Wydawca: Bellona Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 450

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Ciemniejsze niebo - Mari Jungstedt, Ruben Eliassen

Szwedka, Erika Bergman, postanawia spędzić całe lato na kursie jogi w ośrodku Samsarana wyspie Gran Canaria. Mieszka tam w pokoju z Heleną Eriksson, która widzi wprawdzie, że z Eriką jest coś nie tak, że ucieka chyba przed czymś lub przed kimś ucieka, ale nie może się niczego dowiedzieć od swej współlokatorki, gdyż jest ona bardzo skrytą osobą. Któregoś dnia Erika zostaje zamordowana, ktoś podcina jej gardło i układa ciało na skałach nad morzem jak na słynnym obrazie „Narodziny Wenus”: na muszlach i pośród białych róż.

Wyjaśnieniem morderstwa, które jest zupełnie niespotykanym wydarzeniem na tej zazwyczaj spokojnej wyspie i dlatego budzi ogromną panikę nie tylko wśród mieszkańców, ale przede wszystkim wśród licznych

Opinie o ebooku Ciemniejsze niebo - Mari Jungstedt, Ruben Eliassen

Fragment ebooka Ciemniejsze niebo - Mari Jungstedt, Ruben Eliassen

Tytuł oryginałuen mörkare himmel

Projekt okładki i stron tytułowych Anna damasiewicz

Redakcja merytoryczna bożena czerwińska

Redaktor prowadzący Zofia Gawryś

Redaktor techniczny BEATA JANKOWSKA

Korekta Grażyna Ćwietkow-Góralna, JOANNA PROCZKA

Copyright © from the Polish edition and translation by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2017 Copyright © by Mari Jungstedt, Ruben Eliassen, 2015 Published by arrangement with Partners in Stories Stokholm AB, Sweden

Zapraszamy na stronywww.bellona.pl, www.ksiegarnia.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebookuwww.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Nasz adres: Bellona SA ul. Bema 87, 01-233 Warszawa Księgarnia i Dział Wysyłki: tel. 22 457 03 02, 22 457 03 06, 22 457 03 78 faks 22 652 27 01 e-mail: biuro@bellona.pl

Mayi, która sprawiła nam tak wiele radości w czasie swojego krótkiego życia, oraz naszym ukochanym dzieciom:

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

Wstęp

W małym pokoiku unosił się lekki zapach ziół, a światło było nieco przygaszone. Z umieszczonego na suficie głośnika dobiegały łagodne dźwięki orientalnej muzyki. Ściany pomalowane były na ciemno. W jednym z kątów stała jakaś zielona roślina. Poprosił ją, aby się rozebrała i położyła na kozetce. Gdy chwyciła za ubranie, poczuła się naga i bezbronna. Z jednej strony coś jej mówiło, aby obróciła się na pięcie i wyszła stąd. Coś innego zatrzymywało ją jednak tutaj. Ciekawość i oczekiwanie na to, co będzie dalej. Przebiegła przez nią ciepła fala dreszczu. Zaschło jej w ustach, oblizała więc wargi. Obrzucił ją krótkim spojrzeniem i w tym momencie uświadomiła sobie, co można było o niej pomyśleć, gdy widziało się, jak przesuwa językiem po wargach. Uśmiechnęła się niepewnie i poczuła jednocześnie, jak się czerwieni. Dotknęła palcami jednego z ramiączek. Jak przystało na porządnego faceta, odwrócił się, gdy zdejmowała sukienkę. Drżącą ręką powiesiła ubrania na wieszaku na ścianie. Zawahała się, bo nie była pewna, czy ma zdjąć także majtki. Nigdy wcześniej tu nie była, nie wiedziała więc, jak to wszystko ma wyglądać i czego się będzie od niej oczekiwać.

Wdrapała się na skórzaną kozetkę i położyła na brzuchu. Starała się jakoś odprężyć. Zamknęła oczy i wciągała nosem powietrze, po czym wolno wypuszczała je przez usta.

Młodzieniec obrócił się do niej i przykrył jej biodra i nogi ręcznikiem. Poprawił go następnie tak, że jego skraj pokrywał się z linią jej majtek. Wykonując zdecydowane ruchy, dotykał jej ciała koniuszkami palców. Wówczas drżała, choć w pokoju było ciepło. Podniosła głowę. Mężczyzna zdjął biały szlafrok, mogła więc zobaczyć jego opalone, młode, niemal chłopięce ciało z naprężonymi mięśniami ramion. Miał płaski i twardy brzuch oraz wąskie biodra. Na torsie nie dostrzegła prawie żadnych włosów, a jego sutki były małe i brązowe. Poczuła lekki dreszcz między nogami, jakby muśnięcie skrzydełkami motyla. Miał na sobie białe bawełniane spodenki. Miękki materiał opinał ciasno jego biodra i wydatną pupę. Automatycznie wyobraziła więc sobie, co się mogło kryć pod tymi spodenkami.

Spuściła głowę w dół, jakby nieco zawstydzona. Musi się skoncentrować i po prostu odprężyć. Dokładnie tak, jak powiedział jej mężczyzna, który namówił ją do przyjścia tutaj. Poczuć własne ciało, poddać się jego rytmowi i przez chwilę skoncentrować się na sobie.

Dostrzegła, że młodzieniec znów się odwrócił. Słyszała, jak pompuje olejek z butelki stojącej na stole. Płyn skapywał mu z palców, gdy pocierał dłonie jedną o drugą. Zrobiła głęboki wdech. Masażysta stanął tuż obok niej. Zaczął przesuwać dłonie po jej kręgosłupie, wykonując długie, mocne ruchy. Nieoczekiwanie wydała z siebie cichy odgłos zadowolenia. Miał mocne, zdecydowane dłonie. Zamknęła oczy i próbowała dostosować swój oddech do rytmu jego ruchów. Masował jej plecy, kark i ramiona. Następnie zjechał w okolice krzyża i chwycił ją za biodra, wykonując niewielkie kółka i uciskając kciukami skórę.

Zrobił krótką przerwę. Zsunął jej majtki nieco w dół i zawinął wokół nich ręcznik tak, iż widać było jej gołą pupę. Masował jej pośladki, które od olejku zrobiły się śliskie i błyszczące. Wtedy znowu jęknęła. Chwycił za opuszczone majtki i powoli zsuwał je wzdłuż ud, aż w końcu zdjął je z niej całkowicie. Teraz leżała przed nim całkiem naga. Masował jej uda mocnymi, zdecydowanymi ruchami. Uniósł lekko jej nogi i rozłożył je, aby móc lepiej dostać się do wewnętrznej strony ud. Już tylko milimetry dzieliły jego dłonie od jej pochwy. Poczuła, jak robi się mokra między nogami. Oddychała z otwartymi ustami, wciskając głowę w okrągły otwór w kozetce. Masował ją nadal, przysuwając się do niej tak blisko, jak to tylko było możliwe, starając się nie dotykać jednak jej łona. Cała była błyszcząca i śliska.

Podniósł ręcznik, który znalazł się już koło jej łydek, i poprosił ją, aby się obróciła i położyła na plecach. Zrobiła to mechanicznie. Położyła się na plecach, a jej piersi zakołysały się tuż obok niego. Przykrył ją ręcznikiem tak, żeby nie widzieć jej sutków, i stanął za nią u wezgłowia. Zamknęła oczy. Starała się skoncentrować tylko na tym, co działo się tu i teraz, żyć tą chwilą.

*

Stał tam, pochylając się nad nią. Całe jej ciało było miękkie, bezwładne, poddane mu, gotowe do zrobienia wszystkiego, czego tylko zażąda. Najpierw zaczął masować jej szyję. Zjeżdżał dłońmi w kierunku ramion, uciskając delikatnie skórę, a następnie masował obojczyki. Lekkim ruchem dłoni przejechał wzdłuż brzegu ręcznika, tuż obok piersi, łaskocząc ją nieco. Oddychała ciężko i wydawało jej się, że on także. Nie była jednak pewna, czy było to u niego spowodowane wysiłkiem fizycznym, czy też był równie podniecony. Całą uwagę skupiła na jego dłoniach. Obserwowała, w jakim kierunku się przesuwają, jak wędrują po jej ciele. Zdecydowane, czułe ruchy jego rąk, które rozpalały jej łono. Czuła się skołowana i całkowicie otumaniona. Jego dłonie, ciepłe i twarde zarazem, na jej miękkim ciele.

Wreszcie zsunął z niej cały ręcznik. Zaczął gładzić jej piersi i w tym momencie było już po niej.

1

wtorek, 24 czerwca

Erika Bergman stała przed lustrem w spartańsko urządzonym pokoju i dokładnie rozczesywała swoje długie włosy energicznymi, rytmicznymi ruchami dłoni, aby stały się gładkie i błyszczące. Właściwie nie miało to żadnego znaczenia, gdyż on na ogół je mierzwił, gdy tylko nadarzała się ku temu okazja. Podziwiała swoje dobrze utrzymane ciało. Lata regularnych ćwiczeń jogi zrobiły swoje. Starannie dobrana bielizna. Poczuła falę ciepła w żołądku na myśl o tym, co czeka ją dziś wieczorem.

