmiech i po­ja­wia się na na­szym ob­li­czu: je­ste­śmy tak bli­sko, że czu­je­my za­pach jego stra­chu, sły­szy­my prze­ra­żo­ne bi­cie jego ser­ca i wi­dzi­my, jak tra­ci od­dech. To do­brze.

– Te­raz na­le­żysz do nas – mó­wi­my, a nasz roz­ka­zu­ją­cy głos tra­fia go ni­czym bły­ska­wi­ca prze­ci­na­ją­ca ciem­ność. – Bę­dziesz ro­bił to, co ka­że­my, i tyl­ko wte­dy, gdy ci po­wie­my.

Va­len­ti­ne my­śli, że może się sprze­ci­wić, i wy­da­je ci­chy, wil­got­ny dźwięk, więc bar­dzo moc­no za­ci­ska­my pę­tlę, tyl­ko na chwi­lę, by wie­dział, że jego od­dech na­le­ży do nas. Twarz mu ciem­nie­je, oczy wy­cho­dzą z or­bit, uno­si ręce do szyi i przez kil­ka se­kund usi­łu­je chwy­cić pal­ca­mi pę­tlę, lecz za­raz opusz­cza dło­nie na ko­la­na, po­chy­la się do przo­du i za­czy­na tra­cić przy­tom­ność. Lu­zu­je­my tro­chę żył­kę, bo jest za wcze­śnie, sta­now­czo zbyt wcze­śnie, by umarł.

Jego bar­ki się po­ru­sza­ją i wy­da­je ochry­pły char­kot, wcią­ga­jąc po­wie­trze w płu­ca. Nie wie jesz­cze, że po­zo­sta­ło mu już w ży­ciu bar­dzo nie­wie­le od­de­chów, i robi kil­ka z nich, a póź­niej mar­nu­je cen­ne po­wie­trze, skrze­cząc:

– O co cho­dzi, kur­wa?!

Na no­sie wisi mu obrzy­dli­wa nić ślu­zu, a jego głos jest stłu­mio­ny, ochry­pły i bar­dzo iry­tu­ją­cy, więc zno­wu za­ci­ska­my pę­tlę, tym ra­zem nie­co de­li­kat­niej, na tyle, by ro­zu­miał, że nad nim pa­nu­je­my, po czym bar­dzo po­słusz­nie roz­dzia­wia usta, chwy­ta się za szy­ję i milk­nie.

– Nie ga­daj! – mó­wi­my. – Jedź!

Pod­no­si wzrok, pa­trzy w lu­ster­ko wstecz­ne i na­sze oczy po raz pierw­szy się spo­ty­ka­ją – oczy chłod­ne i ciem­ne, wi­docz­ne w otwo­rach w je­dwab­nej ma­sce za­kry­wa­ją­cej na­szą twarz. Przez chwi­lę chce coś po­wie­dzieć, więc bar­dzo ła­god­nie po­ru­sza­my pę­tlą, by mu o niej przy­po­mnieć, za­tem zmie­nia zda­nie. Prze­sta­je spo­glą­dać w lu­ster­ko, wrzu­ca bieg i ru­sza.

Ka­że­my mu je­chać na po­łu­dnie, od cza­su do cza­su za­chę­ca­jąc go lek­ki­mi szarp­nię­cia­mi pę­tli, by pa­mię­tał, że na­wet od­dy­cha­nie nie jest au­to­ma­tycz­ne i za­le­ży od nas. Przez więk­szą część jaz­dy za­cho­wu­je się bar­dzo do­brze. Tyl­ko raz, po za­trzy­ma­niu się na świa­tłach ulicz­nych, pa­trzy na nas w lu­ster­ku, prze­ły­ka śli­nę i pyta:

– Kim pan jest? Do­kąd je­dzie­my?

Szar­pie­my bar­dzo moc­no pę­tlę i świat ciem­nie­je mu przed ocza­mi.

– Je­dzie­my tam, gdzie ka­że­my ci je­chać – od­po­wia­da­my. – Pro­wadź i milcz, a może po­ży­jesz dłu­żej.

To wy­star­cza, by za­czął się za­cho­wy­wać grzecz­niej, bo jesz­cze nie wie, że wkrót­ce, bar­dzo nie­dłu­go, nie bę­dzie chciał już żyć dłu­żej; zro­zu­mie, że ży­cie jest bar­dzo bo­le­sne.

Roz­ka­zu­je­my, by je­chał bocz­ny­mi ulicz­ka­mi do ob­skur­nej dziel­ni­cy, gdzie znaj­du­je się wie­le nowo wy­bu­do­wa­nych do­mów jed­no­ro­dzin­nych. Część jest pu­sta, po­nie­waż ban­ki ode­bra­ły je wła­ści­cie­lom z po­wo­du dłu­gów hi­po­tecz­nych; wy­bra­li­śmy i przy­go­to­wa­li­śmy je­den z nich, po­ło­żo­ny na spo­koj­nej ulicz­ce, nie­da­le­ko ze­psu­tej la­tar­ni. Kie­ru­je­my tam Va­len­ti­ne’a i ka­że­my mu za­trzy­mać sa­mo­chód pod sta­ro­świec­ką wia­tą przy­le­ga­ją­cą do domu, gdzie wóz nie jest wi­docz­ny z uli­cy, a po­tem wy­łą­czyć sil­nik.

Przez dłuż­szą chwi­lę sie­dzi­my nie­ru­cho­mo, trzy­ma­jąc pę­tlę i słu­cha­jąc od­gło­sów nocy. Mu­si­my być bar­dzo ostroż­ni, to­też tłu­mi­my na­ra­sta­ją­ce akor­dy mu­zy­ki księ­ży­ca i ci­chy sze­lest we­wnętrz­nych skrzy­deł, któ­re ma­rzą o tym, by się roz­wi­nąć i wzbić w nie­bo. Nad­słu­chu­je­my, czy w ciem­no­ści nie po­ja­wią się dźwię­ki, któ­re mogą za­kłó­cić speł­nie­nie na­szej po­trze­by. Sły­szy­my tyl­ko szum ule­wy i wia­tru, plusk wody na da­chu wia­ty, sze­lest drzew, gdy prze­cho­dzi nad nimi let­nia bu­rza.

Pa­trzy­my. Dom po pra­wej stro­nie, je­dy­ny bu­dy­nek, z któ­re­go wi­dać wia­tę, jest ciem­ny. On rów­nież jest pu­sty, po­dob­nie jak dom, przed któ­rym się za­trzy­ma­li­śmy; za­dba­li­śmy, by ni­ko­go tam nie było. Ob­ser­wu­je­my uli­cę, na­słu­chu­je­my, sma­ku­je­my cie­pły, wil­got­ny wiatr, pró­bu­jąc wy­czuć za­pach in­nej isto­ty, któ­ra może nas wi­dzieć lub sły­szeć – i ni­cze­go nie za­uwa­ża­my. Od­dy­cha­my głę­bo­ko, czu­jąc aro­mat i smak prze­pięk­nej nocy oraz strasz­nych, cu­dow­nych wy­da­rzeń, w któ­rych wkrót­ce bę­dzie­my uczest­ni­czyć, tyl­ko my i klown Puf­fa­lump.

Na­gle Va­len­ti­ne usi­łu­je zro­zu­mieć to, co się z nim dzie­je, i prze­ły­ka śli­nę, sta­ra­jąc się to zro­bić de­li­kat­nie i ci­cho, tak by nie czuć ostre­go bólu szyi. Wy­da­ny przez nie­go dźwięk draż­ni na­sze uszy ni­czym okrop­ne szczę­ka­nie ty­sią­ca zę­bów. Szar­pie­my moc­no pę­tlę, pra­wie prze­ci­na­jąc mu skó­rę na szyi, na tyle moc­no, by na za­wsze za­po­mniał, że wyda kie­dyś ja­kiś dźwięk. Wy­gi­na się do tyłu na fo­te­lu, do­ty­ka­jąc pal­ca­mi żył­ki, po czym nie­ru­cho­mie­je z wy­ba­łu­szo­ny­mi oczy­ma. Wy­sia­da­my szyb­ko z sa­mo­cho­du, otwie­ra­my drzwi i wy­cią­ga­my go na ze­wnątrz. Klę­czy na chod­ni­ku pod wia­tą.

– Szyb­ko! – mó­wi­my. Lu­zu­je­my żył­kę, a on uno­si na nas wzrok i wy­raz jego twa­rzy świad­czy o tym, że na za­wsze prze­sta­je wie­rzyć w to, że co­kol­wiek spo­tka go szyb­ko. Kie­dy wi­dzi­my w jego oczach tę nową, cu­dow­ną świa­do­mość, za­ci­ska­my lek­ko pę­tlę, by zro­zu­miał, jak praw­dzi­wa jest ta myśl. Va­len­ti­ne wsta­je z ko­lan i prze­cho­dzi przed nami przez tyl­ne drzwi, wkra­cza­jąc do wnę­trza ciem­ne­go bu­dyn­ku. Zna­lazł się w swo­im ostat­nim domu, gdzie spę­dzi resz­tę ży­cia.

Wpro­wa­dza­my go do kuch­ni i ka­że­my stać przez kil­ka se­kund. Cze­ka­my za jego ple­ca­mi, trzy­ma­jąc pę­tlę, a on za­ci­ska pię­ści, po­ru­sza pal­ca­mi i znów prze­ły­ka śli­nę.

– Pro­szę… – szep­ce ochry­płym gło­sem, któ­ry umarł za ży­cia.

– Tak – mó­wi­my ze spo­koj­ną cier­pli­wo­ścią, w któ­rej od­zy­wa się nuta nad­cho­dzą­ce­go unie­sie­nia. Może sły­szy w na­szym gło­sie na­dzie­ję, bo le­ciut­ko krę­ci gło­wą, jak­by li­czył, że od­wró­ci przy­pływ ra­do­ści.

– Dla­cze­go? – skrze­czy. – To… to… Dla­cze­go?!

Bar­dzo moc­no za­ci­ska­my żył­kę na jego szyi i pa­trzy­my, jak prze­sta­je od­dy­chać, a jego twarz si­nie­je. Znów pada na ko­la­na, lecz nie po­zwa­la­my, by stra­cił przy­tom­ność; lu­zu­je­my de­li­kat­nie pę­tlę, by mógł wcią­gnąć nie­wiel­ki łyk po­wie­trza przez obo­la­łe gar­dło. Od­zy­sku­je świa­do­mość, a my mó­wi­my mu całą ra­do­sną praw­dę.

– Dla­te­go – od­po­wia­da­my. A po­tem bar­dzo moc­no za­ci­ska­my pę­tlę i ob­ser­wu­je­my z za­do­wo­le­niem, jak mdle­je i pada z siną twa­rzą na pod­ło­gę.

Pra­cu­je­my szyb­ko, by się przy­go­to­wać, nim się obu­dzi i wszyst­ko ze­psu­je. Bie­rze­my z sa­mo­cho­du nie­wiel­ką tor­bę z na­rzę­dzia­mi, pod­no­si­my z sie­dze­nia wozu sza­rą ko­per­tę, któ­rą tam zo­sta­wił, po czym szyb­ko wra­ca­my do kuch­ni. Po chwi­li Va­len­ti­ne jest już przy­mo­co­wa­ny ta­śmą kle­ją­cą do sto­łu – nagi, z za­le­pio­ny­mi usta­mi, a wo­kół znaj­du­ją się ład­ne fo­to­gra­fie zna­le­zio­ne w ko­per­cie, ślicz­ne zdję­cia ma­łych chłop­ców, któ­rzy się ba­wią, śmie­ją do klow­na, trzy­ma­ją pił­kę lub bu­ja­ją się na huś­taw­ce. Trzy fo­to­gra­fie, któ­re umie­ści­li­śmy bar­dzo sta­ran­nie, by na pew­no je zo­ba­czył – po­cho­dzą z ar­ty­ku­łów pra­so­wych o chłop­cach zna­le­zio­nych w ka­na­le.

