Ciemna strona księżyca - Grzegorz Gajek - ebook

Ciemna strona księżyca ebook

Grzegorz Gajek

3,0

Opis

Ciemna strona księżyca to powieść, w której odnajdziemy wiele różnych elementów gatunkowych wplecionych w konwencję horroru SF w najlepszym wydaniu. Światem, do którego udamy się w międzyplanetarną podróż, rządzi cesarz, mający na swoich usługach powołaną w odległej przyszłości inkwizycję. W obliczu niepokojącej sytuacji, związanej z oddziaływaniem jednej z planet gdzieś na krawędzi Wszechświata, zamyka on wszystkie zmierzające tam szlaki transportowe i wysyła tajną misję mającą zbadać przerażające zjawiska. W skład grupy wchodzą poeta, inkwizytor, żołnierz i naukowiec. Podczas podróży odnajdziemy w nich nie tylko symboliczne nazwy, ale również pełnokrwistych i psychologicznie umotywowanych bohaterów, mierzących się z klaustrofobiczną, mroczną atmosferą statku otoczonego przez niepojęte dla ludzkiego umysłu tajemnice kosmosu. Droga do Empireum może być zarówno drogą do oświecenia, jak i potępienia. Atutami książki Grzegorza Gajka są odniesienia do religii oraz mistycyzmu, jak również interesujące uniwersum, które pomimo kreacji świata dalekiej przyszłości, jest nam bardzo bliskie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (12 ocen)
2
3
2
3
2

Popularność




Tytuł: Ciemna strona księżyca

Copyright © Grzegorz Gajek 2018.

Copyright for the cover art © Joanna Widomska. Kraków 2018.

All rights reserved.

Wydawca: Krzysztof Biliński, Wydawnictwo IX.

Redakcja: Ksenia Olkusz.

Korekta: Katarzyna Koćma.

Skład, łamanie i przygotowanie do druku: Krzysztof Biliński.

Projekt oraz ilustracja na okładce: Joanna Widomska.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być w jakikolwiek sposób powielana bez zgody wydawcy, za wyjątkiem krótkich fragmentów użytych na potrzeby recenzji oraz artykułów.

Wydawnictwo IX

[email protected]

wydawnictwoix.pl

Kraków 2018.

Wydanie I w nowej edycji.

ISBN 978-83-950610-6-6

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

Ciemna strona księżyca

Prolog

Część I – Ziemia

Część II – Empireum

Część III – Ciemna strona księżyca

Opowiadania

Anioł w płomieniach

Jeden

Lucyfer

Król i głupiec

Serce słońca

O autorze

Wstęp

Drogi Czytelniku,

Książka, którą trzymasz w rękach (co niezwykle mnie cieszy, gdyż napisałem ją właśnie dla Ciebie), ma dla mnie szczególne znaczenie. To swego rodzaju omnibus zawierający pierwszą powieść, jaką stworzyłem, oraz garść opowiadań z wczesnego okresu mojej pismackiej przygody. Oznacza to, że każde z nich nie tylko opowiada pewną historię, ale też ma pewną historię. Jeśli zechciałbyś ją poznać, pozwól, że zabiorę Ci jeszcze dwie minuty. A jeśli wolisz już wybrać się na gwiezdne szlaki, po prostu przewróć stronę.

Jeszcze jesteś? Dobrze. Zacznijmy zatem od Ciemnej strony księżyca. Był rok 2005. Miałem osiemnaście lat i właśnie rozstałem się z dziewczyną. Kiedy w takim wieku człowiek rozstaje się z dziewczyną, może albo iść się nachlać z kumplami, albo zamknąć w ciemnym pokoju i słuchać Pink Floyd na pełny regulator. Wybrałem to drugie rozwiązanie. A w mojej głowie, jakby mimochodem, zaczęła się rodzić opowieść o ponurym facecie, który po jakiegoś diabła musi lecieć do najodleglejszego zakątka znanego wszechświata. Miałem już wtedy na sumieniu jedno opowiadanie SF (które miało ukazać się drukiem dopiero w 2008 r.) i ciągle pracowałem nad kolejnymi. Siadłem więc do komputera i zacząłem stukać w klawisze. Ale kiedy napisałem pierwszą scenę, uświadomiłem sobie, że to nie będzie kolejna krótka historyjka. Czułem, że z tego pomysłu trzeba zrobić powieść. I trochę się przestraszyłem. Nie byłem gotowy na pisanie powieści.

Pomysł jednak zaszczepił się w mózgu. Stwierdziłem, że zamiast porywać się z motyką na słońce, przerobię go na scenariusz do gry RPG. Zagraliśmy. I było super. Znajomi długo jeszcze wspominali, jaką świetną historię im opowiedziałem, co oczywiście podsycało we mnie ogieniek ambicji i miłości własnej. Przecież, gdybym napisał książkę, to zaraz zachwyciłyby się miliony czytelników, a nie tylko grupka przyjaciół. Lecz kunktatorska natura ponownie wzięła górę. Pomyślałem, że w RPG gracze wykonali za mnie połowę roboty, tworząc bohaterów. Siadłem zatem i zacząłem pisać opowiadania – każde z nich miało być jakby kartą postaci. I tak właśnie powstały cztery z pięciu krótkich tekstów, które znajdziecie w tym zbiorze, tak narodzili się Iulius, Brena, Kris i Ionas.

W międzyczasie zaliczyłem debiut na łamach magazynu SFFiH, potem przyszła publikacja w Magazynie Fantastycznym. Zacząłem nabierać pewności siebie. A gdy bohaterowie byli już gotowi, skończyły mi się wymówki. W przeciągu roku (co dziś wydaje mi się tempem iście ślimaczym) Ciemna strona księżyca z pomysłu przemieniła się w (króciutką) powieść. Wysłałem próbkę tekstu i konspekt do kilku wydawnictw. O mało nie oszalałem z radości, kiedy Fabryka Słów odpisała, że jest wstępnie zainteresowana.

A potem przyszło rozczarowanie. Fabuła wydawała się wszystkim interesująca, ale warsztat – narracja, dialogi, budowanie napięcia, prowadzenie akcji… – Panie! Historia zatoczyła koło, od depresji wróciłem do depresji. Kiedy się z niej wygrzebałem, zebrałem uwagi, jakie dostałem od redaktorów i spróbowałem poprawić książkę. Na nic. Lepiej, ale nadal kiepsko.

Wróciłem do pisania opowiadań. Po jakimś czasie porzuciłem science-fiction i zacząłem aktywniej romansować z horrorem. Wydałem jedną powieść grozy. Ale Ciemna strona księżyca jeszcze ze mną nie skończyła. W 2013 r. jechałem samochodem na jakiś konwent, kiedy usłyszałem w radio Floydów grających High Hopes – ten rockowy hymn o marzeniach spełnionych i niespełnionych. I tak sobie pomyślałem: „A może by spróbować jeszcze raz?”. Zapatrzony w hipnotyczny bieg linii na drodze, zacząłem układać plan przeredagowania mojego – zdawałoby się – poronionego dzieła. W przeciągu kilku następnych tygodni wprowadziłem go w życie. Ponownie wysłałem tekst do kilku wydawców. I stało się – ktoś go kupił.

Happy end? Jeszcze nie.

Zawód pisarza ma dwa oblicza: jedno artystyczne, drugie ekonomiczne. Szkoda wdawać się w szczegóły – dość powiedzieć, że wydawnictwo miało pomysły i ambicje, które nasz okrutny ryneczek wydawniczy błyskawicznie zweryfikował. Biznes splajtował, właściciel o mało się nie „zawinął” z powodu perforacji wrzodu, później musiał zwiewać z kraju. Ja zaś zostałem sam z dzieckiem na ręku (w sensie metaforycznym, rzecz jasna). Gorzki, gorzki zawód, ale cóż robić, życie toczy się dalej. Wydałem kolejne dwie powieści, okrzepłem trochę na wybranej ścieżce kariery, skóra stwardniała od ciosów.

I wtedy Krzysiek Biliński powiedział mi, że otwiera wydawnictwo i chciałby wznowić Ciemną stronę księżyca, bo czytał ją pięć lat temu, kiedy ukazała się po raz pierwszy, i mu się podobała.

Tym sposobem, Drogi Czytelniku, wracamy do książki, którą trzymasz w ręku. Powiadają: do trzech razy sztuka. Może tym razem, z Twoją pomocą, się uda.

Grzegorz Gajek, lipiec 2018 r.

Ciemna strona księżyca

Prolog

Nazywam się Iulius Decymber, jestem inkwizytorem. Od dwudziestu ośmiu lat wiernie służę Świętej Matce Kościołowi...”.

Gdzieś w oddali zagrzmiało. Iulius otworzył oczy. Pierwsze szare krople, forpoczty sunącej po oceanie burzy, zabębniły o przeszkloną kabinę jachtu-willi. Zagrzmiało ponownie i zerwał się wiatr. Najpierw zmarszczył stalowoszarą powierzchnię wody, po chwili wstrząsnął ruchomą rezydencją inkwizytora. Przyniósł ze sobą deszczowe strugi, które sieknęły wściekle o szyby. Momentalnie pociemniało. Burza już objęła statek ramionami.

„Nazywam się Iulius Decymber, jestem inkwizytorem. Od dwudziestu ośmiu lat wiernie służę Świętej Matce Kościołowi...” — powtórzył w myślach Iulius, jakby odmawiał litanię. — „Z łaski Jego Ekscelencji Wielkiego Patriarchy otrzymałem najwyższe święcenia inkwizytorskie. Moim zadaniem jest walka ze złem i z grzechem... Moim zadaniem jest wyjaśnianie tego, co niewyjaśnione...”.

Jacht zaczął się kołysać. Wokół niego wznosiły się coraz wyższe fale, woda rozbryzgiwała się cięta kadłubem. Ciężkie krople tłukły zawzięcie w transpastalowy dach, jakby chciały go rozbić i wedrzeć się do bezpiecznego wnętrza. Wiatr wzburzał dokoła bałwany, miotał niewielkim stateczkiem. Od czasu do czasu niebo rozcinała błyskawica.

„Moim zadaniem jest walka ze złem i z grzechem... w imię Boga i Świętej Matki Kościoła walczę ze złem...” — Lecz wtem do umysłu Inkwizytora wtargnęła nowa myśl: — „Zło i grzech, wielkie słowa… Wielkie słowa wielkich teologów, doktorów Kościoła, mędrców… Tak, znam zło... Zło i ja spotkaliśmy się nieraz, zdziwiliby się ci teologowie”.

„Jesteśmy jak cholerni turyści na polu minowym. Odkrywamy, przemy naprzód, podbijamy. Poznajemy, poznajemy, poznajemy i niczego nie wiemy. Odkryliśmy rzeczy, których nie jesteśmy w stanie zrozumieć, więc udajemy, że ich nie ma. Podbiliśmy kosmos, żeby znaleźć... co? Znaleźliśmy duchy szczerzące się złośliwie. Tak, to by się spodobało tym starym teologom, nasz wszechświat jest pełen szatanów... Jest...”.

Nad wzburzonym oceanem przetoczył się jeszcze jeden grzmot, lecz wewnątrz pływającej rezydencji było spokojnie. Sztorm zdawał się stłamszony, gdzieś poza rzeczywistością. Jedynie cienie deszczowych strug płynęły po twarzy inkwizytora wpatrującego się w bezmiar wód, który zlał się z szarym niebem.

„Przykro mi, Boże miły, miejsca brak, zapraszamy w przyszłym roku. Oto ja, pierwszy niewierzący ksiądz. Choć nie… Nie, nie pierwszy. I może nie całkiem niewierzący”.

Nad jachtem zawisł cień. Po chwili potężna fala runęła na dach, próbując całym swym ogromem wtłoczyć pojazd pod wodę, silniki utrzymały go jednak na powierzchni. Kilka kolejnych bałwanów w bezradnej wściekłości przetoczyło się po wytrzymałym, durstalowym kadłubie – bezskutecznie.