Erika uśmiechnęła się lekko sama do siebie. Kurs jogi okazał się nieco inny od tego, czego oczekiwała, gdy rezerwowała podróż na Gran Canarię, gdzie miał się on odbywać. Centrum jogi leżało na kompletnym odludziu, z dala od wszelkich hoteli, dyskotek, barów i klubów nocnych.

Patrzyła przez okno na liczące ponad tysiąc metrów góry, które otaczały okolicę, na ich zbocza porośnięte drzewami owocowymi i na błyszczące w oddali, w słońcu wody oceanu. Jak na południową część wyspy Gran Canaria, było tu niesłychanie dużo zieleni. Aż po skaliste wybrzeże Atlantyku rozciągały się uprawy bananów, papai, cukinii, pomidorów, pomarańczy i cytryn. Na odludziu, dość daleko od najbliższego domostwa, znajdowało się centrum jogi Samsara Soul. Ośrodek ukryty był całkowicie za starym murem, który uniemożliwiał niepowołanym osobom podpatrzenie, co się działo wewnątrz.

Miała spędzić tu dwa miesiące, całkowicie odcięta od całego świata. Poświęcić się wyłącznie medytacji, masażom, spacerom, kąpielom słonecznym i morskim. Złapać równowagę, by móc żyć dalej. Teraz czuła już, że była na dobrej drodze. Kiedy tu przyjechała przed kilkoma tygodniami, była wrakiem człowieka.

Nie liczyła na żaden romans, dostała go nieoczekiwanie, jakby w bonusie. Odłożyła szczotkę do włosów i pomalowała delikatnie wargi czerwoną szminką. Wyjęła z szafy jedną z nielicznych sukienek, które przywiozła ze sobą, i wcisnęła się w nią. Założyła szpilki i sprawdziła, która godzina. Już prawie czas na nią.

Nagle coś albo ktoś poruszył się koło okna. Jakby przemknął pod nim jakiś cień, szybko i bezgłośnie. Tak blisko, że aż prawie otarł się o szybę. Zamarła w bezruchu. Spojrzała na odbicie swojej twarzy w lustrze i znów zobaczyła w nim swój przerażony wzrok. Miała nadzieję, że się już od tego uwolniła, że na zawsze zostawiła to w Szwecji. Ale ten wzrok nadal ją prześladował. Obezwładniało ją uczucie, że ktoś ciągle ją obserwuje. Że musi zawsze obejrzeć się za siebie, zanim wyjdzie z domu, i zamykać za sobą drzwi na klucz.

Teraz już tak mało brakowało. Przez krótką chwilę stała zupełnie cicho, nasłuchując, ale nie usłyszała żadnego dźwięku. Ta cisza była wręcz nieznośna. Nikt na ogół nie przechodził pod oknem ich pokoju, który znajdował się na końcu budynku, a jego okno wychodziło na krótszą, boczną ścianę, pod którą rosło tylko kilka krzaków.

Naraz wydało jej się, że kątem oka zobaczyła jakiś ruch, jakby coś przemknęło, ale nikogo nie dostrzegła. Przecież nie wmówiła sobie tego. Przebiegł ją dreszcz od karku aż po dół kręgosłupa.

Ostrożnie podeszła do okna i rozejrzała się na boki. Jakaś jaszczurka przemknęła po suchej ziemi, po czym zniknęła w krzakach.

Stała tam jeszcze przez chwilę, patrząc badawczo przez okno. Coś skrywało się w krzakach rosnących w oddali wzdłuż muru okalającego całe centrum. Serce zaczęło jej mocniej walić.

Naraz go ujrzała. Z krzaków wyszedł pies, węsząc zawzięcie z nosem przy ziemi. Był ogromny, miał przybrudzoną, brązową sierść, która wyglądała na wyliniałą. Erika odetchnęła z ulgą. Na szczęście to tylko jakiś pies.

2

Muszle pobrzękiwały delikatnie w aluminiowej puszce, którą trzymał w ręce. Nurkował po nie tego ranka koło skał nieopodal El Pajar. Nie był to wprawdzie ten gatunek, jakiego potrzebował, ale muszli przegrzebka w ogóle nie było na Gran Canarii. Zresztą chodziło tylko o symbolikę. Uzbierał już pół puszki, powinno wystarczyć. Trudniejsze, niż sądził, okazało się znalezienie odpowiednich róż. Musiał przemierzyć całą okolicę, zanim znalazł odpowiedni kolor w ogrodzie koło domu położonego nieco wyżej w górach, który wyglądał na opuszczony. Wszedł na posesję i ściął tak dużo białych róż, ile tylko mógł unieść w rękach. Nie chciał kupować ich w sklepie, aby nie prowadził do niego żaden ślad.

*

Śledził ich przez całą drogę już od centrum jogi. Wsiedli do samochodu około godziny piętnastej trzydzieści i pojechali prosto do Arguineguín. Zajęło im to godzinę, gdy więc tam dotarli, sjesta akurat się skończyła i sklepy były znowu otwarte. Zaparkowali samochód koło centrum handlowego Ancora i poszli załatwiać swoje sprawy. Nasunął czapkę na głowę tak mocno, jak tylko się dało, aby nikt go nie rozpoznał, po czym poszedł za nimi. Po kilku godzinach pili kawę w barze Piporro na plażowej promenadzie. Mężczyzna zniknął potem w norweskim kościele dla marynarzy, który znajdował się na skałach tuż nad morzem. Kobieta chodziła sama po sklepach, a on nie spuszczał jej z oczu. Miała piękną figurę: długie, szczupłe ciało, czysto skandynawskie rysy twarzy i jasne jak len włosy. Ubrana była w prostą, niebieską, bawełnianą sukienkę i sandały na wysokich obcasach. Miał ochotę podejść do niej, przedstawić się i zaprosić ją na drinka. Siedzieć koło niej w restauracji i patrzeć na zachodzące słońce. Usiadła w restauracji Apollo nad morzem i zamówiła kieliszek wina. Niebawem znów pojawił się jej znajomy. Miał okulary słoneczne i kapelusz, jakby nie chciał być rozpoznany. Zamówili jedzenie, rozmawiali, a ona śmiała się zalotnie. Z daleka widać było, że łączy ich coś więcej niż przyjaźń. Zjedli obiad, wypili jeszcze trochę wina, a po skończonym posiłku poszli przytuleni w kierunku budynku mieszkalnego położonego powyżej kościoła. Zniknęli w bramie, skąd, jak się domyślał, nieprędko mieli wyjść. Ale nie było to dla niego problemem, nawet mu odpowiadało, bo im było bliżej wieczoru, tym lepiej dla niego.

Usiadł w pubie, skąd mógł dobrze obserwować ludzi przechodzących przez bramę. Zamówił piwo, zapalił papierosa i próbował się uspokoić. Zmrok otulił lekko tę małą nadmorską miejscowość. Lampy uliczne na promenadzie świeciły ciepłym, przyjemnym blaskiem. Dzięki temu panowała tu taka sama atmosfera, jak w całej starej wiosce rybackiej Arguineguín. Była to miła, lecz dość senna miejscowość na południowym wybrzeżu wyspy Gran Canaria. Zupełnie nie przypominała gwarnych centrów turystycznych Puerto Rico i Playa del Inglés, oddalonych zaledwie o kilka kilometrów, w których życie nie zamierało nawet nocą. Tutaj większość pubów i restauracji zamykano już około godziny dwudziestej trzeciej.

Zapłacił rachunek i przesiadł się na ławkę parkową, gdy nagle zobaczył, jak otwiera się brama. Minęła właśnie północ, pub był już zamknięty, a na ulicy nie było żywej duszy. Zorientował się, że kobieta jest sama.

Szła zdecydowanym krokiem w kierunku Supermercado León, jedynego sklepu nocnego w okolicy. W środku nikt się nie ruszał, a światło uliczne oświetlało mocno ulicę. Weszła do sklepu. Widział ją dobrze przez otwarte na oścież drzwi. Kupiła piwo i papierosy. Serce waliło mu w piersi, i zaschło mu w ustach. Kiedy wychodziła ze sklepu, zaczepił ją ktoś siedzący na jednej z ławek przed sklepem. Widział, jak zamienili ze sobą parę słów, po czym kobieta dała tej osobie kilka papierosów. Następnie udała się znów w stronę budynku, z którego wcześniej wyszła. Teraz albo nigdy.

3

Gdy znalazła się na nieoświetlonej ulicy, usłyszała głuche stuknięcie zamykającej się za nią bramy. Zorientowała się, że nie zna kodu do drzwi wejściowych ani nie ma klucza, a domofonu tu nie było. Zaczęła nerwowo szukać w torebce komórki. Odetchnęła z ulgą, gdy ją w końcu wyczuła, bo tylko z niej może zadzwonić, kiedy wróci ze sklepu. Nie miała ochoty stać i krzyczeć, gdy ludzie już spali. Nie chciała wzbudzać zainteresowania, ponieważ nikt nie mógł wiedzieć, że tu są. To była ich słodka tajemnica. Bardzo mu na tym zależało.