Kie­dy koń­czy­my przy­go­to­wa­nia, Va­len­ti­ne trze­po­ce po­wie­ka­mi. Przez chwi­lę leży nie­ru­cho­mo; za­pew­ne czu­je cie­płe po­wie­trze na na­giej skó­rze, zda­jąc so­bie spra­wę, że nie jest w sta­nie się po­ru­szyć, a może za­sta­na­wia się dla­cze­go. Po­tem wszyst­ko so­bie przy­po­mi­na, otwie­ra sze­ro­ko oczy i pró­bu­je zro­bić to, co nie­moż­li­we – prze­rwać ta­śmę kle­ją­cą, na­brać po­wie­trza w płu­ca i krzyk­nąć przez za­le­pio­ne usta na tyle gło­śno, by ktoś go usły­szał. Nic ta­kie­go się nie zda­rzy, nig­dy wię­cej. Va­len­ti­ne’owi po­zo­sta­ła już tyl­ko jed­na drob­na rzecz, jed­na nie­waż­na, nie­istot­na, cu­dow­nie nie­zbęd­na rzecz, któ­ra za chwi­lę się roz­pocz­nie, choć­by na próż­no pró­bo­wał się sza­mo­tać.

– Uspo­kój się – mó­wi­my, kła­dąc na jego na­giej, po­ru­sza­ją­cej się pier­si dłoń odzia­ną w gu­mo­wą rę­ka­wi­cę. – Wkrót­ce bę­dzie po wszyst­kim.

I rze­czy­wi­ście mamy na my­śli wszyst­ko: każ­dy od­dech i mru­gnię­cie, każ­dy uśmiech i chi­chot, każ­de przy­ję­cie uro­dzi­no­we, każ­dy ba­lon w kształ­cie zwie­rzę­cia, każ­dą głod­ną wy­ciecz­kę w mrok za ma­łym, bez­bron­nym chłop­cem. To wszyst­ko się skoń­czy, na za­wsze, już wkrót­ce.

Kle­pie­my go w pierś.

– Ale nie za szyb­ko – mó­wi­my. Prze­pły­wa przez nas po­tok chłod­ne­go szczę­ścia i Va­len­ti­ne wi­dzi w na­szych oczach pro­stą praw­dę. Może już wszyst­ko ro­zu­mie, a może cią­gle czu­je głu­pią, ab­sur­dal­ną na­dzie­ję? Kie­dy jed­nak leży na sto­le, skrę­po­wa­ny moc­ną ta­śmą kle­ją­cą i jesz­cze moc­niej­szą po­trze­bą de­li­rycz­nej nocy, wo­kół za­czy­na roz­brzmie­wać me­lo­dia Mrocz­ne­go Tań­ca, a my przy­stę­pu­je­my do pra­cy. Wte­dy Va­len­ti­ne na za­wsze tra­ci wszel­ką na­dzie­ję, bo za­czy­na się dziać to, co musi się wy­da­rzyć.

Za­czy­na się po­wo­li – nie z po­wo­du wa­ha­nia lub nie­pew­no­ści, lecz dla­te­go, by trwa­ło dłu­żej. Po­wo­li, by­śmy mo­gli się roz­ko­szo­wać każ­dym sta­ran­nie za­pla­no­wa­nym, prze­ćwi­czo­nym, do­brze zna­nym cię­ciem i po­wo­li uświa­do­mić klow­no­wi, że oto nad­szedł jego kres, któ­ry na­stę­pu­je tu, te­raz, dziś w nocy. Po­wo­li ma­lu­je­my praw­dzi­wy por­tret tego, co musi się stać, kre­śląc dłu­gie ciem­ne li­nie, by po­ka­zać, że to już na za­wsze. To jego ostat­ni wy­stęp – te­raz, tu, dziś w nocy; po­wo­li, sta­ran­nie, me­to­dycz­nie, pla­ste­rek po pla­ster­ku i ka­wa­łek po ka­wał­ku za­pła­ci szczę­śli­we­mu straż­ni­ko­wi mo­stu z lśnią­cym ostrzem i po­wo­li prze­kro­czy ostat­nie przę­sło, zmie­rza­jąc w stro­nę nie­skoń­czo­nej ciem­no­ści, o któ­rej już wkrót­ce za­cznie ma­rzyć, bo zro­zu­mie, że to je­dy­ny spo­sób unik­nię­cia bólu. Ale jesz­cze nie, nie za szyb­ko; naj­pierw mu­si­my go do­pro­wa­dzić do miej­sca, z któ­re­go nie ma po­wro­tu, aby sta­ło się dla nie­go prze­raź­li­wie ja­sne, że zna­lazł się na kra­wę­dzi i nig­dy nie wró­ci. Musi to zro­zu­mieć, po­jąć, wchło­nąć, uznać za słusz­ne, ko­niecz­ne i nie­zmien­ne; na­sze szczę­śli­we za­da­nie po­le­ga na tym, by go tam za­brać, a po­tem wska­zać gra­ni­cę i po­wie­dzieć: „Wi­dzisz? Oto gdzie je­ste­śmy. Prze­sze­dłeś na dru­gą stro­nę i wszyst­ko się koń­czy”.

Przy­stę­pu­je­my do pra­cy, wo­kół na­ra­sta mu­zy­ka, a przez lukę w chmu­rach zer­ka księ­życ i śmie­je się ra­do­śnie z tego, co wi­dzi. Va­len­ti­ne bar­dzo chęt­nie współ­pra­cu­je. Ję­czy, sy­czy, wy­da­je stłu­mio­ne pi­ski, wi­dząc, że to, co się dzie­je, nig­dy się nie cof­nie, po­nie­waż on, Ste­ve Va­len­ti­ne, klown Puf­fa­lump, szczę­śli­wy, za­baw­ny męż­czy­zna z twa­rzą po­ma­lo­wa­ną na bia­ło, któ­ry ko­cha dzie­ci tak bar­dzo, że cza­sem bawi się z nimi w nie­przy­jem­ny spo­sób, stop­nio­wo zni­ka. Oto Ste­ve Va­len­ti­ne, klown wy­stę­pu­ją­cy na przy­ję­ciach, któ­ry w cią­gu jed­nej mrocz­nej go­dzi­ny może prze­pro­wa­dzić dziec­ko przez całą ma­gicz­ną po­dróż zwa­ną ży­ciem, od szczę­ścia i zdzi­wie­nia do osta­tecz­nej męki, gdy usta wy­peł­nia brud­na woda po­bli­skie­go ka­na­łu. Ste­ve Va­len­ti­ne, zbyt spryt­ny, by ktoś go po­wstrzy­mał lub udo­wod­nił coś przed są­dem. Ale te­raz nie znaj­du­je się w są­dzie i nig­dy przed nim nie sta­nie. Dziś w nocy leży na ła­wie Sądu De­xte­ra, w na­szej dło­ni lśni osta­tecz­ny wer­dykt, a tam, gdzie zmie­rza Va­len­ti­ne, nie ma obroń­ców z urzę­du ani ape­la­cji.

Za­nim po raz ostat­ni opad­nie mło­tek, prze­ry­wa­my na chwi­lę. Na na­szym ra­mie­niu przy­sia­da nie­wiel­ki pta­szek i ćwier­ka: „Ćwir, ćwir! Law­da, law­da! To musi być praw­da!”. Zna­my zna­cze­nie pio­sen­ki. To pieśń Ko­dek­su Har­ry’ego, z któ­re­go wy­ni­ka, że mu­si­my uzy­skać pew­ność, iż zaj­mu­je­my się wła­ści­wą oso­bą, aby­śmy mo­gli za­koń­czyć z dumą i ra­do­ścią, czu­jąc sa­tys­fak­cję i speł­nie­nie.

Reszt­ki Va­len­ti­ne’a od­dy­cha­ją z tru­dem i po­wo­li, a w jego czer­wo­nych, opuch­nię­tych oczach pło­nie świa­tło zro­zu­mie­nia. Za­trzy­mu­je­my się, po­chy­la­my nad nim i ob­ra­ca­my jego gło­wę w stro­nę fo­to­gra­fii, któ­re wo­kół nie­go umie­ści­li­śmy. Zry­wa­my z jego warg ta­śmę kle­ją­cą; to musi bo­leć, ale to taki nie­wiel­ki ból w po­rów­na­niu z tym, co czu­je od dłu­gie­go cza­su, że tyl­ko lek­ko sy­czy.

– Wi­dzisz ich? – py­ta­my, chwy­ta­jąc go za wil­got­ny pod­bró­dek i ob­ra­ca­jąc gło­wę, by pa­trzył na fo­to­gra­fie. – Wi­dzisz, co zro­bi­łeś?

Spo­glą­da na zdję­cia dzie­ci i na od­sło­nię­tej czę­ści jego twa­rzy po­ja­wia się zmę­czo­ny uśmiech.

– Tak – od­po­wia­da. Jego głos jest stłu­mio­ny przez pę­tlę, lecz mimo to brzmi wy­raź­nie. Stra­cił już wszel­ką na­dzie­ję, z jego ję­zy­ka znik­nął smak ży­cia, lecz kie­dy pa­trzy na fo­to­gra­fie po­rwa­nych przez sie­bie chłop­ców, po jego ku­becz­kach sma­ko­wych kro­czy na pal­cach cie­płe wspo­mnie­nie. – Byli… pięk­ni… – Wpa­tru­je się dłuż­szą chwi­lę w fo­to­gra­fie, a po­tem za­my­ka oczy. – Pięk­ni… – po­wta­rza. Wy­da­je się nam te­raz bar­dzo bli­ski.

– Ty też je­steś pięk­ny – mó­wi­my. Za­kle­ja­my mu usta ta­śmą i wra­ca­my do pra­cy, by osią­gnąć za­słu­żo­ne szczę­ście, gdy za­brzmi apo­geum sym­fo­nii utka­nej ze świa­tła księ­ży­ca.

Mu­zy­ka stop­nio­wo po­tęż­nie­je, na­ra­sta, aż wresz­cie roz­le­ga się ostat­ni trium­fal­ny, ra­do­sny akord i na­stę­pu­je wy­zwo­le­nie. Gniew, złość, na­pię­cie, za­męt i fru­stra­cja bez­sen­sow­ne­go co­dzien­ne­go ży­cia, któ­re mu­si­my pro­wa­dzić, by to mo­gło się stać, roz­pły­wa­ją się w cie­płym, wil­got­nym mro­ku. Mar­ne, nik­czem­ne pró­by upodob­nie­nia się do kre­tyń­skich lu­dzi nik­ną w ciem­no­ści, a ich śla­dem, ni­czym zbi­ty, obo­la­ły szcze­niak, po­dą­ża to, co po­zo­sta­ło z nik­czem­nej, po­szar­pa­nej po­wło­ki Ste­ve’a Va­len­ti­ne’a.

Że­gnaj, Puf­fa­lum­pie…

2

Sprzą­ta­li­śmy, jak zwy­kle czu­jąc roz­cho­dzą­ce się po cie­le za­do­wo­le­nie, le­ni­wą sa­tys­fak­cję, że do­brze wy­ko­rzy­sta­li­śmy noc. By­li­śmy zmę­cze­ni i szczę­śli­wi. Po­trze­ba zo­sta­ła za­spo­ko­jo­na. Chmu­ry od­pły­nę­ły, po­zo­sta­wia­jąc we­so­łe świa­tło księ­ży­ca, i czu­li­śmy się o wie­le le­piej. Po wszyst­kim za­wsze czu­je­my się le­piej.

Może zbyt moc­no sku­pi­li­śmy się na so­bie i nie zwra­ca­li­śmy na­le­ży­tej uwa­gi na oto­cze­nie – na­gle usły­sze­li­śmy ha­łas, ci­chy, zdy­sza­ny od­dech, a po­tem lek­ki tu­pot pę­dzą­cych stóp. Zdą­ży­li­śmy się tyl­ko od­wró­cić; sto­py po­bie­gły w stro­nę tyłu ciem­ne­go domu i roz­legł się trzask za­my­ka­nych drzwi. Po­de­szli­śmy do okna i wyj­rze­li­śmy przez ża­lu­zje. Z nie­mym prze­ra­że­niem spo­strze­gli­śmy, że sa­mo­chód za­par­ko­wa­ny przy kra­węż­ni­ku ru­sza gwał­tow­nie i szyb­ko od­jeż­dża w ciem­ność. Roz­bły­sły jego tyl­ne świa­tła – lewe znaj­do­wa­ło się pod nie­ty­po­wym ką­tem – i zo­ba­czy­li­śmy je­dy­nie, że to sta­ra, ciem­na hon­da z dużą rdza­wą pla­mą na ba­gaż­ni­ku przy­po­mi­na­ją­cą me­ta­licz­ne zna­mię. Póź­niej sa­mo­chód zni­ka z pola wi­dze­nia, a my czu­je­my w żo­łąd­ku lo­do­wa­ty, kwa­śny cię­żar, gdy do­cie­ra do nas nie­wia­ry­god­na, strasz­na praw­da. Za­le­wa nas fala pa­ni­ki. Jest jak okrop­na, czer­wo­na krew try­ska­ją­ca ze świe­żej rany…

Ktoś nas wi­dział.