„Nazywam się Iulius Decymber, jestem inkwizytorem...” — Iulius po raz kolejny podjął próbę skupienia myśli, one jednak rozbiegły się nieposłusznie. — „Czego dowiedziałem się przez te niemal trzy dekady służby? Chyba tylko tego, że kiedy za bardzo pragniesz, za bardzo próbujesz…”.

Nagle w pomieszczeniu rozległ się piskliwy sygnał komputera. Iulius drgnął. Rozejrzał się. W kabinie panował półmrok.

— Komputer — rozkazał inkwizytor. — Zasłony. I światło.

Szyby iluminatorów pociemniały i stały się nieprzejrzyste. Wnętrze rozjaśniło się, a sztorm wydał odległy, praktycznie nierzeczywisty.

— O co chodzi? — zapytał Iulius.

— Jeden z satelitów melduje kontakt z boją komunikacyjną — odparł komputer. — Wiadomość z Ziemi.

— Ściągnij i odtwórz.

Światło nieco przygasło, a holoprojektor wygenerował postać starego mężczyzny w kapłańskich szatach.

— Arcybiskup Jozafat do swego brata Iuliusa — wyrecytował komputer, po czym odezwało się świetliste imago. — Musisz tu wrócić, Iulius, natychmiast. Potrzebuję cię. Wydarzyło się coś niepokojącego, bardzo niepokojącego...

Część I – Ziemia

I

W przestronnych korytarzach archikatedry Ziemi kroki Iuliusa pobrzmiewały echem. W smugach światła, rozrzedzających gdzieniegdzie półmrok, migała ciemna sylwetka. Inkwizytor szedł sprężystym krokiem, łopocząc połami habitu. Zatrzymał się dopiero przed komnatą arcybiskupa. Zanim wszedł, przyglądał się przez chwilę drzwiom wykonanym z nieprzejrzystego szkła.

Z czarnej tafli spoglądało na niego odbicie brzydkiej twarzy obarczonej szerokimi ustami, małymi oczyma i długim nosem. Iulius zapatrzył się w nie, jakby oglądał maskę.

Po chwili zamyślenia potrząsnął głową i wszedł do komnaty.

Jozafat był człowiekiem o raczej przeciętnej powierzchowności – niewysokim, nieco otyłym. Na jego szerokiej, płaskiej twarzy uwagę przyciągały jedynie dwa ruchliwe punkciki oczu. Miały w sobie jakiś błysk.

— Witaj! — odezwał się arcybiskup. — Dobrze, że jesteś. Siadaj.

Inkwizytor ucałował pokornie biskupi pierścień, po czym zasiadł na wskazanym miejscu.

— Wyruszyłem zaraz po otrzymaniu wiadomości Waszej Ekscelencji — powiedział.

Jozafat kiwnął głową. I milczał, czekając na objaw śladowego choćby zainteresowania nietypowym wezwaniem. Twarz Iuliusa pozostała jednak nieruchoma.

Arcybiskup odpędził irracjonalną chęć zagrania ze swym byłym podopiecznym w dziecinną grę typu „kto pierwszy pęknie”. Był zbyt poważnym człowiekiem na takie rzeczy. A jednak inkwizytor miał w sobie coś takiego, co sprawiało, że chciało mu się przyłożyć, żeby tylko wymóc na nim jakąś reakcję. Jego arogancka obojętność działała na nerwy.

— Wiesz już, o co chodzi... — odezwał się Jozafat, gdy milczenie przeciągało się zanadto.

— O planetę Empireum.

— Rozumiem, że słyszałeś o niej wcześniej.

— Wiem to i owo... To najdalej wysunięty punkt znanego wszechświata. Ma... hm... złą sławę.

„To i owo, dobre sobie”. Kolejna fala irytacji omal nie zmusiła arcybiskupa do tego, by wstać i zacząć się przechadzać po komnacie.

— Mój sekretarz przygotował mi nieco bardziej rozbudowany raport — rzekł zamiast tego, uruchamiając podręczny komputer. — Bardziej naukowy... Empireum jest ostatnią, piątą planetą układu o tej samej nazwie. To gazowy gigant, posiada bogate złoża gazów paliwowych. Jeszcze jakieś pięćdziesiąt lat temu żeglowny był szlak prowadzący w jego pobliże. Ale szlak ten nie był stabilny, dość często dochodziło na nim do wypadków. Po ostatnim został zamknięty. Zdecydowano się na otwarcie bardziej kosztownej trasy prowadzącej do centrum systemu. To wywołało prawdziwą burzę wśród astrografów i astronautów. Wiesz, jacy oni są. „Wszak to Limes, granica znanego wszechświata!”. Dla wielu zamknięcie starego szlaku było jak policzek, przyznanie się do porażki. „Nie powinniśmy cofać się przed grozą próżni!” - krzyczeli. Jednak UniClas nie mógł postąpić inaczej. Straty w ludziach i sprzęcie stały się na tyle znaczne, że nawet otwarcie nowej trasy, ze swej natury droższej, przez wzgląd na potrzebę zastosowania stacji przeładunkowych i holowników krótkiego zasięgu, okazało się bardziej opłacalne. Udało się wywalczyć jedynie to, że Limes stanął na czwartej planecie, a nie trzeciej, stosunkowo blisko granicy systemu. Zbudowano tam dużą stację przeładunkową, którą nazwano właśnie Limes.

Jozafat zamilkł, oczekując na jakieś pytania ze strony Iuliusa. Żadne jednak nie padły, więc, odrobinę zmieszany, podjął swój wywód:

— Zapewne chciałbyś się dowiedzieć nieco o samej stacji... Też... zresztą... opowiem ci o Strefie Ciszy. To ważne... wiąże się z samą stacją... — Odetchnął na moment, żeby zebrać myśli.

— A więc... — podjął po chwili. — System działa tak, że gazy wydobywane przez holowniki krótkiego zasięgu są przenoszone na stację. Tam odbierają je ciężkie frachtowce, które potem korytarzami nadprzestrzennymi transportują je w głąb cesarstwa. Jest to konieczne, ponieważ w otaczającym Empireum polu podzespoły statków, a właściwie jakakolwiek elektronika, nie funkcjonują poprawnie. To właśnie ta Strefa Ciszy, anomalia energetyczna i prawdziwe utrapienie astrofizyków. Podejrzewa się, że wytwarza ją sama planeta, ale dotąd nie wyjaśniono, dlaczego obszar zakłóceń zaczyna się dopiero w pewnej odległości od atmosfery. W każdym razie Strefa może być zabójcza dla statków poruszających się poza przestrzenią rzeczywistą, lecz do niedawno uważano, że można bezpiecznie korzystać z napędu konwencjonalnego. Niestety okazało się, że naukowcy się przeliczyli. Zaginęły dwa transportowce wysłane na Empireum. Obsługa stacji straciła z nimi kontakt, gdy weszły w Strefę Ciszy, co w sumie byłoby normalne, gdyby nie to, że... No, to się stało już jakieś trzy miesiące temu, a kontaktu nie odzyskano. Zrobiło się trochę paniki, ale potem technicy ze stacji wynaleźli jakąś usterkę, na którą mogli wszystko zrzucić. Przetrząsnęli wszystkie holowniki. UniClas wyłożył spore fundusze na przeglądy techniczne i remonty. Żegluga ruszyła dalej. Miesiąc temu jednak zaginęły kolejne dwa statki. Przed trzema tygodniami jeden wrócił...

Arcybiskup spojrzał na Iuliusa i w tym momencie zaciął się na chwilę. Jasne oczy inkwizytora wreszcie rozpaliły się uwagą. Wpatrywały się w przełożonego, nieruchome i nieprzyjemne.

Jozafat potrząsnął głową.

— Jego załoga była kompletna — rzekł w końcu jakby w odpowiedzi na niewypowiedzianą aluzję do znikających astronautów i statków-widmo. — Ale żaden z załogantów po powrocie nie był już sobą... U wszystkich stwierdzono patologiczne rozbicie osobowości. Cierpieli na zaburzenia mowy i zaburzenia motoryczne. Niektórzy zdawali się mieć napady schizofrenii, psychozy maniakalnej, zespołów lękowych... Zdaniem tych, którzy ich widzieli, wyglądało to zupełnie jakby... jakby...

Zawiesił dramatycznie głos, licząc po cichu na to, że inkwizytor dokończy za niego zdanie. Wolał, żeby to Iulius był tym, który przywoła temat diabłów, opętań i tym podobnych archaicznych niedomówień teologicznych. Arcybiskup uważał się bowiem za człowieka racjonalnego, któremu nie przystoi opowiadać o tego typu rzeczach.

Niestety Iulius jak zwykle sprawił mu zawód, więc Jozafat musiał w końcu wydusić:

— ...jakby ich szatan opętał.

Odpowiedź Iuliusa, jeśli można to tak nazwać, była cicha, ale wprawiła arcybiskupa w osłupienie. Inkwizytorem wstrząsnął szorstki, przypominający suchy grzechot, śmiech.

— Uważasz, że to zabawne? — syknął Jozafat.

— Trochę — odparł Iulius, lecz zaraz spoważniał. — Przepraszam Waszą Ekscelencję, ale wydało mi się to dziwne. UniClas zgodził się, żeby wysłać inkwizytora na poszukiwanie diabła gdzieś na krańcach wszechświata?

— Nie do końca... — Jozafat musiał przyznać, że trochę niedokładnie to przedstawił. — Sytuacja jest bardziej złożona… Widzisz, za miesiąc stacja znajdzie się po ciemnej stronie Inferiora, księżyca, wokół którego orbituje. Ten zaś – po ciemnej stronie planety. Jest to jedyna sytuacja, w jakiej stacja wchodzi w Strefę Ciszy. Zdarza się to rzadko i trwa zaledwie kilka godzin... Ale rozumiesz, że po tym ostatnim wypadku wybuchła panika. UniClas na razie nie chce ewakuować Limesu. Straty byłyby ogromne, a nie wiadomo, czy cokolwiek w ogóle się wydarzy. Postanowiono zatem wysłać kilkoro specjalistów. A jako że wielu spośród załogantów stacji to ludzie wierzący, ty również kwalifikujesz się do tej grupy.

— I UniClas na to poszedł?

— Pomogła jeszcze twoja przeszłość... Twoje przygotowanie astrofizyczne i astrogacyjne.

— Rozumiem. Kto jeszcze weźmie udział w misji?

— Trzy osoby. — Biskup zerknął do elektronicznego notatnika. — UniClas chciał wysłać własnego obserwatora, ale kilka firm z Federacji Astronautycznej, które mają w nim spore udziały, zbojkotowało ten pomysł. Wynajęto niezależnego obserwatora klasy pierwszej, panią Brenę Tiers. Pani Tiers jest wykwalifikowanym pilotem i naukowcem. Ponadto, jako jedna z niewielu obserwatorów, odbyła lot poza Limes. Niestety większość informacji na temat tamtej misji jest zastrzeżona.

— Kto jeszcze? — wtrącił się Iulius.

— Pułkownik Kris Kord z wywiadu floty. Było oczywiste, że wojsko będzie chciało mieć tam swojego człowieka. Cesarz musi trzymać rękę na pulsie.

— Co Wasza Ekscelencja może mi o nim powiedzieć?

— Niewiele. — Arcybiskup pokręcił głową. — To doświadczony żołnierz. Skończył szkołę oficerską w dość późnym wieku, ale za to z wyróżnieniem. Prawdopodobnie odbył już przynajmniej jeden lot do systemu Empireum. Nie wiem, kiedy i po co. Wszystko jest utajnione.

Iulius kiwnął głową.

— A trzecia osoba? — zapytał.

