Ciemne siły - Jacek Piekiełko - ebook

Ciemne siły ebook

Jacek Piekiełko

3,1

Opis

Powieść grozy o losach uczestników polskiej ekspedycji archeologicznej w Rosji. Grupa badaczy niespodziewanie odkrywa starą trumnę, której zawartość wywraca do góry nogami ich dotychczasowe poglądy na historię i racjonalny ogląd świata. Niesamowite znalezisko oraz niejasne intencje niektórych osób z zespołu, a także niezakończone sprawy jeszcze sprzed wyjazdu na wykopaliska generują szereg zaskakujących wydarzeń i problemów, jakim bohaterowie muszą stawić czoła. Oprócz nieprzychylnej postawy lokalnej społeczności archeolodzy muszą uporać się również z tłumionymi na co dzień wyrzutami sumienia, które niespodziewanie dochodzą do głosu właśnie podczas wyprawy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

Mak­sym Leki

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2017

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 600 472 609

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

Tekst © Ja­cek Pie­kieł­ko

ISBN 978-83-7835-622-6

Miesz­ka­li w le­sie, mo­dli­li się do pni, bra­li ślub wo­kół świer­ka, a dia­bły im dzie­ci ko­ły­sa­ły.

Edward Ra­dziń­ski

Prolog

1.

Dnia czerw­co­we­go, za cza­sów Chry­stu­sa Fi­li­po­wi­cza

Nie po­tra­fił jed­no­znacz­nie od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, czy więk­sze pod­nie­ce­nie wy­wo­łu­je w nim za­po­wiedź no­we­go pro­ro­ka, czy to, co mia­ło na­stą­pić po głów­nej czę­ści ce­re­mo­nii. Wkrót­ce miał się o tym prze­ko­nać, te­raz zaś spo­glą­dał na spo­wi­tą cie­nia­mi salę.

W po­miesz­cze­niu pa­no­wał pół­mrok. Przez przy­sło­nię­te ro­le­ta­mi okna do środ­ka pró­bo­wa­ły we­drzeć się ostat­nie pro­mie­nie słoń­ca, oświe­tla­jąc ni­kłym bla­skiem wi­szą­cy na ścia­nie ob­raz przed­sta­wia­ją­cy świę­te­go Je­rze­go, któ­ry wal­czył ze smo­kiem. W ką­cie izby stał stół oraz dwa fo­te­le, a w ro­gach roz­miesz­czo­ne zo­sta­ły dłu­gie ławy. Z każ­dą mi­nu­tą we wnę­trzuSi­joń­skiej Swie­tli­cyro­bi­ło się co­raz bar­dziej tłocz­no.

Ster­nik, syn boży, sam Iwan Su­słow, zro­dzo­ny z boga Da­ni­ły Fi­li­po­wi­cza i Bo­gu­ro­dzi­cy, sie­dział ma­je­sta­tycz­nie na so­lid­nie wy­ko­na­nym stoł­ku z rzeź­bio­ny­mi or­na­men­ta­mi. W ocze­ki­wa­niu na roz­po­czę­cie ce­re­mo­nii spo­glą­dał z sa­tys­fak­cją na gro­ma­dzą­cych się wier­nych, któ­rzy naj­pierw mo­dli­li się przed ob­ra­zem, a na­stęp­nie od­da­wa­li mu po­kłon. Zgro­ma­dzo­ne na ra­dien­ji ko­bie­ty mia­ły na so­bie nie­bie­skie sza­ty ude­ko­ro­wa­ne czer­wo­ny­mi punk­ci­ka­mi, a męż­czyź­ni no­si­li bia­łe ko­szu­le i spodnie prze­pa­sa­ne je­dwab­nym, rów­nież bia­łym pa­sem ozdo­bio­nym pęcz­kiem nici i piór. Nie­któ­rzy po­zo­sta­wa­li w wierzch­nim okry­ciu – ru­basz­kach ha­fto­wa­nych w cha­bry – inni za­kła­da­li od­święt­ne sza­ty, spe­cjal­nie na ce­re­mo­nię, ale zmie­nia­jąc je do­pie­ro na miej­scu, aby nie wzbu­dzać po­dej­rzeń i unik­nąć nie­po­trzeb­nych py­tań pod­czas dro­gi do „Je­ro­zo­li­my”. W przy­pad­ku ko­biet sza­ty go­do­we sta­no­wił bia­ły sa­ra­fan – dłu­ga suk­nia z wy­so­ką ta­lią za­pi­na­ną z przo­du lub ko­szu­la i bia­ła spód­ni­ca. W ta­kim sa­mym ko­lo­rze były skrzy­dła ar­cha­niel­skie – no­szo­ne na gło­wie we­lo­ny upięk­szo­ne ko­lo­ro­wy­mi ce­ki­na­mi. Ko­bie­ty na­cią­ga­ły na nogi bia­łe poń­czo­chy. W ja­snych sza­tach, z ru­mień­ca­mi na twa­rzy wy­glą­da­ły nie­win­nie i nie­po­ko­ją­co sek­sow­nie.

Iwan Su­słow z ca­łych sił sta­rał się nie my­śleć o naj­waż­niej­szej czę­ści ce­re­mo­nii, od któ­rej dzie­li­ło wszyst­kich jesz­cze spo­ro cza­su, mimo to trud­no było mu ukryć ro­sną­ce z każ­dą mi­nu­tą pod­nie­ce­nie. Ostat­nie kra­sa­wi­ce, któ­re do­łą­czy­ły do gmi­ny, spra­wi­ły, że świat miał się stać jesz­cze pięk­niej­szy. Zwłasz­cza Ru­sła­na, cór­ka chło­pa Knież­nie­wi­cza, głu­piut­ka i jesz­cze nie do koń­ca roz­kwi­tła, wpa­dła mu w oko. Już daw­no ra­dien­ja nie za­po­wia­da­ła się tak obie­cu­ją­co. W do­dat­ku dzi­siej­sza wy­jąt­ko­wa za­po­wiedź no­we­go człon­ka Okrę­tu wy­zna­czy świe­tla­ną dro­gę, któ­rą za­czną po­dą­żać. Za­po­wia­da­ny męż­czy­zna zo­sta­nie no­wym Chry­stu­sem, naj­po­tęż­niej­szym ze Ster­ni­ków, zwia­sto­wa­nym pro­ro­kiem, któ­ry przy­cią­gnie ko­lej­nych wier­nych i bę­dzie kró­lo­wać po wsze cza­sy. „Wte­dy ża­den pa­triar­cha nie bę­dzie miał pra­wa go po­tę­pić, toż ani je­den diak nie od­wa­ży się wy­dać na­ka­zu aresz­to­wa­nia Syna Bo­że­go” – my­ślał Su­słow.

Iwan Su­słow unie­sio­ną ręką dał wier­nym znak i w mo­men­cie za­pa­no­wa­ła kom­plet­na ci­sza. Nie ode­zwał się ani sło­wem. Po­zdro­wił tyl­ko wszyst­kich ze­bra­nych ge­stem otwar­tej dło­ni, któ­rą w po­wie­trzu za­to­czył krąg. Na­stęp­nie uczest­ni­cy ze­bra­nia wy­mie­ni­li mię­dzy sobą bra­ter­skie po­ca­łun­ki.

Ster­nik wziął na ra­mię ręcz­nik, a w dło­nie ujął krzyż, po czym za­in­to­no­wał:

– Kró­lu nie­ba. Dziś do cie­bie wo­ła­my.

Wier­ni pod­ję­li śpiew. Su­słow prze­cha­dzał się mię­dzy nimi, że­gnał krzy­żem i świe­cą, wy­po­wia­da­jąc sło­wa:

– Chry­stus zmar­twych­wstał.

Po bło­go­sła­wień­stwie na­stą­pi­ło czy­ta­nie Pi­sma, za­koń­czo­ne na­uką o zni­ko­mo­ści świa­ta i śpie­wem psal­mów.

Wier­ni usta­wi­li się w rzę­dach w każ­dym z czte­rech ką­tów izby, po czym szyb­ko za­czę­li za­mie­niać się miej­sca­mi, aby utwo­rzyć mi­stycz­ny krzyż świę­te­go Pio­tra. Cały czas wpro­wa­dza­li się w nie­ustan­ny trans, rżąc i miau­cząc jak opę­ta­ni. Nie­któ­re ko­bie­ty krę­ci­ły się na pię­cie w kół­ko, cały świat wi­ro­wał, a Bóg był na wy­cią­gnię­cie ręki.

Su­słow pod­biegł do Ru­sła­ny. Mia­ła ogrom­ne ru­mień­ce na twa­rzy, jej oczy wy­ra­ża­ły nie­skoń­cze­nie wiel­ki po­dziw dla Ster­ni­ka.

– Oj, Bóg, oj, duch, oj, duch! – krzyk­nął Su­słow, mie­rząc Ru­sła­nę obłą­kań­czym wzro­kiem.

– Król Bóg, król duch – od­par­ła bez za­sta­no­wie­nia.

Od­wró­ci­ła się do Ster­ni­ka, słu­żeb­nie nad­sta­wia­jąc ple­cy. Su­słow nie po­trze­bo­wał za­chę­ty. Ro­ze­rwał ko­szu­lę ko­bie­ty wzdłuż ca­łej dłu­go­ści krę­go­słu­pa. Jego oczom uka­za­ła się gład­ka skó­ra. Skrę­cił ręcz­nik na kształt sznu­ra i wy­mie­rzył nim moc­ny cios, któ­ry wy­lą­do­wał na na­gich ple­cach dziew­czy­ny.

Ru­sła­na za­wy­ła.

Na bla­dej skó­rze ko­bie­ty po­ja­wi­ła się czer­wo­na smu­ga.

Jesz­cze raz.

Prę­gi skrzy­żo­wa­ły się, two­rząc bo­le­sny wzór.

I ko­lej­ny bicz.

Chły­ści po­czę­li czy­nić mię­dzy sobą to samo.

– Niech spły­nie na cie­bie wola…

Ude­rze­nie i krzyk.

– Wstrze­mięź­li­wo­ści.

– Oj, jeha! – wrzesz­cza­ła Ru­sła­na, a jej krzy­ki prze­ra­dza­ły się w po­mru­ki za­do­wo­le­nia.

– Czy­sto­ści.