Poprosił ją, by kupiła papierosy i piwo. Na początku ostro się sprzeciwiła, że wysyła ją po nie w środku nocy. Ale nalegał, a jej nie stwarzało to właściwie żadnego problemu. Nawet bardzo przyjemnie było zaczerpnąć trochę świeżego powietrza.

Była już prawie pierwsza w nocy, gdy szła ulicą w kierunku nocnego sklepu. Łatwo było go znaleźć, bo neon z jego nazwą widoczny był z okna mieszkania, które wynajęli. Była zupełnie sama, może tylko z wyjątkiem grupki ludzi na promenadzie, którzy siedzieli tam i pili. Z obrzydzeniem przeszła obok, nie patrząc nawet w ich stronę.

W sklepie nie było ani jednego klienta. Wzięła zakupy i zapłaciła za nie u ziewającego kasjera, który, obsługując ją, oglądał jednocześnie telewizję. Być może w ten właśnie sposób udawało mu się nie zasnąć.

Gdy wyszła ze sklepu, z ciemności koło promenady wyłoniła się jakaś kobieta. Najpierw się wzdrygnęła, bo sytuacja przypomniała jej coś, o czym chciała zapomnieć. Ale nieznajoma należała chyba do grupki pijanych ludzi. Usiłowała wyżebrać papierosy. Erika dała jej kilka sztuk i odeszła szybkim krokiem.

Okolice promenady spowite były w ciemnościach. Księżyc wyłonił się zza chmur i oświetlał słabym blaskiem morze, które w mroku można było jedynie usłyszeć. Słyszała swoje kroki i ich echo odbijające się od suchego asfaltu. Ulice były wyludnione i ciche. Zatrzymała się pod murem niedaleko brzegu i patrzyła na czarną jak smoła plażę oraz leżący w oddali port i skupisko domów w zatoce, które widoczne były w ciepłym świetle ulicznych lamp. Miejscowość, do której przyjechała, była cicha, nie było tu żadnego życia nocnego. Dobiegł ją delikatny szum fal i odgłos zapalanego gdzieś daleko silnika samochodu. Poza tym słychać było tylko od czasu do czasu pijacki śmiech grupki ludzi na ławkach.

Na skórze poczuła ciepły, łagodny powiew nocnego powietrza. Podobało jej się, że może tu sobie stać tak zupełnie sama. Miała kilka minut tylko dla siebie i w tej ciszy mogła słyszeć własne myśli. Teraz mieli jeszcze troszkę pobaraszkować, a następnie wrócić do Tasarte, gdzie znajomy miał ją wysadzić w pobliżu centrum jogi, by mogła wślizgnąć się niepostrzeżenie do swojego wąskiego łóżka. Erika uśmiechnęła się na myśl o tym. Inni uczestnicy kursu mogą się tylko domyślać, co robiła. Od dłuższego czasu odczuwała coraz większą ulgę, jak gdyby już dawno była ponad tym wszystkim. Jakby nic już jej nie poruszało. Nie pamiętała, kiedy ostatnio czuła się tak odprężona.

Szła dalej pustą promenadą, aż dotarła do jej najciemniejszego odcinka. Był to rodzaj tunelu utworzonego przez ciemny budynek i wysoką ścianę góry. Dopiero gdy znalazła się w środku tego tunelu, spostrzegła, że nie jest tam sama. Ktoś za nią szedł. Odwróciła się nieco, aby zerknąć kątem oka, czy jest to może któryś z pijaków, który chce wyżebrać od niej parę groszy albo kilka papierosów. Dostrzegła jednak tylko jakąś postać ubraną na czarno w czapce z daszkiem. Nie był to żaden z tej grupki, którą spotkała wcześniej. Dostała gęsiej skórki ze strachu i przyspieszyła kroku. Była zła na siebie, że tak ją zafascynował widok morza i że wybrała akurat tę drogę. Równie dobrze mogła pójść górą, gdzie stały domy i parkowały samochody. Słyszała wyraźnie, że nieznajomy zbliżył się do niej. Sparaliżował ją strach i nagle poczuła przeraźliwy chłód, choć noc była ciepła.

Wtem, tuż koło swego ucha, usłyszała czyjś cichy głos. Głos, który wypowiadał jakieś niezrozumiałe dla niej słowa. Brzmiało to tak, jak gdyby ktoś coś jej szeptał. Ale ona nie chciała się zatrzymać, aby posłuchać, co ten ktoś do niej mówi. Zdała sobie sprawę ze swojego położenia. Z tego, że nikogo w pobliżu nie ma, w mroku i w ciasnym przesmyku za budynkiem. Stała wciśnięta w kąt, a tuż za nią znajdował się nieznajomy.

Jęknęła, a jej ciało stało się obce i ciężkie. Poruszała się wolniej i bardziej ociężale. W świetle lampy ulicznej dostrzegła na ścianie jego cień. Wstrzymała oddech i chciała rzucić siatkę z piwem i papierosami, którą trzymała w ręku. Chciała uciekać, lecz nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Chciała krzyczeć, ale nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku.

Wtem ktoś chwycił ją za szyję i szeptał jej coś do ucha.

Zaraz potem upadła na ziemię.

4

środa, 25 czerwca

Helena Eriksson siedziała skupiona w pozycji kwiatu lotosu. Oddychała lekko z zamkniętymi oczami, czując na twarzy ciepło promieni słonecznych. Była zlana potem po prawie półtoragodzinnym ćwiczeniu jogi. Czuła obecność innych osób, choć wszyscy siedzieli w zupełnej ciszy. Ostrożnie otworzyła oczy, spojrzała na trenera Samsarę, który siedział, opierając się dłońmi o ziemię z nogami skrzyżowanymi na karku. Jego mięśnie były napięte, a gibkie ciało znajdowało się w całkowitej równowadze. Wydawało się, że ta skomplikowana pozycja zupełnie mu nie przeszkadza. Wpatrywał się uporczywie w jakiś punkt w dali ponad ich głowami. Jego twarz nie miała żadnego konkretnego wyrazu, była niemal obojętna. Pomyślała, że facet dobrze wygląda jak na swój wiek. Mimo że zbliżał się już pewnie do sześćdziesiątki, wciąż był całkiem atrakcyjnym mężczyzną. Po tylu latach spędzonych na słońcu miał opaloną skórę, sprężyste, muskularne ciało bez grama zbędnego tłuszczyku. Ostre rysy twarzy, wydatne kości policzkowe i dobrze zarysowana szczęka podkreślały dodatkowo jego męski wygląd. Nie ulegało też wątpliwości, że natura hojnie go obdarzyła. Przez cały dzień chodził zakryty wyłącznie cienkim kawałkiem materiału owiniętym wokół wąskich bioder. Zaczęło ją już to trochę denerwować, że uparcie pokazywał się w tak skąpym odzieniu. Jak gdyby chciał dać wszystkim do zrozumienia, co się pod nim skrywa, i wyeksponować swoją męskość.

Helena dyskretnie popatrzyła na pozostałych uczestników zajęć. Były to same kobiety, większość z nich koło czterdziestki. Wszystkie miały identyczne ubranie: miękkie spodenki do kolan i białe podkoszulki, które dostały zaraz po przyjeździe. Żadna z nich nie mogła się wyróżniać, bo wszystkie brały udział w tych samych zajęciach, miały tego samego ducha i dążyły do tego samego celu. To znaczy do odzyskania spokoju wewnętrznego i pokoju w kontaktach z innymi ludźmi. Nauczyły się, że więź cielesna łącząca wszystkich uczestników grupy pozwala łatwiej osiągnąć własne cele duchowe.

Samsara dał im znak, że powinny położyć się na ziemi, kończąc tym samym relaks. Helenie wydawało się, że popatrzył na nią zbyt długo, i nie mogła przestać się zastanawiać dlaczego. Albo z nią flirtował, albo też wykonała jakiś niewłaściwy ruch. Zawsze po ćwiczeniu brał kogoś na stronę, aby go ochrzanić albo udzielić jakichś dodatkowych wskazówek. Czasem nawet pochwalił kogoś, że wykonał coś wybitnie dobrze, ale to zdarzało się raczej rzadko. Był surowy i wymagający, a zarazem był najlepszym trenerem jogi, jakiego kiedykolwiek spotkała.

Położyła się na boku na swojej cienkiej karimacie. Podciągnęła nogi tak, że z jednej strony łydki tworzyły kąt prosty z udami, a te z kolei ten sam kąt z tułowiem. Wyciągnęła przed siebie ramiona. Miała wystarczająco dużo wolnej przestrzeni, bo miejsce obok niej było puste. Na ogół leżała tam Erika, z którą dzieliła pokój, ale dziś jej nie było. Helena nie widziała jej od wczorajszego obiadu. Erika wyszła gdzieś około godziny piętnastej, nie powiedziała, dokąd się udaje, i nie wróciła aż do dziś. Nie było jej ani na podwieczorku, ani na kolacji, nie wróciła też na noc. Helena zaczęła się trochę niepokoić. Wprawdzie zdarzało się już wcześniej, że jej koleżanka gdzieś znikała, ale nie aż na tak długo. A już na pewno nie na całą noc.