— Trzecia osoba jest dla mnie zagadką. Wiem o niej znacznie więcej niż o pozostałych. Ale to, co wiem, tylko czyni sprawę bardziej zagmatwaną. Nie pasuje mi zupełnie do tej misji. Nazywa się Ionas Atawafis. Słyszałeś o nim, to pewne.

— Tak. To poeta...

— Właśnie, poeta. Po co poeta na misji naukowej? Wiem, że był już poza Limesem, nawet dwa razy. Raz, gdy doszło do awarii stacji „Lucyfer”. Nie ewakuował się wówczas ze wszystkimi. Odleciał dopiero, kiedy stacja wydostała się poza Limes, ale nie miał dość zapasów, by dotrzeć do jakiejkolwiek placówki. Przeżył czystym przypadkiem, gdyż odnalazł go naukowy prom obserwacyjny. Jego statek dryfował bezwładnie, zaś on sam od kilku dni głodował, a gdy go odnaleźli, właśnie kończył mu się tlen. To po tym doświadczeniu napisał Księgi Lucyfera, które przyniosły mu taki rozgłos. Ale znam go też od strony prywatnej. Przez jakiś czas byłem jego spowiednikiem. Wiem, że kilkanaście lat temu jego dziewczyna zginęła w jednym z ostatnich wypadków, jakie miały miejsce na Empireum. On sam też tam był, jakiś czas później, jeszcze przed napisaniem Ksiąg Lucyfera. Mówił, że ta wyprawa dała mu wolę do tego, aby wylać z siebie w końcu wszystko to, co w nim siedziało od czasów jego... wypadku.

— Jak to się stało, że znalazł się w składzie wyprawy? — wtrącił Iulius.

— O ile wiem... — Jozafat się zawahał. — Z powodu osobistej interwencji cesarza.

Przywołanie postaci władcy zdawało się definitywnie zamykać temat i arcybiskup odetchnął. Właściwie powiedział już wszystko, co musiał. Czekał tylko na pytania.

Inkwizytor namyślał się chwilę, po czym mruknął:

— Trzy na cztery osoby z tej grupy na pewno przynajmniej raz w życiu były na Empireum.

— No… — Arcybiskup, któremu nie przyszło wcześniej do głowy, by zwrócić na to uwagę, zająknął się. — To chyba naturalne… Szukali kogoś, kto ma doświadczenie... — Zamilkł i się zastanowił. — Ale ja widzę tylko dwie osoby, które tam były... Atawafis i Kord.

— Ja też tam byłem — wyjaśnił Iulius.

— Byłeś? — Biskup aż się zatchnął ze zdziwienia. Czuł się jak idiota; przez dobre piętnaście minut gadał o czymś, co inkwizytor już zapewne dobrze wiedział. — Nigdy... nigdy o tym nie słyszałem — wysapał tylko.

— To było dawno, jeszcze przed otwarciem stacji Limes. Przed tymi ostatnimi wypadkami. Potem już się nie interesowałem tym systemem. Informacje Waszej Ekscelencji z pewnością okażą się bardzo przydatne w moim... śledztwie.

Jozafat był zły i zbity z tropu.

„Po prostu nienawidzę gadać z tym facetem” – pomyślał.

— Tak... — rzekł na głos, próbując nie pokazać po sobie zmieszania. — To oczywiste... prosty klucz... mówiłem, nic dziwnego. Chcą tylko takich, którzy już tam byli. Ta obserwatorka zapewne też odbyła jakiś lot na Empireum... To nie jest zresztą chyba w tej chwili takie ważne.

— Nie, nie jest — przyznał pokornie Iulius. — Ile mam czasu? Chciałbym przed wylotem jeszcze trochę poszperać.

— Za dwa dni odbędzie się nadzwyczajne posiedzenie Świętego Oficjum, na którym poznasz wszystkie szczegóły swojej misji. Do tego czasu szperaj, ile zechcesz.

Iulius kiwnął głową. Wyglądał, jakby już chciał się oddalić, ale jeszcze się nad czymś zastanawiał.

Jozafat westchnął ciężko.

— O co chodzi? — zapytał.

— Na co właściwie liczy Oficjum? Warto było aż zwoływać nadzwyczajne posiedzenie? Czy rzeczywiście myślą, że znajdę tam diabła i przywiozę go im w złotej klatce? Co tak naprawdę mam tam badać?

— Wszystkiego dowiesz się na posiedzeniu. Empireum od zawsze było obiektem zainteresowania Kościoła.

— Byłem tam i nie widziałem niczego niepojętego. — Inkwizytor wzruszył ramionami. — Nie uważam, żeby to było warte zachodu.

— Wielu jest innego zdania — odparł chłodno arcybiskup. — A teraz, jeśli mi wybaczysz, mam sporo pracy.

— Oczywiście. — Iulius wstał i skłonił się.

— Z Bogiem — rzucił Jozafat.

II

W klasztornej bibliotece było cicho. Nikt nie rozmawiał, szumiały tylko wentylatory i komputery. Oczywiście Iulius mógł się dostać do bazy danych archikatedry z dowolnego miejsca przez sieć, jednak atmosfera bibliotecznych pomieszczeń dobrze na niego działała. Głównie ze względów sentymentalnych. Kiedy był jeszcze klerykiem, to właśnie w bibliotece mógł się ocierać o, jakże pociągającą dla nastoletniego młodzieńca, sferę profanum. W tamtych odległych czasach było to jego jedyne okno na świat.

Obecnie szukał informacji o Empireum. Usłużny komputer podał mu listę lokali w sieci. Iulius przeglądał pobieżnie kolejne pliki. Większość z nich stanowiły naukowe opracowania, które mało go interesowały. Wyłapywał dane oraz liczby i upychał je gdzieś na krawędzi świadomości.

EMPIREUM, największa, piąta wg oddalenia, planeta układu o tej samej nazwie; elementy orbity: półoś wielka 7,783*108 km, mimośród 0,048, nachylenie orbity względem ekliptyki 1 stopień 18 minut; okres obiegu dokoła gwiazdy macierzystej 12 lat i 128 dni; okres obrotu dookoła osi (równikowej) 17h50m05s; nachylenie równika planety do płaszczyzny orbity 3 stopnie 7 minut; promień równikowy planety 153 300 km; promień biegunowy 132 700 km; masa 3,8*1030 g; średnia gęstość 1,34 g/cm3; albedo 0,41; temperatura strony zwróconej ku słońcu 143 stopnie K.E. jest najbardziej oddaloną od Ziemi planetą znanego wszechświata. Stanowi część ➡ LIMES, czyli pasa planet wyznaczającego granicęcesarstwa...

Przejrzał jeszcze kilka raportów. Przetarł oczy. Właściwie nie wiedział, czego szukał. Ale z pewnością garść liczb niewiele mogła mu powiedzieć o tym, co go czekało. Chciał zrozumieć Empireum, a do tego potrzebował bardziej osobistej relacji, która pobudziłaby jego wyobraźnię.

— Filtr — polecił komputerowi.

— Słucham — odparła maszyna elektronicznym szeptem.

— Dzienniki, beletrystyka, publicystyka... Pomiń prace naukowe i encyklopedyczne.

— Słucham.

Na ekranie pojawiła się przesiana lista. Inkwizytor pozwolił, aby jego wzrok przeskakiwał pomiędzy kolejnymi pozycjami.

— Daj czwórkę na ekran — rozkazał w końcu.

...pan tambył?

Profesor usiadł, wyciągnął papierosa, zapalił.

— Tak — flegmatycznie kiwnął głową. Jego oczy błądziły gdzieśdaleko.

— Jak tam jest...? — Zawahałem się na chwilę. — Na Empireum?

Poruszył się niespokojnie. Strzępek pyłu z papierosa sfrunął na jego popielatą marynarkę. Milczał. Pozwalał, aby dym opływał jego twarz. Jakby się delektował. Rozkoszował dotykiem siwej, wijącej sięwstęgi.

— Podróż jest długa — zaczął w końcu. Lakonicznie. — Trzy miesiące w przestrzeni. Cztery skoki. To nie przelewki, ciągnie się okropnie. Człowiek nie wie, co ze sobą robić. Zaczyna się ordynarnie szlajać. Ci z załogi gonią. Że nie wolno, że się przeszkadza. Nuda. W mesie jest interfejs rozrywkowy, lecz po jakimś czasie mdli od samego patrzenia. A najgorsza jest nieważkość, wszyscy obijają się jak durnie. Ale co będę pana zanudzał... Pan wie, jak tojest.

Profesor zamilkł na sekundę. Zaśmiał się sucho. Zaciągnął resztką papierosa, który spalił się niemal bez jego udziału. Potemkontynuował:

— A planeta? Ha, można by powiedzieć: jak każda inna. Z daleka tak się zdaje. Mimo to wszyscy się zachwycają. Bardzo dużo zrobiło się tych romantyków, dla których obowiązkiem jest westchnąć, gdy za iluminatorem pokaże się gwieździsta czerń. Kto jednak spędził większą część swego życia w kosmosie, daleki jest od takich sentymentalnych głupot. Choć ta planeta... Gdy się ją widzi z bliska, gdy się widzi orbitalnyświt...

Zamilkł ponownie. Zaciął się. Kręcił chwilę swą dużą głową na cienkiej szyi, jakby chciał wytrząsnąć z niej odpowiednie słowa. Kolejna odrobina popiołu poleciała na garnitur. Papieroszgasł.

— No... — wydusił z siebie w końcu. — Ma coś w sobie... To jest jakby... jakby... dużo smutku ściśniętego przez ciążenie, zbitego w różnobarwne obłoki gazów, splecionego wyładowaniami rzadkiej, niestabilnejatmosfery.

Wzdrygnął się. Westchnął.

— Idzie się na ekranach — zmienił temat. — Empireum to diabeł. Wyrzuca z siebie tyle promieniowania, że mogłoby być niedużym słońcem. Skoki są niestabilne. Gdy się wychodzi z korytarza, trzęsie jak diabli. Ciąg musi być duży, wszystkich wgniata w fotele. Silniki defleksyjne idą pełną parą, żeby utrzymać kurs. No... diabeł, mówiępanu.

— Diabeł? — zapytałem. — Trzy razy użył pan tego słowa... To trochę dziwne, nie sądzi pan... w kontekście Empireum... legendastronautów...

— Nie, nie! — żachnął się profesor. — Ależ mój drogi, tak mi się tylko powiedziało. To piękna planeta, fascynująca... Wszyscy astronauci wiedzą jednak, jak niebezpieczna. Lata się tam, owszem. W celach wydobywczych, naukowych, nawet turystycznych! Kto raz ujrzy Anioły Kartezjusza, nigdy o nich nie zapomni. Będzie chciał tam wracać. Będzie musiał. Kontynuując porównania, można też powiedzieć, że Empireum to narkotyk. Mało to naukowców przeznaczyło całe życie na opisywanie jego rozlicznych fenomenów? Badaniu cyklu Hansena poświęcono dziesiątki dzieł. A to tylko jedno z niezliczonych zagadnień! A wreszcie, czyż mało zginęło dzielnych astronautów, którzy z pasją, jak szaleńcy, chcieli tam wracać znów i znów?...

— Znajdź: encyklopedia, Kartezjusza Anioły. I daj na oddzielną kartę.

— Słucham. Gotowe.

— Na wizję.

KARTEZJUSZA ANIOŁY, patrz też ➡ HANSENA WYŁADOWANIE, zjawisko meteorologiczne charakterystyczne dla atmosfery ➡ EMPIREUM. Po raz pierwszy opisane w dziele planetologa ➡ doktora IZAAKA HANSENA, pt. Empireum, fenomen i zagrożenie. K.A. są rodzajem atmosferycznych wyładowań powodujących jonizację gazów średnich i wyższych warstw atmosfery E., które pod ich wpływem tworzą fantazyjne kolorowe wzory nazwane przez astronautów Aniołami. A.K. pojawiają się w regularnych cyklach zwanych ➡ CYKLAMI HANSENA. Wybitnymi badaczami K.A. byli również ➡ JAMES MORWOOD (patrz dzieło Specyfika atmosfery Empireum) oraz ➡ JACQUES KLAPICKI z Uniwersytetu Kartezjusza na planecie Belfast. Od imienia tegoż uniwersytetu pochodzi zwyczajowa nazwawyładowania.