– Oj, jeha!

– Za­par­cia się sie­bie.

Su­słow mu­siał przy­znać, że te­raz, w peł­ni od­da­na i otwar­ta na du­cha, po­cią­ga­ła go jesz­cze bar­dziej. Mógł z nią zro­bić wszyst­ko.

Ale jesz­cze nie czas. Jesz­cze duch nie spły­nął w peł­ni. Trze­ba kon­ty­nu­ować ce­re­mo­nia­ły.

Prze­stał okła­dać „bi­czem” Ru­sła­nę, któ­ra mo­men­tal­nie się wy­pro­sto­wa­ła. Od­wró­ci­ła się pręd­ko i rę­ko­ma zło­żo­ny­mi na pier­si od­da­ła Ster­ni­ko­wi dzięk­czyn­ny po­kłon. Uśmiech­nę­ła się z na­dzie­ją, że Iwan Su­słow, nowy Chry­stus, jesz­cze tej nocy wró­ci do niej i na­peł­ni ła­ską zro­dze­nia pro­ro­ka.

Prze­wod­ni­czą­cy ra­dien­ji wzniósł ręce ku gó­rze i roz­po­czął pieśń, któ­rą ze­bra­ni za­raz pod­ję­li, nie za­prze­sta­jąc wi­ro­wa­nia:

Cho­ciaż zło­ta trąb­ka ża­ło­śnie trą­bi­ła,

Oj, tak, ża­ło­śnie, ża­ło­śnie,

Po­wsta­ły i roz­sza­la­ły się groź­ne chmu­ry.

Zgro­madź­my się, bra­cia, w jed­no ze­bra­nie,

Za­sta­nów­my się, roz­waż­my wspól­nie tę wiel­ką ra­dość:

Wszak wy wier­ni, wy wy­brań­cy,

Wy nie wie­cie o tem, wy nie przy­pusz­cza­cie,

Co się po­ro­bi­ło te­raz na na­szej bied­nej zie­mi:

W raju na­szym bawi ptak,

On lata,

Pa­trzy w tę stro­nę, gdzie trąb­ka trąb­ki,

Gdzie sam Bóg prze­ma­wia*.

* Zob. Po­sło­wie, s. 329.

Śpiew przy­brał na sile, stał się co­raz bar­dziej ży­wio­ło­wy. Uczest­ni­cy ce­re­mo­nii kon­ty­nu­owa­li pieśń, za­wo­dząc jak osza­la­łe wil­ki:

Oj, Boże, oj, Boże, oj, Boże,

Oj, du­chu, oj, du­chu, oj, du­chu,

Zstąp, zstąp, zstąp!

Oj, jeha, oj, jeha, oj, jeha!

Zstą­pił! Zstą­pił!

Duch jest świę­ty, duch jest świę­ty,

Król duch, król duch,

Wy­lał ła­ski,

Wy­lał ła­ski,

Duch to świę­ty, duch to świę­ty,

Oj, go­rze, oj, go­rze,

Duch go­rze, Bóg go­rze.

Każ­dy z uczest­ni­ków ce­re­mo­nii mógł po­czuć praw­dzi­wą jed­ność, nikt nie był sam, wspól­no­ta da­wa­ła nie­wy­obra­żal­ną siłę. Męż­czyź­ni czu­li, że mo­gli­by góry prze­no­sić, ko­bie­ty chcia­ły im dać cie­pło i przy­jem­ność. Nie ist­niał grzech, lecz po­ro­zu­mie­nie cia­ła i du­cha. Cała Si­joń­ska Swie­tli­ca za­wtó­ro­wa­ła:

Go­rze mnie, go­rze we mnie!

Świa­tłość we mnie, świa­tłość we mnie,

Oj, go­rze, go­rze, go­rze,

Duch, jeha, oj, jeha

Je­wo­je

Duch swój, duch swój, duch swój!

Je­wo­je!

Człon­ko­wie Okrę­tu co­raz in­ten­syw­niej wpa­da­li w oni­rycz­ny trans. Krę­ci­li się w kół­ko w sza­leń­czym tań­cu, wyli prze­cią­gle, żyli w in­nej rze­czy­wi­sto­ści. Wy­glą­da­li, jak­by wszy­scy zna­leź­li się na­raz w ostrej go­rącz­ce, nie­le­czo­nej ma­li­gnie, kar­mio­nej ko­lej­ny­mi fan­ta­sma­go­ria­mi.

Ster­nik uznał, że Duch zstą­pił na Okręt, w stop­niu do­sta­tecz­nym za­miesz­kał wśród zgro­ma­dzo­nych. Opa­sa­ny bia­łym ręcz­ni­kiem, zwa­nym sztan­da­rem, Iwan wy­szedł na śro­dek sali i padł­szy na ko­la­na przed ob­ra­za­mi, za­czął śpie­wać:

Bło­go­sław, mój Pa­nie,

Bło­go­sław, oj­cze ro­dzo­ny,

Bym sta­nął w tem kole,

Po­zwól, by mną za­wład­nął Duch Świę­ty.

Su­słow, co­raz blad­szy na twa­rzy, z ro­ze­dr­ga­nym wzro­kiem, za­nu­rzył pal­ce w wo­dzie znaj­du­ją­cej się w gli­nia­nej mi­sce, po czym za­czął kro­pić cały Okręt. Po wy­ko­na­niu ob­rzę­du, drżąc na cie­le, roz­po­czął pro­ro­ko­wa­nie:

– Dziś, dro­dzy, sa­ba­oth, po­wiem wam, nową na­dzie­ję w ser­ca dam, dzień jest co­raz bli­żej, w któ­rym spoj­rzy­my wszy­scy wy­żej, po­nad nie­bio­sa, po­nad góry, a przyj­dzie Ten, co skru­szy wszel­kie mury, zwia­stu­je na­dzie­ję sło­wik z Boga. On, nowy wład­ca, za­wi­ta do pro­ga, Okrę­tu na­sze­go ster po­pro­wa­dzi, w po­trze­bie nam za­ra­dzi, na nową ja­sną dro­gę rękę poda. Sa­ba­oth, oj, jeha, oj, jeha, a kie­dy przyj­dzie już nie­dłu­go, a po­zna­ją go wszy­scy, a Duch wska­że, że czas jest bli­ski, jego na­ma­ści, jego, jego, o, jeha, co­raz bli­żej bę­dzie, bę­dzie to wiel­ka ra­dość po­śród nas, ule­czy nas, o, jeha…

Dla po­stron­ne­go słu­cha­cza dal­sze pro­ro­ko­wa­nie by­ło­by zu­peł­nie nie­zro­zu­mia­łe, po­nie­waż Ster­nik roz­pę­dzał się co­raz bar­dziej, mó­wił szyb­ciej, uży­wa­jąc na ogół wy­ra­zów cał­ko­wi­cie do sie­bie nie­przy­sta­ją­cych, a je­dy­nym związ­kiem, któ­ry wy­ka­zy­wa­ły mię­dzy sobą, był rym, cho­ciaż i ta za­sa­da do że­la­znych nie na­le­ża­ła. Nie­je­den uznał­by to za to­tal­ny beł­kot, jed­nak nie uczest­ni­cy ce­re­mo­nii, ma­ją­cy wła­sne, nie­po­wta­rzal­ne fan­ta­zje.

Ze­bra­ni bi­czo­wa­li się ręcz­ni­ka­mi i krę­ci­li w kół­ko. Nie­ustan­nie miau­cze­li jak mar­cu­ją­ce koty. Wzy­wa­li Boga, lecz było w ich czy­nach coś nie­ludz­ko mrocz­ne­go, coś sza­tań­skie­go…

Na śro­dek po­de­szła Bo­gu­ro­dzi­ca Isła­na, ko­bie­ta o buj­nych kształ­tach, no­szą­ca pod ser­cem nowe ży­cie. Usia­dła na spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nym tro­nie i zrzu­ci­ła z sie­bie bia­łą sza­tę. Je­dy­nym po­zo­sta­łym odzie­niem po­zo­stał we­lon. Była cał­kiem naga. Jej wy­dat­ny brzuch przy­po­mi­nał becz­kę po­kry­tą pa­ję­czy­ną żył. Ogrom­ne pier­si z wiel­ki­mi plac­ka­mi bro­da­wek zwi­sa­ły bez­wład­nie, przy­po­mi­na­jąc dwa boch­ny chle­ba.

– Oto Bo­gu­ro­dzi­ca! – Su­słow wska­zał na Isła­nę. – Kto chce w peł­ni do­stą­pić ła­ski, nie­chaj przyj­mie uświę­co­ny po­karm.

Pod­szedł do na­giej ko­bie­ty, uklęk­nął i przy­warł usta­mi do jej pier­si. Za­czął łap­czy­wie ssać. Twarz Isła­ny prze­ciął gry­mas bólu. Do Bo­gu­ro­dzi­cy usta­wi­ła się ko­lej­ka wier­nych, go­to­wych na przy­ję­cie ko­mu­nii; pod­cho­dzi­li każ­dy po­je­dyn­czo i ssa­li po­tęż­ną pierś cię­żar­nej. Każ­dy z nich uczy­ni to samo już nie­dłu­go, kar­miąc się mle­kiem mat­ki. Po­zo­sta­li, bę­dąc w nie­ustan­nym tran­sie, krę­ci­li się na­dal w kół­ko i wza­jem­nie bi­czo­wa­li. „Li­tur­gicz­ne” ob­rzę­dy były już pra­wie za­koń­czo­ne, po­zo­sta­ła je­dy­nie świę­ta po­win­ność, a tak na­praw­dę dłu­go wy­cze­ki­wa­na przez wszyst­kich człon­ków Okrę­tu chwi­la.

Iwan Su­słow po­czuł, jak pul­su­ją­ca krew wzbu­dza w nim mę­skość, jak cie­pło roz­le­wa się w lę­dź­wiach i po­wo­du­je nie­od­par­tą żą­dzę. Po­wiódł wzro­kiem po sali, roz­wią­zu­jąc sznur­ki spodni na wy­so­ko­ści pasa. Nie­któ­rzy chły­ści już roz­po­czę­li uświę­co­ne pró­by po­czę­cia no­wych Chry­stu­sów. Ster­nik, naj­waż­niej­szy w Si­joń­skiej Swie­tli­cy, uśmiech­nął się na wi­dok or­gia­stycz­nych plą­sów uczest­ni­ków ra­dien­ji.