Przez dłu­gą, prze­ra­ża­ją­cą mi­nu­tę wy­glą­da­my przez drzwi, ko­ły­sa­ni przez po­wta­rza­ją­ce się echa tej nie­wia­ry­god­nej my­śli. Ktoś nas wi­dział. Ci­cho wszedł nie­zau­wa­żo­ny i zo­ba­czył nas, gdy sta­li­śmy nad szcząt­ka­mi Va­len­ti­ne’a, któ­rych nie zdą­ży­li­śmy jesz­cze cał­ko­wi­cie za­pa­ko­wać. Wi­dział wszyst­ko do­sta­tecz­nie wy­raź­nie, by zro­zu­mieć, że to ka­wał­ki ludz­kie­go cia­ła, po czym na­tych­miast uciekł w pa­ni­ce i roz­pły­nął się w mro­ku. Mógł na­wet do­strzec na­szą twarz; tak czy in­a­czej, wi­dział do­sta­tecz­nie dużo, by się zo­rien­to­wać, cze­go jest świad­kiem, a po­tem od­je­chał i praw­do­po­dob­nie za­wia­do­mił po­li­cję. W tej chwi­li ofi­cer dy­żur­ny wy­sy­ła sa­mo­cho­dy pa­tro­lo­we, by nas aresz­to­wać – a my sto­imy jak ska­mie­nia­li, wstrzą­śnię­ci, ga­piąc się z otwar­ty­mi usta­mi w miej­sce, gdzie znik­nę­ły tyl­ne świa­tła sa­mo­cho­du, zdu­mie­ni jak dziec­ko oglą­da­ją­ce zna­jo­my film ry­sun­ko­wy z dub­bin­giem w ob­cym ję­zy­ku. Ktoś nas wi­dział… W koń­cu ogar­nia nas lęk i za­bie­ra­my się szyb­ko do dzia­ła­nia – po­śpiesz­nie koń­czy­my sprzą­ta­nie i wy­cho­dzi­my przez drzwi z cie­pły­mi pa­kun­ka­mi, w któ­rych znaj­du­je się efekt na­szej noc­nej pra­cy.

Ja­kimś cu­dem wy­cho­dzi­my z domu i zni­ka­my w mro­ku. Nikt nas nie ści­ga. Nie sły­szy­my sy­ren wo­zów po­li­cyj­nych, pi­sku opon i trza­sków krót­ko­fa­ló­wek roz­dzie­ra­ją­cych ciem­ność i zwia­stu­ją­cych bli­ski ko­niec De­xte­ra.

W koń­cu ostroż­nie, w na­pię­ciu opu­ści­łem oko­li­cę i w mo­jej gło­wie znów po­ja­wi­ła się ta sama myśl, któ­ra po­wta­rza­ła się w nie­skoń­czo­ność, ni­czym od­głos fal ude­rza­ją­cych w ska­li­sty brzeg.

Ktoś nas wi­dział.

Po­zby­wa­jąc się resz­tek klow­na, przez cały czas się nad tym za­sta­na­wia­łem – nie mo­głem o tym nie my­śleć. Pro­wa­dzi­łem sa­mo­chód, zer­ka­jąc jed­nym okiem w lu­ster­ko wstecz­ne, cze­ka­jąc na ośle­pia­ją­cy błysk nie­bie­skie­go świa­tła i ostre wy­cie sy­re­ny. Ale nic ta­kie­go się nie wy­da­rzy­ło, na­wet gdy prze­sia­dłem się z auta Va­len­ti­ne’a do swo­je­go i po­je­cha­łem po­wo­li do domu. Nic. By­łem wol­ny, zu­peł­nie sam i ści­ga­ły mnie tyl­ko de­mo­ny mo­jej wy­obraź­ni. Wy­da­wa­ło się to nie­moż­li­we, prze­cież ktoś mnie zo­ba­czył w trak­cie za­ba­wy. Wi­dział sta­ran­nie po­kro­jo­ne ka­wał­ki Va­len­ti­ne’a i sto­ją­ce­go nad nimi szczę­śli­we­go męż­czy­znę z no­żem. Nie po­trze­bo­wa­łem wyż­szej ma­te­ma­ty­ki, by zna­leźć roz­wią­za­nie rów­na­nia – A plus B rów­na się krze­sło elek­trycz­ne dla De­xte­ra. Ktoś uciekł z pu­ste­go domu, do­szedł­szy do tego sa­me­go wnio­sku, ale dla­cze­go nie za­wia­do­mił po­li­cji?

Nie mia­ło to żad­ne­go sen­su. To, co się sta­ło, wy­da­wa­ło się sza­lo­ne, nie­praw­do­po­dob­ne, nie­moż­li­we. Ktoś mnie wi­dział, lecz nie po­nio­słem żad­nych kon­se­kwen­cji. Nie mo­głem w to uwie­rzyć, gdy jed­nak za­trzy­ma­łem sa­mo­chód przed swo­im do­mem, po­wo­li, stop­nio­wo od­zy­ska­łem zdol­ność lo­gicz­ne­go ro­zu­mo­wa­nia. Sie­dzia­łem zgar­bio­ny nad kie­row­ni­cą i za­czą­łem ra­cjo­nal­nie ana­li­zo­wać sy­tu­ację.

W po­rząd­ku, ktoś mnie zo­ba­czył in fla­gran­te iu­gu­lo i mo­głem się spo­dzie­wać, że zo­sta­nę na­tych­miast aresz­to­wa­ny. Ale to nie na­stą­pi­ło i wró­ci­łem do domu, po­zbyw­szy się do­wo­dów rze­czo­wych. W tej chwi­li nic nie łą­czy­ło mnie z hor­ro­ra­mi pu­ste­go domu. Ktoś wi­dział mnie przez mgnie­nie oka, owszem. Jed­nak w środ­ku było ciem­no – praw­do­po­dob­nie zbyt ciem­no, by zo­ba­czył moją twarz, rzu­ca­jąc jed­no prze­ra­żo­ne spoj­rze­nie; poza tym sta­łem od­wró­co­ny bo­kiem. Nie ist­niał ża­den spo­sób, by po­łą­czyć mrocz­ną po­stać z no­żem z ja­ką­kol­wiek kon­kret­ną oso­bą, żywą lub mar­twą. Nu­mer re­je­stra­cyj­ny sa­mo­cho­du Va­len­ti­ne’a po­zwa­lał zi­den­ty­fi­ko­wać tyl­ko Va­len­ti­ne’a, a by­łem pe­wien, że nie udzie­li od­po­wie­dzi na żad­ne py­ta­nia, chy­ba że ktoś chciał­by na­wią­zać kon­takt z jego du­chem.

W wy­pad­ku gdy­bym zo­stał roz­po­zna­ny i wy­su­nię­to nie­wia­ry­god­ne oskar­że­nie pod moim ad­re­sem, nie ist­nia­ły żad­ne ob­cią­ża­ją­ce mnie do­wo­dy. Mia­łem nie­ska­zi­tel­ną opi­nię jako pra­cow­nik po­li­cji Mia­mi; mo­głem z god­no­ścią od­rzu­cać ab­sur­dal­ne za­rzu­ty. Ża­den nor­mal­ny czło­wiek nie uwie­rzył­by, że mógł­bym po­peł­nić taką zbrod­nię, z wy­jąt­kiem mo­je­go oso­bi­ste­go wro­ga, sier­żan­ta Do­ake­sa, któ­ry miał tyl­ko nie­ja­sne po­dej­rze­nia, a to, że od tak daw­na nie po­tra­fił ich po­twier­dzić, dzia­ła­ło na moją ko­rzyść.

Co za­tem po­zo­sta­wa­ło? Nie­zna­ny in­truz wi­dział przez mgnie­nie oka moją twarz w mrocz­nym po­miesz­cze­niu – czy ist­nie­ją ja­kie­kol­wiek do­wo­dy mo­gą­ce za­gro­zić mo­jej wol­no­ści?

Try­bi­ki mo­je­go mó­zgu ob­ra­ca­ły się, szczę­ka­ły, wi­ro­wa­ły, po czym po­ja­wi­ła się od­po­wiedź: Nie ist­nie­ją.

Bra­ko­wa­ło do­wo­dów, by po­wią­zać mnie z tym, co ta­jem­ni­cza, prze­ra­żo­na oso­ba mo­gła zo­ba­czyć w ciem­nym, pu­stym bu­dyn­ku. Była to nie­od­par­ta kon­klu­zja, wy­nik lo­gicz­ne­go ro­zu­mo­wa­nia, któ­re­go nie da­wa­ło się pod­wa­żyć. Wró­ci­łem wol­ny do wła­sne­go domu i nic nie mo­gło tego zmie­nić. Ode­tchną­łem głę­bo­ko, wy­tar­łem dło­nie o spodnie i wsze­dłem przez drzwi.

W domu pa­no­wa­ła ci­sza, bo było bar­dzo póź­no. Usły­sza­łem lek­kie po­chra­py­wa­nie Rity i zaj­rza­łem do po­ko­ju Cody’ego i Astor, któ­rzy spa­li, śniąc swo­je dzie­cię­ce, dzi­kie sny. Obok Rity le­ża­ła w łó­żecz­ku Lily Anne – cu­dow­na, nie­wia­ry­god­na Lily Anne, rocz­ne dziec­ko sta­no­wią­ce cen­trum mo­je­go no­we­go ży­cia. Sta­łem, pa­trząc na nią, i jak za­wsze po­dzi­wia­łem ła­god­ną do­sko­na­łość tej twa­rzy, mi­nia­tu­ro­we pięk­no ma­lut­kich pa­lusz­ków. Lily Anne, cu­dow­ny po­czą­tek De­xte­ra Wzór Nu­mer Dwa.

Tej nocy na­ra­zi­łem na nie­bez­pie­czeń­stwo całe swo­je ży­cie. By­łem głu­pi, sza­leń­czo nie­roz­waż­ny i o mało nie po­nio­słem kon­se­kwen­cji – aresz­to­wa­nia i wię­zie­nia. Nig­dy wię­cej nie wziął­bym na ręce Lily Anne, nig­dy nie trzy­mał­bym jej za rącz­kę, gdy sta­wia­ła pierw­sze kro­ki – i oczy­wi­ście, nig­dy nie zna­la­zł­bym no­we­go przy­ja­cie­la ta­kie­go jak Va­len­ti­ne, by za­brać go na mrocz­ny plac za­baw. Pod­ją­łem zbyt wiel­kie ry­zy­ko. Przez pe­wien czas nie mogę się wy­chy­lać; mu­szę się za­cho­wy­wać bar­dzo grzecz­nie, aż uzy­skam ab­so­lut­ną pew­ność, że nic mi nie gro­zi. Ktoś mnie wi­dział; otar­łem się o zwiew­ną suk­nię sta­rej dziw­ki, Spra­wie­dli­wo­ści, i nie po­wi­nie­nem znów się wy­bie­rać na po­lo­wa­nia. Mu­szę zre­zy­gno­wać z Mrocz­nych Roz­ko­szy De­xte­ra i prze­mie­nić się w Tatę De­xte­ra. Może na za­wsze z tym skoń­czyć? Czy rze­czy­wi­ście mu­szę tak bar­dzo ry­zy­ko­wać? Usły­sza­łem ci­chy, szy­der­czy śmiech Mrocz­ne­go Pa­sa­że­ra, któ­ry ukła­dał się do snu. Tak, mu­sisz! – syk­nął z le­ni­wym za­do­wo­le­niem.

Jed­nak nie w naj­bliż­szym cza­sie; po dzi­siej­szej nocy po­wi­nie­nem zro­bić so­bie dłuż­szą prze­rwę. Ktoś mnie wi­dział. Po­ło­ży­łem się do łóż­ka i za­mkną­łem oczy, lecz wciąż prze­śla­do­wał mnie lęk przed aresz­to­wa­niem. Wal­czy­łem z nim, zmia­ta­łem mio­tłą lo­gi­ki, prze­ko­ny­wa­łem się, że je­stem zu­peł­nie bez­piecz­ny. Nikt nie mógł mnie zi­den­ty­fi­ko­wać, nie po­zo­sta­wi­łem żad­nych śla­dów; roz­są­dek pod­po­wia­dał, że nic mi nie gro­zi. Wszyst­ko było w po­rząd­ku – choć nie­zu­peł­nie w to wie­rzy­łem. W koń­cu za­pa­dłem w nie­spo­koj­ny, mę­czą­cy sen.