— Anioły... — mruknął Iulius. — Wróć — rzucił po chwili do komputera. — Zmień filtr.

— Słucham...

— Raporty, sprawozdania, informacje prasowe... Daj trzy-trzynaście.

— Słucham.

...zaginionych jednostek: dwanaście, w tym sześć ciężkich frachtowców klasy Centaur, dwa liniowce pasażerskie, cztery lekkie jednostki [...] Liczba ofiar: 368, w tym pilotów: 28...

— Daj nazwiska...

Audal Lenton, Audal Liliana, Azatumi Szen (...) Cyllan Alicja, Czech Tom (...) Gayst Anna, Gayst Eric, Gayst Felton (...) Katara Ian, Kazan Izaak, Kobah Hans, Kros John, Krynik Felton (...) Parvis Angus, Patton John, Patton Julia, Patton Sara, PattonZak...

Iulius pokręcił głową. Nic mu nie mogły powiedzieć te oderwane od siebie nazwiska, nieme widma z minionych katastrof. Przyniosły ze sobą jedynie falę melancholii. Inkwizytor zaczął rozmyślać nad tym, jak bezlitośnie czas zaciera ślady po ludzkich tragediach. Całe rodziny ginęły na liniowcach, piloci zostawiali w domach żony...

Cóż jednak z tego? Dla obcego człowieka z obcego czasu i ostatecznie – obcego świata – stali się ciągami znaków pogrzebanymi w elektronicznych grobowcach przez pilnych notariuszy. A Kościół? Kościół nawet nie zdawał sobie sprawy z ich istnienia. Cały czas tylko gonił za cudami, nawiedzeniami, opętaniami.

Iulius poczuł, że wypełnia go uczucie z pogranicza złości i niesmaku. Czy naprawdę żałował tych wszystkich ludzi? Czy jedynie czuł się w obowiązku poświęcić im chwilę refleksji? Przecież od tego są księża, prawda?

Tak, zwykli księża. Nie inkwizytorzy. Inkwizytorzy nie mają na takie rzeczy czasu.

— Komputer. Daj mi raport armatorów o tych ciężkich jednostkach frachtowych.

— Słucham.

Iulius przejrzał wyświetlony plik. Jeden wpis momentalnie przykuł jego uwagę.

DH13-T-48, informacjeutajnione.

— Utajnione? Dlaczego?

— Jako przyczynę podano zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego.

— Możesz mi to zdekodować na podstawie moich uprawnień inkwizytorskich?

— Obawiam się, że to niemożliwe. Serwer-źródło nie ratyfikował stopnia bezpieczeństwa terminala. Prawdopodobnie będzie konieczne udanie się do siedziby Federacji Astronautycznej i bezpośrednie skorzystanie z ich baz danych.

— Rozumiem... — Inkwizytor się zamyślił. — Zestaw mi jeszcze datę tego ostatniego wypadku z listą nazwisk. Jeśli to możliwe, sprawdź też kody frachtów. Wydaje mi się, że tamten lot był zakodowany jako wcześniejszy niż poprzednie.

— Ma pan słuszność — zgodził się komputer. — Kod powinien oznaczać lot wcześniejszy, jednak daty się zgadzają; DH13-T-48 był ostatni. Według zestawienia, w czasie tego lotu zginęła tylko jedna osoba: Eric Gayst.

— Pilot?

— Informacja nie jest dostępna, ale miał uprawnienia pilota klasy B-3.

— Wystarczające, aby odbyć tak daleki lot?

— Nie. Minimalna dopuszczalna klasa uprawnień w rejsach tego zasięgu to A-15.

Inkwizytor zmarszczył brwi. Oto z grona niemych widm wyłoniło się jedno, które najwyraźniej chciało opowiedzieć swą historię, jednak elektronowe fale Styksu odmawiały jej powrotu do świata żywych.

„Cóż mi powiesz, maro?” — zapytał w duchu Iulius. — „Gdzie dom twój, gdzie twoje bogi, jaka śmierć zabrała cię spośród żywych?”.

Zaraz jednak zganił się za te mitologiczne gierki wyobraźni.

* * *

Młody urzędnik, który miał powitać Iuliusa w siedzibie Federacji Astronautycznej, taktownie milczał. Inkwizytor z uwagą przyglądał się tablicy pamiątkowej wiszącej w holu. Widniało na niej odlane w brązie godło Federacji z supernową i dwiema rakietami, a niżej – kunsztownie wykonany napis, który dumnymi, złotymi literami zdawał się wykrzykiwać z optymizmem godnym zdobywców kosmosu: PER ASPERA AD ASTRA! Pod nim z kolei umieszczono cztery kolumny nazwisk, razem może setki pilotów, zaś na samym już dole znajdował się cytat z Szekspira wytarty gorliwymi dłońmi naiwnych kadetów, którzy przychodzili tu złożyć hołd swym dzielnym poprzednikom:

Są rzeczy na ziemi i w niebiesiech, o których się filozofom nie śniło...[1]

Iulius przyglądał się cytatowi przez kilkanaście sekund. Potem jego wzrok zbłądził wśród równych rzędów nazwisk, by w końcu zatrzymać się mniej więcej w połowie czwartej kolumny, gdzie pośród tuzinów innych kryło się to, którego szukał: ERIC GAYST.

„A ty, Eric, jaki cud widziałeś w niebiesiech?” — pomyślał Iulius. Czekający nieopodal urzędnik odchrząknął. Inkwizytor odwrócił się ku niemu i odezwał:

— Pan już wie, o co chodzi?

— Oczywiście — zapewnił gorliwie młody człowiek. — Zebrałem dla ojca wszystkie materiały z dochodzenia, włącznie z nagraniami holo i protokołami. Także papiery z Akademii, dzienniki pokładowe z różnych lotów, opinie dowódców misji oraz profesorów... To chyba wszystko. Znalazłem też kilka wypowiedzi z mediów, ale do tego mógł już ojciec dotrzeć przez sieć ogólną. Jest tam między innymi komentarz żony Gaysta oraz pana Puerroza z TransPuerroz.

Razem ruszyli korytarzami do archiwum.

— Czy może mi pan powiedzieć o tej sprawie coś od siebie? — zapytał po drodze Iulius.

— O sprawie Gaysta? — urzędnik roześmiał się z zakłopotaniem.

— Chyba wolałbym się nie wypowiadać, jeśli ojciec pozwoli. Gayst to legenda, trudno by mi było powiedzieć, w co wierzę, a w co nie. Niektórzy uważają go za wzorcowego zdobywcę kosmosu, a inni po prostu za faceta, który cierpiał na depresję i popełnił samobójstwo. Ale, rozumie ojciec, tu chodzi o „żeglowanie za horyzont”. Dla wielu Gayst to człowiek, który dotarł gdzieś, gdzie nikt inny nie dotarł. Spróbował poszerzyć granice ludzkiego poznania. Podleciał zbyt blisko ognia i spłonął.

— Jak Ikar — mruknął Iulius.

— Kto taki? — młodzieniec zmarszczył brwi.

— Nikt, nieważne. Dziękuję panu bardzo.

Doszli do drzwi archiwum. Urzędnik skłonił się niezgrabnie, obrócił na pięcie i odmaszerował. Iulius tymczasem zajął miejsce przy przygotowanym terminalu i zaczął przeglądać zebrane dokumenty.

Akta śledztwa nie zawierały zbyt wielu cennych informacji. Ostatecznie sprawę uznano za nierozwiązaną. Nie wytoczono zarzutów, choć pojawiły się podejrzenia, że Jose Puerroz mógł dopomóc Gaystowi w nielegalnym odbyciu lotu. Nie zebrano jednak żadnych wiążących dowodów. Wraku statku Gaysta nigdy nie odnaleziono, więc nie było i nagrań z czarnej skrzynki. Minęło kilka godzin, zanim inkwizytor natrafił na coś, co przykuło jego uwagę.

Ostatnim człowiekiem, który rozmawiał z Gaystem, był kontroler lotu na stacji Mars-Exiterum. Komputer zarejestrował zaledwie kilka zdań.

— Jakikurs?

— Trzecia gwiazda na prawo... i prosto aż do rana — śmiech. Raczej kontrolera.

Iulius cofnął nagranie.

...wiazda na prawo... — wahanie. Cofnął ponownie. Trzecia gwiazda na prawo...

Głos Gaysta był spokojny, ale zdawało się, że czymś podszyty, jakimś trudnym do określenia uczuciem. Iulius próbował wyobrazić sobie, jak wyglądał właściciel tego głosu.

— Jaki kurs?

— Trzecia gwiazda na prawo... i prosto aż do rana

— Powodzenia, kowboju — śmiech. Jakby ktoś sypał ziarna piasku na membranę bębna. Nagranie się skończyło.

Inkwizytor przetarł oczy. Był zmęczony, obejrzał mnóstwo materiału ze śledztwa. Wiedział, że na dworze zapadła już noc. Ale wciąż nie znalazł tego, czego szukał. Duch Erica Gaysta milczał.

— Komputer... — mruknął.

— Słucham?

— Daj mi na wizję jakieś zdjęcie. Nie wiem, z Akademii albo coś.

— Słucham.

Przed twarzą Iuliusa zajaśniało trójwymiarowe popiersie przystojnego młodzieńca, typowego młodego boga ze Szkoły Astronautycznej.

Gayst miał rudobrązowe włosy, co w połączeniu z jaskrawymi, niebieskimi oczami dawało efekt, który z pewnością wywierał niemałe wrażenie na płci pięknej. Ponadto zaginiony pilot posiadał typowe cechy silnego samca, a więc wyraźnie zarysowaną żuchwę, ostrą linię brwi, trzydniowy zarost.

Iulius nie tego się spodziewał. Głos należał do dojrzałego mężczyzny, twarz pasowała raczej do chłopaczka z reklamy. To, jaka się okazała, sprawiło mu zawód. Może liczył na to, że ujrzy oblicze prawdziwego kosmicznego pioniera noszące ślady lat i licznych trosk.

Przejrzał jeszcze trochę innych holo. Gayst na wszystkich wyglądał tak, że bez trudu mógłby zostać twarzą Akademii – przystojny i zawadiacki zdobywca. Lata zdawały się nie wywierać na niego żadnego wpływu. W wieku dwudziestu pięciu i trzydziestu pięciu lat wyglądał praktycznie tak samo.

— Wyłącz — polecił komputerowi Iulius. Obraz zgasł.

Inkwizytor przez chwilę siedział w ciszy, potem wrócił do nagrań ze śledztwa.

Przesłuchiwany JosePuerroz.

Przewinął kawałek.

— ...czy to pan był ostatnią osobą, która widziała Erica Gaystażywego?

— Byćmoże.

— Tak czynie?

— Nie wiem... Mógł się jeszcze widzieć z żoną.

— Jaki był cel waszegospotkania?

— Czysto towarzyski. Ja i Eric często spotykaliśmy się na lunch albodrinka.

— Czy Eric Gayst był pańskimprzyjacielem?

Zatrzymał.

W powietrzu przed nim wisiało świetliste imago Jose Puerroza. Facet wyglądał na zmęczonego, miał podkrążone oczy. Jednak jego twarz nie wyrażała praktycznie żadnych emocji, może tylko cień jakiegoś uczucia. Musiał włożyć niemało wysiłku w to, żeby tak nad sobą panować.

Iulius cofnął nagranie.

— Czy Eric Gayst był pańskimprzyjacielem?

Zatrzymał. To było to.