– Grzesz­cie dla zba­wie­nia! – ob­wie­ścił do­no­śnym gło­sem i ro­zej­rzał się w po­szu­ki­wa­niu Ru­sła­ny, któ­ra już nie mo­gła do­cze­kać się na swo­je­go mi­strza.

2.

Fran­cja, 2003 r., nie­dziel­ny wie­czór

W sa­lo­nie dwu­po­zio­mo­we­go miesz­ka­nia drew­nia­ny stół ugi­nał się pod cię­ża­rem po­traw. Mło­de mał­żeń­stwo cze­ka­ło z nie­cier­pli­wo­ścią na go­ści, któ­rzy mie­li po­ja­wić się na ko­la­cji. Go­spo­da­rze czu­li się nie­pew­nie, po­nie­waż dzi­siej­sze spo­tka­nie mia­ło być pierw­szym, od­kąd za­re­je­stro­wa­li się na por­ta­lu par­le­ret­man­ger.fr. Do naj­waż­niej­szych punk­tów tego ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go na­le­ża­ło: wy­peł­nie­nie spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nych an­kiet do­ty­czą­cych za­in­te­re­so­wań użyt­kow­ni­ków, po­zna­nie in­nych osób, umó­wie­nie się na obiad bądź ko­la­cję przy­rzą­dzo­ną wła­sno­ręcz­nie i wi­zy­ta go­ści. Na­stęp­nie to go­spo­da­rze ko­la­cji od­wie­dza­ją po­zna­nych lu­dzi. Go­ście oce­nia­ją smak i wy­gląd po­traw, at­mos­fe­rę pa­nu­ją­cą pod­czas spo­tka­nia, a tak­że aran­ża­cję wnę­trza. Oce­ny po­ja­wia­ją się w sie­ci rów­no­cze­śnie, w mo­men­cie, gdy każ­dy z użyt­kow­ni­ków da­ne­go spo­tka­nia odda głos, tak aby ktoś nie od­wdzię­czył się dru­giej oso­bie rów­nie ni­ską notą. Im wię­cej punk­tów, tym więk­sza szan­sa na zdo­by­cie atrak­cyj­nych na­gród o na­praw­dę du­żej war­to­ści, po­nie­waż człon­ko­stwo w par­le­ret­man­ger.fr jest płat­ne; mie­sięcz­ny abo­na­ment wy­no­si 10 euro. Oprócz szan­sy na na­gro­dy czło­nek klu­bu otrzy­mu­je spe­cjal­ną kar­tę ra­ba­to­wą do dzie­siąt­ków skle­pów róż­ne­go ro­dza­ju, zniż­ki na loty, pa­li­wo, klu­by fit­ness. Może ubie­gać się rów­nież o kar­tę kre­dy­to­wą z ni­ską sto­pą opro­cen­to­wa­nia. Po­mi­ja­jąc po­wo­dy mer­kan­tyl­ne, Par­ler et Man­ger daje człon­kom po­czu­cie wy­jąt­ko­wo­ści, tego, że na­le­żą do eli­tar­ne­go klu­bu nie­osią­gal­ne­go dla wszyst­kich, i chy­ba to naj­bar­dziej po­cią­ga lu­dzi do uczest­nic­twa w tym pro­jek­cie.

Trzy­krot­ny dźwięk dzwon­ka oznaj­mił przy­by­cie go­ści. Po przy­wi­ta­niu i wy­mia­nie zwy­czaj­nych uprzej­mo­ści oraz obej­rze­niu miesz­ka­nia za­sie­dli do ko­la­cji, któ­ra roz­po­czę­ła się od kre­we­tek kró­lew­skich za­to­pio­nych w pi­kant­nym so­sie, ba­giet­ki z ma­słem czosn­ko­wym i mło­de­go wina. Ko­bie­ty od razu po­czu­ły, że na­da­ją na tych sa­mych fa­lach. Roz­ma­wia­ły o mo­dzie, kuch­ni i aran­ża­cji wnętrz. Męż­czyź­ni, na po­cząt­ku po­wścią­gli­wi, roz­krę­ca­li się z każ­dym wy­pi­tym kie­lisz­kiem sau­vi­gnon blanc.

– Cie­szę się, że na was tra­fi­li­śmy – stwier­dził Ma­skit.

– Ta­aak? – za­py­ta­ła z uda­wa­nym nie­do­wie­rza­niem Las­sa, żona Aro­na.

– Ten sos do kre­we­tek jest wy­bor­ny.

– Dzię­ku­ję, ale to za­słu­ga mo­je­go męża.

– Przy­rzą­dza­ły go moja pra­bab­ka, bab­ka, mat­ka… – oznaj­mił Aron.

– Mu­sisz dać mi prze­pis – wszedł mu w sło­wo Ma­skit.

– Oj, uprze­dzam, że nie bę­dzie ła­two. To bę­dzie kosz­to­wać jesz­cze wie­le kie­lisz­ków.

– Nie mów, że ten prze­pis jest tak pil­nie strze­żo­ny, jak re­cep­tu­ra coca coli albo skrzy­de­łek Ken­tuc­ky.

– Jest wart mi­lio­ny.

– Jesz­cze bar­dziej mnie zmo­bi­li­zo­wa­łeś. Zdo­bę­dę go! Alea iac­ta est!

Aron był pod wra­że­niem elo­kwen­cji Ma­ski­ta, jego pew­no­ści sie­bie i bez­po­śred­nio­ści w za­cho­wa­niu. Miał wra­że­nie, jak­by zna­li się od lat. Nie przy­pusz­czał, że czas tak szyb­ko może pły­nąć, a roz­mo­wy o po­li­ty­ce wy­da­dzą się in­te­re­su­ją­ce. „Naj­wyż­sza pora, aby zmie­nić ka­li­ber” – po­my­ślał, po czym prze­pro­sił na mo­ment go­ści, by po chwi­li wró­cić z bu­tel­ką whi­sky.

Aron nie łu­dził się, że cią­gle re­mon­to­wa­ne miesz­ka­nie, tak na­praw­dę bez kon­kret­ne­go sty­lu, przy­pad­nie Ma­ski­to­wi do gu­stu. Gość spra­wiał wra­że­nie gru­bej ryby; ko­szu­la od Guc­cie­go, zło­te spin­ki rzu­ca­ją­ce się w oczy, spor­to­wa, ide­al­nie do­pa­so­wa­na do syl­wet­ki ma­ry­nar­ka i buty, na któ­re Aron mu­siał­by od­kła­dać przez kil­ka ty­go­dni. Aron nie znał się na mo­dzie, jed­nak roz­po­znał mar­kę ko­szu­li no­szo­nej przez Ma­ski­ta, po­nie­waż po­dob­ną oglą­dał w ga­le­rii han­dlo­wej. Wie­dział, jak wiel­ką nie­spo­dzian­kę zro­bił­by swo­jej żo­nie, gdy­by ku­pił tę ko­szu­lę, jed­nak prag­ma­tyzm wziął górę; Aron po pro­stu nie chciał ro­bić dziu­ry w do­mo­wym bu­dże­cie.

– Ma­skit, po­wiedz… – roz­po­czął Aron.

– Mów mi Pep.

– Czym się zaj­mu­jesz na co dzień?

Ma­skit szyb­ko spoj­rzał na żonę, ale Sa­rah, po­chło­nię­ta roz­mo­wą, nie zwró­ci­ła na nie­go uwa­gi.

– Le­czę lu­dzi.

– Jaka spe­cja­li­za­cja?

Pep pod­niósł dłoń na wy­so­kość oczu i przyj­rzał się jej.

– Za bar­dzo się trzę­sie, abym był chi­rur­giem. Zga­duj. Do wy­gra­nia pięt­na­sto­let­nia szkoc­ka.

– Przyj­mu­ję wy­zwa­nie. Le­karz pierw­sze­go kon­tak­tu.

– Da­lej.

– Gi­ne­ko­log.

Ma­skit uśmiech­nął się i po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

– To mu­szę to ugryźć z in­nej stro­ny… Le­czysz lu­dzi, tak? Wiem! Psy­cho­log.

– Sły­sza­łeś o bio­ener­go­te­ra­pii?

Ma­skit dłu­go opo­wia­dał. Z każ­dą szkla­necz­ką whi­sky sta­wał się co­raz bar­dziej wy­lew­ny i sko­ry do zdra­dza­nia szcze­gó­łów wy­ko­ny­wa­ne­go za­wo­du. Aron, jak do­tąd, trwał w błę­dzie, my­śląc, że bio­ener­go­te­ra­peu­ta musi od­kryć w so­bie dar uzdra­wia­nia, a owa ła­ska jest prze­zna­czo­na dla nie­licz­nych. Nie przy­pusz­czał, że bio­ener­go­te­ra­pia to pro­fe­sja, ja­kiej na­uczyć się może pra­wie każ­dy. To rów­nież cho­ler­nie in­trat­ny biz­nes.

Sie­dzie­li do póź­ne­go wie­czo­ra, prze­rzu­ca­jąc się opo­wie­ścia­mi o pra­cy, aneg­do­ta­mi ze świa­ta po­li­ty­ki i show-biz­ne­su. Ma­skit i Sara mie­li w so­bie to coś, ja­kiś ma­gnes przy­ku­wa­ją­cy uwa­gę in­nych osób w to­wa­rzy­stwie, błysk eks­tra­wa­gan­cji, po­lo­tu i nie­do­strze­gal­ną nutę wy­ra­cho­wa­nia. Tę ostat­nią ce­chę ukry­wa­li jak skrzy­nię ze zło­ty­mi mo­ne­ta­mi; dzię­ki niej za­ra­bia­li góry pie­nię­dzy.

Cze­ka­jąc na tak­sów­kę, Pep wy­jął nie­zdar­nie port­fel i po­dał Aro­no­wi wi­zy­tów­kę.

– Za­dzwoń. Czu­ję, że masz to coś.

Aron prze­niósł szyb­ko wzrok z Ma­ski­ta na wi­zy­tów­kę.