Tak właściwie to niezbyt wiele wiedziała o Erice. Mieszkały w jednym pokoju od prawie dwóch tygodni i dobrze się rozumiały, lecz kiedy Helena kilka razy próbowała porozmawiać z nią na jakieś bardziej prywatne tematy, Erika zamykała się w sobie niczym muszla. Skrywała w głębi serca jakąś tajemnicę. Była piękną kobietą o dużych oczach i długich jasnych włosach. Miała w sobie jakąś elegancję i wydawało się, że była ładniejsza niż wszystkie pozostałe uczestniczki turnusu. Nie musiała przy tym zbytnio się starać, po prostu taka już była z natury. Miała w sobie jakiś urok osobisty, niemal zniewalający, a jednocześnie gnębiło ją coś, o czym chyba nie chciała rozmawiać. Ale jej spojrzenie stawało się całkiem jasne, gdy zaczynała mówić o jodze. Erice podobało się tu, w centrum jogi, a najbardziej się cieszyła, gdy zaczynali jakieś nowe ćwiczenie. Helena przypomniała sobie, jak jej nowa koleżanka wyglądała, gdy powitał ich właściciel centrum jogi, Samsara. Powaga, która rysowała się wtedy na jej twarzy, nagle prysła, bo Erika była podekscytowana i zafascynowana tym, co jej tu oferowano. Od początku turnusu nie opuściła ani jednych zajęć. Każdego ranka wstawała już o godzinie szóstej, aby spokojnie rozbudzić się przed pierwszymi porannymi ćwiczeniami. Helena natomiast nie potrafiła zwlec się z łóżka i wstawała na ostatnią chwilę. Paradoksalnie, chyba jeszcze bardziej stresowała się w ten sposób przed jogą zamiast wyciszyć się na czas.

Tego ranka Erika jednak się nie pojawiła. Nie wróciła też na noc do ich wspólnego pokoju. Helena budziła się kilkakrotnie w nocy, ale za każdym razem stwierdzała, że łóżko koleżanki jest puste.

Ćwiczenia się skończyły i wszyscy uczestnicy powoli wstawali z podłogi. Samsara podziękował im już jakiś czas temu gestem złożonych ze sobą dłoni i głębokim ukłonem w ich kierunku. Helena zeszła z tarasu i udała się białymi schodami wzdłuż bocznej ściany w kierunku budynku, w którym mieszkały. Jeżeli Erika nie wróciła na noc, to gdzie też mogła się podziewać? Uczestnikami kursu były głównie kobiety w średnim wieku, które tęskniły za spokojem i lepszą harmonią ciała. Było też kilku mężczyzn oraz nieliczne młodsze osoby, takie właśnie jak ona i Erika. Wszyscy poruszali się na ogół tylko po terenie ośrodka, bo zajęcia wypełniały im cały dzień i nie mieli czasu na nic innego. Codziennie wykonywali mnóstwo ćwiczeń jogi, ćwiczeń ruchowych, a nawet takich prac, jak sprzątanie, przygotowywanie posiłków i zbieranie owoców na okolicznych plantacjach. Helena przyjechała tu na dwa tygodnie. Większość uczestników nie zostawała dłużej. Wyjątkiem była Erika, która chciała spędzić tu całe lato. Helena wcale jej jednak tego nie zazdrościła. Zaczynała mieć już serdecznie dość tych ściśle zaplanowanych dni i jedzenia bez jakiegokolwiek smaku: mieszanek warzywnych i zielonych herbatek. Pierwszą rzeczą, jaką zrobi po powrocie do Sztokholmu, będzie udanie się do McDonalda.

Zastanawiała się, dokąd mogła pójść Erika. W pobliżu nie było żadnych miejsc, w których można by spędzić wolny czas. W Tasarte widziała wprawdzie jakiś mały pub, który chyba nigdy nie był otwarty. A nad samym morzem znajdowała się jakaś rodzinna restauracja, może więc powinna pójść tam i dowiedzieć się, czy ktoś jej przypadkiem nie widział. Pytała już o nią ludzi w centrum jogi, ale nikt jej nie widział ani też nie miał pojęcia, gdzie mogłaby być. Poczuła, jak ogarnia ją coraz większy niepokój, bo nie słyszała, żeby Erika miała na wyspie jakichś przyjaciół, których zamierzała odwiedzić.

Helena, dotarłszy do drzwi ich pokoju, przystanęła na chwilę. Kiedy miała wejść do środka, poczuła się nagle jakoś dziwnie. Coś ją powstrzymywało, jak gdyby za drzwiami czyhało jakieś niebezpieczeństwo. Potrząsnęła lekko głową na myśl o swoich wyobrażeniach, starając się uwolnić od tej myśli, otworzyła drzwi i weszła do pokoju. Pokój miał skromny wystrój, ściany pomalowane były na biało i stwarzały surowy klimat. Nie było na nich żadnych dekoracji, żadnych obrazów czy innych ozdób. W dwóch kątach stały wąskie, proste łóżka. Pod krótszą ze ścian znajdowała się mała umywalka i lustro, a na wieszaku wisiał mały ręcznik. Panowały tu iście spartańskie warunki i wszystko było jakieś takie bezosobowe. Samsara wytłumaczył im, że w celu osiągnięcia wewnętrznej harmonii należy otoczyć się zupełnie prostymi rzeczami. Sam jednak mieszkał z żoną i dwójką dzieci w dużej kamiennej willi w niewielkiej odległości od ośrodka. Nigdy nie była w środku, ale na podstawie okazałego wyglądu zewnętrznego można było wnioskować, że wnętrze jest równie imponujące.

Pokój wyglądał dokładnie tak samo jak przed wyjściem Heleny na poranne zajęcia. Usiadła na swoim łóżku, które było twarde, co miało poprawiać krążenie krwi. Plecak Eriki leżał na wpół otwarty na podłodze, a na jej stoliku nocnym znajdowały się książka i kilka gazet. Helena zastanawiała się, jaką tajemnicę skrywała Erika. Któregoś wieczoru rozmawiały o tym, dlaczego tu przyjechały. Erika mówiła dość pokrętnie, ale wspomniała, że musiała oderwać się od czegoś, że nie mogła już wytrzymać w domu. Helena zrozumiała, że jej koleżanka musiała uciec od czegoś albo od kogoś. Wiele osób przyjeżdżało tutaj, aby wziąć się w garść i oderwać od swojego mniej lub bardziej stresującego trybu życia, by dotrzeć do swego wnętrza. W samotności, a jednocześnie wspólnie z innymi ludźmi. Helena miała wrażenie, że Erika była jedną z tych osób, które rzeczywiście potrzebowały zatrzymania się na chwilę i całkowitego oderwania się od otaczającej ją rzeczywistości.

Teraz już na serio zaczęła się niepokoić. Erika nie odbierała telefonu komórkowego i nie zostawiła Helenie żadnej informacji. Coś było nie tak. Sytuacja stała się poważna.

5

Samotny kuter rybacki wpływał o wschodzie słońca do portu w Arguineguín, hałasując nieco silnikiem. Właśnie zaczęło dnieć, a niebo rozjaśniał słaby blask wschodzącego słońca. Manuel był zmęczony po nocnym połowie. Bolały go nogi i miał zesztywniały kręgosłup. Nie był już młodzieniaszkiem, praca dawała mu się więc nieźle we znaki. Na szczęście połów się udał. Złowili kilkaset kilogramów ryb, głównie tuńczyka i sardynek. Będzie to spory zastrzyk finansowy. Nastały ciężkie czasy, gdyż wszyscy tu odczuwali skutki głębokiego kryzysu gospodarczego w Hiszpanii.

Wyszedł na pokład, przeciągnął się, ziewnął, wyjął z lodówki puszkę piwa Tropical i zapalił papierosa. Morze było spokojne.

Tęsknił za domem i wnukami, które zawsze całował, zanim pójdą do szkoły. Za ciepłym śniadaniem, które żona poda mu na stole w kuchni. Za ziemniaczaną tortillą i gofio, za zmieloną prażoną kukurydzą, zmieszaną z oliwą z oliwek, wodą, cukrem i solą, podawaną w postaci ciasta, które kroił na kromki niczym chleb. Mąka gofio zawierała dużo węglowodanów i dlatego była idealnym składnikiem posiłków po ciężkiej nocnej pracy na morzu. Czuł, jak kiszki grają mu marsza. Był przemarznięty i zmęczony, marzył o powrocie do domu, do jedzenia i swojego ciepłego łóżka.

*

Zbliżali się do portu i do plaży. Manuel dostrzegł czarne skały poniżej norweskiego kościoła dla marynarzy. O brzasku najpierw domyślał się tylko, że to właśnie one, gdyż odbijały się w odpływającej właśnie wodzie morskiej. Fale lekko uderzały o ląd. Manuel zaciągnął się raz jeszcze i wypił łyk piwa. Wtem zauważył na skałach jakiegoś człowieka. Zesztywniał i instynktownie zrobił krok naprzód, jak gdyby miało mu to pomóc w lepszym widzeniu. Leżała tam naga kobieta. Bez ruchu, jakby spała.