Cofnął jeszcze raz. Był już pewien. Kiedy przesłuchujący mówił „przyjacielem”, maska Puerroza na ułamek sekundy pękała. „Tak” — odpowiadał potem mężczyzna, już bez śladu niepokoju — „byliśmy przyjaciółmi. Znaliśmy się jeszcze ze Szkoły Astronautycznej, z jednego roku. Trochę razem lataliśmy, często też widywaliśmy się na Ziemi”.

Iulius był pewien, że ten człowiek wiedział o sprawie Erica coś, czego nie chciał zdradzić.

Sprawdził dane z archiwów Akademii. Puerroz faktycznie studiował razem z Gaystem, choć był starszy. Razem powtarzali rok, „zawieszeni z przyczyn dyscyplinarnych” – jak mówił raport. Przez dwa pierwsze lata szkoły obaj kadeci zbierali raczej negatywne opinie. Jeśli chodzi o samego Gaysta, to był do tego stopnia nielubiany, że kilku profesorów wręcz złożyło wniosek o usunięcie go z uczelni. Zarzucali mu niedojrzałość i brak stabilności emocjonalnej. Dopiero od trzeciego roku jego wyniki uległy poprawie, podobnie jak u Puerroza. Ostatecznie Gayst ukończył Akademię z wyróżnieniem i jako pierwszy od lat kadet od razu otrzymał klasę A-15, która zezwalała na pilotowanie lotów żeglugi dalekokosmicznej. Jego przyjaciel dostał B-2, czyli też jedną z lepszych na roku.

— Daj na wizję listę lotów Gaysta — polecił komputerowi Iulius.

— Słucham.

Spis był bardzo obszerny: głównie długie rejsy dalekokosmiczne, w tym sporo na Empireum. Jednak pod koniec życia Gaysta misji robiło się coraz mniej. W którymś momencie utracił on nawet klasę A i odbywał już tylko krótkie loty, w większości wewnątrzsystemowe w Układzie Słonecznym.

— Filtr: zostaw tylko loty na Empireum.

— Słucham.

Iulius przyjrzał się ponownie mocno przerzedzonej liście i ze zdziwieniem stwierdził, że planeta była celem już pierwszej misji Gaysta.

— Pokaż mi nagranie z tego najwcześniejszego lotu — polecił.

— Przykro mi — odparł komputer. — Nagranie nie jest dostępne.

— Przyczyna?

— Komputer pokładowy uległ awarii w toku misji.

— Jaki jest kod tej misji?

— DH-13-T-48.

Iulius powoli odsunął się od terminala. Zmarszczył brwi.

— Wyślij wiadomość do archikatedry — mruknął po chwili. — Niech spróbują zorganizować spotkanie z panem Jose Puerrozem. I panią Elizabeth Gayst, jeśli to możliwe.

— Słucham.

III

Jose Puerroz był jednym z tych staruszków, dla których nowoczesna medycyna zdziałała cuda. Wyglądał na jakieś pięćdziesiąt pięć, może sześćdziesiąt lat – w istocie liczył ich niemal sto. Był elegancki, ubrany modnie, lecz nie krzykliwie, z odrobiną luzu właściwą komuś, kto za młodu słynął jako łamacz kobiecych serc. Nazwanie go przystojnym zapewne zakrawałoby na przesadę – wiek i lekka otyłość mimo wszystko zrobiły swoje – ale bez wątpienia miał klasę.

W kontaktach z innymi ludźmi momentalnie budził sympatię. Był serdeczny, wylewny w charakterystyczny, latynoski sposób. Śmiał się dużo i głośno, pokazując przy tym równe białe zęby.

Jednak Iulius na tyle dobrze znał się na ludziach, żeby wiedzieć, że pomimo całej swej otwartości Jose Puerroz potrafi być ostrożny, a jego radosne, czarne jak węgiel oczy przez cały czas pozostają czujne. Gdyby tak nie było, nigdy nie zostałby dyrektorem jednej z pierwszych firm astronautycznych, które przełamały monopol gospodarczego monolitu, jakim jeszcze pięćdziesiąt lat wcześniej był UniClas.

Gdy Iulius zjawił się w jednej z letnich rezydencji milionera, został przyjęty jak stary znajomy, przywitany przez szacowną – choć o wiele młodszą – małżonkę Puerroza, a następnie zaprowadzony do salonu i poczęstowany kawą. Kiedy pokazał się sam gospodarz, zaprosił on inkwizytora do swego gabinetu, zaoferował mu odrobinę koniaku i cygaro – na co ten grzecznie odmówił – i przystąpił do wypytywania o cel wizyty. Rozmowa toczyła się dość beztrosko, ale Iulius czuł, że jest badany.

— Dlaczego chce ojciec rozmawiać o Ericu? — zapytał w którymś momencie Puerroz, wypuszczając kółko cygarowego dymu. — To bardzo stara sprawa.

— Lecę na Empireum — odparł krótko Iulius.

— Ach, rozumiem. — Jose się uśmiechnął. — Więc nasłuchał się ojciec bajek o jego lotach na tę planetę. Większość z nich to bujdy, bajania starych pilotów, którzy chcieliby wierzyć, że ich praca to coś więcej niż przerzucanie złomu i kopalin z jednej strony galaktyki na drugą.

— Ale nie da się ukryć, że zginął na Empireum — wtrącił inkwizytor.

— Prawda... Lecz nie on jeden.

— Okoliczności jego śmierci są nader tajemnicze.

Jose pokiwał głową i przygryzł wąsy. Zamyślił się na chwilę. Następnie pochylił się w stronę gościa i rzekł:

— Mogę ojcu opowiedzieć o Ericu, lecz wciąż nie wiem, w jakim celu. Co to ojcu da? Nie znam zagadki jego śmierci, nie wiem, co tam się wydarzyło. Mogę tylko opowiedzieć, jaki był za życia. A właściwie, jakim go zapamiętałem.

Iulius nie miał na to żadnej dobrej odpowiedzi. Sam się zastanawiał, co mu da odkrycie, kim był Eric Gayst, co ta wiedza zmieni w jego misji. Właściwie tylko jakieś niejasne przeczucie podpowiadało mu, że może to go zbliżyć do zrozumienia Empireum – tej dziwnej planety, która stała się grobowcem niejednego gwiezdnego podróżnika.

Nie odrzekł więc nic, wzruszył tylko ramionami, a Jose się roześmiał.

— Dobra — rzekł i zaciągnął się cygarowym dymem. — Ja i Eric poznaliśmy się w Akademii... Ale to już pewnie ojciec wie. Zgaduję, że odrobił ojciec pracę domową, co? — Tu mrugnął porozumiewawczo.

— Proszę kontynuować — odparł sztywno inkwizytor.

— W porządku. W Akademii Eric miał, jak to się mówi, reputację. Był oczywiście świetnym pilotem, ale to, z czego zasłynął... Powiedzmy, że niejedna dziewczyna chciała tę reputację sprawdzić. Zresztą, co ja będę ojcu gadał – ot, młodość. Zamiast studiować wykresy Hayensa albo zapoznawać się z Astrogacją Willifa, rozbijaliśmy się po barach i chodziliśmy na podryw. Po ukończeniu Akademii nasze drogi trochę się rozeszły. Oczywiście byliśmy wciąż dobrymi kumplami, ale wtedy latało się o wiele dłużej, trasę Ziemia-Nowe Bizancjum robiło się dobre dwa miesiące. Najdłuższe trasy w obie strony zajmowały nawet pół roku. Nie tak, jak dziś. Na Empireum leci się niecały miesiąc, a na porządnym wojskowym napędzie nawet dwa tygodnie. W każdym razie spotykaliśmy się rzadko. Zwłaszcza że Eric dostawał same dalekosiężne loty. Nieźle zresztą na tym zarabiał – dorobił się nawet domu na Ziemi. Czasem zdarzało nam się latać razem, a jak się akurat złożyło, że obaj mieliśmy wolne, to trochę imprezowaliśmy. No i na którejś z takich zabaw Eric poznał Lizzy... To była wspaniała dziewczyna, nie tylko piękna, ale i... czy ja wiem… niezwykła. Tak czy owak, Eric się ożenił. Ja w tym czasie przestałem latać, założyłem firmę przewozową. Postarzeliśmy się, ustatkowaliśmy, on miał jakiś wypadek i potem brał już niewiele misji. W tym czasie zaczęliśmy się widywać nieco częściej. Ale to przestał być ten sam facet, którego znałem na studiach. Cóż, wie ojciec, jak to jest, starość... — Jose roześmiał się serdecznie. — Oczywiście wtedy nie wyobrażałem sobie, że mogę być kiedykolwiek tak stary, jak dzisiaj. Byłem pewnie w tym wieku, co ojciec teraz. Ile ojciec ma lat, jeśli można spytać?

— Czterdzieści dziewięć.

— No to nawet byłem dwa lata młodszy. — Puerroz roześmiał się ponownie, lecz zaraz spoważniał. — To znaczy wtedy, kiedy Eric odbył swój ostatni lot. On miał wówczas zaledwie czterdzieści lat, trochę to za wcześnie na umieranie. Ale cóż, wszyscy piloci wiedzą, jakie ryzyko wiąże się z ich zawodem.

— Tak... — Iulius przytaknął machinalnie, próbując zebrać myśli. — Pozwoliłem sobie sprawdzić pańskie dane ze Szkoły Astronautycznej. Według archiwum, pan i Eric Gayst powtarzaliście jeden rok. Czy można zapytać, co było tego przyczyną?

— Więc dotarł ojciec nawet do tego? — Jose uśmiechnął się i zgasił cygaro. — Wywinęliśmy wtedy naprawdę szalony numer. Wykradliśmy ze szkolnego hangaru prom szkoleniowy. Byliśmy totalnie pijani! Mieliśmy ambitny plan udać się na krótką przejażdżkę – na Księżyc i z powrotem. Nie udało nam się nawet opuścić atmosfery, o mały włos nie rozbiliśmy promu, a i tak był nieźle porysowany. To było szaleństwo! A chryja jaka się zrobiła... Chcieli nas od ręki wywalić, mieliśmy fart, że nas tylko zawiesili. O, tak...! — Zachichotał, a w jego oczach na chwilę pojawił się błysk młodzieńczej wesołości. — To było coś! To cały Eric. Chyba nie muszę mówić, że tę ekspedycję wymyślił on?

— Na którym to było roku?

— Na drugim, pamiętam dobrze. Pod koniec drugiego trymestru. Musieliśmy powtarzać wszystkie najtrudniejsze egzaminy. Powtórka z astrofizyki w ujęciu Krebbera była naprawdę bolesna.

— A co się robi na trzecim roku?

— Ach, tak... — Puerroz pokiwał głową. — Naprawdę odrobił ojciec pracę domową. Trzeci rok jest szczególny. Wtedy odbywa się pierwszy treningowy lot w otwartej przestrzeni.

— Rozumiem. Powiedział pan... — Inkwizytor zawahał się na chwilę. — Czy Eric Gayst był pańskim przyjacielem?

Jose nie chwycił przynęty. W jego twarzy nic się nie zmieniło. Nic dziwnego, od śledztwa w sprawie śmierci Gaysta minęło już pięćdziesiąt lat. Z pewnością staruszek nie pamiętał dokładnych słów przesłuchujących.

— Tak, był — odparł tylko, zdziwiony nieco pytaniem. — Byliśmy naprawdę dobrymi kumplami. Choć Eric... on nie przywiązywał się za bardzo do ludzi, rozumie ojciec. W sumie nie miał w Akademii wielu przyjaciół, mimo iż był dość... jak by to ująć? Towarzyski?

— Czy może mi pan coś powiedzieć o pierwszym locie Gaysta? — Iulius przeskoczył na nowy temat, uważnie obserwując reakcję swojego rozmówcy.