– Mogę cię wpro­wa­dzić – cią­gnął męż­czy­zna. – A kie­dy już wej­dziesz w to głę­bo­ko, naj­le­piej roz­wi­nąć in­te­res w ja­kimś kra­ju Eu­ro­py Wschod­niej, gdzie lu­dzie są bar­dziej otwar­ci na me­dy­cy­nę nie­kon­wen­cjo­nal­ną.

Ma­skit po­kle­pał Aro­na po ra­mie­niu, da­jąc upust al­ko­ho­lo­wej ra­do­ści, i wraz z Sarą wto­czy­li się do sa­mo­cho­du. Po­ma­cha­li zza szy­by na po­że­gna­nie.

Aron spo­glą­dał na od­jeż­dża­ją­cą tak­sów­kę. Zim­ny dreszcz za­tań­czył na jego ple­cach. Po­czuł chłód nad­cią­ga­ją­cej nocy i dziw­ne uczu­cie nie­po­ko­ju. Spoj­rzał jesz­cze raz na błę­kit­ną, pro­fe­sjo­nal­nie wy­ko­na­ną wi­zy­tów­kę.

Ten wie­czór miał zmie­nić całe jego do­tych­cza­so­we ży­cie.

3.

Ro­sja, cza­sy współ­cze­sne, wtor­ko­we po­po­łu­dnie

Ci­śnię­ty ze spo­rą mocą ka­myk od­bił się od drew­nia­nej po­rę­czy two­rzą­cej za­gro­dę ba­ra­nów i po­szy­bo­wał kil­ka me­trów da­lej, po czym tra­fił w sam śro­dek pusz­ki po pi­wie, na­su­nię­tej na szta­che­tę ogro­dze­nia.

– Za sto punk­tów! – krzyk­nął Igor i pod­sko­czył jak na tram­po­li­nie.

– Fuks – skwi­to­wał jego ko­le­ga Ma­rio­now, z któ­rym chło­pak dzie­lił szkol­ną ławę w pod­sta­wów­ce. – Jak po­wtó­rzysz ten rzut, to co in­ne­go.

– Da­waj na­stęp­ny ka­mień. Po­ka­żę ci, jak to się robi.

Chłop­cy urwa­li się z lek­cji, mie­li dość ga­pie­nia się w zgni­ło­zie­lo­ną ta­bli­cę i słu­cha­nia przy­nu­dza­ją­cej na­uczy­ciel­ki, zwłasz­cza gdy tyle cie­ka­wych rze­czy moż­na ro­bić w oko­li­cy. Całe po­po­łu­dnie mie­li tyl­ko dla sie­bie, na sza­lo­ną, cza­sa­mi ry­zy­kow­ną za­ba­wę, na za­koń­cze­nie któ­rej nie­rzad­ko do­sta­wa­li moc­no od oj­ców po skó­rze. Ju­tro na­sta­nie pięk­ny dzień. Nie pój­dą do szko­ły, bo od rana za­czną się wy­kop­ki, zej­dą się są­sie­dzi, będą wy­głu­py, wie­czo­rem sta­rzy upi­ją się w sztok, do mło­dych chłop­ców sen nie przyj­dzie wcze­śnie. Za­ba­wią się w cho­wa­ne­go, a póź­niej do­pil­nu­ją ogni­ska, w któ­rym upie­ką mło­de kar­to­fle. Ogień od­bi­je się od ich szkli­stych oczu i przy­po­mni mi­nio­ne wa­ka­cje.

– Te ba­ra­ny mają strasz­nie głu­pie łby – stwier­dził Igor, prze­cze­su­jąc dło­nią ryże wło­sy. Za­pa­trzył się na sta­do pa­są­cych się na po­la­nie zwie­rząt z pu­szy­stą weł­ną.

– Ta­kie tro­chę po­dob­ne do two­je­go – od­parł Ma­rio­now.

– Ty gnoj­ku!

Chłop­cy za­czę­li się mo­co­wać, naj­pierw pró­bu­jąc wy­mie­nić kil­ka nie­groź­nych cio­sów, za­raz jed­nak, jak to mie­li czę­sto w zwy­cza­ju, do­szli do klin­czu, by po chwi­li wy­lą­do­wać na zie­mi. Ma­rio­now szyb­ciej sta­nął na rów­ne nogi i otrze­pał spodnie z su­chej tra­wy. Po­dał ko­le­dze rękę i po­mógł pod­nieść się z zie­mi.

– Zno­wu wy­gra­łem, mu­sisz jesz­cze po­ćwi­czyć. – Za­śmiał się.

– Tak so­bie tłu­macz. Dasz w koń­cu ten ka­mień? Na­uczę cię rzu­cać.

– Do­bra, ale te­raz po­każ, co po­tra­fisz na­praw­dę. Traf w ru­cho­my cel. W gło­wę ba­ra­na. Wte­dy zwró­cę ci ho­nor.

– Nie no… nie wol­no tak.

– Sam mó­wi­łeś, że mają głu­pie łby. Co się cy­kasz?

– Kie­dyś kop­ną­łem na­sze­go ba­ra­na w staj­ni. Oj­ciec sprał mnie za to na kwa­śne jabł­ko.

– A czy wi­dzisz gdzieś tu­taj two­je­go sta­re­go?

– Nie boję się mo­je­go ojca, lecz nie wol­no krzyw­dzić zwie­rząt. Oj­ciec mó­wił, że trze­ba mieć do nich sza­cu­nek, bo dzię­ki nim mamy co jeść.

Ma­rio­now przy­kuc­nął i za­czął dłu­bać pa­ty­kiem w mo­krej gli­nie przy ka­łu­ży na po­lnej dro­dze. W koń­cu pod­niósł gło­wę i po­wie­dział:

– Jak tam chcesz. Ale ja to na­wet mógł­bym za­bić.

– No, mi tato mó­wił, że jak jesz­cze tro­chę pod­ro­snę, będę mógł mu po­ma­gać przy za­bi­ja­niu kur. Raz pod­pa­trzy­łem, jak to robi. Pro­sta spra­wa. Kurę bie­rzesz za nogi i sie­kie­rą w łeb, to zna­czy w szy­ję. Go­rzej z in­dy­ka­mi, bo te mają tyle siły, że na­wet jak się im gło­wę od­rą­bie, po­tra­fią na­dal się szar­pać. Kie­dyś ojcu uciekł je­den. Wy­jąt­ko­wy skur­czy­byk. Za­pi­ta­lał po łące aż do są­sia­dów – bez gło­wy, he, he!

– Nie o to mi cho­dzi – mruk­nął Ma­rio­now i spoj­rzał głę­bo­ko w oczy ko­le­gi. – Ja mógł­bym za­bić każ­de­go.

– Co?

– Czło­wie­ka mógł­bym za­bić na­wet.

– Ta­kie ga­da­nie.

– Dla­te­go pój­dę do woja, tam so­bie po­strze­lam i w ogó­le.

Igor ode­rwał wzrok od zim­ne­go ni­czym stal spoj­rze­nia ko­le­gi. W tam­tej chwi­li nie przy­wią­zy­wał w ogó­le wagi do tego, co po­wie­dział Ma­rio­now, za­raz na­de­szły inne my­śli, chłop­cy rzu­ci­li się do bie­gu, ści­ga­li się ostro, aż do utra­ty tchu, po sam las.

– Do­bra, wra­caj­my – po­wie­dział zdy­sza­ny Igor.

– Zno­wu dy­gasz?

– Sam sły­sza­łeś, że mamy tu nie wcho­dzić. Nie wiesz, co się sta­ło z sio­strą Le­li­ka?

– Buj­dy.

– A z Ma­ry­sią? Tą, co miesz­ka pod mły­nem?

– Wiem któ­ra to. Co z nią?

– Też znik­nę­ła, nikt nie może jej zna­leźć. Po­dob­no co­raz wię­cej dziew­czyn na­gle zni­ka. Po tych la­sach może gra­so­wać mor­der­ca.

– Ba­jecz­ki dla ma­łych dzie­ci. Le­piej po­szu­kać wej­ścia do sta­rej ko­pal­ni.

Igor z nie­do­wie­rza­niem spoj­rzał na Ma­rio­no­wa. Po ple­cach prze­biegł mu zim­ny dreszcz.

– No co tak gały wy­wa­lasz? – rzekł Ma­rio­now. – Do­wie­dzia­łem się, że w tym le­sie była kie­dyś ko­pal­nia.

– Faj­nie by­ło­by się tam za­pu­ścić.

– No pew­nie! Zwłasz­cza że szy­by nie są za­sy­pa­ne, bo po­dob­no lu­dzie, któ­rzy tu­taj pra­co­wa­li, mu­sie­li w po­śpie­chu opu­ścić to miej­sce…

– Dla­cze­go?

– Tego nie wiem, ale nie­któ­rzy mó­wią, że te lasy są prze­klę­te.

– Eee, zmy­ślasz te­raz. Chcesz mnie na­stra­szyć.

– Mów, co chcesz, ale ja bym nie wie­rzył w ja­kie­goś mor­der­cę. Może jest inna przy­czy­na, że te dziew­czy­ny na­gle znik­nę­ły.

– Że niby co?

Ma­rio­now nie po­dzie­lił się jed­nak żad­ną my­ślą. Po­dał na­to­miast ar­gu­ment, któ­ry ogrom­nie ucie­szył Igo­ra i prze­ko­nał go, że mu­szą ko­niecz­nie od­na­leźć wej­ście do szy­bu ko­pal­nia­ne­go.

– Gdy ci lu­dzi mu­sie­li ucie­kać z ko­pal­ni, wie­lu z nich po­zo­sta­wi­ło na dole swo­je port­fe­le, pie­nią­dze i inne rze­czy. A po­dob­no też wie­lu nie uda­ło się wyjść na ze­wnątrz. Umar­li w środ­ku, na dnie szy­bów. Może mie­li przy so­bie pier­ście­nie, łań­cusz­ki. A prze­cież ich dy­żur­ny gdzieś mu­siał trzy­mać kasę na wy­pła­ty, co nie? Tam kry­ją się praw­dzi­we skar­by, ro­zu­miesz?

– Cze­mu mi wcze­śniej o tym nie po­wie­dzia­łeś?

– Bo mu­sia­łem do­brze spraw­dzić te in­for­ma­cje. Ostat­nio dzia­dek nie pił aż tyle i nie po­szedł od razu spać. Sie­dzia­łem z nim przy pie­cu i opo­wie­dział mi o tej ko­pal­ni.