Na­za­jutrz w pra­cy nie zda­rzy­ło się nic, co mo­gło­by świad­czyć, że po­wi­nie­nem się czym­kol­wiek mar­twić. Kie­dy przy­je­cha­łem, w la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­nym po­li­cji hrab­stwa Mia­mi-Dade pa­no­wał spo­kój. Wy­ko­rzy­sta­łem po­ran­ną apa­tię, uru­cha­mia­jąc kom­pu­ter i sta­ran­nie spraw­dza­jąc wczo­raj­szy dzien­nik ofi­ce­ra dy­żur­ne­go: nie od­no­to­wa­no w nim roz­pacz­li­we­go we­zwa­nia do­ty­czą­ce­go ma­nia­ka z no­żem w pu­stym domu. Nie wsz­czę­to alar­mu, nikt mnie nie po­szu­ki­wał. Je­śli jak do­tąd nic ta­kie­go się nie zda­rzy­ło, na­le­ża­ło przy­jąć, że w przy­szło­ści rów­nież się nie zda­rzy. By­łem czy­sty – na ra­zie.

Lo­gi­ka po­twier­dza­ła, że nic mi nie gro­zi. W cią­gu na­stęp­nych dni po­wta­rza­łem to so­bie wie­lo­krot­nie, mimo to mój jasz­czur­czy umysł z ja­kichś po­wo­dów nie chciał przy­jąć tego do wia­do­mo­ści. W pra­cy sie­dzia­łem zgar­bio­ny, cze­ka­jąc na cios, któ­ry nie nad­cho­dził – wie­dzia­łem, że nikt mi go nie zada, lecz i tak na nie­go cze­ka­łem. Bu­dzi­łem się w nocy i na­słu­chi­wa­łem dźwię­ków funk­cjo­na­riu­szy jed­nost­ki an­ty­ter­ro­ry­stycz­nej zaj­mu­ją­cych sta­no­wi­ska wo­kół domu…

Nic się na szczę­ście nie dzia­ło – w nocy nie roz­le­ga­ły się sy­re­ny wo­zów po­li­cyj­nych, nikt nie ło­mo­tał w drzwi, nie mó­wił przez me­ga­fon, ka­żąc mi wyjść z pod­nie­sio­ny­mi rę­ka­mi. Ży­cie bie­gło ru­ty­no­wą ko­le­ją, nikt nie do­ma­gał się gło­wy De­xte­ra. Stop­nio­wo za­czą­łem mieć wra­że­nie, że szy­dzi ze mnie ja­kieś okrut­ne, nie­wi­dzial­ne bó­stwo, na­śmie­wa­jąc się z mo­jej czuj­no­ści, kpiąc z mo­je­go lęku. Czu­łem się tak, jak­by nic nig­dy się nie wy­da­rzy­ło albo Świa­dek się zde­ma­te­ria­li­zo­wał, lecz nie mo­głem się uwol­nić od my­śli, że coś się wkrót­ce sta­nie.

Cze­ka­łem i co­raz bar­dziej się de­ner­wo­wa­łem. Pra­ca sta­ła się trud­na do wy­trzy­ma­nia, sie­dze­nie w domu z ro­dzi­ną zmie­ni­ło się w mę­czą­cy obo­wią­zek, z ży­cia De­xte­ra ule­cia­ła cała przy­jem­ność.

Kie­dy ci­śnie­nie sta­je się zbyt wiel­kie, w koń­cu na­wet wul­kan wy­bu­cha, choć jest zbu­do­wa­ny z ka­mie­nia. Ja je­stem wy­ko­na­ny z mniej od­por­ne­go ma­te­ria­łu, więc trud­no się dzi­wić, że po trzech dniach cze­ka­nia na cios, któ­ry nig­dy nie nad­szedł, wresz­cie eks­plo­do­wa­łem.

Ten dzień oka­zał się wy­jąt­ko­wo stre­su­ją­cy bez rze­czy­wi­stych po­wo­dów. Od­na­le­zio­no w mo­rzu zwło­ki w sta­nie za­awan­so­wa­ne­go roz­kła­du – był to mło­dy męż­czy­zna za­bi­ty strza­łem z pi­sto­le­tu du­że­go ka­li­bru. Na­tknę­ło się nań mał­żeń­stwo eme­ry­tów z Ohio, któ­re pły­nę­ło wy­na­ję­tą mo­to­rów­ką. Je­dwab­na ko­szu­la tru­pa wkrę­ci­ła się w śru­bę, a męż­czy­zna z Akron do­znał nie­groź­ne­go za­wa­łu ser­ca, gdy się po­chy­lił, by ją oczy­ścić, i zo­ba­czył przy bur­cie ło­dzi zgni­łą twarz tru­pa. A kuku – wi­taj­cie w Mia­mi!

Kie­dy do­wie­dzie­li się o tym po­li­cjan­ci i tech­ni­cy kry­mi­na­li­stycz­ni, wy­wo­ła­ło to mnó­stwo we­so­ło­ści, lecz De­xter po­zo­stał obo­jęt­ny. Ma­ka­brycz­ne żar­ty, któ­re nor­mal­nie skło­ni­ły­by mnie do śmie­chu, nie ro­bi­ły na mnie żad­ne­go wra­że­nia. Dzię­ki im­po­nu­ją­cej sa­mo­kon­tro­li uda­ło mi się wy­trzy­mać pół­to­rej go­dzi­ny wśród kre­tyń­sko dow­cip­ku­ją­cych ko­le­gów, nie wy­wo­łu­jąc awan­tu­ry. Ale na­wet naj­bar­dziej nie­przy­jem­ne prze­ży­cia wresz­cie się koń­czą – po dłu­gim cza­sie spę­dzo­nym w wo­dzie na zwło­kach nie było żad­nych śla­dów krwi, to­też moje umie­jęt­no­ści oka­za­ły się nie­po­trzeb­ne i w koń­cu mo­głem wró­cić do swo­je­go ga­bi­ne­tu.

Spę­dzi­łem resz­tę dnia na ru­ty­no­wej pa­pier­ko­wej ro­bo­cie, wście­ka­jąc się z po­wo­du akt, któ­re się zgu­bi­ły, i ra­por­tów pi­sa­nych w kre­tyń­ski spo­sób – czy w szko­łach nie uczą już gra­ma­ty­ki?! Kie­dy przy­szła pora po­wro­tu do domu, ru­szy­łem do sa­mo­cho­du, nim ze­gar skoń­czył wy­bi­jać pią­tą.

Mor­der­czy cha­os pa­nu­ją­cy na uli­cach nie po­pra­wił mi hu­mo­ru. Na­ci­ska­łem klak­son, po­ka­zy­wa­łem in­nym kie­row­com środ­ko­wy pa­lec i wście­ka­łem się z po­wo­du kor­ków. Za­wsze było dla mnie oczy­wi­ste, że inni lu­dzie są bo­le­śnie głu­pi, ale tego wie­czo­ru szcze­gól­nie dzia­ła­ło mi to na ner­wy i kie­dy w koń­cu wró­ci­łem do domu, nie po­tra­fi­łem uda­wać, że się cie­szę z prze­by­wa­nia z ro­dzi­ną. Cody i Astor gra­li na Wii, Rita ką­pa­ła Lily Anne, wszy­scy wy­ko­ny­wa­li swo­je nic nie­zna­czą­ce, co­dzien­ne czyn­no­ści, a ja sta­łem przy fron­to­wych drzwiach i za­sta­na­wia­łem się nad tym, jak iry­tu­ją­co głu­pie sta­ło się moje ży­cie. Na­gle po­czu­łem, że coś we mnie pęka, lecz za­miast roz­bi­jać me­ble i wa­lić pię­ścią, rzu­ci­łem klu­cze na stół i wy­sze­dłem przez tyl­ne drzwi.

Słoń­ce za­czę­ło za­cho­dzić, cią­gle jed­nak było go­rą­co i bar­dzo wil­got­no; po trzech kro­kach po­czu­łem, że twarz po­kry­wa­ją mi kro­ple potu. Czu­łem ich chłód na po­licz­kach, co ozna­cza­ło, że moja twarz jest go­rą­ca. Prze­peł­nia­ła mnie dziw­na wście­kłość, uczu­cie, któ­re­go do­zna­wa­łem bar­dzo rzad­ko, i za­czą­łem się za­sta­na­wiać, co się dzie­je w Kra­inie De­xte­ra? Tak by­łem zde­ner­wo­wa­ny, cze­ka­łem na nie­unik­nio­ną apo­ka­lip­sę, ale dla­cze­go na­gle ogar­nął mnie gniew skie­ro­wa­ny prze­ciw­ko wła­snej ro­dzi­nie? Lęk, jaki od pew­ne­go cza­su od­czu­wa­łem, prze­mie­nił się w nową złość, nie­bez­piecz­ną emo­cję i cią­gle nie wie­dzia­łem, dla­cze­go tak się dzie­je. Cze­mu kil­ka drob­nych, nie­szko­dli­wych przy­kła­dów ludz­kiej głu­po­ty do­pro­wa­dzi­ło mnie do ta­kiej fu­rii?

Prze­sze­dłem po wy­su­szo­nej tra­wie po­ra­sta­ją­cej na­sze po­dwór­ko i usia­dłem przy sto­le ogro­do­wym, chcąc się czymś za­jąć. Sie­dze­nie nie było szcze­gól­nie ak­tyw­ną for­mą spę­dza­nia cza­su, więc wca­le nie po­czu­łem się le­piej. Za­ci­ska­łem pię­ści, ro­bi­łem miny, od­dy­cha­łem głę­bo­ko, lecz wca­le mnie to nie uspo­ko­iło.

Nud­ne, drob­ne, ab­sur­dal­ne fru­stra­cje, kwin­te­sen­cja co­dzien­ne­go ży­cia wresz­cie do­pro­wa­dzi­ły mnie do za­ła­ma­nia. Bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek po­wi­nie­nem za­cho­wać lo­do­wa­ty spo­kój i cał­ko­wi­te pa­no­wa­nie nad sobą – ktoś mnie wi­dział. Na­wet te­raz mógł mnie śle­dzić, zbli­żać się do mnie na pal­cach, szy­ko­wać do ata­ku. Po­wi­nie­nem dzia­łać w spo­sób ab­so­lut­nie lo­gicz­ny – ja­ka­kol­wiek po­mył­ka mo­gła mieć ka­ta­stro­fal­ne skut­ki. Mu­sia­łem usta­lić, czy ten na­pad wście­kło­ści ozna­cza, że ar­ty­stycz­ny go­be­lin no­szą­cy imię De­xter za­czy­na się osta­tecz­nie pruć, czy to tyl­ko cza­so­we roz­dar­cie tka­ni­ny. Znów wzią­łem głę­bo­ki wdech i z za­mknię­ty­mi ocza­mi słu­cha­łem szu­mu po­wie­trza w płu­cach.

Wte­dy usły­sza­łem za ple­ca­mi ci­chy, uspo­ka­ja­ją­cy głos, któ­ry stwier­dził, że ist­nie­je roz­wią­za­nie, tak na­praw­dę bar­dzo pro­ste, a ja po­wi­nie­nem słu­chać gło­su roz­sąd­ku. Po­czu­łem, jak po­wie­trze w mo­ich płu­cach zmie­nia się w lo­do­wa­tą, błę­kit­ną mgieł­kę, otwo­rzy­łem oczy i obej­rza­łem się za sie­bie. Spoj­rza­łem przez lukę w ga­łę­ziach drze­wa na ciem­nie­ją­cy ho­ry­zont nad ży­wo­pło­tem są­sia­dów, na wiel­ki, po­ma­rań­czo­wo­żół­ty, szczę­śli­wy księ­życ, z któ­re­go do­bie­ga­ły je­dwa­bi­ste sło­wa, któ­ry śli­zgał się nad ho­ry­zon­tem i wi­siał na nie­bie ni­czym szczę­śli­wy, tłu­sty przy­ja­ciel z wa­ka­cji w dzie­ciń­stwie…

Dla­cze­go masz cze­kać, aż cię znaj­dzie? Dla­cze­go nie wy­tro­pisz go pierw­szy?