Słońce powoli wschodziło, a poranne powietrze było wilgotne i chłodne. Manuel szybko zbiegł do kajuty po lornetkę. Jego kolega Jaime, który stał za sterem, zastanawiał się, co się stało, ale Manuel tylko machnął ręką zniecierpliwiony i popędził dalej. Przyłożył lornetkę do oczu i skierował ją na skały. Aż zadrżał, gdy stwierdził, że wzrok go jednak nie mylił. Na półce skalnej poniżej kościoła leżała na wznak martwa kobieta z twarzą zwróconą w kierunku nieba. Jej blond włosy zwisały ze skał. Manuel krzyknął do swego przyjaciela w sterówce i dał mu ręką znak, żeby zmienił kurs.

– Na skałach leży martwa kobieta – zawołał.

Kiedy zbliżali się do plaży, widok stawał się coraz bardziej wyrazisty. Manuel nigdy już chyba go nie zapomni. Doskonale pamięta odgłos swojego kutra ocierającego się o czarny blok skalny, mewę, która krzyczała piskliwie nad morzem, trzeszczący dźwięk grającego w oddali radia, dochodzący z jednej z kafejek, które właśnie otwierano, szuranie stołem wystawianym na chodnik przed lokalem na śniadanie dla głodnych przechodniów. Mężczyznę w zielonym kombinezonie szorującego ulicę koło plaży i drugiego opróżniającego tam kosze na śmieci. Dwoje ludzi uprawiających jogging. Kogoś, kto wszedł na pustą jeszcze zupełnie plażę i pozwolił swemu psu pobiegać bez smyczy po piasku. Blask wschodzącego słońca rozszerzał się i oświetlał promenadę nowymi kolorami. Ściany budynków kolejno zmieniały barwę na cieplejszą wraz z każdą sekundą, kiedy słońce pojawiało się coraz wyżej na niebie.

Manuel przedostał się do kobiety leżącej na skałach. Była dobrze ukryta za wysokim murem, z pewnością nie było jej widać z drogi na górze. Wycofywał się, idąc tyłem, i nie miał odwagi na nią spojrzeć. Jednocześnie nerwowo usiłował wydobyć swój telefon komórkowy z kieszeni kurtki. Na szyi kobiety dostrzegł głęboką ranę. Miała piękną twarz z wydatnymi kośćmi policzkowymi i cienkimi ustami, jasną cerę, prawie przezroczystą skórę. Jej szkliste ciemnoniebieskie oczy zwrócone były ku niebu. Wokół ciała rozsypane były białe róże. Manuel usłyszał, jak Jaime zbliża się do niego.

– Por dios – wyszeptał. – Co też się tu stało? Czy ona rzeczywiście nie żyje?

Manuel kiwnął wolno głową.

Drżącymi rękoma wybrał numer policji.

6

jakiś czas temu

Adrianę obudził chłodny powiew wiatru w pokoju. Śniła o Matce Bożej, która siedziała przy niej i gładziła ją po czole, jak gdyby była małą dziewczynką. Wtem twarz Maryi się zmieniła; czoło pomarszczyło się, a oczy pociemniały. Gdy otworzyła usta i krzyknęła, zęby zrobiły się czarne jak węgiel i po kolei, jeden po drugim, zaczęły wypadać.

Być może Adrianę zbudził jej własny krzyk pełen strachu. Naciągnęła na siebie mocniej kołdrę i leżała bez ruchu ze wzrokiem utkwionym w mroku. Okiennice były otwarte, chłodny blask księżyca wdzierał się więc przez szyby do pokoju i oświetlał podłogę, przesuwając się nad łóżkiem niczym srebrny pasek, i tworzył swoistą aureolę nad głową Chrystusa, wiszącego na krzyżu na ścianie nad wezgłowiem. Przeraziła się, a stan ten trwał jeszcze długo po przebudzeniu. Czuła nieprzyjemny ucisk w żołądku i zupełnie nie wiedziała dlaczego. Miała wrażenie, że ściany wokół niej się skurczyły.

I wtedy usłyszała na podłodze jego kroki, dobrze je już znała. Starał się poruszać po cichu. Powoli otworzył drzwi – tak delikatnie, że tylko lekko skrzypnęły. Łóżko zadrżało pod ciężarem jego ciała, gdy usiadł na jego skraju i pochylił się nad nią. Pocałował ją czule w czoło. Nie był ogolony, więc jego szorstka skóra drapała jej policzek.

– Mi amor – szepnęła do niego czule.

Pogładził ją po włosach i dotknął ostrożnie jej nagich pleców. Chwyciła jego rękę, przyciągnęła ją do siebie i przyłożyła sobie do ust.

– Zostań przy mnie – poprosiła.

– Moja kochana – odparł, ujmując jej dłonie. – Nie mogę, czekają tam na mnie. Mamy razem wypłynąć w morze kilkoma kutrami. Ja płynę z José, nie mogę go zawieść.

– Ale przecież ktoś może cię zastąpić, prawda? Ten jeden raz na pewno poradzą sobie bez ciebie. Możesz przecież zadzwonić do nich i powiedzieć, że jesteś chory. Lepiej połóż się do łóżka i wejdź pod kołdrę.

Czuła coraz silniejszy niepokój. Wewnątrz ogarniał ją jakiś chłód, chciała, aby ją ogrzał. Matka Boża rzuciła swój chłodny cień na ich pokój.

– Zostań ze mną, kochany. Nie chcę, żebyś wyruszał w morze dziś w nocy. – Spojrzała zaniepokojona w kierunku okna. – Mocno wieje i zanosi się na sztorm.

Jakby na potwierdzenie jej słów okiennice zaczęły uderzać o futrynę, a wiatr jeszcze mocniej szaleć w koronach drzew. To był znak od Matki Bożej.

Chwycił jej głowę w swoje silne dłonie i przycisnął ją mocno do piersi. Czuć było od niego rybą, morzem i solą. Ten zapach nigdy do końca się nie ulatniał. Wyglądało na to, że wszystkie lata harówki na morzu odcisnęły trwały ślad na jego skórze.

– Przecież doskonale wiesz, że nie mogę – powiedział cicho. – Tylko dzięki Bogu i morzu mamy co jeść i nie marzniemy. Lepiej pomódl się za mnie dziś w nocy – odparł i puścił jej głowę. – Poproś Boga, aby pozwolił mi wyłowić z morza złoto.

– Jak zwykle bagatelizujesz wszystkie ważne kwestie życia i śmierci.

– Tak – odparł i pogładził ją dłonią po policzku. – Nie można robić inaczej, bo ten, kto boi się śmierci, nie potrafi cieszyć się życiem.

– Ty i te twoje powiedzonka – odpowiedziała mu i westchnęła, udając, że zdenerwowała się tym, iż kpił z jej obaw.

– Kto ma zrzędliwą żonę, staje się filozofem – odrzekł i uśmiechnął się do niej.

Jego ciemne oczy błyszczały, gdy patrzył na nią w świetle księżyca wpadającym przez okno.

Adriana usiadła na łóżku, chwyciła go za kurtkę i przyciągnęła do siebie.

– Pocałuj mnie – poprosiła.

Całował ją długo i namiętnie.

*

Zakochała się w nim, jeszcze zanim skończyła osiemnaście lat. Był zupełnie inni niż wszyscy mężczyźni, którzy zabiegali o jej względy, gdy była młodą dziewczyną. Nigdy nie próbował zbliżyć się do niej. To właśnie ta wstrzemięźliwość, jaką jej okazywał, sprawiały, że tak jej zaimponował. Nie stał na rogu ulicy i nie gwizdał na dziewczyny, tak jak to robili inni chłopcy we wsi. Tylko obserwował ją i nieśmiało uśmiechał się do niej, gdy spotkał się ich wzrok. A kiedy pewnego dnia zapytał ją na targowisku, gdy robiła zakupy, czy może ją odprowadzić do domu, zgodziła się.

Niósł jej skrzynkę pełną owoców, opowiadając przy tym różne historyjki. Wiejskie ploteczki o swoim dziadku, który przybył tu z gór wraz ze swoimi kozami. O swoim ojcu, który łowił ryby, i o matce, która pracowała w polu. Szczególnie ciepło mówił o matce, o jej pracowitości i dobroci.

Adriana położyła się znowu na łóżku. Słyszała, jak za oknem hula wiatr.

– No to idź już – powiedziała. – Udanego połowu! Czekam tu na ciebie.

Kiwnął głową, posłał jej jeszcze całusa na pożegnanie i zamknął za sobą drzwi. Gdy tylko zniknął za drzwiami, ogarnęło ją ponownie to samo poczucie braku bezpieczeństwa. Adriana złożyła ręce do modlitwy, zamknęła oczy i zaczęła modlić się szeptem.

– Dios mío…

Zadrżała, gdy podmuch wiatru zatrzasnął okiennice. Figurka Jezusa wiszącego na krzyżu spadła ze ściany i rozbiła się o nocny stolik. Syn Boży leżał na stoliku z rozpostartymi ramionami, a brązowy drewniany krzyż spadł na podłogę. Chwyciła uszkodzoną figurkę i przycisnęła ją mocno do piersi.