– Py­ta­łeś, co tam się sta­ło? Dla­cze­go mu­sie­li ją za­mknąć?

– Py­ta­łem – od­parł Ma­rio­now, mó­wiąc ta­kim gło­sem, jak­by ob­wiesz­czał ko­niec świa­ta. – Ale do­kład­nie nie chciał po­wie­dzieć. Mó­wił tyl­ko, że to ma zwią­zek z tym, co wy­da­rzy­ło się tu­taj w prze­szło­ści.

– A coś kon­kret­niej?

– Nie bar­dzo. Po­wie­dział, że może kie­dyś uda mi się do­wie­dzieć wię­cej. Za­bro­nił mi jed­nak szu­kać tej ko­pal­ni, a tym bar­dziej wcho­dzić do środ­ka, gdy­bym zna­lazł wej­ście. Ale po­myśl… Je­śli do­brze to wszyst­ko zor­ga­ni­zu­je­my, za­ła­twi­my sprzęt, liny, la­tar­kę, je­dze­nie na cały dzień… to może się udać.

– Trze­ba wy­my­ślić ja­kąś do­brą wy­mów­kę.

– Po pro­stu urwie­my się ze szko­ły. A jak już wró­ci­my do domu z masą ze­gar­ków, pie­nię­dzy i w ogó­le, to sta­rzy jesz­cze nas za to po­chwa­lą.

Na­gle coś trza­snę­ło za ich ple­ca­mi. Chłop­cy, wy­stra­sze­ni nie­spo­dzie­wa­nym ha­ła­sem, od­wró­ci­li się gwał­tow­nie. Przed nimi te­ren lasu wzno­sił się stro­mo, drze­wa wy­ra­sta­ły znacz­nie gę­ściej, ogra­ni­cza­jąc do­stęp świa­tła. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się w po­rząd­ku, nie do­strze­gli żad­ne­go ru­chu, żad­ne­go zbłą­ka­ne­go zwie­rzę­cia. Do­pie­ro póź­niej w peł­nej trwo­gi ci­szy, gdy Ma­rio­now uważ­nie przyj­rzał się oko­li­cy, zo­ba­czył w od­da­li, bli­sko drze­wa, ciem­ną pla­mę, jak­by syl­wet­kę męż­czy­zny.

– Jezu, Igor, tam ktoś jest…

Część pierwsza. Wykopaliska i Święty Diabeł

1.

Ro­sja, cza­sy współ­cze­sne, wrze­sień

– Pchaj! – krzyk­nął Piotr, pusz­cza­jąc linę ho­low­ni­czą i od­ska­ku­jąc na bok.

Roz­legł się ogłu­sza­ją­cy ryk sil­ni­ka je­epa grand che­ro­kee, a po­tem spod kół wy­try­snę­ło bło­to, za­le­wa­jąc twa­rze Mo­ni­ki i Ste­fa­na.

– Niech to szlag! – wrza­snął Ste­fan, śli­zga­jąc się na mięk­kim pod­ło­żu. – Uwa­żaj!

Jeep po­now­nie za­war­czał, lina na­pię­ła się, lecz auto ani drgnę­ło.

– Gaz do de­chy! – krzy­czał Piotr. – Da­waj mu! Jesz­cze tro­chę!

– Nie da rady!

– Mu­si­my to wy­cią­gnąć, do cho­le­ry!

– Piotr! – Mo­ni­ka sta­nę­ła obok męż­czy­zny. – Nie ru­szy­my tego. Jest za cięż­kie!

Sa­mo­chód ucichł na mo­ment, a po­tem zno­wu za­war­czał i z rur wy­de­cho­wych buch­nął czar­ny, gę­sty dym. Koła za­buk­so­wa­ły w bło­cie, lecz ma­szy­na oka­za­ła się za sła­ba. Spod sa­mo­cho­du roz­cho­dził się draż­nią­cy zmy­sły swąd.

– Spa­li sprzę­gło przez cie­bie! – krzyk­nął Ste­fan.

– Ostat­ni raz! – wrza­snął Piotr do kie­row­cy, po czym pod­szedł do auta i ude­rzył otwar­tą dło­nią w ma­skę. – Wci­śnij do de­chy!

– Cały czas wci­skam, mon­sieur! – od­krzyk­nął Fran­cuz, Jean-Pier­re Co­uves, wal­cząc ze skrzy­nią bie­gów. Co chwi­la od­gar­niał z czo­ła ko­smy­ki mo­krych od potu ja­snych wło­sów. – Nie chce ru­szyć!

Nie­bo prze­cię­ła bły­ska­wi­ca, a chwi­lę po­tem lu­nął deszcz, spłu­ku­jąc z ich kom­bi­ne­zo­nów bło­to. Wiatr wiał z pół­noc­ne­go za­cho­du i za­czął przy­bie­rać na sile. Znaj­do­wa­li się na łące oto­czo­nej la­sem. W od­da­li ma­ja­czy­ły wzgó­rza po­ro­śnię­te świer­ka­mi, te­raz ko­ły­szą­cy­mi się od po­ry­wi­ste­go wia­tru.

– Cho­le­ra – wy­mam­ro­tał Piotr, za­sła­nia­jąc twarz przed sie­ką­cym desz­czem, po czym zre­zy­gno­wa­ny oznaj­mił: – Za­cią­gnij ha­mu­lec i wy­sia­daj.

– Na­praw­dę ro­bi­łem, co mo­głem, aby wy­rwać do przo­du – tłu­ma­czył Fran­cuz.

Wy­sko­czył z sa­mo­cho­du wprost w ka­łu­żę, a po­tem po­śli­zgnął się i ru­nął jak dłu­gi, pra­wie za­grze­bu­jąc się w kle­ją­cym pod­ło­żu.

– Mat­ko Bo­ska, mon­sieur, za ja­kie grze­chy!

Na­cią­ga­jąc na gło­wę kap­tur, Ste­fan ru­szył w stro­nę Jean-Pier­re’a, klnąc, na czym świat stoi. Jego wy­so­kie skó­rza­ne buty grzę­zły w bło­cie i za­nim do­biegł do skon­ster­no­wa­ne­go Fran­cu­za, upły­nę­ły dłu­gie mi­nu­ty.

– Nie mamy szans, aby dzi­siaj się z tym upo­rać – po­wie­dzia­ła Mo­ni­ka, mru­żąc za­le­wa­ne przez deszcz oczy. – Do­sko­na­le zda­ję so­bie spra­wę z tego, ja­kie to waż­ne od­kry­cie, lecz w ta­kich wa­run­kach nic nie wskó­ra­my.

Piotr na mo­ment za­my­ślił się, a po­tem ski­nął gło­wą. Za­ci­ska­jąc zęby, za­czął ma­so­wać skost­nia­ły kark. Wpa­try­wał się w ro­sną­ce nie­opo­dal drze­wa i nie­wiel­kie wzgó­rze, a na jego twa­rzy ma­lo­wa­ło się po­iry­to­wa­nie.

– OK, ro­bi­my prze­rwę! – krzyk­nął na­gle, pod­no­sząc ręce do góry. – Wsia­dać do sa­mo­cho­du, za­nim nas cał­kiem za­le­je!

2.

Sie­dzie­li w je­epie i po­pi­ja­li gorz­ką kawę z ter­mo­su, kie­dy ode­zwał się Piotr:

– Jak tyl­ko prze­sta­nie pa­dać, spró­bu­je­my jesz­cze raz.

Mo­ni­ka przy­mknę­ła oczy i po­krę­ci­ła prze­czą­co gło­wą.

– Nie damy rady tego wy­cią­gnąć – po­wie­dzia­ła, roz­kła­da­jąc ręce. – Jest zbyt śli­sko, nie ro­zu­miesz tego?

– Nie mam za­mia­ru cze­kać do ju­tra – obu­rzył się męż­czy­zna, spo­glą­da­jąc na twa­rze Ste­fa­na i Jean-Pier­re’a.

Fran­cuz wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Le­piej za­cze­kać – wy­mam­ro­tał. – Po­go­da jest do bani.

Wiatr za­czął wiać tak moc­no, że auto ko­ły­sa­ło się jak ku­ter na wzbu­rzo­nym mo­rzu. Przez przed­nią szy­bę nie­wie­le moż­na było zo­ba­czyć. Kro­ple desz­czu roz­trza­ski­wa­ły się na ma­sce i szy­bach z hu­kiem, któ­re­go echo co­raz bar­dziej iry­to­wa­ło Pio­tra.

– Nie mo­że­my tu sie­dzieć do koń­ca świa­ta – rzekł su­cho, po czym otwo­rzył drzwi i wy­szedł na ze­wnątrz. Przy­po­mi­nał po­li­cyj­ne­go psa, któ­ry na­tra­fiw­szy na ślad, po­dą­ża za tro­pem bez wzglę­du na oko­licz­no­ści.

– Co ty wy­pra­wiasz? Wra­caj! – usły­szał Mo­ni­kę, ale nie za­mie­rzał jej słu­chać.

Trza­snął drzwia­mi i skie­ro­wał się w stro­nę wzgó­rza. Po chwi­li jego syl­wet­ka znik­nę­ła z pola wi­dze­nia ar­che­olo­gów, po­chło­nię­ta przez stru­gi desz­czu.

3.

– Nie wiem, co mu od­bi­ło – po­wie­dział Ste­fan. – Od­kąd tu­taj przy­je­cha­li­śmy, za­cho­wu­je się jak wa­riat.

Jean-Pier­re upił łyk kawy z pla­sti­ko­we­go kub­ka, a po­tem przy­gryzł dol­ną war­gę.

– Tacy są wła­śnie ar­che­olo­go­wie – oznaj­mił. – Wkur­wia­ją­cy.

– Po cho­le­rę wy­cho­dził? – py­tał re­to­rycz­nie Ste­fan.

– Za­raz wró­ci prze­mok­nię­ty do su­chej nit­ki – ode­zwa­ła się Mo­ni­ka. – Wte­dy do­pie­ro się za­cznie.

– Upar­ty osioł.