— Tak, to był lot na Empireum. Zapewne o tym chciał ojciec usłyszeć. Potem, po śmierci Erica, zrobiło się wokół tego sporo szumu. Że niby to nie przypadek. Ale on często tam latał. Był dobrym pilotem, a to ciężka trasa. Wszyscy mu zazdrościliśmy, bo od razu dostał klasę A-15. Ja miałem B-coś, nawet nie pamiętam. Tak czy siak, mógł już zrobić prawdziwy rejs, a my przerzucaliśmy złom ze stacji na stację gdzieś w środkowych koloniach.

— Widział pan nagranie z tego lotu?

Jose uśmiechnął się chytrze.

— Komputer pokładowy uległ wtedy uszkodzeniu, prawda? — zapytał.

— Owszem — przyznał Iulius.

— Dziwny zbieg okoliczności...

— Dosyć.

— Tak, widziałem, a właściwie słyszałem to nagranie.

— Nie rozumiem...

Puerroz po raz kolejny wybuchnął perlistym śmiechem.

— Rozumie ojciec — powiedział, zapalając następne cygaro. — Niestety nie mogę w tej sprawie pomóc.

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Żona Puerroza zajrzała do gabinetu i oznajmiła, że lunch jest gotowy. Iulius również został zaproszony na posiłek, choć próbował odmówić.

Przy stole rozmowa potoczyła się dalej. Jose opowiadał rozmaite anegdoty i dowcipy z lat studenckich, unikał jednak poważniejszych zagadnień. Gdy zjedli, inkwizytor oznajmił, że pora mu zająć się innymi sprawami. Miał poczucie, że i tak sporo czasu zmitrężył, nie osiągając żadnych konkretnych rezultatów.

Stary milioner odprowadził go do drzwi, lecz w holu zatrzymał się jeszcze na chwilę.

— Był ojciec kiedykolwiek na Empireum? — zapytał niespodziewanie.

— Tak, byłem. A pan?

— Nie. Widziałem tylko nagrania. To nie miejsce dla ludzi takich jak ja.

— Więc dla jakich?

Jose się roześmiał.

— Dla takich jak Eric Gayst... i jak ojciec — rzekł i przyjaźnie klepnął inkwizytora po plecach. — Chciałbym coś ojcu dać, skoro ojciec tam leci.

Zniknął na chwilę, a potem wrócił, niosąc w dłoni ładnie oprawioną drukowaną książkę.

— Czytał to ojciec? — zapytał, wręczając ją Iuliusowi.

— Księgi Lucyfera? Tak, ale bardzo dawno temu.

— To proszę przeczytać ponownie. To pierwszy tom, mój ulubiony. Zawsze kojarzył mi się z Erikiem.

Inkwizytor pokiwał niepewnie głową. Był nieco zmieszany.

— Dziękuję — mruknął.

— Pomyślnych wiatrów — zaśmiał się Puerroz, po czym się pożegnali.

* * *

Choćbym szedł przez ciemną śmierci dolinę, zła się nieulęknę...

Iulius wpatrywał się przez chwilę w motto wypisane drobnymi czarnymi literkami na pierwszej stronie Ksiąg Lucyfera, po czym schował książkę do obszernej wewnętrznej kieszeni habitu i zadzwonił do drzwi.

Z Lizzy Gayst czas nie obszedł się tak łaskawie, jak z Jose Puerrozem, mimo iż miała od niego dobre dziesięć lat mniej. Wiek i zmęczenie widać było wyraźnie w całej jej osobie: w przygasłym blasku oczu i starannie odmierzanych, uważnych ruchach. Po śmierci Erica nie wyszła ponownie za mąż, a przez pięćdziesiąt lat samotności zdziwaczała odrobinkę, w ten niegroźny, babciny sposób. Dużo czasu spędzała w ogrodzie sztucznie wyhodowanym pod ochronną kopułą na środku pustyni. Wśród swoich roślin czuła się chyba lepiej niż w obecności ludzi.

W pierwszej chwili, gdy otworzyła drzwi, wyjrzała dość nieufnie, jednak po paru sekundach przypatrywania się twarzy Iuliusa – uśmiechnęła się. Sam inkwizytor był tym zaskoczony. Ludzie rzadko reagowali uśmiechem na jego widok. Najwidoczniej jednak Lizzy Gayst znalazła w jego surowej, brzydkiej twarzy coś sympatycznego, gdyż zaprosiła go serdecznie do środka.

Dom był przestronny i pełen światła, prawie pozbawiony ścianek działowych – kolejne pomieszczenia płynnie przechodziły jedno w drugie. Meble wydawały się dość stare.

Iulius musiał przyznać, że wnętrze mu się podoba. Miękkie, błękitnawe światło i ledwo uchwytny szmer wody tworzyły razem atmosferę pełną spokoju. Podobał mu się również zapach – nie pachniało starością, jak się spodziewał, tylko kawą i czymś nieokreślonym, być może jakąś pastą do mebli.

— Chciałby się pan czegoś napić? — zapytała Lizzy Gayst, najwyraźniej zapominając, że rozmawia z zakonnikiem.

— Jeśli to nie sprawi problemu.

— Ależ skądże — poprowadziła go do kuchni. — To bardzo miło, że pan wpadł.

Inkwizytor ruszył za nią, z zakłopotaniem dochodząc do wniosku, że wypytywanie staruszki o dawno zmarłego męża byłoby nieco nie na miejscu. Zwłaszcza że najwyraźniej zapomniała, iż Iulius przyszedł do niej w interesach, a nie z wizytą towarzyską.

Lizzy podała mu kubek aromatycznej kawy. Przyjął go i uśmiechnął się blado – lubił zapach kawy, ale smaku już nie bardzo. Niestety, w tej sytuacji nie miał wyjścia. Powoli sącząc gorący napój, rozpoczął grzecznościową rozmowę. Gospodyni szybko przejęła inicjatywę i zaczęła zasypywać go tonami informacji o fascynującym życiu kwiatów. Potem płynnie przeszła do kilku kilku innych tematów, przy okazji oprowadzając gościa po domu.

Iulius słuchał, od czasu do czasu kiwając grzecznie głową, dopóki nie zobaczył starego holo, na którym było widać oboje Gaystów na plaży. Odczuwając lekkie wyrzuty sumienia, zapytał:

— To pani mąż?

Lizzy urwała dotychczasowy wątek i spojrzała na holo. Przez jej wargi przebiegł smutny uśmiech.

— Tak, Eric — powiedziała.

„Czy mogłaby pani opowiedzieć mi o nim?” — miał ochotę zapytać inkwizytor, ale słowa utknęły mu w gardle.

— Bardzo lubił muzykę — powiedziała Lizzy. — A pan? Lubi pan muzykę? Może chciałby pan czegoś posłuchać?

Nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę pokojowego terminala, aby coś puścić.

— Nie słucham dużo... — odpowiedział Iulius, orientując się, że zewsząd dokoła zaczynają płynąć pierwsze dźwięki.

— Eric często słuchał muzyki — ciągnęła Lizzy. — Bardzo lubił utwory przedwojennych kompozytorów. To smutne, że tak niewiele się z nich zachowało, nie sądzi pan? Uwielbiał Mozarta... Szkoda, że nie mamy żadnego jego nagrania. Dokonano tylko rekonstrukcji tego kawałka, trochę ponad pół godziny z Requiem. Ciekawe, czy inne kompozycje też były tak piękne? Lubił również Pinka Floyda. Zna pan tego kompozytora? Żył niewiele później niż Mozart, a tworzył zupełnie inną muzykę. Zachowały się nagrania, ale też niewiele. Wszystkiego jakieś dwie, trzy godziny. Większość kompozytorów znamy tylko z nazwisk... Interesuje się pan trochę muzyką? Bach, Chopin, Lennon, Grzegorz Nazjanz – nikt już dziś nie wie, jaką muzykę pisali. To bardzo smutne, nie sądzi pan?

— Nie wiem — bąknął Iulius. Wymienione nazwiska niewiele mu mówiły. Podszedł do terminalu i w tym momencie utwór się zmienił.

Patetyczne chorały zostały zastąpione przez spokojne dźwięki, które zdawały się spadać ze ścian niczym krople rosy. Grała gitara i jakieś elektroniczne klawisze. Po chwili dołączył też śpiew. Nagle bębny zadudniły i utwór nabrał siły. Terminal wyświetlał tłumaczenie tekstu ze staroangielskiego.

A jeśli tama pęknie o wiele lat zawcześnie,

Jeśli nie będzie już miejsca nawzgórzu,

Jeśli twoja głowa wybuchnie od nadmiaruszumu,

Spotkamy się po ciemnej stronieksiężyca...

— Myślę, że to o wiele lepsza muzyka niż ta współczesna — mówiła dalej Lizzy. — Zgodzi się pan? Dzisiaj muzyka nie wymaga wcale wyobraźni. Wszystko jest obliczone, częstotliwość drgań wywoływanych dźwiękiem i tak dalej. Zamiast pobudzać ludzką duszę, pobudza tylko ludzki mózg. Zawsze uważałam, że to nienaturalne. Muzyka współczesna jest zbyt biologiczna, otępiająca. A co pan o tym sądzi?

— Ja... — Iulius zawahał się. Spojrzał gdzieś w bok. — Zgadzam się w pełni. Pani mąż też tak uważał?

— Och, tak. Eric miał trochę romantyczne usposobienie. Nie lubił sztuki na pokaz. Pamiętam, że jak byliśmy jeszcze młodzi, często chodziliśmy na długie spacery wzdłuż brzegu oceanu. To całkiem niedaleko. Wyobraża pan sobie? Z jednej strony pustynia, a z drugiej morze. Eric bardzo lubił szum fal. Lubił spokój... Tam zawsze było tak pusto – żadnych ludzi, tylko piach i woda, złocista w ostatnich promieniach słońca.

Lizzy uśmiechnęła się błogo i siadła w jednym z foteli. Iulius przez chwilę czekał na zaproszenie, żeby też usiąść, ale się nie doczekał. Trwał w bezruchu przez kilka minut, aż w końcu przebąknął coś, że musi iść i zaczął się niezgrabnie cofać w stronę drzwi. W tym momencie gospodyni otrząsnęła się z zamyślenia i poderwała z miejsca.

— Już pan idzie? — zapytała.

— Tak, muszę się przygotować. Czeka mnie długi lot.

— Opuszcza pan Ziemię?

— Tak.

— Można spytać, gdzie pan leci?

— Na... — inkwizytor odchrząknął. — Na pewną naukową misję Kościoła. To nic takiego.

— Ach... Zatem życzę panu powodzenia.

IV

Iulius ziewnął przeciągle; ostatnio słabo spał. Męczyła go bezsenność, właściwa ludziom obsesyjnie oddającym się jakiejś sprawie. Od przeglądania kolejnych raportów bolały go oczy. Swoje dwa dni zmitrężył na uganianiu się za duchami, teraz zaś siedział i próbował przyswoić informacje z archiwów Oficjum. Jednak zagadka Gaysta wciąż nie dawała mu spokoju, tliła się gdzieś w jego podświadomości, nawet gdy przeglądał sprawozdania z kolejnych wypraw inkwizytorów na Empireum.

Tych wypraw odbyło się kilkanaście; planeta od bardzo dawna była popularnym punktem pielgrzymkowym. Wierni udawali się tam, oczekując uzdrowień i objawień. Całe mnóstwo rzekomych świadków opowiadało o emanacjach boskiej obecności. Kościół starał się zachować dystans, ale było to dosyć trudne wobec spontanicznej aklamacji „ludu”.

Niestety naukowych poszlak wskazujących na ingerencję nadprzyrodzonego nie udało się znaleźć. Tylko zjawiska jednoznacznie niewytłumaczalne mogły zostać uznane za boskie działanie, a w wypadku Empireum nic takie nie było. Jego potężne pole magnetyczne oraz niezwykłe erupcje promieniowania potrafiły płatać figle nawet najdokładniejszej aparaturze, nie wspominając już o jakże łatwych do oszukania ludzkich mózgach. Nie należało przy tym zapominać o wpływach natury psychologicznej. Legendy o Empireum krążyły, odkąd tylko zostało odkryte, a świadomość znalezienia się na samym skraju ludzkiej cywilizacji potrafi wstrząsnąć nawet najbardziej racjonalnym umysłem.