Była to pięk­na, ku­szą­ca praw­da, po­nie­waż do­sko­na­le po­tra­fi­łem po­lo­wać na ofia­ry i się ich po­zby­wać. Cze­mu nie za­ła­twić spra­wy w ten spo­sób? Dla­cze­go nie przejść do kontr­ata­ku? Przej­rzeć bazy da­nych, wy­szu­kać wszyst­kie sta­re ciem­ne hon­dy w Mia­mi, zna­leźć tę z prze­krzy­wio­nym tyl­nym świa­tłem, a po­tem za­ła­twić całą spra­wę raz na za­wsze, ro­biąc to, w czym je­stem mi­strzem – czy­sto, szyb­ko i do­brze się ba­wiąc. Bez Świad­ka nie bę­dzie rów­nież za­gro­że­nia i wszyst­kie moje pro­ble­my znik­ną ni­czym kost­ki lodu roz­ta­pia­ją­ce się w pro­mie­niach let­nie­go słoń­ca.

Kie­dy się nad tym za­sta­na­wia­łem, czer­wo­na mgła przed mo­imi ocza­mi za­czę­ła się roz­pra­szać – roz­luź­ni­łem dło­nie, twarz prze­sta­ła być go­rą­ca, po­czu­łem chłod­ne, szczę­śli­we świa­tło księ­ży­ca, a w mrocz­nych za­ka­mar­kach mo­jej we­wnętrz­nej twier­dzy roz­legł się ci­chy po­mruk apro­ba­ty. Coś za­chi­cho­ta­ło i po­wie­dzia­ło wy­raź­nie: „Tak, to na­praw­dę bar­dzo pro­ste”…

Była to praw­da. Wy­star­czy­ło po pro­stu spę­dzić tro­chę cza­su przy kom­pu­te­rze, zna­leźć kil­ka na­zwisk, a po­tem wy­mknąć się w mrok z pa­ro­ma nie­szko­dli­wy­mi re­kwi­zy­ta­mi – rol­ką ta­śmy kle­ją­cej, do­brym no­żem i ka­wał­kiem żył­ki węd­kar­skiej. Od­na­leźć mój Cień, a po­tem za­pro­sić w ustron­ne miej­sce, by dzie­lił ze mną przy­jem­no­ści pięk­ne­go let­nie­go wie­czo­ru. Nic nie mo­gło być bar­dziej na­tu­ral­ne i te­ra­peu­tycz­ne – wy­ja­śnie­nie sy­tu­acji, bez­tro­ska za­ba­wa po­łą­czo­na z li­kwi­da­cją wszyst­kich pro­ble­mów i ko­niec nie­spra­wie­dli­we­go za­gro­że­nia dla wszyst­kie­go, co jest mi dro­gie. Wy­da­wa­ło się to bar­dzo roz­sąd­ne z wie­lu punk­tów wi­dze­nia. Dla­cze­go miał­bym po­zwo­lić, by coś za­gra­ża­ło mo­je­mu ży­ciu, wol­no­ści i hob­by po­le­ga­ją­ce­mu na wi­wi­sek­cji?

Od­dy­cha­łem co­raz wol­niej. Pro­ste roz­wią­za­nie, ja­kie mi przy­szło do gło­wy, ocie­ra­ło się o moje nogi jak kot i mru­cza­ło uwo­dzi­ciel­sko; czu­łem, że obie­cu­je mi cał­ko­wi­te uspo­ko­je­nie. Spoj­rza­łem na nie­bo. Wiel­ki księ­życ uśmiech­nął się fał­szy­wie, za­pra­sza­jąc mnie do tań­ca i da­jąc do zro­zu­mie­nia, że za­wsze będę ża­ło­wał, je­śli oka­żę się na tyle głu­pi, by od­mó­wić. Wszyst­ko bę­dzie do­brze, nu­cił co­raz szyb­ciej wśród pięk­ne­go brzmie­nia akor­dów. Wię­cej niż do­brze: cu­dow­nie! Mu­sia­łem tyl­ko być sobą.

Za­le­ża­ło mi na czymś pro­stym – i oto zna­la­złem pro­sty spo­sób. Wy­tro­pić, po­kro­ić, od­zy­skać spo­kój. Po­pa­trzy­łem na księ­życ, a on czu­le od­wza­jem­nił moje spoj­rze­nie, uśmie­cha­jąc się pro­mien­nie do swo­je­go ulu­bio­ne­go ucznia, któ­ry w koń­cu prze­ana­li­zo­wał pro­blem i zna­lazł roz­wią­za­nie za­da­nia.

– Dzię­ku­ję – rze­kłem. Nie od­po­wie­dział, tyl­ko chy­trze mru­gnął. Ostat­ni raz ode­tchną­łem chłod­nym po­wie­trzem, wsta­łem i wró­ci­łem do domu.

3

Na­za­jutrz rano obu­dzi­łem się w znacz­nie lep­szej for­mie. De­cy­zja, by pod­jąć kon­kret­ne dzia­ła­nia, spra­wi­ła, że otrzą­sną­łem się z przy­gnę­bie­nia – wy­sko­czy­łem z łóż­ka z uśmie­chem na ustach i pie­śnią w ser­cu. Oczy­wi­ście nie mógł­bym za­śpie­wać tej pie­śni Lily Anne, bo sło­wa były dla niej tro­chę zbyt dra­stycz­ne, jed­nak czu­łem się szczę­śli­wy. Dla­cze­go nie? Nie cze­ka­łem już bier­nie, aż wy­da­rzy się coś złe­go; za­mie­rza­łem pod­jąć ak­tyw­ne dzia­ła­nia – spra­wić, by coś się sta­ło, naj­le­piej ko­muś in­ne­mu. Było to sen­sow­ne po­dej­ście; z na­tu­ry je­stem tro­pi­cie­lem, a nie zwie­rzy­ną, i pod­ję­cie de­cy­zji zgod­nej z wła­snym cha­rak­te­rem mu­sia­ło mnie wpra­wić w lep­szy na­strój. Po­śpiesz­nie zja­dłem śnia­da­nie i zdo­ła­łem do­trzeć do pra­cy nie­co wcze­śniej niż zwy­kle, by za­jąć się swo­im no­wym pro­jek­tem ba­daw­czym.

La­bo­ra­to­rium było cią­gle pu­ste; usia­dłem przy kom­pu­te­rze i wsze­dłem do bazy da­nych po­jaz­dów za­re­je­stro­wa­nych na Flo­ry­dzie. Pod­czas po­ran­nej jaz­dy sa­mo­cho­dem za­sta­na­wia­łem się, we­dług ja­kich kry­te­riów szu­kać wid­mo­wej hon­dy, i do­kład­nie prze­my­śla­łem pro­blem. Spo­rzą­dzi­łem li­stę wszyst­kich oso­bo­wych hond wy­pro­du­ko­wa­nych w cią­gu ostat­nich ośmiu lat, a na­stęp­nie po­sor­to­wa­łem je we­dług miej­sca za­miesz­ka­nia wła­ści­cie­li i ich wie­ku. By­łem prze­ko­na­ny, że mój Cień ma mniej niż pięć­dzie­siąt lat, to­też szyb­ko od­rzu­ci­łem star­sze oso­by. Na­stęp­nie za­ją­łem się ko­lo­rem wozu. Hon­da wy­da­wa­ła się dość ciem­na, lecz jed­no spoj­rze­nie na od­jeż­dża­ją­cy sa­mo­chód nie po­zwo­li­ło okre­ślić bar­wy. Tak czy in­a­czej, wiek, pro­mie­nie słoń­ca i sło­ne po­wie­trze Mia­mi mo­gły zmie­nić ko­lor la­kie­ru, czy­niąc go trud­nym do roz­po­zna­nia.

By­łem jed­nak pe­wien, że sa­mo­chód nie jest ja­sny, to­też po­zo­sta­wi­łem na li­ście tyl­ko wozy o ciem­nej ka­ro­se­rii. Na­stęp­nie sku­pi­łem się na lo­ka­li­za­cji i wy­eli­mi­no­wa­łem sa­mo­cho­dy za­re­je­stro­wa­ne w od­le­gło­ści po­nad sied­miu ki­lo­me­trów od domu, gdzie wi­dział mnie Świa­dek. Przy­ją­łem, że miesz­ka w po­bli­żu, w po­łu­dnio­wym Mia­mi; in­a­czej skąd by się tam wziął? Był to do­mysł, lecz uzna­łem go za roz­sąd­ny; po­zwo­li­ło to wy­eli­mi­no­wać dwie trze­cie aut fi­gu­ru­ją­cych na li­ście. Mu­sia­łem obej­rzeć każ­de, któ­re na niej po­zo­sta­ło, by zna­leźć prze­krzy­wio­ne tyl­ne świa­tło i cha­rak­te­ry­stycz­ną rdza­wą pla­mę na ba­gaż­ni­ku.

Kie­dy do la­bo­ra­to­rium za­czę­li przy­by­wać moi ko­le­dzy, dys­po­no­wa­łem li­stą czter­dzie­stu trzech sta­rych, ciem­nych hond na­le­żą­cych do osób w wie­ku po­ni­żej pięć­dzie­się­ciu lat, miesz­ka­ją­cych we wska­za­nym re­jo­nie. We­ry­fi­ka­cja li­sty wy­ma­ga­ła spo­rej pra­cy, lecz by­łem pe­wien, że po­tra­fię to wy­ko­nać szyb­ko i sku­tecz­nie. Za­pi­sa­łem li­stę jako za­szy­fro­wa­ny plik o na­zwie „hon­da”, co brzmia­ło wy­star­cza­ją­co nie­win­nie, i wy­sła­łem e-ma­ilem do sa­me­go sie­bie, by otwo­rzyć na swo­im lap­to­pie po po­wro­cie do domu.

Za­le­d­wie dwie se­kun­dy po wy­sła­niu wia­do­mo­ści do la­bo­ra­to­rium wszedł Vin­ce Ma­su­oka, trzy­ma­jąc w ręku bia­łe pu­deł­ko z wy­ro­ba­mi cu­kier­ni­czy­mi.

– Ach, mło­dy czło­wie­ku – rzekł, uno­sząc pu­deł­ko. – Przy­no­szę ci za­gad­kę: co jest ulot­ne jak wiatr, a jed­no­cze­śnie wiecz­ne?

– Wszyst­ko, co żyje, mi­strzu – od­po­wie­dzia­łem. – I to znaj­du­je się w pu­deł­ku.

Roz­pro­mie­nił się i zdjął wiecz­ko.

– Weź swo­je can­no­lo, ko­ni­ku po­lny – rzekł. Speł­ni­łem po­le­ce­nie.

W cią­gu na­stęp­nych dni za­czą­łem po pra­cy spraw­dzać hon­dy z mo­jej li­sty. Na po­cząt­ku za­ją­łem się ad­re­sa­mi po­ło­żo­ny­mi w po­bli­żu mo­je­go domu, gdzie mo­głem do­trzeć na pie­cho­tę. Po­wie­dzia­łem Ri­cie, że chciał­bym tro­chę po­bie­gać, i upra­wia­łem jog­ging w swo­jej dziel­ni­cy, uda­jąc nor­mal­ne­go czło­wie­ka chcą­ce­go po­pra­wić kon­dy­cję fi­zycz­ną. Rze­czy­wi­ście, po kil­ku dniach po­czu­łem się znacz­nie le­piej. De­cy­zja, by pod­jąć kon­kret­ne dzia­ła­nia, spra­wi­ła, że prze­sta­łem się mar­twić. Od­zy­ska­łem ener­gię i do­bry hu­mor, a na mo­jej twa­rzy znów po­ja­wił się sztucz­ny uśmiech. Wró­ci­łem do nor­mal­ne­go ży­cia.

Oczy­wi­ście nor­mal­ne ży­cie tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych w Mia­mi czę­sto się róż­ni od tego, co uwa­ża­ją za nor­mal­ne zwy­kli lu­dzie. Nie­kie­dy trze­ba pra­co­wać w nie­ty­po­wych po­rach i oglą­dać ofia­ry za­bójstw, cza­sem za­mor­do­wa­ne w za­ska­ku­ją­cy spo­sób. Nig­dy nie prze­sta­łem się dzi­wić, jak nie­skoń­cze­nie po­my­sło­wi by­wa­ją lu­dzie, gdy za­da­ją śmier­tel­ne rany swo­im współ­bra­ciom. Dwa ty­go­dnie po śmier­ci Va­len­ti­ne’a znów za­czą­łem się nad tym za­sta­na­wiać. Sta­łem na desz­czu na po­bo­czu au­to­stra­dy I-95 i my­śla­łem o ob­ra­że­niach za­da­nych in­spek­to­ro­wi Mar­ty’emu Kle­ino­wi. Nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łem ta­kich ran. To, że Kle­in zgi­nął w nie­zwy­kły spo­sób, na­wet tro­chę mnie cie­szy­ło, bo po­zwa­la­ło za­po­mnieć o tym, że je­stem kom­plet­nie prze­mo­czo­ny.