W cią­gu ko­lej­nych dzie­się­ciu mi­nut nie­wie­le się zmie­ni­ło. Jean-Pier­re, Ste­fan i Mo­ni­ka wciąż tkwi­li w sa­mo­cho­dzie i po­pi­ja­li kawę. Fran­cuz pró­bo­wał zła­pać ja­kąś sta­cję ra­dio­wą, ma­new­ru­jąc po­krę­tłem od­bior­ni­ka, lecz z gło­śni­ków od­po­wia­dał mu je­dy­nie szum. Na ze­wnątrz na­dal lał deszcz i nie za­po­wia­da­ło się na po­lep­sze­nie po­go­dy. Ar­che­olo­go­wie mie­li wra­że­nie, jak­by po przed­niej szy­bie je­epa pły­nę­ła rwą­ca rze­ka.

W koń­cu ode­zwał się Jean-Pier­re:

– Słu­chaj­cie, pro­po­nu­ję wra­cać.

– Masz ra­cję – przy­tak­nę­ła Mo­ni­ka. Zgnia­ta­jąc w dło­niach jed­no­ra­zo­wy ku­bek i rzu­ca­jąc go za sie­bie, do­da­ła: –Ste­fan, zwiń tę prze­klę­tą linę. Je­dzie­my stąd.

– A Piotr? – za­py­tał.

Mo­ni­ka po­sła­ła mu zmę­czo­ne spoj­rze­nie.

– Nie mógł się zbyt­nio od­da­lić. Jak usły­szy ryk sil­ni­ka, sam do nas przy­bie­gnie.

Jean-Pier­re par­sk­nął śmie­chem.

– Oso­bi­ście nie za­le­ży mi na jego po­wro­cie – po­wie­dział nie­co od nie­chce­nia.

– Ha­muj się tro­chę, do­bra? – pal­nął ostro Ste­fan.

– Daj­cie spo­kój – wtrą­ci­ła Mo­ni­ka, sta­ra­jąc się za­ła­go­dzić na­pię­cie ro­sną­ce mię­dzy męż­czy­zna­mi. – Chy­ba nie za­mier­za­cie się kłó­cić, co?

– Le­piej po­wiedz two­je­mu Fran­cu­zi­ko­wi, żeby za­mknął dziób. Za­czy­na mnie draż­nić. Tak na­praw­dę nie jest tu w ogó­le po­trzeb­ny.

Jean-Pier­re pu­ścił tę uwa­gę mimo uszu i spoj­rzał na Mo­ni­kę, mó­wiąc po fran­cu­sku, aby Ste­fan nie zro­zu­miał:

– Niech gno­jek my­śli, że jest naj­waż­niej­szy. Jedź­my już do pen­sjo­na­tu. Weź­mie­my ką­piel, za­mó­wi­my do­bre wino i… – na­chy­lił się do jej ucha i wy­szep­tał kil­ka cie­płych słów.

Mo­ni­ka uśmiech­nę­ła się na samą myśl spę­dze­nia po­po­łu­dnia o wie­le przy­jem­niej­sze­go niż współ­pra­ca z Pio­trem i Ste­fa­nem.

4.

Piotr Ra­bas szedł po zro­szo­nej tra­wie, kie­ru­jąc się na wzgó­rze. Deszcz sma­gał mu twarz i bęb­nił o sza­ry kom­bi­ne­zon. Męż­czy­zna nie­znacz­nie przy­śpie­szył, czu­jąc na ple­cach zim­ny, kom­plet­nie prze­mo­czo­ny ma­te­riał ba­weł­nia­nej ko­szul­ki.

Chciał przyj­rzeć się z bli­ska dziw­nym, wy­glą­da­ją­cym na wy­pa­lo­ną tra­wę, czar­nym krę­gom, ja­kie wcze­śniej za­ob­ser­wo­wał na wzgó­rzu. Tak na­praw­dę był to tyl­ko pre­tekst, by opu­ścić je­epa. Miał już dość Jean-Pier­re’a i Mo­ni­ki. Piotr w żad­nym wy­pad­ku nie cier­piał na kse­no­fo­bię, tym bar­dziej nie na­zwał­by sie­bie ra­si­stą, lecz ten pie­przo­ny Fran­cuz grał mu na ner­wach. Ra­bas nie po­tra­fił po­jąć, do cze­go po­trzeb­ny im fran­cu­ski tłu­macz, sko­ro prze­by­wa­ją na te­re­nie Ro­sji. Co­uves znał oczy­wi­ście ję­zyk pol­ski i ro­syj­ski, po­dob­no na­wet wło­ski, lecz pro­ściej by­ło­by za­trud­nić Po­la­ka. Ra­bas miał kil­ku zna­jo­mych tłu­ma­czy z wy­so­ki­mi kwa­li­fi­ka­cja­mi. Ist­niał tyl­ko je­den po­wód obec­no­ści Jean-Pier­re’a tu­taj. Mo­ni­ka. To ona upie­ra­ła się, by za­trud­nić wła­śnie Co­uves’a. Pio­trek nie miał po­ję­cia, jak Mo­ni­ka po­zna­ła Fran­cu­za, ale nie­ste­ty do­wie­dział się, iż łą­czy ich coś wię­cej niż tyl­ko po­wierz­chow­na zna­jo­mość.

– Cho­ler­ny ża­bo­jad – mruk­nął do sie­bie.

Dro­ga wzno­si­ła się co­raz wy­żej. Mi­jał gdzie­nie­gdzie ro­sną­ce drze­wa, sła­nia­ją­ce się na wszyst­kie stro­ny ga­łę­zie oraz dzi­ko roz­sia­ne krze­wy. W od­da­li, na wzgó­rzu ma­ja­czył ciem­ny pas igla­ste­go lasu.

Mo­ni­kę znał ze stu­diów. Wte­dy da­rzył ją sza­cun­kiem i sym­pa­tią. Była am­bit­ną dziew­czy­ną, z pla­na­mi za­wsze wy­bie­ga­ją­cy­mi da­le­ko w przy­szłość. Ar­che­olo­gii nie trak­to­wa­ła jako za­peł­nie­nia wol­ne­go cza­su i od­ro­cze­nia do­ro­sło­ści, lecz jako spo­sób na ży­cie. Spo­ro cza­su spę­dza­ła nad książ­ka­mi, ale za­wsze zna­la­zła czas, aby wy­sko­czyć z Piotr­kiem i zna­jo­my­mi do jed­nej z war­szaw­skich knajp, by na­pić się piwa i zwy­czaj­nie po­ga­dać o wszyst­kim. Los po­łą­czył Piotr­ka i Mo­ni­kę na­wet póź­niej, po stu­diach, kie­dy wy­lą­do­wa­li w tym sa­mym in­sty­tu­cie ar­che­olo­gicz­nym.

Przez wie­le lat nie do­strze­gał, jak bar­dzo się zmie­nia­ła. Za­cho­wy­wa­ła się tak, jak­by wszyst­ko krę­ci­ło się wo­kół niej. Pró­bo­wa­ła pod­po­rząd­ko­wać so­bie każ­dą oso­bę i jak tyl­ko zna­la­zła oka­zję, uwiel­bia­ła udo­wad­niać swą wyż­szość nad in­ny­mi. Sta­ra­ła się spra­wiać wra­że­nie In­dia­ny Jo­ne­sa w spód­ni­cy, ale Piotr uznał, że Mo­ni­ka Ka­ren jest tyl­ko za­du­fa­ną, opry­skli­wą ko­bie­tą, któ­ra uwa­ża się za wo­dza wszyst­kich. Zna­jąc za­in­te­re­so­wa­nie ko­le­żan­ki wo­ju­ją­cym fe­mi­ni­zmem, Piotr, chcąc ją zde­ner­wo­wać, wy­gła­szał z peł­ną po­wa­gą teo­rię o wście­kłej ak­tyw­no­ści fe­mi­ni­stek, po­wo­do­wa­nej tę­sk­no­tą za, jak to okre­ślał, „mę­skim or­ga­nem płcio­wym z praw­dzi­we­go zda­rze­nia”. Nie miał po­chleb­ne­go zda­nia o ko­le­żan­ce z pra­cy, ale jego umysł za­przą­ta­ła jed­na myśl, do któ­rej mu­siał się przy­znać i przez to był na sie­bie wście­kły: Mo­ni­ka nie­zwy­kle go po­cią­ga­ła. Fi­zycz­nie była dla Pio­tra ide­ałem ko­bie­ty. Mia­ła nie­dłu­gie, ja­sne wło­sy, któ­re czę­sto zwią­zy­wa­ła z tyłu gło­wy gum­ką, co nada­wa­ło jej wy­gląd mło­dej stu­dent­ki, okrą­głą twarz i żywe spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu. Uwiel­biał pa­trzeć na jej wy­raź­nie za­ry­so­wa­ne bio­dra oraz peł­ne pier­si, któ­re nie­raz mógł po­dzi­wiać w trak­cie pra­cy, kie­dy Mo­ni­ka, ubra­na w ko­szul­kę z du­żym de­kol­tem, pra­co­wa­ła nad wy­ko­pa­li­skiem. Ubó­stwiał ko­bie­ty o po­dob­nym wy­glą­dzie i wście­kał się na sie­bie, że z po­wo­du nie­wąt­pli­wej uro­dy Mo­ni­ki od­pusz­cza jej w wie­lu sy­tu­acjach. Ile to już razy pró­bo­wa­li stwo­rzyć po­waż­ny zwią­zek, na prze­kór wszyst­kie­mu. Mimo wza­jem­nej nie­chę­ci pa­ra­dok­sal­nie łą­czy­ło ich coś wię­cej, co nie po­zwa­la­ło po­zo­sta­wać im wzglę­dem sie­bie obo­jęt­ny­mi.