Ze wszystkich sprawozdań, Iuliusa zainteresowało kilka opisujących wydarzenia podobne do tych ostatnich. Znalazł się wśród nich przypadek człowieka, który po wizycie na Empireum na kilka miesięcy stracił pamięć. Gdy ją odzyskał, zeznał, że widział sekrety Boga, lecz jego umysł nie był w stanie ich ogarnąć, dlatego musiał o wszystkim zapomnieć.

Pozostali pasażerowie uczestniczący w tym rejsie również doświadczyli różnych dziwnych sensacji. Niektórzy opowiadali o cudownych snach, jakie mieli, inni o chwilowej utracie świadomości, po której nie pamiętali, jak dotarli w jakieś miejsce. Wszystko to działo się wtedy, gdy statek przebywał w atmosferze Empireum – część znajdujących się na pokładzie ludzi podziwiała właśnie w tym czasie fenomen Aniołów Kartezjusza.

Inkwizytorzy przeprowadzili bardzo dokładne śledztwo: przesłuchali wszystkich uczestników lotu, zbadali aparaturę statku, zebrali dotyczące atmosfery Empireum odczyty z komputerów. Nie udało im się określić właściwej przyczyny tego, co się wydarzyło, ale ich zdaniem dwa aspekty sprawy przesądzały o tym, że nie mogło być mowy o nadprzyrodzonej ingerencji. Po pierwsze, przyrządy statku zarejestrowały ponadprzeciętny wzrost aktywności magnetycznej w związku z wystąpieniem zjawiska Aniołów. Mogła ona wywołać chwilową albo nawet długotrwałą utratę pamięci. Po drugie, profil psychologiczny głównego świadka czynił go mało wiarygodnym, gdyż człowiek ten miał skłonności histeryczne i łatwo nadinterpretował fakty.

Dochodzenia w sprawie innych tego typu przypadków dały podobnie nikłe rezultaty. Zdarzało się, że ludzie w okolicy Empireum doznawali cudownych wizji. Kilkakrotnie tracono łączność z pilotami. Odnajdywali się oni po paru dniach, nie pamiętając, co się z nimi w tym czasie działo. Istniało też mnóstwo plotek o wypadkach, których w żaden sposób nie można było zbadać. Niejeden statek zaginął, dając tym samym pożywkę spekulacjom i niesamowitym teoriom. Takimi sprawami Inkwizycja na ogół nawet nie próbowała się zajmować.

Iulius westchnął, po raz kolejny zadając sobie pytanie: „Co takiego jest w tej planecie, że koniecznie chcą tam znaleźć jakiś cud?”.

Wtem jego oczy zatrzymały się na raporcie dotyczącym Ksiąg Lucyfera Ionasa Atawafisa. W życiu nie przyszłoby mu do głowy wiązać dzieła poety z jakimś nadnaturalnym wydarzeniem. Zaciekawiony, zaczął przeglądać pliki.

Okazało się, że dochodzenie to zostało przeprowadzone na prośbę samego cesarza. Sugerował on, że pewne treści zawarte w Księgach... mogły zrodzić się z boskiego natchnienia. Inkwizycja zbadała okoliczności powstania poematów oraz ich wymowę, nie znalazła w tym jednak niczego nadprzyrodzonego, choć całe dzieło wydało jej się szczególnie bliskie nauczaniu Kościoła.

Iulius odsunął się od komputera i wydobył zza pazuchy habitu książkę, którą otrzymał od Puerroza. Powoli przesunął palcami po eleganckiej, skórzanej oprawie, zastanawiając się, czy zajrzeć do środka.

* * *

Posiedzenie Oficjum ciągnęło się niemiłosiernie. Większość wypowiedzi prelegentów Iulius wpuszczał jednym uchem, a wypuszczał drugim. Kolejni mówcy zasypywali słuchaczy setkami cyfr, pokazywali wykresy, statystyki, wyliczali, jak wielu ludzi udaje się na Empireum, z jakich pochodzą diecezji, kościołów, sekt, jakie to ma znaczenie i jaki wpływ na politykę Kościoła. Przedstawiali również osiągnięcia poprzednich ekspedycji – większość z tych danych Iulius znał już z własnego dochodzenia.

— ...tylko w tym roku Empireum odwiedziło przeszło trzydzieści milionów pielgrzymów, w tym aż siedemdziesiąt procent stanowili członkowie Kościoła... — mówił ktoś właśnie.

— ...człowiek imieniem Fineasz Stark, który przed ponad stu laty zginął w okolicach Empireum, już w trzynastu diecezjach jest otoczony kultem właściwym świętym. Otrzymujemy mnóstwo próśb o jego beatyfikację i kanonizację... — opowiadał chwilę później ktoś inny.

— ...Empireum to miejsce cudów, tylko wciąż brak nam na nie dowodów...

— Prawie miliard ludzi w ciągu ostatnich dwustu lat utrzymywało, że doznało na tej planecie boskiego objawienia...

Kiedy przypominające licytację przerzucanie się liczbami wreszcie dobiegło końca, głos zabrał arcybiskup Jozafat. Jego pojawienie się na chwilę skupiło uwagę Iuliusa, który próbował przywołać w swej pamięci obrazy z jedynej wyprawy, jaką odbył na Empireum. Przez cały czas jednak oczami wyobraźni widział tylko twarz Gaysta, zaś „uchem wyobraźni” słyszał jego słowa: Trzecia gwiazda naprawo...

— Skoro mamy już za sobą obszerne wprowadzenie w problematykę Empireum — mówił tymczasem Jozafat — pora opowiedzieć o krokach, które podejmiemy teraz. W obliczu ostatnich tajemniczych wydarzeń, wierni ze wzmożoną siłą domagają się, abyśmy rozwikłali zagadkę tej niezwykłej planety. Dlatego właśnie uda się na nią jeden z naszych najlepszych inkwizytorów, ojciec Iulius Decymber. Jego zadaniem będzie ustalić rzecz niezwykle ważną dla naszej wiary – czy na Empireum doszło faktycznie do boskiego objawienia. Ale to nie wszystko, bowiem natura zjawisk, które niedawno miały miejsce, jest dla nas niezwykle niepokojąca. Jeśli ojciec Iulius wykluczyłby możliwość objawienia, będzie musiał ustalić, czy wydarzenia na Empireum nie stanowią zagrożenia dla dusz wiernych pielgrzymów. Innymi słowy, jego zadaniem będzie dowiedzenie się, czy ci, którzy się tam udają, nie popełniają grzechu herezji...

„Więc o to chodzi...” — pomyślał Iulius. — „Jozafat chce ostatecznego rozwiązania problemu. Kościół musi się wreszcie zdeklarować, czy uznaje cuda z Empireum. A jeśli nie, będzie musiał stanowczo się od nich odciąć”.

— Straszliwe spłaszczenie sprawy... — mruknął pod nosem, z dezaprobatą kręcąc głową.

Następnie zagłębił się znów w rozmyślania. Miał nadzieję, że całe to kadzenie skończy się jak najszybciej.

* * *

Choćbym szedł przez ciemną śmierci dolinę, zła się nieulęknę...

Iulius westchnął, słysząc odległy, wytłumiony przez grube pokłady kadłuba szum budzących się do życia silników.

„Zła się nie ulęknę” — powtórzył w myślach.

Odłożył książkę na stolik podróżny. Nie miał ochoty czytać. Wczuł się całym sobą we wstrząs, następujące po nim drżenie, a w końcu rosnący nacisk, który przez kilkanaście sekund wgniatał go w fotel. Przez tę chwilę nie mógł złapać oddechu, krew przyspieszyła w żyłach, zadudniło w głowie. Jednak amortyzatory w oparciu zadziałały szybko i nacisk zniknął, pozostało tylko uczucie, że ciało staje się strasznie ciężkie. Trwało to kilka, może kilkanaście minut, a potem nagle znikło. Pojawiła się za to ta dziwna lekkość, którą się odczuwa, gdy puszczą okowy grawitacji.

Iulius nie patrzył w iluminator, nie interesował go widok wielkiej czerni upstrzonej gdzieniegdzie jasnymi punktami gwiazd. Przesłonił oczy dłonią. Mimo natłoku myśli, próbował zmusić się do drzemki.

Jednak nie było mu to dane. Z pobliskiego terminala dobiegł go pisk sygnału informującego o nadejściu wiadomości. Westchnął i polecił komputerowi ją odtworzyć. Rozległa się seria trzasków wywołanych zakłóceniami, a potem popłynął głos:

— Załogowy lot na planetę Empireum, kod DH13-T-48, pilot pierwszej wachty Eric Gayst, klasa A-15. Jest trzynasta czasu ziemskiego. No – trzynasta jeden. Zdaje się, że pora na raport. Minęło dokładnie osiem godzin, czterdzieści dwie minuty i piętnaście sekund od opuszczenia osobliwości korytarza. Lot przebiega bez trudności. Komputer dokonał koniecznych korekt kursu. Milionowe części stopnia, hmf! Zużycie paliwa mieści się w normie. Ciśnienie powietrza w normie, temperatura w normie, napięcie na głównych obwodach w normie, ciśnienie gazów paliwowych w normie. Tyle, jeśli chodzi o część oficjalną. Komputer, przełącz na mój prywatny dziennik. Log out. …

— Brzmiało całkiem profesjonalnie, co, komputer?

— Nie mam zdania na tentemat.

— No tak, nie płacą ci za to, żebyś miał własne zdanie, dobrze mówię? Trudno, niech tam będzie. Chłopaki z astronautyki pewnie i tak konają z zazdrości. Pierwszy lot – na Empireum. Dalekie Rubieże. Żaden z tych kołków nie dostał klasy A i nie został dopuszczony do żeglugi dalekokosmicznej. Cóż, parę lat przerzucania śmieci między Marsem a księżycami Jowisza i może dadzą jednemu z drugim uprawnienia na centaury lub coś o zbliżonym megatonażu. Taki już losmaluczkich.

— Wprowadzam korektę kursu. Silniki hamujące na 0,0038% mocy. Opuszczamy ciemną stronę planety. Trzeci stopień przesłony.

— Jezu! Jezu… Empireum to z greki szczyt boskości, wiedziałeś? Trochę patetycznie, ale – cholera – teraz rozumiem, co nimi kierowało, gdy wybierali nazwę. Nawet w najśmielszych snach… Komputer, co to jest? Ta wielobarwna formacja… Jakiś obłok gazów? Rusza się, rusza…

— Widzi pan tak zwane AniołyKartezjusza.

— Są… Hmmm. Sąpiękne.

— To rodzaj wyładowania atmosferycznego. Oficjalnie nazywa się je wyładowaniem Hansena. Czy życzy pan sobie usłyszeć dokładniejszeinformacje?

— Taa-a… Tak!

W tym miejscu nastąpił obszerny wywód komputera pokładowego na temat Aniołów Kartezjusza, jednak Iulius nie słuchał go zbyt uważnie, dopiero jedno z ostatnich zdań przykuło jego uwagę.

[...]Pan Morwood wysunął również śmiałą tezę, że Anioły mogą być pewną formą obcej inteligencji, ponieważ wykazują – jak to określił – twórczązmienność.

— Chcesz powiedzieć, że to coś może byćżywe?!