Księ­życ skrył się za chmu­ra­mi. Sta­łem na desz­czu w grup­ce lu­dzi, któ­rzy mru­ga­li, ośle­pie­ni re­flek­to­ra­mi prze­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów i lam­pa­mi wo­zów po­li­cyj­nych. By­łem prze­mo­czo­ny i głod­ny; z mo­je­go nosa, uszu i rąk ka­pa­ła woda, któ­ra ście­ka­ła za koł­nierz bez­u­ży­tecz­nej ny­lo­no­wej kurt­ki, pro­sto do spodni i skar­pe­tek. Znaj­do­wa­łem się w pra­cy, więc mu­sia­łem słu­chać nie­koń­czą­cej się pa­pla­ni­ny po­li­cjan­tów ubra­nych w żół­te pe­le­ry­ny prze­ciw­desz­czo­we. Ale ja nie je­stem po­li­cjan­tem, tyl­ko tech­ni­kiem kry­mi­na­li­stycz­nym, a tech­ni­cy nie do­sta­ją żół­tych pe­le­ryn prze­ciw­desz­czo­wych. Mu­szą się za­do­wa­lać tym, co przy­wieź­li w ba­gaż­ni­ku sa­mo­cho­du – w tym wy­pad­ku cien­ką ny­lo­no­wą kurt­ką, któ­ra nie sta­no­wi żad­nej osło­ny przed tro­pi­kal­ną ule­wą.

Sto­ję na desz­czu i chło­nę wodę jak gąb­ka, a tym­cza­sem in­spek­tor Zrzę­da jesz­cze raz opo­wia­da in­spek­to­ro­wi Bę­cwa­ło­wi, jak je­den z funk­cjo­na­riu­szy za­uwa­żył na po­bo­czu sa­mo­chód po­li­cyj­ny, po czym skon­tro­lo­wał go zgod­nie z pro­ce­du­rą. Na­stęp­nie za­czy­na ją opi­sy­wać, jak­by cy­to­wał re­gu­la­min.

Gor­sze od nudy i zim­na roz­cho­dzą­ce­go się po ko­ściach jest to, że De­xter musi stać na desz­czu i uda­wać, że jest za­tro­ska­ny i wstrzą­śnię­ty. Nie­ła­two uda­wać to w spo­sób wia­ry­god­ny; dziś wie­czo­rem nie wy­cho­dzi mi to naj­le­piej, gdyż nie­ustan­nie my­ślę o swo­ich nie­szczę­ściach. Co kil­ka mi­nut spo­strze­gam, że na mo­jej twa­rzy po­ja­wia się gry­mas iry­ta­cji i nie­cier­pli­wo­ści. Ale wal­czę z nim, na­kła­dam wła­ści­wą ma­skę i sta­ram się dziel­nie zno­sić mrok, ule­wę i nie­koń­czą­ce się ocze­ki­wa­nie. Nie pa­trzy­my na drob­ne­go han­dla­rza nar­ko­ty­ków, któ­ry do­stał to, na co za­słu­żył. To nie nie­wier­na żona przy­ła­pa­na na go­rą­cym uczyn­ku przez roz­gnie­wa­ne­go męża. Zwło­ki znaj­du­ją­ce się w for­dzie crown vic­to­ria na­le­żą do jed­ne­go z nas, człon­ka brac­twa po­li­cjan­tów z Mia­mi. Tak się przy­najm­niej wy­da­je, gdy za­glą­da­my do środ­ka i spo­glą­da­my na bez­kształt­ną masę le­żą­cą na sie­dze­niu.

Nie jest bez­kształt­na dla­te­go, że wi­dzi­my ją nie­wy­raź­nie, ani dla­te­go, że leży bez­wład­nie na sie­dze­niu. Cia­ło Kle­ina zma­sa­kro­wa­no mło­tem, po­wo­li, sta­ran­nie, aż zmie­ni­ło się w bry­łę zmiaż­dżo­nych ko­ści i mię­sa, któ­ra nie przy­po­mi­na czło­wie­ka, funk­cjo­na­riu­sza po­li­cji.

Oczy­wi­ście to coś kosz­mar­ne­go, zwłasz­cza że spo­tka­ło po­li­cjan­ta, funk­cjo­na­riu­sza no­szą­ce­go od­zna­kę i broń i ma­ją­ce­go za­po­bie­gać ta­kim mor­der­stwom. Zma­sa­kro­wa­nie po­li­cjan­ta w taki po­wol­ny, me­to­dycz­ny spo­sób to szcze­gól­ny afront wo­bec na­sze­go upo­rząd­ko­wa­ne­go spo­łe­czeń­stwa i znie­wa­ga dla po­zo­sta­łych pra­cow­ni­ków wy­mia­ru spra­wie­dli­wo­ści. Wszy­scy czu­je­my szok i wście­kłość – a przy­najm­niej do­sko­na­le je uda­je­my. Za­bój­stwo tego ro­dza­ju jesz­cze nig­dy się nie zda­rzy­ło i na­wet ja nie po­tra­fię so­bie wy­obra­zić, kto mógł je po­peł­nić.

Ktoś po­świę­cił mnó­stwo cza­su i ener­gii, ma­sa­kru­jąc in­spek­to­ra Mar­ty’ego Kle­ina i zmie­nia­jąc go w ga­la­re­to­wa­tą masę – a co gor­sza, zro­bił to pod ko­niec dnia pra­cy, gdy cze­ka­ła na nas ko­la­cja. Nie ma kary za rów­nie strasz­li­wą zbrod­nię i mia­łem na­dzie­ję, że strasz­li­wa spra­wie­dli­wość zo­sta­nie wy­mie­rzo­na – po ko­la­cji i de­se­rze, nad fi­li­żan­ką czar­nej kawy. Może przy wło­skich cia­stecz­kach.

Nic z tego. De­xte­ro­wi bur­czy w brzu­chu i ciek­nie mu ślin­ka, gdy my­śli o pysz­nych po­tra­wach Rity, któ­re cze­ka­ją w domu, to­też nie po­tra­fi utrzy­mać mię­śni twa­rzy we wła­ści­wej kon­fi­gu­ra­cji. Ktoś może to za­uwa­żyć i zdzi­wić się, że się śli­nię, sto­jąc obok strasz­li­wie zma­sa­kro­wa­nych zwłok in­spek­to­ra Kle­ina, to­też wiel­kim wy­sił­kiem że­la­znej woli znów bio­rę pod kon­tro­lę swo­ją twarz i za­czy­nam cze­kać, spo­glą­da­jąc po­sęp­nie na ka­łu­żę desz­czu wo­kół prze­mo­czo­nych bu­tów.

– Jezu! – od­zy­wa się Vin­ce Ma­su­oka, któ­ry na­gle się po­ja­wia koło mnie. Wy­cią­ga gło­wę, by zaj­rzeć do sa­mo­cho­du. Ma na so­bie pe­le­ry­nę z de­mo­bi­lu, to­też wy­glą­da na su­che­go i za­do­wo­lo­ne­go. Mam ocho­tę go kop­nąć. –Nie­wia­ry­god­ne…

– Rze­czy­wi­ście, trud­ne do uwie­rze­nia – od­po­wia­dam, po­dzi­wia­jąc swo­ją że­la­zną wolę, któ­ra po­wstrzy­mu­je mnie przed za­ata­ko­wa­niem Ma­su­oki.

– Tyl­ko tego nam bra­ko­wa­ło! – cią­gnie. – Ma­nia­ka z mło­tem ma­sa­kru­ją­ce­go po­li­cjan­tów. Jezu!

Mia­łem po­dob­ne uczu­cia. Cza­sem pro­wa­dzi­li­śmy śledz­twa w spra­wie śmier­tel­nych po­bić, lecz jesz­cze nig­dy nie wi­dzie­li­śmy rów­nie bru­tal­ne­go mor­der­stwa do­ko­na­ne­go z ta­kim ma­nia­kal­nym sku­pie­niem. Było to coś zu­peł­nie no­we­go w hi­sto­rii wal­ki z prze­stęp­czo­ścią w Mia­mi – uni­ka­to­wa, nie­sły­cha­na zbrod­nia, któ­rą od­kry­to tego wie­czo­ru, gdy na po­bo­czu au­to­stra­dy 1-95 od­na­le­zio­no sa­mo­chód in­spek­to­ra Kle­ina. Ale nie mia­łem ocho­ty za­chę­cać Vin­ce’a do ro­bie­nia ko­lej­nych głu­pich, ba­nal­nych uwag. Deszcz pa­da­ją­cy na moją cien­ką kurt­kę ode­brał mi wszel­ką ocho­tę do roz­mo­wy, to­też po pro­stu po­pa­trzy­łem na Ma­su­okę i sku­pi­łem się na utrzy­my­wa­niu po­waż­nej miny: zmarsz­czyć czo­ło, wy­krzy­wić war­gi…

Koło sa­mo­cho­dów za­par­ko­wa­nych na po­bo­czu za­trzy­mał się ko­lej­ny wóz i wy­sia­dła z nie­go De­bo­rah. To zna­czy, ści­śle bio­rąc, sier­żant De­bo­rah Mor­gan, moja sio­stra, kie­ru­ją­ca śledz­twem w spra­wie tej no­wej, strasz­li­wej zbrod­ni. Umun­du­ro­wa­ni funk­cjo­na­riu­sze zer­k­nę­li na nią; je­den z nich ją po­znał i szturch­nął dru­gie­go. Od­su­nę­li się, a Debs wy­sia­dła i po­szła zaj­rzeć do auta, w któ­rym znaj­do­wa­ły się zwło­ki. Po dro­dze wło­ży­ła żół­ty płaszcz prze­ciw­desz­czo­wy. Ski­ną­łem jej gło­wą, gdy mnie mi­ja­ła, a ona od­wza­jem­ni­ła po­zdro­wie­nie. Kie­dy po­pa­trzy­ła na Kle­ina, wy­po­wie­dzia­ła dwa krót­kie, sta­ran­nie do­bra­ne sło­wa, któ­re pod­kre­śla­ły, że jest naj­waż­niej­szą oso­bą na miej­scu zbrod­ni, a tak­że traf­nie wy­ra­ża­ły jej stan emo­cjo­nal­ny.

– O kur­wa! – za­klę­ła, po czym od­wró­ci­ła się i spoj­rza­ła na mnie. – Masz coś? – spy­ta­ła.

Po­krę­ci­łem gło­wą, co spra­wi­ło, że woda po­cie­kła mi za koł­nierz.

– Cze­ka­my na cie­bie – od­po­wie­dzia­łem. – Na desz­czu.

– Mu­sia­łam zna­leźć opie­kun­kę do dziec­ka. – Znów zer­k­nę­ła na mnie. – Po­wi­nie­neś wło­żyć pe­le­ry­nę.

– Szko­da, że o tym nie po­my­śla­łem – rze­kłem po­god­nie, a Debs od­wró­ci­ła się z po­wro­tem w stro­nę szcząt­ków Mar­ty’ego Kle­ina.

– Kto zna­lazł zwło­ki? – spy­ta­ła, wciąż za­glą­da­jąc do wnę­trza for­da.

– Ja – od­po­wie­dział je­den z po­li­cjan­tów, gru­by Mu­rzyn z wą­sa­mi opa­da­ją­cy­mi po obu stro­nach ust.

De­bo­rah po­pa­trzy­ła na nie­go.

– Co­chra­ne, tak?

– Zga­dza się – od­parł, ki­wa­jąc gło­wą.

– Niech pan opo­wie – po­pro­si­ła.

– Mia­łem ru­ty­no­wą służ­bę pa­tro­lo­wą – za­czął Co­chra­ne. – Za­uwa­ży­łem pu­sty sa­mo­chód po­li­cyj­ny za­par­ko­wa­ny na po­bo­czu au­to­stra­dy mię­dzy­sta­no­wej nu­mer dzie­więć­dzie­siąt pięć. Po­łą­czy­łem się z cen­tra­lą i uzy­ska­łem in­for­ma­cję, że to sa­mo­chód in­spek­to­ra Mar­ty’ego Kle­ina. Na­stęp­nie wy­sia­dłem ze swo­je­go sa­mo­cho­du i pod­sze­dłem. – Umilkł na chwi­lę, może zmie­sza­ny, że wie­lo­krot­nie po­wtó­rzył sło­wo „sa­mo­chód”. Po chwi­li od­chrząk­nął i kon­ty­nu­ował: – Po doj­ściu do miej­sca, skąd mo­głem wi­dzieć wnę­trze wozu in­spek­to­ra Kle­ina, eee…

Co­char­ne umilkł, jak­by nie mógł zna­leźć wła­ści­we­go sło­wa, i wy­rę­czył go sto­ją­cy obok nie­go po­li­cjant.