W koń­cu nada­rzy­ła się oka­zja, żeby za­po­mnieć o żmud­nej pra­cy za biur­kiem, cią­głym opi­sy­wa­niu wy­ko­pa­lisk i przeżyć przy­go­dę, o ja­kiej ma­rzy każ­dy stu­dent ar­che­olo­gii. Do­ko­nać od­kry­cia ro­dem z przy­go­do­wych po­wie­ści, któ­ry­mi w mło­do­ści Piotr za­czy­ty­wał się pod koł­drą przy uży­ciu la­tar­ki, aby nie na­kry­li go ro­dzi­ce. Nie po­tra­fił zro­zu­mieć, dla­cze­go Mo­ni­ka chcia­ła za­cze­kać z wy­cią­gnię­ciem tej uni­kal­nej trum­ny do ju­tra. Do ich za­dań na­le­ża­ło od­ko­pa­nie sta­rych po­zo­sta­ło­ści po in­sy­gniach kró­lew­skich, za­grze­ba­nych w ro­syj­skich la­sach. Nie spo­dzie­wa­li się, że tra­fią na coś zu­peł­nie in­ne­go. W po­wszech­nej opi­nii ar­che­olog prze­ży­wa przy­go­dy, zwie­dza eg­zo­tycz­ne kra­je i od­kry­wa wy­ko­pa­li­ska war­te mi­lio­ny. Ni­jak ma się to jed­nak do rze­czy­wi­sto­ści. Lu­dzie za­po­mi­na­ją, jak wie­le do­ku­men­tów ar­che­olo­dzy mu­szą stwo­rzyć za­rów­no przed roz­po­czę­ciem pra­cy, jak i po jej za­koń­cze­niu. Po­dob­nie jak w przy­pad­ku de­tek­ty­wa, o któ­rym nie­mal po­wszech­nie są­dzi się, że tyl­ko bie­ga po mie­ście z pi­sto­le­tem w ręce i po­stę­pu­jąc na gra­ni­cy pra­wa, roz­wią­zu­je swo­je za­gad­ki.

I te­raz Pio­tro­wi w koń­cu tra­fi­ło się od­kry­cie, na któ­re cze­kał od dziec­ka, zna­le­zi­sko ro­dem z przy­go­do­wych po­wie­ści. „A ona chce zwle­kać do ju­tra z po­wo­du desz­czu. Nie­do­rzecz­ne – po­my­ślał. – Szlag by ją tra­fił”. Emo­cje, ja­kie to­wa­rzy­szy­ły mu pod­czas od­kry­cia trum­ny, moż­na było po­rów­nać do od­czuć urzęd­ni­ka, któ­ry przy­ku­ty do biur­ka, na­gle za­uwa­ża, że jego pra­ca jed­nak przy­no­si mu sa­tys­fak­cję i jest cie­ka­wa, po­nie­waż szef wy­sy­ła go na za­gra­nicz­ną de­le­ga­cję, któ­ra prze­ra­dza się w jed­ną wiel­ką im­pre­zę. W przy­pad­ku Pio­tra za­ba­wa ozna­cza­ła eks­cy­ta­cję i nie­wy­tłu­ma­czal­ne prze­czu­cie, że w trum­nie znaj­du­je się coś na­praw­dę war­to­ścio­we­go. Cen­ne­go nie­ko­niecz­nie w sen­sie ma­te­rial­nym, ale z punk­tu wi­dze­nia na­uki i wy­ko­ny­wa­ne­go za­wo­du.

Za­trzy­mał się na szczy­cie wznie­sie­nia, skąd roz­ta­czał się obec­nie za­mglo­ny wi­dok na wą­ską rze­kę, wzdłuż któ­rej cią­gnę­ły się jed­no­pię­tro­we domy. Jesz­cze da­lej ma­ja­czy­ła strze­li­sta wie­ża pra­wo­sław­nej cer­kwi oraz po­pie­la­ty dach pen­sjo­na­tu, w któ­rym za­miesz­ka­li na czas wy­ko­pa­lisk. Wi­dok ogra­ni­czał in­ten­syw­nie pa­da­ją­cy deszcz.

Jed­nak to nie pa­no­ra­ma wsi przy­ku­ła uwa­gę Pio­tra, lecz czar­ne koła utwo­rzo­ne z wy­pa­lo­nej tra­wy. Było ich kil­ka. Przy­wo­dzi­ły na myśl ja­kiś pier­wot­ny ob­rzą­dek, mi­stycz­ny ry­tu­ał, nie­wy­tłu­ma­czal­ny dla nie­wta­jem­ni­czo­nych. Ktoś zda­wał się ro­bić tu­taj rze­czy, o ja­kich Pio­trek na­wet nie śnił. Nie moż­na było przy­jąć od razu tezy o spra­wo­wa­niu w tym miej­scu „czar­nych” ce­re­mo­nii. Może po pro­stu rol­ni­cy wy­pa­la­li nie­po­trzeb­ne ścię­te ga­łę­zie bądź ja­kieś śmie­ci? To brzmia­ło cał­kiem praw­do­po­dob­nie.

Ra­bas sta­nął we wnę­trzu jed­ne­go z kół i po­czuł, jak zim­ny dreszcz prze­bie­ga mu po ple­cach. Pierw­szy raz w ży­ciu do­znał tak sil­ne­go wra­że­nia, że jest ob­ser­wo­wa­ny. W mgnie­niu oka od­wró­cił gło­wę, ale do­strzegł tyl­ko gę­stwi­nę lasu. Prze­tarł mo­krą twarz i wziął głę­bo­ki od­dech. „No co jest, do cho­le­ry?” – za­py­tał sa­me­go sie­bie, po czym mi­mo­wol­nie za­dy­go­tał. Na­gle usły­szał war­kot sil­ni­ka. Za­pra­gnął wró­cić do od­jeż­dża­ją­ce­go je­epa, ale coś przy­ku­ło jego uwa­gę. Mię­dzy drze­wa­mi doj­rzał ciem­ne kon­tu­ry ja­kie­goś bu­dyn­ku.

Pio­trek jesz­cze raz od­wró­cił gło­wę w stro­nę sa­mo­cho­du, lecz nie po­biegł w jego kie­run­ku. Wszedł głę­biej do lasu. Na­raz zro­bi­ło się jak­by ciem­niej; drze­wa kry­ły ta­jem­ni­ce, unie­moż­li­wia­jąc świa­tłu do­sta­nie się do środ­ka. Ra­bas po­czuł w noz­drzach za­pach mo­kre­go igli­wia. Od­głos spa­da­ją­cych kro­pel desz­czu stał się zło­wiesz­czy. Nie po­tra­fił wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go nie­po­kój wziął górę nad jego umy­słem i cia­łem.

Wśród wy­so­kich so­sen i pach­ną­cych ży­wi­cą świer­ków stał ni­ski, drew­nia­ny dom. Wy­glą­dał na opusz­czo­ny; okna zo­sta­ły za­bi­te de­ska­mi, a sza­ra, po­ro­śnię­ta mchem strze­cha nie po­kry­wa­ła ca­łe­go da­chu.

Pio­trek ob­szedł bu­dy­nek do­oko­ła, sta­ra­jąc się zna­leźć wej­ście. Za­uwa­żył po­ma­lo­wa­ne po­ma­rań­czo­wą far­bą drzwi, za­mknię­te na mo­sięż­ną kłód­kę. Jed­na rzecz nie pa­so­wa­ła mu do wi­zji opusz­czo­ne­go domu. Otóż kłód­ka była nowa, nie­tknię­ta rdzą, jak­by nie­daw­no ścią­gnię­ta ze skle­po­wej pół­ki. Pio­trek po­cią­gnął za nią, upew­nia­jąc się, że drzwi są za­mknię­te.

Na­gle wło­sy zje­ży­ły mu się na gło­wie, a ser­ce moc­no za­ło­mo­ta­ło w pier­si. Po­czuł na kar­ku cie­pły od­dech, któ­ry spra­wił, że za­marł w bez­ru­chu. Od­wró­cił po­wo­li gło­wę, spo­dzie­wa­jąc się zo­ba­czyć roz­złosz­czo­ne­go tu­byl­ca. Ja­kież było jego zdzi­wie­nie, kie­dy spo­strzegł, że nikt za nim nie stoi. Do cho­le­ry! Zdez­o­rien­to­wa­ny, prze­łknął gło­śno śli­nę. A po­tem to zo­ba­czył…

W od­le­gło­ści kil­ku­na­stu me­trów, mię­dzy drze­wa­mi, stał wy­so­ki męż­czy­zna w czar­nym płasz­czu. Miał ciem­ne wło­sy, dłu­gą, gę­stą bro­dę i po­cią­głą twarz. Jego oczy były hip­no­ty­zu­ją­ce, fos­fo­ry­zu­ją­ce jak skle­po­wy neon w ciem­nej ulicz­ce, bił z nich nie­sa­mo­wi­ty blask. Głę­bo­kie i świ­dru­ją­ce spoj­rze­nie ta­jem­ni­cze­go czło­wie­ka spo­tę­go­wa­ło w Piotr­ku strach. Lewa dłoń męż­czy­zny spo­czy­wa­ła na pier­si, a pra­wą unie­sio­ną miał do góry, ni­czym w ge­ście bło­go­sła­wień­stwa.

Piotr od­niósł wra­że­nie, jak­by gdzieś wcze­śniej wi­dział tego czło­wie­ka, ale nie po­tra­fił przy­po­mnieć so­bie, w ja­kiej sy­tu­acji mógł spo­tkać nie­zna­jo­me­go.

„Dla­cze­go się nie ru­szasz? Spie­przaj stąd jak naj­szyb­ciej, jak naj­da­lej od tego szar­la­ta­na! I nie patrz mu w oczy. Ucie­kaj od jego spoj­rze­nia, od­wróć się i bie­gnij do pen­sjo­na­tu, póki nie jest za póź­no” – pod­po­wia­dał mu zdro­wy roz­są­dek. Sza­lo­ne my­śli kłę­bi­ły się w jego gło­wie. Pod­świa­do­mie szu­kał wyj­ścia z tej sy­tu­acji. Ad­re­na­li­na zda­wa­ła się eks­plo­do­wać we­wnątrz jego cia­ła.

Za­czął biec naj­szyb­ciej, jak tyl­ko po­tra­fił. Mi­jał drze­wa ni­czym nar­ciarz w sla­lo­mie gi­gan­cie. Wzmógł się wiatr, któ­ry roz­wie­wał mu wło­sy. Wiał wprost na nie­go, a jego siła sku­tecz­nie spo­wal­nia­ła ru­chy męż­czy­zny. Pod­czas uciecz­ki na uła­mek se­kun­dy po­now­nie od­wró­cił gło­wę. „Cze­mu za mną nie bie­gnie? Stoi jak słup mię­dzy drze­wa­mi, a jego oczy są jak wier­tła wkrę­ca­ją­ce się w psy­chi­kę. Dla­cze­go do nie­go nie pod­sze­dłem, lecz za­czą­łem ucie­kać jak spło­szo­ny za­jąc?” – py­tał się w my­ślach.