– Dios mío – wyszeptała ponownie. – Dobry Boże, spraw, proszę, aby nie stało mu się nic złego.

7

W pokoju pogrążonym w ciszy trzeszczała tylko policyjna krótkofalówka. Usłyszała ją najpierw z oddali, ale potem jej dźwięk stawał się coraz głośniejszy. Leżała zawsze na nocnym stoliku. Jako redaktor naczelna gazety skandynawskiej „Dag & Natt” musiała wiedzieć, co się wokół dzieje. To było częścią jej pracy. Sara Moberg spała sama w ogromnym łożu małżeńskim, gdyż Lasse wraz z ich synem byli w Las Palmas. Pojechali tam na wieczorny mecz piłkarski i nocowali w hotelu. Jej mąż dobrze sobie to wykombinował. Od czasu do czasu zabierał ze sobą na wycieczkę jedno z ich dwojga dzieci i wtedy byli tylko we dwoje. Czasami miała wyrzuty sumienia, że sama też tak nie postępowała.

Była jeszcze zaspana i półprzytomna, wyłapywała więc jedynie niektóre komentarze dobiegające z krótkofalówki. Na skałach niedaleko kościoła dla norweskich marynarzy w Arguineguín znaleziono martwą kobietę. Policja podejrzewa, że zostało popełnione morderstwo. Sara spojrzała na budzik. Była siódma trzydzieści. W półśnie wyciągnęła rękę po swój iPhone i wybrała numer komisarza Diego Quintany z Guardia Civil w Las Palmas. Jednocześnie sięgnęła po okulary do czytania, kawałek papieru i długopis, które miała zawsze w pobliżu łóżka. Tak na wszelki wypadek. Albo na wypadek, gdyby nagle wpadł jej do głowy jakiś temat na nowy artykuł lub też jakaś inna ważna sprawa, i to właśnie wtedy, gdy akurat zasypiała albo też budziła się w środku nocy, co zdarzało się jej obecnie aż nazbyt często. Być może była to wina wieku i zbliżającego się klimakterium albo po prostu ogólnego niepokoju.

Kilka razy próbowała połączyć się z komisarzem, zanim udało jej się w końcu do niego dodzwonić.

– Hola, tu mówi Sara. Przepraszam, że dzwonię tak z samego rana, ale przypuszczam, że jesteś już w pracy.

– A przynajmniej w drodze do pracy – mruknął niezadowolony Quintana.

– Właśnie usłyszałam wiadomość o morderstwie w Arguineguín. Chodzi o kobietę, którą znaleziono w pobliżu kościoła dla norweskich marynarzy.

– Podejrzewamy morderstwo – poprawił ją Quintana. – To jeszcze nic pewnego. Ale, do diabła, informacja została dopiero co podana.

– Okej. A czy wiecie już, kim jest denatka?

– Nie.

– Czy zatrzymaliście już kogoś?

– Nie.

– A czy możesz udzielić mi jakichś bliższych informacji? Czy to prawda, że znaleziono ją na dworze?

– Koniec pytań, bo muszę zabrać się do pracy. Adiós.

*

Sara Moberg wygramoliła się z łóżka i pospieszyła do łazienki. Musi jak najszybciej pojechać do Arguineguín. Zamordowano kobietę, a coś takiego bardzo rzadko zdarza się w tej małej, spokojnej miejscowości wypoczynkowej. A poza tym mieszka tam wielu czytelników jej gazety. Większość z nich to Norwegowie.

Zrezygnowała ze śniadania, zapakowała tylko jakiegoś banana, butelkę wody mineralnej i kawałek chleba, który upiekła dzień wcześniej. Zajrzała szybko do pokoju córki, by powiedzieć jej, że musi wyjść.

– Dobra, dobra – usłyszała głos Olivii wydobywający się spod kołdry. – Powodzenia, mamusiu.

– Tylko nie zapomnij wstać – zdążyła jeszcze zawołać do córki, zarzucając na grzbiet sweter i zakładając wygodne buty. Jeżeli ma chodzić po skałach i piasku, to musi być dobrze przygotowana.

Gdy wyszła z domu, zorientowała się, że ubrała się zbyt ciepło. Powietrze było już nagrzane, mimo że słońce dopiero co wzeszło. Koło basenu ćwierkały ptaki. Zdjęła sweter i rzuciła go na tylne siedzenie samochodu. Włączyła płytę z piosenkami Teda Gärdestada i wyjechała z garażu. Brama wjazdowa otwierała się automatycznie za pomocą pilota. Zaraz potem w samochodzie rozległy się dźwięki piosenki Himlen är oskyldigt blå. Sara wtórowała wysokim głosem, nieco fałszując. Od dziesiątego roku życia była fanką Teda Gärdestada i lubiła go w dalszym ciągu, bo jego przeboje jeszcze się jej nie znudziły. Niegdyś był idolem wszystkich dziewczyn, ale od kilku lat już nie żył. Sara nigdy go nie zapomni. Do tej pory ma wszystkie jego winylowe płyty, a w jej gabinecie wisi jeszcze jakiś jego stary plakat.

Ich dom stał na wzgórzu, skąd rozpościerał się piękny widok na morze. W dole widać było całe San Agustín. Mieszkała tu ze swoją rodziną od dwudziestu lat, a więc od kiedy przeprowadzili się na Gran Canarię. Przyjechali tu, gdy Lasse nieoczekiwanie dowiedział się, że cierpi na chorobę Parkinsona. Wtedy postanowili wyjechać z zimnej Szwecji. Dopiero co wzięli ślub i oczekiwali właśnie narodzin swego pierwszego dziecka, Viktora. Osiedli w San Agustín na południu wyspy, gdzie już wtedy mieszkało wielu Szwedów. Lasse przejął jakiś walący się hotel tuż przy plaży, wyremontował go i nastawił się głównie na turystów ze Skandynawii. Hotel wkrótce stał się bardzo popularny, a ciepły klimat i odpowiednio dobrane leki sprawiły, że jego choroba się nie rozwijała. Sara z kolei założyła gazetę i teraz, po wielu latach ciężkiej harówki, interes jakoś sam się już kręcił. Nakład pisma rósł, a anonse napływały zewsząd. Oboje z Lassem nauczyli się szybko hiszpańskiego i zyskali mnóstwo przyjaciół, zarówno wśród miejscowej ludności, jak i wśród turystów ze Skandynawii. I tak oto mieszkali na wyspie przez lwią część swego dorosłego życia. Ich dzieci czuły się już bardziej tubylcami niż Szwedami, a ojczysty kraj postrzegali jako zupełnie obcy. Wystarczało im w zupełności, że spędzali w Szwecji kilka tygodni w roku. A i to było dla nich za dużo.

*

Do Arguineguín jechało się piętnaście minut. Sara pojechała prosto do kościoła dla norweskich marynarzy. Znajdował się on w samym centrum miejscowości, na małym półwyspie, wysoko na skałach, skąd rozpościerał się piękny widok na port, promenadę i morze wraz z urwistymi klifami w okolicach Puerto Rico i Mogán. Już z daleka można było dostrzec, że coś się tam wydarzyło. Przy kościele stało kilka wozów policyjnych, wokół kręcili się policjanci w mundurach, a taśma odgradzająca miejsce zdarzenia powiewała lekko na porannym wietrze, który wiał od morza. Sara zabrała ze sobą z samochodu torbę z kamerą i notatnik. Grupka ludzi stała przed taśmą, dyskutując z ożywieniem. Do Sary dobiegały pojedyncze głosy. Ktoś się zastanawiał, co mogło się tam wydarzyć, ktoś inny z kolei potrząsał głową, a wiele osób robiło zdjęcia swoimi telefonami komórkowymi. Ze wszystkich stron ciągnęli z promenady ciekawscy.

Arguineguín leżało na południowym wybrzeżu, wciśnięte pomiędzy dwie wielkie miejscowości turystyczne – Playa del Inglés i Puerto Rico. Na tych terenach rzadko dochodziło do morderstw, dlatego zdarzenie to budziło szalone zainteresowanie.

Gdy Sara podeszła bliżej, dostrzegła komisarza Diego Quintanę, który przykucnął pochylony nad denatką tuż obok innego człowieka, którym był, jak przypuszczała, lekarz sądowy. Ciało kobiety zasłonięte było prowizorycznym parawanem jedynie na tyle, na ile to było konieczne. Sara przedostała się za taśmę i zawołała Diega, ignorując policjanta, który próbował ją zatrzymać. Kamera zdradzała, oczywiście, jej profesję. Diego spojrzał w górę i dostrzegł ją. Pomachał do niej ręką. Rzucił coś krótko do lekarza, wstał i ruszył w jej kierunku. Uśmiechnął się blado na powitanie. Widać było, że przejął się tym, co się tu stało. Diego Quintana był mężczyzną dobrze zbudowanym i niesłychanie wysokim jak na mieszkańca tej wyspy, bo miał blisko metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Jego ciemne włosy były zaczesane do tyłu, miał też bujne wąsy i zadbane bokobrody.