– Wy­rzy­gał cały lunch – stwier­dził.

Co­chra­ne spoj­rzał na nie­go z wście­kło­ścią i mo­gło­by dojść do awan­tu­ry, gdy­by De­bo­rah nie uspo­ko­iła sy­tu­acji.

– To wszyst­ko? – spy­ta­ła. – Zaj­rzał pan do środ­ka, zwy­mio­to­wał i we­zwał wspar­cie?

– Przy­je­cha­łem, zo­ba­czy­łem, zwy­mio­to­wa­łem – mruk­nął koło mnie Vin­ce Ma­su­oka, lecz na szczę­ście De­bo­rah go nie usły­sza­ła.

– Zga­dza się – od­parł Co­chra­ne.

– Ni­cze­go pan nie za­uwa­żył? – spy­ta­ła Debs. – Żad­nych po­dej­rza­nych po­jaz­dów?

Co­chra­ne za­mru­gał szyb­ko, wciąż prze­zwy­cię­ża­jąc chęć ude­rze­nia swo­je­go ko­le­gi.

– Była go­dzi­na szczy­tu – rzekł roz­draż­nio­nym to­nem. – Jak roz­po­znać po­dej­rza­ny po­jazd wśród ty­się­cy sa­mo­cho­dów?

– Sko­ro mu­szę to panu mó­wić, może po­wi­nien pan po­pro­sić o prze­nie­sie­nie do dzia­łu ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go? – spy­ta­ła uprzej­mie Debs.

– Bęc! – ode­zwał się Vin­ce, a po­li­cjant sto­ją­cy obok Co­chra­ne’a wy­dał z sie­bie zdu­szo­ny dźwięk, pró­bu­jąc nie wy­buch­nąć śmie­chem.

Co­chra­ne nie wy­da­wał się roz­ba­wio­ny. Od­chrząk­nął.

– Po­słu­chaj­cie – rzekł. – Obok prze­je­cha­ły ty­sią­ce sa­mo­cho­dów i wszy­scy kie­row­cy zwal­nia­li, by po­pa­trzeć. Pa­da­ło i była kiep­ska wi­docz­ność. Gdy­by­ście mi po­wie­dzie­li, na co zwra­cać uwa­gę, mógł­bym coś za­uwa­żyć.

Debs spo­glą­da­ła nań z twa­rzą bez wy­ra­zu.

– Za póź­no – rzu­ci­ła i spoj­rza­ła w stro­nę for­da. – De­xter! – za­wo­ła­ła przez ra­mię.

Chy­ba po­wi­nie­nem się tego spo­dzie­wać. Moja sio­stra za­kła­da, że mam mi­stycz­ny dar tro­pie­nia psy­cho­pa­tycz­nych mor­der­ców, z któ­ry­mi sty­ka­my się w pra­cy. Jest prze­ko­na­na, że wy­star­czy, bym rzu­cił okiem na miej­sce zbrod­ni, a na­tych­miast je­stem w sta­nie po­dać na­zwi­sko, ad­res i nu­mer ubez­pie­cze­nia za­bój­cy. Kie­dy ma do czy­nie­nia z mor­der­stwem po­peł­nio­nym przez cho­re­go ma­nia­ka, z re­gu­ły pro­si mnie o po­moc, gdyż uwa­ża, że ja rów­nież je­stem cho­rym ma­nia­kiem, więc do­sko­na­le ich ro­zu­miem. Czę­sto je­stem w sta­nie do­star­czyć uży­tecz­nych wska­zó­wek dzię­ki ci­chym pod­po­wie­dziom Mrocz­ne­go Pa­sa­że­ra i grun­tow­ne­mu zro­zu­mie­niu swo­je­go rze­mio­sła. Ale tym ra­zem by­łem bez­rad­ny.

Z wa­ha­niem pod­sze­dłem do De­bo­rah. Nie zno­szę spra­wiać jej za­wo­du, lecz nie mia­łem nic do po­wie­dze­nia. Za­bój­stwo Kle­ina było tak okrut­ne i bru­tal­ne, że na­wet Mrocz­ny Pa­sa­żer za­ci­snął z dez­apro­ba­tą usta.

– Co o tym są­dzisz? – spy­ta­ła Debs, zni­ża­jąc głos, by za­chę­cić mnie do szcze­ro­ści.

– Mu­siał to zro­bić kom­plet­ny wa­riat – od­rze­kłem.

Po­pa­trzy­ła na mnie, jak­by cze­ka­ła na dal­szy ciąg, a gdy sta­ło się ja­sne, że nic wię­cej nie po­wiem, wark­nę­ła:

– Na­praw­dę sam to wy­my­śli­łeś?

– Ja­sne – od­par­łem z iry­ta­cją. – Wy­star­czy­ło jed­no spoj­rze­nie do środ­ka sa­mo­cho­du. Daj spo­kój, Debs, prze­cież na­wet nie wie­my, czy to na­praw­dę Kle­in.

– To on – od­po­wie­dzia­ła.

Otar­łem z czo­ła stru­myk wody i po­pa­trzy­łem przez szy­bę. Kupa ga­la­re­ty le­żą­ca na sie­dze­niu le­d­wo przy­po­mi­na­ła czło­wie­ka, lecz moja sio­stra wy­da­wa­ła się prze­ko­na­na, że to in­spek­tor Kle­in. Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, co spra­wi­ło, że woda zno­wu po­cie­kła mi za koł­nierz.

– Skąd wiesz?

– Ły­si­na na czub­ku gło­wy – stwier­dzi­ła, wska­zu­jąc je­den z koń­ców bez­kształt­nej bry­ły. – Mar­ty miał taką samą.

Po­pa­trzy­łem zno­wu. Zwło­ki roz­le­wa­ły się na sie­dze­niu ni­czym bu­dyń; nie za­uwa­ży­łem żad­nych ran ani krwi. Skó­ra była nie­na­ru­szo­na, a jed­nak cia­ło Kle­ina zma­sa­kro­wa­no w strasz­li­wy spo­sób. Szczyt czasz­ki wy­da­wał się je­dy­nym miej­scem, gdzie nie za­da­no żad­ne­go cio­su, chy­ba po to, by ofia­ra nie umar­ła zbyt szyb­ko. Rze­czy­wi­ście, do­strze­głem krąg ró­żo­wej skó­ry oto­czo­ny wia­nusz­kiem za­tłusz­czo­nych wło­sów. Pa­mię­ta­łem, że Kle­in miał bar­dzo po­dob­ną ły­si­nę. Nie przy­siągł­bym jed­nak, że to na­praw­dę on, lecz nie je­stem praw­dzi­wym de­tek­ty­wem jak moja sio­stra.

– Czy to ja­kaś spe­cy­ficz­nie ko­bie­ca umie­jęt­ność? – spy­ta­łem. – Po­tra­fisz od­róż­niać lu­dzi po wło­sach?

Zer­k­nę­ła na mnie i przez jed­ną prze­ra­ża­ją­cą se­kun­dę my­śla­łem, że po­su­ną­łem się za da­le­ko i że ude­rzy mnie moc­no w ra­mię, jak to cza­sem ro­bi­ła. Za­miast tego jed­nak po­pa­trzy­ła na po­zo­sta­łych tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych, wska­za­ła sa­mo­chód i rze­kła:

– Otwórz­cie drzwi.

Sta­łem na desz­czu i pa­trzy­łem. Kie­dy drzwi sa­mo­cho­du się uchy­li­ły, przez gru­pę funk­cjo­na­riu­szy prze­biegł dreszcz – w ten spo­sób zgi­nął po­li­cjant, je­den z nas, i wszy­scy gli­nia­rze obec­ni na miej­scu zbrod­ni uzna­li to za oso­bi­stą znie­wa­gę. Co gor­sza, by­li­śmy ab­so­lut­nie pew­ni, że to się po­wtó­rzy, że spo­tka któ­re­goś z nas. Już wkrót­ce je­den z człon­ków na­sze­go nie­wiel­kie­go brac­twa pad­nie ofia­rą rów­nie bru­tal­ne­go ata­ku. Nie wie­dzie­li­śmy kto ani kie­dy, tyl­ko że to na­stą­pi…

Mrocz­ny księ­życ na nie­bie, mrocz­ny czas dla De­xte­ra. Wśród po­li­cjan­tów z Mia­mi za­pa­no­wa­ła trwo­ga, strasz­li­wa nie­pew­ność, a De­xter stał, ocie­ka­jąc wodą, a w jego gło­wie ko­ła­ta­ła się tyl­ko jed­na mrocz­na myśl:

Nie ja­dłem ko­la­cji.

4

Skoń­czy­łem po dzie­sią­tej i czu­łem się tak, jak­bym przez ostat­nie czte­ry go­dzi­ny stał pod wodą. Mimo to wsty­dził­bym się wra­cać do domu, nie spraw­dziw­szy nie­któ­rych ad­re­sów ze swo­jej li­sty. Dla­te­go prze­je­cha­łem po­wo­li koło dwóch miejsc, któ­re znaj­do­wa­ły się po dro­dze. Pierw­szy sa­mo­chód par­ko­wał bez­po­śred­nio przed do­mem; na ba­gaż­ni­ku nie było żad­nych śla­dów, więc po­je­cha­łem da­lej.

Dru­gi sa­mo­chód stał pod wia­tą, ukry­ty w cie­niu, i nie wi­dzia­łem ba­gaż­ni­ka. Zwol­ni­łem i skrę­ci­łem na pod­jazd, uda­jąc, że za­błą­dzi­łem i chcę za­wró­cić. Za­uwa­ży­łem coś na ba­gaż­ni­ku – kie­dy pa­dły na nie­go świa­tła re­flek­to­rów, ze­sko­czył z nie­go naj­więk­szy ko­cur, ja­kie­go w ży­ciu wi­dzia­łem, i dał susa w ciem­ność. Za­wró­ci­łem i po­je­cha­łem do domu.

Do­tar­łem tam po je­de­na­stej. Nad fron­to­wy­mi drzwia­mi pa­li­ła się lam­pa; wy­sia­dłem z sa­mo­cho­du i za­trzy­ma­łem się na skra­ju krę­gu świa­tła. Deszcz w koń­cu prze­stał pa­dać, lecz po nie­bie wciąż pły­nę­ły ła­wi­ce ciem­nych chmur, i przy­po­mnia­ła mi się noc dwa dni wcze­śniej, gdy ktoś mnie ob­ser­wo­wał.

Znów ogar­nął mnie nie­po­kój. Groź­nym wzro­kiem spoj­rza­łem na chmu­ry, ale nie wy­da­wa­ły się prze­stra­szo­ne. Zmo­czy­ły­śmy cię! – ode­zwa­ły się szy­der­czo. Sto­isz jak idio­ta, ocie­ka­jąc wodą, i całe two­je cia­ło się marsz­czy!

Była to praw­da. Za­mkną­łem sa­mo­chód i wsze­dłem do domu.

We­wnątrz pa­no­wał względ­ny spo­kój, bo był śro­dek ty­go­dnia. Cody i Astor spa­li, a z sa­lo­nu do­bie­ga­ły ci­che dźwię­ki te­le­wi­zo­ra; nada­wa­no wie­czor­ne wia­do­mo­ści. Rita drze­ma­ła na ka­na­pie z Lily Anne na ko­la­nach. Nie obu­dzi­ła się, gdy wsze­dłem do sa­lo­nu, lecz Lily Anne spoj­rza­ła na mnie ja­sny­mi, roz­bu­dzo­ny­mi oczy­ma i po­wie­dzia­ła:

– Da! Da! Da! Da!

Na­tych­miast mnie po­zna­ła: by­stra dziew­czyn­ka. Po­pa­trzy­łem na jej szczę­śli­wą bu­zię i po­czu­łem, jak kil­ka ciem­nych chmur od­pły­wa w dal.

– Cześć, Lily! – od­rze­kłem z po­wa­gą. Ro­ze­śmia­ła się we­so­ło.