— Teoria inteligencji czy chociażby szczątkowej inteligencji Aniołów nigdy nie została naukowo potwierdzona. Wywołała jednak burzę w kręgach planetologów, astrofizyków i ksenoetnologów. Spory i dyskusje ciągnęły się latami. Obecny consensus w kręgach akademickich odrzuca jednak taką możliwość. Na Empireum powrócił również uczeń pana Morwooda, planetolog Jacques Klapicki z Uniwersytetu Kartezjusza. Pan Klapicki potwierdził przypuszczenia Morwooda dotyczące promieniowania wytwarzanego przez Anioły. Dokonał również wielu bezcennych obserwacji i dostarczył mnóstwa materiału badawczego – zdjęć, próbek, filmów. Na pamiątkę obu tych naukowców, a właściwie uniwersytetu, z ramienia którego prowadzili badania, wyładowanie Hansena zostało ochrzczone mianem AniołówKartezjusza.

— W porządku. Ale dlaczego Anioły? Te obłoki są… są bezkształtne. To tylko ruch i ciągła przemiana i światłość. I coś jeszcze, coś… Nie ma w tym formy. Dlaczego więcAnioły?

— Zaraz się pan przekona. Czy widzi pan dziwną strukturę, wyrastającą z chmur objętychwyładowaniem?

— Tak… wyglądają jak armia z proporcami. Wzbijają się… coraz wyżej… Gharhhh!!

— Alarm! Alarm! Alarm! – Co sięstało!?

— Dostaliśmy się w obszar wyładowania. Uwaga! Turbulencje! Uwaga!

— Uruchom silniki hamujące! Rozpocząć proceduręawaryjną!

— Ostrzeżenie. Spadek napięcia na głównych obwodach. Ostrzeżenie. Spadek ciśnienie gazów napędowych. Ostrzeżenie. Wzrost napięcia na głównych obwodach. Ostrzeżenie. Napięcie na głównych obwodach osiągnęło stan krytyczny. – Kurwa! Co siędzieje?!

— Ostrzeżenie. Wzrost temperatury na zewnętrznej powierzchni kadłuba. Ostrzeżenie. Wzrost ciśnienia na zewnętrznej powierzchnikadłuba.

— Dawaj ręczne sterowanie! O kurwa, o ja…

— Odmawiam. Bardzo miprzykro.

— Co!?

— Niestety, sądzę, że używa pan zbyt wielu wulgarnychsłów.

— Co je…! Arghha-aa!

— Ostrzeżenie. Wzrost ciśnienia wewnątrz kokpitu. Ostrzeżenie. Obawiam się, że zostały panu dwadzieścia cztery sekundy życia. Czy życzy pan sobie, żebymodliczał?

Po tych słowach nastąpiło powolne odliczanie. Komputer beznamiętnym głosem rzucał kolejne liczby. Dźwięk jednak był niewyraźny, jakby jakiś szum zakłócał fonię. Gdy jednak Iulius wsłuchał się dokładniej, zorientował się, że w tle po prostu drugi głos mamrocze coś w panice. Skoncentrował się na nim i z trudem udało mu się rozpoznać słowa modlitwy.

— Chryste... — szepnął, nie wiedząc, dlaczego tak go to zszokowało. Odliczanie doszło do zera. I w godzinie śmierci naszej! — jęknął, wyraźnie już przerażony, pilot. I zapadła cisza.

Dopiero po paru sekundach wkradło się w nią dyszenie.

— Boże, czyjuż?

— Słucham?

— Co sięstało?

— Obawiam się, że nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. W moich obwodach doszło do krótkiego spięcia. Byłem zdezaktywowany przez czas, którego nie potrafię bliżejokreślić.

— Prawie mniezabiłeś!

— To niemożliwe, proszę pana. Oprogramowanie nie pozwala mi tego zrobić. Czy coś się panustało?

Nagranie się skończyło.

Iulius spytał o nadawcę wiadomości, ale informacja ta nie była dostępna. Domyślał się jednak, kto mógł ją przysłać. Zresztą nie było to istotne. Widmo przemówiło. Własnym, ludzkim głosem.

V

Skąpany w wielobarwnych światłach latarni lokacyjnych kadłub okrętu dalekosiężnego typu Centaur rozciągał się na kilkaset metrów. Moduł centralny wraz z modułem silnikowym tworzyły gruby pień, od którego odstawało dwanaście konarów. Do ich końców przymocowane były mniejsze moduły mieszkalne i ładunkowe. Takiej właśnie konstrukcji molochy te zawdzięczały żargonową nazwę Drzewców. Ta konkretna jednostka miała masę spoczynkową równą czterdziestu czterem tysiącom ton. Statki tych gabarytów piloci zwali po prostu czterdziestkami czwórkami. Na Empireum kursowały jeszcze siedemdziesiątki dwójki oraz gigantyczne stutysięczniki, lżejszych nie opłacało się posyłać.

Brena Tiers odwróciła się od iluminatora. Dość już napatrzyła się w życiu na statki kosmiczne, obecnie myślała raczej o sprawach zupełnie niezwiązanych z żeglugą międzygwiezdną.

Rok wcześniej, na jej własny wniosek, zawieszono ją w obowiązkach obserwatora. Cały ten czas spędziła na Ziemi, u swojej siostry – Wery. Małej We – jak wciąż ją jeszcze w myślach nazywała, choć było to przezwisko z czasów, gdy słowo „Wera” było dla niej po prostu zbyt długie do wymówienia, jeśli chciała błyskawicznie coś przekazać rodzicom.

Wera nigdy nie miała szczęścia do mężczyzn. Zdaniem Breny za bardzo się spieszyła. I tak właśnie pospieszyła się wpadając wprost w ramiona nieco zbyt ambitnego polityczyny, który przez piętnaście lat małżeństwa drobnymi świństewkami zabijał jej duszę, a gdy ta rozrywka wreszcie mu się znudziła, porzucił Werę w blasku reflektorów i przy rozkosznym szumie skandalu.

Jeśli chodzi o Brenę, to instytucja małżeństwa nigdy jej nie pociągała. Z chłopakami raczej grzebała w maszynach, niż chodziła na randki. Potrafiła godzinami gapić się w niebo przez teleskop i marzyć o odległych gwiazdach. Miała łeb do technicznych rzeczy, a także do astrofizyki i matematyki. Uczyła się dużo i pilnie, aż w końcu postanowiła zostać obserwatorką. Uniwersytet Kartezjusza ukończyła z najlepszą oceną na roku. Ojciec – stary Mac „Mechanik” Tiers – pękał z dumy. Za to Wera, której małżeństwo wówczas jeszcze układało się nienajgorzej, powtarzała tylko, że szlajanie się po kosmosie to nie jest zajęcie dla kobiety.

Los okrutnie z niej zadrwił. Brena przestraszyła się, gdy spotkała ją tuż po rozwodzie. Czy ten wyniszczony cień naprawdę mógł być jej siostrą?

Przez rok mieszkały we dwie w niewielkim domku na wybrzeżu. Gadały, chodziły na długie spacery po plaży, razem płakały , a w końcu – zaczęły się i razem śmiać. Nadrabiały wszystkie te lata duchowej rozłąki. Dwie stare, nieprzystosowane do życia wariatki – żartowała Brena. Faktem było, że obu już stuknęła czterdziestka, ale ostatecznie nie było jeszcze za późno na zaczynanie od nowa. Medycyna potrafi działać cuda, prawda? Zostało im jeszcze sporo czasu na wszystko, nawet wielkie romanse. Ich piersi miały realne szanse na opieranie się grawitacji przynajmniej do sześćdziesiątki, co dawało im dobrych dwadzieścia lat na nowe przygody.

Trzeba jednak przyznać – Brena nie spodziewała się, że te nowe przygody pojawią się tak szybko.

Wezwanie od zarządu UniClasu nadeszło niespodziewanie. Proponowali jej powrót do aktywnej służby z natychmiastowym awansem na obserwatora klasy pierwszej. Po długim namyśle i konsultacji z siostrą Brena przyjęła propozycję i w ten właśnie sposób znalazła się tam, gdzie się znalazła: na pokładzie promu, zmierzającego ku potężnemu Drzewcowi, który z kolei miał ją zabrać jeszcze dalej – na samą granicę znanego wszechświata, do systemu Empireum.

— Uwaga, uwaga! — Głos z interkomu wyrwał ją z zamyślenia. — Zbliżamy się do punktu docelowego. Proszę zachować szczególną ostrożność i przygotować się do manewru dokowania.

Lądowanie odbyło się bez żadnych komplikacji i po kilkuminutowej odprawie Brena weszła na pokład frachtowca.

Wnętrze statku nie sprawiało zbyt przyjemnego wrażenia. Korytarze były kwadratowe w przekroju, czysto użytkowe, zaprojektowane z myślą o poruszaniu się w stanie nieważkości. Na ścianach znajdowały się poręcze oraz rozstawione co kilkanaście metrów terminale informacyjne. Pod sufitem biegły pęki zabezpieczonych przewodów i orurowania. W podłodze umieszczono panele jarzeniowe, które mętnym światłem rozrzedzały mrok korytarzy. A może na odwrót? Może to kable były na podłodze, a oświetlenie na suficie?

Po roku spędzonym w normalnym ciążeniu Brena niemal zapomniała już, jak trudno jest zorientować się w przestrzeni na pokładzie statku kosmicznego. Jej błędnik potrzebował chwili, aby się przystosować. Kiedy jednak ruszyła przed siebie, odezwały się dawne przyzwyczajenia. Zwinnymi ruchami przeskakiwała od poręczy do poręczy.

Wnętrze Drzewca nieco ją przytłaczało. Wcześniej służyła z reguły na niewielkich, dwuosobowych jednostkach, gdyż obserwatorzy odbywali głównie krótkosiężne loty. Tutaj, w długim, mrocznym korytarzu, mijając co chwila jasne plamy jeszcze nieaktywnych, mrowiących terminali, czuła się nieswojo. Przyszło jej nawet do głowy absurdalne skojarzenie, że trafiła do wnętrza jakiegoś ogromnego robala.

Gdy dotarła do sali wspólnej modułu centralnego, ogarnęła ją prawdziwa ulga. Znalazła się w pomieszczeniu urządzonym na wzór mesy starodawnego statku morskiego. Z jednej ze ścian wyzierały okrągłe iluminatory, przez które mogła oglądać gwiazdy. Meble były drewniane, solidne, przyśrubowane do podłogi. Przy niewielkiej kuchence wisiały zaształowane w jaskółkach naczynia.

Złudzenie normalności psuli jednak trzej mężczyźni, którzy unosili się kilkadziesiąt centymetrów nad podłogą. Jeden z nich obrócił się ku kobiecie, chwytając pobliski stolik.

— Dzień dobry — powiedział.

„Całkiem przystojny” — przemknęło Brenie przez myśl, ale zaraz się za to zbeształa. — „Ładne rzeczy! To ci dopiero przydatna obserwacja na początek poważnej misji naukowej!”.

Nie mogła jednak ukryć, że nieznajomy wywarł na niej niespodziewanie przyjemne wrażenie.

Brena lubiła przyglądać się ludziom – była obserwatorką zarówno w pracy, jak i codziennym życiu. Mężczyzna, który zwrócił jej uwagę, był wysoki – mierzył na oko z metr dziewięćdziesiąt – i dobrze zbudowany. Miał raczej przeciętną, okrągłą twarzą o wysoko wysklepionym czole obramowanym linią równo przyciętych szpakowatych włosów. Ubrany był elegancko, zgodnie z modą właściwą ludziom spędzającym dużo czasu na Ziemi, to jest w szary garnitur, lakierki i płaszcz. Jego głos był z pozoru nieco szorstki, jakby przywykły do wydawania rozkazów, ale kryło się w nim też sporo serdeczności.

„To pewnie ten wojskowy” — pomyślała, a na głos rzekła: — Dzień dobry. Brena Tiers.

— Kris Kord — odparł mężczyzna i podał jej rękę. Pozostali dwaj wyłonili się zza jego pleców.

— Ionas Atawafis, bardzo mi miło — rzekł niższy z nich. — Witamy wśród załogi tej wspaniałej ekspedycji.

— Iulius Decymber, inkwizytor.