– Mogłem się spodziewać, że zjawisz się tu w okamgnieniu – powiedział.

– Co tu się stało? – zapytała Sara.

– Rybacy znaleźli rankiem martwą kobietę na skałach. Nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z morderstwem.

– Nikogo nie ujęliście?

– Nie.

– A czy mogę tam wejść? – zapytała.

– To jest miejsce przestępstwa, technicy zabezpieczają ślady i jest tu też lekarz sądowy. Na razie musisz więc stąd wyjść.

– Ale bardzo cię proszę, pozwól mi stać tu z boku. Obiecuję, że nie będę przeszkadzać.

– Wiesz dobrze, że uczyniłbym dla ciebie wszystko, ale są pewne granice.

Quintana mrugnął do niej porozumiewawczo i poszedł znów za parawan, za którym lekarz sądowy dokonywał właśnie pierwszych oględzin zwłok. Brzmiało to może jak jakiś żart, ale wiedziała, że facet nie żartuje. Diego Quintana był w niej zakochany od czasu, gdy spotkali się dziesięć lat temu. Starała się puścić to mimo uszu, gdyż oboje byli w związkach małżeńskich, a poza tym nie odwzajemniała jego uczuć.

– A czy możesz mi chociaż powiedzieć, w jaki sposób została zamordowana? – zawołała za nim Sara.

Quintana zatrzymał się na sekundę, odwrócił się i przejechał szybko palcem wskazującym pod szyją.

Sarą zatrzęsło. Wdrapała się na kawałek muru przed taśmą policyjną, skąd miała lepszy widok na skały obok promenady. Kiedy lekarz wstał, zobaczyła nagle ciało ofiary. Kobieta miała około trzydziestu lat. Leżała naga, wyciągnięta na wznak na półce skalnej. Jedną rękę miała położoną na piersiach, a drugą zakrywała łono. Na szyi widać było ohydną ranę ciętą od noża, która była jednak zadziwiająco czysta. Jasna, świetlista skóra ofiary odznaczała się na tle czarnych skał, które ją otaczały. Sara skierowała wzrok na to, co leżało wokół ciała denatki. Ustawiła ostrość teleobiektywu kamery. I wtedy wyraźnie zobaczyła rozsypane wokół białe róże. Ułożenie ciała ofiary było przemyślane, jakby sprawca chciał w ten sposób dać coś do zrozumienia.

Wokół miejsca zbrodni zaczęło się gromadzić coraz więcej ludzi. Byli wśród nich mieszkańcy wioski i przygodni turyści, którzy schodzili się tu zewsząd i zaczęli tworzyć przed taśmą całkiem sporą grupkę. Sara dostrzegła też kilku dziennikarzy i fotografów.

*

Spojrzała na martwą kobietę. Kim ty jesteś? – pomyślała. – I kto cię tak, na Boga, załatwił?

8

Poranne niebo stawało się coraz jaśniejsze, a powietrze było już ciepłe, gdy Kristian Wede wychodził chwiejnym krokiem z mieszkania, jeszcze nie do końca obudzony. Był kompletnie pijany i kiedy zadzwonił telefon, dałby wszystko, aby móc zostać w łóżku. Dzwoniła jego szefowa z konsulatu Królestwa Szwecji i Norwegii, Grete Jensen. Miała zadyszany głos.

– Stało się coś strasznego w Arguineguín. Niedaleko kościoła dla norweskich marynarzy znaleziono jakąś martwą kobietę, przypuszczalnie pochodzącą ze Skandynawii. Wszystko wskazuje na to, że została zamordowana. Pojedź tam i spróbuj dowiedzieć się, kim ona jest. Mamy już na karku nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Porozmawiaj też z komisarzem Diego Quintaną. Został już uprzedzony, że się do niego zgłosisz.

*

Idąc do swego samochodu zaparkowanego w wąskiej uliczce na tyłach domu, wyjął z kieszeni marynarki puszkę z tytoniem do żucia i wsadził kawałek pod wargę. Jego mały jaskrawożółty morris stał tak wciśnięty pomiędzy inne samochody, że ledwo udało mu się wyjechać. Kupił ten samochód trzy miesiące temu, zaraz po przylocie na wyspę. Konsulat załatwił mu dwupiętrowe mieszkanie w San Cristóbal na przedmieściach Las Palmas, tuż nad morzem. Miał z niego piękny widok na promenadę i zarys miasta w oddali.

Tytoń nie poprawił zbytnio jego samopoczucia, choć potrzebował jakiegoś dopingu, aby się obudzić. Przeczesał ręką ciemne kręcone włosy, które miały tendencję do układania się każdy w swoją stronę, i rozsiadł się w samochodzie. Otworzył puszkę coca-coli, którą zabrał z lodówki. Wypił kilka sporych łyków i włączył płytę CD z piosenkami swojej ulubionej Agnes Obel. Silnik zawarczał, bo zbyt mocno nacisnął pedał gazu. Wjechał na drogę wiodącą na południe, powstrzymując się od ziewania, i podkręcił głośniej muzykę. Dla niego pora była jeszcze zbyt wczesna, o wiele za wczesna, biorąc pod uwagę, jak późno położył się spać ostatniej nocy i ile piw wypił. Spojrzał na zegarek. Była ósma trzydzieści.

Przyspieszył. Samochód mknął autostradą kilometr za kilometrem. Minął lotnisko, miejscowość Vecindario, ulubiony przez Szwedów San Agustín i rozległe strefy hotelowe w Playa del Inglés i Maspalomas.

Tej nocy położył się późno. Siedział w lokalnym pubie w jednym z zaułków promenady, oddalonym o rzut beretem od jego mieszkania i tylko kilka metrów od muru oddzielającego promenadę od morza. Czasami fale tak mocno uderzały o mur, że właściciel pubu musiał przenosić stoliki na wyższe piętro, aby jego goście nie zostali całkowicie przemoczeni. Pub Mar Cantábrico szybko stał się jego ulubionym miejscem i często kończył tam swój dzień pracy, pijąc w nim jedno czy też kilka piw, siedząc i patrząc na horyzont oraz rozmyślając, jak diametralnie zmieniło się jego życie wskutek wydarzeń z ostatnich lat. Ale wczoraj wieczorem był z nim jego nowy kolega, artysta Jorge. Razem wypili zbyt wiele piw Tropical, poruszając przy tym najistotniejsze życiowe tematy. Do domu wrócił dopiero około godziny drugiej w nocy i zasnął w ubraniu na kanapie przed telewizorem.

*

Kristian Wede minął tablicę witającą podróżnych w Arguineguín. Pojechał prosto na pierwszym rondzie, przejechał obok sklepu spożywczego Spar, skręcił w lewo na kolejnym rondzie i zaparkował przed duńskim zakładem fryzjerskim, który znajdował się przy jednej z uliczek niedaleko plaży.

Wysiadł z samochodu, zdjął marynarkę i zostawił ją w aucie. Tu było jeszcze cieplej niż w Las Palmas. Na wyspie jest kilka stref klimatycznych, więc pogoda potrafi być bardzo zróżnicowana. Różnica dziesięciu stopni Celsjusza pomiędzy północną a południową częścią wyspy nie jest tu niczym niezwykłym. Wielu zziębniętych turystów było zawiedzionych, gdy po wylądowaniu na lotnisku w Las Palmas powitały ich chmury i temperatura nie wyższa niż dwadzieścia stopni. Ale im dalej jechali na południe wyczarterowanym autobusem, tym bardziej pogodne stawało się niebo. Najlepsza pogoda panowała na odcinku wybrzeża od Maspalomas do Puerto de Mogán. Tam również najmniej wiało. Podczas gdy w Playa del Inglés, oddalonym zaledwie o kilka kilometrów stąd, wiatr hulał niczym podczas sztormu, w Arguineguín było całkiem bezwietrznie. Miejscowa ludność nazwała to miejsce w ten sposób, gdyż nazwa ta oznacza właśnie cichą wodę.

Idąc do kościoła marynarzy, obok którego znaleziono martwą kobietę, Kristian podwinął rękawy koszuli. Kiedy przechodził obok centrum dla płetwonurków, dostrzegł taśmę odgradzającą miejsce zdarzenia i tłum ludzi. Policja zagrodziła schody wiodące na skały i promenadę biegnącą wzdłuż plaży. Pośród gapiów była również para starszych ludzi, którzy próbowali zobaczyć, co się wydarzyło.

– Czy wie pan, co się tam stało? – zapytał Kristiana mężczyzna, gdy ten dotarł do taśmy. On i jego żona byli ubrani w identyczne, seledynowe dresy.

– Na pewno dowiedzą się tego państwo z popołudniowych wiadomości – odrzekł Kristian, szukając kogoś, kto mógłby go wpuścić na ogrodzony teren. Ale nikt nie reagował na jego dyskretne znaki, podniósł więc taśmę i po prostu wszedł.

– Sądzę, że nie można tam wchodzić – zaprotestowała kobieta.

– Ma pani całkowitą rację – odparł Kristian, idąc schodami w kierunku skał.