– Och! – ode­zwa­ła się Rita, na­gle wy­rwa­na z drzem­ki. – Je­steś w domu, De­xter? Nie sły­sza­łam, jak wcho­dzisz. Wra­casz tak póź­no… Zno­wu.

– Prze­pra­szam – od­par­łem. – Pra­ca.

Spo­glą­da­ła na mnie przez dłuż­szą chwi­lę, mru­ga­jąc, a po­tem po­krę­ci­ła gło­wą.

– Je­steś zu­peł­nie prze­mo­czo­ny – za­uwa­ży­ła.

– Pa­da­ło.

Mru­gnę­ła jesz­cze kil­ka razy.

– Prze­sta­ło pa­dać go­dzi­nę temu.

Nie mia­łem po­ję­cia, dla­cze­go o tym mówi, ale lu­bię ba­nal­ne, grzecz­ne zwro­ty, więc od­po­wie­dzia­łem:

– Tak, roz­po­ga­dza się.

– Ach… – wes­tchnę­ła Rita. Znów po­pa­trzy­ła na mnie w za­my­śle­niu i za­czą­łem się czuć tro­chę nie­zręcz­nie. W koń­cu po­krę­ci­ła gło­wą. – Cóż, mu­sisz być bar­dzo… Two­ja ko­la­cja… Je­steś głod­ny?

– Jak wilk.

– Woda z two­je­go ubra­nia ka­pie na pod­ło­gę. Le­piej włóż coś su­che­go. Je­śli się prze­zię­bisz… – Po­ru­szy­ła dło­nią przed moją twa­rzą. – Och, Lily Anne zu­peł­nie się roz­bu­dzi­ła. – Na jej twa­rzy po­ja­wił się ma­cie­rzyń­ski uśmiech, któ­ry wie­lo­krot­nie pró­bo­wał ma­lo­wać Le­onar­do da Vin­ci.

– Prze­bio­rę się – po­wie­dzia­łem i po­sze­dłem ko­ry­ta­rzem do ła­zien­ki. Scho­wa­łem mo­kre ubra­nie do ko­szy­ka, wy­tar­łem się ręcz­ni­kiem i wło­ży­łem su­chą pi­ża­mę.

Kie­dy wró­ci­łem, Rita nu­ci­ła Lily Anne pio­sen­kę, a dziew­czyn­ka we­so­ło ga­wo­rzy­ła. Nie chcia­łem prze­ry­wać, lecz mia­łem waż­ną spra­wę do za­ła­twie­nia.

– Wspo­mi­na­łaś coś na te­mat ko­la­cji? – spy­ta­łem.

– By­łam bar­dzo… Och, mam na­dzie­ję, że zu­peł­nie nie wy­sty­gła… Tak czy in­a­czej, jest w garn­ku… Po­trzy­maj małą. Za­raz ją wło­żę do mi­kro­fa­lów­ki.

Wsta­ła szyb­ko z ka­na­py i po­da­ła mi Lily Anne. Zro­bi­łem krok do przo­du i wzią­łem dziec­ko, na wy­pa­dek gdy­by Rita na­praw­dę za­mie­rza­ła je wło­żyć do mi­kro­fa­lów­ki. Ru­szy­ła w stro­nę kuch­ni, a ja usia­dłem na ka­na­pie ze swo­ją cór­ką.

Po­pa­trzy­łem na dzie­cię­cą twa­rzycz­kę Lily Anne – moją prze­pust­kę do no­we­go świa­ta uczuć i nor­mal­ne­go ży­cia. Cud jej na­ro­dzin spra­wił, że nie­co upodob­ni­łem się do czło­wie­ka. Dzię­ki niej po raz pierw­szy w ży­ciu za­czą­łem od­czu­wać emo­cje, ja­kich mógł­by do­zna­wać zwy­kły śmier­tel­nik. Mia­ła nie­speł­na rok i sta­wa­ło się oczy­wi­ste, że jest nie­zwy­kłym dziec­kiem.

– Po­tra­fisz prze­li­te­ro­wać sło­wo „hi­per­bo­la”? – spy­ta­łem.

– Da! – za­wo­ła­ła ra­do­śnie.

– Bar­dzo do­brze – od­rze­kłem, a ona wy­cią­gnę­ła rękę i uszczyp­nę­ła mnie w nos na znak, że wy­bra­łem zbyt ła­twe sło­wo. Wal­nę­ła mnie w czo­ło otwar­tą rącz­ką i pod­sko­czy­ła kil­ka razy, co było uprzej­mą proś­bą o za­da­nie trud­niej­sze­go py­ta­nia. Speł­ni­łem jej ży­cze­nie.

Kil­ka mi­nut póź­niej Lily Anne i ja skoń­czy­li­śmy re­cy­to­wać dwie zwrot­ki Frog Went A-Co­ur­tin’ i pra­co­wa­li­śmy nad ostat­ni­mi szcze­gó­ła­mi ogól­nej teo­rii gra­wi­ta­cji, gdy do po­ko­ju wpa­dła Rita, nio­sąc ta­lerz z przy­jem­nie pach­ną­cą po­tra­wą.

– Pie­czeń wie­przo­wa – oznaj­mi­ła. – Do­da­łam do sosu tro­chę grzy­bów. Te ze skle­pu były nie­zbyt… A poza tym po­mi­do­ry i ka­pa­ry… Oczy­wi­ście Cody’emu nie sma­ko­wa­ło… Ach, za­po­mnia­łam ci po­wie­dzieć. – Po­sta­wi­ła ta­lerz na sto­li­ku do kawy. – Prze­pra­szam, je­śli żół­ty ryż jest tro­chę… Den­ty­sta po­wie­dział… Astor po­trze­bu­je apa­ra­tu or­to­don­tycz­ne­go i jest zu­peł­nie… – Unio­sła dłoń i usia­dła.

– Po­wie­dzia­ła, że wo­la­ła­by ra­czej… Do li­cha, za­po­mnia­łam wi­del­ca! – za­wo­ła­ła, ze­rwa­ła się z ka­na­py i po­pę­dzi­ła z po­wro­tem do kuch­ni.

Lily Anne po­pa­trzy­ła za nią, po czym prze­nio­sła wzrok na mnie. Po­krę­ci­łem gło­wą.

– Mama za­wsze mówi w ten spo­sób – stwier­dzi­łem. – Przy­zwy­cza­isz się.

Mia­ła tro­chę nie­pew­ną minę.

– Da! Da! Da! – za­gru­cha­ła. Po­ca­ło­wa­łem ją w czu­bek gło­wy. Smak był cu­dow­ny: po­łą­cze­nie szam­po­nu dla nie­mow­ląt z ja­kimś upa­ja­ją­cym fe­ro­mo­nem wy­dzie­la­nym przez małe dzie­ci.

– Chy­ba masz ra­cję – od­po­wie­dzia­łem. Rita wró­ci­ła do po­ko­ju, po­ło­ży­ła koło ta­le­rza wi­de­lec i ser­wet­kę, wzię­ła Lily Anne na ko­la­na i kon­ty­nu­owa­ła sagę o Astor i den­ty­ście.

– Mó­wi­łam jej, że to tyl­ko na rok i że wie­le in­nych dziew­cząt… Ale ona… Opo­wia­da­ła ci o An­tho­nym?

– An­tho­nym dup­ku? – spy­ta­łem.

– Och, on wca­le nie jest… Tak go na­zy­wa, choć nie po­win­na… Dziew­czyn­ki pod­cho­dzą do tego in­a­czej, a Astor jest w ta­kim wie­ku… Pie­czeń nie jest za su­cha? – spy­ta­ła, pa­trząc na mój ta­lerz.

– Nie, ide­al­na – od­par­łem.

– Za su­cha, bar­dzo mi przy­kro. Więc po­my­śla­łam, że mógł­byś z nią po­roz­ma­wiać – za­koń­czy­ła. Mia­łem na­dzie­ję, że ma na my­śli Astor, a nie pie­czeń.

– Co jej po­wie­dzieć? – spy­ta­łem, po­łknąw­szy ko­lej­ny kęs su­chej pie­cze­ni.

– Że to nor­mal­ne.

– Masz na my­śli apa­rat or­to­don­tycz­ny?

– Tak, ja­sne – od­po­wie­dzia­ła. – A o czym mó­wi­my?

Praw­dę mó­wiąc, czę­sto nie bar­dzo wiem, o czym mó­wi­my, po­nie­waż Rita zwy­kle pro­wa­dzi roz­mo­wę na trzy te­ma­ty jed­no­cze­śnie. Może to wpływ jej pra­cy: na­wet prze­żyw­szy z nią kil­ka lat, wiem tyl­ko, że zaj­mu­je się prze­li­cza­niem du­żych kwot pie­nię­dzy na obce wa­lu­ty i in­we­sto­wa­niem na ryn­ku nie­ru­cho­mo­ści. To zdu­mie­wa­ją­ce, że ko­bie­ta do­sta­tecz­nie in­te­li­gent­na, by się tym zaj­mo­wać, oka­za­ła się ab­so­lut­ną idiot­ką w kwe­stii do­bo­ru part­ne­rów. Naj­pierw po­ślu­bi­ła nar­ko­ma­na, któ­ry bru­tal­nie bił ją oraz dzie­ci, a póź­niej tra­fił za krat­ki. Uwol­niw­szy się od kosz­ma­ru, za­war­ła ko­lej­ne mał­żeń­stwo z jesz­cze gor­szym po­two­rem: mną.

Oczy­wi­ście Rita nig­dy się nie do­wie, kim je­stem na­praw­dę. Bar­dzo się sta­ram utrzy­mać ją w bło­giej nie­wie­dzy na te­mat Mrocz­ne­go De­xte­ra, ra­do­sne­go wi­wi­sek­cjo­ni­sty ży­ją­ce­go dla sze­le­stu szar­pa­nej ta­śmy kle­ją­cej, bły­sku noża, za­pa­chu stra­chu wy­dzie­la­ne­go przez to­wa­rzy­sza za­baw, któ­ry tra­fił do De­xter­lan­du, bo za­bi­jał nie­win­nych lu­dzi i wy­mknął się wy­mia­ro­wi spra­wie­dli­wo­ści…

Rita nig­dy nie po­zna tej sfe­ry mo­je­go ży­cia, po­dob­nie jak Lily Anne. Chwi­le spę­dza­ne z no­wy­mi przy­ja­ciół­mi ta­ki­mi jak Va­len­ti­ne mają cha­rak­ter pry­wat­ny – przy­najm­niej do strasz­li­wej chwi­li, gdy po­ja­wił się Świa­dek. Przy­po­mnia­łem so­bie li­stę wła­ści­cie­li hond. Jed­no z fi­gu­ru­ją­cych na niej na­zwisk mu­sia­ło na­le­żeć do Świad­ka, a gdy usta­lę, o kogo cho­dzi… Przez chwi­lę wy­obra­ża­łem so­bie, jak go po­ry­wam i krę­pu­ję ta­śmą kle­ją­cą, pra­wie sły­sza­łem stłu­mio­ne jęki bólu i stra­chu…

Za­czą­łem my­śleć o swo­im hob­by i mimo woli po­peł­ni­łem strasz­li­we prze­stęp­stwo – ja­dłem pie­czeń wie­przo­wą Rity, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na jej smak. Na szczę­ście, gdy wy­obra­zi­łem so­bie Świad­ka szar­pią­ce­go się w wię­zach, ugry­złem się w ję­zyk, co wy­rwa­ło mnie z przy­jem­nych fan­ta­zji. Na­bra­łem na wi­de­lec ostat­nią por­cję żół­te­go ryżu z ka­pa­ra­mi, wło­ży­łem do ust i usły­sza­łem głos Rity:

– Ubez­pie­cze­nie nie obej­mu­je sta­łych apa­ra­tów, a za­tem… W tym roku po­win­nam do­stać spo­ry bo­nus. Astor rzad­ko się uśmie­cha, praw­da? Może je­śli jej zęby… – Na­gle umil­kła, mach­nę­ła ręką i skrzy­wi­ła się. – Och, Lily Anne, trze­ba ci zmie­nić pie­lusz­kę… – Wsta­ła i za­nio­sła dziew­czyn­kę na prze­wi­jak. Cią­gnął się za nimi spe­cy­ficz­ny odór, któ­re­go źró­dłem na pew­no nie była pie­czeń wie­przo­wa. Od­su­ną­łem pu­sty ta­lerz i z wes­tchnie­niem roz­sia­dłem się na ka­na­pie: De­xter Tra­wią­cy.