Do ta­kich lu­dzi się nie pod­cho­dzi. Ta­kich lu­dzi omi­ja się z da­le­ka. On przy­wo­dził na myśl sza­leń­ca wy­cią­gnię­te­go z naj­głęb­szych ot­chła­ni pie­kieł. Ucie­le­śnie­nie bie­sa.

Piotr po­czuł moc­ny ucisk w żo­łąd­ku. Kil­ka me­trów przed nim, opar­ty o drze­wo stał nie­zna­jo­my męż­czy­zna, któ­ry mu­siał być zja­wą. Nie mógł tak szyb­ko po­ko­nać dzie­lą­cej ich od­le­gło­ści, na­wet gdy­by biegł sprin­tem god­nym olim­pij­czy­ka.

Ra­bas usły­szał ro­syj­skie sło­wa, wy­ma­wia­ne szep­tem, ukła­da­ją­ce się w ja­kąś ma­gicz­ną for­mu­łę. Uniósł gło­wę, spo­glą­da­jąc na Pio­tra.

„Zno­wu te lśnią­ce, pło­mien­ne oczy” – po­my­ślał Ra­bas.

Pio­trek skrę­cił w lewo i przy­śpie­szył. Po­dą­żył wzdłuż wą­skiej, rwą­cej rzecz­ki, któ­ra pły­nę­ła przez nie­du­ży wą­wóz. Dro­ga scho­dzi­ła w dół, więc miał na­dzie­ję, że bie­gnie w do­brą stro­nę. Mu­siał uwa­żać na śli­skie ka­mie­nie i grzą­ski, roz­mo­kły grunt. Na nic jed­nak zda­ła się ta ostroż­ność, bo sto­pa Pio­tra utknę­ła w szcze­li­nie mię­dzy dwo­ma więk­szy­mi ka­mie­nia­mi. Groź­nie ją wy­krzy­wił, na­cią­ga­jąc ścię­gna. Padł do przo­du jak nie­ży­wy, odzie­ra­jąc so­bie skó­rę na nad­garst­kach, na któ­rych w oka­mgnie­niu po­ja­wi­ła się krew. Ale to nie było naj­więk­sze zmar­twie­nie ar­che­olo­ga. Ból w sto­pie pul­so­wał pa­lą­cym ża­rem i wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że za­miast pra­cy przy wy­ko­pa­li­skach bę­dzie mu­siał za­jąć się le­cze­niem pęk­nię­tej to­reb­ki sta­wo­wej.

Le­żąc na mo­krych ka­mie­niach, zo­ba­czył coś nie­spo­dzie­wa­ne­go. Na jed­nej ze ścian zbo­cza, gę­sto po­ro­śnię­te­go drze­wa­mi, mi­go­ta­ło ni­kłe świa­tło wy­do­by­wa­ją­ce się zza cia­sno zwią­za­nych ga­łę­zi two­rzą­cych pro­wi­zo­rycz­ną przy­sło­nę. Wy­glą­da­ło na to, że w ścia­nie wą­wo­zu znaj­do­wa­ło się wej­ście do ja­ski­ni. Kie­dy Piotr z tru­dem pod­niósł się z zie­mi, świa­tło mo­men­tal­nie zga­sło, jak za pstryk­nię­ciem pal­ca­mi. Las wy­da­wał się nie­bez­piecz­ny, miał swo­je ta­jem­ni­ce, a zwłasz­cza miesz­kań­ców, któ­rzy mogą nie­chęt­nie od­no­sić się do go­ści.

Ra­bas spoj­rzał w nie­bo, mię­dzy ko­ro­na­mi drzew. Zno­wu cho­ro­ba dała o so­bie znać. Cie­nie w oczach przy­sło­ni­ły mu pole wi­dze­nia. Ci­śnie­nie w gło­wie za­czę­ło nie­bez­piecz­nie pul­so­wać. Piotr bez­rad­nie przy­glą­dał się, jak ciem­ne nit­ki po­ru­sza­ją się w cie­le szkli­stym oka, ni­czym żywe musz­ki szu­ka­ją­ce dro­gi wyj­ścia. Przy­pa­dłość, z któ­rą zma­gał się od uro­dze­nia, do­pro­wa­dza­ła go do sza­łu, ale wie­dział, że musi prze­cze­kać mo­ment na­si­le­nia i nie zwra­cać uwa­gi na ru­chli­we plam­ki. Za­mknął oczy i sta­rał się ure­gu­lo­wać od­dech.

Deszcz przy­brał na sile, pa­dał tak moc­no, jak­by chciał przy­gnieść Pio­tra do zie­mi. Ubra­nie prze­mo­kło jak gąb­ka. Chłód, ból kost­ki oraz mo­kra ko­szu­la i spodnie kle­ją­ce się do cia­ła spra­wi­ły, że do­pa­dły go dresz­cze. Kie­dy sta­wiał ko­lej­ne kro­ki na śli­skiej po­wierzch­ni, po­czuł par­cie na pę­cherz. Zzięb­nię­ty or­ga­nizm wy­two­rzył ogrom­ną ilość mo­czu, któ­ry prze­szka­dzał pod­czas bie­gu, ale Piotr był zbyt prze­stra­szo­ny, by po­trze­ba fi­zjo­lo­gicz­na wzię­ła górę nad emo­cja­mi, z któ­ry­mi się zma­gał. Przy­śpie­szył na tyle, na ile po­zwa­la­ła mu bo­lą­ca kost­ka. Gdy zna­lazł się na łące, za któ­rą roz­cią­ga­ły się pola upraw­ne, przy­sta­nął, by uspo­ko­ić od­dech i po­zwo­lić skur­czo­nym mię­śniom od­po­cząć. Od­wró­cił się, spraw­dza­jąc, czy ta­jem­ni­czy męż­czy­zna po­dą­ża za nim. Nie miał­by siły da­lej ucie­kać, lecz gdy­by zno­wu go zo­ba­czył, chy­ba po­stra­dał­by zmy­sły. Za­sta­na­wiał się tak­że, czy nie­zna­jo­my nie był tyl­ko ułu­dą wy­two­rzo­ną przez zmę­czo­ny or­ga­nizm. Nie po­tra­fił dłu­żej o tym my­śleć, sta­rał się też nie za­przą­tać so­bie gło­wy świa­tłem, któ­re zo­ba­czył za utwo­rzo­nym z ga­łę­zi wej­ściem.

Cały ubło­co­ny szedł po mie­dzy prze­ci­na­ją­cej dwa za­ora­ne pola, a w od­da­li, wśród prze­rze­dzo­nej mgły wy­ła­nia­ły się za­bu­do­wa­nia go­spo­dar­stwa.

Coś in­ne­go za­przą­ta­ło jego my­śli…

5.

War­sza­wa, ty­dzień przed wy­jaz­dem na wy­ko­pa­li­ska

– Cześć, tato! – krzyk­nął Piotr od pro­gu.

Sta­ra­jąc się utrzy­mać dwie tor­by z za­ku­pa­mi, z tru­dem wgra­mo­lił się do miesz­ka­nia, po­ma­ga­jąc so­bie łok­ciem przy za­my­ka­niu drzwi. Po­miesz­cze­nie wy­peł­nia­ły od­gło­sy włą­czo­ne­go na cały re­gu­la­tor te­le­wi­zo­ra. Z sa­lo­nu przez nie­do­mknię­te drzwi prze­do­sta­wa­ło się świa­tło.

Piotr ru­szył ciem­nym ko­ry­ta­rzem w stro­nę po­świa­ty, aby przy­wi­tać się z oj­cem.

– Cześć, tato!

Sta­ru­szek wzdry­gnął się. Za­wsze re­ago­wał w po­dob­ny spo­sób, nie spo­dzie­wa­jąc się od­wie­dzin. Jego słuch przy­tę­pio­ny był już do tego stop­nia, że sta­ry Ra­bas nie usły­szał­by na­wet fa­ce­ta zbli­ża­ją­ce­go się z uru­cho­mio­ną wier­tar­ką. Nie słu­chał rad syna, od­wle­ka­jąc w cza­sie wi­zy­tę u oto­la­ryn­go­lo­ga.

– O! Pio­truś.

– Zro­bi­łem za­ku­py. Przy­go­tu­ję ko­la­cję. – Ru­szył w stro­nę kuch­ni.

– Za­cze­kaj. Może ty bę­dziesz wie­dział… – Wska­zał pal­cem na te­le­wi­zor. – To jest Ja­rek czy Lech? Ni­g­dy nie mogę ich roz­po­znać.

Z mów­ni­cy prze­ma­wiał li­der Pra­wa i Spra­wie­dli­wo­ści, co chwi­lę od­wra­ca­jąc się do Mar­szał­ka Sej­mu, by przy tym żywo ge­sty­ku­lo­wać.

– Tato, to na pew­no Ja­ro­sław – wes­tchnął, wie­dząc, że od­po­wiedź może być tyl­ko jed­na.

– No, tak wła­śnie my­śla­łem.

Piotr udał się do kuch­ni, gdzie przy­rzą­dził to­sty z se­rem i ke­czu­pem. W gru­bych kub­kach za­pa­rzył her­ba­tę z so­kiem ma­li­no­wym. Ulu­bio­na ko­la­cja ojca.

Po­sie­dze­nie sej­mu trwa­ło w naj­lep­sze, cze­go wy­ra­zem była iry­ta­cja sta­re­go Ra­ba­sa:

– Ten su­kin­syn, sta­ry ko­much, da­lej kła­mie? – po­wi­tał ko­lej­ne­go po­li­ty­ka, któ­ry po­ja­wił się przy mów­ni­cy.

Piotr po­dał ojcu ta­lerz z to­sta­mi i roz­siadł się na ka­na­pie.Sior­bał go­rą­cą her­ba­tę, któ­ra sma­ko­wa­ła pa­skud­nie. „Sprze­da­jąnaj­gor­sze mie­szan­ki” – kry­ty­ko­wał w my­ślach dys­try­bu­to­rów.

– Tato, nie bę­dzie mnie przez dłuż­szy czas. Mam wy­jazd służ­bo­wy. Może cze­ka mnie wiel­kie od­kry­cie…