Przybiegł do niego policjant.

– Proszę się zatrzymać – krzyczał i wymachiwał energicznie rękami na znak stop.

– Bardzo mi przykro – odparł Kristian – ale mam się tu spotkać z…

Wyjął notes z kieszeni, gdyż nie pamiętał nazwiska, które podano mu w konsulacie.

– Nie ma mowy – powiedział policjant i złapał go za ramię.

– Diego Quintana – odczytał z notatek Kristian. – Czy mogę z nim porozmawiać?

– Nie wolno tu nikomu wchodzić, to jest miejsce zbrodni zamknięte dla ogółu.

– Przyjechałem z konsulatu Królestwa Szwecji i Norwegii w Las Palmas. Przysłała mnie tu sama pani konsul. Mam się skontaktować z rodziną ofiary.

Policjant stanowczo wyprowadził go poza ogrodzony teren.

– Pomóc panu?

Kristian obrócił się, zaskoczony miłym głosem, jaki usłyszał. Tuż przed taśmą stała kobieta, która mówiła po szwedzku. Była niewiele niższa od niego i miała ciemne włosy sięgające ramion. Wyglądała na pewną siebie i odważną i miała szczere spojrzenie. Ocenił, że ma około czterdziestu pięciu lat.

– Wygląda pan jak policjant – wypaliła bez ogródek.

– Cóż, tak już po prostu mam, że wyglądam na policjanta – odparł nieco ironicznie i wyciągnął rękę, by się przedstawić. – Kristian Wede z konsulatu w Las Palmas. Miałem porozmawiać tu z komisarzem Diego Quintaną.

– A ja nazywam się Sara Moberg i jestem redaktorką gazety skandynawskiej „Dag & Natt” – odpowiedziała i zmarszczyła badawczo czoło. – Nie przypominam sobie, żebyśmy się już kiedyś spotkali. Czy jesteś tu nowy?

– No cóż, można tak powiedzieć. Jestem tu dopiero od trzech miesięcy. Ale znam twoją gazetę.

– Chodź za mną – powiedziała Sara i poprowadziła go do fragmentu muru, na którym wcześniej siedziała.

Nad ich głowami latało spokojnie stado mew. Kilka kutrów rybackich właśnie dobijało do brzegu, a w oddali na plaży ludzie zaczynali rozkładać ręczniki, koce i parasole, jak gdyby nic się tu nie wydarzyło.

Pod namiotem na miejscu zdarzenia mógł dojrzeć zamordowaną. Widział tylko zarys denatki – leżała na plecach z twarzą zwróconą ku górze. Kristian osłonił oczy od słońca, żeby lepiej widzieć. Czy ta kobieta leżała tu jeszcze żywa i czekała, aż umrze? Na samą myśl o tym wstrząsnął nim dreszcz.

Sara poprosiła go, by zaczekał tu na nią, a sama poszła po Diego Quintanę, wysokiego i wielkiego mężczyznę z sumiastymi wąsami. Kiedy się witali, spojrzał badawczo na Kristiana.

– Czy zidentyfikowaliście już denatkę? – zapytał Kristian.

– Jeszcze nie – odparł komisarz. – Nie ma przy sobie niczego, co mogłoby nam w tym pomóc, bo gdy ją znaleziono, była całkiem naga. Nie było przy niej ani torebki, ani żadnych ubrań, ale przypuszczamy, że pochodzi ze Skandynawii.

– Na jakiej podstawie tak sądzicie?

– Wskazuje na to jej jasna karnacja, wzrost i jasne włosy. No i kolor oczu. Jest opalona, ale kolor tej opalenizny dowodzi, że jej skóra nie jest przyzwyczajona do słońca. Dziewięćdziesiąt pięć procent wszystkich turystów w Arguineguín jest chyba pochodzenia norweskiego lub szwedzkiego. Jak wy, Norwegowie, nazywacie nasze Arguineguín? Mała Norwegia czy jakoś tak?

– To prawda, też o tym słyszałem – potwierdził Kristian. – Chociaż jestem tu nowy i nie bardzo się jeszcze orientuję.

Zdążył już polubić tego postawnego policjanta. W jego nieco nietaktownym zachowaniu było coś sympatycznego.

– A na jakiej podstawie podejrzewacie, że było to morderstwo? – kontynuował Kristian.

Quintana szybko spojrzał na Sarę.

– Musisz mi obiecać, że nie napiszesz o tym na razie ani słowa. Jest na to jeszcze stanowczo za wcześnie.

Sara podniosła rękę do góry.

– No jasne, przysięgam.

– Ktoś podciął jej gardło.

– Czy znaleźliście już narzędzie zbrodni?

– Jeszcze nie.

– Od jak dawna nie żyje?

– Nie umiemy tego dokładnie określić, ale do mordestwa doszło w nocy.

– Czy mógłbym ją zobaczyć?

Quintana pokręcił przecząco głową.

– Nie możemy was wpuścić, bo to miejsce zbrodni. Przepraszam bardzo, porozmawiamy trochę później.

Quintana skinął głową i wrócił na ogrodzony teren.

Kristian poprosił Sarę, aby pożyczyła mu swoją kamerę, i przyłożył ją do oczu.

– Widzisz ją? Ohydne, prawda? – spytała Sara.

– Rzeczywiście – odburknął Kristian, przyglądając się uważnie denatce. Jej widok był przerażający, ale jednocześnie zachwycał go sposób ułożenia ciała. Spojrzał badawczo na Sarę.

– Czy to wszystko nie wygląda na jakieś wyreżyserowane przedstawienie? Zauważ także, że na jej ciele nie ma żadnych śladów krwi, choć musiała nieźle tryskać, kiedy podcinał jej gardło. Zbrodni dokonano gdzieś indziej, pewnie tam, pod murem, gdzie widać mnóstwo śladów krwi.

Kristian się cofnął. Ta dziennikarka wyglądała na dość gruboskórną, bo stała tam i gapiła się na ciało denatki, jak gdyby oglądała brud pod paznokciami. Miało się wrażenie, że ten widok zupełnie jej nie rusza. Wzięła do ręki kamerę i przybliżyła obraz. Naraz Kristian usłyszał, jak zrobiła głęboki wdech.

– Spójrz na to – krzyknęła i podała mu kamerę. – Czy widzisz tę bransoletkę na jej ręku? To szwedzka marka, firma Sahara. Jestem tego absolutnie pewna.

Kristian nastawił ostrość na dal. Srebrna bransoletka składała się z dwóch łańcuszków i z dwóch dużych, splecionych ze sobą pierścieni.

– Bardzo lubię tę firmę, mam w domu trochę ich biżuterii – kontynuowała Sara. – Jest bardzo charakterystyczna, łatwo można ją rozpoznać. I jestem prawie pewna, że można ją kupić wyłącznie w Szwecji.

Jej gromki głos niósł się echem nad ogrodzonym terenem.

– Quintana, chodź tu!

Komisarz, który rozmawiał nieco dalej z grupą policjantów, spojrzał zdziwiony w górę. Chyba uznał, że jest to coś ważnego, bo pognał szybko do muru, na którym stali.

– O co chodzi?

– Bransoletka na ręku denatki została zaprojektowana przez szwedzką firmę – oznajmiła Sara. – Sama mam ich biżuterię. Jeżeli chcesz, to spójrz na umieszczone tam logo firmy.

Quintana uniósł brwi ze zdziwienia.

– Aha, to takie buty. No tak, to może wskazywać, że jest Szwedką, ale nie jest to jeszcze, niestety, stuprocentowy dowód, bo mogła przecież dostać biżuterię od kogoś ze Szwecji.

Wrócił znów do ciała denatki razem z technikiem kryminalnym. Sara obserwowała przez kamerę, jak wciąga na dłonie nylonowe rękawiczki i zdejmuje ostrożnie biżuterię z ręki denatki.

Quintana wyjął z górnej kieszonki marynarki okulary do czytania i dokładnie obejrzał biżuterię. Podniósł głowę i skinął głową w kierunku Sary. Miała rację.

Sara obróciła się w stronę Kristiana.

– Muszę już iść. Miło było cię poznać, choć byłoby lepiej, gdyby okoliczności były przyjemniejsze.

Wyciągnęła do niego rękę, którą on uścisnął.

– Jeżeli będziesz kiedyś potrzebował mojej pomocy, to wiesz, gdzie możesz mnie znaleźć.

Kristian zastanawiał się, jak zdołają zidentyfikować denatkę. Miał nadzieję, że ktoś będzie jej szukał i zgłosi zaginięcie na policji. Niczego w tej chwili się nie dowie, bo policja ma teraz pełne ręce roboty. Musi po prostu poczekać i porozmawiać z komisarzem Quintaną trochę później, gdy skończą identyfikować ofiarę.

Gdy zamierzał zeskoczyć z muru, zobaczył coś na ziemi. Była to brązowa muszla z promieniście rozchodzącymi się wyżłobieniami. Wyglądała dziwacznie. Skąd się tutaj wzięła?

Sam nie wiedząc właściwie dlaczego, pochylił się i podniósł muszelkę, po czym włożył ją do kieszeni.